16 Cze

11 niedziela zwykła Rok B

 

 

ZIARNKO GORCZYCY .                                   

Jezus powiedział do tłumów: „Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarno w kłosie. A gdy stan zboża na to pozwala, zaraz zapuszcza sierp, bo pora już na żniwo”.  Mówił jeszcze: „Z czym porównamy królestwo Boże lub w jakiej przypowieści je przedstawimy? Jest ono jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane, wyrasta i staje się większe od innych jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki powietrzne gnieżdżą się w jego cieniu”.  W wielu takich przypowieściach głosił im naukę, o ile mogli ją zrozumieć. A bez przypowieści nie przemawiał do nich. Osobno zaś objaśniał wszystko swoim uczniom (Mk 4,26-34).

Przeminęła już epoka królestw, a jeśli jeszcze one istnieją, jak np. Królestwo Anglii, to nie wiele mają one wspólnego z tymi, które były znane w czasach Chrystusa, i do których Jezus czynił odniesienia mówiąc o Królestwie Bożym. Królestwem tamtych czasów niepodzielnie rządził król, który dysponował władzą absolutną. On decydował o kształcie swojego królestwa. On ustanawiał prawo, według, którego mieli postępować jego poddani. Królowie obarczeni ludzkimi przywarami, sprawując władzę, poza wszelką kontrolą stawali się często tyranami.

Duch królestwa dawnych czasów odżywa i dzisiaj w różnych częściach świata. Pojawiają się władcy opanowani rządzą władzy, którzy pod parawanem demokracji realizują swoje dyktatorskie zapędy. Ich wola staje się jedynym prawem. Inaczej myślący zapełniają więzienia lub są likwidowani. W ludzkim budowaniu królestw sprawdza się powiedzenie Lorda Actona: „Każda władza deprawuje. Władza absolutna deprawuje absolutnie”.

Jeszcze są takie malutkie królestwa, które człowiek stara się budować na własną miarę. Nie nazywa tego królestwem, bo to już wyszło z mody. Pragnie mieć swoją posiadłość, mieć swoich adoratorów i pochlebców. Zasiada na tronie swojej pachy i stąd wydaje decyzje i postanowienia. Słowem jest żądny korony, jeśli jej nie ma jej na głowie to nosi ją w swoim sercu. Swoje królestwo urządza według. własnej woli, nie licząc się z drugim człowiekiem i Bogiem. Jak ten ewangeliczny sędzia, który „Boga się nie boi i z ludźmi się nie liczy”. Stąd też płynie niebezpieczeństwo deprawacji człowieka.

Nauczanie Chrystusa ogniskuje się wokół prawdy o Królestwie Bożym, które niewiele ma wspólnego z ziemskimi. Wraz z Chrystusem Królestwo Boże zstąpiło na ziemię. Zaczyna się tu na ziemi, ale nie jest z tego świata jak mówi Chrystus. W rozwartości tych stwierdzeń odnajdujemy sens Królestwa Bożego i jego relację do rzeczywistości ziemskiej. Władcą tego Królestwa jest Bóg. A Jego niezmienne prawo, na równi odnosi się do wszystkich. Doskonałość Boga przydaje tej cechy Jego Królestwu. Wolne jest ono od ludzkich błędów. W prefacji na uroczystość Chrystusa Króla czytamy: „wieczne i powszechne Królestwo: królestwo prawdy i życia, królestwo świętości i łaski, królestwo sprawiedliwości miłości i pokoju”. To są zasady, którymi kieruje się to Królestwo. Sięga ono swymi granicami tak daleko jak człowiek, umocniony przez Boga potrafi przepoić tymi wartościami otaczającą go rzeczywistość. Zaczyna się tu na świecie, ale pełnię osiąga poza nim, w wieczności. Dla rozwoju tego królestwa nie jest potrzebna przestrzeń materialna. Przestrzenią jego realizacji jest dusza ludzka.

Znany rzeźbiarz włoski Francesco Messina miał swój świat, swoje królestwo, budował je z pominięciem Boga. Idąc za głosem własnej woli błądził, a to błądzenie zamieniało się w cierpienie i zło. Całe jego dotychczasowe królestwo runęło w gruzy, gdy spotkał Ojca Pio, bożego męża, przez, którego dokonało się wiele nawróceń i cudów. O swoim spotkaniu Messina tak pisze: „Pierwsze moje spotkanie z Ojcem Pio nastąpiło 11 kwietnia, 1949 r. i stało się dla mnie jakby uderzenie gromu, które zmieniło moje całe dotychczasowe życie, myślenie i patrzenie na świat oraz nadało nowy kierunek w mojej sztuce. Po tym spotkaniu poczułem się w obowiązku ogłosić list otwarty w prasie, w którym dziękowałem Bogu za spotkanie ‘prawdziwego ojca’ i kończyłem. „Narodziłem się 11 kwietnia 1949 r.’”

Tego dnia narodził się dla Królestwa Bożego. Bóg niepodzielnie zapanował w jego sercu. Oto jeszcze jeden przykład ekspansji Królestwa Bożego, które dokonało się sprawą wspomnianego Ojca. Govanni z Prato często się upijał. Urządzał w domu awantury, bijąc przy tym swoją żonę. Biedna kobieta nie wiedząc, gdzie się podziać ze swoim nieszczęściem dużo się modliła prosząc o wstawiennictwo Ojca Pio. Pewnej nocy Giovanni wrócił pijany i znowu całą swoją pijacką wściekłość skierował ku żonie. Biedaczka schowała się w kuchni; a mąż zwalił się w butach na łóżko w sypialni. Nagle poczuł, że ktoś lub coś gwałtownie potrząsa łóżkiem, jakby chciał go zrzucić na podłogę. Zdumiony i nagle otrzeźwiony usiadł i ku swojemu przerażeniu zobaczył jakiegoś kapucyna, który bez ogródek powiedział, co o nim myśli. Govanni przetarł oczy- ale zakonnika już nie było. Po tym wydarzeniu postanowił się udać do Ojca Pio (wiedział o modlitwach żony). Po kilku minutach Govanni niedawno rozjuszony, niczym łagodny baranek podążył do konfesjonału. Po tym spotkaniu nastąpiła w nim gruntowna zmiana. Odrzucił alkohol, a prawo Ewangelii stało się zasadą jego życia. Królestwo Boże wraz ze swym pokojem zagościło w nim samym jak i w jego rodzinie.

Prawo tego Królestwa ma w sobie ogromną, nadprzyrodzoną moc, która przemienia duchowo człowieka. Odrobina dobra w nas, maleńka jak ziarnko gorczycy może stać się olbrzymim krzewem, gdy dotknie go moc tego Królestwa. A ponieważ człowiek ma wymiar materialno- duchowy stąd też to Królestwo realizuje się w strukturach widzialnych. Jest ono najpełniej zauważalne we wspólnocie założonej przez Chrystusa- Kościele. Początki Kościoła, od strony zewnętrznej były bardzo skromne; kilkunastu ludzi, a dziś jest to ogromne drzewo. Ziarnko gorczycy stało się wielkim drzewem. Rzeczywistość duchowa tego Królestwa jest na tyle obecna w tej wspólnocie na ile jej członkowie włączeni w Chrystusa realizują zasady tego Królestwa (z książki Ku wolności).

 

 

KRÓLESTWO BOŻE

To mówi Pan Bóg: „Ja także wezmę wierzchołek z wysokiego cedru i zasadzę, u najwyższych jego pędów ułamię gałązkę i zasadzę ją na górze wyniosłej i wysokiej. Na wysokiej górze izraelskiej ją zasadzę. Ona wypuści gałązki i wyda owoc, i stanie się cedrem wspaniałym. Wszystko ptactwo pod nim zamieszka, wszystkie istoty skrzydlate zamieszkają w cieniu jego gałęzi. I wszystkie drzewa polne poznają, że Ja jestem Panem, który poniża drzewo wysokie, który drzewo niskie wywyższa, który sprawia, że drzewo zielone usycha, który zieloność daje drzewu suchemu. Ja, Pan, rzekłem i to uczynię” (Ez 17,22-24).

W roku 1812 trzyletni Louis Braille uległ wypadkowi w fabryce swego ojca. W wyniku doznanych obrażeń stracił całkowicie wzrok. Gdy osiągnął wiek szkolny rodzice posłali go do szkoły dla niewidomych w Paryżu. W tamtym czasie niewidomi uczniowie korzystali z olbrzymich książek pisanych dużymi wypukłymi literami. Czytanie takiej książki było trudne i pochłaniało wiele czasu.

Pewnego dnia odwiedził tę szkołę emerytowany oficer Charles Barbier, zapoznając uczniów z pismem, które nazywał „nocne pisanie”. Był to system zapisu stosowany przez armię francuską w czasie nocnych walk. Służył on do komunikowania się żołnierzy w ciemności, bez konieczności używania światła. Informacja była zapisywana za pomocą wyciętych, według specjalnego kodu otworów w kartce. Znając ten kod, palcami odczytywano zapisane słowa. Oczywiście w tym systemie zapisu można było przekazać tylko bardzo krótką informację.

Młody Louis Braille był zafascynowany tym sposobem zapisu informacji. Zdawał sobie sprawę, że po pewnych modyfikacjach ten system zapisu stanie się wspaniałym narzędziem w rękach niewidomych. Uprościł zatem kod „nocnego pisania” i zamiast otworów w kartce papieru zastosował wypukłe kropki. Dla ludzi niewidomych był to wspaniały wynalazek. Jednak za życia Braille’a prawie nikt nie zainteresował ani nim ani jego pismem. Dopiero po jego śmierci, której nie odnotowała nawet w lokalna prasa, pismo Braille’a zaczęło się błyskawicznie rozprzestrzeniać. I dzisiaj jest znane i stosowane na całym świecie.

Chrystus nauczając o Królestwie Bożym używa różnego rodzaju porównań i przypowieści. Bo tylko na tej drodze możemy choć odrobinę poznać rzeczywistość, o której Chrystus powie w innym miejscu, że przekracza ona nasze możliwości poznawcze „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało”. Na te przypowieści można patrzeć pod różnym kątem i ciągle odkrywać nowe treści. Na wstępie przytoczyłem historię  Louisa Braille’a, aby przez ten pryzmat spojrzeć na ewangeliczne porównanie  Królestwa Bożego do ziarnka gorczycy.

Z maleńkiego ziarnka gorczycy w bardzo krótkim czasie wyrasta duży krzew, w gałęziach którego, jak mówi Ewangelia ptaki zakładają swoje gniazda. Wielkie ruchy społeczne bardzo często mają nader skromne początki, potrzebują nieraz czasu, aby później z niesamowitą dynamiką rozprzestrzenić się w świecie. Tak jak to jest w przypadku ziarnka gorczycy i tak jak było w przypadku pisma Braille’a. Snując dalej porównania możemy powiedzieć, że twórcy wielkich ruchów za życia są nieraz nie zauważani. Są jak ziarnko gorczycy nie zauważane pośród innych ziaren albo jak Braille niedoceniony i niezauważony za życia. Trzecie porównanie mówi, że wielkość stworzonego działa zauważane jest często dopiero po śmierci ich twórców. Widzimy to na przykładzie wynalazku Braille’a, który dopiero po śmierci jego autora zaczął podbijać świat

Te wszystkie porównania odnoszą się do najważniejszego w dziejach ludzkości ruchu jakim jest rzeczywistość Królestwa Bożego, o którym Chrystus mówi przez porównanie do ziarnka gorczycy. Zapowiedzi rozprzestrzenienia się Królestwa Bożego możemy dopatrzyć się w proroctwie Ezechiela, który pisze: „Ja także wezmę wierzchołek z wysokiego cedru i zasadzę, u najwyższych jego pędów ułamię gałązkę i zasadzę ją na górze wyniosłej i wysokiej. Na wysokiej górze izraelskiej ją zasadzę. Ona wypuści gałązki i wyda owoc, i stanie się cedrem wspaniałym. Wszystko ptactwo pod nim zamieszka, wszystkie istoty skrzydlate zamieszkają w cieniu jego gałęzi” (Ez 17, 22-23). Rzeczywistość Królestwa Bożego w Chrystusie nabiera niezwykłej dynamiki. Chrystus zasiał ziarno i dał moc, aby wyrosło z niego olbrzymie drzewo, w gałęziach którego cała ludzkość znajduje schronienie i zbawienie.

W skali światowej początki tego Królestwa były skromne. W dalekiej prowincji rzymskiej pojawił się Nauczyciel. Miał wprawdzie wokół siebie tłumy, które słuchały Dobrej Nowiny o Królestwie Bożym potwierdzanej licznymi cudami, ale w skali światowej to było niewiele. A gdy przyjdzie czas próby na Golgocie zostanie przy nim niewielka garstka Jego zwolenników. Według ówczesnych historyków był to epizod nie wiele znaczący w dziejach ludzkości. Sądzono, że po śmierci Chrystusa sprawa ucichnie. Stało się jednak inaczej. Po śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa Królestwo Boże rozwija się tak dynamicznie, że wszelkie ludzkie próby wyjaśnienia tego dynamizmu zawodzą. Trzeba odwołać mocy nadprzyrodzonej, która jakby rozsadza wszelkie ziemskie schematy myślenia. Jest to moc Chrystusa.

W tej mocy Chrystus wzywa nas do budowania Królestwa Bożego na miarę naszych możliwości. Dzięki tej mocy możemy dokonać zadziwiających rzeczy, chociaż wydaje się nam nieraz, że nasz czyn jest tak mało znaczący, że ziarno dobra, które rzucamy na świat jest zagłuszone przez chwasty zła. To nic, że tego ziarenka dobra nie zauważają inni, że my sami nie widzimy jego owocu w ziemskim życiu. Plon naszego zasiewu ukaże się w pełni, gdy Chrystus zgromadzi nas wszystkich w swoim królestwie.

Na zakończenie tych rozważań módlmy się słowami wiersza Amado Nervo.

„Jestem tylko iskierką,

Uczyń mnie ogniem.

Jestem tylko struną,

Uczyń mnie lirą

Jestem tylko pagórkiem,

Uczyń mnie górą.

Jestem tylko kropelką,

Uczyń mnie źródłem.

Jestem tylko piórkiem,

Uczyń mnie skrzydłem.

Jestem tylko żebrakiem,

Uczyń mnie królem” (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

PAPIEROWI CHRZEŚCIJANIE

Bracia: Mając ufność, wiemy, że jak długo pozostajemy w ciele, jesteśmy pielgrzymami z daleka od Pana. Albowiem według wiary, a nie dzięki widzeniu postępujemy. Mamy jednak nadzieję i chcielibyśmy raczej opuścić nasze ciało i stanąć w obliczu Pana. Dlatego też staramy się Jemu podobać, czy to gdy z Nim jesteśmy, czy gdy z daleka od Niego. Wszyscy bowiem musimy stanąć przed trybunałem Chrystusa, aby każdy otrzymał zapłatę za uczynki dokonane w ciele, złe lub dobre (2 Kor 5,6-10).

W Polsce jedna z partii politycznych zainicjowała obchody „tygodnia apostazji”. Dla mnie wygląda to trochę jak kabaret. Ludzie obdarzeni mandatem społecznym, zamiast pracować dla dobra Ojczyzny i społeczeństwa zajmują się działalnością rozrywkową. Tak to przynajmniej wygląda z mojej perspektywy. Rzecznik tej partii powiedział: „Wszcząłem procedurę wystąpienia z Kościoła katolickiego. Uznałem, że to jest naturalna czynność, którą już dawno powinienem wykonać. Nie było do tej pory na to czasu, nie bardzo też wiedziałem, jak to zrobić”. Zwolennicy „tygodnia apostazji” urządzili happening pod pomnikiem marszałka Józefa Piłsudskiego w Warszawie, obierając go za swojego patrona. Sęk w tym, że Piłsudski nigdy nie dokonał aktu apostazji. W roku 1899 nie porzucił wiary chrześcijańskiej, tylko zmienił wyznanie z katolickiego na luterańskie, aby móc zawrzeć ślub z rozwódką, co było niemożliwe w kościele katolickim. Po śmierci pierwszej żony poślubił Aleksandrę Szczerbińską, z którą miał dwójkę dzieci. Ślub odbył się kościele katolickim i Piłsudski wrócił formalnie na łono Kościoła katolickiego. Być może zwolennicy apostazji obierając marszałka za swego patrona myślą perspektywicznie i tak jak ich „patron” planują w przyszłości powrót do wiary swoich przodków.

Przynależność do Kościoła to coś więcej niż przynależność do jakiejś partii politycznej. Ks. dr hab. Piotr Majer w wywiadzie dla KAI powiedział: „Właściwie zamiast o ‘wystąpieniu’ można by było mówić o ‘odstąpieniu’ od wspólnoty wierzących, bowiem nie można wystąpić, czyli ‘wypisać się’ z Kościoła w ten sam sposób, jak się rezygnuje z członkostwa w świeckiej organizacji. Do Kościoła wchodzi się wraz z przyjęciem chrztu, a ponieważ skutków chrztu nie da się unicestwić, nie da się tak naprawdę ‘wystąpić’ z Kościoła. Można zerwać z nim widzialne, formalne więzy, ale nie da się zniweczyć miłości Chrystusa, który nabył nas własną krwią (zob. Dz 20, 28). Dlatego mówimy o apostazji dokonywanej przez formalny akt, kładąc nacisk na to, że chodzi o przyjęcie do urzędowej wiadomości woli człowieka, który nie chce mieć z Kościołem nic wspólnego. Nie można natomiast mówić o absolutnym odejściu ochrzczonego od Kościoła”. „Papierowi chrześcijanie” myślą, że przynależność do kościoła, to tylko kwestia papierów. A w rzeczywistości istota przynależności do kościoła kryje się gdzie indziej. A nawet w „papierowej” przynależności, czy „papierowym” wystąpieniu z Kościoła nie wszystko da się wymazać. I tu znowu zacytuję ks. Majera: „Gdy ktoś rezygnuje z polskiego obywatelstwa czy zmienia nadane mu przez rodziców imię, które teraz mu się nie podoba, nie zaciera się śladów o polskim obywatelstwie czy poprzednim imieniu w akcie urodzenia przechowywanym w księgach stanu cywilnego”.

Ewangelia z dzisiejszej niedzieli ukazuje jeden z aspektów funkcjonowania Kościoła, w którym realizuje się królestwo Boże: Słyszymy słowa: „Z czym porównamy królestwo Boże lub w jakiej przypowieści je przedstawimy? Jest ono jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane, wyrasta i staje się większe od innych jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki powietrzne gnieżdżą się w jego cieniu”.  Ziarno królestwa ma samo w sobie siłę i zasadę rozwoju. Wystarczy je zauważyć w swoim życiu i dać mu szansę. Tak jak to bywa z naszymi ludzkimi możliwościami. Dla przykładu przytoczę historię Anny Mary Robertson Moses urodzonej 7 września 1860 roku w Nowym Jorku. Należy ona najwybitniejszych przedstawicieli sztuki naiwnej.  Zdobyła światową sławę; napisała także autobiografię. Kariera malarska rozpoczęła się dla niej w wieku 80 lat. Wcześniej zajmowała się haftowaniem. Jednak postępujący reumatyzm sprawił, że miała problem z utrzymaniem igły.  Aby jednak wypełnić czymś swój czas sięgnęła po pędzel i zaczęła malować. W pogodnych obrazach, o żywych barwach, urzekających prostotą i poetyckim nastrojem przedstawia amerykańską wieś z czasów swojego dzieciństwa i młodości. Pierwsze obrazy zostały zauważone na lokalnej wystawie. Pewnego razu kolekcjoner z Nowego Jorku dostrzegł jej obraz w oknie wystawowym wiejskiego sklepu. Kupił go za kilka dolarów. Następnie odwiedził artystkę na jej farmie. Był pod wrażeniem jej osobistego uroku i pokory. Kolekcjoner wziął od niej trzy obrazy, które zostały wystawione w Muzeum sztuki współczesnej w Nowym Jorku. I taki był początek światowej kariery artystki. W swojej autobiografii napisała: „Gdy tak oglądam się wstecz i widzę dobrze wykorzystany czas i zdolności, to czuję z tego powodu satysfakcję. Odczuwałam szczęście i radość, wiedząc, że dobrze wykorzystałam to, co mi życie ofiarowało. Ważne było, jest i będzie to, co zrobimy ze swoim życiem, co zrobimy w życiu”.

Anna Maria Robertson Moses starała się wykorzystać jak najlepiej zmieniające się okoliczności życia i odkrywać drzemiące w niej talenty, które w piękny sposób rozwinęła. Mogła się poddać w wieku 80 lat, kiedy to reumatyzm powykręcał jej ręce. Ona jednak szukała nowych możliwości i odnalazła w sobie talent, który dał jej światową sławę. Zainspirowani tym obrazem możemy powiedzieć, że w czasie chrztu zostało zasiane w nas ziarno królestwa Bożego. Ten fakt został odnotowany w księgach parafialnych. To ziarno daje nam ogromne możliwości rozwoju i to niezależnie od tego, w jakich okolicznościach przyjdzie nam żyć. Ważne byśmy zauważali to ziarno i z niego czerpali inspirację oraz siłę. Marnujemy to ziarno, gdy o jego zasiewie mówią tylko księgi parafialne, a nie nasze życie. Po prostu staniemy się wtedy „papierowymi chrześcijanami”. Ale nawet w „papierowym chrześcijaninie” pozostaje ziarno królestwa Bożego zasiane na chrzcie świętym i w każdej chwili może zacząć owocować, gdy tylko zechcemy je zauważyć w sobie.

Bł. Jan Paweł II w encyklice „Redemptoris missio” pisze: „Królestwo ma na celu przekształcenie stosunków między ludźmi i urzeczywistnia się stopniowo, w miarę jak ludzie uczą się kochać, przebaczać i służyć sobie wzajemnie. Jezus podejmuje całe Prawo, ogniskując je na przykazaniu miłości (por. Mt 22, 34-40; Łk 10, 25-28). Przed opuszczeniem swoich daje im „nowe przykazanie”: „Abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem” (J 13, 34; por. 15, 12). Miłość, którą Jezus umiłował świat, znajduje swój najwyższy wyraz w ofierze Jego życia za ludzi (por. J 15, 13), ukazującej miłość Ojca względem świata (por. J 3, 16). Dlatego naturą Królestwa jest komunia wszystkich ludzi pomiędzy sobą i z Bogiem. (…). Zmartwychwstanie nadaje zasięg uniwersalny orędziu Chrystusa, Jego działalności i całemu Jego posłannictwu. Uczniowie zdają sobie sprawę, że Królestwo jest już obecne w osobie Jezusa i budowane jest stopniowo w człowieku i świecie poprzez tajemniczą więź z Jego osobą”.

Przyjdzie czas, kiedy będziemy musieli odpowiedzieć na pytanie, co zrobiliśmy z ziarnem Królestwa. Św. Paweł w Liście do Koryntian pisze: „Wszyscy bowiem musimy stanąć przed trybunałem Chrystusa, aby każdy otrzymał zapłatę za uczynki dokonane w ciele, złe lub dobre” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

GDZIE SIĘ TAK SPIESZYSZ?

Dzisiejszy człowiek jest ogarnięty gorączką pospiechu. Wszystko musi być coraz szybsze. Szybsze pociągi, szybsze samoloty, szybsze samochody, szybsze komputery. W tym zaśpieszeniu rodzi się refleksja, gdzie się tak spieszymy, przecież ostatecznie zdążamy do kresu naszego ziemskiego życia, który chcielibyśmy odsunąć jak najdalej. W takiej sytuacji, bardzo często pozostaje nam z życia pospiech i zagonienie, zaś prawdziwe życie umyka nam między palcami. Ot chociażby takie proste sytuacje. Moglibyśmy spokojnie zasiąść z najbliższymi do obiadu, porozmawiać delektować się pysznymi potrawami. Ale my wchłaniamy w pośpiechu posiłek, bo mamy umówione spotkanie z przyjacielem z dawnych lat.  Ale i to spotkanie było pośpieszne, bo czekały na nas lekcje tańca. Kilka zdawkowych zdań i pożegnanie. W zasadzie nic sobie nie powiedzieliśmy, nie ubogacili się wzajemnie. A mogło być inaczej, ta rozmowa mogła wiele wnieść w nasze życie, mogliśmy z radością powspominać dawne lata. Po tańcach inne zajęcia i tak do wieczora. Pospiech, zagonienie. Zmęczeni kładziemy się spać. I tak jeszcze jeden dzień zapisał się karuzelą pospiechu. W pewnych dziedzinach życia pośpiech jest potrzebny. Niektórzy mówią trywialnie, że pośpiech jest potrzebny tylko przy łapaniu pcheł. To prawda, ale w innych dziadzinach nieraz trzeba się pośpieszyć. Ks. Twardowski pisał, że powinniśmy śpieszyć się kochać ludzi, bo tak szybko odchodzą. Aby jednak prawdziwie kochać trzeba mieć czas spokoju, wyciszenia w bliskości Boga, aby nasza miłość dojrzała. W innych sferach życia ludzkiego potrzebny jest także spokój, refleksja, wyciszenie, delektowanie się każdą mijająca chwilą. Dopiero wtedy możemy zasmakować prawdziwej radości życia. Niektórzy ludzie opuszczali zabiegane metropolie, zapędzone życie, zamieszkiwali na pustyniach i tam szukali sensu życia i jego najgłębszej pełni. Nie trzeba jednak opuszczać rozkrzyczanych miast, aby zasmakować pokoju pustyni, taką pustynię możemy odnaleźć w naszej duszy, gdzie spotykamy się sam na sam z naszym Bogiem.  

Pośpiech i zapędzenie najwięcej wprowadzają spustoszenia w sferze religijnej. Możemy mnożyć modlitwy i z pospiechem je odmawiać, aby odmówić ich jak najwięcej, możemy mnożyć nabożeństwa i pospiesznie uczestniczyć, w jak największej ich liczbie. Pospiesznie możemy wypełniać najważniejsze przykazanie, przykazanie miłości. Wręczyć datek materialny potrzebującemu, nie zauważając w pośpiechu, że cierpi on z powodu samotności i chciałby chwilę porozmawiać. To zapędzenie sprawia, że stajemy się niecierpliwi w oczekiwaniu na owoc naszej wiary i czynów wypływających z niej. Siejemy ziarno dobra i natychmiast oczekujemy owocu. Ewangelia dzisiejsza poucza nas, że szczególnie w budowaniu królestwa Bożego winniśmy być cierpliwi. Mamy zasiewać ziarna królestwa Bożego i cierpliwie czekać na wydanie plonu. Bo wzrost nie zależy od nas, tylko od Boga. W Historii opowiedzianej przez Jezusa, rolnik zrobił co do niego należało- zasiał ziarno. I w tym momencie nie miał już większego wpływu na to, co się będzie działo z ziarnem. Mógł tylko cierpliwie czekać i mieć nadzieję, że ziarno wyda owoc. Cierpliwość jest ważną cnota w naszym życiu. Są ludzie, którzy ciągle działają, wierząc, że to od ich zbiegania wszystko zależy. Nie są wstanie cierpliwie czekać, aż wszystko dokona się we właściwym czasie. Szczególnie w sferze ducha warto sobie uświadomić, że pewne rzeczy zależą od nas samych, ale te najważniejsze zależą od Boga. Rozwój duchowy, dojrzewanie do królestwa Bożego, to długi proces. Winniśmy zasiać ziarno i troszczyć się o nie, ale wzrost nie zależy od nas. To Bóg daje wzrost. Nie raz chcemy uporać się z jakaś wadą, grzechem, czy umocnić się w  jakiejś cnocie. Podejmujemy działania w tym kierunku i niecierpliwimy się, że nasze wysiłki nie dają spodziewanego efektu. Pamiętajmy, że siejba zależy od nas, ale wzrost daje Bóg.

Ewangelia poucza nas, że cierpliwości winniśmy uczyć się od natury. Przypominam sobie z lat dzieciństwa, jak pomagałem tacie w zasiewach. Ilekroć przechodziłem obok zasianego pola patrzyłem, kiedy to z czarnej ziemi wychylą się pierwsze zielone kiełki. Wydawało mi się, że to trwa bardzo długo. Podobnie było z czekaniem na pierwsze kłosy.  Na nic zdała się ta niecierpliwość. Wszystko przychodziło we właściwym czasie. Tu nic nie da się przyśpieszyć. Chociaż w dzisiejszych czasach przyśpiesza się wszystko. Ot chociażby w hodowli brojlerów.  Biedne kurczątka faszeruje się hormonami i sztuczną paszą i w krótkim czasie mamy sztucznego kurczaka na rosół, który w niczym nie przypomina smacznego rosołu z kurczaka, które wyrastał rodzinnej zagrodzie. To samo jest z obrzydliwymi, sztucznie hodowanymi pomidorami, które tylko w kształcie przypominają przepyszne pomidory, które długo się wygrzewały w słońcu w przydomowym ogródku. Sam kiedyś jako mały chłopiec pomogłem róży szybciej zakwitnąć. Wydawało mi się, że z tym pąkiem róży jest coś nie tak. Powinien się już dawno rozwinąć. Postanowiłem działać. Po prostu rozwinąłem pąk. Na drugi dzień pobiegłem sprawdzić jaki jest owoc mojej pracy. Z zaskoczeniem zauważyłem, że kwiat róży zwiądł. Podobnie jest z naszą duchową różą zbawienia. Trzeba zasiać, pielęgnować i cierpliwie czekać na kwiat, który kwitnie dla nas we właściwym czasie.

Przypowieść o ziarnku gorczycy przypomina nam, że to co siejemy może być maleńkie, ale zawierzone Bogu rozrasta się w olbrzymie drzewo. Musimy tylko wytrwale siać, cierpliwie pielęgnować, a Bóg da wzrost i owoc. Odnosi się to do najważniejszej sprawy naszego życia, jaką jest królestwo Boże. Królestwo zasiane w naszych sercach rośnie i wydaje owoc zbawienia. Tu można przytoczyć przykład innej rośliny, bambusa rosnącego w Chinach. Bambusowe ziarno rzucone w ziemię przez pięć lat jest niewidoczne na powierzchni ziemi. Przez te lata ziemia, gdzie jest zasiane ziarno winna być pielęgnowana, podlewana i nawożona. Po pięciu latach wychyla się ziemi delikatny pęd, który zaskakuje wszystkich gwałtownym wzrostem. W przeciągu sześciu tygodni osiąga wysokość prawie 30 metrów. Przez pierwsze pięć lat ziarno bambusa buduje system korzeniowy, który pozwala później na tak szybki wzrost. Tak jest i z Królestwem Bożym. Ziarno tego królestwa zostało zasiane w nas w czasie chrztu świętego. Tak jak ziarno bambusa winniśmy rozpocząć budowanie tego królestwa w naszym wnętrzu. Ziarno tego królestwa musi głęboko zakorzenić się w naszej duszy i gdy przyjdzie czas zadziwi świat swym ogromem wzrostem. Ziarno zakorzenia się naszej duszy przez całkowite zaufanie Bogu w myśli słowie i uczynku oraz cierpliwe czekanie na duchowy owoc. Nieraz pytamy, dlaczego zasiane ziarno nie wydaje w nas oczekiwanego owocu, wzrostu Królestwa Bożego. Różne mogą być tego przyczyny. Najczęściej jednak powodem jest skamieniała gleba naszej duszy, na której ziarno nie może się zakorzenić. Innym powodem jest zachwaszczona grzechem gleba naszej duszy. Chwast zagłusza kiełkujące ziarno królestwa Bożego (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

ŚWIĘTY WAWRZYNIEC DIAKON  

Prorocy Starego Testamentu często mówili o nadejściu Królestwa Bożego, które będzie oparte na sprawiedliwości, prawdzie i miłości. Chrystus rozpoczął budowanie tego Królestwa na ziemi od przemiany ludzkich serc. Nie mówił On o Królestwie Bożym w znaczeniu politycznym, jak tego oczekiwali Żydzi, ale w znaczeniu religijno- moralnym. W sercu człowieka rozpoczyna się budowanie królestwa Boga lub królestwa Szatana. Zasiane ziarno tego Królestwa wzrasta tu na ziemi, ale swą pełnię osiąga w niebie. Chrystus naucza o Królestwie Bożym przez przypowieści, jedną z nich jest przypowieść o ziarnku gorczycznym. To maleńkie ziarenko Królestwa Bożego, jeśli padnie na podatny grunt ludzkiego serca wyrasta na olbrzymie drzewo. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa widzimy spektakularny rozwój Kościoła, który jest miejscem realizacji Królestwa Bożego. Działo się to w pierwszym rzędzie za sprawą łaski bożej oraz ludzi, którzy otwartym sercem przyjmowali ziarno słowa Bożego i męczeńską krwią dawali świadectwo swojej wiary. Pośród licznych męczenników tamtych czasów szczególnym blaskiem jaśnieje św. Wawrzyniec Diakon.

Nie wiele znamy wielu faktów z życia św. Wawrzyńca, a te, które znamy mówią głównie o męczeństwie Świętego zapisanym w „Aktach Męczeństwa”. Św. Wawrzyniec urodził się w 230 roku w Huesca w północnej Hiszpanii. Zamożni i pobożni rodzice, Arencjusz i Pacjencja przekazali synowi szczere umiłowanie Chrystusa. W młodym wieku Wawrzyniec przybył do Rzymu, gdzie został jednym z siedmiu diakonów papieża Sykstusa II. Ponadto papież powierzył mu administrację dobrami kościelnymi oraz opiekę nad ubogimi mieszkańcami Rzymu, co świadczy o tym, że papież cenił młodego diakona i miał do niego wielkie zaufanie. Wawrzyniec wiernie pełnił diakońską służbę ołtarza, nie zapominając o biednych i potrzebującym, którym służył dobrami osobistymi, jak i też dobrami mu powierzonymi.

W 257 roku, za panowania cesarza Waleriana wybuchło nowe prześladowanie chrześcijan, którzy czcząc jedynego Boga odmówili składania ofiar Marsowi, który był czczony jako opiekuńcze bóstwo Rzymu. W pierwszym rzędzie prześladowanie dotknęło papieża Sykstusa II, który 6 sierpnia 257 roku, podczas celebracji eucharystii w katakumbach, został aresztowany. Papieżowi, prowadzonemu na miejsce kaźni towarzyszył diakon Wawrzyniec. Z bólem i żalem wołał: „Dokądże idziesz ojcze, bez swego syna? Dokądże spieszysz kapłanie bez swego diakona. Dawniej niezwykłeś był wstępować na ołtarz bez swego sługi, a teraz chcesz się beze mnie obyć? Czyż cię obraziłem? Czyż w czymkolwiek uchyliłem swojej powinności? Poddaj mnie próbie, czyś we znalazł odpowiedniego sługę do szafarstwa krwi Pana naszego i nie wyłączajże mnie teraz od uczestnictwa w twojej śmierci”. Wzruszony papież pocieszał diakona: „Wszakże ciebie nie opuszczam, synu mój, trudniejsze walki czekają ciebie; ja bezsilny starzec lekką podejmę mękę, aby się dostać na tamten świat, lecz ty będziesz wstawiony na krwawe boje; przestań płakać Lewito, po trzech dniach połączysz się ze mną”. Po tych słowach ucałował Wawrzyńca i jeszcze tego samego dnia poniósł męczeńską śmierć.

Wawrzyniec został umęczony kilka dni później, a to ze względu na pełnioną funkcję zarządcy dóbr kościelnych. Oprawcy chcieli wydobyć z niego jak najwięcej informacji na temat posiadłości kościoła. Dano Wawrzyńcowi kilka dni, aby zgromadził dobra kościelne i przekazał je urzędnikom cesarskim. Jednakże przezorny diakon, jak mówi tradycja wcześniej rozdał wszelkie dobra ubogim, po czym powiedział prefektowi, że może mu pokazać skarby kościoła. Zadowoleni oprawcy z ochotą wyruszyli za Wawrzyńcem, aby zabrać te skarby. Niebawem ich zadowolenie przerodziło się w rozczarowanie i jeszcze większą nienawiść do diakona. Zaprowadzi ich, bowiem do biedaków, kalek, mówiąc do prefekta: „Bierz je, więc na pożytek rządu, cesarza i własną korzyść; złoto, którego pragniesz jest źródłem wszystkiego zła; dla złota ludzie pozbywają się wstydu, wyrzekają się uczciwości, łamią wiarę, mącą pokój, przestępują prawa. Takiej trucizny dawać ci nie chciałem, więc oddałem majątek kościelny w ręce ubogich, ażeby go złożyli w skarbnicy niebieskiej, gdyż występki i namiętności są im obce. Miej, przeto staranie i pieczę nad tymi ulubieńcami naszymi, a tym samym przysłużysz się rządowi, cesarzowi i sobie samemu”.

Rozwścieczony prefekt jeszcze raz usiłował przymusić Wawrzyńca do zaparcia się Chrystusa i złożenia ofiary bożkom pogańskim, a po zdecydowanej odmowie wydał go katom, którzy poddali go wyszukanym i okrutnym torturom. Biczowano go skorpionami, przypalano na rozpalanej kracie. Wawrzyniec z niezwykłą mocą, odwagą i pogodą ducha znosił cierpienie. Tradycja mówi, że przypiekany na kracie zwrócił się do prefekta tymi słowami: „Każ mnie teraz na druga stronę odwrócić, bo ta część się już dostatecznie upiekła”. Ta nadzwyczajna wytrwałość Świętego w mękach i gorące modły, jakie zanosił do Boga sprawiły, że nawet kilku żołnierzy obecnych w czasie tortur uwierzyło w Chrystusa. Umierając na rozpalonej kracie modlił się o nawrócenie Rzymu i rozszerzenie wiary Chrystusowej w świecie. Pod koniec swej męki, z rozpogodzonym obliczem i oczyma wzniesionymi ku niebu oddał ostatnie tchnienie. Było to 10 sierpnia 258 roku. Ciało Świętego pogrzebał ze czcią św. Justyn, kapłan. Grób św. Wawrzyńca od samych początków należał do najczęściej nawiedzanych. Za czasów cesarza Konstantyna I Wielkiego wystawiono ku czci św. Męczennika bazylikę. W późniejszym czasie w Rzymie zbudowano kilkanaście kościołów ku czci świętego Wawrzyńca, co świadczy o wielkiej jego popularności wśród mieszkańców Wiecznego Miasta. Imię św. Wawrzyńca zostało włączone do Kanonu Mszy świętej i do litanii do Wszystkich Świętych. Św. Augustyn pisze, że za wstawiennictwem św. Wawrzyńca, Bóg działał liczne cuda wśród mieszkańców Rzymu, przywodząc przez to wielu z nich do Chrystusa. Wierzono, że wstawiennictwo św. Wawrzyńca doprowadziło do zmierzchu pogańskich bogów w stolicy Cesarstwa Rzymskiego i zwycięstwa wiary w Chrystusa.

Św. Diakon Wawrzyniec jest patronem ludzi ubogich, piekarzy, kucharzy, bibliotekarzy, rolników, a nawet pszczelarzy. Święty Wawrzyniec wzywany jest również w czasie bólów reumatycznych i w czasie pożarów (z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

O ŻYWYCH MOWA POGRZEBOWA

Gdybyśmy poważnie traktowali mowy pogrzebowe, to w wielu przypadkach byśmy mogli ulec złudzeniu, że najlepsi ludzie odchodzą, a przy życiu zostaje miernota. Zapewne takie podejście do zmarłych dyktuje przekonanie, że o zmarłych mówimy tylko dobrze, albo wcale nie mówimy. A także i dlatego, że zmarły nie jest już dla nas konkurentem, zagrożeniem a zatem możemy go chwalić, bo przy okazji inni zauważą nasza „szlachetność”, przejawiającą się w pozytywnym mówieniu, nawet o naszym przeciwniku. Dla zmarłego, takie wygłupy przy trumnie nie mają prawdopodobnie żadnego znaczenia, bo stoi on w całej prawdzie przed Trybunałem, który nie liczy się z ludzkimi względami. Dla wierzących jest to zasadniczy powód, aby osądzanie człowieka zostawić samemu Bogu, który zapewne z politowaniem patrzy na ludzkie zabieganie, aby pokazać się zewnętrznie, że jest się kimś nadzwyczajnym, wyjątkowym. Bóg patrzy na duszę człowieka i tam szuka jego wielkości. Zmarły stając przed trybunałem Najwyższego doświadcza prawdziwości słów proroka Ezechiela z pierwszego czytania na dzisiejszą niedzielę: „I wszystkie drzewa polne poznają, że Ja jestem Panem, który poniża drzewo wysokie, który drzewo niskie wywyższa, który sprawia, że drzewo zielone usycha, który zieloność daje drzewu suchemu. Ja, Pan, rzekłem i to uczynię”. Wielkość człowieka nie jest z ludzkiego nadania, ale wielkości ducha, który wspina się drogą przykazań do miary, jaką wyznacza nam Bóg.

Gorzej dzieje się gdy mowy pogrzebowe wygłaszane są o żywych, z racji różnych okazji, jak jubileusze, czy awanse. Chwalony może uwierzyć w to wszystko i popaść w pychę, która jest matką wszelkich grzechów. Św. Jan Paweł II ukazuje trzy główne źródła pychy.  W Adhortacji Redemptoris donum czytamy: „Egoistyczne dążenie do panowania a nie do służenia”. Jeśli władza nie stanie się służbą wtedy w 100% ma rację John Emerich Edward Dalberg-Acton – angielski historyk, filozof polityczny, teoretyk wolności i polityk, który powiedział: „Każda władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje absolutnie”. Drugie źródło pychy Święty wskazuje w Encyklice Fides et ratio. „Człowiek chce nadać własnej wizji, niedoskonałej i zawężonej przez wybór określonej perspektywy, rangę interpretacji uniwersalnej”. Według pyszałka nikt poza nim nie może mieć swojego zdania, gdyż on jest autorytetem na piedestale, na którym postawił się sam lub inni ludzie. Trzecie źródło pychy wskazuje św. Jan Paweł II w Encyklice Veritatis splendor. Ten rodzaj pychy rości sobie prawo do „samodzielnego decydowania o tym, co dobre, a co złe, prowadzi do braku ufności w mądrość Boga, który przez prawo moralne kieruje człowiekiem”. Przejawem takiej pychy są wszelkie ustawy, które podważają prawo Boże oraz nasze osobiste zdanie, które staje się dla nas ważniejsze niż Boże przykazania.

Św. Paweł w 2 Liście do Koryntian przypomina nam, że kiedyś staniemy przed Bogiem, odarci z wszelkiego blichtru wielkości kreowanej przez pychę, aby zdać sprawę z własnego życia: „Dlatego też staramy się Jemu podobać, czy to gdy z Nim jesteśmy, czy gdy z daleka od Niego. Wszyscy bowiem musimy stanąć przed trybunałem Chrystusa, aby każdy otrzymał zapłatę za uczynki dokonane w ciele, złe lub dobre”. Świadomość zdania sprawy z życia przed trybunałem Bożym może być bodźcem do właściwej oceny samego siebie i bliźniego oraz postawienia sobie pytania: Z czym stanę przed Bogiem? To przypomnienie pozwoli także właściwie ocenić nasze relacje z bliźnimi, jak w poniższym wydarzaniu. Do zakrystii przyszła starsza pani i chciała zamówić mszę św. za swoja synową. Piękna to rzecz – teściowa modli się za synową. Ale w tym wypadku było inaczej. Teściowa zaczęła skarżyć się na swoją synową, przedstawiając ją jako wcielonego diabła. „Czy mógłby ksiądz odprawić Mszę św., aby moja synowa zmarła i to okrutnych męczarniach. Zaskoczony ksiądz powiedział, że takiej intencji nie może przyjąć, bo to nie jest po bożemu. Ale teściowa nie dała za wygraną, mówiąc, że złoży hojną ofiarę. Ksiądz chwilę się zastanowił i zgodził się na odprawienie Mszy, proponując niewielką zmianę w sformułowaniu intencji: „Niech pierwsza umrze ta, która jest bardziej podła”. Zaskoczona teściowa, po chwili zastanowienia odpowiedziała: „Nie zgadzam się na to. To za duże ryzyko’. Gdybyśmy mieli taką świadomość, to z pewnością nie ryzykowalibyśmy, wybieraniem ludzkiej, próżnej chwały.

David Brooks, publicysta New York Timesa pisze o dwóch rodzajach cnót, którymi kieruje się człowiek. Pierwsze z nich mają charakter bardziej zewnętrzny i są wyliczane, gdy staramy się o pracę i chcemy się jak najlepiej zaprezentować, nagłaśniamy je, aby osiągnąć prestiż społeczny, czy zawodowy. Wymienianie tych zalet ma coś z oficjalnej mowy pogrzebowej, w które wymienia się różne życiowe osiągnięcia. Drugi rodzaj zalet i cnót bardziej związany jest z nasza osobowością. Przybliżają one nas do drugiego człowieka. Są nimi dobroć, miłość, życzliwość, dobry charakter. Te ostanie w naszym życiu są ważniejsze. Autor pisze: „Nasza kultura i nasze systemy edukacyjne poświęcają więcej czasu i uwagi, jak opanować umiejętność i strategię potrzebą do osiągnięcia sukcesu zawodowego, zrobienia kariery. Mniej zaś uwagi poświęca się sprawom wewnętrznym, duchowym, które są konieczne w formowaniu szlachetnego charakteru. Wielu z nas bardzo dobrze wie, jak poukładać sprawy zewnętrzne w dążeniu do zrobienia kariery, ale zupełnie są bezradni, gdy chodzi o kształtowanie swojego charakteru według zasad moralnych. To może prowadzić do samozadowolenia i miernoty moralnej. Zewnętrznie wszystko układa się poprawnie. Inni może mówią, że wszystko jest OK, ale wraz upływem lat może nas ogarnąć bezsens życia. Pozbawiamy się radości życia, w wymiarze moralnym”. Brooks dodaje: „Nie rodzimy się dobrymi ludźmi, ale się nimi stajemy. Podziwiam tych, którzy powoli, korzystając z wartości duchowych i moralnych kształtują wewnętrzny świat duchowy, który owocuje szlachetnym charakterem”.

Wewnętrzne kształtowanie świata duchowego w oparciu o Boże przykazania jest budowaniem Królestwa Bożego, o którym mówi Ewangelia na dzisiejszą niedzielę: „Z czym porównamy królestwo Boże lub w jakiej przypowieści je przedstawimy? Jest ono jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane, wyrasta i staje się większe od innych jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki powietrzne gnieżdżą się w jego cieniu”.

Ziarno Królestwa Bożego zostało zasiane w nas w czasie chrztu świętego. Aby jednak rozrosło się w olbrzymie drzewo, dające także schronienie innym konieczny jest nasz wysiłek w jego budowaniu. Święty Jan Paweł II w Encyklice Redemptoris missio napisał: „ Królestwo ma na celu przekształcenie stosunków między ludźmi i urzeczywistnia się stopniowo, w miarę jak ludzie uczą się kochać, przebaczać i służyć sobie wzajemnie (…). Pracować dla Królestwa znaczy uznawać i popierać Boży dynamizm, który jest obecny w Ludzkiej historii i ją przekształca. Budować Królestwo znaczy pracować na rzecz wyzwolenia od zła we wszelkich jego formach. Krótko mówiąc, Królestwo Boże jest wyrazem i urzeczywistnieniem zbawczego planu w całej jego pełni” (Kurier Plus, 2014).

 

 

MIARA NASZEGO ŻYCIA

 Papież Franciszek, pozdrawiając telefonicznie pielgrzymów zdążających do Loreto powiedział: „Nikt z nas nie wie, jak długo będzie żył, jednak każde życie jest pielgrzymką. Nie można go przeżyć stojąc w miejscu”.

Wiele razy wyruszam na pielgrzymki z Nowojorskim Klubem Podróżnika. Kilka tygodni temu grupa wróciła z Włoch. Nawiedzili także Loreto. Program pielgrzymki był tak napięty, tak, że niektórzy pielgrzymowicze, chcieli nawet pominąć niektóre miejsca i tym samym zyskać trochę czasu na odpoczynek. Jednak Małgosia, opiekunka i przewodniczka grupy była nieustępliwa w tym względzie. Wszystko co zaplanowane trzeba było odwiedzić, przezwyciężając zmęczenie. Po pielgrzymce wszyscy zapomnieli o trudach i zmęczeniu a zapamiętali piękno odwiedzanych miejsc i to było dla nich najważniejsze. Podobnie jest w życiu. Możemy z lenistwa rozsiąść się wygodnie na kanapie i popijać piwo, unikając wymagających wezwań życiowych. Albo też przeciwnie, można przezwyciężać lenistwo i wygodnictwo i w utrudzeniu zdobywać nowe cele i wartości. Utrudzenie przeminie, a zostanie piękno i satysfakcja ze zdobytych wartości.

Aby pielgrzymka była udana trzeba opracować atrakcyjny program i później konsekwentnie go realizować. Gdy tego zabraknie, to wtedy nasze pielgrzymowanie nie prowadzi prosto do celu, co trafnie ujmuje Paulo Coelho w książce „Być jak płynąca rzeka”: „Co jest najśmieszniejsze w ludziach: Zawsze myślą na odwrót: spieszy im się do dorosłości, a potem wzdychają za utraconym dzieciństwem. Tracą zdrowie by zdobyć pieniądze, potem tracą pieniądze by odzyskać zdrowie. Z troską myślą o przyszłości, zapominając o chwili obecnej i w ten sposób nie przeżywają ani teraźniejszości, ani przyszłości. Żyją jakby nigdy nie mieli umrzeć, a umierają, jakby nigdy nie żyli”.

O program naszej pielgrzymki życiowej nie musimy się martwić. Jest on opracowany, co więcej sprawdza się w życiu. Wspomniany wyżej autor w książce „Alchemik” pisze: „Bóg wyznaczył na świecie dla każdego z nas szlak, którym musimy podążać. Wystarczy odczytać tylko co zapisał dla Ciebie.” Gdy odczytamy szlak naszego życia, wiemy, dokąd zdążamy i wtedy wszystko staje się prostsze i łatwiejsze. Pisze o tym Antoine de Saint-Exupéry: „Jesteśmy podobni do pielgrzymów, których nie męczy wędrówka przez pustynie, ponieważ ich serca zamieszkały już w Świętym Mieście.” Zaś św. Paweł Apostoł w Liście do Koryntian pisze co to znaczy zamieszkać w Świętym Mieście: „Mając ufność, wiemy, że jak długo pozostajemy w ciele, jesteśmy pielgrzymami, z daleka od Pana. Albowiem według wiary, a nie dzięki widzeniu postępujemy. Mamy jednak nadzieję i chcielibyśmy raczej opuścić nasze ciało i stanąć w obliczu Pana”. Celem naszej ziemskiej pielgrzymki jest „stanąć w obliczu Pana”.

W ostatniej pielgrzymce do Włoch uczestniczył mój przyjaciel Edzio, który ma własną firmę,. W pracy posługuje się między innymi metrówką. (Wyjaśnienie dla tych, którzy mentalnie przeszli już na cale. Metrówka to miara długości jednego metra podzielona na centymetry i milimetry). W czasie odwiedzin u Edwarda, gdy rozmowa uderza w tony sentymentalne i filozoficzne przyjaciel wyciąga metrówkę, palcem zaznacza 80 centymetrów, bo nie bierze pod uwagę możliwości dożycia setki. Potem pokazuje na miarce sześćdziesiąt parę centymetrów – jest to nasz wiek – i mówi: „Popatrz, jak niewiele nam zostało”. Rzeczywiście nie za dużo. A potem rozmowa schodzi na temat, jak najlepiej przeżyć ten czas, nie tylko myśląc o wieczności. Ja żartobliwie odpowiadam, że ta miarka nie przystaje do naszego życia, do którego trzeba przyłożyć markę, która sięga nieskończoności, wieczności a taka na pewno nie zmieści się nawet w jego dobrze prosperującej firmie.

Żart o miarce nieskończoności, tak naprawdę nie jest żartem, ale najprawdziwszą prawdą. Upewniają nas o tym przypowieści Jezusa o Królestwie Bożym, którego jesteśmy obywatelami. To Królestwo rozpoczęło się w Chrystusie: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże”. Od tych słów rozpoczyna Jezus swoją mesjańska misję i nauczanie o Królestwie Bożym, które wraz z Jezusem wkracza w nasze życie i dzieje człowieka, jest spełnieniem obietnicy zbawienia, którą Bóg dał Narodowi Wybranemu. Z miłości do człowieka Bóg otwiera dla nas bramy zbawienia Królestwa Bożego. To w nim dokonuje się zwycięstwo nad grzechem i szatanem, to w nim człowiek odnajduje mądrość i moc do pełnienia woli Bożej, która prowadzi nas bezpiecznie szlakiem ziemskiego pielgrzymowania. Królestwa Bożego, które rozpoczyna się w naszym życiu tu na ziemi a spełnienie znajdzie w wieczności.

W tej naszej pielgrzymce jest obecny Chrystus. O Jego obecności śpiewamy w jednej z piosenek: „On szedł w spiekocie dnia i w szarym pyle dróg, a idąc uczył kochać i przebaczać. / On z celnikami jadł, On nie znał, kto to wróg, / pochylał się nad tymi, którzy płaczą. / On przyjął wdowi grosz i Magdaleny łzy, / bo wiedział, co to kochać i przebaczać. / I późną nocą On do Nikodema rzekł, / że prawdy trzeba pragnąć, trzeba szukać. / Idziemy w skwarze dnia i w szarym pyle dróg, a On nas uczy kochać i przebaczać. / I z celnikami siąść, zapomnieć, kto to wróg, / pochylać się nad tymi, którzy płaczą. / Mój Mistrzu, / przede mną droga, którą przebyć muszę tak, jak Ty. / Mój Mistrzu, / wokoło ludzie, których kochać trzeba tak, jak Ty. Mój Mistrzu, / nie łatwo cudzy ciężar wziąć w ramiona tak, jak Ty. / Mój Mistrzu, poniosę wszystko, jeśli będziesz ze mną zawsze Ty”.

Istotę Królestwa Bożego Chrystus przybliża nam w przypowieściach. Przypowieść o ziarnku gorczycy. Maleńkie ziarnko gorczycy rozrasta się w duży krzew tak, że ptaki budują w jego gałęziach gniazda. Początki Kościoła, który jest widzialnym znakiem Królestwa Bożego były takie niepozorne. W niedługim czasie stał się on schronieniem, miejscem zbawienia tysięcy ludzi. Królestwo Boże obecne pośród nas jest tajemnicą naszego serca, która przejawia się na zewnątrz. Tę tajemnicę każdy musi sam odkryć w swoim życiu i odkrytą potwierdzić czynami. Początek naszej wiary, budowania Królestwa Bożego był także niepozorny. Miało to miejsce w czasie naszego chrztu, kiedy to „ziarno gorczycy” padło na glebę naszego serca. W niektórych sercach to ziarno rozrosło się do tak olbrzymich rozmiarów, że inni odnajdują w nim Królestwo Boże i umocnienie na drodze pielgrzymowania. W niektórych sercach to ziarno nie rozrasta się, nie daje schronienia nawet temu, w

którego sercu zostało zasiane. Bo zabrakło otwarcia na tajemnicę Królestwa Bożego. I o tym mówi kolejna ewangeliczna przypowieść na dzisiejszą niedzielę. Królestwo Boże podobne jest do zasianego ziarna, które w sposób tajemniczy, niezależnie od pory dnia, kiełkuje, rośnie aż do czasu żniw, czyli czasu Sądu Ostatecznego. Bóg kieruje wszystkim i wszystko ma sens. Mamy odczytywać wolę Bożą i za nią podążać. Kiedyś staniemy przed Bogiem, aby zdać z tego sprawę, a Bóg wyda wtedy wyrok ostateczny i sprawiedliwy (Kurier Plus, 2018).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *