23 Lip

21 niedziela zwykła . Rok C

 

ZA WĄSKIE DRZWI

Jezus nauczając, szedł przez miasta i wsie, i odbywał swą podróż do Jerozolimy. Raz ktoś Go zapytał: „Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni?”. On rzekł do nich: „Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będą mogli. Skoro Pan domu wstanie i drzwi zamknie, wówczas stojąc na dworze, zaczniecie kołatać do drzwi i wołać: »Panie, otwórz nam«; lecz On wam odpowie: »Nie wiem, skąd jesteście«. Wtedy zaczniecie mówić: »Przecież jadaliśmy i piliśmy z Tobą, i na ulicach naszych nauczałeś«. Lecz On rzecze: »Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście. Odstąpcie ode Mnie wszyscy dopuszczający się niesprawiedliwości«. Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów, gdy ujrzycie Abrahama, Izaaka i Jakuba, i wszystkich proroków w królestwie Bożym, a siebie samych precz wyrzuconych. Przyjdą ze wschodu i zachodu, z północy i południa i siądą za stołem w królestwie Bożym. Tak oto są ostatni, którzy będą pierwszymi, i są pierwsi, którzy będą ostatnimi” (Łk 13,22–30).

Przygnębiony Szatan całymi dniami rozmyślał jakby zaradzić złu, jakie w zaistniało w piekle; z dnia na dzień spadała liczba ludzi potępionych. Postanowił, zatem zwołać nadzwyczajne zebranie wszystkich diabłów, aby radzić nad rozwiązaniem tego problemu. Każdy miał prawo wypowiedzieć się na ten temat.

Pierwszy zgłosił się jeden z najmłodszych i zaproponował, aby ludziom pokazać potęgę piekła, która może dotknąć świat. Wojny, głód, powodzie, ogień, przemoc sprawią, że piekło znowu zapełni się potępionymi duszami. Szatan z dezaprobatą pokręcił głową i powiedział, że to przyniesie odwrotny skutek; doświadczenie wskazuje, że ludzie dotknięci tymi nieszczęściami jeszcze bardziej zwracają się do Boga.

Następnie do głosu został dopuszczony diabeł bardziej doświadczony. Radził on, aby dusze ludzkie kupować za bogactwa i władzę. Wielu, z pewnością przystanie na taką transakcję. Ale i ta propozycja nie znalazła zrozumienia ze strony Szatana. Od wieków ta metoda jest stosowana i wcale nie przynosi rewelacyjnych wyników. Wielu uczciwych ludzi wcale nie ceni aż tak bardzo ani władzy, ani bogactwa. Wiedzą oni, że te wartości mogą być pokusami.

Zebranie się przeciągało, wśród wielu propozycji nie było takiej, która skutecznie zaradziłaby zmartwieniu Szatana. Jednak pod koniec zebrania wstał stary i doświadczony diabeł. Wszyscy zmilkli, z nadzieją wsłuchując się w jego słowa. Zwiększenie liczby potępionych w piekle jest bardzo proste. Należy tylko ciągle szeptać do ucha każdemu człowiekowi: „Nie śpiesz się, masz jeszcze wiele czasu, aby zmienić swe grzeszne przyzwyczajenia i nawrócić się do Boga”. Po tej wypowiedzi na obliczu Szatana pojawiła się nadzieja i radość. Jaki jest związek tej anegdoty z zacytowanym na wstępie fragmentem Ewangelii?

W świadomości wielu słuchaczy Jezusa, zbawienie zarezerwowane było tylko dla członów Narodu Wybranego, stąd też pytanie: „Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni?” Odpowiedź Jezusa nie ogranicza zbawienia dla jakieś ograniczonej czy wybranej grupy. Jezus kieruje wezwanie do wszystkich, do każdego: „Usiłujcie przejść przez ciasne drzwi…” Nawet sformułowanie „ciasne drzwi” nie jest ograniczeniem możliwości zbawienia ze strony Boga. Ograniczenie to wypływa ze strony człowieka. Świetnie ilustruje ten problem jeden z animowanych filmów, którego bohaterem jest Charlie Brown. Pewnego zimowego poranka Charlie spogląda przez okno i widzi świat pokryty śniegiem, wspaniałe warunki na narty. Na dworze jest jednak bardzo zimno, Charlie, więc wkłada na siebie wiele ubrań, rękawice i narty. Tak opatulony stara się wydostać na zewnątrz. Ale jest to niemożliwe. Drzwi okazały się za wąskie. Charlie usiłuje się wydostać, jednak zbyt wiele ma na sobie ubrań i do tego jeszcze narty, aby przejść przez wąskie drzwi. Zmęczony i zły zostaje w domu. Wielu chrześcijan może i dostrzega piękny świat bożej rzeczywistości, ale tak wiele gromadzą niepotrzebnych -w ostatecznym bilansie życia- rzeczy przy sobie, tak bardzo się z nimi wiążą, że to przesłania im Boga i uniemożliwia dostanie się do Królestwa bożego. Zostają oni w domu swych namiętności i bogactw, których zachłannie pilnują. Nieraz powtarza się historia młodzieńca ewangelicznego, który przyszedł do Jezusa z zapytaniem, co ma robić, aby się dostać do Królestwa bożego. Zachowuj przykazania, pada odpowiedź. Młodzieniec odpowiada, że robi to od młodości. Idź, zatem i sprzedaj wszystko, co masz i rozdaj ubogim, radzi mu Jezus. Młodzieniec odszedł zasmucony, gdyż miał wiele majętności. Wtedy Jezus powiedział: „Zaprawdę powiadam wam, bogatemu trudno jest wejść do Królestwa bożego”.

Do przejścia przez bramę Królestwa bożego trzeba się przygotowywać, nie można tego odkładać na ostatnią chwilę, gdyż może okazać się, że jest już za późno. „Skoro Pan domu wstanie i drzwi zamknie, wówczas stojąc na dworze, zaczniecie kołatać do drzwi i wołać: Panie otwórz nam; lecz on wam odpowie: Nie wiem skąd jesteście”.

Opieszałość w przygotowaniu się do przejścia przez wąską bramę jest zwycięstwem diabelskiego szeptania do ucha: „Nie śpiesz się, masz czas. Gdy będziesz stary, wtedy będziesz miał czas na myślenie o niebie, odmawianie pacierzy”. I wtedy rzeczywiście może się okazać, że brama nieba jest dla nas za wąska. (z książki Ku wolności)

 

CIASNE DRZWI DO NIEBA

Bracia: Zapomnieliście o upomnieniu, które się zwraca do was, jako do synów: „Synu mój, nie lekceważ karania Pana, nie upadaj na duchu, gdy On cię doświadcza. Bo tego Pan miłuje, kogo karze, chłoszcze każdego, którego za syna przyjmuje”. Trwajcież w karności. Bóg obchodzi się z wami jak z dziećmi. Jakiż to bowiem syn, którego by ojciec nie karcił? Wszelkie karcenie na razie nie wydaje się radosne, ale smutne, potem jednak przynosi tym, którzy go doświadczyli, błogi plon sprawiedliwości. Dlatego wyprostujcie opadłe ręce i osłabłe kolana. Czyńcie proste ślady nogami waszymi, aby kto chromy nie zbłądził, ale był raczej uzdrowiony (Hbr 12,5–7.11–13).

W minionym tygodniu trafiła na półki księgarskie w Polsce moja ostatnia książka pod tytułem „Bóg na drogach naszej codzienności”. Kierując uwagę na Boga i niebo nasza myśl niejako automatycznie odrywa się od ziemi i mknie w kierunku, który wyznaczają gwiazdy na bezkresnym niebie i pogrąża się w rzeczywistości, której umysł ogarnąć nie może. A dusza zatapia się w mistycznym uniesieniu. Aby jednak tego doświadczyć trzeba mocno stąpać po ziemi i tu odnajdywać Boga. Tam, gdzie Bóg, tam jest i niebo, którego doświadczymy w całej pełni, gdy w czasach ostatecznych oglądać będziemy Boga twarzą w twarz. Pobożna lektura Pisma św. pomaga nam odnajdywać Boga w naszej codzienności, a czyni to na różne sposoby. Dzisiejsze czytania mówią o karaniu, upominaniu, karceniu, o prostowaniu dróg życia, ostrzegają przed rozminięciem się z Bogiem i utratą nieba, do którego, jak mówi Chrystus, wchodzi się przez ciasne drzwi. 

A zatem mamy szukać Boga na drogach naszej codzienności. Czasami wyrywamy się z niej i wyruszamy w dalekie podróże i tam też, jeśli mamy serca otwarte możemy Go odnaleźć i ubogacić Nim naszą codzienność. I nie muszą to być jakieś znane miejsca pielgrzymkowe. W czerwcu tego roku wybraliśmy się na Kubę, wydawałoby się, że jest to miejsce nie aż tak odpowiednie, aby doświadczyć obecności Boga. A jednak. Stojąc na najpiękniejszych plażach w Varadero, wpatrując się w oszałamiające kolory zachodzącego słońca, słuchając łagodnego szumu morza, myśl wyrywała się ku niebu, aby paść z uwielbieniem i dziękczynieniem przed tronem Stwórcy tego piękna. Jednak takie miejsca niosą wiele możliwości wesołego i beztroskiego spędzenia czasu, często z pominięciem Stwórcy otaczającego nas piękna. Trzeba wiele wewnętrznej samodyscypliny, aby cieszyć się tym pięknem i nie stracić z oczu Boga, nie zatracić swojej duszy. Inaczej, przejść przez wąskie drzwi, o których mówi Chrystus.

Czasami te drzwi jawią się przed nami jako brama cierpienia, którą trzeba przekroczyć. W czasie ostatnich wakacji wiele rozmawiałem ze swoim przyjacielem Ryszardem, wieloletnim dziennikarzem Polskiego Radia. Odbył on wiele reporterskich podróży. Był w Afganistanie, Iraku, Czadzie i wielu innych miejscach na świecie. Dzisiaj zrezygnował z tych atrakcyjnych wyjazdów, aby zająć się, jak sam mówi sprawami najważniejszymi. A tą najważniejszą sprawą jest zdrowie córeczki Karoliny. Zachorowała na rzadką chorobę, która powoduje niszczenie przez organizm własnych nerek. Karolina ma za sobą wiele bolesnych operacji i przeszczep nowej nerki, o którą ciągle trzeba walczyć. Dziewczynka nad wyraz mądrze przeżywa swoją chorobę. Cierpienie towarzyszyło Karolinie nawet po wyjściu ze szpitala. W książce, która zaczęła pisać czytamy: „Kiedy wyszłam ze szpitala czas szybko minął i rok się skończył a ja poszłam do szkoły. To był koszmar, najpierw miałam indywidualne nauczanie z wychowawczynią, ale gdy zrobiło się cieplej mogłam wrócić do szkoły lecz jeszcze nie wiedziałam co mnie czeka (przez te leki miałam też obniżoną odporność i ciągle bym chorowała gdybym chodziła do szkoły w zimie) wiele osób mi się dziwi jak ja mogę nie tęsknić za szkołą, ale czy można tęsknić z miejscem, gdzie uważali cię za dziwoląga, do dziś pamiętam przezwiska, drwiny i wzrok pod tytułem ‘co to jest’. Za każdym razem wracałam do domu i płakałam, nie mogłam zrozumieć o co im chodzi, co ja im zrobiłam, że są dla mnie tacy podli”. Oparciem dla Karoliny była miłość jaką odnajdywana w domu. Jest to wymagająca i trudna miłość, ale zarazem tak piękna i głęboka, że tylko nieliczni mogą jej doświadczyć w życiu.

Wracając do Nowego Jorku pojechałem na lotnisko z Ryszardem, który odwoził Karolinę do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Gdy tata z córką odwiedzał lekarzy, ja siedziałem na korytarzu i patrzyłem na te niewinne istoty, dźwigające ogromny krzyż swojego cierpienia. Ten krzyż dźwigały ze swoimi rodzicami. Tatuś trzymający z miłością za rękę chorego synka pozostanie dla mnie obrazem miłości nie do ogarnięcia ludzkim umysłem. Zatrzymałem się przy wejściu do kaplicy szpitalnej, przed krzyżem, obrazem Chrystusa Miłosiernego i bł. Jana Pawła. Krzyż i obrazy były otoczone dziecięcymi obrazkami i wypisanymi podziękowaniami, prośbami…. Patrząc na to nie mogłem powstrzymać łez. Te cierpiące dzieci bez słów uczyły dorosłych, co znaczy przechodzić przez ciasne drzwi do nieba.

Idąc drogami naszej codzienności cofnę się jeszcze pamięcią do parafii, gdzie z członkami Stowarzyszenia Żywego Różańca Rodziców przygotowywałem sierpniowy festyn dla dzieci. Rodzice zatroskani o los swoich dzieci chcieli modlitwą różańcową, jak szańcem otoczyć je przed zakusami zła. Podejmowali także różne działania, które otwierały dzieci na wartości religijne, ukazywały piękno tradycji i kultury polskiej. Te działania stwarzały dla całych rodzin możliwość radosnego i pożytecznego spędzenia czasu. Taką rolę spełniał także festyn dla dzieci „Pożegnanie lata”. W czasie spotkania organizacyjnego wyszedł problem podawania piwa na dziecięcym festynie. Zdania były podzielone. Dla większości, było nie do pomyślenia, aby na imprezie dziecięcej podawano alkohol, i to jeszcze organizowanej przez Różaniec Rodziców. Doszło do gwałtownej wymiany zdań. Zwolennicy sprzedaży piwa twierdzili, że powinno piwo powinno się podawać dla orzeźwienia, rozweselenia…, no i ze sprzedaży piwa jest największy zysk. Przeciwnicy twierdzili, że towarzystwo podchmielonych ludzi będzie zgorszeniem dla dzieci. A ponad to, kościół w Polsce wzywa wszystkich wiernych do abstynencji alkoholowej w sierpniu. Picie alkoholu w towarzystwie dzieci, to nie jest ani dobry, ani boży pomysł.

Psycholog Alicja Bukowska-Durawa pisze: „Jeśli pokażemy, że picie alkoholu sprawia przyjemność, to możemy się spodziewać, że dziecko szybko samo będzie chciało tego spróbować. I wtedy nie powinniśmy się temu dziwić”. I tu mógłbym przytoczyć dziesiątki przykładów, gdzie właśnie w taki sposób rozpoczynała się tragiczna droga alkoholika i jego rodziny. W trakcie pisania tego artykułu zapytałem moją 9-letnią siostrzenicę Natalkę, co o tym sądzi. Zdecydowanie powiedziała, że na imprezach dziecięcych nie powinno się podawać nawet piwa. Uczmy się od dzieci, one mają nieraz więcej rozsądku niż dorośli. Warto zatem, w tym miejscu przypomnieć sobie słowa Jezusa: „Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza”. Zła, jakie może wyrządzić dzieciom towarzystwo pijących alkohol nie da się naprawić, nawet całonocnym odmawianiem różańca. W drodze do nieba, dobre słowo i modlitwa muszą iść w parze z dobrym czynem. Drzwi do nieba są wąskie, a my dla własnej wygody, egoizmu, przypodobania się, orzeźwienia chcemy je poszerzać. Może łatwiej przez nie przejść, tylko wtedy, czy są to drzwi do nieba? Powyższy, festynowy przykład możemy odnieść do innych sfer naszego życia.

Jeśli powyższe słowa brzmią dla nas zbyt radykalnie i brutalnie, to warto jeszcze raz posłuchać św. Pawła z dzisiejszych czytań: „Wszelkie karcenie na razie nie wydaje się radosne, ale smutne, potem jednak przynosi tym, którzy go doświadczyli, błogi plon sprawiedliwości”. Św. Paweł wzywa nas także abyśmy byli dobrym przykładem dla innych: „Czyńcie proste ślady nogami waszymi, aby kto chromy nie zbłądził, ale był raczej uzdrowiony”. A na koniec przypomnijmy sobie słowa Jezusa skierowane do każdego z nas: „Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będą mogli”. Przypomnijmy sobie także słowa Jezusa do „poszerzaczy” niebieskich drzwi: „Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście. Odstąpcie ode Mnie wszyscy dopuszczający się niesprawiedliwości” (Kurier Plus, 25 VIII 2013).

 

BILET DO NIEBA

Tak mówi Pan: «Ja znam ich czyny i zamysły. Przybędę, by zebrać wszystkie narody i języki; przyjdą i ujrzą moją chwałę. Ustanowię u nich znak i wyślę niektórych ocalałych z nich do narodów Tarszisz, Put, Lud, Meszek i Rosz, Tubal i Jawan, do wysp dalekich, które nie słyszały o mojej sławie ani nie widziały mojej chwały. Oni rozgłoszą chwałę moją wśród narodów (Iz 66, 18-21).

Po śmierci mężczyzna dostał się do nieba. W bramie powitał go św. Piotr, który zaproponował mu zwiedzanie nieba. W trakcie, którego zobaczyli miejsce ogrodzone bardzo wysokim murem. Piotr powiedział: „Zachowuj się bardzo cicho, gdy będziemy przechodzić obok tego miejsca”. „Dlaczego?” – pyta mężczyzna. „Tu są katolicy. Myślą oni, że są jedynymi ludźmi w niebie. Gdyby się dowiedzieli, że są jeszcze inni, czuliby się niezadowoleni. A niektórzy z nich zażądaliby zwrotu pieniędzy” – odpowiada św. Piotr.

Zapewne tę anegdotę wymyślił ten, kto z własnego podwórka zna bardzo dobrze ten problem. Może on dotyczyć każdej wspólnoty wyznaniowej. Także wśród katolików możemy spotkać podobnie myślących, ale w takiej sytuacji rozmijają się oni z oficjalnym nauczaniem swojego kościoła. Bowiem Sobór Watykański II, mówiąc o Kościele założonym przez Chrystusa, gdzie jest pełnia łaski potrzebnej do zbawienia, nie wyklucza możliwości zbawienia ludzi dobrej woli poza widzialną strukturą Kościoła.

Człowiek, który zadał Jezusowi pytanie: „Czy tylko nieliczni będą zbawieni?”, zapewne należał do wspólnoty Narodu Wybranego, gdzie żywa była idea zabawienia tylko wybranych, zbawienia tylko tych, którzy przynależą do tego Narodu Wybranego. Jednak Bóg już w Starym Testamencie objawiał coraz pełniej przez proroków, że zbawienia dostąpić może każdy człowiek. Dla pytającego idea zbawienia tylko wybranych wydawała się niesprawiedliwa, nie do pogodzenia z wiarą w Boga, który jest Ojcem wszystkich ludzi. Chce się upewnić. Chrystus nie odpowiada wprost, tylko używając przenośni poucza nas, na czym polega prawdziwe wybranie i jaka droga prowadzi do zbawienia.

Jest tylko jedno wybranie przez Boga, jest to wybranie do służby. Bóg wybierał proroków, ale nie dla ich własnej chwały i własnego pożytku, tylko do służby swojemu ludowi. Jeśli Bóg w sposób szczególny kogoś wybiera to tylko po to, aby mógł pełniej służyć Bogu i bliźniemu. Inne pojmowanie wybraństwa przez Boga pochodzi od złego i złe wydaje owoce. Staje się powodem pysznego wynoszenia się człowieka nad człowiekiem, narodu nad narodem. Rodzi dyskryminację, nienawiść, wojny i rozbicie. Wszyscy jesteśmy wezwani do Królestwa Bożego i jeśli w ramach tego powszechnego wybrania Bóg zleca nam jakąś misję to tylko po to, aby pełniej służyć bliźnim. Nie jest to tytuł do osobistej chwały czy osobistego egoistycznego pożytku. Pojmowanie wybraństwa bożego bez ducha służebności może rodzić także inne niebezpieczeństwo. „Wybrany” może uważać, że sama przynależność do kościoła, gwarantuje jak gdyby automatycznie bilet do nieba. Oczywiście przynależność jest ważna, bo w tej wspólnocie nasz osobisty wysiłek w miłości służebnej daje pewność zbawienia. Ale nic nie zastąpi osobistego wysiłku zdobywania Królestwa Bożego.

Symbolem tego wysiłku są ewangeliczne „ciasne drzwi”. Są one otwarte dla wszystkich. Ale przejdą przez nie tylko ci, którzy podejmą trud doskonalenia samych siebie. To utrudzenie ma być przepojone duchem miłości. Prawdziwa miłość wymaga cierpliwości, współczucia i bezinteresowności. Używając ewangelicznego powiedzenia są to „wąskie drzwi”, przez które możemy wejść do nieba.

Do szamana przyszła kobieta z prośbą o eliksir, który sprawi, że jej mąż pokocha ją ponownie. Tłumaczyła, że mąż przed pójściem na wojnę okazywał jej wiele ciepła, miłości, był skory do śmiechu. Po powrocie z wojny nie ma humoru, jest zły, zachowuje dystans. Im bardziej chce go przygarnąć do siebie, tym bardziej się od niej oddala. Szaman spokojnie wysłuchał jej historii, po czym powiedział: „Sądzę, że jestem w stanie ci pomóc. Zrobię dla ciebie eliksir, ale ty musisz przynieść składnik do niego”. Kobieta zgodziła się natychmiast. Szaman powiedział, że będą potrzebne wąsy żywego tygrysa. „Jak ja mogę zdobyć wąsy tak dzikiej i groźnej bestii, jaką jest tygrys” – powiedziała zaskoczona kobieta. Ale szaman powtórzył z naciskiem, że może przywrócić miłość męża, tylko wtedy, gdy dostarczy wąsy żywego tygrysa.

Następnego dnia owa kobieta poszła w miejsce, gdzie kiedyś widziała żywego tygrysa. Teraz były tam tylko małpy skaczące po drzewach i ptaki fruwające w powietrzu. Następnego dnia zajęła wygodną pozycję i uzbroiwszy się w cierpliwość, długo czekała. Jednak tygrys się nie pojawił. Tak minął cały tydzień. Aż pewnego razu, po upływie tygodnia zobaczyła tygrysa. Stanęła nieruchomo. Ale gdy tygrys ją zobaczył natychmiast uciekł. Następnym razem, na widok spokojnie stojącej kobiety tygrys przystanął. Przez miesiąc przychodziła w to miejsce, przynosząc tygrysowi różne przysmaki. Jej zachowanie sprawiło, że tygrys się oswoił, do tego stopnia, że w jej obecności zapadał w spokojną drzemkę. I podczas jednej z takich drzemek kobieta wzięła ostry nóż i delikatnie obcięła jeden wąs.

Następnego dnia przybiegła do szamana, wręczając mu wąs tygrysa prosiła o przyrządzenie eliksiru, który przywróci miłość jej męża. Ale szaman odpowiedział: „Ty nie potrzebujesz żadnego eliksiru. Wyrzuć wąs tygrysa, zachowaj tylko to czego nauczyłaś się, aby zdobyć wąs tygrysa, a twój mąż nauczy się miłować ciebie jeszcze więcej”. (A. Simmons- „The Story Factor).

To nie sama przynależność do wspólnoty Ludu Bożego otwiera drzwi do Królestwa Bożego, ale praktykowanie miłości ofiarnej, jakiej możemy nauczyć się nie tyle na przykładzie o wąsach tygrysa, ile od samego Chrystusa. Dorothy Day wyjaśnia duchowe znaczenie pojęcia „wąskie drzwi” tymi słowami: „To znaczy zająć ostatnie miejsce, z miłością pełną poświęcenia umyć nogi innym, podjąć mękę, która prowadzi do zwycięstwa krzyża”. (z książki Nie ma inne Ziemi Obiecanej).

 

MARZENIE O ŻYCIU WIECZNYM

Jeden z marszałków napoleońskiej armii, bezgranicznie ufający swemu wodzowi, w czasie walki został śmiertelnie ranny. Gdy jego stan stawał się coraz poważniejszy usilnie prosił o przybycie Napoleona. Miał nadzieję, że cesarz jest w stanie pomóc mu. W tej sytuacji, zamiast szukać pomocy u Boga zwrócił się do swego wodza. Po przybyciu cesarza, marszałek błagał go, aby ratował jego życie. Napoleon ze smutkiem pokiwał głową, powiedział kilka słów pociechy, odwrócił się i wyszedł. Umierający mężczyzna czując, jak bezlitosna śmierć swym chłodem ogarnia jego ciało nie przestał żałośliwie powtarzać: „Uratuj mnie, Napoleonie! Uratuj mnie!” Zapewne w ostatniej minucie życia, żołnierz ów zrozumiał, że wobec majestatu śmierci nawet potężny Napoleon jest bezradny, nie może mu uratować życia, i że pomocy trzeba szukać gdzie indziej (Our Daily Bread).

Człowiek niepogodzony ze śmiercią, bezradny wobec niej, na różne sposoby szuka pomocy. Czasami woła jak wyżej wspomniany marszałek i spodziewa się ratunku ze strony drugiego człowieka, tylko trochę w innej formie spełnienia. Czyż nie są podobni do marszałka ci, którzy proszą o zamrożenie swojego ciała, z nadzieją, że kiedyś nauka upora się z problemem choroby, śmierci i będą mogli żyć w nieskończoność. Zamrażanie ciała po śmierci, a coraz częściej przed śmiercią jest coraz popularniejsze. Mimo iż wielu naukowców twierdzi, że to tylko cyniczne sprzedawanie złudzeń i marzeń o wiecznym życiu. Obecnie w samych tylko Stanach Zjednoczonych ponad tysiąc osób czeka na rozmrożenie. Jedną z pierwszych zahibernowanych osób jest kilkuletnia dziewczynka. Amerykanka Pierette de la Poteria nie chciała się pogodzić ze zbliżającą się śmiercią swojego jedynego dziecka. Gdy lekarze orzekli, że stan chorej na białaczkę dziewczynki jest beznadziejny, matka podjęła decyzję o zamrożeniu swego dziecka. Dziewczynkę poddano hibernacji jeszcze przed śmiercią.

Te próby, jak mówią niektórzy uczeni są cynicznym sprzedawaniem złudzeń i marzeń o życiu wiecznym. Jednak znakomita większość w mrokach śmierci szuka światła gdzie indziej. Wyciąga ręce tam, gdzie jest Źródło wszelkiego życia i istnienia. Wyciąga ręce do Boga, w którym odnajduje moc spełnienia marzeń o życiu wiecznym. Tę drogę przecierał człowiek od najdawniejszych czasów. Chociaż nie brakuje, szczególnie dzisiaj ludzi, którzy uważają, że są to mrzonki. W swej naiwności, wzorami matematycznymi i próbówkami laboratoryjnymi chcą udowodnić, że nie ma Boga, nie ma życia wiecznego. Próby zmierzenia materialną miarką tego, co nie materialne, duchowe wyglądają co najmniej dziwnie. Jednak z drugiej strony w świecie materialnym możemy znaleźć ślady Boga. I chociaż nie mają one cech dowodów nauk empirycznych, to jednak w sferze duchowej, nadprzyrodzonej mogą być „dowodami”, które częściej nazywamy drogami prowadzącymi do Boga. I tak niesłychanie skomplikowany świat materii wskazuje na Stwórcę. Ponad to Bóg w nadprzyrodzony sposób interweniuje w rzeczywistość materialną. Najbardziej spektakularną i przekonywującą interwencją było wcielenie Syna Bożego, Jezusa Chrystusa. Zaś Jego cuda uzdrowienia, wskrzeszenia i zmartwychwstanie to znaki potwierdzające naukę Chrystusa. A nauczał On także o życiu wiecznym. Nie było to czymś nowym dla słuchaczy, dla nich życie wieczne było oczywiste. Cuda Jezusa tylko umacniały tę wiarę i wskazywały na Jezusa, jako Pana życia i śmierci. Dlatego nikt nie pytał Jezusa, czy istniej życie wieczne, tylko jak je osiągnąć i czyim będzie ono udziałem: „Czy tylko nieliczni będą zbawieni?”

Wcześniej także zadawano takie pytania. A odpowiedzi były różne. W Księdze Ezdrasza czytamy: „Wielu zostało stworzonych, ale niewielu będzie zbawionych”. Zaś rabini w Talmudzie nauczali: „Cały Izrael będzie miał udział w przyszłym świecie” (Sanh 10, 1). A zatem nie brakowało ludzi, którzy myśleli, że przynależność do jakiejś grupy, narodu jakby automatycznie daje przepustkę do nieba. Zapewne w czasie pisania Ewangelii przez Łukasza chrześcijanie zastanawiali się, czy tylko wyznawcy Chrystusa wejdą do nieba. Dzisiaj, wierzących w życie wieczne generalnie można podzielić na dwie grupy. Jedni uważają, że aby wejść do nieba trzeba spełnić pewne warunki, drudzy zaś liczą, że Bóg w swoim ogromnym miłosierdziu otworzy bramy nieba dla wszystkich. Na te wszystkie dywagacje Chrystus odpowiada, jakby nie wprost: „Usiłujcie przejść przez ciasne drzwi”. A zatem, drzwi do nieba nie są zarezerwowane dla jakiejś grupy, narodu. Są otwarte dla wszystkich. Nie ma biletów wstępu, podatków, łapówek, strażników. Nie potrzebujemy wizy, paszportu, pozwolenia na stały pobyt. Te drzwi są otwarte, ale wąskie. Możemy przejść przez nie z Chrystusem. W innym miejscu powie On, że jest bramą owiec, przez Niego przechodzimy do nieba. Iść za Chrystusem, to w imię wartości wyższych, wiecznych zapierać się samego siebie, brać na ramiona krzyż Chrystusa. Jest to droga bożych przykazań i ofiarnej miłości.

Kroczenie wąską drogą, o której mówi Jezus, w dzisiejszych czasach nie jest łatwe. Współczesny, zsekularyzowany świat szeroko otwiera swoje drzwi, mówiąc: po co szukać nieba; w dodatku nie wiadomo, gdzie, a wymaga to wyrzeczeń, poświecenia… Wejdź na naszą szeroką, łatwą drogę materializmu, rozpasanej konsumpcji, hedonizmu. Wszystko tu jest dozwolone. Zaspokoimy twoje wszystkie pragnienia, stworzymy ci możliwość kompromisu w każdej sytuacji. Uwolnimy cię od wyrzutów sumienia, nawet za zabójstwa. Aby cię nie drażnić, nie użyjemy nawet słowa zabójstwo, tylko aborcja lub eutanazja. Jednak ta szeroka droga rozpasania i egoizmu, jak mówi Chrystus nie prowadzi do nieba.

Misty Mowrey w jednej ze swoich przypowieści mówi o wzrastaniu i dojrzewaniu do nieba w następujący sposób. Ogrodnik zasadził jesienią trzy owocowe drzewa. W czasie zimy nie zauważył nic szczególnego, co by wyróżniało je spośród innych. Wiosną drzewa pokryły się liśćmi i pięknymi kwiatami. „Jakie są wspaniałe. Będę mógł się radować ich pięknem całe lato”- pomyślał ogrodnik. Radość jednak nie trwała długo. Przy lekkim wietrze, płatki zaczęły spadać na ziemię, zamieniając się w szarą masę. „Co za bałagan. Te drzewa są bezużyteczne”- powiedział ogrodnik sam do siebie. W lecie, ogrodnik zauważył na gałęziach drzew małe zielone owoce wielkości orzecha. Zerwał jeden owoc i ugryzł kawałek. Z obrzydzeniem rzucił owoc na ziemię, mówiąc: „Oh, co za wstrętny smak. Te drzewa są bezwartościowe. Wytnę je zimą”. Drzewa nie zważały na narzekania ogrodnika. Czerpały wodę z gleby, wchłaniały słoneczne światło i ciepło, karmiąc dojrzewające owoce. W końcu przyszła jesień. Ogrodnik zauważył na drzewie piękne czerwone jabłka. Był nimi zachwycony. Zerwał jedno i skosztował go. Jego oczekiwania przeszły najśmielsze marzenia. Tak smacznych jabłek nie jadł nigdy w życiu.

Chrystus powołuje każdego nas do życia, które ma wydać owoc wieczności. Na wąskiej drodze prowadzącej do nieba doświadczamy radości kwitnącego ogrodu, umierającego piękna i goryczy niedojrzałych owoców. Jednak wytrwałe zdążając za Chrystusem wydamy ostateczny owoc, którego symbolem jest przejście do nieba przez ewangeliczne ciasne drzwi. (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚWIĘTA JADWIGA KRÓLOWA

Na pytanie: „Czy tylko nieliczni będą zbawieni?”, Chrystus odpowiada: „Usiłujcie przejść przez ciasne drzwi.” Te słowa odbierane są nieraz jako wezwanie do wyboru życia konsekrowanego, gdzie reguły zakonne, dodatkowe prawa, jakby automatycznie czynią człowieka zdatnym do przekroczenia wąskich drzwi. Stan duchowny jawi się niejako pewniejsza droga zbawienia. Potwierdzeniem słuszności takiego myślenia może być fakt, że większość wyniesionych na ołtarze, to osoby duchowne. Nic bardziej mylącego. „Wąskie drzwi” każdy człowiek nosi w sobie. Zaś życie według bożej sprawiedliwości i miłości sposobi człowieka do ich przekroczenia. Jest to niezależne od tego, czy kształt zewnętrzny naszego życia określają surowe reguły zakonne, czy też reguły życia królewskiego. Święta Jadwiga, królowa, żona i matka na drodze życia świeckiego przekroczyła ewangeliczne „wąskie drzwi”. Czarny, gotycki krzyż w północnej nawie katedry  wawelskiej od stuleci przyciąga wiernych. Jedna z legend głosi, że w noc przed podjęciem decyzji poślubienia Jagiełły, Jadwiga modląc się zauważyła, że ręka Chrystusa oderwała się od krzyża i pobłogosławiła ją. Było to błogosławieństwo dla planów chrystianizacji Litwy poprzez ślub z wielkim księciem Jagiełłą. Faktem jest, że Jadwiga spędzała wiele czasu przed tym krzyżem, szczególnie w momentach podejmowania ważnych decyzji. Taką ważną decyzją brzemienną w skutkach dla Polski i Litwy była decyzja zaślubin księcia litewskiego Jagiełły. 

Jadwiga Andegaweńska przyszła na świat 18 lutego 1374 roku w Budzie, dzisiejszy Budapeszt jako trzecia córka Ludwika Wielkiego, króla Węgier i Polski. Czteroletnia Jadwiga, ze względów dynastycznych została zaręczona z ośmioletnim Wilhelmem Habsburgiem, synem Leopolda, księcia Austrii. Dziecięcej parze błogosławił arcybiskup ostrzyhomski Dymitr. Miało miejsce także zwyczajowe dopełnienie obrzędu, polegające na tym, że oboje dzieci spały przez dwa tygodnie w jednym łóżku. Po niespodziewanej śmierć Ludwika Węgierskiego w 1382 roku Węgrzy obrali za swoją królową 11- letnia Marię, siostrę Jadwigi. W konsekwencji polscy możnowładcy zrezygnowali z dalszej unii z Węgrami i postanowili obrać Jadwigę na królową Polski. W roku 1384 Jadwiga przybyła do Polski i zamieszkała na zamku królewskim na Wawelu. O jej przyjeździe, Jan Długosz w swojej Kronice napisał: „Zaprawdę nadzwyczajnym widowiskiem był ów wjazd niedorosłego dziewczęcia, samego bez matki, otoczonego tylko wspaniałym dworem, wiedzionego przez sędziwe duchowieństwo, urzędników poważnych. Kraj w Jadwidze, w ‘młodym królu’ swym, w dziewicy zachwycającej pięknością której sam wiek dodawał uroku -widział zbawcę i zesłańca Bożego”.

16 października 1384 r. w katedrze wawelskiej Jadwiga została ukoronowana na królową Polski. Koronacji dokonał arcybiskup gnieźnieński Bodzanta. Na uroczystości koronacyjnej byli także wysłannicy wielkiego księcia litewskiego Jagiełły. Decyzje podejmowane przez młodą monarchinię ukazywały nad wiek dojrzałą osobowość. Kronikarz pisze: „Okazywała rozsądek i dojrzałość mimo młodego wieku, cokolwiek mówiła, albo czyniła, wykazywało jakby sędziwego wieku powagę”. Po koronacji pozostała jeszcze sprawa wyboru męża dla niej. W połowie sierpnia 1385 r. na czele świetnego orszaku przyjechał do Krakowa 15- letni Wilhelm, oczekujący przypieczętowania swego związku z Jadwigą. Sędziwy kasztelan krakowski Dobiesław z Kurozwęk kazał zamknąć bramy Wawelu i nie wpuścić przybysza. Według późniejszej relacji Długosza, Jadwiga była tak niezadowolona z takiego potraktowania Wilhelma, że w przypływie emocji zaczęła rąbać toporem zamkniętą furtę wawelską. Uspokoiła się na prośby podskarbiego koronnego Dymitra z Goraja, który na kolanach błagał ją, by miała wzgląd na jej królewski majestat i polską rację stanu.

Polscy możnowładcy upatrzyli za męża Jadwigi kogoś innego, snuli bowiem polityczne plany połączenia Królestwa Polskiego z Litwą. A służyć temu miał związek małżeński Jadwigi z Jagiełłą. Niebawem, bo już w styczniu 1385 roku pojawiło się na Wawelu poselstwo litewskie. Wielki książę Jagiełło w zamian za rękę Jadwigi i koronę polski był gotów przyjąć wraz ze wszystkimi poddanymi chrześcijaństwo i zawrzeć unię z Polską. Młoda królowa pragnąc dobra polskiego narodu i chrystianizacji Litwy zgodziła się na poślubienie Jagiełły. Ślub Jadwigi z Jagiełłą, który w międzyczasie przyjął chrzest i nowe imię Władysław odbył się 18 lutego 1386 roku, a 4 marca Jagiełło został koronowany na Króla Polski.

Jadwiga miała duży udział w rządzeniu krajem. W sprawach polityki okazywała wielką roztropność i przenikliwość, zwłaszcza w sprawach krzyżackich i litewsko-ruskich. Stała się orędowniczką pokoju Zakonu z Polską pod warunkiem zaprzestania niepokojenia Litwy przez Krzyżaków. Doprowadziła do zgody między Jagiełłą i jego bratem Witoldem. W swej działalności wspierała kościoły i klasztory. Patronowała tłumaczeniu na język polski Pisma świętego i wielu dzieł ojców kościoła. „Rzecz wątpliwa, czy królowa przybywając do kraju cokolwiek umiała po polsku, ale to pewne, że ten język wkrótce sobie przyswoiła, że wiele ksiąg pobożnych tłumaczyć kazała i, że za jej czasów na Wawelu po raz pierwszy dało się słyszeć publicznie polskie Słowo Boże. Ręką jej szyte ozdoby do kościołów, liczne dla nich ofiary, dowodzą pobożności wielkiej” – czytamy w kronice.

Jadwiga podjęła starania o odnowienie działalności, założonej przez jej dziadka Kazimierza Wielkiego Akademii Krakowskiej. W 1397 roku uzyskała pozwolenie papieskie na otwarcie wydziału teologicznego dzięki czemu uczelnia krakowska uzyskała rangę Uniwersytetu. W swoim testamencie zapisała uniwersytetowi ogromne sumy, dzięki którym wznowił on swoją działalność w 1400 roku. Od tego czasu uczelnię nazwano Uniwersytetem Jagiellońskim. Odnowiony uniwersytet stał się ogniskiem promieniującym wielką humanistyczną wiedzą. Wykształcił wielu wybitnych Polaków, takich jak Mikołaj Kopernik, Jan Kochanowski, Paweł Włodkowic, Andrzej Frycz Modrzewski, Marcin Król z Żurawicy, Jakub Parkoszowic, Stanisław ze Skalbmierza.

Królowa Jadwiga ufundowała wiele klasztorów i kościołów, otaczała opieką szpitale, które w średniowieczu oprócz leczenia pełniły rolę przytułków dla ludzi chorych, starych i pozbawionych środków do życia. Przyczynia się do założenia dwóch szpitali miejskich: w Sączu i Bieczu, ponadto pomagała materialnie szpitalowi klasztornemu w Sandomierzu. Troszczyła się o byt swoich poddanych, szanując godność także tych najbiedniejszych mieszkańców Królestwa Polskiego. Ilustruje to epizod, jaki miał miejsce w czasie jednej z podróży królowej po kraju. Kiedy żołnierze królewscy zniszczyli chłopskie zagrody, Jadwiga nie zadowoliła się wiadomością o zapłaceniu szkód wyrządzonych wieśniakom, lecz zapytała z wyrzutem: „A któż im łzy powróci?”.

Jadwiga przez wiele lat oczekiwała potomka, który byłby następcą tronu.  Na początku roku 1399 wydawało się, że te marzenia zaczynają się spełniać. Jadwiga była w stanie błogosławionym. Uradowany król spraszał gości na chrzest, poprosił papieża Bonifacego IX za chrzestnego. Papież zgodził się chętnie i na ojca zastępczego wyznaczył Wojciecha Jastrzębaca, elekta poznańskiego. Prosił także, aby dziecku nadano imię Bonifacy lub Bonifacja.  Królowa bardzo ciężko znosiła ciążę. A kiedy Jagiełło zachęcał ją, aby izbę, w której będzie rodziła przyozdobić drogimi kamieniami i złotem, odpowiedziała: „Panu Niebios, który pozbawiwszy mnie hańby bezpłodności, obdarzył płodnością, nie chcę się podobać w blasku drogich kamieni złota, ale w skromności i łagodności”. Poród nastąpił przedwcześnie, 22 czerwca 1399 r. Dziecko było słabe, tak że zdecydowano się na chrzest, nie czekając na powrót Jagiełły. Dziewczynka otrzymała imiona Elżbieta Bonifacja. Przeżyła zaledwie trzy tygodnie, zmarła 13 lipca 1399 r. Cztery dni później, w wieku 26 lat zmarła Jadwiga. Zgodnie z jej wcześniejszym życzeniem pochowano ją razem córeczką w jednej trumnie przy ołtarzu głównym katedry wawelskiej, w nadziei, że Jadwiga wkrótce zostanie ogłoszona świętą.

Jagiełło do końca życia nosił obrączkę ślubną Jadwigi. Umierając polecił przekazać tę obrączkę biskupowi krakowskiemu Zbigniewowi Oleśnickiemu jako najdroższą pamiątkę po Jadwidze. Z chwilą śmierci Jadwigi wierni czcili ją jako świętą. Jednak beatyfikacji dokonał dopiero papież Jan Paweł II w Krakowie 8 VI 1979 r., zatwierdzając publiczny kult, jakim cieszyła się królowa Jadwiga „od niepamiętnych czasów”. Kanonizacja królowej Jadwigi miała miejsce również w Krakowie 8 VI 1997 roku (z książki Wypłynęli na głębię).

 

NA DRODZE ZWYCIĘZCÓW

O końcu świata i sądzie ostatecznym zacznę na wesoło. Ksiądz głosił płomieniste kazanie nawiązując do Ewangelii zacytowanej na wstępie. Ostrzegał wiernych przed wiecznym potępieniem, cytując słowa Jezusa: „Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”. Po czym wymownie zawiesił głos, co wykorzystała babcia siedząca w pierwszej ławce, mówiąc: „Ale ja nie mam zębów”. Na co kaznodzieja ze stoickim spokojem odpowiedział: „Nie przejmuj się, wstawią ci je za darmo”.

Sądzę, że na sądzie ostatecznym nie będzie nam za bardzo do śmiechu. Nawet, gdy najlepiej jesteśmy przygotowani do egzaminu szkolnego, to jednak mamy pewne obawy, a cóż dopiero, gdy będziemy zdawać egzamin życiowy, mając nawet świadomość, że Bóg jest nie tylko sędzią, ale także miłosiernym Ojcem. Konieczność takiego sądu wydaje się oczywista i konieczna nawet z perspektywy ziemskiej. Buntujemy się na myśl, że zbrodniarz nie żałujący swoich czynów otrzymałby taką samą nagrodę, jak człowiek uczciwy, który kierował się w swoim życiu prawem miłości Boga i bliźniego. Zapewne taka świadomość towarzyszyła człowiekowi z tłumu, który zadał Jezusowi pytanie: „Czy tylko nieliczni będą zbawieni?” Jezus nie odpowiada wprost w perspektywie liczbowej: mało- dużo, ale wskazuje na ciasne drzwi, przez które mamy przejść. Odpowiada człowiekowi z tłumu: Nie pytaj, ile osób będzie zabawionych, ale ty „Staraj się wejść przez wąską bramę”. Zbawienie Boże jest otwarte dla wszystkich. Od nas zależy, czy przy bramie będziemy zwycięzcami, czy przegranymi.

Kiedyś czytałem artykuł o różnicy w postepowaniu zwycięzcy i przegranego. Oto jego fragment w wolnym tłumaczeniu: „Zwycięzca jest zawsze częścią odpowiedzi; Przegrany jest zawsze częścią problemu. Zwycięzca zawsze ma program; Przegrany ma zawsze wymówkę. Zwycięzca mówi: ‘Pozwól, że to zrobię dla ciebie’; Przegrany mówi: ‘To nie jest moja praca’. Zwycięzca ma odpowiedź na każdy problem; Przegrany ma problem z każdą odpowiedzią. Zwycięzca mówi: ‘Może to być trudne, ale możliwe’; Przegrany mówi: ‘To jest możliwe, ale jest zbyt trudne’. Kiedy Zwycięzca popełnia błąd, mówi: ‘Myliłem się’; Przegrany zaś tłumaczy się: ‘To nie była moja wina’. Zwycięzca realizuje zobowiązania; Przegrany tylko obiecuje. Zwycięzca ma marzenia; Przegrany ma schematy postępowania. Zwycięzca mówi: ‘Muszę to zrobić’; Przegrany: ‘Coś trzeba zrobić. Zwycięzca jest częścią zespołu; Przegrany jest poza drużyną. Zwycięzca widzi zysk; Przegrany widzi stratę. Zwycięzca widzi możliwości; Przegrany widzi tylko problemy. Zwycięzca wierzy w wygraną; Przegrany uważa, że wygrać można tylko kosztem innego. Zwycięzca widzi potencjał w przyszłości; Przegrany patrzy wraca w przeszłość. Zwycięzca jest jak termostat; Przegrany jak termometr. Zwycięzca wybiera to, o czym mówi; Przegrany mówi, o tym co wybiera. Zwycięzca używa mocnych argumentów wyrażanych w łagodnych słowach; Przegrany używa słabych argumentów, które wyraża w twardych słowach. Zwycięzca broni najważniejszych wartości, ale gotowy jest do kompromisu w drobnych sprawach; Przegrany jest stanowczy w błahych rzeczach, ale idzie na kompromis, gdy chodzi o najważniejsze wartości. Zwycięzca kierują się filozofią empatii: ‘Nie czyń innym tego, czego nie chcesz, aby i oni ci czynili’; Przegrany w przypadku zagrożenia postępuje zgodnie z filozofią: „Zrób to innym, zanim oni uczynią to dla ciebie”. Zwycięzcy robią wszystko, aby to się wydarzyło; Przegrani pozwalają na to”.

To porównanie zwycięzców i przegranych w pewnych wymiarach ma też zastosowanie naszej drodze zbawienia, która stawia nas przed wąską bramą, przez którą mamy przejść jako zwycięzcy. Droga zwycięzców jest piękniejsza, ale trudniejsza. Autor Listu do Hebrajczyków z pierwszego czytania pisze, że wymogi na drodze zwycięzców mogą być odbierane jako karcenie. Ale to „karcenie” jest konieczne, aby sięgnąć po wyższe dobro: „Wszelkie karcenie na razie nie wydaje się radosne, ale smutne, potem jednak przynosi tym, którzy go doświadczyli, błogi plon sprawiedliwości. Dlatego wyprostujcie opadłe ręce i osłabłe kolana!” Na tej drodze mamy osiągnąć nie tylko „błogi plon sprawiedliwości”, ale zostawić ślady, aby inni idąc za nami dotarli jako zwycięzcy do ewangelicznej wąskiej bramy: „Proste ślady czyńcie nogami, aby kto chromy, nie zbłądził, ale był raczej uzdrowiony”.

Możemy przytoczyć tysiące przykładów ludzi, którzy zostawili po sobie bardzo czytelne ślady prowadzące nas do bramy zbawienia. Należy do nich św. Jan Paweł II. Na portalu ściąga.pl młody człowiek pisze: „W dzisiejszych czasach dla wielu ludzi liczą się tylko rzeczy materialne. Ci ludzie zapomnieli o innych, potrzebujących naszej pomocy. Skupili się na sobie i własnych potrzebach. Ale przecież świata nie tworzy jeden człowiek, lecz wszyscy: wierzący i niewierzący. Wyznawcy różnych religii często walczyli ze sobą, krzywdząc przy tym niewinnych. Jeden człowiek zdołał przerwać tę bezsensowną walkę i zjednoczyć nas. Pozornie zwykła osoba, a zdołała dokonać tyle niezwykłych rzeczy. W mojej pracy postaram się udowodnić, że Papież Jan Paweł II jest wzorem do naśladowania dla współczesnego człowieka. Jan Paweł II zawsze solidaryzował się z tymi, których doświadczył los. Przypominał im: ‘Wobec pytania o sens cierpienia Bóg daje jedyną odpowiedź, jaką jest Jezus Chrystus. On uzdrawia człowieka u samych korzeni, w ciele, jak i na duchu…’. Papież robił, co mógł, by wspomóc potrzebujących. Spotykał się z nimi podczas pielgrzymek, przynosił im modlitwę i słowa otuchy. Sam Papież również cierpiał. Na jego twarzy często pojawiał się grymas bólu. Nie krył go, nie maskował pozorami uśmiechu. Jakby chciał pokazać, że cierpienie jest wpisane w ludzki los. Swoim cierpieniem dodawał otuchy ludziom ciężko chorym. Nie bał się pokazywać łez i wzruszenia podczas pielgrzymek do Ojczyzny, prezentując postawę patrioty”.

Zwrócę uwagę na jeszcze jeden bardzo ważny element na drodze zwycięzców. Gillian McKeith napisał książkę „Jesteś tym, co jesz”. W Wielkiej Brytanii sprzedano ponad 2 miliony egzemplarzy tej książki. A w reklamach można wyczytać: „Dzięki tej książce poznasz tajemnice jej fantastycznej diety i zmienisz swoje życie będziesz zdrowszy i szczęśliwszy. Przestrzegając prostych rad Gillian McKeith, już wkrótce będziesz się czuł i wyglądał wspaniale. Będziesz zdumiony, jak wielkie znaczenie może mieć kilka drobnych zmian i jak łatwo je przeprowadzić”. Z własnego doświadczenia wiemy, że to jest prawda, która odnosi się przede wszystkim do naszego ciała, naszej psychiki. A co z duszą? Przecież nawet najszczuplejszego ciała nie da się przemycić na druga stronę wąskiej bramy. Duszę też trzeba odpowiednio karmić. Czasami przeglądam jakiś profil na FB. Niektóre aż ociekają nienawiścią, wulgaryzmem, nie znajdziesz tam pozytywnej myśli, miłości, dobra. I zazwyczaj te profile należą do popaprańców życiowych, w sumie ludzi bardzo nieszczęśliwych. Trudno się temu dziwić. Jeśli karmisz się takim śmieciem, to normalne, że serce, chuderlawa dusza staje się śmietnikiem. Chrystus głosi Dobrą Nowinę, której najważniejszym prawem jest miłość Boga i bliźniego. Kto karmi się tymi wartościami może być pewien, że jest na drodze zwycięzców (Kurier Plus, 2019).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *