24 Sty

3 niedziela zwykła Rok A

 

CIEMNOŚĆ I ŚWIATŁO.      

 Gdy Jezus posłyszał, że Jan został uwięziony, usunął się do Galilei. Opuścił jednak Nazaret, przyszedł i osiadł w Kafarnaum nad jeziorem, na pograniczu Zabulona i Neftalego. Tak miało się spełnić słowo proroka Izajasza: „Ziemia Zabulona i ziemia Neftalego. Droga morska, Zajordanie, Galilea pogan! Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci wzeszło światło”. Odtąd począł Jezus nauczać i mówić: „Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie”. Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci, Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: „Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi”. Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci, Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim. I obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu (Mt 4,12-23).

Grupa turystów zwiedza słynne Carlsbad Caverns w Nowym Meksyku. Nagle, gdy znaleźli się w jednej z olbrzymich podziemnych grot, gaśnie światło. Wśród zwiedzających, pogrążonych w ciemnościach turystów było dwóje dzieci; ośmioletni chłopiec i pięcioletnia dziewczynka. Przerażona dziewczynka zaczyna głośno płakać. Jej ośmioletni brat pociesza ją tymi słowami: „Nie przejmuj się, Amy. Na górze jest człowiek, który wie jak ponownie włączyć światło”.

To wydarzenie doskonale oddaje myśl zacytowanego fragmentu Ewangelii. Ciemność i światło, których doświadczamy zmysłami są użyte jako symbole rzeczywistości natury duchowej, nie podpadającej poznaniu zmysłowemu. Życie nasze biegnie różnymi drogami, i bywa nieraz tak, że mamy wrażenie, jakbyśmy kroczyli w ciemności, po omacku. Nie wiemy, dokąd zmierzamy, jaki jest sens doświadczeń, które nas dotykają, i skąd może przyjść pomoc. Te osobiste odczucia sumują się często w odczucia całej społeczności, tak jak to było w przypadku Narodu Wybranego. Bóg objawił się temu Narodowi, ale nie w pełni. Pełnia miała przyjść później. Jej znakiem i spełnieniem będzie przyjście Mesjasza. Czekali, zatem na Jego pojawienie się na ziemi. W tym czekaniu doświadczali nieraz jakby opuszczenia Boga, to doświadczenie wdzierało się jak ciemność do najgłębszych zakamarków duszy. Do nich to Izajasz kieruje proroctwo, które zawiera słowa pociechy: „Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci wzeszło światło”. Izajasz zdaje się mówić, jak ten chłopiec w ciemnej grocie: nie lękajcie się jest ktoś, kto wie jak zapalić światło w naszym życiu, jak nas wyprowadzić z największej ciemności życiowej, jest ktoś, kto nas poprowadzi właściwymi ścieżkami. Mateusz Ewangelista wskazuje na Jezusa. On jest wypełnieniem proroctw Izajasza i prawdziwą światłością.

Tak jak przepowiada prorok Izajasz Jezus przybył do Galilei. Biblijna Galilea zajmowała niewielką powierzchnię; 80 kilometrów długości i 40 kilometrów szerokości. Była to kraina bardzo zaludniona. Starożytny historyk Josephus, który był zarządcą tej prowincji pisze, że było tam 204 miast nie przekraczających 15 000 mieszkańców. Ten mały skrawek ziemi zamieszkiwało ponad 3 miliony ludzi. Tak wielkie zaludnienie było możliwe dzięki bardzo urodzajnej glebie. W Galilei krzyżowało się wiele ważnych starożytnych dróg. Było to miejsce zamieszkania rodów Zabulona i Neftalego, o których wspomina także prorok.

W tych konkretnych warunkach Jezus objawił się światu jako prawdziwa światłość rozświetlająca mroki ludzkiej duszy. Światłość, która rozświetla najgłębszy mrok, jakim jest tajemnica śmierci. Ta Światłość przychodzi do każdego. Aby ją jednak spotkać konieczne jest podjęcie wysiłku jej szukania. Zmaganie się z ciemnością, szukanie tego światła ma nieraz bardzo dramatyczny przebieg i jest zdobywane w wielkim trudzie.

Nowojorski policjant Steven McDonald w roku 1986 został ciężko zraniony przez piętnastolatka. Kilka kul utkwiło w jego głowie i rdzeniu kręgowym. W efekcie został sparaliżowany i przykuty do wózka inwalidzkiego na całe życie. W niedługim czasie po tych wydarzeniach żona Stevena urodziła pierwsze dziecko. Steven przeżywał trudne dni. Ciemność wdzierała się także do jego wnętrza. Świadomość, że nigdy nie przytuli swojej żony, nie będzie mógł wziąć na ręce swego dziecka, rodziła bunt, nienawiść i chęć odwetu. Jednak w tych trudnych dniach wytrwale szukał światła, nadziei. Odnalazł to w Chrystusie. Nadal pozostaje przykuty do łóżka, ale w jego sercu nastąpiła gruntowna przemiana. Wybaczył niedoszłemu zabójcy, który strzelał do niego. Nie przyszło to łatwo, zmagał się ze sobą wiele długich miesięcy. „Jeśli chcę osiągnąć niebo… Powinienem wybaczyć wszystko temu młodemu człowiekowi. To przyniosło mi wewnętrzny pokój”- powiedział Steven. Wzorem i siłą na tej drodze był Jezus Chrystus, który modlił się na krzyżu za swych oprawców, a także naśladowcy Chrystusa, tacy jak św. Szczepan, który wybaczył tym, którzy go kamienowali oraz Papież Jan Paweł II, który przebaczył mężczyźnie, który skierował do niego broń i ciężko go ranił.

Dzisiaj były policjant odwiedza szkoły, gdzie daje świadectwo swej wiary i wzywa młodzież do uczciwego życia i zaprzestania przemocy. Młodzież z uwagą, a nieraz ze łzami w oczach słucha tak wymownego świadectwa. Steven mówi, że ma i teraz trudne dni i dodaje zaraz: „Pragnę zawsze naśladować Jezusa. Aby skutecznie bronić świat przed zniewoleniem i przemocą katolik nie ma lepszego sposobu niż naśladowanie Jezusa i Matki Bożej”.

Na twarzy Stevena można często dojrzeć pogodny uśmiech. Ten uśmiech ma swe źródło w światłości, którą na dnie duszy zapalił Jezus Chrystus, który przyszedł na ziemię jako „światłość prawdziwa” (z książki Ku wolności).

 

ŚWIATŁO

W dawniejszych czasach upokorzył Pan krainę Zabulona i krainę Neftalego, za to w przyszłości chwałą okryje drogę do morza wiodącą przez Jordan, krainę pogańską. Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków zabłysło światło. Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele. Rozradowali się przed Tobą, jak się radują we żniwa, jak się weselą przy podziale łupu. Bo złamałeś jego ciężkie jarzmo i drążek na jego ramieniu, pręt jego ciemiężcy Jak w dniu porażki Madianitów (Iz 8,23b-9,3).

Niektóre z alpejskich dolin są tak głęboko położone, że nawet przez kilka dni a nawet tygodni, w środku zimy nie dociera tam żaden promyk słońca. Dni bez słońca wpływają na mieszkańców tych dolin bardzo depresyjnie. Kapłan pracujący tam opowiada takie zdarzenie. Pewnego dnia spotkał się z uczniami jednej z szkół, którzy od dziewięciu dni nie widzieli słońca. Nagle, w czasie rozmowy, promień słońca wpadł do klasy. Wśród uczniów zapanowała nieopisana radość. Dzieci skakały, krzyczały i śpiewały z radości. Ten promyk słońca, chociaż nie przyniósł ciepła fizycznego, to jednak rozgrzewał serca i dusze.

Z tego też względu światło fizyczne staje się często symbolem światła duchowego, które rozświetla mroki ludzkiej duszy, wnosi nadzieję i radość. Szczególnie jasna smuga tego światła rozświetla karty Biblii i pozwala prorokom obwieszczać światu radość. Prorok Izajasz pisze: „Lud, który chodził w ciemnościach, zobaczył światłość wielką. Nad mieszkańcami krainy ciemności, wzeszła światłość ogromna. Ty sprawiłeś, że tak się weselą, cieszą się wszyscy na Twoich oczach, jak zwykli cieszyć się ludzie czasu żniwa, jak radują się ci, co rozdzielają łupy. Bo uwolniłeś ich jak za dnia Madianu od brzemienia, które ich ugniatało, od jarzma gniotącego ich karki i od kija oprawcy” (Iz 9, 1-3).

Izajasz kieruje te słowa do Narodu Wybranego, który w tym czasie doświadczał niewoli asyryjskiej. Niewola ta wiązała się nie tylko z uciemiężeniem politycznym i ekonomicznym, ale także religijnym. Niewola była ciemnością. Prorok zapowiada, że dla tego Narodu wzejdzie światłość wielka. Nie jest to tylko zapowiedź wyzwolenia z niewoli asyryjskiej. Prorok Izajasz zapowiada narodziny króla, który ustanowi królestwo pokoju, sprawiedliwości i radości. Królestwo, które będzie miało wymiar kosmiczny, ponad czasowy. Tej zapowiedzi nie może spełnić żaden król ziemski. Wymiar ziemski, materialny jest nie wystarczający do zbudowania takiego królestwa.

Ewangelista Mateusz powołuje się na Izajasza i wskazuje Jezusa, który przychodzi do nas jako Światło: „Ziemia Zabulona i ziemia Naftalego, na drodze ku morzu, Zajordanie, Galilea pogan! Lud, który siedział w ciemności ujrzał światło wielkie i mieszkańcom cienistej krainy śmierci wzeszło światło”. Chrystus jest światłem, które staje się udziałem tych, którzy przyjmują Jego naukę. Rdzeniem tej nauki jest miłość, która prowadzi ku zmartwychwstaniu. To światło nie ma względu na osoby. W przypowieści o Dobrym Samarytaninie Chrystus odrzuca ciemność podziału ludzi na lepszych i gorszych, wybranych i odrzuconych. Wszyscy jesteśmy braćmi, dziećmi jednego Boga.

Chrystus wydobywał grzeszników z ciemności grzechu do światła bożej łaski i miłości. Z ciemności odrzucenia do światła akceptacji przez wspólnotę. Z ciemności cierpienia i choroby do światła zdrowia duszy i ciała. Zacheusza wydobył z ciemności egoizmu i zachłanności do światła dzielenia się i służby bliźniemu. Martę i Marię wydobył z ciemności rozpaczy po stracie brata do jasności nadziei i życia wiecznego. Wydobył z ciemności beznadziei łotra na krzyżu do jasności nieba. Sam zaś zmartwychwstając rozproszył ciemności śmierci i przyrzekł tym, którzy będą szli za Nim, że nigdy nie pogrążą się w mrokach śmierci, lecz będą kroczyć w światłości życia. Chrystus przynosi światło, które nigdy nie zagaśnie. Dlatego w momentach naszego życia, gdy ciemność śmierci wdziera się do naszej duszy, mówimy i śpiewamy pełni nadziei: „Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci na wieki wieków”.

Człowiek powinien być przygotowany na przyjęcia bożego światła. Dla ilustracji odwołam się do moich doświadczeń kolędowych. W okresie Bożego Narodzenia odwiedzamy po kolędzie domy wiernych, aby pobłogosławić je, modlić się razem z domownikami, czy też porozmawiać z nimi. Najczęściej dom jest wyczyszczony i posprzątany. Po wspólnej modlitwie kropię wodą święconą każde pomieszczenie. Czasami bywa tak, że gospodyni przestrzega mnie, abym nie wchodził do zamkniętego pokoju, bo jest tam bałagan. Uważa, że zabałaganiony pokój nie jest gotowy na przyjęcie bożego błogosławieństwa. Nie jest to w pełni usprawiedliwiany pogląd w odniesieniu do zamkniętego pokoju, ale całej rozciągłości sprawdza się w naszym życiu duchowym. Boże światło, błogosławieństwo omija tych, którzy mają zabałaganioną duszę. Bo tam gdzie jest przywiązany do mroku grzechu, nieuporządkowanych żądz tam nie ma miejsca na boże światło.

Okres panowania Brytyjczyków w Irlandii był bardzo trudnym czasem dla katolików. Kapłani katoliccy byli wypędzani z kraju lub więzieni. A niektórzy z nich ukrywali się i potajemnie pełnili posługę duszpasterską. Kiedy wierni potrzebowali posługi kapłana, wtedy stawiali w oknie zapaloną świecę. To był znak. Kapłan odwiedzał ten dom, niosąc wiernym Światłość- Jezusa Chrystusa. Później, gdy ustały prześladowania, zwyczaj ten pozostał. Wierni, którzy chcieli, aby kapłan odwiedził ich w okresie Bożego Narodzenia stawiali w oknie zapalone świece. Zapewne nawiązują do tego nasze bożonarodzeniowe rozświetlone dekoracje w oknach. Szkoda tylko, że pełnią one często rolę tylko ornamentu dekoracyjnego, bez głębszego przesłania duchowego.

Wszystkie te porównania kierują uwagę na nasze wnętrze, naszą duszę, abyśmy byli gotowi na przyjęcie Światła zstępującego z nieba, abyśmy oświeceni tym Światłem pomagali innym odkrywać naszego Mesjasza i Pana. A wtedy możemy z radością powtarzać za poetą Leopoldom Staffem:

„Jak słodka cisza z nieba spływa!

Jak świat jest prosty w świetle Twojem,

Panie, jak koi i ośmiela!

Z wielką ufnością i spokojem

Serce me w Tobie spoczywa

Jak dłoń w dłoni przyjaciela” (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

ROZŁAMY I SPORY

Upominam was, bracia, w imię naszego Pana Jezusa Chrystusa, abyście byli zgodni i by nie było wśród was rozłamów; byście byli jednego ducha i jednej myśli. Doniesiono mi bowiem o was, bracia moi, przez ludzi Chloe, że zdarzają się między wami spory. Myślę o tym, co każdy z was mówi: „Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa”. Czyż Chrystus jest podzielony? Czyż Paweł został za was ukrzyżowany? Czyż w imię Pawła zostaliście ochrzczeni? Nie posłał mnie Chrystus, abym chrzcił, lecz abym głosił Ewangelię, i to nie w mądrości słowa, by nie zniweczyć Chrystusowego krzyża ( 1 Kor 1,10-13.17).

Kłótnie i spory są chlebem powszednim ludzkiej społeczności. Są one mniej lub bardziej głupie, mniej lub bardziej sensowne, mniej lub bardziej zażarte. Ale jakby na to nie patrzeć zawsze są niepotrzebne. Od ich wywoływania nie powstrzymuje nawet mądrość naszego narodu zawarta w przysłowiu: „Zgoda buduje a niezgoda rujnuje”. W naszym środowisku polonijnym nie brakuje maniaków kłótni i sporów, którzy swoją zaciekłością i głupotą wyrządzają wiele zła. Słabość i grzeszność ludzkiej natury usprawiedliwia w pewnym sensie kłótnie i spory. Jest to jednak marne usprawiedliwienie. Rozum, wola i wiara mówią nam, że tę słabość można okiełznać. Tylko trzeba chcieć. A często bywa tak, że po porostu nie chce nam się chcieć. Powód do kłótni i sporu zawsze można znaleźć, o czym mówi inne polskie przysłowie: „Jak chcesz psa uderzyć, to i kij znajdziesz”.  Aby zażegnać spory nie wystarczy pochować wszystkie „kije”, lecz trzeba przemienić tak człowieka, aby po ten kij nie sięgał. A to jest ciężka praca na całe życie.

Kłótnie i spory nie omijają także wspólnoty u fundamentów, której jest najdoskonalsza miłość – Jezus Chrystus. O tych rozłamach i sporach w Kościele pisze św. Paweł w zacytowanym na wstępie Liście do Koryntian. I wskazuje na istotne źródło tych sporów, które jest we wnętrzu człowieka i w samej wspólnocie. Ale nim do tego przejdę chcę wspomnieć zewnętrzne zagrożenia godzące w jedność wspólnoty. Aby jakąś wspólnotę osłabić trzeba ją w myśl łacińskiego przysłowia „Dziel i rządź” poróżnić. Tak było w komunistycznej Polsce. Władza ludowa wychwalała księży nazywanych patriotami, że tacy są postępowi, że na komunistyczną modłę chcą budować raj na ziemi. Krytykując równocześnie kapłanów, którzy byli wierni tradycji i Ewangelii. Dzisiaj również ośrodki nieprzychylne Kościołowi dzielą kapłanów i biskupów na postępowych oraz zacofanych tradycjonalistów. A prawdę mówiąc Kościołowi nie są potrzebni ani jedni ani drudzy. Kościołowi są potrzebni kapłani i biskupi, żyjący według prawdy Chrystusa, a ta od dwóch tysięcy lat, w swej istocie jest niezmienna. Zmieniają się rzeczy nieistotne, o które nie warto się kłócić i dzielić.

Aby poróżnić wspólnotę Kościoła wykorzystywane jest nieraz zło, które dotknęło tę wspólnotę. Ot chociażby przypadki molestowania przez duchownych. Jest to wielkie zło i to, co napiszę nie jest nawet próbą szukania usprawiedliwienia tego zła, lecz szukaniem pełnej prawdy. Niektóre media wykorzystały ten problem, aby poróżnić duchownych z wiernymi świeckimi. W wielu przypadkach to się udało. Biorąc procentowo, marginalny problem został przez media tak przedstawiony, jakby to było powszechne zjawisko w Kościele. Obecnie okazuje się, że w USA połowa tych oskarżeń jest fałszywa. Portal TheMediaReport.com poinformował, że według dokumentacji przekazanej przez adwokata Donalda Steiera do Sądu Wyższego hrabstwa Los Angeles w Kalifornii połowa oskarżeń duchownych katolickich o molestowanie nieletnich jest całkowicie fałszywa lub wyolbrzymiona. Adwokat Steier przypomina, że często strona poszkodowana przyznaje, iż zdała sobie sprawę, że padła ofiarą molestowania dowiedziawszy się, że inni, czasami krewni otrzymali odszkodowanie od archidiecezji czy innych instytucji katolickich.

Szef wspomnianego portalu David F. Pierre zauważa: „Nie należy się dziwić, że w odniesieniu do księży katolickich oskarżenia fałszywe czy też bardzo wątpliwe są częstsze, niż się o tym mówi, biorąc pod uwagę astronomiczne sumy wypłacane przez poszczególne diecezje tytułem odszkodowania”. Zdarzały się także przypadki, że strażnik więzienny pytał kryminalistów, czy byli ministrantami, czy nie byli molestowani, bo może polecić dobrego adwokata. Tu warto zauważyć, że w Stanach Zjednoczonych obowiązuje dyskryminujące prawo w tym względzie. Tylko wobec Kościoła katolickiego obowiązuje prawo odpowiedzialności zbiorowej. Jeśli kapłan dopuści się przestępstwa, to milionowe odszkodowania płaci cała diecezja. Jeśli takiego samego przestępstwa dopuści się rabin lub pastor kościoła protestanckiego, to nie obciąża się odszkodowaniem całej wspólnoty wyznaniowej tyko tego, kto zawinił. A od indywidualnej osoby nie da się wysądzić tak olbrzymiego odszkodowania. I to jest między innymi powodem tak wielu fałszywych oskarżeń Kościoła katolickiego.

Na problem rozłamów i sporów zwraca uwagę prorok Izajasz w pierwszym czytaniu, wspominając ziemię Zabulona i Neftalego. Jakub, któremu Bóg zmienił imię na Izrael miał dwunastu synów, którzy dali początek dwunastu rodom Izraela. Rzucając losy podzielono ziemie między dwanaście pokoleń Izraela. Zabulonowi przypadła południowa część Galilei a Naftalemu wschodnia i centrala. Była to ziemia żyzna i urodzajna, poprzecinana wieloma strategicznymi szlakami. Był to łakomy kąsek dla najeźdźców. Do czasów króla Salomona wszystkie plemiona Izraelskie stanowiły jedno silne państwo. Po śmierci króla dały znać o sobie konflikty i napięcia społeczne. A Biblia dodaje, że naród sprzeniewierzył się jedynemu Bogu. Północne plemiona zamieszkujące także ziemie Zabulona i Neftalego pod wodzą Jeroboama ogłosiły secesję. I tak doszło do rozpadu królestwa Dawida. Powstało królestwo Judy ze stolicą w Jerozolimie i królestwo Izraela ze stolicą w Sychem, a potem w Tirsie, Penuel i w Samarii. Królestwo Izraela było wielokrotnie podbijane, co stało się powodem wymieszania etnicznego i religijnego. Mieszkańcy tych ziem byli uważani za półpogan. Jeszcze w czasach Jezusa byli wyśmiewani za niepoprawną mowę.

Prorok Izajasz w swoim mesjańskim proroctwie mówi, ze to właśnie na tej ziemi zabłyśnie światło mesjańskie: „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków zabłysło światło. Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele”.  Mateusz w Ewangelii na dzisiejszą niedzielę mówi o spełnieniu się tego proroctwa: „Gdy Jezus posłyszał, że Jan został uwięziony, usunął się do Galilei. Opuścił jednak Nazaret, przyszedł i osiadł w Kafarnaum nad jeziorem, na pograniczu Zabulona i Neftalego. Tak miało się spełnić słowo proroka Izajasza”. Tam też Jezus powołał pierwszych uczniów, którzy mieli głosić światło Jego nauki o zbawieniu.  Głoszenie Ewangelii nie było wolne od sporów. Pisze o tym św. Paweł w Liście do Koryntian: „Myślę o tym, co każdy z was mówi: „Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa”. Dalej tłumaczy, że Chrystus jest jeden, to On umarł dla naszego zbawienia. I tylko do Niego mamy się odwoływać. On ma być w centrum. Gdy Chrystus nie będzie na pierwszym miejscu w duszy człowieka, jeśli nie będzie w centrum wspólnoty wiary to taka wspólnota zawsze będzie narażona na kłótnie i rozbicie (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

PRZEMIJAJĄCE ŚWIATŁO

Ciemność pochmurnej nocy i jasność słonecznego dnia stają się symbolami różnorakiej rzeczywistości. Mówi się o kaganku wiedzy, a więc o świetle, które rozprasza mrok ignorancji i niewiedzy. Mówi się także o człowieku ogarniętym złem moralnym, że to typ spod ciemnej gwiazdy. Mówi się także o mrokach wojny, kiedy do głosu dochodzą najgorsze ludzkie instynkty. Nienawiść, zło i wzajemna niechęć zdają się wtedy niepodzielnie panować w życiu. Ale zanim eksploduje wojna i świat ogarnie ciemność zła, pojawiają się siewcy ciemności. Przez swoją siejbę potęgują w ludzkich sercach nienawiść i wzajemną niechęć. Mówią przy tym, że czynią to w imię prawdy. Ale jest to prawda połowiczna, a taka prawda jest zawsze kłamstwem, które rodzi w ludzkich sercach ciemność nienawiści i wzajemnej niechęci. Siewcy kłamstwa zapominają o biblijnym ostrzeżeniu: „Kto sieje wiatr zbiera burzę”. Do takich siewców ciemności, moim zdaniem należy Jan Gross, „makabryczny bajkopisarz zajmujący się taśmową produkcją oszczerstw”, jak go trafnie określił Stanisław Michalkiewicz. W swej książce „Strach”, Gross pisze, że po drugiej wojnie światowej Polska była ogarnięta antysemityzmem, który nie dawał szans przetrwania żadnemu Żydowi. Według badaczy książka ta nie przedstawia żadnej wartości historycznej, gdyż nie uwzględnia kontekstu historycznego i jest nierzetelna w dochodzeniu do prawdy. Profesor Marek Chodakiewicz wykazując tę nierzetelność, przytacza m.in. sprawę z Połańca, gdzie rzekomo „polscy faszyści” zamordowali pięcioosobową rodzinę żydowską. W rzeczywistości to dwaj pijani żołnierze sowieccy przyszli na rabunek i wymordowali rodzinę Bergerów. Badający sprawę, funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa, aby chronić sowietów, powiedzieli, że mordu dokonali polscy faszyści. Tu trzeba zauważyć, że w zbrodniczej organizacji UB dużą rolę odgrywali Żydzi. Profesor Andrzej Paczkowski w czasie prelekcji w Żydowskim Instytucie Historycznym powiedział, że ponad 29 proc. naczelnych stanowisk w UB zajmowali Żydzi. Liczba polskich patriotów zamordowanych z poręki tylko jednego żydowskiego ubeka, Jakuba Bermana przewyższa liczbę wszystkich Żydów zabitych po wojnie w Polsce. Tu warto uświadomić sobie, że w antynarodowej Komunistycznej Partii Polski na 15 okręgowych sekretarzy ośmiu było pochodzenia żydowskiego. W „aktywie centralnym” komunistycznej partii było 53 proc. Żydów, w aparacie wydawniczym 75 procent.

Fałszywe i krzywdzące są uogólniające stwierdzenia Grossa, że Polacy dokończyli czystki etnicznej, którą rozpoczęli niemieccy naziści oraz stwierdzenie, że Kościół w Polsce kolaborował z nazistami. Zaciemniając historię i rozpalając wzajemną nienawiść, Gross ignoruje ogromną liczbę Polaków, którzy z narażeniem własnego życia i życia rodziny, w czasie hitlerowskiej okupacji udzielali pomocy Żydom. A iluż to Żydów zawdzięcza swoje życie kościołowi. Żydowski Instytut Yad Vashem przyznaje medale tym, którzy ratowali Żydów. Ponad połowa odznaczonych to Polacy. Z opowieści moich rodziców i znajomych wiem, że takich ludzi jest dużo więcej. W moich stronach były dwa obozy koncentracyjne w Bełżcu i Majdanku. Z transportów uciekali Żydzi, ci którzy nie zginęli na miejscu znajdowali schronienie w wiejskich stodołach, oborach i domach. Mógłbym wyliczyć kilkanaście takich przypadków. Ludzie udzielający im pomocy nie zostali zauważeni przez komisję przyznającą medale Sprawiedliwy wśród Narodów, to znaczy, że liczbę Polaków, którzy z narażeniem życia udzielali pomocy Żydom trzeba by przemnożyć kilkanaście razy. Gross deprecjonując ten aspekt uwłacza pamięci uratowanych Żydów i tych, którzy im udzielali pomocy, stając się siewcą mrocznego ziarna nienawiści.

Dzisiejsze czytania biblijne, mówiąc o ciemności i świetle używają tych pojęć w znaczeniu religijnym i moralnym. Prorok Izajasz w pierwszym czytaniu zapowiada radość i światło dla wcześniej upokorzonej krainy Zabulona i Neftalego: „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków zabłysło światło. Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele. Rozradowali się przed Tobą, jak się radują we żniwa, jak się weselą przy podziale łupu”. Proroctwo to powstało w okresie inwazji asyryjskiej. Pierwszymi ofiarami najazdu była ziemia Naftalego i Zabulona w Galilei. W tych upokorzonych krainach zapanował także zamęt religijny. Kult prawdziwego Boga mieszał się z kultami bogów pogańskich, stąd też Galileę nazywano krainą pogan. Proroctwo Izajasza nawiązywało do ciemności, jaką niesie niewola polityczna i zapowiadało wyzwolenie z niej. Kraj zostanie uwolniony od najeźdźców i odbudowany. Wtedy w całej krainie zapanuje radość, która jak światło ogarnie ludzkie serca. Proroctwo Izajasza ma drugi, ważniejszy wymiar, wymiar duchowy. Historia Izraela jest obrazem, symbolem rzeczywistości duchowej człowieka, gdzie dokonuje się zbawcze spotkanie z Bogiem. Odnowę duchową swego ludu prorok wiąże z narodzeniem się Księcia Pokoju, którym będzie wcześniej zapowiadany Emanuel, czyli Bóg z nami. Światło i radość, jaką przyniesie Emanuel, w pierwszej kolejności ogarnie mieszkańców północnych krain Naftalego i Zabulona, które najbardziej ucierpiały w czasie najazdu asyryjskiego. Ewangelia nawiązując do tego proroctwa mówi, że to światło zabłysło nad tą krainą, gdy pojawił się tam Jezus Chrystus.

Po uwięzieniu Jana Chrzciciela Jezus udał się do Galilei i osiadł w Kafarnaum nad Jeziorem Galilejskim, na pograniczu Zabulona i Neftalego. Tak spełniały się słowa proroka Izajasza: „Ziemia Zabulona i ziemia Neftalego. Droga morska, Zajordanie, Galilea pogan! Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci wzeszło światło”. Aby jednak to światło zagościło w ludzkim sercu, konieczne jest nawrócenie. Chrystus wzywał: „Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie”. Jakże często nasze serce wygląda jak zniewolona, mroczna kraina Zabulona i Neftalego. Królują w nim nienawiść, chciwość, pogarda bliźnim, rozpusta, kłamstwo, fałsz, sprzedajność, hedonizm, głoszenie kłamstwa i oszczerstw za judaszowe srebrniki, wywyższanie się. Można tak mnożyć w nieskończoność. Niektórzy przez to kumulowanie zła w sobie stają się jak kosmiczna czarna dziura, która pochłania nawet światło. W obliczu tej ciemności staje „światłość prawdziwa”, Jezus Chrystus, który mówi: Otwórz swoje mroczne serce zniewolone przez grzech, a ja cię uleczę i wypełnię światłem miłości, która zwycięża grzech i śmierć oraz prowadzi ku zbawieniu. Przyjdź a ja cię uczynię Moim uczniem, jak uczyniłem Piotra, Jana, Andrzeja i innych. „Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci, Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: ‘Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi’. Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim”.

To dzięki ludziom, przepełnionym światłem Chrystusa, ciemność nie pochłonęła jeszcze świata. Mimo tak wielu zajadłych i wpływowych apostołów ciemności możemy być pewni zwycięstwa. Zapewnia nas o tym Chrystus w słowach skierowanych do swego Kościoła: „Bramy piekielne nie przemogą go” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚWIĘTY ANDRZEJ APOSTOŁ

Święty Andrzej, młodszy brat św. Piotra pochodził z Betsaidy. Żydowscy rodzice nadali mu imię greckie, co było dosyć częstą praktyką w tamtym czasie i świadczy o dużym wpływie kultury helleńskiej na życie mieszkańców Palestyny. Imię Andrzej z języka greckiego znaczy tyle co mężny, męski. Imię jego ojca Jana znamy z Ewangelii. Andrzej w dorosłym życiu mieszkał razem ze swoim bratem u teściowej Piotra w Kafarnaum, w domu położonym niedaleko jeziora Galilejskiego. Było to ważne z względu na wykonywany zawód. Na co dzień bowiem trudnili się połowem ryb w pobliskim jeziorze. W rodzinie św. Andrzeja żywa była tradycja mesjańska. Stąd też, gdy Jan Chrzciciel pojawił się na pustyni i wzywał do nawrócenia, przygotowania się na przyjście Mesjasza, Andrzej przyłączył się do jego uczniów. I to tutaj miała miejsce scena powołania go przez Chrystusa. Naoczny świadek tego wydarzenia św. Jan tak je opisuje: „Nazajutrz Jan znowu stał w tym miejscu wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa rzekł: ‘Oto Baranek Boży’. Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem. Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: ‘Czego szukacie?’ Oni powiedzieli do Niego: ‘Rabbi! – to znaczy: Nauczycielu – gdzie mieszkasz?’ Odpowiedział im: ‘Chodźcie, a zobaczycie’. Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Było to około godziny dziesiątej. Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: ‘Znaleźliśmy Mesjasza’ – to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa” (J 1,35-41).

Po tym pierwszym spotkaniu nad rzeką Jordan Andrzej i Piotr nie zostali z Chrystusem, lecz powrócili do swoich zajęć rybackich. Nie byli jeszcze gotowi, aby porzucić wszystko i pójść za Chrystusem. Ta ostateczna decyzja zapadnie w miejscu ich życia i pracy. Św. Mateusz tak opisuje drugie powołanie Piotra i Andrzeja: „Gdy (Jezus) przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci – Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: ‘Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi’. Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim” (Mt 4,18-20). Zaś św. Łukasz uzupełnia scenę powołania opisem cudownego połowu ryb, który wprawił w zdumienie Piotra i jego towarzyszy.

Ewangelie wspomną św. Andrzeja jeszcze dwa razy. A mianowicie z racji cudownego rozmnożenia chleba. Jezus ulitował się nad ogromną rzeszą swoich słuchaczy. Postanowił nakarmić ich chlebem. I wystawiając swoich uczniów na próbę zapytał ich „Skąd kupimy chleba, aby oni się posilili?” Andrzej, brat Szymona Piotra, rzekł do Niego: „Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu?” (J 6,5-9). Po raz ostatni św. Andrzej występuje w Ewangeliach jako pośrednik pomiędzy poganami, a Panem Jezusem: „A wśród tych, którzy przybyli, aby oddać pokłon (Bogu) w czasie święta, byli też niektórzy Grecy. Oni więc przystąpili do Filipa, pochodzącego z Betsaidy, i prosili go mówiąc: ‘Panie, chcemy ujrzeć Jezusa’. Filip poszedł i powiedział Andrzejowi. Z kolei Andrzej i Filip poszli i powiedzieli Jezusowi” (J 12, 20-22).

O dalszych losach św. Andrzeja Nowy Testament milczy, ale możemy się domyślać, że dzielił on smutki i radości pozostałych apostołów; przeżywał boleśnie śmierć krzyżową swego Mistrza, rozpierała go radość, gdy Chrystus zmartwychwstał, wpatrywał się w niebo, gdy Jezus wstępował do Ojca, czekał zamknięty z innymi apostołami i Maryją w Wieczerniku na obiecanego Pocieszyciela, przeżywał euforię zesłania Ducha Świętego, po którym Apostołowie opuścili Wieczernik i w mocy i mądrości Ducha świętego wyruszyli w świat, aby głosić Dobrą Nowinę. Dokąd wyruszył św. Andrzej? Odpowiedź na to pytanie odnajdujemy w tradycji chrześcijańskiej i apokryfach.

Według tych źródeł św. Andrzej udał się po Zesłaniu Ducha Świętego do Achai, gdzie bardzo owocnie głosił Ewangelię, zyskując licznych wyznawców. Głoszeniu Dobrej Nowiny towarzyszyły liczne cuda uzdrowienia chorych, uwolnienia opętanych przez Szatana, a nawet wskrzeszenia umarłych. Stąd św. Andrzej udał się do Tracji. A następnie do miasta Patras w Grecji. Bardzo owocna praca św. Andrzeja zaniepokoiła namiestnika rzymskiego Egeasza, który wszczął krwawe prześladowanie chrześcijan. Św. Andrzej stanął w obronie uczniów Chrystusa, wzywając namiestnika do uznania Chrystusa, najwyższego sędziego całego świata. Rozgniewany namiestnik zagroził Andrzejowi, jeśli nie złoży ofiary bogom rzymskim, każe go ubiczować i powiesić na krzyżu, na co  Andrzej spokojnie odrzekł: „Męki, jakimi mi grozisz, uczynią mnie tym milszym w obliczu Pańskim. Udręki moje trwać będą krótko, a twoje końca mieć nie będą.”

Namiestnik kazał ubiczować św. Andrzeja i ukrzyżować. A oto fragment opisu męczeńskiej śmierci: „Dotarłszy do miejsca, gdzie przygotowano krzyż, wykrzyknął wielkim głosem: ‘Witaj krzyżu! uświęcony przez Ciało Chrystusa i ozdobiony przez Jego członki niby perły! Zanim Pana wzniesiono na tobie, budziłeś bojaźń ludzką. Ale teraz, źródło niebieskiej miłości, stałeś się nieskończenie upragniony. Ci, którzy wierzą, znają radość, jaką ty zawierasz, i nagrody, jaką gotujesz. Idę ku tobie spokojny i radosny. O dobry krzyżu, któremu członki Pańskie przydały tyle blasku i piękności, krzyżu długo pożądany. Weźmij mnie spośród ludzi i zwróć mnie Mistrzowi mojemu, aby Ten, który mię przez ciebie odkupił, przez ciebie również mnie otrzymał’. A tak mówiąc, zdjął szaty i dał je oprawcom. Oni zaś dźwignęli go na krzyż, napięli jego ciało powrozami i zawiesili go tak, jak im kazano”. Świadkami męczeńskiej śmierci św. Andrzeja było około 12 000 ludzi. Lud żądał uwolnienia św. Andrzeja, ale on pragnął dla Chrystusa śmierci krzyżowej, wołając: „O święty, najdroższy krzyżu, tak dawno utęskniony i umiłowany, nareszcie gotowy mnie przyjąć, zabierz mnie stąd i oddaj Panu i Mistrzowi memu, aby mnie tak przyjąć raczył, jak mnie przez ciebie zbawił”. W apokryfach czytamy, że kiedy to mówił otoczyła go ogromna jasność, tak iż nie można było na niego patrzeć. Trwało to około pół godziny. Kiedy jasność ustąpiła, święty Andrzej już nie żył.

Śmierć męczeńska św. Andrzeja ubarwiona legendą i wiarą ludu na pewno miała miejsce w Patras. Według tradycji Apostoł został ukrzyżowany 30 listopada ok. 65 roku po narodzeniu Chrystusa. Według podania krzyż miał postać litery X, dlatego krzyż w tej postaci zwykło się nazywać „krzyżem św. Andrzeja”. Ciało św. Andrzeja z wielką czcią złożono w Patras, a w 356 roku przewieziono do Konstantynopola i umieszczono w kościele Apostołów. Krzyżowcy, którzy w czwartej wyprawie krzyżowej w roku 1202 zajęli Konstantynopol, zabrali ze sobą relikwie św. Andrzeja i umieścili je w Amalfi, w pobliżu Neapolu. Głowę św. Andrzeja, na polecenie papieża Piusa II przywieziono do Rzymu i umieszczono w bazylice św. Piotra. Dnia 25 września 1964 roku papież Paweł VI w duchu ekumenizmu zwrócił kościołowi prawosławnemu w Patras relikwię głowy św. Andrzeja (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

ZA ROZŁAM ODPOWIESZ PRZED BOGIEM

W środowisku polonijnym prawie przyzwyczailiśmy się do rozłamów, kopania dołków pod sobą, pokrętnego działania poza plecami bliźniego. Pracuje wśród Polonii prawie 24 lata. Widziałem rozłamy w różnych polonijnych instytucjach, organizacjach charytatywnych, szkołach polonijnych, kółkach różańcowych i w samym kościele. Te wszystkie rozłamy mają ludzkie oblicze, które możemy nazwać po imieniu, ale nieraz dla świętego spokoju, kumoterstwa, wyrachowania nie robimy tego. Może to i lepiej, bo najczęściej w poszukaniu rozłamywacza nie spoglądamy w lustro tylko na twarz bliźniego, on tak idealnie pasuje na diabelskiego adwokata. Mądrość ludowa zło rozłamu wyraża w aforyzmie: „Gdzie niezgoda tam tylko szkoda”. A są to szkody różnorakiego rodzaju. W tym szkody materialne nie są tak bolesne, jak szkody duchowe. Jeśli rozpada się polska szkoła przy parafii polonijnej, to nie tylko jest mniej pieniędzy na pokrycie przeciekającego dachu na budynku szkolnym, ale ten rozłam zatruwa serce człowieka, w których wzajemna niechęć wypycha życzliwość. Ten proces ukazuje Anthony de Mello na przykładzie zakochania. „Kiedy jesteś zakochany, wszystko zaczynasz widzieć w nowym świetle; stajesz się hojny, przebaczający i miły w sytuacjach, w których wcześniej bywałeś twardy i podły. W sposób nieunikniony ludzie zaczną podobnie reagować i wkrótce przekonasz się, iż żyjesz w świecie ogarniętym miłością, który ty sam stworzyłeś. Albo przypomnij sobie okresy, kiedy byłeś w złym humorze i jak wszystko cię denerwowało, stawałeś się podejrzliwy, podły i wręcz paranoidalny. Widziałeś, jak inni ludzie reagowali na twoje zachowanie w podobnie negatywny sposób, i nagle zdałeś sobie sprawę, że żyjesz we wrogim świecie stworzonym przez twoje myśli i twoje uczucia”. Wyjściem z takiej sytuacji jest zakochanie się, na to nigdy nie jest za późno, szczególnie, gdy chodzi o miłość Boga.

Rozłam między ludźmi jest wynikiem skażenia grzechem relacji człowieka do Boga. Wśród grzechów – rozłamywaczy zapewne palmę pierwszeństwa dzierży zazdrość i pycha. Większość rozłamów, w tym także w kościele ma takie podłoże. Św. Paweł w zacytowanym na wstępie liście pisze o rozłamie, który miał miejsce w Koryncie, gminie chrześcijańskiej założonej przez niego. Powstały tam cztery stronnictwa. Jedni odwoływali się do św. Pawła, drudzy do Apollosa, nawróconego żyda, trzeci do św. Piotra, uważając go za swojego mistrza i czwarta grupa, to ci którzy czcząc Chrystusa nie chcieli się odwoływać do pośredników. Podziały stały się powodem kłótni i sporów między wyznawcami Chrystusa. Święty Paweł słysząc o rozłamach pisze do Koryntian, którym stawia retoryczne pytania: „Czyż Chrystus jest podzielony? Czyż Paweł został za was ukrzyżowany? Czyż w imię Pawła zostaliście ochrzczeni? A zatem w budowaniu jedności kościoła Chrystusowego na pierwszym miejscu ma być sam Chrystus. I to nie tylko w słowie, ale przede wszystkim w czynie. Dlatego potencjalni rozłamywacze częściej rozmawiają ze sobą niż z Chrystusem, częściej widzimy ich w akcji, niż na prywatnej rozmowie z Bogiem.

Człowiek rozłamu, to człowiek ciemności. Nosi w sobie mrok zła i ten mrok rozsiewa wokół siebie. Sam jest nieszczęśliwy i innym szczęścia dać nie potrafi. Jest jednak siła, która może przełamać tę ciemność. O tej sile, o tym świetle pisze psalmista: „Pan moim światłem i zbawieniem moim, / kogo miałbym się lękać? / Pan obrońcą mego życia, / przed kim miałbym czuć trwogę? / Wierzę, że będę oglądał dobra Pana / w krainie żyjących. / Oczekuj Pana, bądź mężny, / nabierz odwagi i oczekuj Pana”. W wizji proroczej Izajasz wskazuje to światło. W pierwszym czytaniu słyszymy jego słowa: „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków zabłysło światło. Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele. Rozradowali się przed Tobą, jak się radują we żniwa, jak się weselą przy podziale łupu”. Słowa te odnoszą się historii Narodu Wybranego, który w tym czasie był w niewoli asyryjskiej. Prorok zapowiada, że przyjdzie czas wyzwolenia, mrok niewoli ustąpi przed jutrzenką wolności. Dokona tego Książe Pokoju, którego panowanie nie będzie miało końca. Przymiot wieczności tego królestwa wskazuje na Mesjasza, wskazuje na Chrystusa, którego królestwo nie będzie miało końca.

Mateusz Ewangelista pisze, że to Światło pojawiło się już na ziemi: „Ziemia Zabulona i ziemia Neftalego. Droga morska, Zajordanie, Galilea pogan! Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci wzeszło światło”. Tym światłem jest Chrystus, który rozpoczyna swoją działalność od Galilei, krainy najbardziej spoganiałej i pogardzanej przez Żydów. Tu Jezus wzywa do nawrócenia: „Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie”. Nawracać się to znaczy odbudować i umocnić jedność z Bogiem, która staje się fundamentem wszelkiej jedności międzyludzkiej. Jedność z Bogiem przemienia człowieka i uzdalnia go do budowania Królestwa Bożego. Chrystus głosi dobrą nowinę o Królestwie Bożym i powołuje uczniów spośród rybaków galilejskich do jej głoszenia: „Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi”. Rybacy zostawili wszystko co posiadali i poszli za Chrystusem, aby Go słuchać, a później głosić Jego Ewangelie o królestwie Bożym.

Każdy z nas jest powołany do otwarcia się na światło Chrystusa, aby nieść go innym. Czynimy to na różne sposoby. Oto jeden z nich. Młoda kobieta, cierpiąca na nieuleczalną chorobę postanowiła studiować teologię, aby później katechizować dzieci. Zgłosiła się do sekretariatu uczelni, gdzie dano jej do wypełnienia aplikację przyjęcia w poczet studentów. Po wypełnieniu kobieta zapytała sekretarkę: „Czy pani myśli, że mnie przyjmą?”  „Jestem o tym przekonana” – odpowiedział sekretarka. „Ale ja jestem umierająca” – powiedział kandydatka na studentkę. „Wszyscy jesteśmy umierający” – usłyszała odpowiedź. „Ale ja naprawdę umieram” – upierała się kobieta. „My wszyscy naprawdę umieramy i jeszcze nie spotkałam się z tym, aby ktoś z tego powodu nie był przyjęty na studia” – odpowiedziała sekretarka. „Naprawdę?” „Z pewnością. Może pani jest tu obecna, aby wszystkim przypomnieć, że to co my nazywamy życiem jest tak naprawdę umieraniem”.

Patrząc przez pryzmat dzisiejszej Ewangelii możemy powiedzieć, że tak kobieta przez swoje cierpienie, trudności, chęć głoszenia Ewangelii staje się światłem dla cierpiących, umierających i pomaga zrozumieć, że nawet w obliczu tak trudnej sytuacji możemy odnaleźć nadzieję, światło w blaskach którego możemy dostrzec drugi brzeg życia.

Skutecznie możemy głosić tę prawdę, gdy jesteśmy pojednani z Bogiem i ludźmi. Rumuński filozof Emil Cioran powiedział: „Jedyny pożytek z pogrzebów jest ten, iż przy ich okazji możemy pogodzić się z nieprzyjaciółmi”. Jednak, gdy zabraknie światła bożego, to nawet pogrzeb może być zmarnowany (Kurier Plus 2016).

 

DOSTRZEC PRAWDZIWE PIĘKNO

Piękne oczy, kształtny nos, pełne usta to to prawie nieodzowne atrybuty urodziwej twarzy. W okresie dorastania niejeden nastolatek czy nastolatka zmagała się z kształtem swojego nosa. A to za długi, a to krótki, a to za krzywy. Czasami tym nosem zajmował się chirurg, a najczęściej przyczajaliśmy się do niego, nawet nam się podobał. A to może i dlatego, że my sami lub inni odkrywali w naszym życiu ważniejsze piękno niż kształt naszego nosa.

Patricia Garcia na stronie internetowej Vogue.com w artykule „Jak nauczyłem się przestać martwić i kochać mój nos” opisuje swoje zmagania z tym problemem. W siódmej klasie szkoły podstawowej jej ciało zaczęło przybierać piękne kobiece kształty z wyjątkiem nosa. Według niej, przynajmniej o dwa centymetry był za długi. Nieco asymetryczny i przydługi nos stał się dla niej zmorą życia. Z tego powodu słyszała docinki nawet ze strony najbliższych. Pewnego dnia cała rodzina wybrała się do zoo. Gdy zatrzymali się przy ogrodzeniu z długodziobymi flamingami, jej brat wskazując na nią krzyknął: „Hej, patrz! To twoja prawdziwa rodzina!” W wieku 14 lat, pewnego dnia ciocia zaprosiła ją na obiad, w czasie którego zapytała ją: „Dlaczego jeszcze nie masz chłopaka?” Patricia nie wiedziała co odpowiedzieć. W czasie tego kłopotliwego milczenia ciocia podsunęła jej odpowiedź: „Gdybyś ten nos choć trochę skróciła, to byłby naprawdę piękny”. „Dzięki, ciociu” – odpowiedziała zraniona Patricia.

W wieku 16 lat Patricia zaczęła rozważać możliwość operacji plastycznej. Zgłębiała fachową literaturę na ten temat. Dowiedziała się jak ta operacja przebiega. Lekarz zdejmuje skórę z nosa, następnie młotkiem i dłutem przycina nos i nadaje mu pożądany kształt. Ten realistyczny opis sprawił, że zrezygnowała z operacji i dalej doświadczała przykrości z tego powodu. W czasie rodzinnego spotkania Patricia była ze swoim chłopakiem, który po kilku głębszych drinkach ogłosił swoją miłość do niej, oznajmiając, że znalazł dla niej idealne imię „jolie laide”. Patrycja nie wiedziała co kryje się pod ta nazwą. Po przyjęciu sprawdziła to w słowniku oksfordzkim: „Kobieta, której twarz jest atrakcyjna, mimo że ma brzydkie rysy”. I to przypieczętowało koniec ich związku.

Na studiach Patricia czytała o „fantastycznej” operacji nosa piosenkarki Ashlee Simpson. Była zachwycona pooperacyjnymi zdjęciami piosenkarki. Zdeterminowana zadzwoniła do mamy, aby pomogła znaleźć dla niej chirurga plastycznego. Jej mama westchnęła: „Myślałam, że już z tego wyrosłaś”. Zgodziła się jednak pójść z córką do chirurga, którego jej polecono. Chirurg pokazał jej na monitorze komputera, jak piękny będzie jej nos po operacji. Widziała takie nosy u tylu innych ludzi. Może i zgrabne, ale takie pospolite. Nie podobało się jej to. Opuściła gabinet chirurga z postanowieniem, że już tu nie wróci i zaczęła zgłębiać osobowość kobiet z fascynującymi, niekonwencjonalnymi nosami, jak Barbra Streisand, Sofia Coppola, Anjelica Huston, Sarah Jessica Parker, Diana Vreeland. Dobre towarzystwo, pomyślała i na dobre porzuciła myśl o operacji plastycznej.

 W wieku 23 lat poznała fotografa, który lubił robić jej zdjęcia, a zwłaszcza wtedy, gdy była zaskoczona. Pewnej nocy pojawił się w jej mieszkaniu i zrobił zdjęcie Patrycji w otwartych drzwiach. „Kocham tę fotografię i ciebie kocham” napisał później w e-mailu pod tym zdjęciem. Patricia uśmiecha się z twarzą zwróconą w prawo, a światło lampy błyskowej pięknie oświetla jej twarz. Umieściła to na swojej stronie na Facebooku. „Piękna!” – napisała ciotka w swoim komentarzu. Patricia wyszła za tego fotografa. „Mamy teraz córkę. I kochamy w niej wszystko. Zwłaszcza jej ładny, wydatny nos” – pisze Patricia. Mądry i spostrzegawczy fotograf zauważył, że w tej młodej kobiecie prawdziwe piękno i wdzięk, które są ważniejsze niż wyeksponowany nos.

Jaki może być związek przydługiego nosa z dzisiejszą Ewangelią? Niektórzy mogą pomyśleć- żaden, inni doszukiwali by się związku w stylu kazania na uroczystość odpustową św. Józefa. Otóż kaznodzieja zaczął kazanie o św. Józefie tymi słowami: „Św. Józef był stolarzem i na pewno robił także trumny, a zatem dzisiejsze kazanie będzie o śmierci”. Jest jednak jeszcze trzeci trop, którym pójdę w odkrywaniu prawdy dzisiejszej Ewangelii. Na Górze Tabor Jezus ukazał apostołom swoją boską potęgę i wspaniałość. Powaliły one apostołów na ziemię w geście uwielbienia. Jezus nie różnił się od innych ludzi w zewnętrznym wyglądzie. Od czasu do czasu Jego uczniowie dostrzegali jego prawdziwe boskie piękno w cudach i słowach „mądrości z wysoka”. W rodzinnym Nazarecie został odrzucony przez współziomków. Dziwili się mądrości Jego słów. Zatrzymanie się na Jego zewnętrznym wyglądzie i pochodzeniu uniemożliwiły im odkrycie w Chrystusie boskiego piękna. Był tylko jednym z nich. Nie podjęli trudu odkrywania prawdziwego, boskiego piękna Jezusa i rozminęli się ze zbawiającym Bogiem.

Dzisiejsza Ewangelia mówi o tych, którzy potrafili się przedrzeć przez zewnętrzną, dotykalną rzeczywistość i odkryć w Chrystusie niezgłębione piękno prawdziwego Boga. W Ewangelii czytamy: „Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, Jezus ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: „Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi”. Zostawili wszystko poszli za Jezusem. Idąc za Nim coraz pełniej odkrywali piękno Jego bóstwa. Doświadczali także ciemności, która przesłaniała bóstwo Jezusa. Ostatnia taka ciemność ogarnęła ich na Golgocie. Została jednak rozproszona światłością zmartwychwstania Chrystusa. Ta światłość radości i piękna będzie im towarzyszyć nawet w momencie ich męczeńskiej śmierci.

W dzisiejszym zsekularyzowanym świecie musimy się przedzierać przez wiele ciemności, aby odkryć prawdziwe piękno boskości Chrystusa i jak apostołowie pójść za Nim. Pójść za Nim jak to uczyniła wzięta modelka Laura Krauss Calenberg, która poszukując nieprzemijającego piękna odnalazła Jezusa. Pisze o sobie: „Bycie na okładkach najlepszych europejskich magazynów mody nie było dłużej moim marzeniem, lecz rzeczywistością. Ledwie mogłam w to uwierzyć!” Tak pojmowała piękno: „Jeśli ludzie mnie aprobowali i chcieli zaangażować mnie jako modelkę, dochodziłam wtedy do wniosku, że muszę być ładna. Pracowałam z jednymi z najpiękniejszych kobiet na świecie, które pojawiały się w najpopularniejszych magazynach. Ponieważ były moimi rówieśniczkami i przyjaciółkami, myślałam, że z pewnością jestem równie piękna jak one. Ponieważ było wielu przystojnych, inteligentnych i odnoszących sukcesy mężczyzn, którzy się za mną uganiali, sądziłam, że jestem piękna”. Aż pewnego dnia z przepracowania zemdlała i znalazła się w szpitalu. Wtedy przyszedł moment refleksji: „Musiałam odwołać swój udział we wszystkich czternastu pokazach. Byłam zdruzgotana. Uświadomiłam sobie, że moje spojrzenie na piękno było błędne. Wiedziałam na przykład, że moja atrakcyjność fizyczna ulegnie zmianom”.

I właśnie wtedy koleżanka z klasy zaprosiła ją na koncert do swojego kościoła. Skorzystała z zaproszenia nie ze względu na swoje przekonania, o których mówi: „Była przekonana wtedy, że nie było potrzeby Boga w moim życiu”. Tak wspomina koncert: „Muzycy wyjaśnili, że nie muszę zasłużyć sobie na łaskę Boga. Mogłam po prostu otrzymać dar Bożej miłości i przebaczenia poprzez Jezusa Chrystusa. Tamtej nocy zmówiłam krótką modlitwę prosząc Jezusa, by mi przebaczył i mnie zmienił. Uświadomiłam sobie, że zaniedbałam mój związek z Bogiem i wybrałam własną drogę. Nic dziwnego, że czułam się tak pusta! Poprosiłam więc Boga, by przebaczył mi moje życie dla samej siebie i dla aprobaty innych. Powiedziałam do niego: ‘Proszę zmień mnie i pokaż mi czym jest prawdziwe piękno.” Modlitwa została wysłuchana: „Tylko Chrystus może uczynić nas pięknymi w oczach Boga. Prawdziwe wewnętrzne piękno zaczyna się z Bogiem będącym w centrum naszego życia i roztacza się na zewnątrz” (Kurier Plus 2020).

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *