23 Lip

20 niedziela zwykła Rok C

 

PRZEZ ROZŁAM I OGIEŃ DO PRAWDZIWEGO POKOJU

Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął! Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie. Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej (Łk 12, 49- 53).

Słowa z dzisiejszej Ewangelii o ogniu i rozłamie jakby nie pasują do Jezusa Chrystusa. Jednak, po głębszym rozważeniu tych słów i uwzględnieniu ich kontekstu widzimy, że jest to droga, nieraz trudna, ale jedyna do osiągnięcia prawdziwego i trwałego pokoju. Myśląc o ogniu rzuconym przez Chrystusa powracam pamięcią do wydarzenia sprzed wielu lat. Po pogrzebie taty, późnym wieczorem wróciłem z mamą do domu. Ogarnęła nas przerażająca pustka. Odnosiłem wrażenie jakby w każdym ciemnym kącie czaiła się śmierć. Zapaliliśmy światło. Nie włączaliśmy ani telewizora, ani radia. Nie pozwalała na to brzemienna w powagę i smutek żałoba. Mama zaczęła krzątać się przy kuchni. Rozpaliła w piecu ogień. Kuchnia jakby ożyła. Wypełnił ją szum buzującego w piecu ognia i trzask płonącego drzewa. A potem, jak dawniej zapachniało gotowanymi potrawami. W mieszkaniu stało się radośniej. Ten ogień stawał się jakby symbolem ciepła i światła jakie w tych trudnych i ciemnych dniach choroby i śmierci taty wnosiła wiara w Chrystusa. On powiedział, że każdy kto wierzy w Niego choćby i umarł żyć będzie. Podobny ogień rozpalił Jezus Chrystus dla Marty i Marii, które opłakiwały śmierć swego brata Łazarza. Chrystus nie poprzestał wtedy tylko na słowach, ale kazał wyjść Łazarzowi z grobu. Jest to także ogień obiecany przez Jezusa Apostołom. Święty Łukasz Ewangelista pisze, że w dniu Pięćdziesiątnicy ukazał się on w kształcie języków ognia i spoczął nad każdym z Apostołów. Był to ogień Ducha Świętego, który ma moc przemiany ludzkich serc i świata. O ten ogień wołał Jan Paweł II na Placu Piłsudskiego w Warszawie w czasie swojej pierwszej pielgrzymki do Polski: Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze tej ziemi.

Wybitny teolog Teilhard de Chardin tak pisał o tym ogniu: „Pewnego dnia, kiedy zapanujemy nad siłą wiatru, morskimi falami i przypływami oraz siłą grawitacji, będziemy mogli tę energię wprzęgnąć w służbę miłości. Wtedy po raz drugi w historii świata odkryjemy ogień, energię miłości. Ta energia jest jak ogień, który pozwala nam ogrzać się i kroczyć w ciemności. Ta energia jest jak światło, które umożliwia nam dostrzeżenie rzeczy najważniejszych. Ta energia jest jak woda, która nas odświeża i odnawia. Ta energia jest jak powietrze, bez którego nie możemy żyć. Ta energia sprawia, że ziemia staje się miejscem, gdzie Boże Królestwo głęboko zapuszcza korzenie”.

Proces wzrastania w pokoju, proces przemiany na miarę bożych oczekiwań bywa czasami trudny i bolesny. Trzeba nieraz przejść rozdarcie i niepokój, o którym Chrystus mówi: „Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam”. Nie jest to pokój, który istnieje dlatego, że nic złego się nie dzieje. Nie jest to pokój w rodzaju wieczornej ciszy w rodzinie wielodzietnej, kiedy to rozkrzyczane dzieciaki zasną w swoich łóżkach. O tym pokoju mówili aniołowie, gdy nad Betlejem oznajmiali narodzenie Jezusa, wołając: Pokój ludziom dobrej woli. Miarą tego pokoju jest nasze przylgnięcie do Chrystusa. Im mocniej zwiążemy się z Nim, tym większy osiągniemy pokój. Jest to pokój naszego wnętrza, którego nie mogą zakłócić zewnętrzne burzliwe wydarzenia. Chrystus jednak przypomina, że ten pokój ma swoją cenę. Święty Łukasz pisał Ewangelię, kiedy to wyznanie wiary w Chrystusa zmartwychwstałego, przylgnięcie do Niego miało swoją cenę. Ci którzy uwierzyli w Chrystusa zmartwychwstałego byli usuwani z synagog i prześladowani. Rozbicie to dosięgało rodzin. Uczniów Chrystusa wypierali się nawet domownicy. A trzeba wiedzieć, że w tamtym czasie rodzina była niezwykle ważna dla człowieka, była prawie wszystkim. Pójście za Chrystusem oznaczało nieraz odrzucenie przez rodzinę i narodzenie się dla rodziny wiary. Był to bolesny, ale konieczny rozłam, aby w bliskości Chrystusa zyskać pokój którego nie potrafiły zniszczyć ani tortury, ani śmierć.

To ewangeliczne przeciwstawienie się domowników, możemy odczytać jako przypowieść o wewnętrznym zmaganiu się z tym, co nas oddziela od Boga, zmaganiu się z grzechem i nałogami. Jest to walka bardzo trudna i nieraz trzeba się stać jakby wrogiem samego siebie, czy raczej wrogiem ciemnej strony naszej osobowości. Jakby wtórnie, to nasze wewnętrzne rozdwojenie implikuje nieraz konflikt z najbliższymi. Jeśli naprawdę ktoś nas kocha, to zależy mu na nas, pragnie naszego dobra i widząc w nas zło będzie nas upominał, karcił i wzywał do poprawy. Jeżeli zabraknie rozsądku i mądrości upominanemu, to będzie traktował najbliższych jako wrogów. Nie można się wtedy zrażać i zniechęcać, bo ten chwilowy rozłam może stać się drogą do pełniejszej jedności i pokoju, zbudowanych na trwałym fundamencie nauki chrystusowej.

Niedogodności budowania pokoju przez rozłam doświadczył prorok Jeremiasz, o którym mówi pierwsze czytanie z dzisiejszej niedzieli. Przez wiele lat upominał swój naród przed nadciągająca tragedią. Rodacy mieli mu za złe, że burzy ich dotychczasowy pokój, strasząc wrogiem i wytykanie im niewierności Bogu, która staje się źródłem słabości, także militarnej. Nie usłuchano Jeremiasza. Wrogowie stanęli u bram miasta. Tym razem prorok głosił, że nie ma szans na obronę. Że mogą ocalić swoje życie przez opuszczenie miasta. A oni mówili: „Człowiek ten nie szuka przecież pomyślności dla tego ludu, lecz nieszczęścia!” Prorok został skazany na okrutną śmierć. Wrzucono go do wyschniętej studni, aby powoli umierał. Niebawem Jerozolima została zdobyta przez wojska babilońskie. Król judzki Sedecajasz został pojmany. Na jego oczach ścięto jego synów, a oślepionego króla uprowadzono do niewoli babilońskiej. Jeden z dowódców babilońskich powiedział do Jeremiasza: „Pan działa zgodnie ze swymi ostrzeżeniami, a to dlatego, że zgrzeszyliście przeciwko Panu i nie słuchaliście Jego głosu. Dlatego spadło na was to nieszczęście”.

Pewnych podobieństw możemy się dopatrywać w zdarzeniach z czasów nam bliższych. W latach trzydziestych po dojściu Hitlera do władzy i pleniącego się faszyzmu w Europie, Józef Piłsudski proponował swoim zachodnim sojusznikom, aby podjąć działania, które zapobiegną umocnieniu się zbrodniczego reżimu Hitlera. Podobnie postrzegał ten problem Winston Churchill. Nie miał wtedy jednak większego wpływu na życie polityczne w Anglii. Jego kariera polityczna, jakby dobiegała końca. Zaszył się w swoim domku w Kent i zajął się swoim ogrodem. Jednak pewne spostrzeżenia nie dawały mu spokoju. Szczególnie niepokoiło go dojście do władzy Hitlera, szerzenie się nazizmu w Europie i remilitaryzacja Niemiec. Zaczął w swoich przemówieniach wzywać władze Anglii do podjęcia działań, utrudniających umocnienie się Hitlera. Radził także dozbrojenie kraju, bo pewnego dnia może być zaatakowany przez Niemcy. W odpowiedzi członkowie parlamentu angielskiego ogłosili go podżegaczem wojennym. Po okropnościach I Wojny Światowej nikt nie brał pod uwagę możliwości nowego konfliktu. Pokój był zagwarantowany traktatami, wszelkie mowy o zbrojeniach, walkach traktowano jako działania zmierzające do destabilizacji pokoju w Europie. Za szaleństwo uważano mówienie o wojnie i za szaleńca uważane tego kto brał pod uwagę taką możliwość. Nawoływania Churchilla zignorowano. A on miał rację. Smutna prawda wkrótce dała o sobie znać. Umocniony reżim Hitlera wywołał najokrutniejszą wojnę, która pochłonęła miliony niewinnych istnień ludzkich.

Nieraz potrzebny jest niepokój, aby zapobiec tragedii i zbudować pokój na solidnych fundamentach. Szczególnie jest to konieczne w zdobywaniu Bożego pokoju. (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

MIEDZY WIECZNYM POKOJEM A CHWILOWĄ WOJNĄ

W czasie oblężenia Jerozolimy przywódcy, którzy trzymali Jeremiasza w więzieniu, powiedzieli do króla: „Niech umrze ten człowiek, bo naprawdę obezwładnia on ręce żołnierzy, którzy pozostali w tym mieście, i ręce całego ludu, gdy mówi do nich podobne słowa. Człowiek ten nie szuka przecież pomyślności dla tego ludu, lecz nieszczęścia!” Król Sedecjasz odrzekł: „Oto jest w waszych rękach!” Nie mógł bowiem król nic uczynić przeciw nim. Wzięli więc Jeremiasza i wtrącili go, spuszczając na linach, do cysterny Malkiasza, syna królewskiego, która się znajdowała na dziedzińcu wartowni (Jr 38,4-6).

W roku 1985 św. Jan Paweł II mówił: „Z okazji XIX Światowego Dnia Pokoju, w ogłoszonym przez Organizację Narodów Zjednoczonych Międzynarodowym Roku Pokoju, przekazuję wszystkim – jako orędzie nadziei – moje głębokie przekonanie, że ‘Pokój jest wartością, która nie zna podziałów’. Jest wartością, która zaspokaja nadzieje i dążenia wszystkich ludów i wszystkich narodów, ludzi młodych i starych, mężczyzn i kobiet, wszystkich ludzi dobrej woli. Jest to orędzie, które kieruję do każdego, a w sposób szczególny do przywódców politycznych. Sprawa pokoju jako wartości powszechnej winna być traktowana z najwyższą uczciwością intelektualną, szczerością ducha i w głębokim poczuciu odpowiedzialności wobec siebie i wobec narodów świata. Pragnąłbym, aby ludzie odpowiedzialni za decyzje polityczne dotyczące stosunków Północ-Południe, Wschód-Zachód, doszli do przekonania, że możliwy jest tylko jeden pokój. Ci, którzy wytyczają drogi przyszłości świata, niezależnie od swojej filozofii politycznej, systemu ekonomicznego czy wyznania religijnego, są wezwani do udziału w budowaniu jednego pokoju, opartego na sprawiedliwości społecznej oraz godności i prawach każdej osoby ludzkiej”. Pokój, o którym mówi św., Jan Paweł II, jest pokojem, którym obdarza nas: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję”.

W kontekście powyższych stwierdzeń jak rozumieć słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: „Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej”. W tych z pozoru przeciwstawnych stwierdzeniach, kryje się różnoraka nauka o prawdziwym pokoju. Z pewnością na jeden z tych tropów naprowadzają słowa Jezusa: „Nie tak jak daje świat”. Iluzoryczny pokój światowy musi ustąpić pokojowi mocno osadzonemu na Chrystusie. W Chrystusowy pokój często wpisują się łacińskie słowa „non possumus”, co znaczy „nie możemy”. Chyba po raz pierwszy w historii kościoła zostały one wypowiedziane przed Sanhedrynem, który w imię chwilowego spokoju zakazywał głoszenia nauki Chrystusa. Wtedy Piotr i Jan odpowiedzieli: „Rozsądźcie, czy słuszne jest w oczach Bożych bardziej słuchać was niż Boga? Bo my nie możemy nie mówić tego, cośmy widzieli i słyszeli”.

Słowa te wypowiedział także papież Klemens VII w odpowiedzi na prośbę o rozwód króla angielskiego Henryka VIII. Dla „święto spokoju” papież mógł zgodzić się na rozwód, jednak nie byłby to pokój Chrystusowy, który opiera się bożych przykazaniach. Ta odmowa była powodem prześladowania chrześcijan i powstania kościoła anglikańskiego. Najbardziej znanym męczennikiem królewskiej zachcianki był kanclerz Tomasz Morus, który nie podporządkował się decyzji króla. Tomasz wolał zachować spokój swojego sumienia, pokój chrystusowy niż złudny spokój na dworze królewskim, zdradzając Chrystusa. Ten wewnętrzny pokój emanował od niego nawet czasie męczeńskiej śmierci. Gdy doszedł do podium, na którym miano wykonać wyrok, powiedział do kata: „Proszę, pomóż mi wejść”. Potem dodał dowcipnie: „Postaram się zejść sam”. Gdy znalazł się na podium, uściskał kata i szepnął do niego: „Odwagi przyjacielu, nie bój się. Raczej pamiętaj, że mam krótką szyję. Uważaj i uderz mocno. Chodzi o twój honor!”. Na szafocie modlił się: „Wszystkich tutaj obecnych proszę, aby na tym świecie modlili się za mnie. Gdzie indziej ja będę to czynił za was. Módlcie się gorąco za króla, aby Bóg zechciał posłać mu dobrych doradców. Ja sam umieram jako wierny sługa królewski, ale w pierwszym rzędzie jako sługa Boga”.

Najbardziej znamy te słowa z listu Konferencji Episkopatu Polski z 8 maja 1953 roku, który przeszedł do historii pod nazwą non possumus. Autorem i wnioskodawcą był Prymas Polski kardynał Stefan Wyszyński. List ten był jedną z przyczyn aresztowania Prymasa Tysiąclecia. Prymas Stefan Wyszyński starał się prowadzić politykę porozumienia z komunistycznymi władzami, o czym świadczy zawarte 14 kwietnia 1950 r. porozumienie między państwem a Kościołem. Prymas wiedział dobrze, że naród, wierni potrzebują zgody i pokoju. W pewnym momencie władze komunistyczne przekroczyły granice, gdzie iluzoryczny, krótkotrwały spokój społeczny, światowy mógł być utrzymany kosztem rezygnacji pokoju sumienia, pokoju, który przynosi Chrystus. W liście czytamy między innymi: „Pójdziemy za głosem apostolskiego naszego powołania i kapłańskiego sumienia, kościoła, idąc z wewnętrznym pokojem i świadomością, że do prześladowania nie daliśmy powodu, że cierpienie staje się naszym udziałem nie, za co innego, lecz tylko za sprawą i w ściśle Chrystusa i Chrystusowego Kościoła. Rzeczy Bożych na ołtarzach Cezara składać nam nie wolno. Non possumus”. Prymas został aresztowany, a tysiące wiernych cierpiało prześladowanie, w obronie pokoju, który przynosi Chrystus. Dziś po władzy komunistycznej zostało tylko złe wspomnienie. Możemy sobie wyobrazić, co by zostało, gdyby Kościół kolaborował z komunistami, aby zachować powierzchowny i złudny spokój społeczny. Zatraciłby wszystko. Ale dzięki ofierze tamtych dni Ewangelia jest nadal głoszona i jest źródłem pokoju dla wielu.

I ostania opowieść o wojnie rodzinnej, czy raczej jej braku. Andrzej był jedynakiem i wychuchanym dzieckiem. Rodzice, którzy przyjechali z okolic Leżajska do Nowego Jorku starali się zapewnić synowi wszystko. W Polsce nie było im lekko, a i w Nowym Jorku na początku też się nie przelewało. Pragnęli zatem, aby ich synowi było lżej. Wydawało się, że wszystko będzie dobrze. Andrzej uczęszczał do katolickiej szkoły podstawowej. Uczył się bardzo dobrze, był posłusznym dobrze ułożonym dzieckiem. Był wdzięczny rodzicom za to co od nich otrzymywał. Sytuacja powoli ulegała zmianie, gdy Andrzej zaczął uczęszczać do publicznej średniej szkoły. Nowe towarzystwo, nowe warunki. Andrzej stał się bardziej opryskliwy względem swoich rodziców. Miał coraz większe wymagania materialne, mówiąc, że jego koledzy to mają i on powinien to mieć. Rodziców nieraz nie stać było na te rzeczy, ale dla świętego spokoju kupowali. Andrzej zaczął zaniedbywać się nauce. A rodzice dla świętego spokoju, aby uniknąć domowej awantury nie podejmowali zdecydowanych kroków. Andrzej potrafił już awanturować się w domu. Nieraz wracał późno do domu i czuć było od niego „trawkę”. A rodzice dla świętego spokoju, nie robili mu z tego powodu awantury i nie podejmowali zasadniczych kroków, aby to ukrócić. Aż pewnego dnia Andrzej został zatrzymany i skierowany na odwyk. W domu już nie było świętego spokoju. Dlaczego? Bo zabrakło determinacji w budowaniu pokoju Chrystusowego, który wymaga wyrzeczenia i jest nieraz powodem chwilowego niepokoju, który Ewangelia wyraża słowami: „Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu”. Bo zabrakło odwagi proroka Jeremiasza, który karcił na Naród Wybrany, gdy ten odchodził od Boga i Jego przykazań. Dla świętego spokoju wrzucono go do studni. Nie długo trwał ten spokój. Wróg wykorzystał bałagan wewnętrzny i zewnętrzny i rozpalił przegrana dla Izraela wojnę (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

KRÓLESTWO OTWARTE DLA WSZYSTKICH

Mając dokoła siebie takie mnóstwo świadków, zrzuciwszy wszelki ciężar, a przede wszystkim grzech, który nas łatwo zwodzi, biegnijmy wytrwale w wyznaczonych nam zawodach. Patrzmy na Jezusa, który nam w wierze przewodzi i ją wydoskonala. On to zamiast radości, którą Mu obiecywano, przecierpiał krzyż, nie bacząc na jego hańbę, i zasiadł po prawicy na tronie Boga. Zważcie więc na Tego, który ze strony grzeszników tak wielką wycierpiał wrogość wobec siebie, abyście nie ustawali, załamani na duchu. Jeszcze nie opieraliście się aż do krwi, walcząc przeciw grzechowi (Hbr 12, 1-4).

W Starym Testamencie prorocy jako wysłannicy Boga cieszyli się wielkim poważaniem. Ich głos liczył się nie tylko w sprawach religijnych, ale także społecznych i politycznych. A to i z tego względu, że w tamtej rzeczywistości życie religijne i społeczne stanowiło integralną jedność. Był czas w historii Izraela, że prorocy byli przywódcami narodu, w pełnym tego słowa znaczeniu. Jednak zasadniczą misją proroka było głoszenie słowa bożego i oznajmianie ludowi woli bożej. Harmonia i jedność między prorokiem a ludem najbardziej była widoczna, gdy naród słuchał głosu Boga i szedł za nim. Unosiła się wtedy ku niebu pieśń jedności, dziękczynienia i uwielbienia Boga. Jednak ten lud, „lud o twardym karku”, jak go określa jeden z proroków często odchodził od Boga. A wtedy Słowo Boże, głoszone przez proroka smagało ich jak bicz. Najczęściej przychodziło opamiętanie. Bywało jednak i tak, że lud nie chciał słuchać prawdy bożej, głoszonej przez proroka. Zabijał swoich proroków, aby zamilkli.

Misja proroka Jeremiasza wypadła w bardzo trudnym czasie. Naród odchodził od prawdziwego Boga i skłaniał się ku bałwochwalstwu. Słuchał fałszywych proroków. Towarzyszył temu upadek obyczajów i wewnętrzne rozbicie. Prorok nawoływał do nawrócenia i zapowiadał kary, jakie spadną na ten naród, gdy się nie nawróci. Nie chciano go słuchać, ogłoszono go nawet wrogiem ludu, bo głosi niekorzystne dla niego proroctwa. Powszechna była wtedy wiara, że głoszone proroctwa mają moc spełniania, a więc niejako ściągają nieszczęście. Proroctwa Jeremiasza spisane przez jego sekretarza Barucha w roku 603 przed Chrystusem zostały publicznie spalone prze króla judzkiego Jojakima, a sam Jeremiasz musiał jeszcze wiele wycierpieć za to, że zapowiadał różne kary, w tym niewolę babilońską, jeśli lud się nie nawróci. Słowo boże stało się powodem rozbicia i niechęci między prorokiem a ludem izraelskim.

Jeszcze za życia Jeremiasza król babiloński zdobył Jerozolimę, naród żydowski uprowadził do niewoli. A król judzki Sedecjasz został schwytany i na jego oczach ścięto jego synów i dworzan, zaś samemu królowi wyłupiono oczy i zakutego w podwójne dyby postawiono przed królem babilońskim. Jeremiasz pozostał wierny swemu ludowi, dzielił z nim jego los. Naród Wybrany zrozumiał swój błąd. Z wielkim szacunkiem zbierał proroctwa Jeremiasza i wsłuchiwał się w nie. Wracał do wierności prawdziwemu Bogu. To był początek odrodzenia.

Poprzez pryzmat historii Jeremiasza spójrzmy na słowa Chrystusa z zacytowanej na wstępie Ewangelii: „Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam”. Gdyby Jeremiasz tolerował odstępstwo swego ludu od bożej prawdy, a może jeszcze pochwalał, jak to czynili fałszywi prorocy, zapewne cieszyłby się wygodnym, spokojnym życiem. Żyłby w zgodzie ze swoim ludem. Ale byłby to pokój prowadzący do zguby. Potrzebne były słowa Jeremiasza, które niosły „rozłam”, aby Naród Wybrany, po przejściu zapowiadanych nieszczęść usłyszał głos boży i wrócił do Niego. I na Nim zaczął budował prawdziwy pokój i jedność.

Chrystus jest Słowem Bożym, przez które Bóg objawił się najpełniej człowiekowi. Chrystus, jako Słowo Boże stawał się powodem rozłamu wśród sobie współczesnych. Uczył, że Królestwo boże jest otwarte dla wszystkich; świętych i grzeszników, Żydów i pogan. To rodziło konflikt z żydowskimi przywódcami religijnymi. On nazwał faryzeuszy i uczonych w Prawie hipokrytami i ślepymi przywódcami. Oni zaś mieli Go za burzyciela i opętanego przez złego ducha. Z powodu nauki Chrystusa dochodziło do rozdwojenia nawet w rodzinach. Następowały podziały. Jednak wierność słowu Chrystusa stawała się trwałym fundamentem jedności i pokoju z Bogiem i bliźnim. Zaś słowa Chrystusa wypowiedziane po zmartwychwstaniu „Pokój mój wam daję, nie tak jak daje świat” mówią, że pokój Chrystusowy przekracza doczesność i sięga wieczności.

Ten „rozłam”, jaki przynosi Chrystus może mieć i takie oblicze. Zazwyczaj, po Mszy św. wychodzę na zewnątrz kościoła, aby pożegnać się z parafianami i życzyć im spokojnego i szczęśliwego tygodnia. Pewnego razu podeszła do mnie kobieta z kilkumiesięcznym dzieckiem na ręku. Ona słowiańskiej urody, a dziecko o azjatyckich rysach. Zapewne, widząc moje pytające spojrzenie, skąd ta różnica, zaczęła opowiadać historię tej przeuroczej dziewczynki, Agnes. Gdyby nie ona i podobni jej ludzie, prawdopodobnie Agnes nigdy by nie ujrzała świata. Jej matka zaszła w nieoczekiwaną ciążę. Gdy się o tym dowiedziała wpadła w panikę. Dzwoni do ojca Agnes, z którym nie była związana ślubem małżeńskim. Ten nie miał żadnych wątpliwości. Ciążę koniecznie trzeba usunąć. Dziecko nie może się narodzić. To był bolesny cios dla matki Agnes. Nie miała tutaj rodziny. Załamana i zrozpaczona długie godziny przesiadywała w parku, aby się tam wypłakać. Ojciec Agnes coraz mocniej nalegał i groził, aby jak najszybciej usunęła ciążę. Zakończyła się między nimi „miłość”. Nawet nie mogła wrócić do pracy, tam gdzie on pracował. W końcu nie wytrzymała i zdecydowała się pójść do kliniki aborcyjnej. A tam spotkała ludzi, którzy odwiedli ją od tego zamiaru. Wróciła do domu i zadzwoniła do swojej mamy. Usłyszała w słuchawce zdecydowane słowa: „Nie zabijaj swojego dziecka”. I nie zabiła. Ojciec dziecka stał się jej wrogiem. Dzisiaj matka Agnes jest szczęśliwa, nie wyobraża sobie życia bez swego maleństwa, jak i ci, którzy pomogli jej w najtrudniejszych chwilach, i nadal pomagają. A dziewczynka cudownie reaguje na każdy odruch ludzkiej życzliwości. Buzia rozjaśnia się szerokim, ujmującym uśmiechem, czarne oczy, jak dwa węgielki nabierają szczególnego blasku, mała Agnes z emocji pręży i wierzga nóżkami, jakby całym ciałem chciała podziękować tym, którzy wyrwali ją z objęć śmierci.

Chrystus ze swym przykazaniem miłości, które nie pozwala zabijać poróżnił rodziców dziecka, przyniósł ogień niepokoju po to, aby narodził się najpełniejszy pokój i radość, jaką możemy zobaczyć w uśmiechniętej twarzy małej Agnes i jej matki (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

SŁUGA BOŻY STEFAN WYSZYŃSKI

W interpretacji powyższego fragmentu Ewangelii odwołam się do przeszłości Polski. Komunistyczny reżim, gwałcąc podstawowe prawa człowieka chciał zbudować ateistyczne państwo według nauki Marksa i Lenina. Propaganda komunistyczna ukazywała sielankową przyszłość narodu, gdzie wszyscy cieszyć się będą wolnością, dobrobytem i pokojem. Radosna „jedność narodu” widoczna była na komunistycznych manifestacjach i pochodach. Był to tak sugestywny obraz, że do dzisiaj niektórzy nie mogą się otrząsnąć z niego i z sentymentem wracają do wizji komunistycznego raju. Na przeszkodzie budowania tej sielankowej rzeczywistości stanął Kościół, który bronił niezbywalnych praw człowieka, wytykał nadużycia komunistycznej władzy. Rozgorzała długa walka. Spełniały się wtedy słowa z dzisiejszej Ewangelii: „Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam”. I rzeczywiście nawet rodziny były wtedy podzielone. Ten rozłam był potrzebny, by zwyciężyły wartości, na których można zbudować prawdziwy pokój i odnaleźć prawdziwe dobro człowieka. Symbolem niezłomności Kościoła w obronie praw człowieka był Sługa Boży Kardynał Stefan Wyszyński.

O swoim miejscu urodzenia Kardynał Stefan Wyszyński napisał: „Urodziłem się na styku Podlasia z Mazowszem. Pamiętam do dziś dnia ludzi prostych, których obserwowałem jako chłopiec. Zdumiewająca była ich spokojna, ufna wiara. Tego nie można nazwać żadną miarą niewiedzą religijną, bo z tym się łączy patrzenie w głąb, niemal jakieś mistyczne obcowanie. Ci ludzie widzą to, w co wierzą”. Tym miejscem była Zuzela. To tutaj, 3 sierpnia 1901 r. przyszedł na świat kandydat na ołtarze. Na wskroś religijna atmosfera domu Stanisława i Julianny Wyszyńskich miała przemożny wpływ na krystalizowanie się powołania kapłańskiego przyszłego prymasa Polski. Stefan miał świadomość powołania od najmłodszych lat, wyrazem tego jest wydarzenie z lat dzieciństwa. Otóż, sześcioletni Stefan miał, dziwny jak na ten wiek sen. Śnił, że jest żonaty i założył rodzinę. Obudził się z płaczem. Uspokajany przez matkę, wyjaśnił z całą powagą: „Ja przecież mam być księdzem!”.

Stefan Wyszyński uczył się początkowo w Zuzeli, potem w Andrzejowie, dokąd ojciec przeniósł się, szukając lepszych warunków dla coraz liczniejszej rodziny. Wiejska szkoła, prowadzona w duchu rosyjskim, nie odpowiadała wrażliwemu chłopcu, dlatego od 1910 r. uczył się w domu. W 1912 r. Stefan zdał egzamin do Państwowego Liceum im. Reja w Warszawie, ale nie został przyjęty, ponieważ pochodził ze wsi, a w dodatku był synem organisty, pracownika kościelnego. Nie stracił na tym, ponieważ przyjęto go do Męskiego Prywatnego Gimnazjum Wojciecha Górskiego w Warszawie, gdzie poziom nauczania był wyższy aniżeli w szkołach państwowych. Z powodu utrudnień związanych I wojną światową w 1915 r. przeszedł do Prywatnego Męskiego Gimnazjum Handlowego w Łomży.

 Dwa lata później, Stefan rozpoczął naukę w Niższym Seminarium Duchownym we Włocławku, po czym w roku 1920  przeszedł do Wyższego Seminarium Duchownego. Jako kleryk, prowadząc głębokie życie duchowe przejawiał duże zdolności i zamiłowanie do nauki i pisania. W tym czasie nasiliła się choroba płuc, do tego stopnia, że musiał przerwać rekolekcje przygotowujące do kapłaństwa.  Po przyjęciu święceń kapłańskich w dniu 3 sierpnia 1924 podjął obowiązki wikariusza katedralnego we Włocławku. W miesiąc później skierowano go do pracy w redakcji „Słowa Kujawskiego”, wydawanego przez Kurię Diecezjalną we Włocławku. W tym czasie zaangażował się w działalność w Stowarzyszeniu Robotników Chrześcijańskich. Spośród wielorakiej działalności warto wspomnieć o przynależności do włocławskiej wspólnoty księży charystów. Kapłani tej wspólnoty zobowiązywali się do pogłębiania życia wewnętrznego oraz połączenia osobistej ascezy z działalnością misyjną i duszpasterską. Wspólne zaś dochody miały być przeznaczane na akcje charytatywne i cele misyjne.

W roku 1925 ks. Stefan Wyszyński został skierowany na studia w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W cztery lata później uzyskał doktorat z prawa kanonicznego oraz absolutorium z ekonomii. Po otrzymaniu stypendium odbył podróż naukową do Austrii, Włoch, Francji, Belgii, Holandii i Niemiec. Przedmiotem jego zainteresowań były związki zawodowe, organizacje katolickiej młodzieży robotniczej, a przede wszystkim doktryny i ruchy społeczne. Po powrocie do kraju prowadził wykłady z ekonomii społecznej w Seminarium Duchownym we Włocławku. Kierował także Chrześcijańskim Uniwersytetem Robotniczym.

W czasie II Wojny Światowej ks. Stefan Wyszyński był imiennie poszukiwany przez gestapo. Z tego względu opuścił Włocławek i udał się do Kozłówki, gdzie sprawował opiekę duchową nad grupą sióstr i niewidomych dzieci przesiedlonych z Lasek pod Warszawą. Prowadził wykłady i dyskusje dla inteligencji z dziedziny katolickiej myśli filozoficznej i społecznej. W celu podreperowania zdrowia wyjechał do Zakopanego, gdzie w przypadkowej łapance został aresztowany. Udało mu się zbiec zanim ustalono jego tożsamość. Od czerwca 1942 r. do sierpnia 1944 r. był kapelanem Zakładu dla Niewidomych w Laskach pod Warszawą. Prowadził wykłady społeczne dla inteligencji, zaangażowany był także w działalność konspiracyjną.

Po wojnie, 4 marca 1946 został mianowany przez Piusa XII biskupem lubelskim, a 12 maja na Jasnej Górze otrzymał święcenia biskupie z rąk księdza kardynała Augusta Hlonda. Porządkował zniszczoną przez okupację diecezję, wizytował parafie, głosił liczne kazania, szczególnie w dzielnicach robotniczych Lublina, prowadził rekolekcje, organizował kursy katechetyczne, wykładał na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W listopadzie 1948 roku bp. Stefan Wyszyński wyjechał na konsystorz do Rzymu, gdzie Ojciec Święty Pius XII mianował go arcybiskupem gnieźnieńskim i warszawskim, Prymasem Polski.

Prymas Wyszyński służył polskiemu Kościołowi w okresie bardzo trudnym. Kierując się dobrem polskiego Kościoła, Prymas wybrał drogę porozumienia z komunistycznym rządem Polski. Gdy jednak władze komunistyczne chciały zbyt głęboko ingerować w życie Kościoła Prymas powiedział słynne słowa; „Nie możemy”, nie możemy już dalej ustąpić. A ponad to władze komunistyczne nie zamierzały dotrzymywać żadnych uzgodnień, nasilało się prześladowanie Kościoła. Gdy 12 stycznia 1953 roku na konsystorzu w Rzymie Prymas Wyszyński został mianowany kardynałem, władze PRL-u odmówiły mu wydania paszportu na wyjazd do Rzymu. Komuniści, po zlikwidowaniu opozycji politycznej, uznali, że już są na tyle silni, że nie licząc się z żadnymi porozumieniami mogą przystąpić do jawnej walki z Kościołem. Nastąpiły aresztowania biskupów i księży.

Dzień przed aresztowaniem Prymasa, po wieczornym nabożeństwie zaniepokojonym o jego los, powiedział: „Mówcie różaniec. Znacie obraz Michała Anioła – Sąd Ostateczny. Anioł Boży wyciąga człowieka z przepaści na różańcu. Mówcie za mnie różaniec”. Nocą 26 września 1953 roku tajniacy wtargnęli do prymasowskiego pałacu. Prymas przyjął decyzję aresztowania z godnością i spokojem. A gdy pies rzucił się na jednego z tajniaków i zranił go, kardynał Wyszyński zawrócił i osobiście opatrzył jego rany. Prymas został wsadzony do samochodu z zamazanymi błotem szybami i wywieziony w eskorcie 6 innych samochodów do klasztoru ojców kamedułów w Rywałdzie. Tak rozpoczęło się ponad 3 lata trwające więzienie Prymasa Tysiąclecia. W ciągu tych lat Prymas był więziony w Stoczku koło Lidzbarka Warmińskiego, w Prudniku Śląskim i w Komańczy. Okres więzienia Kardynała Wyszyńskiego to lata ofiary, cierpienia i odosobnienia. Był to także czas wytężonej pracy duchowej. Powstały takie dzieła jak: „List do moich kapłanów”, a przede wszystkim „Śluby Narodu” i program „Wielkiej Nowenny” przed Tysiącleciem Chrztu Polski.

28 października 1956 ku wielkiej radości całego Kościoła polskiego Kardynał Stefan Wyszyński wrócił do Warszawy. Wiosną następnego roku zainaugurował Wielką Nowennę – dziewięcioletni czas przygotowania Narodu Polskiego do obchodów Milenium Chrześcijaństwa. Był to program odnowy Ojczyzny w oparciu o Jasnogórskie Śluby Narodu. Z jego inicjatywy rozpoczęło się nawiedzenie Obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej po wszystkich polskich parafiach.

Wobec narastających konfliktów społecznych Prymas stawał po stronie pokrzywdzonych, broniąc podstawowych praw człowieka. W roku 1968 wołał: „Nie wolno bić! Chrześcijanin nigdy na nikogo ręki nie podnosi, bo w każdym widzi godność dziecięcia Bożego. Ugodzony może wydawać się sponiewieranym. Ale bardziej poniewiera się ten, który uderza, niż ten, który jest uderzany … Najmilsi, przezwyciężajcie nienawiść miłością”. Po tragicznych wypadkach na Wybrzeżu 1970 roku Prymas powiedział: „Wasz ból jest naszym wspólnym bólem. Gdybym mógł w poczuciu sprawiedliwości i ładu, wziąć na siebie całą odpowiedzialność za to, co się ostatnio stało w Polsce, wziąłbym jak najchętniej … Bo w Narodzie musi być ofiara okupująca winy Narodu … Jakżebym chciał w tej chwili – gdyby ta ofiara przyjęta była – osłonić wszystkich przed bólem, przed męką”.

Po śmierci papieża Jana Pawła I kardynał Wyszyński brał udział w konklawe, które wybrało kardynała Karola Wojtyłę na papieża. Był to okres wielkich przemian w dziejach narodu polskiego: wizyta Ojca świętego Jana Pawła II w Polsce, powstanie Solidarności. W tym czasie Kardynał Stefan Wyszyński śmiertelnie zachorował, a jego stan zdrowia pogorszyła wiadomość o zamachu na Ojca Świętego Jana Pawła II. 16 maja 1981 r. podczas przyjęcia sakramentu chorych w swojej rezydencji, Prymas powiedział do zebranych: „Przyjdą nowe czasy, wymagają one nowych świateł, nowych mocy, Bóg je da w swoim czasie … Wszystko zawierzyłem Matce Najświętszej i wiem, że nie będzie słabszą w Polsce, choćby się ludzie zmienili … Jestem całkowicie uległy woli Ojca. Was przepraszam za nieudolność mej służby. Moja droga była zawsze drogą Wielkiego Piątku na przestrzeni trzydziestu pięciu lat służby w biskupstwie. Jestem za nią Bogu bardzo wdzięczny”.

Prymas Tysiąclecia zmarł 28 maja 1981 r. w Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego (z książki Wypłynęli na głębię).

 

WOJNA I POKÓJ

Słowa z dzisiejszej Ewangelii, jak gdyby nie pasują do Jezusa: „Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie podzielonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej”. Spójrzmy na te słowa przez akt wiary, który może pamiętamy z czasów przygotowania się do I Komunii św.: „Wierzę w Ciebie, Boże żywy, w Trójcy jedyny, prawdziwy; Wierzę, coś objawił Boże, Twe słowo mylić się nie może”. Słowo Boże się nie myli, dlatego przyjmujemy je z wiarą, prosząc Boga o światło zrozumienia. Zgłębiając słowo w bożym świetle nie możemy zrezygnować z przypowieści i porównań, które mogą nam pomóc w zrozumieniu słowa Bożego. Oto jeden z takich przykładów opowiedziany przez ks. Dawida Lose

Poniższy dialog ojca z pięcioletnim synem Benem ma miejsce w czasie rodzinnego obiadu, na który podano brokuły, których nie znosi mały Ben.

Ben nie opuścisz stołu, dopóki nie zjesz brokuł – powiedział ojciec.

-Nie będę jadł, ja nienawidzę brokuły.

-Ben warzywa są bardzo zdrowe i konieczne do prawidłowego rozwoju organizmu.

-Nienawidzę brokuł i nienawidzę ciebie, że mnie zmuszasz do ich jedzenia.

-Przykro mi, że tak to rozumiesz i czujesz, ale ja cię naprawdę kocham.

Ben chwilę się zastanowił i dał zaskakującą odpowiedź: „Nie mów tak, bo to nieprawda”.

-Ale to jest prawda Ben, ja cię kocham bez względu na to co się stanie.

-Przestań tak mówić. Przestań mówić, że mnie kochasz

-Przykro mi chłopacze. Posłuchaj mnie teraz. Czy to lubisz, czy nie ja ciebie i tak kocham.

Ben poczuł się zmieszany i zagubiony. Miłość zwyciężyła. Brokuły zostały zjedzone. A najważniejsze przy stole zapanował prawdziwy pokój, który został wywalczony na „wojnie” przy rodzinnym stole. Z pewnością o takim rozłamie, tylko o innej wadze problemu mówi Jezus w dzisiejszej Ewangelii.

Jeszcze jedna historia dochodzenie przez wojnę do pokoju. Została ona opisana przez Agnieszkę Litorowicz-Siegert w czasopiśmie „Twój Styl” w reportażu o matkach zakonnic. Oto fragmenty tego reportażu: „Tamtego wieczoru jej córka maturzystka powiedziała: ‘Nie pójdę na studia. To znaczy… może potem. Teraz idę do zakonu. Tobie pierwszej o tym mówię’. Ewa wstała. Usiadła. Wstała. Czy się przesłyszała? Niech córka powie jeszcze raz. Nie idzie na studia? To znaczy nie na prawo? Czyli na jakiś kurs? – Mój mózg wypierał drugą część jej wypowiedzi. ‘To żart? – zapytała córkę. – Idę do zakonu, do Krakowa’ – powtórzyła Martyna. Dobrze, że zaraz przyjdzie Patryk, mąż, razem zjedzą kolację, Martyna wytłumaczy im, że obejrzała jakiś film i teraz myśli o takich rzeczach… ‘Co ona wymyśliła?!. Po powrocie męża powiedziała: „’Może ty jej przemów do rozumu!’. Patrykowi wbiła paznokcie w przedramię: ‘Zrób coś. Może zaprowadźmy ją do psychologa, nie wiem, do lekarza?’. Mąż był poważny, mało mówił. Zapalił papierosa, pierwszego od roku. Ewa zacisnęła pięści. Nie, to niedorzeczność. Martyna ostatnio faktycznie częściej chodzi do kościoła, ale o czym my mówimy? Ona ma być prawnikiem”.

Rozpoczęła się „wojna domowa”. Rodzice nie mogli się pogodzić z decyzją córki. „’Myślę, że Bóg mnie woła, mamo’, powiedziała to tak spokojnie, że poczułam ciarki na plecach – wspomina Ewa”. W innym miejscu mówi: „Pobiegłam do pokoju Martyny, zerwałam z niej kołdrę: ‘Wstawaj, egoistko, zobacz, co narobiłaś! Ojciec przez ciebie płacze!’. Poszła do niego, a ja rzuciłam się na jej łóżko. Na poduszce był zapach włosów Martyny zmieszany z wonią perfum. Pod poduszką – różaniec. Pomyślałam: ‘Boże, przecież ona jest ładna, młoda, musi mieć dzieci, musi się stroić. A u ciebie nawet kolczyków nie będzie mogła założyć, nawet perfum jej zabronisz. Proszę, nie zabieraj mi córki’. Głupie to było, naiwne, ale czułam się taka bezradna”. Przyszedł czas wyjazdu córki. Matka tak to wspomina: „Kiedy wyszli z domu, otworzyłam okno. Spojrzałam w niebo. I wtedy stało się coś strasznego, ciężko mi o tym mówić. ‘Jesteś dranieeem! Dranieeem!, darłam się w niebo. Chciałam, żeby Jezus usłyszał, jaka jestem nieszczęśliwa”.

Potem ta „wojna” przemieniała się powoli w najgłębszy pokój, jakiego świat dać nie może. Ewa wspomina: „Rok po wyjeździe Martyny do zakonu pojechałam do Częstochowy i oddałam ją pod opiekę Matce Boskiej. To było postawienie wszystkiego na jedną kartę. Poczułam ulgę”. A później był nowicjat: „Dwa lata później rude, kręcone włosy naszej córki przykrył biały welon. Rozpoczęła nowicjat. Po uroczystości było przyjęcie. Dobre jedzenie, udekorowana sala. ‘Jak na weselu’, zażartowała moja siostra. Wesela nie będzie. ‘Ale moja córka jest szczęśliwa i tylko to się liczy’, powiedziałam sobie w duchu”. Rodził się pokój sięgający dna duszy ludzkiej. Ewa zadzwoniła do córki i powiedziała: „Źle mi, wiesz? Chodzą za mną jakieś cienie, mam doła”. Córka poradziła jej, aby poszła do spowiedzi, a na pewno będzie lżej. Ewa już nie pamiętała formułek przy spowiedzi, nie miała ochoty na spowiedź: „I co niby miałaby powiedzieć? Komu? Ksiądz to tylko człowiek. Ale czuła, że córka dobrze jej radzi. Przewodniczka duchowa? Kto wie…”. Przyszedł czas, że wszyscy odnaleźli głęboki pokój, ilustruje to scena z przyjazdu Martyny do domu, kiedy to po raz pierwszy Ewa zwróciła się do córki jej zakonnym imieniem: „Hurra, Florentyna dotarła!. Młoda zakonnica przyjechała na tydzień wakacji. – ‘Matka, zrób mi kakao i naleśniki! – zarządziła. – Robi się, siostro’. Pies szalał z radości, Patryk stwierdził, że skoczy po brzoskwiniowy płyn do kąpieli, jaki córka lubi. I po truskawki”.

W życiu kierujemy się różnymi prawami. Zachowanie ich wprowadza pokój i harmonię w naszym życiu. Nawet zachowywanie praw naturalnych rządzących przyrodą odgrywa ważną rolę w naszym życiu. Łamanie ich może doprowadzić do zniszczenia przyrody, co ostatecznie uderza w nas samych. Oprócz tych praw są inne prawa naturalne o charakterze duchowym, moralnym i etycznym. Są one także odwieczne, niezmienne, nierozdzielnie złączone z naturą ludzką. Te prawa rządzą z woli Boga losami człowieka, społeczeństwa i całego narodu. Są one podstawą porządku i wszelkiego ładu tak w życiu jednostki jak i zbiorowości. Zachowanie tych praw rodzi pokój w nas i poza nami. Są prawa nadprzyrodzone objawione w Biblii. Szczytem tych objawień jest Jezus Chrystus, który słowem i czynem objawia najważniejsze prawo, prawo miłości. Co więcej sam jest Miłością. Kto pójdzie za Miłością, za Chrystusem odnajdzie najgłębszy pokój. Ta miłość bywa czasami trudna, wymagająca poświęcenia. Chrystus mówi: „Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje”. Ten krzyż miłości wymaga nieraz zmagania się ze sobą, a także z innymi, aby przez „wojnę” zachować Miłość, która jest źródłem najgłębszego pokoju. W tej drodze Chrystus jest wzorem. W Liście do Hebrajczyków czytamy: „On to zamiast radości, którą Mu obiecywano, przecierpiał krzyż, nie bacząc na jego hańbę, i zasiadł po prawicy na tronie Boga” (Kurier Plus, 2014).

 

CO ZABRAĆ Z PŁONĄCEGO DOMU   

Do dziś bardzo wyraźnie pamiętam jedną noc z mojego dzieciństwa. Po bardzo gorącym i parnym dniu z zachodu zaczęły nadciągać ciemne burzowe chmury. Potężne grzmoty przetaczały się po niebie z jednego krańca na drugi. Zygzakowate błyskawice przecinały niebo, dotykały ziemi i rozświetlały ciemność nocy. Przerażenie i groza zaglądały przez okna do krytych strzechą wiejskich chat. Jedna z nich płonęła po uderzeniu gromu. Mieszkańcy tego domu niewiele mogli wynieść rzeczy z płomieni. Uszli tylko z życiem. Gościńcem biegli ludzie z wiadrami pełnymi wody, wołając: „Pali się, pali się”. A ci co zostawali w domach wynosili z nich co się dało, bo w każdej chwili błyskawica mogła dosięgnąć słomianej strzechy w ich zagrodzie. Tak było i w moim domu. Siedziałem na wyniesionych z domu tobołkach i czekałem, kiedy błyskawica uderzy w mój dom. 

Kiedy płonie nasz dom uświadamiamy sobie, że wszystko ulega spopieleniu. Ulubione obrazy i fotografie, zabawki, fotele, które służyły nam wiele lat i wiele innych cennych rzeczy. Zapewne w takich momentach rodzi się pytanie co ratować w pierwszym rzędzie. Jaka jest jedyna rzecz, którą chciałbyś zabrać z płonącego domu. Podobne pytanie postawiono francuskiemu dramaturgowi i filmowcowi Jean Cocteau: „Co by pan zabrał ze swojego płonącego domu?” Odpowiedź Cocteau zaskoczyła wszystkich: „Wziąłbym ogień”.

Szczególnie dla tych, którzy doświadczyli tragedii spalonego domu odpowiedź ta może brzmieć niedorzecznie, czy sarkastycznie. Jednak jest w niej ukryty głęboki sens, który możemy pełniej odkryć przez pryzmat Ewangelii na dzisiejszą niedzielę. Chrystus mówi: „Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę, ażeby już zapłonął”. Mówi On o ogniu, który oczyszcza, oświeca, niszczy to co bezużyteczne i wskazuje na to co jest najważniejsze nie przemijające. Ogień, o którym mówi Jezus, jest bezgraniczną, bezinteresowną miłością, która przemienia nas i cały świat oraz staje się źródłem naszego zbawienia. Jezus jednak ostrzega, że ta miłość ta może być sprzeczna z wymaganiami i wartościami tego świata. Staje się nieraz źródłem poróżnienia w społeczeństwie, a nawet rodzinie. W Ewangelii czytamy: „Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie podzielonych w jednym domu”. Ten ogień jest potrzebny, aby oczyścić życie osobiste, rodzinne z tego co jest śmieciem, a ocalić prawdziwą, zbawczą miłość Chrystusa.

Dla ilustracji przytoczę historię, która ma miejsce w niejednej rodzinie. Maria i Jan mieli dwójkę dzieci, Karola i Izę, które starali się wychować w duchu ewangelicznych wartości. Wszystko układało się bardzo dobrze. Rodzice byli zadowoleni, że ich dzieci posłusznie i z radością wdrażają w swoje życie zasady moralne, które nieraz wymagały pewnych wyrzeczeń. Bez ociągania modliły się ze swoimi rodzicami, czy uczęszczały do kościoła. Problemy pojawiły się, gdy dzieci podrosły i zaczęły odwiedzać swoich rówieśników Magdę i Jurka z zaprzyjaźnionej rodziny. Karol zaczął coraz częściej buntować się przeciw rodzicom mówiąc, że nie będzie chodził do kościoła, bo jego kolega Jurek i idzie do kościoła, kiedy chce, a rodzice nie mają nic przeciwko temu. Rodzice Jurka pozwalają mu wychodzić i wracać późno, nie kontrolując, dokąd i po co wychodzi itd. Jednak rodzice Marka nie ulegali zachciankom swojego syna. Z tego powodu nie raz w domu były karczemne awantury, rozłam, mówiąc ewangelicznym językiem. Dosłownie spełniały się słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: „Ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu…”.

W rodzinie Karola ogień Chrystusowej miłości przepalał, oczyszczał relacje rodzinne i relacje z Bogiem z tego co nie trwałe, co jest śmieciem naszego życia. Dzisiaj Karol jest wziętym dentystą, ma wspaniałą rodzinę i kierowany doświadczeniem wyniesionym ze swojej rodziny wie, że ogień Chrystusowy, niosący nieraz rozłam jest potrzebny, aby uratować to co jest najważniejsze w życiu. A co z Jurkiem? Wyglądało na to, że miał wspaniale dzieciństwo. Mógł robić prawie wszystko co mu się żywnie podobało. Rodzice niewiele wymagali i dla świętego spokoju prawie na wszystko się godzili. Jednak bez tego ognia Chrystusowej miłości, która przepala życie, spala śmiecie naszego życia Jurek tracił to co najważniejsze. W szkole średniej miał już problemy z narkotykami. Nie ukończył studiów. Ma już za sobą jeden nieudany związek małżeński i dziecko, które cierpi z powodu rozbicia rodziny.

Podobne sytuacje zdarzają się w życiu społecznym. Nie tak dawno media informowały o przypadku pracownika IKEA, który stracił pracę, kiedy sprzeciwił się „zmuszaniu pracowników sklepu do udziału w akcjach promujących ruch LGBT”. Argumentując swoje stanowisko, mężczyzna powoływał się na swoją wiarę i naukę Chrystusa. Co przyniosło ewangeliczny „rozłam”. Posłuchajmy co mówi dyskryminowany pracownik: „Tego samego dnia w intranecie, wewnętrznej sieci internetowej opublikowano artykuł ‘wdrażanie wartości LGBT jest naszym obowiązkiem’. Poruszyło mnie to i wzburzyło, bo nie uważam, żeby to było moim obowiązkiem. Napisałem, że to jest nieakceptowane i przytoczyłem dwa cytaty z Pisma Świętego”. Po tych słowach został wezwany ‘na dywanik’. Pracodawca usiłował wymusić na mężczyźnie usunięcie wpisu. „Powiedziałem, że nie mogę się wycofać z moich słów, bo to jest cytat z Pisma Świętego, więc jako katolik nie mogę cenzurować Pana Boga. Powiedziano mi, że konsekwencje zostaną wyciągnięte”. I wyciągnięto: „Poinformowano mnie, że Ikea podjęła decyzję o wypowiedzeniu umowy o pracę. Miałem się spakować, opróżnić szafkę, oddać identyfikator”.

Dzięki Bogu, że niecała elita polityczna w Polsce jest zdeprawowana, jak niektórzy prezydenci większych miast, w tym Warszawy który wydają pozwolenia i biorą udział w bluźnierczych paradach LGBT, na których, profanuje się Mszę św. Najświętszy Sakrament, Obraz Matki Bożej Częstochowskiej oraz znieważa się wierzących, wyśmiewa tradycyjne wartości rodzinne. Zastępca Ministerstwa Sprawiedliwości obecnego rządu powiedział: „Zwolnienie pracownika w związku z wyrażoną przez niego opinią dotyczącą akcji propagującej ideologię LGBT jest w mojej ocenie dyskryminacją i łamie wolność sumienia oraz wyznania. Promowanie ideologii LGBT leży poza sferą obowiązków pracowniczych. Według konstytucji i Kodeksu karnego nikt nie może być zmuszanym do wspierania działań, które uznaje za sprzeczne ze swoim sumieniem czy wyznawaną religią. Zagraniczne koncerny zobowiązane są do przestrzegania polskiego prawa. Zwolnienie pracownika ze względu na wyznawaną religię czy światopogląd jest w Polsce działaniem bezprawnym”.

Chrystus mówi o najważniejszych sprawach, które swymi konsekwencjami przekraczają granice ziemskiej rzeczywistości i wprowadzają nas w realia Królestwa Bożego, które jest naszym celem sięgającym wieczności. Bez oczyszczającego ognia miłości Chrystusowej zagubimy się w ziemskim śmietnisku (Kurier Plus, 2019).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *