12 Paź

28 niedziela zwykła Rok B

 

BOGACTWO I POWOŁANIE .                  

Gdy Jezus wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, pytał Go: „Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?” Jezus mu rzekł: „Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: «Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę»”. On Mu rzekł: „Nauczycielu, wszystkiego tego przestrzegałem od mojej młodości”. Wtedy Jezus spojrzał z miłością na niego i rzekł mu: „Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną”. Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości. Wówczas Jezus spojrzał wokoło i rzekł do swoich uczniów: „Jak trudno jest bogatym wejść do królestwa Bożego”. Uczniowie zdumieli się na Jego słowa, lecz Jezus powtórnie rzekł im: „Dzieci, jakże trudno wejść do królestwa Bożego tym, którzy w dostatkach pokładają ufność. Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa Bożego”. A oni tym bardziej się dziwili i mówili między sobą: „Któż więc może się zbawić?” Jezus spojrzał na nich i rzekł: „U ludzi to niemożliwe, ale nie u Boga; bo u Boga wszystko jest możliwe”. Wtedy Piotr zaczął mówić do Niego: „Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą”. Jezus odpowiedział: „Zaprawdę powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym” (Mk 10, 17-30). 

 Słowa Chrystusa o bogactwie przeraziły apostołów. Chrystus, widząc ich reakcję wypowiada się precyzyjniej na ten temat, nie chodzi tu o bogactwa jako takie, ale o stosunek człowieka do nich. Bogactwo staje się przeszkodą w osiągnięciu Królestwa Bożego, gdy zajmuje naczelne miejsce w życiu człowieka, który pokłada w nim bezgraniczną ufność. Ale mimo tego wyjaśnienia dla apostołów była to prawda zbyt szokująca, ponieważ dla nich i ich rodaków dostatek materialny był znakiem Bożego błogosławieństwa.

Chrystus przynosi nową rzeczywistość, która jest wypełnieniem proroctw Starego Testamentu. Ta rzeczywistość wymaga nieraz poświęcenia znaków Starego Przymierza na rzecz Ewangelii. Tak jak ma się sprawa z dobrami materialnymi, z których trzeba nieraz zrezygnować na rzecz wartości wyższego rzędu. Przykładem tego jest historia młodzieńca, który wiernie zachowując boże przykazania pragnie czegoś więcej, dlatego pyta Jezusa co ma robić aby osiągnąć życie wieczne. A wtedy Chrystus kieruje do niego słowa: „Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie”. Lecz młodzieniec odszedł zasmucony, miał bowiem duże posiadłości, z których ciężko mu było zrezygnować. Po odejściu młodzieńca, Chrystus wypowiedział słowa o bogactwie, które zacytowałem na wstępie.

Młodzieniec czuł w sobie powołanie do życia doskonalszego, a może tylko innego, ale nie podjął tego wezwania, bo na drodze stanęło bogactwo, które posiadał. Nie znamy dalszego losu ewangelicznego młodzieńca. Możemy tylko pytać, czy był szczęśliwy, zachowując swoje bogactwo, kosztem rozminięcia się ze swoim powołaniem?.

Odpowiedź na to pytanie możemy znaleźć w realiach współczesnych. Wielu w wyborze drogi życiowej kieruje się względami materialnymi, ignorując swe naturalne predyspozycje, które nazywamy powołaniem życiowym. Człowiek dokonując takiego wyboru zarabia nieraz duże pieniądze, ale ta praca nie przynosi mu satysfakcji i radości. Również jakość wykonywanej pracy nie przynosi spodziewanych rezultatów. Zaś wybór drogi życiowej zgodnie z powołaniem daje poczucie dobrze spełnionego obowiązku, również ci, dla których pracujemy są zadowoleni i mówią ten lekarz jest z powołania, ten ksiądz jest z powołania itd, takie określenie można odnieść do każdego zawodu czy stanu. Realizacja powołania ma swe konsekwencje w Królestwie Bożym. Rozmijając się z powołaniem można zachować pieniądze, jak ten ewangeliczny młodzieniec, ale zabraknie wtedy radości z dobrze przeżytego życia..

Kardynał Newman spotkał swego przyjaciela, dla którego rzeczywistość Boga była czymś odległym, najważniejsze były sprawy materialne, one się tylko liczyły. Bóg w jego codziennym zabieganiu nie istniał. W czasie dyskusji na ten temat Newman napisał na kartce słowo „Bóg” następnie zakrył złotą monetą i zapytał: A teraz co widzisz? Widział tylko złoty pieniądz. Z codziennego życia możemy przytoczyć wiele przykładów kiedy bogactwo przesłania człowiekowi rzeczywistość nadprzyrodzoną, a człowiek staje się bezduszną maszyną do robienia pieniędzy. Wtedy rzeczywiście wielbłądowi łatwiej jest przejść przez ucho igielne niż takiemu bogaczowi wejść do Królestwa Niebieskiego. Tak na marginesie wyjaśnienie zwrotu „ucho igielne”. W murach starożytnej Jerozolimy była jedna bardzo mała brama, przez którą mógł przecisnąć się człowiek, tę bramę zwano uchem igielnym. Chrystus użył obrazu tej bramy w przypowieści ewangelicznej.

Do rabina przyszedł sąsiad z następującym problemem:

– Mistrzu ja tego nie rozumiem: Przyjdziesz do biednego, to jest on serdeczny i gotowy do pomocy, gdzie tylko może. Przyjdziesz zaś do bogatego, to on nawet cię nie zauważy. Co to jest z tym pieniądzem? Rabin podumał trochę a potem rzekł:

– Podejdź do okna! Co widzisz?

-Widzę kobietę z dzieckiem i wóz jadący na jarmark.

-Dobrze. A teraz podejdź do lustra! Co widzisz?

-Hm, co mam widzieć? Siebie samego.

-Popatrz: okno jest zrobione ze szkła i lustro jest zrobione ze szkła. Wystarczy tylko trochę srebra z jednej strony i już widzisz jedynie samego siebie.

W tym momencie przypominam sobie niejedno spotkanie podczas, którego mój rozmówca żalił się na swego przyjaciela, który po przyjeździe do USA nie wiele miał pieniędzy, ale za to miał w sobie tyle serdeczności, był wyrozumiały, można było z nim porozmawiać. A teraz gdy mu się powiodło materialne zadziera nosa i nawet mnie nie poznaje na ulicy, uważa że już należy do wyższej klasy ludzi.

Pewien hinduski bogacz umarł nagle i obudził się ku swemu zadowoleniu w raju. Suto zastawiony stół wyglądał obiecująco i cieszył nie tylko oko. Nic dziwnego, że bogacz zapytał o warunki uczestnictwa w tej uczcie.

-To wszystko kosztuje niewiele: jedną rupię- odpowiedział anioł. Ucieszył się z tego bogacz, miał jeszcze bowiem w oczach swoje nieprzebrane ziemskie dobra. Kiedy jednak chciał wręczyć należność, powiedziano mu z politowaniem:

-Niewiele nauczyłeś się na ziemi. U nas ważne są tylko te pieniądze, które podarowałeś.

Wtedy posmutniał bogacz, gdyż w jednej chwili stał się biedny jak mysz kościelna. uprzytomnił sobie, że nigdy nic nikomu nie ofiarował.

Bogacz posmutniał jak ewangeliczny młodzieniec. Zaufał swym bogactwom, one przesłoniły mu Boga i człowieka. Radość posiadania bogactwa z powodu niewłaściwego użycia go zamieniła się w rozpacz (z książki Ku wolności).

 

             

BOGACI I KRÓLESTWO BOŻE

Modliłem się i dano mi zrozumienie, przyzywałem, i przyszedł na mnie duch mądrości. Przeniosłem ją nad berła i trony i w porównaniu z nią za nic miałem bogactwa. Nie porównałem z nią drogich kamieni, bo wszystko złoto wobec niej jest garścią piasku, a srebro przy niej ma wartość błota. Umiłowałem ją nad zdrowie i piękność i wolałem mieć ją aniżeli światło, bo nie zna snu blask od niej bijący. A przyszły mi wraz z nią wszystkie dobra i niezliczone bogactwa w jej ręku (Mdr 7, 7-11).

W ostatnim czasie ukazały się w Polsce cztery moje książki. Kupujący zadają mi nieraz pytanie, która z nich jest najlepsza? Odpowiedź nie jest dla mnie łatwa, gdyż uważam, że nie ma wśród nich lepszych i gorszych. Czytelnicy sami decydują o swoim wyborze. A ten wybór jest jednoznaczny. Największą popularnością cieszy się książka pt. „Aby mądrzej żyć”. W Polsce był jej dodruk, w Nowym Jorku w ogóle jej nie ma na półkach księgarskich. Podejrzewam, że ta książka, w pewnej mierze jest kupowana ze względu na tytuł. Któż z nas nie chciałby mądrzej żyć? Szukamy recept na mądre życie. Mądre życie często jest utożsamiane z życiem szczęśliwym. A to szczęście ma być trwalsze niż piękno porannej rosy, która jak diament igra ze słońca promieniami. Jest wiele książek, w których możemy znaleźć mądre rady, pouczające przykłady i jasność, która jest w stanie rozpromienić mroczność naszych serc. Najpopularniejszą z nich jest księga wszechczasów, Biblia. Od tysięcy lat pochyla się nad nią człowiek, aby później wyprostować się i promiennym okiem, w którym tli się iskierka nadzwyczajnej mądrości, dojrzeć inny, prawdziwy wymiar człowieczeństwa i całego Wszechświata.

W Biblii znajdziemy różne rady. Są takie, które po pobieżnym przeczytaniu wyglądają jak wskazówki, przestrogi, zalecenia, których celem jest poprawne ułożenie naszych relacji z ludźmi. Najwięcej znajdziemy ich w Księdze Przysłów i Księdze Mądrości. Przytoczę kilka sentencji jako ilustrację i zachętę do sięgnięcia po Biblię. „Do mrówki udaj się leniwcze, patrz na jej drogi: bądź mądry: nie znajdziesz u niej zwierzchnika ni stróża żadnego, ni pana, a w lecie gromadzi swą żywność i zbiera swój pokarm we żniwa’. „Kto napomnienia lubi, kocha mądrość, kto nagan nie znosi, jest głupi”. „Koroną męża jest dzielna żona, a próchnicą jego kości – bezwstydna”. „Lepiej być prostym, ale mieć pracę, niż pysznić się nie mając chleba”. „Głupi uważa swą drogę za słuszną, ale rozważny posłucha rady”. „Rozumny swą wiedzę ukrywa, serce niemądrych głosi głupotę”. „Kto z mądrym przystaje – nabywa mądrości, towarzysz głupców poniesie szkodę”. „Od człowieka głupiego się odsuń: rozumnych warg tam nie znajdziesz”. „Każdy trud przynosi zyski, gadulstwo – jedynie biedę”. „Życiem dla ciała jest serce spokojne, próchnieniem kości jest namiętność”. „Lepsze jest trochę jarzyn z miłością niż tłusty wół z nienawiścią”. „Od nieprawych jest Pan daleko, modlitwy prawych On usłyszy”.

Te i im podobne wskazania są jakby po drodze do zdobycia najważniejszej mądrości, która wyraża się w wierności bożym przykazaniom. Owocem tej mądrości jest wieczność. Bez tej perspektywy trudno jest mówić o pełni szczęścia. Dlatego mądrość zdobywana o obliczu Boga była i jest najważniejszą dla człowieka Biblii. Za natchnieniem Bożym autor Księgi Mądrości napisze: „Modliłem się i dano mi zrozumienie, przyzywałem, i przyszedł do mnie duch mądrości. Przeniosłem je nad berła i trony i w porównaniu z nią za nic miałem bogactwa. Nie porównałem z nią drogich kamieni, bo wszystko złoto wobec niej jest garścią piasku, a srebro przy niej ma wartość błota”. Tak wielka wartość mądrości może być zrozumiana tylko w perspektywie upragnionej przez człowieka wieczności. O wieczność pyta człowiek z fragmentu Ewangelii zacytowanego na wstępie. „Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?” Chrystus wskazuje na przykazania boże, w których zawarta jest mądrość otwierająca przed człowiekiem bramy nieba. Ale młodzieniec chciał kroczyć drogą jeszcze doskonalszą. Wtedy Jezus spojrzał na niego z miłością i powiedział: „Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie”. Młodzieniec był bogaty, trudno było mu rozstać się ze swoim bogactwem. Czuł w sobie powołanie do życia doskonalszego, ale posiadłości stanęły na drodze jego realizacji. I jak mówi Ewangelia spochmurniał i odszedł zasmucony. Czy osiągnął zbawienie? Czy był w życiu szczęśliwy? Odpowiedzią na te pytania nich będzie poniższa historia.

Były senator USA Bill Bradley w swojej książce „Values of the Game” opisuje takie zdarzenie. Pewnego razu, w Chicago po skończonej grze w piłkę, podszedł do niego człowiek i zapytał go: „Czy ty naprawdę lubisz grać w piłkę?” „To jest moja pasja, mogę nawet teraz zacząć grę od nowa”- odpowiedział Bradley. „To wspaniałe”- mówi mężczyzna – „Wiesz, ja kiedyś grałem na trąbce. Myślę, że wiem co czujesz. Grałem w małym zespole muzycznym. Byliśmy bardzo dobrzy. Graliśmy na uczelni w każdy weekend. Na ostatnim roku nasz zespół otrzymał propozycję odbycia tournee artystycznego i nagrania płyty. Wszyscy się zgodzili z wyjątkiem mnie”. „Dlaczego się nie zgodziłeś”- pyta Bradley. „Mój ojciec sądził, że nie jest zbyt pewne zajęcie, nie daje stabilności finansowej, życiowej. Nie byłem pewien, co o tym sądzić. Zgodziłem się jednak z ojcem, że ten styl życia może być dobry na jakiś krótki czas. Ciągle jesteś w drodze. Żadnej pewności, co do następnej pracy. Nie możesz do końca zaplanować swojego życia. Dlatego poszedłem studiować prawo i całkowicie porzuciłem grę na trąbce. A teraz nie mam na to czasu”. „Czy lubisz prawo?” – pyta dalej Bradley. „Jest w porządku, ale jest ono niczym w porównaniu z grą na trąbce”- odpowiada młody mężczyzna. Prawdopodobnie ten młody człowiek najpełniej zrealizowałby się jako muzyk. Wykonywałby to, co lubi i byłby szczęśliwszy. Jednak wybrał prawo, bo ukończenie studiów prawniczych dawało szansę dobrze płatnej pracy i poczucie stabilności życiowej. Nie sięgnął wyżej, bo bał się ryzyka. Według niego życie zażądało od niego zbyt wielkiego wyrzeczenia. Zapewne prowadzi teraz dostatnie życie, a głos trąbki dociera do niego jako wyrzut niespełnionego powołania.

Ewangeliczny młodzieniec na drodze przykazań bożych miał szansę zrealizowania swego życia. Ale czy nie zabrakło mu radości, która stałaby się jego udziałem, gdyby poszedł za wezwaniem Jezusa. A może ten smutek, z którym odszedł padł nie tylko na jego życie doczesne, ale także na wieczność. Bóg zsyła nam dobre natchnienia. Jesteśmy nieraz pewni, że pójście za ich głosem dałoby nam radość i poczucie spełnionego życia. Jednak czasami zdradzamy te natchnienia, bo zbyt bardzo przyzwyczailiśmy do obecnego stylu życia, powstrzymują nas uwarunkowania materialne. Nie stać nas na ryzykowną decyzje. Pozostajemy na mniejszym. A szlachetne natchnienia umierają w nas, a wraz z nimi umiera najlepsza cząstka naszej osobowości.

W krąg szlachetnych natchnień wpisuje się wezwanie Chrystusa wyboru doskonalszej drogi życia. A człowiek czasami głuchnie całkowicie na boże wskazówki. Tak wygodnie urządził się w tym życiu, że nawet nie chce myśleć o innym. Do ludzi dotkniętych taką głuchotą Chrystus kieruje słowa: „Jak trudno jest bogatym wejść do Królestwa Bożego”. Samo bogactwo nie jest przeszkodą w osiągnięciu Królestwa Bożego. Wszystko zależy od naszej postawy wobec dóbr materialnych. Prawdopodobnie, gdy staniemy przed Bogiem nie będzie ważne ile posiadaliśmy bogactw, ale jak ich używaliśmy (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

RADOŚĆ UCZTOWANIA

Żywe jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca. Nie ma stworzenia, które by było przed Nim niewidzialne, przeciwnie, wszystko odkryte i odsłonięte jest przed oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek (Hbr 4, 12-13).

Z wielkim sentymentem wspominam sobotnie popołudnia z lat dzieciństwa.  A to, dlatego, że kończyły się prace na roli, w które rodzice włączali także swoje dzieci. Odbierałem to wtedy, jako uciemiężenie, a dzisiaj patrzę na to całkiem inaczej. To dzięki angażowaniu nas do prac gospodarskich nauczyliśmy się pracowitości i odpowiedzialności. To była wspaniała lekcja i najlepsze przygotowanie do życia. Wracajmy jednak do sobotniego popołudnia.  Najczęściej wykonywaliśmy wtedy lżejsze prace i to najczęściej w domu i przy domu. Dzieciom przypadały prace porządkowe. Trzeba było wygrabić podwórze i pozamiatać obejście domowe. Czasami, mama wysyłała nas w pole, abyśmy przynieśli kapusty, ziemniaków czy pietruszki. Bo było to potrzebne mamie, która krzątała się przy piecu chlebowym i kuchni. Pachniało świętem i ucztą, gdy mama piekła chleb, pierogi gryczane, kaszankę, robiła także galaretę, dając nam smakowite kostki do obgryzienia.  A później było mycie szczotką ryżową podłogi w domu. W końcu, późnym wieczorem mama brała się za nas. Nalewała wody do miednicy i szorowała nasze głowy i nogi zapuszczone tygodniowym bieganiem boso. Sobotni wieczór w moim domu pachniał czystością i ucztą.  A to wszystko było przygotowaniem do niedzieli, która była wyjątkowym dniem w życiu mojej rodziny.

W niedzielę mama wyciągała z szafy lub kufra najlepsze ubrania i buty zwane niedzielnymi, w których chodziło się tylko do kościoła na Mszę św. Odświętnie ubrani szliśmy do kościoła na Mszę św., w czasie której, przed komunią wszyscy z nabożną czcią klękaliśmy, a kapłan podnosił biały kawałek chleba i mówił: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata. Błogosławieni, którzy zostali wezwani na ucztę Baranka”. Też mi uczta, kawałek białego chleba, który spożywają tylko niektórzy, a wino pije tylko ksiądz. Nie trudno sobie wyobrazić takie myślenia dziecka, które jeszcze nie znało tajemnicy, kryjącej się pod postacią białego kawałka chleba. Aby zrozumieć tajemnicę tej ucztę, czy raczej uchylić jej rąbek trzeba trochę czasu i wysiłku poznania. Obraz rodzinnego stołu i ołtarza w kościele, gdzie miała miejsce uczta baranka prowadzi nas do uczty niebieskiej, uczty królestwa Bożego, o której mówią dzisiejsze czytania liturgiczne. W tym zrozumieniu pomagają nam różne zdarzenia życiowe. Dla mnie jednym z takich zdarzeń było odejście na ucztę niebieską moich rodziców. Oni nakrywali do uczty stół w moim domu rodzinnym i dziękowali za te dary Bogu. Oni prowadzili mnie na tajemniczą ucztę Baranka w kościele. Oni też pomagali mi przedrzeć przez zasłonę chleba Eucharystycznego, aby sięgnąć uczty nieba.

Przez długie lata Bog przygotowywał naród wybrany do zrozumienie tajemnicy uczty Królestwa Bożego. Zacytowany na wstępie, prorok Izajasz wpisuje się w tę wielką lekcję odkrywania tajemnicy uczty niebieskiej, która nie ma końca i przy stole, której zasiada sam Bóg. Izajasz w sposób obrazowy mówi o szczęściu uczestnictwa w tej uczcie. Tłuste mięso i wyborne wino są zapowiedzią wspaniałej uczty.  Ale to nie potrawy są głównym powodem radowania się. Ten, który zaprasza na ucztę „Raz na zawsze zniszczy śmierć”. Śmierć sprawia, że wszelkie uczy ziemskie, nawet najbardziej dostanie mają zasadniczy brak, który najczęściej zauważamy podczas kolejnego spotkania, na którym widzimy puste miejsce po kimś, kto jeszcze nie tak dawno zasiadał z nami. Prorok zapowiada ucztę, nad którą nie będzie unosił się cień śmierci, bo śmierć zostanie pokonana.  Na tę ucztę zaprasza i prowadzi sam Bóg. Psalmista z radością wyśpiewuje: „Pan jest moim pasterzem, niczego mi nie braknie.  Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia moją duszę. Chociażbym przechodził przez ciemną dolinę, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”.  A św. Pawel w drugim czytaniu w liście do Filipin pisze, że Bóg przez Chrystusa zastawia dla nas tę ucztę: „A Bóg mój według swego bogactwa zaspokoi wspaniale w Chrystusie Jezusie każdą waszą potrzebę”.

Do wizji proroka Izajasza nawiązuje Chrystus w ewangelicznej przypowieści o zaproszonych na ucztę. Król wyprawił ucztę weselną dla swego syna i zaprosił na nią gości. A ci zaczęli się wymawiać. Mówili, że nie mają czasu na ucztowanie, bo są zajęci albo polem albo kupiectwem. A niektórzy z zaproszonych znieważyli i zabili wysłanników oraz syna króla. „Na to król uniósł się gniewem. Posłał swe wojska i kazał wytracić owych zabójców, a miasto ich spalić”. Jest to przypowieść o Mesjaszu, Synu Bożym, którego Bog posłał do ludzi z misją zbawienia. Bog zamieszkał pośród nas. Zasiadł niejako z nami na uczcie. Czyż może być większa radość niż ta, która płynie ze świadomości, że Bóg jest przy mnie i chce mnie zbawić? Na tę ucztę zostali wezwani w pierwszym rzędzie, ci którzy pierwsi poznali prawdziwego Boga, którzy byli z Nim związani. Ale ci odmówili przyjścia na ucztę, co więcej zabijali wysłanników Boga. Chrystus skierował tę przypowieść do konkretnych ludzi w konkretnym czasie. Jednak, będąc Bogiem nie był ograniczony czasem. To co było, to co jest, to co będzie jest dla Niego „teraz”. W tym ponadczasowym widzeniu Jezus dostrzegał także ucztę przy ołtarzu, kiedy kapłan podnosił biały kawałek chleba i mówił: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata. Błogosławieni, którzy zostali wezwani na ucztę Baranka”. Chrystus w ponadczasowym widzeniu dostrzegał rzesze męczenników, poczynając od św. Szczepana, którzy zostali zamordowani tylko dlatego że zapraszali na „ucztę Baranka”. Chrystus zapewne widział zburzenie Jerozolimy, do której w pierwszym rzędzie zostało skierowane zaproszenie. I tu rodzi się pytanie, czy aby nie w tym momencie spełniła się przepowiednia z ewangelicznej przypowieści: „…kazał wytracić owych zabójców, a miasto ich spalić”. Czy nie spełnia się ta przypowieść, gdy patrzymy na pożogę II wojny światowej i zrównane z ziemią miasta przez tych, którzy odrzucili zaproszenia na ucztę Boga miłości? To fakt, że cierpieli niewinni, ale ostatecznie przemieniło się to w tragedię całej ludzkości.  Zapewne Chrystus widział dzisiejszego człowieka, który wymawia się na różne sposoby od przyjścia na Jego ucztę

A teraz przejdźmy do drugiej części ewangelicznej przypowieści. Potem król zaprosił na ucztę wszystkich. „Słudzy ci wyszli na drogi i sprowadzili wszystkich, których napotkali: złych i dobrych. I sala zapełniła się biesiadnikami”. Król wszedł do sali i zobaczył człowieka, który nie był ubrany w strój weselny. I wydał wtedy rozkaz: „Zwiążcie mu ręce i nogi i wyrzućcie go na zewnątrz w ciemności. Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”. Jeśli ktoś zdecyduje na udział w tej uczcie powinien być odpowiednio „ubrany” to znaczy winien przyjąć naukę Chrystusa w całej rozciągłości. I żyć według niej. Podczas wieczornego czuwania modlitewnego we Fryburgu papież Benedykt XVI powiedział do niemieckiej młodzieży: „Kościołowi szkodzą nie jego przeciwnicy, ale <letni> chrześcijanie”.  A wiec ludzie, którzy weszli na ucztę Baranka z bagażem swoich poglądów, które są przeciwne Ewangelii i nauce Kościoła.  Są między innymi za eutanazją, aborcją, rozwodami, swobodą seksualną…..  Bóg jest jednak miłosierny i czeka do ostatniej minuty życia tych ludzi i dopiero po tym spełnią się zapewne słowa z dzisiejszej Ewangelii: „Zwiążcie mu ręce i nogi i wyrzućcie go na zewnątrz w ciemności. Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

MĄDROŚĆ DLA ORŁÓW

W gazecie Kurier Poranny” z 28 września 2009 r. opisano wydarzenie, które miało miejsce w niewielkiej podbiałostockiej miejscowości Sokółka. Otóż w kościele św. Antoniego, podczas udzielania Komunii św. spadła na ziemię konsekrowana Hostia, którą podniesiono z podłogi i włożono do naczynia liturgicznego z wodą, aby się rozpuściła. Po kilku dniach woda stała się czerwona. Czerwoną ciecz wylano na korporał. Po wsiąknięciu wody w korporał i wyparowaniu pozostała tkanka przypominająca skrzep. Władze kościele zleciły przebadanie tej tkanki dwom niezależnym lekarzom specjalistom. Wyniki badań były zgodne: jest to fragment ludzkiego mięśnia sercowego w stanie agonalnym.  Aby nie robić zbytniej sensacji przed wstępnym wyjaśnieniem tego wydarzenia, sprawę trzymano pół roku w sekrecie. Dla większości parafian Sokółki to ewidentny Cud Eucharystyczny, ale z oficjalnym orzeczeniem kościoła trzeba będzie jeszcze długo poczekać. Ksiądz arcybiskup Edward Ozo­rowski powołał specjalną komisję, która bada tę sprawę i przesłuchuje świadków. Rzecznik kurii biskupiej ks. Andrzej Dębski powiedział: „Jeżeli będziemy mieć moralną pewność, że zdarzył się Cud Eucharystyczny, zawiadomimy Stolicę Apostolską. Za nim sprawa nie zostanie do końca wyjaśniona nie można mówić o cudzie”. Proboszcz parafii św. Antoniego ks. Stanisława Gniedziejko dodaje: „W tej chwili nie możemy rozmawiać na ten temat. Jest za wcześnie, proszę to zrozumieć. Proszę się modlić”.

Czytania biblijne z dzisiejszej niedzieli mówią między innym o bożej mądrości, dzięki której człowiek może przeżyć mądrze i sensownie, cudowny, ale przerażająco krótki moment ziemskiego życia.  Jest to naprawdę moment, gdy zmierzymy go z wiecznością, o której mówi dzisiejsza Ewangelia. Jest to mądrość, która bierze pod uwagę życie wieczne. Tę mądrość może zrozumieć i przyjąć człowiek, który jest otwarty na możliwość interwencji bożej w wydarzeniach podobnych do tego z Sokółki.  Istnieje wiele sanktuariów, gdzie ponad wszelką wątpliwość stwierdzono, że dzięki nadprzyrodzonej interwencji Boga postacie Eucharystyczne chleba i wina stały się prawdziwym ciałem i prawdziwą krwią. Niezależnie od tego jakie będzie orzeczenie Kościoła w sprawie wydarzenia w Sokółce, człowiek owiany mądrością bożą bierze pod uwagę możliwość uznania tego za cud. Cud jest znakiem Boga, a jeśli jest Bóg, to jest i wieczność, którą człowiek musi brać pod uwagę w swoim życiu. Można powiedzieć, że mądrość boża jest dostępna tylko dla tych, którzy w swoim myśleniu potrafią przekroczyć ograniczenia materialnego świata i wznieść ponad nim. Tak jak orzeł, który uczepiony na błękicie nieba widzi dużo więcej niż kury zapyziałe w swoim ziemskim ogródku. Wydaje mi się, że orzeł miałby wielkie trudności, aby przekonać kurę, że w górze jest cudownie, warto wznieść się ponad ziemię. Bardzo prawdopodobne, że odpowiedź kury brzmiałaby tak: „Coś ci się pomieszało w głowie. Życie jest piękne, cudowne i mądre wtedy, gdy wygrzebię dużo smakowitych robaków”. W konwencji powyższego porównania możemy pokusić się na stwierdzenie, że mądrość boża jest mądrością tylko dla orłów, tzn. dla ludzi, którzy doceniając rzeczywistość materialną, potrafią pokonać ociężałość własnego ciała, przezwyciężyć przyciąganie materialnego świata i wznieść się wysoko na duchowych skrzydłach wiary.

Księga Mądrości z pierwszego czytania mówi, że mądrość boża jest najcenniejszym skarbem: „Modliłem się i dano mi zrozumienie, przyzywałem, i przyszedł na mnie duch mądrości. Przeniosłem ją nad berła i trony i w porównaniu z nią za nic miałem bogactwa. Nie porównałem z nią drogich kamieni, bo wszystko złoto wobec niej jest garścią piasku, a srebro przy niej ma wartość błota”. W innym zaś miejscu księga mówi, że nie ma mądrości bez uwzględnienia wiecznej perspektywy: „Zdało się oczom głupich, że pomarli, zejście ich poczytano za nieszczęście i odejście od nas za unicestwienie, a oni trwają w pokoju”. Kontynuację tej myśli znajdujemy w Ewangelii z dzisiejszej niedzieli. Ewangeliczny młodzieniec wiedział, że w mądrym ułożeniu swego życia trzeba brać pod uwagę wieczność. Zapewne widział także, co robić, aby zdobyć życie wieczne, jednak dla większej pewności zapytał Jezusa: „Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?”  Jezus mu odpowiedział, że osiągnie wieczność, gdy będzie żył według przykazań bożych: „Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę”. Młodzieniec pragnął czegoś więcej, drogi jeszcze doskonalszej. Jezus spojrzał na niego z miłością i powiedział: „Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie”. Młodzieniec zasmucił się, bo miał wiele bogactw i nie był w stanie z nich zrezygnować. Był powołany do wspaniałych rzeczy, mógł duchowo jeszcze bardziej rozwinąć się, osiągnąć coś więcej niż tylko być bogatym. Jednak przywiązanie do bogactw stanęło na drodze jego rozwoju.

Jezu widząc smutek odchodzącego młodzieńca powiedział: „Dzieci, jakże trudno wejść do królestwa Bożego tym, którzy w dostatkach pokładają ufność. Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa Bożego”. Posiadając bogactwa można uczynić wiele dobrego. Zbudować szpital i katedrę, nakarmić głodnych i dać bezdomnym dach nad głową, zdobyć wykształcenie i tą wiedzą przemieniać świat na lepsze, można finansować media, które czynią człowieka bardziej świętym. I tak można wymieniać w nieskończoność.  Ale bogactwo może stać przyczyną zła i zatracenia człowieka.. Może nie tyle samo bogactwo, co jak mówi Chrystus, ufność pokładana w bogactwach. Taka postawa nie tylko zamyka bramę do nieba, o czym mówi dzisiejsza Ewangelia, ale ogranicza człowieka w jego pełniejszym rozwoju. Nie trzeba sięgać daleko. Ot chociażby takie proste przykłady. Po przyjeździe do Stanów Zjednoczonych młody człowiek miał szansę studiowania, ale dla pieniędzy wybierał pracę. Pieniądze stanęły na drodze jego pełniejszego rozwoju. Inny przypadek.  Młodemu człowiekowi powiodło się, założył własną firmę, dorobił się dużych pieniędzy. I wtedy, jak mówimy uderzyła mu soda do głowy. Zostawił żonę z dziećmi, przestał chodzić do kościoła, coraz częściej sięgał po alkohol. Skończył w rynsztoku. Lepiej byłoby dla niego i jego rodziny, gdyby te pieniądze ominęły go. Jakże często zdarzają się przypadki, kiedy to dla pracodawcy najważniejsze stają się pieniądze, dla których gotowy jest poświęcić swoich pracowników.  Takie i podobne przypadki można by mnożyć i przy każdym z nich trzeba by powtórzyć słowa Chrystusa: „Dzieci, jakże trudno wejść do królestwa Bożego tym, którzy w dostatkach pokładają ufność”.

Nie trzeba nieraz posiadać bogactwa i sławy, aby one nas zaślepiły, pozbawiły prawidłowego postrzegania rzeczywistości. W ostatnim czasie filmowi celebryci i polityczny establishment podnieśli wielki raban w związku z aresztowaniem w Szwajcarii znanego reżysera filmowego Romana Polańskiego. Przed trzydziestu laty dopuścił się czynu, który według prawa amerykańskiego kwalifikuje się jako gwałt. Pozostawiam na boku ocenę moralną czynu reżysera, ale chce zwrócić uwagę na postawę ludzi, którzy go zaciekle bronią. Sława i pieniądze przesłoniły im elementarne prawo sprawiedliwości. Gdzie wina tam jest i kara. Dominic Lawson, komentator dziennika „The Independent” zadaje retoryczne pytanie: „Gdyby to 13-letniej córce któregoś z celebrytów (broniących Polańskiego), zaaplikowano narkotyki i zgwałcono, czy nadal mieliby oni poczucie, iż sprawca tego czynu, jest w rzeczywistości jego ofiarą?  Nie mylmy w tej sprawie ofiary ze sprawcą”. Jeśli bogactwo i sława stają się miarą naszej oceny drugiego człowieka, to wtedy możemy być pewni, że to do nas Chrystus mówi: „Jak trudno jest bogatym wejść do królestwa Bożego” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

BŁOGOSŁAWIONA DOROTA Z MĄTWÓW

Co mamy czynić, aby osiągnąć życie wieczne? Ewangeliczna odpowiedź jest prosta: zachowuj przykazania. Jest to droga dla wszystkich. Od niektórych jednak, Bóg oczekuje czegoś więcej, tak jak od ewangelicznego młodzieńca, którego smutek posłużył Chrystusowi do ukazania, jak niebezpieczne jest bogactwo, czy raczej przywiązanie do niego na naszej drodze ku wieczności. Błogosławiona Dorota z Mątowów została powołana przez  Boga, jak ewangeliczny młodzieniec. W przeciwieństwie do niego, pozostawiła wszystko i poszła za Chrystusem. Jednak okoliczności zewnętrzne uniemożliwiły natychmiastową realizację tej decyzji w zewnętrznej formie. Duchowo wyrzekła się dóbr materialnych, aby mocniej przylgnąć do Chrystusa. A gdy przyszedł odpowiedni czas zrezygnowała z posiadanych bogactw, całkowicie zawierzając swoje życie Chrystusowi.

Błogosławiona Dorota przyszła na świat 25 stycznia 1347 r. w Mątwach Wielkich koło Malborka w rodzinie holenderskich osadników, Wilhelma i Agaty. Tereny te należały do Krzyżaków, którzy ściągali osadników z całej Europy oferując im dogodne warunki, nieraz kosztem ludności polskiej i pruskiej. Mimo to, rodzice Doroty byli szanowani przez miejscową ludność z względu na ich prawość, religijność i pracowitość. Dorota od najmłodszych lat z upodobaniem oddawała się modlitwie i praktykom pokutnym. Zapewne na takie zachowanie miała wpływ atmosfera domu rodzinnego oraz przeżycia mistyczne, w czasie których widziała Chrystusa na krzyżu i otrzymała dar ukrytych stygmatów. Błogosławiona pragnęła poświecić Bogu swoje życie w jakiejś wspólnocie zakonnej. Jednak nie mogła tego uczynić, gdyż rodzice postanowili wydać za mąż swoją szesnastoletnią córkę za starszego od niej prawie 20 lat, dobrze prosperującego płatnerza gdańskiego, Adalberta.         

Pierwsze lata małżeństwa przyniosły Dorocie wiele upokorzeń i cierpień. Mąż jako zamożny rzemieślnik i kupiec prowadził wystawne życie towarzyskie. Często nadużywał alkoholu. Miał przy tym gwałtowny i władczy temperament. Pobożność żony, praktyki pokutne i uczynki miłosierdzia wyprowadzały go z równowagi. Awanturował się, bił żonę i zamykał, aby nie mogła wyjść do kościoła. Pewnego razu tak pobił Dorotę, że była bliska śmierci. Dopiero wtedy przyszło opamiętanie, bo uświadomił sobie, że śmierć żony rzuciłaby cień na jego reputację. Ale nie wykluczone, że to postawa żony poruszyła jego sumienie. Dorota bowiem, z wielką pokorą znosiła te upokorzenia, starając się być jak najlepszą żoną. Heroiczna cierpliwość i łagodność żony powoli zwyciężyły. Adalbert stawał się coraz spokojniejszy i łagodniejszy, zaczął częściej przystępować do sakramentów. Nie bez wpływu na tę przemianę miały rodzinne nieszczęścia. W czasie epidemii w roku 1373, zmarło im troje dzieci. Następna epidemia w roku 1382 zabrała im dalszych pięcioro. Na dziewięcioro dzieci przeżyła rodziców tylko jedna córka, która wstąpiła do klasztoru benedyktynek w Chełmnie. Do niej to Dorota pisała: „Droga córko, powinnaś sama naszego Pana, jak Oblubieńca, miłować i bezustannie Go wzywać. Niech Twoje myśli i Twoje zmysły zajmują się Nim często, wówczas poczujesz Jego smak. Porzuć wygodne drogi i wspaniałe gościńce. Trzymaj się mocno naszego Kochanego Pana i ucz się od Niego chodzić również po wąskich ścieżkach, które prowadzą do życia wiecznego”.

Dla uproszenia Bożego Miłosierdzia, mąż dał się namówić Dorocie na pielgrzymkę do Akwizgranu, by uczcić relikwie Męki Pańskiej. Następnie wspólnie odwiedzili słynne sanktuarium Matki Bożej w Einsiedeln w Szwajcarii. Przez dwa lata, znosząc różnego rodzaju niewygody pielgrzymowali razem po sanktuariach Europy. Po powrocie do domu, Dorota ponowie, tym razem sama udała się w roku 1389 do Rzymu na rok jubileuszowy, ogłoszony przez papieża Urbana VI. Setki kilometrów, noce spędzone na czuwaniu i kontemplacji, a także ekstazy przeżywane w sanktuariach, które nawiedziła, sprawiły, że dotarła do Wiecznego Miasta skrajnie wyczerpana. Pośród uniesień duchowych i wewnętrznej radości spędziła tu kilka tygodni. Kiedy w maju 1390 roku wróciła do Gdańska, jej mąż już nie żył. Mogła teraz oddać się na wyłączną służbę Bożą. Dorota opowiadała spowiednikom o swoich wizjach, o słowach Jezusa skierowanych do niej. W tym co mówiła znalazła zrozumienie wybitnych teologów. Inaczej patrzyli na nią niektórzy gdańscy księża. Nie dając wiary jej wizjom napominali ją z ambony. Wobec tego Dorota zlikwidowała swój majątek i zamieszkała w ciasnej komórce w Kwidzynie, którą wypożyczyła jej pobożna niewiasta, Katarzyna Mulner. Za kierownika duchowego Dorota wybrała Jana z Kwidzyna, który wcześniej był profesorem teologii na uniwersytecie w Pradze. Opowiedziała mu o swoich objawieniach, przeżyciach mistycznych i ekstazach. Jan zadbał, aby to wszystko spisać. Między innymi odnotował wydarzenie nazwane przemianą serca, które miało miejsce w roku 1385, podczas modlitwy w kościele Najświętszej Maryi Panny w Gdańsku. W czasie uroczystości kościelnej Dorota klęcząca w tłumie zobaczyła Chrystusa, który zbliżył się do niej i zabrał jej serce, a dał nowe, w którym zagościła wielka radość i ogromna miłość do Boga.

Jan z Kwidzyna poparł u biskupa pomezańskiego prośbę Doroty na całkowite odcięcie się od świata przez zamurowanie w celi przy tamtejszym kościele katedralnym. Po półrocznej próbie Dorota otrzymała zezwolenie. 2 maja 1393 r. uroczyście wprowadzono ją do celi wymurowanej w kościele od strony prezbiterium katedry. Jedno z okien celi było od strony tabernakulum, przez nie Dorota otrzymywała komunię i pożywienie. Drugie okno wychodziło na cmentarz. Przez które rozmawiała z przychodzącymi do niej ludźmi. Przy tym oknie zawsze było pełno wiernych, którzy przyjeżdżali z dalekich stron, aby otrzymać poradę w trudnych sprawach i prosić o wstawiennictwo przed Bogiem. Kontakt z Błogosławioną wywierał ogromne wrażenie na odwiedzających. Nawet ci, którzy wcześniej pogardzali nią, odkrywali mądrość jej przemyśleń i moc duchową, emanująca od niej. Należał do nich ksiądz Mikołaj Holland. Rozmowy z niewykształconą Dorotą oraz wyjawienie niektórych grzechów jego młodości wywarły na nim niezatarte wrażenie. On też zaświadczył, że Dorota modliła się całymi nocami.

Po czternastu miesiącach pobytu w zamurowanej celi, Dorota wyczerpana pokutą i postami, zmarła w opinii świętości 25 czerwca 1394 roku. Natychmiast po śmierci zaczęto oddawać Dorocie cześć jako świętej. Sława jej świętości dotarła do Polski, Niemiec i Czech. Ponieważ liczba pielgrzymek zwiększała się z każdym dniem, biskup nakazał wybudować dla błogosławionej osobną kryptę w podziemiach tamtejszej katedry św. Jana Ewangelisty. Przy grobie Błogosławionej miały miejsce liczne uzdrowienia i nawrócenia. Jan Długosz w swojej Kronice pisze, że król Władysław Jagiełło po zwycięstwie pod Grunwaldem nawiedził we wrześniu 1410 roku grób Doroty. Ze względu na relikwie Błogosławionej nie pozwolił zniszczyć znajdującego się pod panowaniem krzyżackim miasta, a nawet nadał mu nowe przywileje.

Papież Bonifacy IX, w roku 1404 polecił biskupom chełmińskiemu i warmińskiemu oraz opatowi oliwskiemu przeprowadzić proces kanoniczny. Jednak z powodu zawirowań historycznych dopiero w roku 1918 biskupi warmiński i chełmiński rozpoczęli na nowo starania o beatyfikację. Trwały one aż do roku 1976, kiedy to kongregacja dla spraw beatyfikacji i kanonizacji dekretem z dnia 9 stycznia 1976 roku zatwierdziła heroiczność cnót Doroty i istnienie kultu od niepamiętnych czasów. Dekret podpisał papież Pawła VI (z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

BEŁKOT ZAMIAST LUDZKIEJ MOWY

Przed trzema laty dołączyłem do portalu społecznościowego Facebooka. W krótkim czasie miałem już sporą grupę znajomych, którym były bliskie sprawy religii i wiary. Zażartowałem wtedy, że założymy parafię facebookową. Tę myśl podchwycił Nowy Dziennik i opublikował na swoich łamach artykuł pt. „Powstaje facebookowa parafia”. Zaś portal internetowy Onet.pl zamieścił go w dziale „Nie z tej ziemi”. I tak sprawa stała się na tyle głośna, że niektórzy zostali zaniepokojeni tym faktem. Usłyszałem nawet zarzut, że nie mogę zakładać parafii bez pozwolenia biskupa. Jednak dla osób zorientowanych w tych sprawach taki zarzut wywołał tylko śmiech rozbawienia. Parafii erygowanej przez biskupa nie zastąpi żaden portal internetowy, może być on jednak niesamowitym narzędziem w rękach wspólnoty parafialnej w głoszeniu słowa Bożego, czy innych form duszpasterzowania. Na tym portalu zamieszczam na każdą niedzielę rozważania słowa bożego. Znajomi z FB nie tylko czytają, ale także piszą, dyskutują na temat słowa Bożego, proszą także o modlitwę.

Papież Franciszek jest obecny na portalach społecznościowych i zachęca do korzystania z nich. W orędziu na 48 Dzień Środków Społecznego Przekazu powiedział: „Dzielące nas mury można pokonać tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi, by słuchać siebie nawzajem i uczyć się jedni od drugich. Musimy godzić różnice poprzez formy dialogu pozwalające nam wzrastać w zrozumieniu i szacunku. Kultura spotkania wymaga, abyśmy byli skłonni nie tylko dawać, ale także otrzymywać od innych. Media mogą nam w tym pomóc, zwłaszcza dzisiaj, kiedy sieci ludzkiej komunikacji osiągnęły bezprecedensowy rozwój. Zwłaszcza Internet może zaoferować większe możliwości spotkania i solidarności między wszystkimi, a jest to rzecz dobra, jest to Boży dar”. Papież przestrzega także, że: „Środowisko komunikacyjne może nam pomóc w rozwoju, lub przeciwnie prowadzić do dezorientacji. Pragnienie podłączenia digitalnego może w ostateczności prowadzić do odizolowania nas od naszych bliźnich, ludzi, którzy są najbliżej nas”.

Z doświadczenia wiemy, że na forach internetowych zamiast ludzkiej mowy słyszymy często bełkot jaskiniowców, skaczących sobie do gardła. Ostatnio na moim profilu FB rozgorzała dyskusja na temat uchodźców. Christopher V. z los Angeles nie przebierając w słowach zarzucał Kościołowi i uczestnikom dyskusji wrogość wobec imigrantów. Oto fragment jego wypowiedzi: „Zatwardziałość waszych serc działa na mnie przygnębiająco. O rozumie nawet nie mówię, jest tam mentalność katolicko-zaściankowa, rozumowanie chłopka roztropka. No i niestety, wszyscy jesteście nastawieni nietolerancyjnie. W tym względzie, zbytnio się nie różnice, jeżeli w ogóle, od ekstremalnych islamistów. Jesteście ksenofobami pełną gębą. Najgorsze w tym, że chyba wasza postawa jest reprezentacyjna dla głównego nurtu polskiego kościoła katolickiego. To źle świadczy o tym kościele. Nie chcę grzmieć jak trąby jerychońskie, ale jednak trudno nie wiedzieć, że ten kościół jest regresyjny, zacofany. Jako taki skazany jest na obskurność prowincjonalności”.

Zapytałem go co on zrobił w tej sprawie (nic, jak się okazało) oraz zacytowałem mu słowa Chrystusa: „Obłudniku, wyjmij najpierw belkę z oka swego, a wtedy przejrzysz, aby wyjąć źdźbło z oka brata swego”. Zapytał mnie: „Co jest belką w moim oku?”. Na co odpowiedziałem: „Musi Pan wziąć Ewangelię do ręki, zrobić solidny rachunek sumienia, stanąć w obliczu Boga i wtedy znajdzie Pan odpowiedź na swoje pytanie”. A dyskusję pięknie podsumowała Zofia B. z Jaworza Górnego: „I tak na marginesie to Pan jest nie doinformowany ponieważ Kościół w Polsce jest przyjaźnie nastawiony do imigrantów. Zgodnie z zaleceniami Papieża w wielu parafiach przygotowano mieszkania i miejsca pracy. Niestety Syryjczycy nie są zainteresowani pracą i zamieszkaniem w Polsce, interesuje ich tylko zasiłek socjalny w Niemczech, Austrii. Przykładem jest jedna z parafii w miejscowości Śrem w której „ksenofobiczni, zaściankowi” polscy katolicy przyjęli z otwartym sercem imigrantów, którzy bez słowa podziękowania pod osłoną nocy uciekli do Niemiec”.

Aby nasza mowa nie stała się głupią mową i bełkotem nienawiści winniśmy spojrzeć ku nieba i prosić o Mądrość nieba. O tę Mądrość prosi autor Księgi Mądrości z dzisiejszych czytań mszalnych: „Modliłem się i dano mi zrozumienie, przyzywałem, i przyszedł na mnie duch mądrości. Przeniosłem ją nad berła i trony i w porównaniu z nią za nic miałem bogactwa. Nie porównałem z nią drogich kamieni, bo wszystko złoto wobec niej jest garścią piasku, A przyszły mi wraz z nią wszystkie dobra i niezliczone bogactwa w jej ręku”. W jednej ze swoich katechez św. Jan Paweł II mówił: „W Starym Testamencie zawiera się i rozkwita bogata tradycja nauczania ‘mądrościowego’. W płaszczyźnie ludzkiej wyraża ona pragnienie człowieka takiego uporządkowania bagażu doświadczeń i wiedzy, które pozwoliłoby pokierować swym życiem w sposób najbardziej korzystny i rozumny. Pod tym względem Izrael nie odbiega od form mądrościowych obecnych w innych kulturach starożytnych i wypracowuje własną mądrość życiową, odnoszącą się do rozmaitych wymiarów egzystencji: indywidualnej, rodzinnej, społecznej i politycznej. Owo poszukiwanie mądrości nie odbywa się jednak nigdy w oderwaniu od wiary w Pana, Boga Wyjścia, albowiem w całych dziejach ludu wybranego obecne jest przekonanie, że tylko w Bogu zamieszkuje doskonała Mądrość”.

W wspomnianej katechezie św. Jan Paweł II wskazuje na Jezusa jako pełnię bożej Mądrości: „Wiele tekstów Nowego Testamentu ukazuje Jezusa jako pełnego Bożej Mądrości. Owa pochodząca od Boga Mądrość nadaje Jezusowi szczególny autorytet: ‘Uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę a nie jak ich uczeni w Piśmie’ i dlatego jawi się On jako ‘coś więcej niż Salomon’. Ponieważ Salomon był uosobieniem obdarowania Bożą Mądrością, powyższe stwierdzenie wyraźnie wskazuje na to, że Jezus jest prawdziwą Mądrością objawioną ludziom’. To utożsamienie się Jezusa z Mądrością znajduje niezwykle głębokie potwierdzenie w słowach św. Pawła. Chrystus –  pisze Apostoł – ‘stał się dla nas mądrością od Boga i sprawiedliwością, i uświęceniem, i odkupieniem’. Przed Jezusem, przed Mądrością Bożą stanął młodzieniec z dzisiejszej Ewangelii i zapytał: „Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?” Jest to mądre pytanie, bo aby przeżyć mądrze życie trzeba brać pod uwagę także wieczność, a może przede wszystkim wieczność. Jezus odpowiada, że powinien zachowywać przykazania. Młodzieniec powiedział, że to czyni. Wtedy Jezus wskazał mu jeszcze doskonalszą drogę do wieczności: „Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną”. Mądrość Boża, której uosobieniem jest Jezus Chrystus żąda nieraz wyrzeczenia, które w oczach świata wydaje się głupstwem. We wspomnianej wcześniej katechezie św. Jan Paweł II powiedział: „’Mądrość Boża’” utożsamia się z Panem chwały, który poniósł śmierć krzyżową. W krzyżu i zmartwychwstaniu Jezusa objawia się więc w całym swym blasku plan miłosiernego Boga, który tak bardzo miłuje człowieka i przebacza mu, że czyni go nowym stworzeniem”. Mądrość życia nie może wymazać krzyża Jezusa, co więcej, nakazuje, abyśmy wzięli na ramiona i podążali za Mądrością Bożą (Kurier Plus, 2014).

 

 

NA CHOMICZYCH KOŁOWROTKACH

Cristian Hinojosa bardzo szybko wypłynął na szerokie wody w sferze biznesowej. Po ukończeniu studiów w 2000 roku otrzymał bardzo intratną pracę jako bankier inwestycyjny. Zarabiał bardzo duże pieniądze. Obracał milionami. Podróżował po całym świecie. Dzwonili do niego w sprawach biznesowych dyrektorzy największych korporacji. Wszystko układało się jak w pięknym śnie, w którym spełniają się najpiękniejsze marzenia. A mimo to czuł się nieszczęśliwy. Aż przyszedł moment refleksji: „Wszystko, co robię, to zarabianie pieniędzy dla klientów, moich szefów i dla mnie. Czułem, że to nie jest to co powinienem robić”. Cristian trwał w tym biznesie jeszcze przez pięć lat, aż w końcu postanowił to wszystko zmienić. Wspomina: „W czasie, gdy pracowałem jako bankier inwestycyjny, złożyłem wniosek o zatrudnienie do Departamentu Straży Pożarnej w Dallas i kilka miesięcy później bylem już pracownikiem straży pożarnej”.

Trzynaście lat później kapitan Christian Hinojosa zamieszkał z żoną i dwójką dzieci w wynajętym mieszkaniu z dwiema sypialniami. Zarabia znacznie mniejsza pensją niż ta sześciocyfrowa, jaka otrzymywał, gdy pracował w bankowości inwestycyjnej. Ma teraz dużo mniej pieniędzy, ale mówi: „Moje życie nabrało nowej jakości. Jestem szczęśliwy i zadowolony z tego co robię. Znalazłem swoje miejsce w życiu”. Profesor psychologii Amherst College, Catherine Sanderson promotor pracy doktorskiej Cristiana w pełni popiera decyzję swojego byłego ucznia, ponieważ za pieniądze nie możemy kupić szczęścia. Mówi: „Zawsze istnieje nadzieja, że gdy tylko zdobędę więcej pieniędzy, to napewno odnajdę szczęście… Jak chomiki na kole, ciągle gonimy za nowymi rzeczami i nigdy nie jesteśmy do końca zadowoleni z tego co dostaliśmy. Kiedy rozmawiam z ludźmi, którzy lubią swoją pracę nie mówią oni: „Kocham moją wypłatę”- śmieje się profesor Sanderson (CBS Sunday Morning).

A teraz drogi Czytelniku zatrzymaj się i spojrzyj na świat przez pryzmat chomiczego koła. Nie wiem jak Ty, ale ja dostrzegam rozległe farmy chomiczych kołowrotków, ale zamiast chomików w pocie czoła uwijają się na nich ludzie. Widzę na jednym z nich staruszka, który zostawił miliony na książęce bankowej, a za życia żona skarżyła się, że na obiad zabierał ją bardzo rzadko i to tylko do MacDonalda na hamburgera, bo to najtaniej. Zaś przed znajomymi chełpił się wysokością konta bankowego, które z zaciekłością chomika ciągle powiększał. Na drugi dzień po śmierci jego dom zastal wystawiony na sprzedaż. Kto inny będzie się bawił i korzystał z życia za jego pieniądze. Widzę biznesmena, który z językiem na brodzie biegnie od jednej inwestycji do drugiej lub do sądu, tratując po drodze innych ludzi i zaniedbując rodzinę. Na innym kołowrotku pracuje człowiek opanowany żądzą sławy i władzy. Dla ich osiągnięcia poświęci wszystko. Z nich to często rekrutują się klienci chomiczego kołowrotka ważnych bankietów i spotkań. Najważniejsze staje się dla nich, aby zasiąść do stołu z ważnymi ludźmi i zrobić sobie zdjęcie. Ale jest to raczej śmieszne niż groźne. A jakże oblegany jest chomiczy kołowrotek, gdzie rozdają jakieś broszki, odznaczenia, różnego rodzaju wyróżnienia. W sumie te kołowrotki nie są złe, ważne aby człowiek potrafił go zatrzymać i zadać sobie pytanie czy ta gonitwa ma sens i gdzie można odnaleźć pokój i radość życia. Uczynić to co uczynił Cristian w historii opowiedzianej na wstępie.

Kołowrotkowe rozminięcie się z naszym ziemskim powołaniem nie jest tak groźnie, jak rozminięcie się z powołaniem wiecznym, ostatecznym celem, o którym św. Jan Paweł II mówił: „Kiedy przeminie postać tego świata, ci, którzy przyjęli Boga w swym życiu i przynajmniej w chwili śmierci otwarli się szczerze na Jego miłość, będą mogli się cieszyć pełnią komunii z Bogiem, stanowiącą cel ludzkiej egzystencji”. Świetnie zdawał sobie z tego sprawę młodzieniec z dzisiejszej z dzisiejszej Ewangelii, który przyszedł do Jezusa i zadał mu pytanie: „Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?” Na co Jezus odpowiedział: „Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę”'. Zachowuj je zatem, a będziesz zbawiony, osiągniesz życie wieczne. Młodzieniec powiedział, że je zachowuje, ale prawdopodobnie nie tak końca, bo dalej oczekuje odpowiedzi Jezusa. Może zachowywał przykazania na sposób faryzejski tzn. zewnętrznie, serce jego było daleko od ducha tego prawa. Może przeszkadzały mu w tym dobra materialne. Dlatego Chrystus mówi: „Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie”. Okazało się, że rzeczywiście dobra materialne były dla niego przeszkodą do wieczności. Ewangelia mówi o nim: „Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości”.

Kapitan Hinojosa zrozumiał lekcję, która dla młodzieńca z dzisiejszej Ewangelii była za trudna. Nie chodzi tu o bogactwa same w sobie. Z natury są one ani dobre ani złe. Dopiero w ręku człowieka mogą stać się jednym albo drugim. Co my zrobimy z bogactwem. Bogactwo jest jednym z błogosławieństw, którym obdarza nas Bóg. Błogosławieństwem, które przez nas dociera do naszych bliźnich. Ewangelia przestrzega nas abyśmy się nie zatracili w chomiczym kołowrotku ich zdobywania, aby nie spełniło się w nas powiedzenie: Pieniądz u głupiego jest przy władzy, a mądrego na służbie. Bogactwo powinno być źródłem pełniejszego życia nas samych jaki i bliźnich. Ma nam pomagać jak najpiękniej odbyć podróż naszego życia i nie może się stać ważniejsze od samej podróży (Kurier Plus, 2018).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *