23 Lip

22 niedziela zwykła . Rok C

 

KTO SIĘ WYWYŻSZA BĘDZIE PONIŻONY

Gdy Jezus przyszedł do domu pewnego przywódcy faryzeuszów, aby w szabat spożyć posiłek, oni Go śledzili. I opowiedział zaproszonym przypowieść, gdy zauważył, jak sobie wybierali pierwsze miejsca. Tak mówił do nich: „Jeśli cię kto zaprosi na ucztę, nie zajmuj pierwszego miejsca, by czasem ktoś znakomitszy od ciebie nie był zaproszony przez niego. Wówczas przyjdzie ten, kto was obu zaprosił, i powie ci: »Ustąp temu miejsca«; i musiałbyś ze wstydem zająć ostatnie miejsce. Lecz gdy będziesz zaproszony, idź i usiądź na ostatnim miejscu. Wtedy przyjdzie gospodarz i powie ci: »Przyjacielu, przesiądź się wyżej«; i spotka cię zaszczyt wobec wszystkich współbiesiadników. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony”. Do tego zaś, który Go zaprosił, rzekł: „Gdy wydajesz obiad albo wieczerzę, nie zapraszaj swoich przyjaciół ani braci, ani krewnych, ani zamożnych sąsiadów, aby cię i oni nawzajem nie zaprosili, i miałbyś odpłatę. Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym tobie się odwdzięczyć; odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych” (Łk 14,1.7-14).

Uczty i przyjęcia odgrywają w życiu społecznym o wiele większą rolę aniżeli tylko zaspokojenie głodu i pragnienia. Podobnie było w czasach Jezusa. Udział w danej uczcie mówił o przynależności jej uczestników do pewnej klasy społecznej. A etykieta obowiązująca na tych przyjęciach wprowadzała gradację ważności ucztujących. Pierwsze miejsce na uczcie przypadało zwykle komuś, kto miał władzę albo pieniądze. Czasami etykieta nie była w stanie- w dalszej kolejności- rozsądzić, kto jest bogatszy albo ważniejszy. Wtedy następowała walka o wyższe miejsca.

Niektóre współczesne uczty niewiele różnią się o tych sprzed tysięcy lat. W restauracjach i nocnych klubach Manhattanu bardzo często gromadzą się, na zamkniętych balach, różnego rodzaju grupy interesu. Obsługujący te przyjęcia mogą zaobserwować wielkie bogactwo. I nieraz doświadczyć na własnej skórze, co to znaczy należeć do innej, „niższej” klasy społecznej. Zaś uważny obserwator dostrzeże także walkę o pierwsze miejsca wśród samych biesiadników. Jest ona prowadzona w białych rękawiczkach, z uśmiechem na twarzy, ale jest jeszcze bardziej skuteczna niż maczuga człowieka jaskiniowego.

Jeden z faryzeuszy zaprosił Jezusa na ucztę. Jezus skorzystał z zaproszenia. I tak jak to zwykle czynił, swoje obserwacje wykorzystał w nauczaniu o Królestwie bożym. Był świadkiem ludzkiej pychy przejawiającej się w szukaniu pierwszych miejsc i wywyższaniu się nad innych. Potępił pychę i ukazał wartość pokory w naszym życiu.

Pycha przybiera różne formy i jest wszechobecna. „Na chorobę pyszałka nie ma lekarstwa, albowiem nasienie zła zapuściło w nim korzenie”, napisze biblijny mędrzec Syracydes. Owoc „nasienia zła” może przybrać w życiu takie formy:

-uważam się za centrum świata i chcę, aby rozmowy kręciły się wokół mnie, uważam, że wszelkie zaszczyty są mi należne, jeśli inni je otrzymują wtedy rodzi się zazdrość.

– wyniośle i z pogardą spoglądam na innych z pozycji własnego bogactwa lub władzy.

-sam wiem wszystko najlepiej, jestem bardzo krytycznie nastawiony do innych, nie dostrzegam u innych dobra, kreuję się na nieubłaganego sędziego.

-obnoszę się swym bogactwem, pozycja społeczną, aby innych zawstydzić i poniżyć.

-przechwalam się, kim to ja jestem, jeśli tej wielkości nie widać dziś to opowiadam, kim to ja byłem dawniej, jakim szacunkiem mnie darzono.

-uważam, że jestem tak wilki i doskonały, że nie muszę liczyć się nawet z Bogiem, sam decyduje o wszystkim, jestem panem wszystkiego.

Można tak wyliczać w nieskończoność. Ale lepiej, zamiast wyliczania przytoczyć, choć jeden przykład, jak nie na miejscu jest pycha nawet w perspektywie ziemskiej, nie mówiąc już o wiecznej. Olimpijski złoty medalista i kilkakrotny mistrz świata w boksie zawodowym Muhammad Ali w podróży powrotnej do Stanów Zjednoczonych zajął miejsce w samolocie i spokojnie czekał na odlot, nie zapinając pasów bezpieczeństwa. Kiedy stewardesa zwróciła mu uwagę i poprosiła o zapięcie pasa, Ali odpowiedział: „Człowiek z żelaza nie potrzebuje pasa bezpieczeństwa!” “Człowiek z żelaza nie potrzebuje również samolotu” powiedziała stewardesa, energicznym ruchem zapinając pas zdumionemu bokserowi. Ali miał zawsze to samo usprawiedliwienie swojego zarozumialstwa, mówił zazwyczaj: „Po prostu nie możesz być skromnym, jeśli jesteś tak wielki jak ja…” Dzisiaj Ali, jeszcze młody człowiek, porusza się za pomocą wózka inwalidzkiego, inaczej też myśli i mówi.

Pokora, do której wzywa Jezus pozwala człowiekowi dostrzec, kim on jest naprawdę w oczach bożych i jakie jest jego miejsce i jaka jest jego wielkość w społeczności, w której żyje. Pokory mamy uczyć się od Jezusa: „uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca”. Czym jest, zatem pokora? Na pewno pokora nie oznacza: poniżenia samego siebie, zapominaniu o sobie, unikaniem wielkości i zaszczytów ziemskich, nie jest także poczuciem braku własnej wartości. Chrystus ukazuje nam jak praktycznie mamy realizować pokorę w naszym życiu: „Syn człowieczy nie przyszedł, aby mu służono, ale aby służyć”. Pokora to życie nie tylko dla siebie samego, ale także dla innych, tak jak Chrystus. Pokora wzywa nas, aby zdolności i talenty, bogactwo i sławę wykorzystywać w służbie Bogu i bliźniemu, a nie dla swojej próżnej chwały. „O ile wielki jesteś, o tyle się uniżaj, a znajdziesz łaskę u Pana’, poucza nas dalej biblijny mędrzec Syracydes. Im więcej od Boga otrzymaliśmy tym więcej mamy służyć.

Wielkość człowieka wyrażającą się przez pokorę możemy dostrzec nawet w bardzo prozaicznych zdarzeniach. Wybitny rosyjski uczony Iwan Pawłow, był człowiekiem głębokiej wiary. Pewnego razu wychodził z cerkwi i został zatrzymany przez niewierzącego. „Cóż to dziadku, zdaje się, że wierzysz w burżuazyjnego Boga”. „A wierzę mój drogi, wierzę”. „Ot ciemnota” – warknął pogardliwie. „Tylko nieuk wierzy w takie baśnie”. Na to Pawłow: „Nie wszystkim było dane być tak wykształconym jak wy, towarzyszu”.

Gdy zabraknie pokory w naszym życiu, wtedy nasza ziemska wielkość i pierwszeństwo zepchną nas na miejsce ostatnie w Królestwie bożym. „Każdy, bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony”. (z książki Ku wolności).

 

ZAPATRZENI W SIEBIE           

Synu, z łagodnością wykonuj swe sprawy, a każdy, kto jest prawy, będzie cię miłował. O ile wielki jesteś, o tyle się uniżaj, a znajdziesz łaskę u Pana. Wielka jest bowiem potęga Pana i przez pokornych bywa chwalony. Na chorobę pyszałka nie ma lekarstwa, albowiem nasienie zła w nim zapuściło korzenie. Serce rozumnego rozważa przypowieści, a ucho słuchacza jest pragnieniem mędrca (Syr 3,17-18.20.28-29).

Gdy wspominam rodzinny dom kryty strzechą, widzę w ogródku kwitnące kwiaty. Najbardziej zapamiętałem narcyze. Nie tylko dlatego, że piękne, ale przede wszystkim dlatego, że były one pierwszymi wiosennymi kwiatami w przydomowym ogródku. Zima cieszyła nas na początku, szczególnie przed świętami Bożego Narodzenia, ale już po Wielkanocy, jak zbawienia czekaliśmy wiosny, zima po porostu nam zbrzydła. Szukaliśmy wiosny w ogródku. Wbrew zakazom rodziców, rozgrzebywaliśmy w ogrodzie ziemię, aby ułatwić narcyzom wybicie na powierzchnię. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że delikatne, zieleniejące pędy kwiatu są łatwym łupem wiosennych przymrozków. Rozkwitające narcyze upewniały nas, że zima odeszła już na dobre, a rozpoczął się cudowny czas szalejącej przyrody na polskiej ziemi. Dawniej koncentrowałem się na pięknie tego kwiatu. Nie zastanawiałem się, co kryje się za jego nazwą. A gdy to zgłębiłem, to trochę byłem zaskoczony, że tak piękny kwiat zaczerpnął swoją nazwę z historii, której piękną nazwać nie można.

Szukając znaczenia tej nazwy przenieśmy się na najpiękniejszy kontynent świata, jakim jest Europa i sięgnijmy do mitologii starożytnej Arkadii. Narcyz, młody myśliwy, syn nimfy Liriope i rzeki Kefisos był młodzieńcem niezwykłej urody. Kochały się w nim wszystkie nimfy, ale on był obojętny na uczucia, jakie w nich wzbudzał. A jedna z nich, Echo nikła z rozpaczy i tęsknoty, aż pozostał po niej tylko głos. Oburzone siostry Narcyza poskarżyły się Nemesis na jego egoizm i obojętność, bogini zaś postanowiła pomścić wzgardzone dziewczęta. Podczas polowania Nemesis zawiodła Narcyza nad źródło, by się odświeżył. Gdy zobaczył odbicie swojej twarzy w lustrze wody, zakochał się w nim. Zakochany nie mógł jednak jej dosięgnąć, dotknąć. Ogromna tęsknota ogarnęła jego serce. Umarł nie mogąc jej zaspokoić.  Na jego grobie wyrósł piękny kwiat nazwany jego imieniem.

Dzisiejszy Narcyz może wcielić się w różne postacie, nawet groteskowe, jak to miało miejsce w życiu sławnego hollywoodzkiego aktora, którego wspomina Lillian Glass. W czasie balu aktor rozmawiał z nowo poznaną kobietą. Gdy po dłuższym czasie zorientował się, że mówił wyłącznie o sobie i swoich sukcesach aktorskich, wykrzyknął: „Och, przepraszam, jestem tak niegrzeczny. Od dwóch godzin mówię tylko o sobie. Porozmawiajmy teraz o tobie. Co o mnie myślisz?”.

Karen Horney, niemiecki psychoanalityk i psychiatra wylicza kilka rodzajów pychy, mającej źródło w wyidealizowanym „ja”. Najbardziej znaną postacią pychy jest narcyzm. Pycha ma ogromny wpływ na nasze relacje z Bogiem, bliźnimi i samym sobą, stąd też zajmuje wiele miejsca na kartach Biblii. Czytania biblijne na dzisiejszą niedzielę poruszają także ten problem. Pycha jest groźną chorobą duszy. Syrach, biblijny mędrzec ma wątpliwości czy człowiek o własnej mocy może poradzić sobie z tą chorobą: „Na chorobę pyszałka nie ma lekarstwa, albowiem nasienie zła w nim zapuściło korzenie”. Łacińskie słowo na określenie pychy „superbia”, jak pisze św. Tomasz z Akwinu kryje w sobie pozytywny rdzeń „sopra”, co oznacza sięganie wyżej, ponad to kim jesteśmy. Całe nasze życie duchowe jest podążaniem wyżej, jest przekraczaniem ograniczeń, barier i przeciętności. Taka postawa doprowadziła św. Stanisława Kostkę na szczyt świętości. Jego życiową dewizą było powiedzenie: „Ad maiora natus sum”, co znaczy: „Do wyższych rzeczy jestem stworzony”.  To dążenie wyżej, zarówno w sferze materialnej, jak i duchowej może przybierać formy grzeszne i patologiczne. Jeśli człowiek w tym dążeniu odrzuca Boga i nie szanuje godności i praw drugiego człowieka wtedy pojawia się pycha.

W pomieszczeniach służbowych w Auschwitz wisiał na ścianie, oprawiony w ramkę tekst autorstwa Eickego, nauczyciela Rudolfa Hössa, komendanta obozu w Auschwitz: „Książki do nabożeństwa to coś dla bab – również takich, które noszą spodnie. Jeśli chodzi o nas, to nienawidzimy smrodu kadzidła: psuje on niemiecką duszę podobnie jak Żydzi psują rasę. Wierzymy w naszego Führera i w wielkość naszej Ojczyzny. Za niego i za nią walczymy, i za nikogo innego. Dlatego, jeśli przyjdzie nam umierać nie będziemy mówić: „Mario, przyczyń się˛ za nami. Jak wolni żyliśmy, tak wolni chcemy odejść. Naszym ostatnim tchnieniem będzie: Adolf Hitler!” Dobrze wiemy ile diabelskiego zła wyrządziła ta pycha, wynosząca się ponad Boga i bliźniego. Po wielu latach Hoss to zrozumiał, a jego ostatnim tchnienie nie były słowa: Adolf Hitler.

W maju 2009 roku na Manhattanie w Nowym Jorku odbyło się tajne zebranie najbogatszych ludzi tego świata. Brał w nim udział między innymi Ted Turner, król mediów, Bill Gates, założyciel Microsoftu, Warren Buffett. Obradowali na temat przeludnienia planety oraz rozwiązania tego problemu. Za tym kryły się konkretne działania. Warren Buffett finansował pigułkę aborcyjną RU-486, a Gates swymi miliardami wspiera kliniki aborcyjne. Czyż nie jest to stawienie się na miejscu Boga, uzurpując sobie władzę nad życiem i śmiercią innych. Z historii i nie tylko historii dobrze wiemy, że zabijanie jednych, aby drudzy mogli wygodniej żyć czyni z ziemi piekło.

Łatwiej mówić o pysze innych, a przecież jest to problem każdego z nas, nawet, gdy powtarzamy anegdotyczne słowa: „Pokora to bardzo rzadka i bardzo cenna cnota, ale ja na szczęście ją mam!” Nie bez powodu Kościół umieścił pychę na pierwszym miejscu wśród grzechów głównych. Jest ona bowiem źródłem wszystkich pozostałych grzechów. Ewagriusz z Pontu pisze o niej obrazowo tymi słowami: „Pycha jest obrzękiem duszy wypełnionej ropą, jeśli dojrzeje, pęknie i sprawi wielki odór”. U św. Augustyna czytamy: „Staraj się dociec, na czym polega każdy grzech i zobaczysz, czy potrafisz znaleźć jakiś, który nie mógłby być określony jako pycha. Rozumowanie jest tu takie: każdy grzech, jeśli się nie mylę, jest wyrazem pogardy wobec Boga, a wszelką postacią pogardy wobec Boga jest pycha. Cóż bowiem jest większym wyrazem pychy niż pogarda Boga? Każdy zatem grzech jest pychą”.

Św. Ignacy Loyola pisząc jak groźna jest pycha, w Ćwiczeniach duchownych przytacza poniższą historię. Lucyfera zwołał swoich podwładnych i rozesłał ich na cały świat, aby zarzucali na ludzi swoje diabelskie sieci. Pouczył ich, że najpierw mają wzbudzić w ludziach chciwość bogactw. A kiedy ludzie nasycą swą chciwość, szatani mają ich nakłaniać do próżnej chwały. A gdy i to zdobędą, wysłannicy Lucyfera winni zarażać ich pychą. Gdy to się uda, to wtedy przed ludźmi otworzy się droga wszelkiego występku. Św. Ignacy na te trzy pokusy proponuje: Ubóstwo przeciw bogactwu. Zniewagi i wzgarda przeciw zaszczytom światowym. Pokora przeciw pysze.

Chrystus patrząc na zajmujących pierwsze miejsca na uczcie powiedział: „Lecz gdy będziesz zaproszony, idź i usiądź na ostatnim miejscu. Wtedy przyjdzie gospodarz i powie ci: ‘Przyjacielu, przesiądź się wyżej’; i spotka cię zaszczyt wobec wszystkich współbiesiadników. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony”. A chodzi tu o wywyższenie sięgające nieba (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

PRAWDZIWE DAROWANIE

Bracia: Nie przyszliście do namacalnego i płonącego ognia, do mgły, do ciemności i burzy ani też do grzmiących trąb i do takiego dźwięku słów, iż wszyscy, którzy go usłyszeli, prosili, aby do nich nie mówił. Wy natomiast przyszliście do góry Syjon, do miasta Boga żywego – Jeruzalem niebieskiego, do niezliczonej liczby aniołów, na uroczyste zgromadzenie, i do Kościoła pierworodnych, którzy są zapisani w niebiosach, do Boga, który sądzi wszystkich, do duchów ludzi sprawiedliwych, którzy już doszli do celu, do Pośrednika Nowego Testamentu – Jezusa (Hbr 12, 18-19. 22-24a).

Przed laty opublikowano w gazecie „St. Petersburg Time” historię, jaka się przydarzyła Donowi Shula, znanemu trenerowi drużyny „Miami Dolphins”. W czasie wakacji odpoczywał on wraz z rodziną w niewielkiej miejscowości stanu Maine. Pewnego deszczowego popołudnia wybrali się wszyscy do miejscowego kina. Weszli do oświetlonej sali kinowej. Na widowni było tylko sześciu widzów, którzy na widok wchodzących powstali, zaczęli się do nich uśmiechać i machać rękami. Don odwrócił się do żony i powiedział: „Mimo, że jesteśmy tysiące mil od Miami, oni nas tutaj znają. Pozdrawiają nas na stojąco. Zapewne oglądają w telewizji grę naszego zespołu”. A gdy już usiedli, podszedł do Shula jeden z widzów, aby mu uścisnąć rękę. A wtedy Shul zadał mu pytanie: „Jak ty mnie rozpoznałeś”. „Ja nie wiem, kim pan jest. Wiem tylko, że gdybyście nie przyszli, nie obejrzelibyśmy dzisiaj tego filmu. Kierownik kina powiedział, że gdy nie przyjdzie jeszcze przynajmniej czterech widzów, to film będzie odwołany” – odpowiedział zapytany.

Jeśli ktoś do nas podchodzi, aby podać nam rękę to czymś naturalnym jest myśl, że on nas zna. Ale gdy Shul zorientował się, w czym rzecz był pierwszym, który śmiał się z samego siebie. A później opowiadał te historię innym. Tylko człowiek o wielkiej pokorze potrafi zachować się tak w podobnej sytuacji. Shul był znany nie tylko jako dobry trener, ale także jako człowiek wielkiego serca. Ta scena może być jedną z wielu form pokory, o jakiej mówi Ewangelia.

Chrystus został zaproszony przez przywódcę faryzeuszy na posiłek. Widział, jak zaproszeni zajmują miejsca. Był to popis ludzkiej pychy. Chrystus „zauważył, jak sobie wybierali pierwsze miejsca”. Pierwsze miejsce dawało im poczucie wyższości nad innymi. Czuli się bardziej ważni i godni. A Chrystus, który czytał w ludzkim sercu widział próżność i pychę tych, którzy za wszelką cenę chcieli być chociaż trochę wyżej nad innymi i wewnętrzną pokorę tych, którzy siedzieli na końcu stołu. Wykorzystał On obraz uczty ziemskiej dla ilustracji rzeczywistości Królestwa niebieskiego. Królestwo będzie jakby radosnym ucztowaniem z Chrystusem przy wspólnym stole. O godności przy stole uczty niebieskiej decydować będzie bliskość Chrystusa, a tę bliskość zdobywa się przez pokorę, dlatego Chrystus mówi: „Każdy, bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony”. Pycha, wynoszenie się nad innych, zadufanie w sobie spychają człowieka na ostatnie miejsce w Królestwie. Zaś pokora otwiera drzwi na tę ucztę i daje mu pierwsze miejsce przy stole. Chrystus na Ostatniej Wieczerzy daje przykład pokory. On Bóg i człowiek przed posiłkiem pochyla się i umywa uczniom nogi.

Jedna ze starszych kobiet zapytana, dlaczego uważa, że pokora jest najważniejszą cnotą, odpowiedziała: „Jest to cnota, którą Chrystus używa mówiąc o samym sobie”. On powiedział: „Uczcie się ode mnie, bo jestem cichy i pokornego serca”. Być pokornym to znaczy upodabniać się do Chrystusa, który powiedział: „Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz, żeby służyć i dać swoje życie jako okup za wielu”. Ofiarność jest jedną z form służby bliźniemu. Miłość ofiarna jest sercem Ewangelii. Ale nie każda ofiara, w oczach bożych ma jednakową wartość. Ilustruje to przypowieść, którą opowiada ksiądz. Flor McCarthy.

Michał, który był uważany za wielkiego dobroczyńcę, po śmierci stanął przed św. Piotrem, który pokazał mu duży garnek pełen złotych bryłek. „A to co” – zapytał Michał. „To są ofiary i jałmużny, jakie dałeś na ziemi potrzebującym. Jedna złota bryłka, to jeden dar” – odpowiada Piotr. Michał poczuł się dumny. Ale Piotr zaraz dodał: „Nie wszystko jednak złoto jest prawdziwe. Tak jak nasza ofiara nie jest prawdziwa, gdy nie składamy jej w duchu bezinteresownej miłości. Zobaczymy teraz, jak to jest z twymi darami”. Piotr przesiał przez sito złotą zawartość garnka. Wypadające grudki złota zamieniały się pył. Na dnie sita została niewielka ilość złota. „Jak to możliwe?” – powiedział zaskoczony Michał. „Widzisz- mówi Piotr- te grudki złota zamienione w pył, to są dary dla przyjaciół, rodziny, znajomych. Takie dary dają także gangsterzy swoim bliskim”.

Następnie Piotr wziął inne sito i wsypał do niego pozostałe grudki złota, i zaczął przesiewać. „Co robisz teraz?” – pyta Michał. „Teraz odsiewam dary, które ofiarowałeś, licząc na zysk. Nie jest to w zasadzie dar, tylko pewien rodzaj inwestycji.  Pamiętasz, niektóre przyniosły ci niezły zysk”. – odpowiada Piotr. Następnie Piotr wziął trzecie sito i zaczął przesiewać pozostałe grudki złota. Następna porcja złota wypadła przez sito, zamieniając się w pył. „A to, co znaczy?” „To były dary, które dałeś, aby cię inni chwalili. Robiłeś to dla własnej próżnej chwały”. – odpowiada Piotr. Po czym wziął następne sito, mówiąc: „A teraz usuniemy dary, które dawałeś z obowiązku”. Zostało tylko kilka grudek złota. Michał posmutniał. A Piotr znowu zabierał się do przesiewania, a wtedy Michał nie wytrzymał i krzyknął: „Zatrzymaj się. Jeśli tak dalej pójdzie to nie zastanie ani jedna grudka złota. Jak ja się dostanę do nieba? „Musimy to jednak skończyć- mówi Piotr- Muśmy zobaczyć prawdziwą wartość twoich darów”. Michał był przerażony. A wtedy Piotr Powiedział: „Michale, autentyczne dawanie jest rzadkie, jak rzadkie jest złoto. Najmniejszy bezinteresowny dar zasługuje na nagrodę nieba. Ale nie martw się, mam dla ciebie radosną wiadomość”. „Jaką?” – pyta z nadzieją Michał. „Największym dawcą ze wszystkich jest Chrystus. Jego dar jest czystym zlotem. Ale my rozmawiamy zbyt długo, a tymczasem przyszła pora spotkania Chrystusa”. „Ale ja mam puste ręce” – mówi Michał. „To znaczy tylko, że jesteś biedny- odpowiada Piotr- Ale nie lękaj się. Pan okazuje największą hojność biednym i tym, którzy nie boją się do tego przyznać”.

Człowiek pokorny potrafi także uznać swoją małość przed Bogiem i przyznać się przed ludźmi i Bogiem do swojej słabości. A wtedy pokora staje się złotym ziarnem, otwierającym drogę do nieba (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

WYWYŻSZENIE PRZEZ UNIŻENIE

Biblijny mędrzec Syracydes pisał: „Na chorobę pyszałka nie ma lekarstwa, albowiem nasienie zła w nim zapuściło korzenie”. Pycha jest ciężką chorobą ducha, która głęboko zapuszcza korzenie w duszy człowieka. Coś w rodzaju choroby nowotworowej, której leczenie jest bardzo trudne. Tkanki rakowe trzeba wycinać, wypalać, niszczyć chemoterapią nie mając pewności, że przyniesie to uzdrowienie. Nieraz lekarz w takiej sytuacji mówi: „Wszystko w ręku Boga”. Aby wyleczyć się z pychy potrzebny jest nasz osobisty wysiłek, wsparty mocą łaski Bożej. Na potwierdzenie śmiertelnego niebezpieczeństwa tej choroby możemy przytaczać dziesiątki przykładów. Oto jeden z nich. W czasie wojny domowej w Stanach Zjednoczonych, generał wojsk unijnych John Sedgwick przeprowadzał inspekcję wojsk na linii frontu. Zatrzymał się na wzniesieniu, niedaleko pozycji wroga. Towarzyszący mu oficer zasugerował, aby jak najszybciej opuścił to miejsce, ponieważ jest ono w zasięgu ognia nieprzyjaciela. „Bzdura. Z takiej odległości, nawet słonia nie trafią”- pogardliwie warknął generał. Chwilę później, śmiertelnie ugodzony kulą padł na ziemię. Biblia, mówiąc o pysze uwzględnia niebezpieczeństwa, jak powyższe, jednak jej zasadnicze przesłanie kieruje naszą uwagę na życie wieczne, dla którego pycha jest śmiertelnym zagrożeniem.

Ten sam mędrzec biblijny jako antidotum na pychę proponuje pokorę: „O ile wielki jesteś, o tyle się uniżaj, a znajdziesz łaskę u Pana. Wielka jest bowiem potęga Pana i przez pokornych bywa chwalony”. Człowiek pokorny dostrzega wielkość Boga. Zdaje sobie sprawę, że wszystko Jemu zawdzięcza. Wszelkie zdolności, traktuje jako dar boży za który winien dziękować i służyć nim bliźniemu. Człowiek pokorny uznaje nad sobą Stworzyciela. Jest świadom, że na drodze Jego przykazań osiągnie pełnię życia. Zaś pyszałek uważa, że sam sobie wszystko zawdzięcza i jest panem dla samego siebie. Stawia się na miejscu Boga. W dziejach ludzkości taka postawa prowadziła do niewyobrażalnej tragedii ludzkiej. Niemiecki filozof Nietzsche głosił śmierć Boga, uważał, że miejsce Boga winien zająć człowiek. Znaleźli się tacy, którzy mu uwierzyli i stworzyli najokrutniejszą formę nazizmu w hitlerowskim wydaniu. Podobnie Marks na miejsce Boga postawił człowieka, klasę robotniczą. Swoją ideologią wykarmił bestialską formę komunizmu leninowsko-stalinowskiego. Obydwie formy ludzkiej pychy pochłonęły miliony istnień ludzkich, pogrążając świat w odmętach niespotykanych zbrodni.

W dzisiejszych czytaniach biblijnych Chrystus porusza również problem pychy i pokory. Wykorzystał do tego celu zaproszenie przez faryzeusza na przyjęcie. Obserwował jak zaproszeni goście starali się zająć najgodniejsze, najbardziej eksponowane miejsca przy stole, które miały odzwierciedlać ich pozycje w życiu społecznym. Gdyby dzisiaj Chrystus był zaproszony, nawet na obiad odpustowy, to mógłby z powodzeniem wykorzystać to przyjęcie do ilustracji wspomnianego problemu. Chociaż dzisiaj robi się to bardziej elegancko. Goście nie walczą o miejsca, za ich przyzwoleniem miejsca wyznaczają im inni. A oni skwapliwie z nich korzystają. Chrystus, patrząc na ludzką próżność w zdobywaniu wyższych miejsc, powiedział: „Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony”. Człowiek pyszny szuka pierwszego miejsca nie tylko przy stole, ale w każdej sytuacji życiowej usiłuje się postawić ponad innych i nieraz ich kosztem. Uczta ziemska w nauczaniu Jezusa jest często symbolem uczty niebieskiej. A zatem wywyższanie się, pycha, prowadzą do tego, że może zabraknąć dla nas miejsca przy stole uczty niebieskiej. Drogą wywyższenia przy tym stole jest postawa pokory i uniżenia.

Chrystus mówi, że pokory winniśmy się uczyć od Niego: „Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych”. Błogosławiony ks. Bronisław Markiewicz, który uczył się pokory od Chrystusa zachęca nas. „Idźmy w ślady Chrystusowe. Przede wszystkim uczmy się od Niego, iż Jest cichy i pokornego serca, w sposób niedościgniony. Będąc Panem nieba i ziemi, i najwyższą doskonałością, w całym swoim ziemskim życiu nie wysuwa się naprzód przed ludzi, nie wyróżnia się niczym, nie oddziela się od tłumu i nie przybiera żadnych oznak swojej wielkości. Przeciwnie, zabiega o ostatnie miejsce, ukrywa się i zataja, przyjmując na Siebie skrajne ubóstwo, najmniejsze prace i posługi oraz najbardziej uniżone posłuszeństwo. I tak oddaje swojemu Ojcu Niebieskiemu wszelką cześć i chwałę w sposób najdoskonalszy”. W innym miejscu powie: „Pokora jest jedyną drogą do wielkości prawdziwej, jedyną bezpieczną podstawą wszelkiej cnoty chrześcijańskiej, niezawodną miarą wielkości człowieka, pierwszym zadatkiem łask i darów Bożych, głównym i niezawodnym warunkiem skutecznego udziału w wielkiej sprawie odkupienia rodzaju ludzkiego, a zatem pierwszą potęgą w dziedzinie duchowej oraz w sprawach doczesnych”.

Pokora nie polega na poniżaniu się, ale uznaniu prawdy o sobie, o tym kim jestem, co potrafię i jeszcze bardziej, czego nie potrafię. Jest świadomością, że jako człowiek mam ograniczone możliwości, nie mogę uczynić wszystkiego. Człowiek pokorny uznaje, że wszelkie dobro pochodzi od Boga, a talenty traktuje jako dar boży nie dla własnego wyniesienia, ale skuteczniejszej służby bliźniemu. Jest świadom, że życiowe sukcesy zawdzięcza Bogu. Pokora przybiera kształt miłości służebnej, która prowadzi ku zbawieniu.

Pokora w naszym życiu przybiera różne formy. Poniższe przykłady ilustrują niektóre z nich. Leopold Koss, światowej sławy amerykański cytopatolog, autor wielu podręczników, który w Nowym Jorku wyszkolił wielu lekarzy został zapytany, co znaczy dla niego pokora, odpowiedział: „W medycynie pokora znaczy świadomość tego czego nie wiemy”. Następnie wyjaśnił, że lekarz ma pełną wiedzę dopiero wtedy, gdy jest świadom wielu tajemnic, których medycyna jeszcze nie wyjaśniła. Po czym dodał, że niektórzy patrząc na kartę chorego na raka pochopnie wydają ostateczny wyrok. „Zanim zdiagnozujemy w jaki sposób komórki rakowe normalnie powinny się rozwijać, wcześniej winniśmy zdobyć wiedzę, jak się będą rozwijać anormalnie”. Jakby dopełnieniem tej wypowiedzi jest zdarzenie z nowojorskiego szpitala. Anna już od ponad roku walczyła o życie swego trzyletniego synka Codiego, chorego na bardzo złośliwą formę raka. Udało się jej w końcu dotrzeć do światowej sławy lekarza La Guardia, który miał przeprowadzić bardzo trudną operację. Matka prosiła go, aby ratował jej dziecko. Doktor w odpowiedzi wyciągnął z kieszeni duży różaniec i powiedział: „To w Jego rękach, nie moich”.

Prawdziwa pokora dodaje wielkości człowiekowi już tutaj na ziemi. Pewnego razu amerykańska studentka zwiedzała muzeum Beethovena w Bonn. Z uwagą i zainteresowaniem oglądała fortepian, na którym grał wielki kompozytor. W końcu zapytała strażnika, czy mogłaby zagrać kilka nut na tym instrumencie. Swoją prośbę poparła sowitym napiwkiem i strażnik się zgodził. Studentka podeszła do fortepianu i podekscytowana zgrała kilka taktów z Sonaty Księżycowej. Wychodząc powiedziała: „Sądzę, że każdy wielki pianista, który przychodzi tutaj chce zagrać na tym fortepianie. Strażnik potrząsając głową, powiedział: „Paderewski (wielki polski pianista) kilka lat temu odwiedził nasze muzeum i powiedział, że nie jest godny dotknąć tego instrumentu” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚW.TERESA OD DZIECIĄTKA JEZUS

W roku 1937 w Lisieux na wzgórzu w pobliżu klasztoru karmelitanek bosych poświęcono bazylikę ku czci św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Złożono w niej znaczą część relikwii Świętej. Nad wejściem do świątyni wyryto słowa z zacytowanego na wstępie fragmentu Ewangelii: „Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony”. Ta prawda wyznaczała drogę świętości Teresie od Dzieciątka Jezus. W swoim pamiętniku „Dzieje Duszy” napisała: „Uznać swoją małość, wszystkiego oczekiwać od dobrego Boga, nie smucić się za bardzo swoimi biedami. W końcu: nie chcieć gromadzić żadnych szczególnych zasług… Zawsze pozostałam małą i nie znam żadnego innego zajęcia, jak to, by zrywać kwiaty miłości i ofiary, i ofiarowywać je dobremu Bogu dla Jego przyjemności. Pozostać małym znaczy dalej: nie przypisywać sobie cnót, które się praktykuje, jak gdyby się było zdolnym do czegokolwiek dobrego, lecz uznać, że są one skarbem, który dobry Bóg włożył w rękę swojego małego dziecka, aby się nim posłużyć gdy go potrzebuje!”.

Rodzice św. Teresy, Zelie i Ludwik Martinowie zanim zdecydowali się na małżeństwo rozważali możliwość wstąpienia do zakonu. Jednak Bóg przewidział dla nich inną drogę życia. Założyli rodzinę, mieli dziewięcioro dzieci. Ostatnim z nich była dziewczynka, która przyszła na świat 2 stycznia 1873 roku w Alençon. Następnego dnia otrzymała chrzest, na którym nadano jej imiona: Teresa, Maria, Franciszka. Ze sporej gromadki dzieci przeżyło 5 dziewczynek. Wszystkie wstąpiły do zakonu. Religijna atmosfera domu stworzyła przestrzeń sprzyjającą rozpoznaniu i realizacji powołania zakonnego.

Czteroletnia Teresa bardzo mocno przeżyła śmierć swojej matki. Po tej tragedii ojciec przeniósł się z córkami do Lisieux, gdzie przyszła święta zaczęła uczęszczać do szkoły. Dla rozpieszczonej w domu dziewczynki nauka w szkole stała się męczarnią. A na dodatek siostra Paulina, którą Teresa traktowała jak przybraną matkę wstąpiła do zakonu karmelitańskiego. 9-letnia Teresa załamała się. Pojawiały się spazmy płaczu, ciągłe bóle głowy, halucynacje, omdlenia. W czasie jednego z napadów Teresa spostrzegła, że figurka Matki Bożej, stojąca w pokoju, uśmiecha się do niej. Od tej chwili Teresa obrała sobie Maryję za opiekunkę i matkę. To był początek uzdrowienia duszy i ciała.

Boże Narodzenie roku 1886 było ważnym dniem w życiu duchowym Teresy. Przeżyła wtedy coś, co nazwała „nawróceniem”. Wychodząc z kościoła po pasterce doznała olśnienia, o którym napisała: „W jednej chwili dzieło, którego nie potrafiłam dokonać przez 10 lat, Jezus wykonał zadowalając się moją dobrą wolą”. Rozpoczyna się w jej życiu okres „najpiękniejszy ze wszystkich, najbardziej wypełniony łaskami z Nieba”. Teresa odkryła, że życzliwe otwarcie na bliźniego jest ważniejsze i piękniejsze niż zamykanie się w kręgu własnych spraw. Zaczęła interesować się problemami służącej, nawiązywała rozmowy z przychodzącymi do domu rzemieślnikami, troszczyła się o osierocone dzieci. Kiedy z gazet dowiedziała się o mordercy, który został skazany na ścięcie gilotyną, modliła się bardzo gorąco o jego nawrócenie. Skazaniec Henri Pranzini w ostatniej chwili przed egzekucją pojednał się z Bogiem, całując trzykrotnie krzyż. Teresa płakała z radości, że Bóg ją wysłuchał.

Czternastoletnia Teresa podjęła ostateczną decyzję wstąpienia do zakonu. Tak opisuje moment zakomunikowania ojcu tej radosnej wiadomości: „Piękna postać Tatusia sprawiała niebiańskie wrażenie, czułam, że w jego sercu panuje pokój. Nic nie mówiąc usiadłam obok niego, z oczami pełnymi łez. Popatrzył na mnie z czułością i obejmując moją głowę, przytulił ją do serca mówiąc: Co ci jest, moja królewno? I ten ojciec, tak przecież doświadczony, powiedział we wspaniałym porywie wiary, że Dobry Bóg uczynił mu wielki zaszczyt prosząc go o jego dzieci”.

Ze względu na wiek, nie przyjęto Teresy do zakonu. Święta spokojnie przyjęła odmowę: „Dusza moja była pogrążona w goryczy, lecz także w pokoju, ponieważ szukałam jedynie woli Bożej”. Święta nie zrezygnowała jednak: „Jeśli biskup nie zechce mi pozwolić na wstąpienie do Karmelu w piętnastym roku życia, to pójdę aż do Ojca Świętego”. I rzeczywiście, podczas pielgrzymki do Rzymu, którą odbyła z ojcem i siostrą Celiną, wykorzystując okazję, padła do stóp Ojca Świętego i osobiście poprosiła o dyspensę od wieku. Leon XIII wysłuchał jej ze wzruszeniem i odsyłał do biskupa diecezji.

28 grudnia 1887 matka Maria od św. Gonzagi, przeorysza Karmelu w Lisieux, otrzymała pisemne zezwolenie biskupa na przyjęcie Teresy do zakonu. 9 kwietnia 1888 r. Święta przekroczyła próg Karmelu. Rok później odbyły się obłóczyny, na których otrzymała imię zakonne Teresa od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza. W roku 1890 złożyła uroczyste śluby i profesję. Teresa pozostanie w Karmelu aż do śmierci i za kratami wypełni swoją misję: „Przyszłam ratować dusze i przede wszystkim po to, aby się modlić za kapłanów”. Chrystus objawił jej, że ratowanie ludzkich dusz będzie okupione wielkim cierpieniem. Teresa chętnie przyjęła ten krzyż. Mężnie znosiła wszystkie niedogodności życia wspólnotowego, zimno, oschłość pojawiającą się często na modlitwie, uczuciową pustkę, złośliwości niektórych sióstr zakonnych, chorobę ojca.

Pod koniec roku 1894 Teresa odkryła drogę świętości, która została nazwana „małą drogą” lub „drogą dziecięctwa duchowego”. Inspirację do tego znalazła w kilku wersetach biblijnych: „Kto jest mały, niechaj tu przybędzie” (Prz 9,4). „Najmniejszy znajdzie litościwe przebaczenie” (Mdr 6,7).  „On jak pasterz pasie swą trzodę, ramieniem swym ją zgromadza. Słabsze owieczki niesie na swej piersi, matki karmiące prowadzi ostrożnie” (Iz 40,11). Wystarczy zatem zrezygnować z własnego wyniesienia i uczynić się całkiem małym, by zostać przygarniętym przez ukochanego Ojca. Dokonać tego można tylko na drodze pokornej miłości. Po odkryciu tej prawdy, Teresa woła z radością: „O Jezu, moja miłości, wreszcie odkryłam moje powołanie. Moim powołaniem jest Miłość!  W sercu Kościoła będę Miłością i w ten sposób będę wszystkim”. Nie należy marzyć o czymś nadzwyczajnym, ale wykonywać z miłością to co zwyczajne: „Gdy nie mogę nic odczuwać, gdy jestem całkiem oschła, niezdolna aby się modlić, praktykować cnoty, wtedy szukam malutkich okazji, prawdziwie nic nie znaczących czynów, by sprawić Jezusowi radość. Na przykład uśmiech, przyjazne słowo jeśli wolałabym raczej milczeć, albo zrobić markotną minę”. Teresa praktykowała te cnoty, wystrzegając się wzbudzania sobą zainteresowania otoczenia. Prowadziła niepozorne życie, tak że siostry uważały ją aż do ostatnich miesięcy za osobę przeciętną, bez jakiś większych potrzeb duchowych.

9 czerwca 1895 roku Teresa ofiarowała siebie jako ofiarę całopalną Miłości miłosiernej. W duchu miłości przyjmowała i ofiarowywała Bogu swoje cierpienia. Wiosną roku 1897 dały znać o sobie objawy gruźlicy. Prawie każdego dnia Teresa cierpiała z powodu krwotoków płucnych. 30 lipca przyjęła sakrament chorych. Dwa ostatnie miesiące jej krótkiego życia wypełnione były ogromnym cierpieniem. Targana bólem fizycznym, lękami, pokusami składała ofiarę całopalną przyrzeczoną Chrystusowi 9 czerwca 1895 r. Przez swoją ofiarę chciała ocalić jak najwięcej dusz. Myślała nawet, jak po swojej śmierci będzie wspierać dusze potrzebujące pomocy: „Gdybyście wiedziały, ile czynię planów o rzeczach, które będę robić, kiedy będę w Niebie. Zacznę moją misję”. Planowała wyprosić u Boga wiele łask, które na podobieństwo deszczu róż będą spadać na ziemię. Z tego powodu w ikonografii przedstawiana jest z naręczem róż.

W ostatnich dniach swego życia udręczona ogromnym cierpieniem błaga o modlitwę: „O, jakże wiele trzeba się modlić za konających! Gdyby o tym wiedziano!” Na kilka dni przed śmiercią Teresa powiedziała: „Pragnę śmierci z miłości, tak jak umierał Jezus na krzyżu”. Pragnienie jej zostało całkowicie spełnione: konaniu jej towarzyszyły ból, ciemność i trwoga. 28 sierpnia 1897 roku wołała: „Brak mi powietrza ziemskiego, kiedyż będę oddychać powietrzem niebios?” Do przełożonej powiedziała: „O moja Matko, zapewniam cię, że kielich jest pełny aż po brzegi”. 30 sierpnia 1987 roku, o godzinie siódmej z minutami, zwróciła się do matki przeoryszy: „Moja Matko, czyż to jeszcze nie konanie? Czy jeszcze nie umieram?” „Tak, drogie dziecko, to konanie, ale Pan Jezus może je przedłużyć do kilku godzin” –odpowiedziała przełożona. „A więc… dobrze… dobrze… O, nie chciałabym krócej cierpieć” – powiedziała Święta. Po czym, spoglądając na krucyfiks z wysiłkiem wyszeptała: „O!… Kocham Go!… Mój Boże, ja… kocham Cię”. To były jej ostatnie słowa.

W krótkim czasie św. Teresa stała się jedną z najpopularniejszych świętach, a to za sprawą jej pięknego życia i łask, które na podobieństwo deszczu róż spływają na tych, którzy zwracają się do Boga za jej wstawiennictwem (z książki Wypłynęli na głębię).

 

TU NIE ZABRAKNIE MIEJSCA DLA CIEBIE

Ewangelia na dzisiejszą niedzielę zaprasza nas do gościnnego stołu w domu jednego z faryzeuszy. Przy tym stole zasiadał także Jezus, ukazując inny wymiar wspólnego ucztowania, niż tylko zaspokojenie fizycznego głodu. Zasiadanie do wspólnego stołu odgrywa bardzo ważną rolę w naszym życiu, a szczególnie w życiu dzieci. Wyniki badań opublikowane w „Journal of Epidemiology and Community Health” mówią, że młodzi ludzie z rodzin, które razem spożywają posiłki, rzadziej mają kłopoty ze zdrowiem psychicznym. Okazało się także, że jedna trzecia młodzieży w wieku dojrzewania z problemami dotyczącymi zdrowia psychicznego je obiad oddzielnie. Naukowcy z  Alicante Medical Centre w Hiszpanii udowadniają, że jedzenie wspólnych posiłków jest wręcz konieczne do pełnego rozwoju dzieci. Wspólne posiłki korzystnie wpływają na psychikę i mogą zrekompensować wpływ niekorzystnych zjawisk życia codziennego. Dzieci jedzące regularnie posiłki w gronie rodzinnym lepiej się uczą i cieszą się lepszym zdrowiem zarówno fizycznym, jak psychicznym. Jak widzimy wspólne spożywania posiłków bardzo pozytywnie wpływa na rozwój człowieka i relacje międzyludzkie. Ma się to nijak do jadłodajni typu McDonald. Nie tylko dlatego, że w tych ostatnich serwuje się, jak to mówimy w Nowym Jorku „śmieciowe jedzenie”, ale przede wszystkim dlatego, że są one nastawione na masowego klienta, który wpada do McDonalda i bardzo często wpatrzony w ekran telefonu w samotności spożywa posiłek lub wybiega na ulicę i po drodze zajada się apetycznie, niemalże narkotycznie doprawionym jadłem. Może słusznie o takich ludziach pisze w Talmudzie Baba Batra: „Nasi mędrcy pouczali: Człowiek jedzący na ulicy podobny jest do psa. Są tacy co twierdzą, że powinien być pozbawiony prawa występowania jako świadek”.

Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu” już pierwszej księdze ukazuje obraz szlacheckiej gościnności. Okazywanie względów gościom, zapraszanie do własnego domu licznych osób i biesiadowanie z nimi mocno wpisuje się w polską tradycję. Ten stół był czymś więcej niż tylko miejscem zaspokojenia głodu. Czas spędzony przy stole był okazją do spotkań towarzyskich i stwarzał możliwość do wymiany poglądów na różne tematy, między innymi polityczne, myśliwskie i gospodarskie. W „Chłopach” Reymonta znajdziemy wiele opisów wspólnego zasiadania do stołu. Sutość stołu zależała od zamożności danej rodziny. Często też bogatsza rodzina zapraszała na wspólny obiad biedniejszą, co było pięknym znakiem miłości międzyludzkiej. Po wspólnym posiłku rozkoszowano się odpoczynkiem na świeżym powietrzu. Wspólne zasiadanie przy stole odgrywało bardzo ważną role w życiu społeczności. Przyjęcie weselne były ważnym wydarzeniem niemal dla całej wsi.

W Biblii jest wiele odniesień do wspólnego ucztowania. Dla ludzi Biblii posiłki miały wielorakie znaczenie. Wspólne zasiadanie do stołu było wyrazem przyjaźni, a suto zastawiony stół przypominał boże błogosławieństwo. Uczta umacniała więzi międzyludzkie i niosła radość wspólnego przebywania. Słowo „uczta” potrąca najczulsze struny naszej wyobraźni i duszy, stając się symbolem wielu przeżyć natury duchowej. I tak, gdy jesteśmy na wspaniałym koncercie muzycznym, spektaklu teatralnym mówimy, że to była uczta duchowa. Odkrywamy w sobie tęsknoty za czymś, co oderwałoby nas od szarej codzienności i przeniosło w świat zachwytu, podziwu, świętowania i radości, świat radosnego ucztowania. W ucztowaniu często przeczuwany istnienie innego jego wymiaru, przekraczającego nasz szary, zwykły dzień. O takiej uczcie mówi Jezus, jest to uczta Królestwa Bożego. Przy stole tej uczty dla każdego jest miejsce. Dla ilustracji posłużę się poniższym przykładem.

W niewielkiej miejscowości niedaleko Ammanu w Jordanii jest szkoła dla syryjskich uchodźców. Podobnie jak wszystkie inne ta również była przepełniona. Jedna z matek przyszła do tej szkoły, aby zapisać do niej swoją córeczkę. Prośba spotkała się z odmową z powodu braku miejsc. Matka jednak natarczywie nalegała, aż w końcu dyrektor szkoły zgodził się mówiąc: „Zapiszę córkę do szkoły, jeśli przyniesie pani dla niej krzesło. Nie mogę pozwolić, aby uczniowie siedzieli na ziemi”. Co matka uczyniła z wielką radością. Od tamtego czasu minęło już trzy lata. W tym czasie szkoła przyjęła 65 uczniów, którzy przynieśli własne krzesła. Dyrektor i nauczyciele mówią, że ich uczniowie nie tylko zdobywają wykształcenie, ale mają także poczucie bezpieczeństwa i przynależności do wspólnoty. Szkoła oferuje uczniom uchodźców wychowanie i wykształcenie, które daje im takie same szanse życiowe, jak ich jordańskim rówieśnikom. Zadowoleni rodzice wierzą, że dzięki temu spełnią się ich marzenia o normalnym życiu ich dzieci. Dyrektor szkoły powiedział dla stacji telewizyjnej NBC: „Kocham moją szkołę, kocham również moich uczniów. Myślę, że miłość daje nam tyle, ile my pomagamy i wspieramy te dzieci zranione przez los”.

Przy stole Eucharystycznym, stole miłości, który jest zapowiedzą uczty Królestwa Bożego jest zawsze dla nas wole miejsce. Trzeba tylko przynieść „własne krzesło”. Tym krzesłem jest nasza wiara, która przybiera formę czynu miłości według nauki Chrystusa. Mędrzec biblijny Syrach wskazuje na pokorną miłość, która przybliża nas do tego stołu: „Synu, z łagodnością prowadź swe sprawy, a każdy, kto jest prawy, będzie cię miłował. Im większy jesteś, tym bardziej się uniżaj, a znajdziesz łaskę u Pana. Wielka jest bowiem potęga Pana i przez pokornych bywa chwalony”. Chrystus poucza, że miłość dokonuje się w pokorze. Nawiązując do uczty powiedział: „Lecz gdy będziesz zaproszony, idź i usiądź na ostatnim miejscu. A gdy przyjdzie ten, który cię zaprosił, powie ci: ‘Przyjacielu, przesiądź się wyżej’. I spotka cię zaszczyt wobec wszystkich współbiesiadników. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony”.

Na pytanie Anny Wasak: „Na czym w Pana oczach polegała świętość Jana Pawła II?”, fotograf papieski Arturo Mari odpowiedział: „Można o tym wiele mówić. To był wielki człowiek, wielka inteligencja. Jednak  co w jego osobowości wydaje się najważniejsze, to pokora i miłosierdzie, oddanie ludziom, był człowiekiem nieustannej modlitwy, cierpienia i morderczej pracy. Jan Paweł II żył w pokorze, którą znał jedynie Bóg. Nie posiadał nic swojego – miał tylko kaplicę i  pokój, w którym stało łóżko tak skromne, że lepsze chyba mają proboszczowie na biednych wiejskich parafiach, biurko do pracy, miał jedną odświętną szatę, którą wkładał na uroczystości. Na zawsze zapamiętałem epizod z wizyty w Brazylii w 1980 r., gdy widząc nędzę tamtejszych mieszkańców faweli, oddał księdzu i kazał sprzedać jedyną swoją własność — papieski pierścień, a pieniądze oddać ubogim. Jego pokora i miłość do świata były tak naturalne i autentyczne, że bez wielkiego wysiłku, z wielką prostotą mogłem w fotografiach dać światu obraz, kim był Jan Paweł II, pokazać prawdę o nim”.

Dziś mamy pewność kanonizacji, że św. Jan Paweł II zasiada przy stole uczty Królestwa Bożego, o którym słyszymy w Liście do Hebrajczyków: „Wy natomiast przyszliście do góry Syjon, do miasta Boga żywego – Jeruzalem niebieskiego, do niezliczonej liczby aniołów, na uroczyste zgromadzenie”. Zdążał na tę ucztę ze swoim „krzesłem wiary”, ufną wiarą, miłością bez granic i pokorą, która brzmiała głosem Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii: „Przyjacielu, przesiądź się wyżej” (Kurier Plus, 2014).

 

LEKARSTWO NA CHOROBĘ PYSZAŁKA

W pierwszym czytaniu z Księgi Mądrości słyszymy słowa: „Na chorobę pyszałka nie ma lekarstwa, albowiem nasienie zła zapuściło w nim korzenie”. Jest to stwierdzenie wypowiedziane w pewnym kontekście biblijnym, bo w innym miejscu Biblia mówi o lekarstwie na pychę, jednej z najgorszych przywar człowieka. Ale o tym lekarstwie na końcu tych rozważań, teraz zajmijmy się pychą. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi o dwóch grzechach, które wprost wiążą się z pychą: „Nienawiść do Boga rodzi się z pychy” oraz „Zazdrość często pochodzi z pychy”. Autor Księgi Mądrości w innym miejscu mówi: „Początkiem pychy człowieka jest odstępstwo od Pana, gdy odstąpił sercem od swego Stworzyciela, albowiem początkiem pychy grzech”. Św. Grzegorz Wielki klasyfikując wady, umieścili pychę na samym szczycie i nazwał ją „królową i matką wszystkich wad”. W podobnym duchu zdążają aforyzmy, które wyrażają ważną prawdę filozoficzną lub moralną, w sposób zaskakujący i błyskotliwy. Oto kilka aforyzmów o pysze: „Jeden z ostatnich piekielnych kręgów jest kręgiem pychy nie do zniesienia (Jerzy Pilch). „Pycha jest tak śmiertelną trucizną, że nie zatruwa tylko cnót, ale i wady” (G. K. Chesterton). „Poznanie Boga bez poznania naszego ubóstwa budzi pychę. Poznanie naszego ubóstwa bez poznania ubóstwa Jezusa Chrystusa budzi rozpacz. Ale poznanie Jezusa Chrystusa uwalnia nas od pychy i rozpaczy, ponieważ w Nim znajdujemy Boga, nasze ubóstwo i jedyną drogę, aby mu zaradzić” (Pascal). „Pycha je śniadanie obfite, obiad ubogi i nędzną kolację” (B. Franklin).

Pycha niszczy duszę człowieka i wydaje krwawe owoce w życiu społecznym. W sposób szczególny uświadamiamy sobie to dzisiaj, w rocznicę wybuchu II Wojny Światowej. Jednym z głównych powodów tej wojny była pycha, która przybierała różne kształty szatańskiego zła w wymiarze osobistym i społecznym. Człowiek pyszny uważa, że jest wartościowszy, lepszy, inteligentniejszy od innych. Jemu przysługuje najwyższy szczebel na drabinie społecznej, z wysokości, której pogardliwie spogląda na drugiego człowieka, na całe narody. Niemieccy naziści zarazili „choroba pyszałka” prawie cały naród niemiecki, przekonując go, że naukowo dało się udowodnić hierarchię ras ludzkich. Za „rasę panów” uważali najczystszą genetycznie część Aryjczyków, która była definiowana przez nazistów jako tożsama z rasą nordycką. Kolejno w nazistowskiej hierarchii znajdowały się pozostałe pod-rasy aryjskiej rasy. Na dole hierarchii znajdowały się rasy pasożytnicze i podludzie, którzy byli traktowani jako zagrożenie dla społeczeństwa. Naziści zaliczali do podludzi Słowian, a jeszcze niżej byli Cyganie i Żydzi. Panować ma rasa „nadludzi”, a pozostałych trzeba zlikwidować lub zamienić w niewolników. W Poznaniu Himmler mówił do generałów SS niemieckich: „My, Niemcy, jesteśmy jedynym narodem na świecie, który przyzwoicie traktuje zwierzęta, i tak również będziemy odnosić się do tych zwierząt ludzkich”.

Tej zbrodniczej machinie pychy jako pierwsza przeciwstawiła się Polska. 1 września o godz. 4:45 niemiecki pancernik „Schleswig-Holstein” rozpoczął ostrzeliwanie Westerplatte, symbolicznie dał początek II wojnie światowej. Przeciw zbrodniczej niemieckiej machinie wojennej stanęła odwaga i bohaterstwo polskiego żołnierza.  Mieli się bronić na Westerplatte 12 godzin, a bronili się 7 dni.  Kapral Edward Łuczyński wspomina: „Siedem dni bez zmiany na posterunkach, bez światła, bez wody i bez spania”. Poddali się, gdy zabrakło amunicji.

W ubiegłym roku wraz z Nowojorskim Klubem Podróżnika odwiedziłem to miejsce, które jest upamiętnione pomnikiem. Boleliśmy jednak, patrząc na niszczejące obiekty z czasów II Wojny światowej. Jeszcze bardziej serce pękało z bólu, gdy zaglądaliśmy do tych obiektów i widzieliśmy w środku śmiecie oraz czuliśmy zapach uryny i kału. Pytaliśmy, dlaczego tak się dzieje? Przecież w tych obiektach polscy żołnierze bronili Ojczyzny do ostatniej kropli krwi. Te miejsca zaznaczone były ich krwią, heroizmem. Rodziły się pytania, dlaczego Polacy nie potrafią uczcić, jak należy pamięci tych, którzy oddali życie za Ojczyznę. W tym roku ponownie wybieram się z Nowojorskim Klubem Podróżnika na Westerplatte. Jedzie z nami kilku Amerykanów, w tym mój proboszcz. Obawiam się, że znowu zastanę tam śmiecie i smród uryny i kału. Jak wytłumaczyć Amerykanom znieważanie pamięci naszych bohaterów.

Dzisiaj, gdy toczą się dyskusje na temat przywrócenia godności temu miejscu, wiem, że to nie jest wina Polaków, ale pycha niektórych gdańskich kacyków, którzy w swej zarozumiałości wyżej postawili własne widzimisię nad pamięć bohaterów Westerplatte i wolę narodu. Ta pycha po części dyktowana jest głupotą, na to wskazuje wypowiedź wiceprezydenta Gdańska o początkach II wojny światowej. Powiedział on: „Co było na początku? Na początku było słowo, złe słowo. Słowo jednego przeciwko drugiemu. I to złe słowo było Polaka przeciwko innemu narodowi, Niemca przeciwko innemu narodowi. Europa została tym złym słowem podzielona”. Dzięki Bogu, ta głupota i pycha przegrały z pamięcią bohaterów Westerplatte. Prawie wszyscy Polacy, no może wszyscy wybudują wspaniały pomnik- muzeum poświęcony bohaterom, którzy w służbie ojczyzny oddali swoje życie.

Wszelka pycha niszcząca życie społecznie bierze swój początek w sercu konkretnego człowieka. Człowiek pyszny w pierwszym rzędzie naśladuje szatana, który w swej pysze zbuntował się przeciw Bogu, swemu Stwórcy. Lekarstwem na chorobę pyszałka jest pokora. Chrystus mówi: „Kto się więc uniży jak to dziecię, ten jest największy w Królestwie Niebios.” Zaś św. Augustyna na pytanie „Co jest najważniejsze w naszej religii?” miał odpowiedzieć: „Pierwsza jest pokora, druga jest pokora i trzecia jest pokora”.

Jeśli pokora jest tak bardzo ważna jako przeciwieństwo pychy i lekarstwo na nią, to czym zatem ona jest? W odpowiedzi posłużę się słowami św. Josemaríi Escrivy, założyciela Opus Dei. Mówi on w czym praktycznie przejawia się brak pokory w naszym życiu, a my dedukując możemy sobie odpowiedzieć na pytanie czym jest pokora. Pisze on: „Pozwól, że przypomnę ci między innymi niektóre oczywiste oznaki braku pokory: myśleć, że to, co czynisz lub mówisz, jest lepiej zrobione lub powiedziane, aniżeli mogliby to uczynić inni; pragnąć, aby zawsze wyszło na twoje; dyskutować bez racji lub – kiedy ją posiadasz – nalegać z uporem lub w sposób niewychowany; wygłaszać swój pogląd, kiedy o to nie proszą ani nie wymaga tego miłość; pogardzać punktem widzenia innych; zapominać, że wszystkie twoje talenty i zdolności są wypożyczone; nie przyznawać, że nie jesteś godzien wszelkiego szacunku i godności, nawet ziemi, po której stąpasz, i rzeczy, które posiadasz; na rozmowach stawiać siebie za przykład, mówić o sobie źle, po to, aby dobrze o tobie sądzono lub ci zaprzeczano;  tłumaczyć się, kiedy się ciebie karci; ukrywać przed kierownikiem niektóre swoje wady, żeby nie stracił dobrego o tobie mniemania; słuchać z upodobaniem, kiedy cię chwalą lub cieszyć się z tego, że dobrze o tobie mówiono;  ubolewać, że inni są bardziej szanowani niż ty; odmawiać przyjęcia niższych zajęć; szukać lub pragnąć wyróżnienia; wtrącać do rozmowy słowa ku własnej pochwale lub dające do zrozumienia twoją uczciwość, twój geniusz lub zręczność, twój prestiż zawodowy; wstydzić się z powodu braku pewnych dóbr” (Kurier Plus, 2019).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *