5 Mar

Niedziela Wielkanocna

Niedziela Wielkanocna

Św. Jan, naoczny świadek pustego grobu Jezusa zapisał w Ewangelii: „Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus miłował, i rzekła do nich: Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono”. Ten najważniejszy dzień w dziejach ludzkości obchodzimy bardzo uroczyście. Dawniej w niektórych regionach Polski świtem tego dnia chłopcy zapamiętale tłukli w bębny, aby obudzić mieszkańców wioski na rezurekcję. Huk bębnów miał przypominać także grzmot i trzęsienie ziemi, jakie według tradycji towarzyszyły zmartwychwstaniu Chrystusa. Moje przebudzenie w ten poranek było łagodniejsze. Mama lekko potrząsała mną i rodzeństwem mówiąc, że czas już wstawać. A gdy to skutkowało ściągała z nas pierzynę. Było to przykre, ale nie tak jak jazgot bębnów. Po rozbudzeniu nie trzeba było nas popędzać. Szybko myliśmy się, wkładaliśmy najbardziej odświętne ubrania i wyruszaliśmy do parafialnego kościoła. Na dworze pojawiały się pierwsze poranne zorze, a nad polami słychać było głos pierwszego skowronka. Z całej okolicy wszyscy zdążali w jednym kierunku. W miarę zbliżania się do kościoła gęstniał tłum. Kto wcześniej wstał miał szansę stanąć blisko grobu Jezusa, do którego kapłan wychodził z procesją, okadzał Najświętszy Sakrament i pozdrawia wiernych: „Chrystus zmartwychwstał!” Wierni odpowiadali: „Prawdziwie zmartwychwstał!” Bardzo często w tym momencie strażacy pełniący wartę u grobu Jezusa z hukiem padali na ziemię, aby za chwilę powstać i wyruszyć w procesji rezurekcyjnej. Kapłan trzymając wysoko monstrancję intonował pieśń „Wesoły nam dzień dziś nastał”. Procesja w blaskach wschodzącego słońca wyglądała nadzwyczaj uroczyście i kolorowo. Obrazy, feretrony, chorągwie były odświętnie przystrojone. Wiele dni wcześniej panie gromadziły się w domach i robiły z marszczonej kolorowej bibułki kwiaty do przyozdobienia obrazów procesyjnych.

W czasie procesji słychać było radosne śpiewy, którym często towarzyszyło granie dętej orkiestry. Nie mogło zabraknąć w czasie procesji potężnych wybuchów, których częstotliwość była uzależniona w mojej rodzinnej parafii od ilości żołnierzy, którzy otrzymywali urlopy na święta. Robili wszystko, aby w wojskowych magazynach „załatwić” chociaż jedną petardę. Tradycja strzelania na rezurekcji jest w Polsce bardzo stara. Ks. Jędrzej Kitowicz w XVIII wieku pisał: „Niemal wszędzie po wsiach i małych miasteczkach podczas tej uroczystości strzelano z moździerzów i z harmatek, z organków, tj. kilku lub kilkunastu rur w jedno łoże osadzonych, w jednym rzędzie żłobkowatym zapały mających, albo też z ręcznej strzelby, pod którą w niektórych miejscach stawali żołnierze, gdzie mieli konsystencyje [stali załogą], a gdzie nie było żołnierzy, mieszczankowie z różnych cechów lub na wsiach parobcy. A że ci ludzie nie wyćwiczeni w taktyce [mustrze wojskowej] częstokroć nie razem, lecz po jednemu lub po kilku wydali ognia, co się czasem i żołnierzom trafiało, przeto urosło przysłowie między myśliwymi kiedy w kniei gęsto do zwierza strzelano: strzelają jak na rezurekcję”. Dawniej, także i dzisiaj w niektórych regionach Polski po rezurekcji wierni wracając do domu pozdrawiają się słowami: „Chrystus zmartwychwstał”. „Prawdziwie zmartwychwstał”- pada odpowiedź. To był powód prawdziwej wielkanocnej radości.

Radość ze zmartwychwstania Chrystusa potęgowała świadomość, że w domu czeka na nas suto zastawiony stół. Dawniej w czasie Wielkiego Postu nie spożywano mięsa. Trudno się dziwić, że z utęsknieniem czekano na rozpoczęcie wielkanocnego śniadania. Po tak długim suszeniu, obfitość wielkanocnego stołu nie wszystkim wychodziła na zdrowie. Pszczelarze przed śniadaniem mieli do spełnienia jeszcze jedno zadanie. Piszą o nim Irena i Krzysztof Kubiakowie w książce Chleb w tradycji ludowej: „W dzień Zmartwychwstania Pańskiego, ten kto się zajmuje pszczołami, powinien iść do spowiedzi i przyjąwszy komunię świętą, udać się z kościoła prosto do pszczelnika, przez drogę na nikogo nie patrząc i z nikim nie rozmawiając. Przyszedłszy na miejsce, trzeba natychmiast chuchnąć do każdego ula i do wylotu, obejść go wkoło do trzeciego razu, a tego roku pszczoły będą się roiły obficie. Niechże i te pracowite stworzenia owionie łaska Zmartwychwstałego. Niech Jego błogosławieństwo spocznie na całym dobytku”. Po wypełnieniu wymogów ludowej tradycji wszyscy zasiadali do wielkanocnego stołu. A stół wyglądał nadzwyczaj uroczyście i kusił zapachami. Na przykrytym białym obrusem stole piętrzyły się smaczne kiełbasy, szynki, balerony, sery, jajka, chrzan, lukrowane baby, kołacze z orzechami, masło i wiele innych potraw. Wszystko było pięknie przybrane barwinkiem lub bukszpanem. Stół musiał wyglądać niecodziennie, bo to śniadanie nie było zwykła ucztą. Śniadanie wielkanocne miało niemal sakralny charakter. Poświecone pokarmy na stole wielkanocnym przypominały obecność Chrystusa zmartwychwstałego, który wiele razy zasiadał ze swymi uczniami przy wspólnym stole. O obecności Chrystusa przypominał baranek wykonany z ciasta, masła lub cukru. Dawniej nazywano go agnuskiem od łacińskiego słowa „agnus”,co znaczy baranek. Wielkanocne śniadanie było także zapowiedzią uczty niebieskiej.

Śniadanie rozpoczynano od dzielenia się poświęconym jajkiem, symbolem życia i zmartwychwstania Chrystusa. W „Bibliotece Warszawskiej”, z roku 1851 czytamy: „Naprzód rozkrajanemi na cztery części jajami dzielą się między sobą familije, czyli domownicy, z życzeniem docze¬kania pomyślnej i późnej starości. Następnie spożywają inne święcone, od szoldry (szynki) poczynając: kości zaś z święconego mięsa dają psom i kotom, utrzymując, iż to je chronić będzie od wścieklizny przez cały rok”. W moim rodzinnym domu stół był obficie zastawiony różnymi produktami, z których sporządzano wielkanocną potrawę. Do miski wrzucano pokrojone wędliny, jajka, twaróg, strugany chrzan i to wszystko zalewano barszczem chlebowym. Dzisiaj, gdy w nowojorskim domu przyrządzam sobie w ten sposób wielkanocne śniadanie, niektórzy patrzą na mnie trochę jak na barbarzyńcę; jak to można jeść taką mieszaninę. Ale cóż na to poradzę, że mam słabość do tak przygotowanej, najpyszniejszej potrawy wielkanocnej. Niedziela Wielkanocna to czas rodzinnych spotkań i ucztowania przy stole. To również czas różnego rodzaju zabaw. Jedną z nich było tłuczenie jaj. Stukano pisanką o pisankę. Właściciel niestłuczonej pisanki otrzymywał w nagrodę inną pisankę. Trafiały się nieraz wyjątkowo twarde jajka, ale sekret wygranej krył się najczęściej w umiejętności uderzania. Skorupkom poświeconych jajek przypisywano nazwyczają moc. Wierzono, że rozsypane po kątach izby, komory chronią przed szczurami i myszami. Jeśli kury zjedzą skorupki, to znosić będą wiele jajek. Także wodzie, w której gotowano jajka do poświecenia przypisywano magiczne właściwości. Umycie się nią zapewniało urodę dziewczętom, a chorym przywracało zdrowie. Woda z pokruszonymi skorupkami święconego jajka była uważana za lek na ból zębów

Dotykanie zwierząt gospodarskich święconym jajkiem miało chronić je przed chorobami i urokami.

W nieskorych regionach Polski w niedzielne popołudnie dziewczęta chodziły po wsi z tzw. „nowym latkiem”, zwanym też „gaikiem”. Zielone gałązki przystrojone kwiatami z bibułki i wstążkami symbolizowały wiosnę, zwycięstwo życia nad śmiercią. Towarzyszyli im często chłopcy z „kurkiem”, wyrzeźbionym z gliny lub drewna kogutem, który był uosobieniem siły i witalności. Całym tym ceremoniom towarzyszyła radość i śpiew.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *