20 Wrz

25 niedziela zwykła Rok C

 

ZAPALANIE LAMPY.

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Pewien bogaty człowiek miał rządcę, którego oskarżono przed nim, że trwoni jego majątek. Przywołał go do siebie i rzekł mu: «Cóż to słyszę o tobie? Zdaj sprawę z twego zarządu, bo już nie będziesz mógł być rządcą». Na to rządca rzekł sam do siebie: «Co ja pocznę, skoro mój pan pozbawia mię zarządu? Kopać nie mogę, żebrać się wsty­dzę. Wiem, co uczynię, żeby mię ludzie przyjęli do swoich do­mów, gdy będę usunięty z zarządu». Przywołał więc do siebie każdego z dłużników swego pana i zapytał pierwszego: «Ile jesteś winien mojemu panu?» Ten odpowiedział: «Sto beczek oliwy». On mu rzekł: «Weź swoje zobowiązanie, siadaj prędko i napisz pięćdziesiąt». Następnie pytał drugiego: «A ty ile jesteś winien? » Ten odrzekł: «Sto korcy pszenicy». Mówi mu: «Weź swoje zobowiązanie i na­pisz: osiemdziesiąt». Pan pochwalił nieuczciwego rządcę, że roztropnie postąpił. Bo synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z ludźmi podobnymi sobie niż synowie światła. Ja także wam powiadam: Zyskujcie sobie przyjaciół nie­godziwą mamoną, aby gdy wszystko się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków. Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie. Jeśli więc w zarządzie niegodziwą mamoną nie okazaliście się wierni, prawdziwe dobro kto wam powie­rzy? Jeśli w zarządzie cudzym dobrem nie okazaliście się wierni, kto wam da wasze? Żaden sługa nie może dwom panom służyć. Gdyż albo jed­nego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i mamonie” (Łk 16, 1-13).

Bardzo często służba jest traktowana jako działanie na rzecz kogoś, kto przewyższa działającego. A zatem termin „służba” wyraża stosunek zależności, podporządkowania. Jeśli ta zależność nie jest zaakceptowana przez działającego, jeśli pozostaje czymś zewnętrznym, narzuconym siłą, wtedy staje się niewolnictwem. Zaś niewolnicza zależność degraduje naszą godność. Tylko Bóg przewyższa człowieka. A zatem tylko służba Bogu uskrzydla nasze człowieczeństwo. Chrystus mówi, że cokolwiek czynimy najmniejszemu z ludzi, to tak jakbyśmy Jemu czynili. W konsekwencji służba Bogu wyraża się poprzez służbę ludziom. Chrystus przypomina nam: „Nie możecie służyć Bogu mamonie”. Mamona znaczy tyle, co bogactwo, pieniądze. Jeśli człowiek służy mamonie traci godność, ponieważ staje się niewolnikiem tych wartości, które powinny jemu służyć. W konsekwencji bliźni staje się dla niego „rzeczą” do pomnażania mamony. Z tego powodu nie do pogodzenia jest służba Bogu i mamonie.

„Wokół nas, w szpitalach, przytułkach jest wielu ludzi opuszczonych, samotnych. Wielu ludzi jest bezdomnych. W Nowym Jorku nasze siostry pracują wśród umierających. Jakże boli oglądanie tej nędzy. Ulica jest ich domem. Wszyscy oni byli dziećmi swoich rodziców. Ktoś ich kiedyś kochał. Oni także kochali innych. Ale dzisiaj zna ich tylko ulica. Słowa Jezusa ‘Miłujcie się wzajemnie jak ja was umiłowałem’ muszą być dla nas nie tylko światłem, ale także ogniem, który nas wewnętrznie spala. Miłość, która ocala musi być karmiona poświęceniem, szczególnie poświęceniem samego siebie. Cierpienie jest niczym samo w sobie. Ale cierpienie dzielone z męką Chrystusa jest wspaniałym darem, najpiękniejszym darem miłości” (Matka Teresa z Kalkuty)

Wielkość i godność Matki Teresy wyrasta ze służby najbiedniejszym. Miłość służebna przywracała godność najbardziej zdeptanym i odrzuconym przez świat. Nieraz niewiele trzeba, aby pomóc człowiekowi odkryć jego godność. Niech jeszcze raz przemówi do nas Matka Teresa. „Jedna z moich sióstr pracowała wśród Aborygenów w Australii. Opowiadała ona o starszym mężczyźnie, który żył w skrajnej nędzy. Wszyscy go opuścili. Jego dom był brudny i zabałaganiony. Siostra powiedziała mu: ‘Pozwól mi posprzątać twój dom, wyprać ubranie i przygotować łóżko’. ‘Wszystko jest w porządku, niech zostanie tak jak jest’- odpowiedział mężczyzna. Siostra nalegała dalej: ‘ Z pewnością poczujesz się lepiej, jeśli pozwolisz mi to zrobić’. Ostatecznie zgodził się. W czasie robienia porządków siostra znalazła, pokrytą grubą warstwą kurzu, starą lampę. Bóg wie, kiedy ostatni raz była używana. Powiedziała do niego: ‘Nie zapalasz swojej lampy? Czy nigdy jej nie używałeś? ‘Nie. Nikt mnie nie odwiedza. Nie potrzebuję jej zapalać. Dla kogo miałbym to robić?- odpowiedział starzec. Siostra pyta dalej: ‘Czy chciałbyś abym zapalała lampę, gdy siostry będą przychodzić do ciebie wieczorem w odwiedziny?’ ‘Oczywiście’ -odpowiedział. Od tego dnia siostry odwiedzały go każdego wieczora i zawsze zapalały lampę. Po dwóch latach, gdy siostra zapomniała o tym mężczyźnie, otrzymała od niego list, w którym pisze: ‘Chcę siostrze powiedzieć, że lampa, którą siostra zapaliła w moim życiu ciągle świeci’. Myślę, że to była bardzo ważna, mała rzecz, ale my ciągle lekceważymy małe rzeczy”.

Może ktoś z czytelników powie, że są to wzruszające i pouczające przykłady traktowania pracy jako służby bliźniemu tylko, jaki to ma związek z twardymi realiami naszego życia. Dobrze księdzu Ryszardowi o tym pisać, bo to nie on wstaje skoro świt, to nie on tłucze się autobusami i pociągami jadąc na Willamsburg czy Rego Park, to nie on szoruje zapuszczone domy za marne grosze, to nie on jest traktowany jak niewolnik i ostatni sługa, to nie jego sprawdzają czy nie zostawił odrobiny kurzu na podłodze itd. Tak, to prawda. Tak jak jest prawdą i to, że każdy z nas ma własną drogę uświęcenia i nigdy nie możemy być pewni, która z tych dróg jest trudniejsza. Możemy mieć tylko ewangeliczną pewność, że praca wykonywana w duchu służebnym uszlachetnia nas i w łączności z Chrystusem zbawia.

Jak zatem w okolicznościach, o których wyżej wspomniałem traktować swoją pracę jako służbę miłości. Każda praca związana jest z określonym i koniecznym wysiłkiem. To jest przewidywalne. Wszelka logika zawodzi, gdy do istotnego ciężaru pracy dołączy się ludzka głupota i podłość. Pochłaniają one nieraz więcej energii i zdrowia niż sama praca. Tych, którzy choć raz w swoim życiu mieli głupiego, czy podłego pracodawcę, szefa lub współpracownika nie trzeba o tym przekonywać. Aby jednak nie zostać wewnętrznie zniewolonym konieczne jest przedarcie się przez te niedogodności na płaszczyznę gdzie dostrzeżemy służebność naszej pracy. Jest to możliwe. Spotkałem w swoim życiu wielu ludzi, którzy pracowali w bardzo trudnych i poniżających warunkach, a jednak potrafili zachować godność i pogodę ducha. Mówili: „Proszę księdza, trzyma minie tutaj tylko świadomość, że przez swoją pracę służę moim najbliższym”. I tak służba człowiekowi staje się służbą samemu Bogu.

Zapalić „lampę”, w życiu bliźniego to prawdziwa służba. Jakże musi być tragiczna świadomość człowieka (jeśli nie on jest kompletnie zdegenerowany), gdy ogląda się wstecz i widzi pogaszone, przez własną głupotę lub podłość, „lampy” w sercach swoich •bliźnich. Jakże głęboka ciemność otacza takiego człowieka, gdy zmierza on na spotkanie z Panem. I odwrotnie, ile jest światła i radości w życiu człowieka, który widzi za sobą wiele płonących „lamp”, które zostały przez niego zapalone w sercach ludzi biednych i zagubionych. (z książki Ku wolności).

 

ŻYJ DLA LUDZI

Słuchajcie tego wy, którzy gnębicie ubogiego i bezrolnego pozostawiacie bez pracy, którzy mówicie: „Kiedyż minie nów księżyca, byśmy mogli sprzedawać zboże? Kiedyż szabat, byśmy mogli otworzyć spichlerz? A będziemy zmniejszać efę, powięk­szać syki i wagę podstępnie fałszować. Będziemy kupować biednego za srebro, a ubogiego za parę sandałów i plewy psze­nicy będziemy sprzedawać”. Przysiągł Pan na dumę Jakuba: „Nie zapomnę nigdy wszys­tkich ich uczynków” (Am 8, 4-7).

Dla wielu decydujących się pozostać w Ameryce względy materialne odgrywają pierwszoplanową rolę w podjęciu tej decyzji. Ale nie jest to równoznaczne z stawianiem w swoim życiu pieniądza na pierwszym miejscu. Od tego, jakie miejsce w naszej hierarchii wartości zajmuje pieniądz zależy kształt naszej doczesności i wieczności. Dlatego tak często Biblia porusza problem stosunku człowieka do dóbr materialnych. A zatem jaki on powinien być? Po części odpowiedź na to pytanie odnajdujemy w czytaniach biblijnych na dzisiejszą niedzielę.

Prorok Amos ponad dwa tysiące lat temu, patrząc na niesprawiedliwość społeczną, wykorzystywanie biednych pisał: „Słuchajcie tego wy, którzy gnębicie ubogiego i bezrolnego pozostawiacie bez pracy, którzy mówicie: Kiedyż minie nów księżyca, byśmy mogli sprzedawać zboże? Kiedyż szabat, byśmy mogli otworzyć spichlerz? Będziemy zmniejszać efę, powiększać sykl i wagę podstępnie fałszować. Będziemy kupować biednego za srebro, a ubogiego za parę sandałów i plewy pszenicy będziemy sprzedawać. Przysiągł Pan na dumę Jakuba: Nie zapomnę nigdy wszystkich ich uczynków”. Chciwe zawłaszczanie dóbr materialnych kosztem bliźniego, zaniedbanie służby bliźniemu posiadanymi dobrami ściąga gniew samego Boga.

Gdyby prorok Amos znalazł się dzisiaj w Nowym Jorku wygłosiłby zapewne taką samą mowę. A byłaby to także mowa w obronie Grzegorza, który jak wielu innych emigrantów przed laty przybył do Nowego Jorku. Był dobrym fachowcem, ale słaba znajomość angielskiego, nieuregulowany status pobytowy prawie uniemożliwiały znalezienie pracy odpowiedniej jego kwalifikacjom. Jednak przy pomocy kolegów znalazł pracę w dużej firmie. Pracodawca, mówiąc łamaną polszczyzną przyjął Grzegorza na próbny okres. Próba trwała dwa tygodnie, za które Grzegorz nie otrzymał ani grosza. Następnie dano mu bardzo niską stawkę z obietnicą, że będzie sponsorowany na stały pobyt w USA. Grzegorz był świadom, że jest wykorzystywany, ale trzymała go obietnica sponsorowania. Minęły dwa lata a szef nic nie uczynił w kierunku zalegalizowania pobytu Grzegorza. Ciągle obiecywał, ale obietnicy nie myślał dotrzymać. Przypadkowo powiedział do któregoś z pracowników, że jeśli Grzegorz otrzyma pobyt stały to będzie mu musiał płacić stawki, jakie przewiduje prawo oraz go ubezpieczyć. Grzegorz coraz bardziej nalegał na spełnienie obietnicy. Aż pewnego dnia, przyszedł do pracy i dowiedział się, że już nie pracuje w tej firmie. Szef znalazł już następną „ofiarę” do wykorzystania.

Ewangelia z dzisiejszej niedzieli kieruje naszą uwagę na rolę dóbr materialnych w życiu. Na pozór wydaje się, że ten fragment jest zachętą do nieuczciwości w sprawach materialnych. „Pan pochwalił nieuczciwego sługę”, który działał na szkodę swojego pana. Ale przy głębszej analizie odkrywamy, że jest pochwała roztropności w zdobywaniu przyjaciół i ludzkiej życzliwości. Mamy być tak przebiegli w pozyskiwaniu przyjaciół, tak jak ludzie potrafią być przebiegli w zdobywaniu pieniędzy. Jest jeszcze drugi wątek myślowy w tym fragmencie Ewangelii. A mianowicie, dobra materialne spełniają pozytywną rolę w życiu człowieka, jeżeli jest on gotowy służyć nimi bliźniemu.

W przypowieści Chrystus używa obrazu rzeczywistości ziemskiej, aby przystępniej pouczyć nas o rzeczywistości nadprzyrodzonej. Dobra materialne nie mogą przesłonić ich Dawcy, samego Boga. Człowiek otrzymuje je, aby zdobywać przez nie przyjaźń Boga. A jedną z najważniejszych dróg zdobywania tej przyjaźni jest życzliwe otwarcie szczodrobliwej ręki na bliźniego. Niewłaściwy stosunek do dóbr materialnych staje się zarzewiem wojen, rewolucji i nienawiści nawet w najbliższej rodzinie. Nie jeden raz spotkałem zgodne rodziny, których życie zamieniało się w piekło, gdy otrzymywali większe sumy pieniędzy do podziału. Bardzo często złe podejście do dóbr materialnych działa na zasadzie bomby z opóźnionym zapalnikiem. Cywilizacji zachodniej przyjdzie jeszcze zapłacić rachunek za niewolnictwo i kolonizację. Ale ostatecznie każdy indywidualnie będzie musiał zdać sprawę przed Bogiem ze swego gospodarowania dobrami materialnymi.

Leland Stanford, uczciwą pracą dorobił się na kolei ogromnej fortuny. Został także wybrany senatorem Stanów Zjednoczonych. Cała satysfakcja z życia legła w gruzach, gdy zmarł jego jedyny syn. Nie mógł się pozbierać. Nakręcała się spirala depresji. Uważał, że nie ma po co już żyć. Na nic się zdały życzliwe rady przyjaciół. Zmiana przyszła za sprawą snu w czasie, którego zobaczył swego zmarłego syna. Syn powiedział do niego: „Żyj dla ludzi, żyj dla innych dzieci”. Rano Leland opowiedział sen żonie. I od tego momentu zmieniło się życie ich obojga. Poświęcili swoje pieniądze i swój czas najbiedniejszym. Odnaleźli radość i sens życia. Dzisiaj Uniwersytet im. Stanforda jest symbolem nowego życia, jakie stało się udziałem przemienionego Stanforda. Życia, które znalazło swe spełnienie przez właściwe, tzn. służebne użycie pieniądza.

Zapewne do Stanforda Chrystus powiedziałby, jak do nieuczciwego sługi, że roztropnie postąpił. A pytanie o roztropność skierowane do każdego z nas czeka na odpowiedź. A t ę odpowiedź możemy odnaleźć w głębi duszy, tam, gdzie spotykamy się z naszym Bogiem (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

ŚWIĘTY POLIKARP

Zalecam przede wszystkim, by prośby, modlitwy, wspólne błagania, dziękczynienia odprawiane były za wszystkich ludzi: za królów i za wszystkich sprawujących władzę, abyśmy mogli prowadzić życie ciche i spokojne z całą pobożnością i godnością. Jest to bowiem rzecz dobra i miła w oczach Zbawiciela naszego, Boga, który pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy. Albowiem jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bo­giem a ludźmi, człowiek, Chrystus Jezus, który wydał siebie samego na okup za wszystkich jako świadectwo we właściwym czasie. Ze względu na nie ja zostałem ustanowiony głosicielem i apostołem — mówię prawdę, nie kłamię — nauczycielem po­gan w wierze i prawdzie. Chcę więc, by mężczyźni modlili się na każdym miejscu, podnosząc ręce czyste bez gniewu i sporu (1 Tm 2, 1-8).

W czasie prześladowania chrześcijan do Polikarpa przybyli żołnierze rzymscy z nakazem aresztowania. Święty biskup przyjął ich życzliwie, proponując im gościnę, dla siebie zaś poprosił o czas na przygotowanie się do męczeńskiej śmierci i spotkania z  Chrystusem. Żołnierze usłuchali tej prośby. Święty zaczął się głośno modlić. Żarliwa modlitwa poruszyła twarde serca żołnierzy. Po dwóch godzinach Polikarp był gotowy do podróży. Wsiadł na osła i w eskorcie żołnierzy udał się do Smyrny. Tradycja mówi, że gdy wjeżdżał do miasta zastąpiło mu drogę dwóch senatorów Herod i Nicetas i wziąwszy Biskupa na osobne miejsce zaczęli namawiać go, aby tylko pozornie zaparł się Chrystusa i powiedział: cesarzu gotów jestem bogom złożyć ofiarę. I tym sposobem, przez udawane wyznanie wiary w bożki pogańskie uratuje swoje życie. Polikarp zdecydowanie odmówił, co więcej starał się nawrócić na wiarę w Chrystusa samych senatorów, czym ich tak zirytował, że zaczęli go lżyć i niezwłocznie odesłali do sądu.

Powyższe zdarzenie z życia Świętego może być ilustracją prawdy ewangelicznej, że nie możemy służyć prawdziwemu Bogu i mamonie, bożkom, które w dzisiejszym świecie przybierają dla człowieka różne formy, chociażby formę nieumiarkowanej żądzy pieniądza, czy przyjemności. Św. Polikarp swoją postawą poucza wyznawców Chrystusa, że nie można nawet pozornie służyć mamonie, bożkom. Tą bezkompromisowością nacechowane jest całe życie Świętego, a zatem w duchu wiary przybliżmy się do tej świetlanej postaci pierwszych wieków chrześcijaństwa.

Św. Polikarp należy do Ojców Apostolskich. Tym tytułem obejmuje się świętych pisarzy kościelnych, którzy żyli w czasach apostolskich. Są oni bezpośrednim łącznikami pomiędzy apostołami a późniejszymi wyznawcami Chrystusa. Św. Ireneusz, który znał Polikarpa pisze, że był on uczniem św. Jana Apostoła. Imię Polikarp wywodzi się z języka greckiego i oznacza dosłownie: „przynoszący wiele owoców”, „urodzajny” i może być nawiązaniem do nauczania św. Jana Apostoła, który w swojej Ewangelii zapisał: „Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity”.

Św. Polikarp urodził się około roku 75 w Smyrnie w Azji Mniejszej. Pochodził z rodziny greckiej. Jan Apostoł, który był biskupem w pobliskim Efezie wyznaczył go na biskupa Smyrny i to w bardzo młodym wieku, gdy miał ok. 30 lat. Wiadomości o początkach chrześcijaństwa w Smyrnie są bardzo skąpe. Wiemy z Apokalipsy św. Jana, że już w końcu I w. chrześcijanie smyrneńscy byli prześladowani. Św. Polikarp sprawując urząd biskupa w tym mieście przez około pół wieku, zdobył sobie wielki autorytet, o którym świadczą między innymi słowa św. Ignacego Antiocheńskiego: „Pochwalając w pełni twój stosunek do Boga, utwierdzony niby na skale niezachwianej, składam najgłębszy hołd Panu, który uznał mnie za godnego ujrzeć twoje oblicze bez skazy”. Św. Polikarp zapisał się w historii wczesnego chrześcijaństwa nie tylko jako wybitny pasterz powierzonej mu gminy, ale również jako znakomity uczony. Z jego bogatej twórczości teologicznej zachowały się do dnia dzisiejszego dwa listy adresowane do Filipian.

Biskup Smyrny, mając 86 lat został oskarżony o lekceważenie pogańskiej religii. Prokonsul Stacjusz Kodrados nakłaniał go do zaparcia się wiary w Chrystusa, na co św. Polikarp odpowiedział: „Osiemdziesiąt sześć lat służę Chrystusowi, nigdy nie wyrządził mi krzywdy, jakżebym mógł bluźnić memu Królowi i Zbawcy?” Również sędzia usiłował namówić do odstępstwa, na co usłyszał odpowiedź: „Udajesz jakobyś mnie nie znał i nie wiedział, kim jestem – jestem chrześcijaninem!” Na groźby spalenia na stosie, Polikarp odpowiedział: „Ogniem grozisz, który płonie chwilę i wkrótce zgaśnie, bo nie znasz ognia sądu, który przyjdzie, i kary wiecznej”. Polikarp został skazany na śmierć przez spalenie. Przybliżoną datą męczeńskiej śmierci jest rok 155.  Wyrok wykonano na stadionie.

W jednym z najstarszych akt męczeńskich „Martyrium Policarpi” czytamy: „Gdy stos był już gotowy, Polikarp sam zdjął z siebie szaty i rozwiązał przepaskę; schylił się też, by zdjąć obuwie. Nie uczynił tego przedtem, bo wierni wciąż tłoczyli się koło niego i każdy z nich chciał pierwszy go dotknąć; albowiem już i przedtem go czczono dla świętości jego życia. Teraz też zaczęto układać wokoło niego drzewo przygotowane na stos, a gdy chciano go doń przybić, rzekł: ‘Pozostawcie mnie tak; Ten, który mi daje siłę do zniesienia ognia, sprawi też, że nawet i bez waszych gwoździ wytrwam nieruchomo na stosie’. Związano go więc tylko, nie przybijając go. Z rękoma więc związanymi z tyłu i przywiązany, był jak wybrane z wielkiej owczarni jagnię ofiarne i jako ofiara miła Bogu. A wznosząc oczy ku niebu, modlił się, mówiąc: ‘Panie, Boże i Władco wszechrzeczy, Ojcze błogosławionego i ukochanego Syna Twojego, Jezusa Chrystusa, przez którego zostało nam dane poznać Ciebie. Boże aniołów i mocy niebiańskich, i wszelkiego stworzenia, i wszystkich sprawiedliwych żyjących przed Twoim obliczem. Wysławiam Cię, żeś mnie raczył w tym dniu i w tej godzinie zaliczyć w poczet Twoich męczenników i wraz z nimi dałeś mi udział w kielichu Twego Pomazańca, ku zmartwychwstaniu w ciele i duszy do wiekuistego życia w nieskazitelności Ducha Świętego. Obym wraz z nimi mógł być dzisiaj dopuszczony przed Twoje oblicze jako ofiara urodzajna i miła Tobie, którą już przedtem przygotowałeś sobie; mnie ją ukazałeś, a teraz ją spełniłeś, o Boże mój, prawdziwy i prawdomówny. Dlatego wielbię Cię, błogosławię i chwalę przez ukochanego Syna Twego, niebiańskiego i wiekuistego arcykapłana, Jezusa Chrystusa, przez którego niech Ci będzie chwała wraz z Nim i Duchem Świętym, teraz i przez przyszłe wieki. Amen.

A gdy wypowiedział ‘Amen’ i dokończył modlitwy, ci, co byli przy ogniu, zapalili stos, i płomień ogromny wzniósł się ku górze. Ujrzeliśmy wtedy rzecz niezwykłą, my, którym zostało dane to zobaczyć i którzy zostaliśmy uchowani, aby innym przekazać to, co się wydarzyło. Albowiem ogień utworzył jak gdyby sklepienie, na wzór żagla wydętego wiatrem i otoczył zewsząd postać męczennika; on sam zaś był nie jak palone ciało, lecz jak chleb, który się wypieka, lub jak złoto i srebro wytapiane w ogniu. I uczuliśmy również woń, jakby powiew kadzidła czy też cennych pachnideł. A ci bezbożni widząc, że ogień nie może strawić ciała, rozkazali katowi przebić go mieczem. A gdy to uczynił, wytrysnęło tyle krwi, że zagasł ogień i cały tłum zdumiał się widząc tak wielką różnicę pomiędzy niewiernymi a wybranymi. Wśród tych ostatnich znalazł się i ten mąż podziwu godny, Polikarp, mistrz apostolski i pełen ducha proroków, biskup prawowiernego Kościoła w Smyrnie. Wszelkie słowo, które wyszło z jego ust, spełniło się lub się wypełni”.

Wierni zebrali szczątki świętego i umieścili w kościele w Smyrnie. Obecnie relikwie Świętego znajdują się w kościele św. Ambrożego w Massinie koło Rzymu, gdzie otaczane są wielką czcią (z książki Wypłynęli na głębię).

 

MAMONA I BÓG

Po zamieszkaniu w mojej nowej parafii pw. Matki Bożej Częstochowskiej i św. Kazimierza w Brooklynie, dwie kobiety zdominowały mój widok na świat. Oglądam je po kilka, a nawet po kilkanaście razy dziennie. Jedna z nich to Matka Boża Częstochowska, która króluje w tej parafii ponad 100 lat. Przepiękna, stylowa świątynia neogotycka i w tym stylu drewniany ołtarz, wykonany w Polsce, także ponad 100 lat temu stanowią tron dla naszej Królowej i Matki. Pierwsi emigranci zawierzyli Pani Jasnogórskiej swoje rodziny, samych siebie i niewielki skrawek amerykańskiej ziemi. I tu zbudowali jej tron. Trochę smutnym wzrokiem spogląda na nas, swoje dzieci i wskazuje na Syna, mówiąc, jak w Kanie Galilejskiej: „Czyńcie, co wam każe Syn”. Przychodzą do niej ludzie różnych ras, a Polacy pokonują nieraz długą drogę, aby Jasnogórska Pani ogarnęła ich matczynym wzrokiem. Ta ziemia, ta świątynia jest uświęcona ponad stuletnią jej obecnością.

W dzień odpustu wychodzimy procesjonalnie z obrazem Matki Bożej Częstochowskiej na ulicę i w oddali widzimy Statuę Wolności, która jest tą drugą kobietą, którą widuje codziennie. Przybyła ona parę lat wcześniej niż Matka Boża Częstochowska. Jest to posąg najbardziej znany w Ameryce Północnej a może i na całym świecie. Postać Statuy wolności trzyma w ręku pochodnię wolności. Od roku 1886 wita ona emigrantów przybywających do Ameryki, dla których była symbolem wyzwolenia z niewoli politycznej, niewoli nędzy materialnej i wielu innych. Postać kobiety ma u stóp rozerwane kajdany. W lewej dłoni trzyma tablice Deklaracji Niepodległości. Korona z siedmiu promieni oznacza wolność rozprzestrzeniającą się na siedem kontynentów.

Zapalona pochodnia wolności w ręku, to piękny symbol. Ale czy rzeczywiście na tej ziemi znajduje on spełnienie?  Pytanie prawie retoryczne. Wolność polityczna?  Rację ma ten kto ma pieniądze. Za nie można ogłupić społeczeństwo, na przykład, że inny kraj zagraża światu posiadanym arsenałem nuklearnym i w imię ocalenia ludzkości rozpętać wojnę. A w rzeczywistości chodzi o ropę, a nie dobro ludzkości. A wojna, to zawsze diabelska rzecz. Zaś otumaniony człowiek, to najbardziej godny pożałowania niewolnik. Ci zaś, którzy opuszczali ojczyste strony z powodu nędzy materialnej bardzo często stawali się w kraju Statuy Wolności niewolnikami dolara. Dla jego zdobycia zapierali się Boga, wyrzekali się przyjaciół, zapominali o rodzinie, wykorzystywali i sprzedawali bliźniego. Zresztą sami wiemy z doświadczenia do jakiego świństwa może się posunąć drugi człowiek dla kilku dolarów, czy zajęcia jego miejsca w pracy. A to jest większa niewola, niż nędza materialna. Gdyby Statua Wolności miała ludzkie serce, to już dawno wrzuciłaby do morza pochodnię wolności.

W Statule wolności, przez długie lata pracował człowiek, który na serio potraktował słowa Matki Bożej, która wskazując na swego Syna wzywa nas byśmy go słuchali. A w dzisiejszej Ewangelii Chrystus mówi do nas: „Nie możecie służyć Bogu i mamonie”. Mamona jest kojarzona z pieniędzmi i bogactwem, która mamią nas, aby w nich szukać bezpieczeństwa, a nawet zbawienia. Historię tego człowieka opisał „Los Angeles Times”. Jest nim Charlie DeLeo, który kierował się taką zasadą życia: Boga postawiłem na pierwszym miejscu, bliźniego na drugim, a siebie na trzecim. Charlie urodził się i wychowywał w dolnym Manhattanie. Był trudnym dzieckiem. Po powrocie z wojny wietnamskiej został zatrudniony jako konserwator w Statule Wolności. Jego pieczy powierzona była troska o pochodnię w rękach Statuy oraz koronę na jej głowie. Wymieniał żarówki i dbał o czystość 200 okien.

Charlie wskazując na pochodnię mówił dumnie: „To jest moja kaplica, którą poświęciłem Bogu. W wolnych chwilach udaje się tam na modlitwę i medytację”. Ofiarował on Bogu i ludziom o wiele więcej niż tylko modlitwę. Oddawał regularnie krew. A gdy usłyszał o Matce Teresie z Kalkuty, to posłał dla jej biednych 12 tysięcy dolarów. W czasie pielgrzymki do Stanów Zjednoczonych Jan Paweł II odprawiał Mszę św. w Battery Park, oddalonym półtora mili od Statuy Wolności. Charlie stał na balkonie otaczającym pochodnię Statuy i słuchał słów Jana Pawła II oraz modlił się, aby ta pielgrzymka przebiegła pomyślnie i wydała dobre owoce w sercach słuchających.  Charlie powiedział dla wspomnianej gazety: „Nie korzystam za wiele z rozrywek, życia towarzyskiego, nie mam eleganckich, markowych ubrań, ale jestem zadowolony z życia. Nie miałem dosyć pieniędzy, aby się ożenić. Nie mam też oszczędności. Gdy otrzymałem pracę, to wspomagałem organizacje charytatywne i łożyłem na utrzymanie i wychowanie sześciu sierot”. Charlie mówił o sobie, że jest „Kustoszem płomienia”. Możemy dodać Bożego płomienia.

Powyższy przykład jest wspaniałą ilustracją, co to znaczy służyć Bogu i nie ulegać mamonie. Czy ten przykład jest do naśladowania przez każdego? Dosłownie- może i nie, ale każdy winien kierować się duchem tego przykładu i na miarę swoich możliwości realizować Chrystusowe wskazania. Sydney Smith, angielski pisarz i duchowny powiedział: „Największym błędem wszystkich jest zaniechanie działania na rzecz dobra, tylko dlatego, że możemy zrobić niewiele. Zrób co możesz”. Tu można odwołać się wyborczego głosowania. Nieraz mówimy: Nie pójdę na głosowanie, bo co mój jeden głos może zmienić. Ale pojedynczy, niby nic nieznaczące głos w połączeniu z innymi przynosi zwycięstwo. Te zwykłe nasze codzienne wybory, czyny składają się na zwycięstwo całego naszego życia, na zwycięstwo Chrystusa w naszym życiu. Nawet jedno życzliwe słowo, życzliwy uśmiech, grosz dany potrzebującemu przyczynia się pozytywnego zwycięstwa dobra w naszym życiu. Do naszego zwycięstwa.

Tych drobnych uczynków Bóg nie zapomina, tak jak nie zapomina uczynków tych, którzy na pierwszym miejscu postawili mamonę. Mówi o tym prorok Amos na wstępie tych rozważań: „Słuchajcie tego wy, którzy gnębicie ubogiego i bezrolnego pozostawiacie bez pracy… (…). Będziemy kupować biednego za srebro, a ubogiego za parę sandałów i plewy pszenicy będziemy sprzedawać”. Prorok mówi, że czciciele mamony staną kiedyś przed Bogiem, który mówi: „Nie zapomnę nigdy wszystkich ich uczynków”.

Rozważania zakończę modlitwa, którą ułożył wspomniany wcześniej Charlie DeLeo: „Panie, nigdy nie oczekiwałem wiary Abrahama, charyzmy Mojżesza, mocy Samsona, odwagi Dawida, mądrości Salomona. Jednego oczekuję od Ciebie Panie. Jeśli zawołasz mnie któregoś dnia, proszę bym usłyszał Twój głos i uczynił to, co jest twoją wolą. Proszę Cię spraw, aby wypełnianie Twoich przykazań było moją radością. Nie chcę Cię zawieść, bo Ty jesteś dla mnie wszystkim i Tobie chcę służyć całym życiem” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

NIE MOŻNA SŁUŻYĆ BOGU I MAMONIE

Podczas posiedzenia Sejmu poseł Józef Korpak powiedział: „W czasie dyskusji nad sprawozdaniem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji przewijało się wypowiadane przez posłów SLD stwierdzenie następującej treści: Tyle kultury, edukacji i wychowania w radiu i telewizji, ile wpływów z abonamentu. W związku z tym stwierdzeniem chciałbym panu przewodniczącemu zadać pytanie: Czy rzeczywiście w telewizji publicznej wartości moralne, upowszechnianie kultury, wychowanie dzieci i młodzieży można i należy przeliczać na brzęczące monety”? Na pewno nie można i nie należy. Jednak w dzisiejszym świecie brzęczące monety zagłuszają głos sumienia, wypaczają miłość, popychają do zdrady i zbrodni, zagłuszają głos Boga i bliźniego w potrzebie. Imię Moneta jest przydomkiem bogini rzymskiej Junony. W świątyni na Kapitolu miała ona swoje miejsce, gdzie bito monety. Stąd też polskie słowo „moneta” wywodzi się od tej bogini, podobnie jak angielskie money (pieniądze). Dla dzisiejszego człowieka pieniądz staje się często boginią, bogiem. Zajmując pierwsze miejsce w życiu staje się źródłem występku. W takim znaczeniu używa Chrystus aramejskiego słowa „mamona” na określenie bogactwa, gdy mówi, że nie możemy służyć Bogu i Mamonie.

Nie znaczy to jednak, że Chrystus potępiał posiadanie pieniędzy. Sam ich nie posiadał, ale jednego z apostołów, Judasza uczynił skarbnikiem. Pieniądze są potrzebne do życia, a wprzęgnięte w służbę miłości przemieniają świat i ludzi. Jezus dobrze zna serce ludzkie i wie jak wielkim niebezpieczeństwem są pieniądze dla ludzkiej duszy. Dlatego tak często przestrzegał przed żądzą ich posiadania, aby nie stały się „Mamoną” naszego życia, jak w poniższej historii. Przed laty przyszła na plebanię kobieta, aby się wyżalić. Powiedziała, że mogę opisać tę historię, bo może być ona ostrzeniem dla innych przed popełnieniem podobnego błędu. Mieszkała z mężem i dwójką małych dzieci w Polsce. Mąż nie miał stałej pracy. Nie było im łatwo powiązać koniec z końcem, stąd też mąż zdecydował się na wyjazd do Ameryki. Zofia została z dwójką małych dzieci w Polsce. Leszek, mąż Zofii zaczął przysyłać dolary. W domu żyło się teraz dostatniej. Dzieci odczuwały brak ojca, ale atrakcyjne zabawki i inne rzeczy otrzymywane od taty rekompensowały im ten brak. Po dwóch latach nieobecności, tata kojarzył się dzieciom z pieniędzmi, za które wszystko mogli kupić. Wydawało się, że tak funkcjonujący ojciec zupełnie im wystarcza. Po wielu latach starań, Leszkowi udało się załatwić zieloną kartę. Przyjechał do Polski. Dzieci poznały go ze zdjęć, ale nie było tej serdecznej nici porozumienia jaka łączy dzieci z rodzicami. Po miesięcznym pobycie, Leszek wrócił do Stanów Zjednoczonych i ściągnął przez Meksyk żonę. Dzieci pozostały pod opieką dziadków. Rodzice, aby zrekompensować dzieciom swoją nieobecność zaspokajali wszystkie ich zachcianki materialne. Dzieci przyzwyczaiły się do tego, nawet im to odpowiadało. Jeśli dzwoniły do rodziców to tylko, aby poprosić o pieniądze lub jakieś nowe rzeczy.

Po kilku latach udało się ściągnąć do Ameryki nastoletnie dzieci. Rodzice zadbali, aby ułatwić im start życiowy na nowej ziemi. Wydawało się, że wszystko ułożyło się dobrze. A jednak Zofia mówi przez łzy, że popełniła błąd w wychowani swych dzieci. Dzisiaj pieniądze są dla nich najważniejsze. Ważniejsze aniżeli rodzice. Zofia żali się, że nawet na Wigilię dzieci ich nie zapraszają i nie chcą skorzystać z ich zaproszenia. Mają wygodne piękne domy, na które łożyli także ich rodzice. Mają dobrą pracę, dobrze ustawionych przyjaciół. Ich rodzice, z nadszarpniętym zdrowiem borykają się z różnymi problemami materialnymi. Ale to nie interesuje ich dzieci. Dla nich najważniejszy jest dostatek ich własnego domu, najważniejsze są pieniądze.

Używając ewangelicznego języka można powiedzieć, że w relacjach rodzinnych zdominowała mamona. Człowiek zszedł na drugi plan. Jeśli mamona zapuści głęboko korzenie w dzieciństwie, to trudno ją później wyrwać z serca, tak jak w poniższej legendzie. Mistrz nakazał swemu uczniowi wyrwać z korzeniami niewielkie drzewo dębu. Uczeń wykonał to bez większego trudu. Następnie mistrz wskazał większe drzewo i kazał uczynić to samo. Uczeń nie był w stanie sam wyrwać drzewa, dlatego prosił o pomoc innych. Dzięki ich pomocy wykonał zadanie. W końcu mistrz polecił wyrwać z korzeniami duży dąb. Uczeń z pomocą innych usiłował to zrobić, ale nadaremnie. Wtedy mistrz powiedział do niego, że rzecz ma się podobnie z nawykami i nałogami. Na początku możemy sobie z nimi poradzić sami, ale gdy odwleczemy walkę, to nawet z pomocą innych nie uporamy się z nimi. Innymi słowy, jeśli będziemy wzrastać w kulcie Mamony, trudno ją będzie wykorzenić bez pomocy Boskiego Mistrza.

Jeśli podporządkujemy całe swoje życie bogactwom, a myśl o ich pomnożeniu zdominuje nasze życie, wtedy stajemy się wyznawcami bożka, któremu na imię „pieniądz”. I tak stajemy się sługami pieniądza, a ma być odwrotnie, to pieniądz ma nam służyć. Najgroźniejsze w tym jest to, że odwracamy się od Boga żywego i prawdziwego, który jest źródłem wszelkiego dobra i życia. Człowiek służący Mamonie nie zauważa bliźniego. A jeśli go zauważa, to tylko w kontekście wykorzystania go. Prorok Amos pisze o sposobie myślenia ludzi opanowanych Mamoną: „Kiedyż minie nów księżyca, byśmy mogli sprzedawać zboże? Kiedyż szabat, byśmy mogli otworzyć spichlerz? A będziemy zmniejszać efę, powiększać sykl i wagę podstępnie fałszować. Będziemy kupować biednego za srebro, a ubogiego za parę sandałów i plewy pszenicy będziemy sprzedawać”. Można tak czynić przez wiele lat, aż dopadnie nas sprawiedliwość ludzka. Można to czynić całe życie, kupując za Mamonę ludzką sprawiedliwość. Jest jednak sprawiedliwość, której nie ujdzie nikt z nas, jest to sprawiedliwość Boża, o której prorok Amos mówi: „Przysiągł Pan na dumę Jakuba: Nie zapomnę nigdy wszystkich ich uczynków”.

Nie da się zatem pogodzić służby Bogu i Mamonie. Chrystus mówi: „Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie”. Całkowite przylgnięcie do Chrystusa wymaga odwrócenia się od zniewalającej mocy Mamony, chociaż mami nas pokusą kompromisu i łączenia tego, czego połączyć się nie da. Łączenia służby Bogu ze służbą Mamonie. Idąc na taki kompromis jakby nieświadomie rezygnujemy z prawdziwych wartości. Podobnie jak w opowieści, którą przytacza w swoim kazaniu ks. RJ Fairchild. Rybak Aaron mieszkał nad brzegiem rzeki. Pewnego razu po dniu ciężkiej pracy wracał do domu, marząc co by zrobił gdyby był bogaty. Nagle potknął się o skórzaną sakiewkę. Wydawało mu się, że jest wypełniona drobnymi kamykami. W zamyśleniu wyciągał po jednym kamyczku i rzucał do rzeki. „Kiedy będę bogaty będę miał wielki, wygodny dom”- powiedział do siebie i wyrzucił kolejny kamyk do wody. „Moja żona i ja będziemy mieć służących, dobre jedzenie i luksusowe ubrania” i następny kamyk plusnął w wodzie. I tak zbliżył się do domu. Sięgnął po ostatni kamyk i wtedy w świetle lamy dostrzegł, że jest to diament. Wyrzucał prawdziwe skarby, a marzył o skarbach nierealnych, wyimaginowanych. Ulegając Mamonie pędzimy za złudnymi i ulotnymi skarbami, wyrzucając po drodze prawdziwe skarby, które odnajdujemy w bliskości Boga (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

POCHWAŁA NIEUCZCIWOŚCI ?

Niektóre przypowieści Jezusa są bardzo łatwe w interpretacji, chociażby przypowieść o synu marnotrawnym z ostatniej niedzieli, są także przypowieści trudne do wyjaśnienia. Należy do nich przypowieść o nieuczciwym zarządcy, którą słyszymy w dzisiejszej liturgii mszalnej. Bogaty właściciel dowiedział się, że zarządca trwoni jego majątek. Postanowił go zatem zwolnić z pracy. Przerażony zarządca zadawał sobie pytanie: „Co uczynię, żeby mnie ludzie przyjęli do swoich domów, gdy będę odsunięty od zarządzania”. Pytanie to nie jest nam obce. Gdy ktoś jest przy władzy i bogactwie, to wokół siebie ma tabuny „życzliwych ludzi”, którzy mizdrzą się i zapraszają do swoich domów. Wystarczy, że potknie się bogatemu noga i wtedy rozpierzchają się hordy „przyjaciół”. Nagle stają się tak zajęci, nie mają czasu nawet porozmawiać. Ewangeliczny zarządca okazał się na tyle sprytny, że opracował plan, dzięki któremu będą dla niego otwarte drzwi domów dawnych znajomych i podwładnych, nawet wtedy gdy zostanie pozbawiony swojego urzędu. „Przywołał więc do siebie każdego z dłużników swego pana i zapytał pierwszego: ‘Ile jesteś winien mojemu panu?’ Ten odpowiedział: ‘Sto beczek oliwy’. On mu rzekł: ‘Weź swoje zobowiązanie, siadaj prędko i napisz: pięćdziesiąt’. Następnie pytał drugiego: ‘A ty ile jesteś winien?’ Ten odrzekł: ‘Sto korców pszenicy’. Mówi mu: ‘Weź swoje zobowiązanie i napisz: osiemdziesiąt’”. Był to bardzo chytry plan, który brał pod uwagę ludzką wdzięczność, ale wiemy jak to z ludzką wdzięcznością bywa. Jakże często wykorzysta cię i wypnie się na ciebie. Ewangeliczny zarządca swoich wdzięczników trzymał w ręku, w każdej chwili może ujawnić prawdziwą wielkość długu. Jakby to nie było, to i tak postępowanie takie wygląda na nieuczciwe, a Ewangelia mówi, że „Pan pochwalił nieuczciwego rządcę, że roztropnie postąpił”. O co w tym wszystkim chodzi? Czy jest to pochwała złodziejstwa? Z pewnością Chrystus nie pochwala nieuczciwości. A zatem szukajmy mądrości bożej zawartej w tej przypowieści w perspektywie doczesnej, a przede wszystkim wiecznej. 

Kenneth Bailey, wykładowca Nowego Testamentu, profesor i pisarz tak interpretuje tę przypowieść: „Zarządca został zwolniony za defraudację dóbr materialnych, które były mu powierzone. Nie protestował i nie bronił się przed tą decyzją. Został zwolniony z urzędu, ale nie skazany i ukarany. Nie musi zwrócić tego, co zdefraudował. Zdawał sobie sprawę, że jego pan oczekuje od niego posłuszeństwa i uczciwości. Wie także jednak, że jego pan jest niezwykle hojny i miłosierny. Rządca zaryzykował wszystkim, licząc tylko na hojność i miłosierdzie swojego pana. Jeśli tego miłosierdzia zabraknie to poniesie karę i trafi do więzienia, jeśli zaś doświadczy miłosierdzia pana, któremu zaufał to zyska wszystko, w tym także przyjaźń ludzi. Tak pomyślał i szybko przystąpił do działania. Niezgodnie z prawem, nieuczciwie zaproponował dłużnikom obniżki. Dłużnicy sądzili, że zarządca wprowadził te zmiany w porozumieniu ze swoim panem, który wspaniałomyślnie zredukował ich dług. I o to chodziło nieuczciwemu zarządcy. Kiedy pan zdał sobie z tego jak potoczyły się te sprawy miał dwie możliwości. Po pierwsze, powiedzieć dłużnikom, że to był błąd, którego celowo dopuścił się zwolniony zarządca i zażądać zwrotu całego długu. To zaś rozgniewałoby dłużników i zniszczyłoby zaufanie między dwoma stronami. Po drugie, pan mógł w ogólne nie zareagować na zaistniałe oszustwo, tylko okazać ogromne miłosierdzie i przyjąć  wdzięczność swoich dłużników i nieuczciwego zarządcy. Innymi słowy za cenę dóbr materialnych zachować wartości, które są najważniejsze naszych relacjach z ludźmi i Bogiem, mają wymiar wieczny. Pan wybiera wspaniałomyślność i miłosierdzie, wykorzystując przy tym nawet nieuczciwe zagrywki zarządcy. Zarządca zadaje sobie sprawę ze swej nieuczciwości, jednak nie pomylił się zdając się całkowicie na wspaniałomyślność i miłosierdzie swego pana. I to zaufanie uratowało go”. Jest jedna z wielu interpretacji tej przypowieści.

Jak widzimy nie jest to takie proste nawet dla profesorów wykładających nauki biblijne. Dzięki Bogu, że poznawaniu prawd biblijnych nie mniej ważna od wiedzy jest wiara i duch modlitwy. Niektóre prawdy biblijne święci poznawali na kolanach. O tym duchu modlitwy, trochę w innym kontekście pisze św. Paweł w Liście do Tymoteusza: „Polecam przede wszystkim, by prośby, modlitwy, wspólne błagania, dziękczynienia odprawiane były za wszystkich ludzi”. Św. Teresa od Dzieciątka Jezus zostawiła nam piękne określenie modlitwy: „Modlitwa jest dla mnie wzniesieniem serca, prostym spojrzeniem ku niebu, okrzykiem wdzięczności i miłości zarówno w cierpieniu, jak i radości, na koniec, jest to coś wielkiego, nadprzyrodzonego, co rozszerza mą duszę i jednoczy mnie z Jezusem”. Naszemu zgłębianiu prawd objawionych winna towarzyszyć modlitwa, która przybliża nas do Chrystusa, tak że w Jego świetle wszystko wydaje się jasne i proste. Jest to nam szczególnie potrzebne, gdy mozolnie, na drodze intelektualnej, rozumowej chcemy zgłębić prawdy boże. A zatem wróćmy jeszcze do przypowieści o nieuczciwym zarządcy.

Jezus chwali nieuczciwego zarządcę, że powierzone mu dobra wykorzystał do szerzenia miłosierdzia. Nie jest to jednak zachęta do postepowania według zasady: „Cel uświęca środki”, tzn., w osiągnięciu dobrego celu możemy stosować złe metody, np. kradniemy dla zapewnienia rodzinie wyższego standardu życiowego. Szlachetny cel nie usprawiedliwia nieuczciwych metod jego osiągnięcia. Tę kwestię trzeba interpretować w świetle innych słów Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: „Bo synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z podobnymi sobie ludźmi niż synowie światłości. Ja też wam powiadam: Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy wszystko się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków”. Jezus odwołując się do „dzieci światłości” zachęca do używali ziemskich bogactw w szerzeniu Królestwa Bożego, królestwa sprawiedliwości i miłosierdzia. Jezus pośrednio przez gospodarza chwali swego nieuczciwego zarządcę za inteligencję, spryt, przedsiębiorczość. Jezus nie pochwala niesprawiedliwości, korupcji. Rządca oszukując swego pana, zaryzykował bardzo wiele. Postawił wszystko na jedną kartę. I wygrał. Postawił na miłosierdzie. Dobra materialne jakie posiadamy winny być wciągnięte w służbę Bogu. My sami mamy służyć Bogu sobą i tym co posiadamy. Nie ma tu jakiejś pośredniej opcji. Chrystus mówi: „Żaden sługa nie może dwom panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie!”.

Pierwsze czytanie na dzisiejszą niedzielę zawiera słowa samego Boga skierowane do tych, którzy zapomnieli nie tylko o miłosierdziu, ale także o sprawiedliwości: „Słuchajcie tego wy, którzy gnębicie ubogiego, a bezrolnego pozostawiacie bez pracy, którzy mówicie: ‘Kiedyż minie nów księżyca, byśmy mogli sprzedawać zboże, i kiedy szabat, byśmy mogli otworzyć spichlerz? A będziemy zmniejszać efę, powiększać sykl i wagę podstępnie fałszować. Będziemy kupować biednego za srebro, a ubogiego za parę sandałów i plewy pszeniczne będziemy sprzedawać’. Poprzysiągł Pan na dumę Jakuba: ‘Nie zapomnę nigdy wszystkich ich uczynków’”. Bóg zapamiętuje czyny miłosierne, ale zapamiętuje także czyny, gdzie dobra materialne stawiane są ponad miłosierdzie. Czyny pozbawione miłosierdzia zamykają nam dostęp do Bożego Miłosierdzia (Kurier Plus 2014).

 

ZAUFAJ MIŁOSIERDZI BOŻEMU

Wayne Willis w książce “Hope Notes: 52 Meditations to Nudge Your World” zamieścił staro egipską opowieść o młodzieńcu imieniem Miobi, który przybył do wioski, w której ludzie zachowywali się bardzo dziwnie. Wszyscy mieszkańcy narzekali i byli niezadowoleni prawie ze wszystkiego. A to ogień marnie się palił, kozy mleka nie dawały, dzieci chodziły w podartych ubraniach, pola nie były właściwie zasiane, a to dlatego, że wszyscy spodziewali się ataku potwora, który żył na szczycie pobliskiej góry. Wierzono, że zniszczy on wszystko. A zatem nie sensu zabiegać o cokolwiek.

Miobi spojrzał na wskazany szczyt i zboczył na nim rzeczywiście przerażającego potwora, który miał głowę jak krokodyl, korpus jak hipopotam, a ogon jak potężny wąż. Z gardzieli potwora wydobywał się ogień i dym. Wieśniacy żyli w ciągły strachu, że ten potwór każdego dnia może zejść z góry i pożreć wszystkich. Miobi powiedział do wieśniaków: „Pójdę sam na górę i zabiję potwora”. Wieśniacy przekonywali go, aby nie szedł tam, bo na pewno stamtąd już nie wróci. Jednak młodzieniec był zdecydowany na wszystko i rozpoczął wspinaczkę, aby rozprawić się z bestią.

W czasie wspinaczki Miobi zauważył dziwne zjawisko, im bardziej zbliżał się do celu, to potwór wydawał się coraz mniejszy. „To bardzo ciekawe zjawisko. Kiedy oddalam się od potwora, potwór staje się większy, ale im bardziej się do niego zbliżam, staje się on mniejszy” – pomyślał Miobi. Po dotarciu do jaskini na szczycie góry młodzieniec zobaczył, zamiast groźnego potwora, znalazł spokojne małe stworzenie wielkości ropuchy. Miobi włożył potwora do torby i zaczął schodzić z góry. Kiedy wieśniacy zobaczyli, że Miobi jest bezpieczny i zdrowy, z wdzięczności za zabicie potwora chcieli uczynić go swoim królem. Miobi wyjaśnił dokładnie, co się stało i jak sprowadził „potwora” i pokazał im stworzenie przypominające ropuchę. Zdumieni wieśniacy zapytali niepozorne stworzenie: „Jakie masz imię?” „Mam wiele imion. Niektórzy nazywają mnie głodem, zarazą, wojną, rakiem. Jednak większość z lekiem nazywa mnie: Co się może wydarzyć” – odpowiedziało stworzenie.

Wielu z nas prześladuje potwór „Co się może wydarzyć”. Spoglądając z dalekiej perspektywy, ten potwór wygląda groźnie, co staje się powodem zamartwień. W tym zamartwianiu się niepomni jesteśmy na porzekadło „nie martw się na zapas”. A w rzeczywistości zamartwiać się co stanie jutro, za tydzień czy za rok. To zbędne marnowanie swojej energii oraz strata czasu! To zamartwianie niszczy to co naprawdę jest nasze. A nasze jest to co dzieje się w danej chwili. To właśnie teraz wykuwamy naszą przyszłość, niezależnie od tego co nas czeka. Czasami to wykuwanie jest łatwe i radosne, czasami trudne. Tu trzeba uwzględnić, że średnio 80 proc. tego, o co się martwimy, nigdy się nie wydarza. Na 12 proc. zdarzeń nie mamy żadnego wpływu, a z pozostałymi ośmioma świetnie dajemy sobie radę. Skoro tak jest, to trzeba przestać pisać czarne scenariusze i wziąć los we własne ręce. Psychologia proponuje wiele sposobów uwolnienia się od paraliżującego strachu przed potworem „Coś się może wydarzyć”. A najlepiej życie zawierzyć Komuś kto jest wszechpotężny w „słowie i czynie”, który do zalęknionego człowieka mówi: „U was zaś policzone są nawet wszystkie włosy na głowie. Dlatego nie bójcie się…”.

W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę odnajdujemy wiele wątków myślowych, w tym także odnoszący się do powyższych rozważań o „potworze”. Słyszymy słowa o nieuczciwym zarządcy, który trwonił majątek swego pana. Pan postanowił go zwolnić, żądając zdania sprawy z zarządzania. Zarządca uświadomił sobie, że zostanie bez środków do życia i postanowił zatem sfałszować rozliczenia i zabezpieczyć się na przyszłość. I tak zrobił. Można się spodziewać potępiającej reakcji Pana na takie postępowanie. Jednak ewangeliczny pan reaguje inaczej: „Pan pochwalił nieuczciwego rządcę, że roztropnie postąpił. Bo synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z podobnymi sobie ludźmi niż synowie światłości. Ja też wam powiadam: Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy wszystko się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków”. To niezrozumiałe z punktu widzenia ludzkiej logiki zachowanie pana może być zrozumiane jako przypowieść uwzględniającą ostateczna perspektywę życia człowieka. A ta perspektywa to zdobycie Królestwa Bożego „przyjęcia do wiecznych przybytków”. W jego zdobywaniu mamy być tak zaradni i przebiegli, jak w sprawach ziemskich, oczywiście kierując się prawami tego Królestwa.

Ustawienie naszego życia w tej perspektywie może uwolnić nas od paraliżującego strachu przed potworem „Coś się może wydarzyć”. Zapewne dla każdego takim „potworem” jest śmierć. W perspektywie ewangelicznej jest ona spotkaniem z Chrystusem. Im bardziej będziemy się do niej zbliżać, z potężniejącą wiarą w Chrystusa, to nie tylko uwolnimy się od tego potwora strachu, ale zobaczymy rzeczywistość, która nie tylko uwalnia nas od leku, ale napełnia radością sięgająca wieczności. W tej perspektywie wszystkie inne wydarzenia naszego życia nabierają innego wymiaru, nawet swoim cierpieniem pozytywnie wpisują się w ostateczną perspektywę naszego życia. Bóg na różne sposoby umacnia naszą wiarę, że takie patrzenie na życie nie jest tylko naszym pobożnym życzeniem, ale czymś bardzo realnym.

W czasie ostatnie wycieczki- pielgrzymki Nowojorskiego Klubu Podróżnika odwiedziliśmy Licheń. Poruszyła nas historia krzyża podziurawionego kulami, który znajduje się w Kaplicy Krzyża Świętego. Podczas II wojny światowej, w kościele parafialnym pod wezwaniem św. Doroty, hitlerowcy urządzili szkołę dla chłopców Hitlerjugend. Młodych Niemców zaprawiano w okrucieństwie i pogardzie dla podbitych narodów. Wyróżniała się w tym Berta Bauer – wychowawczyni chłopców. Niektórzy chłopcy pamiętali religijne wychowanie w rodzinnych domach i to rodziło w nich pewien dyskomfort. Berta postanowiła ostatecznie z tym się rozprawić i udowodnić chłopcom, że żadnego Boga nie ma. Pewnego lipcowego dnia w roku 1944 zgromadziła wszystkich chłopców przed kaplicą cmentarną. Następnie wymierzyła z pistoletu i strzeliła do krucyfiksu, który znajdował się nad wejściem do kaplicy. Powiedziała: „Gdyby Bóg istniał, powinien natychmiast mnie ukarać”. Kilka godzin później, kiedy jechała na stację kolejową do Konina, przelatujący niemiecki samolot, omyłkowo ostrzelał jej wóz. Zginęła na miejscu. Było to ogromny wstrząs dla jej wychowanków. Zapewne wielu z nich stanęło w prawdzie i to wydarzenie odebrało jako „dowód” na istnienie Boga. Być może wielu z nich zaczęło patrzeć na świat w ostatecznej, bożej perspektywie (Kurier Plus 2019).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *