31 Sty

4 niedziela zwykła Rok A

 

W POSZUKIWANIU SZCZĘŚCIA.     

Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje ustai nauczał ich tymi słowami:

„Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Błogosławieni, którzy płaczą, albowiem oni będą pocieszeni.

Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.

Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.

Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.

Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.

Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi.

Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy mówią kłamliwie wszystko złe na was z mego powodu. Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie” (Mt 5,1–12a). 

Błogosławieństwo jest życzeniem lub uzyskaniem specjalnej przychylności Bożej dla jednostki lub wspólnoty przez odpowiednie słowa lub symboliczne gesty sakralne. W Nowym Testamencie posiadanie błogosławieństwa znaczy uczestnictwo w dobrach nadprzyrodzonych, które niesie Królestwo Boże i udział w nim przez związanie się z osobą Jezusa Chrystusa. Chociaż dobra przyobiecane błogosławionym mają zazwyczaj charakter przyszły i duchowy, to jednak w ich świetle wszystkie wartości doczesne nabierają również pełniejszego znaczenia. Innymi słowy błogosławiony znaczy szczęśliwy.

A zatem kilka zdań o szczęściu. Filozofowie piszą o nim traktaty, pisarze powieści, poeci wiersze, a piosenkarze śpiewają o nim piosenki. Zaś każdy z nas pragnie go posiąść w swoim życiu. Blaise Pascal napisał: „Wszyscy ludzie usiłują być szczęśliwymi, co do tego nie ma wyjątku… Jest to pobudka wszystkich ludzi, nie wyłączając tych, którzy idą się wieszać”. W pogoni za szczęściem człowiek często rozmija się z nim. Doświadczył tego największy poeta niemiecki Johann Wolfgang von Goethe, który zwierzył się J. P. Eckermannowi, że żyjąc 75 lat, zaledwie przez cztery tygodnie był szczęśliwy. Powiedział między innymi te słowa.: „W tej gonitwie za pieniędzmi, przyjemnościami i radością, czułem się jak szczur, który połknął truciznę. Pędzi on z nory do nory, pożera wszystko, co napotyka do zjedzenia. Pije wszystko, co może dostać, a mimo wszystko trucizna pali go niby nie ugaszony ogień”. (J.P. Eckermann: „Gesprache mit Geothe)

W tych poszukiwaniach nie chodzi jednak o „szczęście pijaka”, który otrzymał butelkę wódki i nic więcej mu nie trzeba. Po kilku godzinach złudnego szczęścia obudzi się z kacem, a po „szczęściu” nie pozostanie nawet blade wspomnienie. Zostanie tylko smutna, tragiczna, pijacka rzeczywistość. Pojęcie „szczęście pijaka” nie jest zawężeniem tego problemu tylko do alkoholu. Człowiek może się „upijać” innymi wartościami, po których zostaje frustracja i poczucie zawodu. Np. może nim być bezpardonowe zdobywanie i sprawowanie władzy.

Prawdziwe szczęście człowiek może zdobywać niezależnie od uwarunkowań materialnych. „Wyniki badań empirycznych podważają potoczny pogląd głoszący, że szczęście jest pochodną obiektywnych warunków życia; czynniki takie jak wiek, zgromadzone bogactwa, relacje z innymi ludźmi, wykształcenie czy pozycja zawodowa, a nawet zdrowie fizyczne odgrywają małą (wręcz znikomą) rolę w kształtowaniu subiektywnego poczucia szczęścia”. (Nowa encyklopedia powszechna PWN)

W poszukiwaniu szczęścia człowiek od samych początków wypatrywał Boga przeczuwając, że w Nim może je odnaleźć. W Bogu, mimo cierpienia i śmierci, bilans ludzkiego życia staje się pozytywny i szczęśliwy. Przez zachowanie praw człowiek chciał ściągnąć na siebie boże błogosławieństwo. Powstawały, zatem kodeksy prawa, odwołujące się do Boga.

Na przełomie 1901-02, francuska ekspedycja archeologiczna odkryła w Suzie stolicy Elamu jeden z najdawniejszych znanych i zachowanych zbiorów prawnych świata, spisany i ogłoszony z polecenia króla Babilonii- Hammurabiego. Tekst Kodeksu Hammurabiego wyryto pismem klinowym w języku akkadyjskim na diorytowej steli o wysokości 225 cm . W kodeksie zaznaczona jest jego religijna inspiracja, ogłoszonego z polecenia boga Marduka, dla zapewnienia ludziom szczęśliwości. Kodeks ten reguluje całokształt życia ówczesnej społeczności. Znany jest ze względu na surowość kar, nie było tam miejsca na miłosierdzie; „Oko za oko, ząb za ząb”. Niektórzy badacze dopatrują się wpływu tego Kodeksu na powstanie fragmentów Starego Testamentu o prawnym charakterze.

Inny „kodeks prawa” wyryty na kamiennych tablicach zapewne znamy na pamięć. Od najmłodszych lat rodzice, księża, katecheci starali się wpoić nam normy postępowania zawarte w Dekalogu (Dziesięć przykazań). Bóg zawierając przymierze z Narodem Wybranym na górze Synaj przekazał przez Mojżesza kamienne tablice, na których były wyryte przykazania. Zachowanie tych przykazań było warunkiem bliskości Boga i otrzymania Jego błogosławieństwa.

Chrystus nie znosi Dekalogu: „Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić”. Uczy, że wypełnienie woli Bożej zawartej w Prawie dokonuje się najdoskonalej w przykazaniu miłości i wcielaniu w życie wskazań zawartych w błogosławieństwach. Zdążanie ku szczęściu na drodze błogosławieństw, w pierwszej chwili wydawać się może nierealne. Błogosławieni, czyli szczęśliwi ubodzy, cierpiący, płaczący itd. Jak można być szczęśliwym doświadczając takich przeżyć? Może owoc tej drogi osiągniemy w wieczności? Jeśli tak, to czy to znaczy rezygnację ze szczęścia w rzeczywistości doczesnej? Królestwo Boże zaczyna się tu na ziemi, a więc to już tu droga błogosławieństw zaczyna owocować poczuciem radości i szczęścia.

Dr Tom Dooly po skończeniu medycyny zaciągnął się do Navy. Jeden z lipcowych, gorących dni okazał się decydującym w jego życiu. Płynąc okrętem natrafili na 1000 wietnamskich uciekinierów dryfujących na otwartym statku. Wielu z nich zmarło, a jeszcze więcej chorowało i było w stanie krańcowego wycieńczenia. Dolly był jedynym lekarzem na okręcie. Pośpieszył, zatem z pomocą chorym. Pracował bez ustanku. „Po wielu godzinach, zatrzymałem się na chwilę, aby wyprostować zdrętwiałe ramiona i wtedy odkryłem coś najważniejszego w moim życiu. Byłem bardzo szczęśliwy pomagając ludziom… Szczęśliwszy aniżeli kiedykolwiek w życiu”. To, czego doświadczył Dolly w tej chwili zmieniło całe jego życie. Kiedy skończył służbę w Navy powrócił do azjatyckiej dżungli i tam założył mały szpital gdzie służył ubogim i biednym. W jednym z wywiadów powiedział, że służba ubogim pomogła mu inaczej spojrzeć na Błogosławieństwa. Szczególnie to, którego doświadczył najbardziej. „Błogosławieni, którzy się smucą”. Dolly mówi: „Smutek pozwala uświadomić sobie, że na świecie jest więcej cierpienia niż przyjemności. Jeśli jesteś wrażliwy na cierpienie i robisz coś, aby tego cierpienia było mniej, naprawdę czujesz się szczęśliwy” (z książki Ku wolności).

 

ODKRYĆ NAJWAŻNIEJSZE

Przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu. Niewielu tam mędrców według oceny ludzkiej, niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych. Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, upodobał sobie w tym, co niemocne, aby mocnych poniżyć; i to, co nie jest szlachetnie urodzone według świata i wzgardzone, i to, co nie jest, wyróżnił Bóg, by to, co jest, unicestwić, tak by się żadne stworzenie nie chełpiło przed obliczem Boga. Przez Niego bowiem jesteście w Chrystusie Jezusie, który stał się dla nas mądrością od Boga i sprawiedliwością, i uświęceniem, i odkupieniem, aby, jak to jest napisane, „w Panu się chlubił ten, kto się chlubi” (1 Kor 1,26–31).

Wojny, różnego rodzaju kataklizmy pozbawiają nieraz człowieka w jednym momencie dorobku całego życia. Oprócz tragicznego wymiaru takich zdarzeń, często uświadamiają nam one, co jest w życiu najważniejsze. Gdy po zawierusze wojennej odnajdują się wszyscy członkowie rodziny, panuje ogromna radość. Nieważne, że utraciliśmy materialny dorobek życia, ważne żeśmy ocaleli, jesteśmy razem, mamy rodzinę. Jest jednak taki kataklizm, który zabiera to, co najważniejsze, zabiera życie. W perspektywie takiego kataklizmu człowiek wierzący odkrywa to, co naprawdę jest najważniejsze w życiu, a jest to życie wieczne. Odkrywanie tej tajemnicy wiąże się nierozerwalnie z szukaniem Boga, bo On jest Panem życia i śmierci. Prorok Sofoniasz w pierwszym czytaniu pisze: „Szukajcie Pana, wszyscy pokorni ziemi, którzy pełnicie Jego nakazy; szukajcie sprawiedliwości, szukajcie pokory, może się ukryjecie w dzień gniewu Pana”.

W szukaniu Pana konieczna jest pokora, która prowadzi człowieka do całkowitego zaufania Bogu. Człowiek zadufany w sobie uważa, że mocą własnego rozumu, odkryje to, co jest najważniejsze w życiu, odkryje nawet Boga, jeśli On istnieje. Taki etap w swoim życiu przeszła św. Edyta Stein, inaczej siostra Teresa Benedykta od Krzyża. Należała do najzdolniejszych studentów wybitnego filozofa Edmunda Husserla. W czasie studiów, szukała ostatecznej prawdy i sensu ludzkiego życia. Gloryfikowała poznanie rozumowe, to było dla niej najważniejsze i w konsekwencji odeszła od wiary swych ojców, niejako rozminęła się z Bogiem. Nie potrzebowała jednak wiele czasu, aby się przekonać, że rozum ma swoje ograniczone możliwości. W miejsce pychy intelektualnej rodziła się pokora, która otwierała ją na rzeczywistość, wymykającą się poznaniu empirycznemu. Na tej drodze, w Chrystusie odnalazła Boga oraz odpowiedź na pytanie, co jest najważniejsze w życiu. To zaowocowało rezygnacją z pracy naukowej i przywdzianiem karmelitańskiego habitu. O tym etapie życia napisała: „Jedne po drugich opadały ze mnie więzy racjonalistycznych przesądów, w których wzrastałam, nie wiedząc o tym; nagle objawił mi się świat wiary. Przecież codziennie spotykani ludzie, na których patrzyłam w podziwie, tą wiarą żyli. A więc musiała ona stanowić wartość godną co najmniej przemyślenia. Chwilowo byłam aż nadto pochłonięta innymi sprawami i nie mogłam się zająć systematycznie problemami wiary. Zadowalałam się tylko bezkrytycznym wchłanianiem w siebie impulsów, pochodzących z mego otoczenia; prawie niepostrzeżenie przekształcały mnie wewnętrznie”.

Można się także rozminąć z Bogiem, wierząc w Niego. Dzieje się to wtedy, gdy szukamy Boga naszych wyobrażeń, a nie takiego Boga, jaki objawia się na kartach Biblii. Dla przybliżenia tego problemu przytoczę następujące wydarzenie. Przed kilku laty w telewizji zaprezentowano program, w którym zaaranżowano pierwszą randkę dwojga młodych ludzi. Wcześniej nigdy nie spotkali się ze sobą, znali się tylko przez telefon. Po długiej rozmowie umówili się na pierwsze spotkanie. Dziewczyna zapytała chłopca jak go rozpozna. Powiedział, że będzie czekał na nią w Volkswagenie na rogu takiej a takiej ulicy. Kamera telewizyjna pokazała jak dziewczyna przyszła na umówione miejsce, minęła piękny, nowy Volkswagen, w którym siedział wspomniany chłopiec i zatrzymała przy starym, poobijanym aucie tej samej marki. Wydawało się jej, że to właśnie takim autem przyjedzie chłopak. Podobnie na płaszczyźnie wiary, człowiek może dopasować obraz Boga do swoich wyobrażeń. Np. uważa, że Bóg chce szczęścia człowieka i nie ważne, jak i gdzie będzie on go szukał. W szukaniu szczęścia można sobie pozwolić nawet na łamanie Bożych przykazań. Jest to Bóg skrojony na miarę naszych wyobrażeń i pragnień. Jednak takiego Boga nie znajdziemy na kartach Biblii, On istnieje tylko w wyobraźni. W konsekwencji człowiek rozmija się z prawdziwym Bogiem, a „spotyka” boga, który nie istnieje.

Bóg wyznacza drogę, szlak, na której możemy Go odnaleźć. W tym szukaniu konieczne jest zaufanie Bogu i pokorne przyjęcie dróg, jakie On nam wskazuje. Taką drogą jest Dekalog. Czasami człowiek w swojej pysze mówi, że to czy tamto przykazanie jest nieżyciowe. Sam wybiera przykazania, które go obowiązują. Przy takiej postawie człowiek nie odnajdzie Boga. Pismo mówi, że gdy czas się dopełnił Bóg posłał swojego Syna, abyśmy w Nim mieli przystęp do Boga. Święty Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian pisze: „Przez Niego bowiem jesteście w Chrystusie Jezusie, który stał się dla nas mądrością od Boga i sprawiedliwością, i uświęceniem, i odkupieniem”. Chrystus ukazuje najdoskonalszą drogę odnalezienia i spotkania Boga. Jest to droga błogosławieństw. Z punktu ludzkiego wyrachowania, błogosławieństwa wydają się nielogiczne, bo jak można czuć się błogosławionym, inaczej szczęśliwym, będąc ubogim, płaczącym, prześladowanym itd. Odpowiedź daje św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian. „Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, upodobał sobie w tym, co niemocne, aby mocnych poniżyć; i to, co nie jest szlachetnie urodzone według świata i wzgardzone, i to, co nie jest, wyróżnił Bóg, by to, co jest, unicestwić, tak by się żadne stworzenie nie chełpiło przed obliczem Boga”.

W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Błogosławieństwa odsłaniają cel życia ludzkiego, ostateczny cel czynów ludzkich: Bóg powołuje nas do swojego własnego szczęścia. Powołanie to jest skierowane do każdego osobiście, ale także do całego Kościoła, nowego ludu tych, którzy przyjęli obietnicę i żyją nią w wierze. (…) Obiecane szczęście stawia nas wobec decydujących wyborów moralnych. Zaprasza nas do oczyszczenia naszego serca ze złych skłonności i do poszukiwania nade wszystko miłości Bożej. Uczy nas, że prawdziwe szczęście nie polega ani na bogactwie czy dobrobycie, na ludzkiej sławie czy władzy, ani na żadnym ludzkim dziele, choćby było tak użyteczne jak nauka, technika czy sztuka, ani nie tkwi w żadnym stworzeniu, ale znajduje się w samym Bogu, który jest źródłem wszelkiego dobra i wszelkiej miłości”.

Na koniec wysłuchajmy głosu Ojców Kościoła na temat najdoskonalszej drogi prowadzącej do Boga. Św. Ambroży: „Tam, bowiem zaczyna się błogosławieństwo Boże, gdzie po ludzku sądząc spotykają nas utrapienia”. Św. Jan Złotousty: „Błogosławiony ten, kto płacze nad swoimi grzechami. Ale bardziej jeszcze błogosławiony, kto opłakuje grzechy innych. Takimi powinni być wszyscy, którzy nauczają”. Św. Augustyn: „Cichymi są ci, którzy ustępują wobec gwałtów i nie sprzeciwiają się złu, lecz zło dobrem zwyciężają. Głupcy chcieliby zobaczyć Boga zewnętrznymi oczyma, podczas gdy można Go oglądać tylko sercem. Napisano bowiem: Szukajcie Boga w prostocie serca”. Św. Hieronim: „Obdarzani są tu błogosławieństwem ci, którzy czynią pokój; najpierw w swoim sercu, następnie wśród skłóconych braci. Cóż bowiem z tego, że łagodzisz innych, jeśli w duszy twojej toczą się wojny między wadami” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

SZUKAJCIE POKORY

Szukajcie Pana, wszyscy pokorni ziemi, którzy pełnicie Jego nakazy; szukajcie sprawiedliwości, szukajcie pokory, może się ukryjecie w dzień gniewu Pana. Zostawię pośród ciebie lud pokorny i biedny, a szukać będą schronienia w imieniu Pana. Reszta Izraela nie będzie czynić nieprawości ani mówić kłamstwa. I nie znajdzie się w ich ustach zwodniczy język, gdy paść się będą i wylegiwać, a nie będzie nikogo, kto by ich przestraszył (So 2,3; 3,12–13)

Polskie przysłowie mówi: „Pokorne ciele dwie krowy ssie”. Coś na pewno w tym jest, bo przecież przysłowia rodzą się z mądrej obserwacji życia i refleksji nad nim. I słusznie niektórzy z tej racji uważają je za mądrość narodu. Można powiedzieć, że w myśl powyższego porzekadła człowiek pokorny otrzymuje od życia więcej, zarówno w sferze materialnej, jaki i duchowej. A jeśli mówimy o pokorze w kontekście biblijnym, to bierzemy pod uwagę korzyści nadprzyrodzone, wieczne. I ten motyw będzie przewodnim w tych rozważaniach. Ale przedtem przytoczę kilka myśli o pokorze. „Skąd bierze się moja pokora? A stąd, że zasiadam do stawiania znaczków na papierze w nadziei, że coś wyrażę, umiem na tym spędzać całe dnie, ale kiedy postawię kropkę, widzę, że nie wyraziłem nic” (Czesław Miłosz). „Służenie innym bez uczucia pokory jest jedynie zaspokajaniem egoizmu: zapatrzeniem się wyłącznie we własną osobę” (Mahatma Gandhi). „Pokora jest nie tylko warunkiem autentyczności i prawdziwości wszystkich cnót, lecz także warunkiem przemienienia człowieka w Chrystusie. Ale ma ona w sobie samej wysoką wartość, nadaje człowiekowi szczególnego piękna” (Dietrich von Hildebrand). „Pokora otwiera spojrzenie duchowe na wszystkie wartości świata. Ona, która zakłada, że nie ma zasługi, a wszystko jest darem i cudem, powoduje, że człowiek wszystko zdobywa. Pokorny – staje się natychmiast duchowym bogaczem” (Max Scheller). Sługa Boży Jan Paweł II wskazuje na nadprzyrodzony duchowy wymiar pokory. W czasie modlitwy na „Anioł Pański” powiedział: „Mentalność świata każe bowiem wyróżniać się spośród innych, przebijać, posługując się sprytem i wyzbywając skrupułów, by zyskać uznanie i bronić własnych interesów. W królestwie Bożym nagradzane są skromność i pokora. W sprawach ziemskich, przeciwnie, nierzadko popłacają karierowiczostwo i bezwzględność; konsekwencje tego są dla wszystkich dobrze widoczne: rywalizacja, niesprawiedliwości, frustracje”.

Postawa pokory ma przemożny wpływ na nasze życie. Oto tego przykład. Profesor Stuart Blackie z Uniwersytetu w Edinburgh wezwał do odpowiedzi jednego ze studentów. Wywołany student wstał i trzymając w lewym ręku książkę zaczął odczytywać tekst. Profesor ostro go skarcił: „Weź książkę do prawej ręki i usiądź”. Upokorzony student podniósł prawą rękę do góry i okazało się, że nie ma dłoni. Pozostali studenci byli nieco zmieszani i zgorszeni zaistniałą sytuacją. Profesor na chwile się zawahał. Następnie podszedł do studenta objął go ramieniem i ze łzami w oczach powiedział: „Nie wiedziałem o tym. Proszę wybacz mi”. Te pokorne przeprosiny, jak się okazało stały się punktem zwrotnym w życiu tego młodzieńca. Wiele lat później na jednym z zebrań opowiedziano tę historię. Pod koniec spotkania wstał młody mężczyzna odwrócił się do zebranych, podniósł do góry prawą rękę bez dłoni i powiedział: „To ja byłem tym studentem. Profesor Blackie przyprowadził mnie do Chrystusa. Prawdopodobnie nie stałoby się to nigdy, gdyby nie te przeprosiny pełne pokory”.

Spojrzymy teraz na cnotę pokory w jej najistotniejszym, to znaczy biblijnym wymiarze. Prorok Sofoniasz w pierwszym czytaniu, zacytowanym na wstępie tych rozważań ukazuje pokorę, jako bardzo ważny element pogłębienia życia religijnego. Zaś autentyczna pobożność przemienia człowieka i chroni go przed gniewem bożym: „Szukajcie sprawiedliwości, szukajcie pokory, może się ukryjecie w dzień gniewu Pana”. Gniewu bożego uniknie człowiek, którego prorok nazywa „biednym”. Biedni to ci, którzy w pokorze serca uznali całkowitą zależność od Boga. Pojęciu „biedny” Sofoniasz nadaje znaczenie moralne i duchowe, co ma swoją kontynuację w Ewangelii o błogosławieństwach, czytanej w dniu dzisiejszym. Bogactwa materialne i intelektualne stanowią dla człowieka pewne zagrożenie zamknięcia się na Boga. Człowiek ubogi i pokorny uznaje swoją zależność od Boga i jest na Niego otwarty. Pokora i ubóstwo, to drogi wyzwolenia człowieka, bo wybranie zależności od Boga czyni go naprawdę wolnym i szczęśliwym inaczej błogosławionym. Wtedy spełniają się słowa psalmisty: „Ubodzy duchem mają wstęp do nieba”.

O tej pokornej zależności pisze także św. Paweł w Liście do Koryntian: „Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, upodobał sobie w tym, co niemocne, aby mocnych poniżyć; i to, co nie jest szlachetnie urodzone według świata i wzgardzone, i to, co nie jest, wyróżnił Bóg, by to, co jest, unicestwić, tak by się żadne stworzenie nie chełpiło przed obliczem Boga”. Św. Paweł mówi, że mądrość ludzka różni się od mądrości Bożej.  Mądrość świata akcentuje ludzkie zdolności i sprawności, szczególnie intelektualne, które decydują o pozycji człowieka w świecie. Ta mądrość jest niejako odporna na światło objawienia w Chrystusie. Mądrość Boża jest darem Boga, którym mamy się chlubić, jako szczególną łaską nieba. Dla uczniów Chrystusa tą mądrością jest sam Jezus Chrystus. On powiedział o sobie, że jest drogą, prawda i życiem. W Chrystusie możemy najmądrzej przeżyć nasze życie. Aby uznać tę mądrość i żyć według niej konieczna jest pokora. Jest to aktualne szczególnie dla człowieka dzisiejszych czasów, który uważa, że wszystko zawdzięcza sobie i że ma własną receptę na szczęśliwe życie. Mądrość boża niedoskonałej wyraża się w błogosławieństwach, które słyszymy w dzisiejszej Ewangelii. Aby je jednak przyjąć potrzebna jest pokora.

W błogosławieństwach mądrość świata staje niejako w opozycji do mądrości Bożej. Na krótki dystans mądrość świata wydaje się skuteczna, ale człowiek jest długodystansowcem, sięgającym wieczności i przy takim dystansie mądrość boża jest nieodzowna. Chrystus mówi, że błogosławieni inaczej szczęśliwi są ubodzy w duchu, którzy są bogaci Bogiem. Mądrość tego świata podpowiada, że szczęśliwi są ci, którzy w dobrach materialnych złożyli swoją nadzieję. Błogosławieni, którzy płaczą, bo widzą wiele zła i niesprawiedliwości. Mądrość świata podpowiada, że trzeba się tak urządzić, aby samemu nie płakać, co nas obchodzi krzywda innych. Błogosławieni cisi, którzy wyciszeni wewnętrznie są gotowi przyjąć Boga i usłyszeć wołanie bliźniego. Mądrość świata mówi: pchaj się na świecznik, nie zważając na innych. Błogosławieni, którzy pragną sprawiedliwości. Mądrość świata mówi, że świat jest sprawiedliwy, gdy ja zaspokoję swoje potrzeby, nie zważając na bliźniego. Błogosławieni czystego serca. Mądrość tego świata nie wierzy w czystą, bezinteresowną miłość. Nawet ona staje elementem przetargowym w robieniu światowych interesów. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój. Mądrość tego świata nie daje pokoju, lecz napełnia człowieka ciągłym niepokojem o utrzymanie swojej pozycji, a w bliźnim widzi wroga i konkurenta. A tylko wypełnienie się Chrystusem, bezgraniczną miłością daje człowiekowi prawdziwy pokój. To tylko niektóre zestawienia myśli, ukazujące jak wiele potrzebujemy pokory, aby się opowiedzieć za mądrością bożą (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

DROGA DO SZCZĘŚCIA

Młody człowiek przyszedł do mędrca po radę. Chciał być szczęśliwy. Szukał szczęścia na różnych drogach. Czasami wydawało mu się, że je odnalazł, ale wkrótce okazywało, że było to złudzenie, było to ulotne uczucie szczęścia, które zostawiało po sobie niedosyt i niesmak. Czy jest możliwe szczęście w świecie tylu niedogodności i cierpień? Młodzieniec zwierzył się, że dla zdobycia trwałego i pełnego szczęścia, niezależnego od zewnętrznych okoliczności gotów jest na wiele wyrzeczeń. Mędrzec cierpliwie wysłuchał młodego człowieka, po czym powiedział: „W drodze do szczęścia musisz wyzbyć się całego balastu złudzeń, które stwarzają jedynie pozory tego, co nazywasz szczęściem. Musisz stanąć w prawdzie przed Bogiem i –co najtrudniejsze- pokochać innych tak samo mocno jak kochasz siebie. Wtedy odnajdziesz prawdziwą drogę do szczęścia”.

Na drodze ludzkich poszukiwań szczęścia stają ewangeliczne błogosławieństwa. Są one sercem całej Ewangelii. Najdoskonalszą drogą miłości, która prowadzi człowieka do zbawczego zjednoczenia z Bogiem i pozwala odkryć bliźniego w każdym napotkanym człowieku. Chrystus nazywa tych, którzy idą drogą ewangelicznych błogosławieństw szczęśliwymi. Błogosławiony, znaczy inaczej szczęśliwy. Słuchając jednak błogosławieństw możemy odnieść wrażenie, że są one trochę oderwane od życia, i że szczęście, które oferuje świat jest konkretne i bardziej przemawia do naszej wyobraźni. Ewangelia mówi, że szczęśliwymi są ubodzy, zaś świat mówi, że szczęśliwymi są bogaci. I jak tu światu nie przyznać racji? Rzeczywiście świat ma rację, gdy chodzi o złudne, krótkotrwałe szczęście. Zaś człowiek jest wezwany do szczęścia trwałego, nie przemijającego, które sięga po wieczność. A ponadto, gdy głębiej rozważymy błogosławieństwa, odkrywamy, że nie są one oderwane od naszej codzienności i mogą jej nadawać najpełniejszy kształt. Poszukajmy, zatem mądrości i mocy błogosławieństw w zestawieniu z wartościami, jakie bardzo często proponuje świat.

Świat mówi: Szczęśliwi ci, którym się dobrze powodzi i mają to, czego chcą. Ciesz się, gdy łatwo przychodzą ci pieniądze, nieważne czy są one zdobyte uczciwie czy nie. Przez swe bogactwo wzbudzisz zawiść wielu. Zaś Chrystus mówi: Szczęśliwy ten, kto zdaje sobie sprawę, że potrzebuje Boga. Kto pokłada większą nadzieję w Bogu niż dobrach materialnych. Szczęśliwy ten, kto jest świadomy, że jego wartość nie zależy od stanu posiada, ale od tego, kim on jest. Najważniejsze, abyś był bogaty przed Bogiem.

Świat mówi: Szczęśliwi bezwzględni i twardzi, którzy dają innym odczuć swą władzę. Ludzie będą się ciebie lękać, wykorzystując to możesz w życiu wiele osiągnąć. Zaś Chrystus mówi: Szczęśliwy delikatni i życzliwi. Delikatność nie jest formą słabości, jak niektórzy uważają, ale siły. Łagodnością i życzliwością możemy osiągnąć to, co jest niemożliwe na innej drodze.

Świat mówi: Szczęśliwi ci, którzy idą na łatwiznę życiową. Pamiętaj życie jest jedno. Staraj się wybić ponad innych, nie licząc się uczciwością, a zobaczysz, że życie przyniesie ci wiele radości. Zaś Chrystus mówi: Szczęśliwi, którzy pamiętają, że zdobywanie prawdziwych wartości wiąże się nieraz z ofiarą i cierpieniem. A uczciwe życie będzie ostatecznym źródłem radości.

Świat mówi: Szczęśliwi, którzy za wszelka cenę dążą do władzy, stanowisk, sławy, raniąc po drodze bliźnich. We wszystkim szukają tylko własnej korzyści. Dzięki temu będziesz zawsze na świeczniku. Zaś Chrystus mówi: Szczęśliwi, którzy w zdobywaniu władzy, sławy kierują się bożym prawem i życzliwością do bliźniego. Ci, którzy stawiają wyżej te wartości niż jedzenie i picie zasmakują prawdziwego szczęścia już na ziemi.

Świat mówi: Szczęśliwi ci, którzy są bezwzględni dla swoich przeciwników. Którzy nie mają miłosierdzia i wybaczenia dla tych, którzy popełnili błąd. Zaś Chrystus mówi: Szczęśliwi ci, którzy dają szansę grzesznikowi. Twoja wielkość kryje się w zdolności wybaczania. Światło bożego miłosierdzia będzie twoim udziałem.

Świat mówi: Szczęśliwi ci, którzy mają czyste i wypielęgnowane ciała oraz ubierają się według obowiązującej mody. Zaś Chrystus mówi: Szczęśliwi, którzy mają czyste serce, z którego biorą początek dobre myśli, słowa i czyny. Jeśli będziesz miał serce czyste, wtedy wszystko, co czynisz będzie czyste.

Świat mówi: Szczęśliwy ci, którzy mają przewagę militarną i prowadzą zwycięskie wojny. Możesz czuć się wtedy ważny, bo ludzie drżą ze strachu przed tobą. Chrystus zaś mówi: Szczęśliwi, którzy wprowadzają pokój, szukają porozumienia między ludźmi, są otwarci dla obcych i szukają dobra całej wspólnoty. Oni są naprawdę dziećmi Bożymi.

Świat mówi: Szczęśliwi ci, którzy w swej przebiegłości, w majestacie prawa potrafią okradać i wykorzystywać bliźniego. Zaś Chrystus mówi: Szczęśliwi ci, którzy budują bardziej prawy świat, narażając się na cierpienie i rany. Te rany zasługują na szacunek i są one znakami przynależności do Chrystusa. Na tej drodze osiągniesz szacunek na ziemi i chwałę wieczną w niebie.

Żyjąc według błogosławieństw stajemy się autentycznymi uczniami Chrystusa, którzy są bogaci w oczach bożych. A to bogactwo jest nieprzemijające, gdyż przez nie budujemy Królestwo Boże. Droga błogosławieństw wymaga nieraz ogromnej mocy ducha, tej mocy nie zabraknie tym, którzy proszą o nią Boga. Módlmy się, zatem o tę moc słowami św. Ignacego Loyoli: „Panie, naucz mnie wielkoduszności. Spraw, abym wpatrzony w Ciebie, z bezgranicznym poświęceniem służył bliźnim. Abym nie liczył swych ran odniesionych w walce o lepszy świat. Abym się trudził, nie szukając odpoczynku. Abym pracował dla innych, nie oglądając na zapłatę. Boże daj świadomość, że czyniąc to wypełniam tylko Twoją wolę” (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

ŚWIĘTA AGNIESZKA

Droga ośmiu błogosławieństw jest najpewniejszą drogą do świętości. Patrząc na życie świętych odnosimy nieraz wrażenie, że niektóre z błogosławieństw nadawały charakterystyczny rys ich życiu i świętości. I tak słowa zacytowanej na wstępie Ewangelii: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą” tradycja chrześcijańska odnosiła w sposób szczególny do św. Agnieszki. Nawet jej imię nawiązuje do tego. A mianowicie pochodzi ono od greckiego słowa „hagn” i znaczy czysta, nieskalana. W języku łacińskim imię to brzmi Agnes i wywodzi się od słowa „agnus”, czyli baranek. A ma to odniesienie do Chrystusa, który jest przedstawiany jako niewinny baranek składny w krwawej ofierze za zbawienie świata. Agnieszka jako niepokalana dziewica ofiarowała Chrystusowi swoje życie. Stąd też symbol Chrystusa stał się jednocześnie jej atrybutem. W Polsce średniowiecznej to imię przybierało formę: Jagienka, Jagna, przyczyniając się do powstania słowa „jagnię” na określenie młodej owieczki.

Święta Agnieszka jest jedną z najpopularniejszych i najbardziej czczonych świętych pierwszych wieków chrześcijaństwa. Nieliczne dane o życiu i męczeńskiej śmierci zostały uzupełnione przez bardzo bogatą tradycję i liczne legendy. Nie znamy nawet roku narodzin i śmierci Świętej. Wiemy tylko, że urodziła się w Rzymie za cesarza Dioklecjana, który panował w Wiecznym Mieście w latach 284-305, i który to wszczął najdłuższe i najokrutniejsze prześladowania chrześcijan. Agnieszka pochodziła z zamożnej, szanowanej i pobożnej rodziny. Głęboko religijna atmosfera domu sprawiła, że mała dziewczynka całym sercem i duszą przylgnęła do Chrystusa. I w wieku dziesięciu lat złożyła ślub czystości, poświęcając w ten sposób Chrystusowi całe swoje życie.

Dwunastoletnia urodziwa Agnieszka, pochodząca ze znakomitej rodziny była świetną kandydatką na żonę, stąd też nie dziwiło nikogo, że o jej rękę zabiegało wielu kawalerów i to z nie mniej znakomitych rodów. I to właśnie jeden z nich stał się pośrednim powodem jej męczeńskiej śmierci. Był nim syn starosty rzymskiego Semproniusza, który bez pamięci zakochał się w młodej, pięknej dziewczynie. Na różne sposoby starał się ją zdobyć, ale Agnieszka pozostała nieugięta, odpowiadając mu: „Odstąp ode mnie, pobudko grzechu, potrawo śmierci wiekuistej! Już jestem zaręczona takiemu, którego życie jest nieśmiertelnym, którego szlachectwo najstarszym, którego piękność najśliczniejsza, którego miłość najczulsza, którego łaska najdobrotliwsza, w którego objęciach dziewictwo zatrzymam, i którego jedynie, niewypowiedzianie, wiecznie miłuję”. Młodzieniec nie wiedział, że Agnieszka jest chrześcijanką, a jej oblubieńcem Chrystus, stąd też urażony i przygnębiony zachodził w głowę, kto jest jego groźnym rywalem. Rodzice widząc utrapienie syna starali się nakłonić Agnieszkę do ślubu, ale bezskutecznie. Semproniusz czuł się dotknięty tym, że ktoś odważył się pogardzić jego synem, a tym samym jego znakomitym rodem. Zaczął, zatem szukać oblubieńca Agnieszki, dla którego odrzuciła ona jego syna.

W trakcie poszukiwań dowiedział się, że Agnieszka jest chrześcijanką. To odkrycie uradowało Semproniusza, gdyż liczył, że szantażem uda się nakłonić Agnieszkę do ślubu. Albo odda część bożkom i poślubi jego syna, albo umrze w okrutnych męczarniach. Wezwał ją zatem do swego urzędu i udając litość dla niej chciał ją nakłonić do oddania czci bożkom. Starosta powiedział do niej: „Upór twój zasługuje wprawdzie na najboleśniejszą śmierć, będę miał jednak litość nad twą młodością, jeśli teraz pokłonisz się bogom”. Na to Agnieszka odważnie odpowiedziała: „Nie lituj się nad młodością moją, gdyż wcale tego od ciebie nie żądam. Wiara nie polega, bowiem na latach, lecz na przeświadczeniu. Bóg Wszechmogący nie patrzy na wiek, lecz na uczucia. Czyń przeto jak ci się podoba”. Starosta rozgniewany uporem Agnieszki zaczął jej grozić srogimi torturami. Agnieszka nie ulękła się tych gróźb. Według jednej z legend rozgniewany Semproniusz kazał zedrzeć z Agnieszki suknię i nagą przepędzić ulicami Rzymu. Bóg jednak czuwał nad nią. Włosy Agnieszki w zadziwiający sposób szybko urosły i jak płaszczem okryły jej ciało. Odtrącony syn Semproniusza usiłował zajrzeć pod ten płaszcz z włosów i wtedy padł martwy rażony piorunem. Następnie zamknięto Agnieszkę w domu publicznym. Jednak postawa Agnieszki budziła respekt wśród rozpustników tak, że niektórzy się nawracali.

W końcu posłano ją na tortury i śmierć. Św. Ambroży pisze: „Udała się na miejsce kaźni szczęśliwsza niż inne, które szły na swój ślub”. Rozpalono ogień, w którym miała spłonąć. Jednak, jak mówi legenda płomienie nie czyniły Świętej żadnej krzywdy. Wtedy starosta nakazał przebić ją sztyletem. Agnieszka poniosła śmierć na stadionie Domicjana 21 stycznia około roku 3005. Dzień śmierci jest pewny, gdyż chrześcijanie zapamiętywali go, jako dzień narodzin dla nieba i był on nieskończenie ważniejszy niż dzień narodzin dla ziemi. Święty Ambroży tak pisze o jej męczeństwie: „W dwunastym roku życia miała złożyć świadectwo krwi. Czyż może być bardziej odrażające okrucieństwo, co nawet tak młodego wieku nie oszczędziło? Ale jak wielka musiała być siła wiary, co nawet w takim wieku znalazła świadectwo! Czyż w tak małym ciałku mogło znaleźć się miejsce na ranę? A jednak ta, co nie miała miejsca, gdzie by miecz ugodził, zwyciężyła sam miecz. Dziewczątka w tym wieku nie potrafią znieść nawet grymasu na twarzy rodziców, a nad ukłuciem igłą płaczą, jak gdyby było ciężko zranione. Ta jednak stoi nieustraszona, choć szczękające kajdany ranią ją okrutnie. Z jakim terrorem przystąpił kat do dzieła, żeby ją złamać. Jakich pochlebstw próbował, żeby ją przekonać. Lecz ona odpowiadała: Który mnie sobie pierwszy wybrał, ten mnie weźmie!”.

Zrozpaczeni rodzice zabrali ciało córki z miejsca kaźni i pochowali w rzymskich katakumbach przy Via Nomentana. A gdy smutni trwali przy grobie córki, wtedy ona ukazała się im w towarzystwie wielu dziewic. Bił od niej niebiański blask, tak że rodzice mrużyli oczy, patrząc na nią. Wtedy Agnieszka skierowała do nich słowa: „Nie opłakujcie mnie jako straconej, ale się weselcie, że teraz w nieskończonej szczęśliwości z Tym jestem zaślubioną, którego tu na ziemi kochałam z całego serca”.

W IV wieku, nad grobem św. Agnieszki cesarz Konstantym Wielki wybudował wspaniałą bazylikę pod wezwaniem Świętej. Później postawiono jeszcze jeden kościół ku czci Męczennicy na miejscu jej męczeństwa, na Piazza Navona. Co roku 21 stycznia, w dzień św. Agnieszki, do Watykanu przywozi się z rzymskiego opactwa trapistów Tre Fontane dwa młode baranki. Jeden z nich przyozdobiony jest czerwonymi kwiatami, co symbolizuje męczeństwo św. Agnieszki, a drugi białymi, co oznacza jej niewinność. Papież błogosławi baranki w Auli Klementyńskiej. Potem z wełny tych baranków, benedyktynki z rzymskiego klasztoru Santa Cecylia in Trastevere tkają paliusze. Paliusz to strój liturgiczny, noszony co najmniej od V wieku przez papieży, a później również przez innych wysokich dostojników kościelnych. W roku 1978 Paweł VI w dokumencie Inter Eximina Episcopalis określił, że mogą go nosić, prócz papieża, wyłącznie arcybiskupi metropolici oraz patriarcha łaciński Jerozolimy (z książki Wypłynęli na głębię).

 

SKĄD CZERPIESZ MOC

Papież Jan Paweł II zażartował kiedyś, że najbardziej zmilitaryzowanym państwem na świecie jest Watykan, ponieważ 10 procent obywateli tego państwa stanowią członkowie Gwardii Szwajcarskiej. Sądzę, że wynik nie byłby gorszy, gdyby przeliczyć ilość żołnierzy watykańskich na powierzchnie tego państwa. Liczy ono bowiem 44 hektary, a jego granica ma nie wiele ponad 3 kilometry. Gdy w roku 1929 powstało Państwo Watykańskie Józef Wissarionowicz Stalin skwitował pogardliwie ten fakt słowami: „Państwo Watykańskie? A ile ono ma armat?” W niedługim czasie jego spadkobiercy mogli się przekonać, że w Watykanie jest inna siła, potężniejsza niż ta mierzona potencjałem militarnym. Nikt dzisiaj nie ma wątpliwości, że upadek komunizmu w Polsce, rozpad Związku Radzieckiego byłby niemożliwy bez siły, której symbolem jest Państwo Watykańskie i „władca” tego państwa. 

Szef KGB Jurij Andropow, po wyborze na stolicę piotrową Jana Pawła II pisał w tajnym memorandum: „Papież to nasz wróg (…) Dzięki swym niepowszednim zdolnościom i wielkiemu poczuciu humoru oczarowuje każdego, zwłaszcza dziennikarzy, dlatego jest niebezpieczny. (…) Oznacza to, że wszystkie środki są dozwolone, a my nie możemy pozwolić sobie na sentymenty”. Także najwyżsi funkcjonariusze partii komunistycznej w PRL byli zaskoczeni i przerażeni faktem wyboru Polaka na papieża. I sekretarz KC PZPR, Edward Gierek, informację o tym fakcie skomentował: „O rany boskie!” Kazimierz Kąkol kierownik Urzędu do spraw Wyznań zapisał: „Absolutnie zdegustowani naradzają się towarzysze: Kania, Kowalczyk, Olszowski, Werblan, Łukasiewicz. Konsternacja widoczna. Olszowski wylewa na jasne spodnie filiżankę czarnej kawy. Westchnienia. Ciężkie”.

Komuniści słusznie obawiali się mocy, której nie mierzy się ilością armat. Zapewne wielu z nas doświadczyło w sposób spektakularny tej mocy. Trudno zapomnieć sobotę 2 czerwca 1979 roku. W tym bowiem dniu wylądował na Okęciu w Warszawie  samolot z Janem Pawłem II na pokładzie. Tego samego dnia po południu, pośród wiwatującego tłumu, Papież przybył odkrytym samochodem na plac Piłsudskiego, gdzie odprawił Mszę św. W czasie homilii papieża padły niezapomniane słowa: „Wołam, ja, syn polskiej ziemi, a zarazem ja, Jan Paweł II, papież. Wołam z całej głębi tego Tysiąclecia, wołam w przeddzień Święta Zesłania, wołam wraz z wami wszystkimi: Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!”. Ten Duch zstąpił i zaczął przemieniać oblicze polskiej ziemi. Podczas dziewięciodniowej pielgrzymki tłumy towarzyszyły papieżowi. Papież, a w zasadzie moc z jaką przybył do ojczyzny ogarnęła tłumy. Wszyscy byli pewni, nawet komuniści, że Polska po tej wizycie będzie już inna. Dziś po tylu latach rodzi się pytanie, czy ta moc nie została roztrwoniona w życiu polskiego narodu.

Moc, z którą przybywał do nas nasz wielki Rodak uzdalnia do najważniejszej przemiany, przemiany ludzkich serc. Doświadczyłem tego w czasie wizyty duszpasterskie w parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Brooklynie. W trakcie kolędy u rodziny Pieńczykowskich, wzruszona Saturnina powiedziała, że chce coś mi pokazać. Podeszliśmy do ściany, gdzie wisiała fotografia, na której dwie krakowianki wręczają bukiet kwiatów papieżowi Janowi Pawłowi II. Było to w roku 1995 podczas Mszy św. sprawowanej na torze wyścigowym Aqueduct w Queensie, Nowy Jork. Jedna z krakowianek to Elżbieta, córka Saturniny. W czasie wręczenia kwiatów papież zapytał ją, czy jest Polką. Odpowiedziała, że tak. A wtedy papież zadał jej następne pytanie, czy jest tu dużo Polaków. Odpowiedziała, że tak. A wtedy papież powiedział, że w takim razie skieruje kilka zdań do zebranych w języku polskim. I tak się stało. Dla Elżbiety było to niezapomniane spotkanie. Wracając z Mszy św. spotykała ludzi, przeważnie Latynosów, którzy rozpoznawali ją z telebimów i prosili, czy mogą się jej dotknąć, bo była tak blisko papieża. Liczyli, że doświadczą tej mocy, z którą przybył Jan Paweł II do Stanów Zjednoczonych. Od tamtego czasu minęło już prawie 20 lat. Elżbieta mówi, że otrzymała wtedy cenny skarb, z którym nigdy się nie rozstaje, tym skarbem jest różaniec podarowany przez papieża. Na tym różańcu, za wstawiennictwem bł. Jana Pawła II wyprosiła u Boga dziecko. Po siedmiu latach wytrwałej modlitwy Bóg obdarzył ich dzieckiem. Elżbieta nie ma wątpliwości, że to był cud.

To jest ta właśnie moc, o której pisze św. Paweł w liście do Koryntian. Nie jest to moc, która kryje się w ludzkiej mądrości, bogactwie, w szlachetnym urodzeniu, ziemskiej sile, w wywyższeniu, ludzkim poważaniu, ludzkich godnościach i tytułach. To wszystko nie jest czymś złym, ale nie jest to wystarczający fundament, aby zbudować na nim swoje życie, aby przetrwało wszelkie burze życiowe. Św. Paweł w Liście do Koryntian ukazuje, gdzie jest źródło naszej mocy i mądrości. „Przez Niego bowiem jesteście w Chrystusie Jezusie, który stał się dla nas mądrością od Boga i sprawiedliwością, i uświęceniem, i odkupieniem, aby, jak to jest napisane, „w Panu się chlubił ten, kto się chlubi”.

Kontynuacją tematu o prawdziwej mocy są błogosławieństwa, które słyszymy w dzisiejszej Ewangelii, Mówią one naturze tej mocy i są niejako przeciwieństwem mocy preferowanej przez świat. Dla przykładu zatrzymajmy się na pierwszym błogosławieństwie. Świat uważa, że błogosławieni, inaczej szczęśliwi są bogaci, Chrystus mówi, że szczęśliwi są ubodzy w duchu. Prawdziwe szczęście człowieka nie kryje się w dobrach materialnych, ale duchowych, w całkowitym zawierzeniu Bogu swojego życia. Nie jest to pogarda dla dóbr materialnych, ale podporządkowanie ich wartościom duchowym. Gdy sprawy materialne zaczynają dominować i decydować o sprawach duchowych, o naszym życiu wtedy nieszczęście puka do naszych drzwi. Na stronie internetowej MSN Money w artykule „Ośmiu wygranych w lotto, którzy stracili swoje miliony” zamieszczono historię ludzi, którzy zgarnęli główna wygraną. Mimo, że wygrali w lotto ogromne sumy, to chcieli cofnąć czas sprzed wygranej. Najczęściej porzucali pracę, rozwodzili się, zrywali więzi z rodziną, prowadzili hulaszczy tryb życia i w końcu zostawali bez grosza i wtedy uświadamiali sobie, że największą stratą nie były pieniądze, ale inne wartości, jak rodzina, prawdziwi przyjaciele, wartości duchowe.

Adams, dawniejszy wygrany milioner dzisiaj otrzymuje od miasta kartki żywnościowe. William żyjący z emerytury Social Security mówi: „Chciałbym, aby to się nigdy nie wydarzyło. To był prawdziwy koszmar życia”. Willie dwa lata po wygranej był bez grosza, po rozwodzie i oskarżony o morderstwo. Popadł w narkomanie. Charles rozwiódł się żoną, został oskarżony o wiele przestępstw i osadzony w więzieniu za sprzedaż kokainy. Tak się dzieje, gdy człowiek zaufa mądrości i mocy światowej, a zamknie się na moc i światło spływające z nieba, które porządkuje nasze ziemskie sprawy i ukazuje perspektywę wieczności (Kurier Plus 2016).

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *