27 paź

30 niedziela zwykła Rok B

 

EWANGELICZNY CIĄG POMOCY .                             

Gdy Jezus razem z uczniami i sporym tłumem wychodził z Jerycha, niewidomy żebrak Bartymeusz, syn Tymeusza, siedział przy drodze. Ten słysząc, że to jest Jezus z Nazaretu, zaczął wołać: “Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną”. Wielu nastawało na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: “Synu Dawida, ulituj się nade mną”.  Jezus przystanął i rzekł: “Zawołajcie go”. I przywołali niewidomego, mówiąc mu: “Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię”. On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się i przyszedł do Jezusa. A Jezus przemówił do niego: “Co chcesz, abym ci uczynił?” Powiedział mu niewidomy: Rabbunii, , żebym przejrzał”.  Jezus mu rzekł: “Idź, twoja wiara cię uzdrowiła». Natychmiast przejrzał i szedł za Nim drogą” (Mk 10, 46-52).

Wołanie o pomoc rozlega się po całym świecie i nie omija także miejsc, w których my żyjemy. Wzywanie pomocy bywa nieraz donośnie i jasno sformułowane. Dla statków, które znajdą się w wielkim niebezpieczeństwie wołaniem o pomoc, od roku 1908 jest sygnał SOS nadawany w alfabecie Morse’a. Na ten sygnał każdy, kto jest w pobliżu śpieszy na ratunek. W życiu jest jednak więcej sygnałów przyzywających pomocy, których odbiór zależy od wrażliwości naszego serca na potrzeby drugiego człowieka. O takim wołaniu liczącym na wielkość serca jest piosenka religijna SOS.

„Cóż my wiemy o sobie, gdy tak idziemy drogą,

Zaspieszeni i każdy w swoją stronę,

A tam nagle wśród nocy, ktoś przyzywa pomocy

Czyjeś serce w tłumie zagubione.

Tak niewiele potrzeba – może tylko uśmiechu,

Może słowa jednego – przyjaznego

Więc się pospiesz – nie zwlekaj”.

Nie doceniamy nieraz przyjaznego słowa i uśmiechu, a one w pewnych sytuacjach są bardziej potrzebne niż pomoc w wymiarze materialnym. Życzliwe słowo może ocalić radość życia, jak i też samo życie. Prawdziwa historia, jaką opisuje J. Schlatter wiele razy powtarza się w życiu. Marek wracał ze szkoły do domu. Idący przed nim chłopiec, obładowany torbami nagle potknął się rozsypując na chodniku książki oraz inne rzeczy. Marek pospieszył z pomocą, pomógł mu pozbierać wszystko. W czasie drogi Marek dowiedział się, że chłopiec nazywa się, Bill, że uwielbia gry komputerowe, baseball i historię, ale obecnie ma duże problemy z innymi przedmiotami, porzuciła go również jego dziewczyna, był załamany. Bill zaprosił Marka do domu, popołudnie minęło na serdecznej rozmowie, grze, słuchaniu muzyki. Po tym wspólnie spędzonym popołudniu chłopcy postanowili kontynuować znajomość, spotykali się w szkole i poza nią, zawiązała się przyjaźń. Pod koniec roku szkolnego Bill poprosił Marka o rozmowę. Na wstępie przypomniał mu pierwsze spotkanie na początku roku. “Czy nigdy nie byłeś ciekawy, dlaczego tego dnia niosłem do domu tyle rzeczy? Widzisz, opróżniłem moją szafkę w szkole, bo nie chciałem zostawiać w niej bałaganu. W domu miałem już przygotowane środki nasenne i miałem zamiar popełnić samobójstwo. Ale po tym jak spędziłem z tobą popołudnie rozmawiając i śmiejąc się, uświadomiłem sobie, że popełniając samobójstwo straciłbym ten czas, jaki wiele innych przyjemnych i ciekawych chwil. Widzisz Marku w tym dniu, gdy pozbierałeś moje książki zrobiłeś wiele więcej. Ocaliłeś moje życie”.

Wrażliwość na głos wzywających pomocy czyni wspólnoty, w których żyjemy bardziej ludzkimi i chroni nas przed spełnieniem się łacińskiego przysłowia “Człowiek człowiekowi wilkiem”. W ciągu roku umierają miliony ludzi z głodu, ta śmierć jest wołaniem o pomoc materialną. Czy słyszą to wołanie ci, którzy wydają miliardy na zbrojenia? Wielu doświadcza samotności, smutku i rozpaczy, która niejednego popycha do rezygnacji z życia. Czy znajdzie się wtedy wyciągnięta ręka w geście pomocy? Zadając te pytania warto sobie uświadomić tę prawdę; dzisiaj mam wszystko nie muszę wołać o pomoc, ale jutro mogę to stracić łącznie ze zdrowiem i życiem, będę potrzebował pomocy. Fortuna kołem się toczy. Jest to nasz wspólny los.

Młody człowiek, który znalazł się w bardzo trudnej sytuacji życiowej napisał rozpaczliwy list do Eleonory Roosevelt, wdowy po prezydencie Stanów Zjednoczonych. Pani Roosevelt spotkała się z nim, wsparła go materialnie a także pomogła mu ukończyć studia medyczne. Po ich ukończeniu młody człowiek przepełniony wdzięcznością pyta, jak mógłby się odpłacić za tyle dobra. Wtedy Eleonora Roosevelt odpowiedziała: “Jest jeden sposób, w jaki mi możesz odpłacić; gdy materialnie staniesz na nogi pomóż komuś innemu, kto jest naprawdę w trudnej sytuacji tak jak ty byłeś”. I tak właśnie zaczyna się ewangeliczny ciąg pomocy, który przemienia świat i sprawia, że nie ma wołania o pomoc bez odpowiedzi.

Nieraz dociera do nas wołanie o pomoc, a my mimo najszczerszych chęci czujemy się bezradni wobec tego wołania. Nic nie możemy zmienić, możemy tylko być razem z wołającym. Nie tak dawno młody ojciec rodziny prosił mnie o rozmową. O godz. 11: 00 w nocy wchodzę do mieszkania, gdzie rozpacz miesza się z nadzieją. Młody człowiek głosem pełnym lęku i rozpaczy zaczyna mówić: „Proszę księdza, jestem chory na raka, lekarze nie dają mi żadnych szans, są już przerzuty na mózg. Ale ja muszę żyć, mam, dla kogo żyć, mam żonę i dwoje małych dzieci, ja nie mogę umrzeć”. Załamują się słowa, płyną łzy i pojawia się rozpacz na twarzy. Nie ma wtedy słów mądrości ludzkiej, które chociażby odrobinę ujmowały bólu. Nie wiele zdały się słowa, że wszystko jest możliwe, lekarze też się mylą, medycyna zna wypadki nagłego uzdrowienia nawet w beznadziejnych sytuacjach.

Zaczęliśmy rozmowę o Bogu, i jego planach niezrozumiałych dla nas. Następnie razem modliliśmy się słowami psalmu:, “Chociaż bym chodzi ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”. Razem z cierpiącym kierowałem serce i umysł ku Temu, który jest nadzieją nawet w najtrudniejszych sytuacjach. On nas słucha, a spełnienie modlitw przychodzi nieraz w innej formie niż się spodziewamy. Bardzo często owocem modlitwy jest spojrzenie, które przynosi nadzieję, pomaga także pełniej zrozumieć sytuację, w której znaleźliśmy się i z godnością nieść ciężar cierpienia. Tę łaskę pełniejszego widzenia otrzymał Józek, umierający ojciec rodziny. Odchodził do wieczności spokojny. W trudnym dniach, trwała przy nim kochająca rodzina i razem kierowali swe serca i umysły do Tego, który jest źródłem nadziei. Tak często w naszym życiu, a szczególnie w jego ostatniej godzinie potrzebujemy obecności przynoszącej nadzieję (z książki Ku wolności).

 

 

UZDRAWIAJĄCA WIARA

To mówi Pan: Wykrzykujcie radośnie na cześć Jakuba, weselcie się pierwszym wśród narodów. Głoście, wychwalajcie i mówcie: “Pan wybawił swój lud, Resztę Izraela “. Oto sprowadzę ich z ziemi północnej i zgromadzę ich z krańców ziemi. Są wśród nich niewidomi i dotknięci kalectwem, kobieta brzemienna wraz z położnicą; powracają wielką gromadą. Oto wyszli z płaczem, lecz wśród pociech ich przyprowadzę. Przywiodę ich do strumienia wody równą drogą, nie potkną się na niej. Jestem bowiem ojcem dla Izraela, a Efraim jest moim synem pierworodnym” (Jr 31, 7-9).

 Poniedziałkowy poranek pozostanie w pamięci Jacka chyba do końca życia. Tego dnia obudził go telefon z Polski. Dowiedział się, że jego mama nie żyje. Poczuł jakąś wewnętrzną pustkę, którą powoli wypełniał ból. Tysiące obrazów z przeszłości przetaczało się przez myśl. Nie miał jednak teraz zbyt wiele czasu, aby zatrzymywać się dłużej nad nimi. Pochłonięty był załatwianiem wyjazdu na pogrzeb mamy. Dopiero w samolocie znalazł czas na wspomnienia i refleksje. Ta śmierć sprawiała, że inaczej patrzył teraz na swoje relacje z mamą, widział wszystko z innej perspektywy. A to rodziło cichy wyrzut i żal, że mógł dać jej więcej. Ten żal pogłębiała świadomość, że już jest za późno. Chociaż z drugiej strony zrobił on dla mamy wiele, szczególnie w ostatnim roku jej choroby. Całe minione wakacje spędził z mamą. Towarzyszył jej w szpitalu, szukał najlepszych lekarzy i najskuteczniejszych leków. Robił wszystko, aby zapomniała o swojej chorobie i aby chociaż na chwilę zagościł na jej twarzy u śmiech i radość życia. Znajomi Jacka mówili, że tak wiele dał swojej mamie, ale Jacek, wspominając pewne sytuacje jest pewien, że mogło być trochę inaczej. Kochał bardzo swoją mamę, ale dziś ma cichy żal do siebie, że tak rzadko jej to mówił. Chociaż usprawiedliwia się, że mama bez słów znała jego miłość. To prawda, ale cichy żal pozostaje. Wspomina także jeden z wieczorów, kiedy to mama po trudnym dniu wcześniej poszła spać do swego pokoju, a on nie zajrzał do niej przed nocą, aby porozmawiać z nią, dotknąć bolącego miejsca. A tłumaczenie, że nie zdawał sobie sprawy, że to choroba w tym dniu w ostrzejszy sposób dała znać o sobie jest niewystarczające.

Lista takich wspomnień mogłaby być bardzo długa i mogłaby zadręczyć Jacka, gdyby nie świadomość, że dzisiaj dla jego mamy, tak samo ważne są gesty miłości okazanej za życia, jak i też żal, że z różnych powodów zabrakło ich, gdy byli razem. Jacek rozumie teraz lepiej swoją żonę Teresę, której mama mieszka w Polsce. Postępowanie żony wobec mamy otwiera mu oczy, szczególnie, gdy myśli o swojej mamie. Początkowo uważał, że Teresa trochę przesadza w swoim zatroskaniu o swoją mamę. Ale teraz zazdrości jej, gdy widzi jak wiele Teresa robi dla swojej mamy. W ostatnim roku pozostawiła ona swoją rodzinę w Stanach i sama poleciała do mamy na święta Bożego Narodzenia. Mówiła, że musi tam być, bo nie jest pewna, czy w następnym roku nie zabraknie mamy przy świątecznym stole. Były to najpiękniejsze od lat święta dla matki i córki. Zaś Jacek nie może sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz zasiadał z mamą do wigilijnego stołu. Dziś wiele by dał, żeby wsiąść do samolotu i zasiąść przy wigilijnym stole przygotowanym przez mamę. Podobne myśli, przepojone bardziej podziwem dobroci i mądrości żony niż zazdrość nawiedzają Jacka ilekroć patrzy jak Teresa nie szczędzi czasu i pieniędzy dla swojej mamy. Jak przebudowuje dom, szoruje, sprząta i robi wszystko, aby mama czuła się kochana i potrzebna. Jak chcę ją uchronić przed wszelkimi troskami. To otwiera Jackowi szeroko oczy i światło, które wdziera się tą drogą do jego wnętrza sprawia, że mądrzej patrzy na życie. Chociaż nie może dosłownie naśladować Teresy, bo jest za późno, to jednak to nowe światło, z pewnością zaowocuje dobrem w innych sytuacjach życiowych.

Po przeczytaniu fragmentu Ewangelii zacytowanego na wstępie, a szczególnie jednego zdania: „Natychmiast przejrzał i szedł za Nim drogą” przypomniałem sobie powyższą historię z życia wziętą. W pewnym sensie dla Jacka źródłem nowego przejrzenia była śmierć mamy, jaki też postępowanie jego żony Teresy. Przejrzeć to znaczy otworzyć swoje wnętrze na światło, do tej pory dla nas nieznane. W języku polskim funkcjonuje powiedzenie „światły człowiek”. Człowiek światły to ten, który otwiera szeroko wszystkie okna duszy, serca i umysłu, aby przez nie wdarło się światło naturalne, ludzkie i nadprzyrodzone, boże. Nie można powiedzieć o człowieku, że jest światły, jeśli jego okna otwarte są tylko na światło naturalne, a zamknięte na światło nadprzyrodzone. I odwrotnie. Całe nasze życie, to takie otwieranie okien na coraz to nowe światło. Może pamiętamy moment, kiedy samodzielnie zaczęliśmy czytać książki, ileż to światła przybyło w naszym życiu. Opowieści biblijne i bogata liturgia kościoła wnosiły w nasze życie światło nadprzyrodzone. Olśnieniem były pewne wydarzenia życiowe, wewnętrzne natchnienia. To światło najczęściej trafia do nas przez innych ludzi, którzy są jakby w służbie najpotężniejszego światła, jakie promieniuje z Boga. To światło gruntownie przeoruje życie tych, którzy się na nie otworzą. Mimo swej potęgi boże światło jest bardzo delikatne. Człowiek może zamknąć na to światło okna swej duszy i umysłu. Tak, że żaden promień nie wtargnie do jego wnętrza. Potężnym snopem światła w dziejach ludzkości i każdego indywidualnego człowieka jest Jezus Chrystus. On sam o sobie powiedział: „Ja jestem światłością świata”. Kto otworzy okno na to światło, może być pewien, że ono opromieni jego doczesność i wyznaczy jasną smugę prowadzącą do wieczności. Ewangeliczna scena uzdrowienia niewidomego jest symbolem a także realizacją tej rzeczywistości.

U bram Jerycha, jednego z najstarszych miast świata siedział niewidomy żebrak Bartymeusz. Kalectwo sprawiło, że jednym sposobem przeżycia było dla niego żebractwo. Ileż kryje się upokorzenia w wyciągniętej ręce żebrującej o kawałek chleba. Upokorzenie to potęguje ludzka obojętność. Bartymeusz dowiedział się, że niedaleko przechodzi Jezus Chrystus i zaczął głośno wołać: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną”. Niektórzy nalegali, aby zamilkł, ale on wołał jeszcze głośniej. To wołanie, było otwarciem okien duszy i umysłu na światło, jakie przynosił Chrystus. Kalectwo Bartymeusza było w pewnym sensie przeszkodą bliższego poznania Chrystusa. Inni mieli szansę kroczenia za Chrystusem, oglądania Jego cudów, a mimo to nie otwarli oni swoich okien na światło Chrystusa. Nie uwierzyli Mu, co więcej skazali na śmierć. Niewidomy Bartymeusz zapewne słyszał, i to niewiele o Chrystusie, ale to wystarczyło, aby Mu całkowicie zawierzyć. Może to kalectwo wyostrzyło jego wewnętrzny wzrok na światło z wysoka. Przyprowadzono, zatem niewidomego do Chrystusa. Chrystus przywrócił mu wzrok, ale była w tym zasługa także niewidomego. Chrystus powiedział, że to jego wiara przywróciła mu wzrok. To przejrzenie miało podwójny wymiar. Po raz pierwszy niewidomy zobaczył piękno otaczającego go świata, aż trudno sobie wyobrazić przeżycia i radość niewidomego w tym momencie. To przejrzenie miało też drugi wymiar. Bartymeusz przekonał się na samym sobie, że wiara w Chrystusa nie myliła go. Jak mówi Ewangelia Bartymeusz poszedł za Jezusem. Uwierzył, że Jezus jest Bogiem i obiecanym Mesjaszem. To pójście ma także podwójny wymiar. Uzdrowiony przemierzał z Jezusem palestyńskie drogi. Nie wiemy, czy tak było aż do krzyża na Golgocie, ale to jest mniej ważne, ważniejsze, że podjął duchową wędrówkę za swym Mistrzem. Może gdzieś się osiedlił, ale szedł za Chrystusem, krocząc śladami Jego Ewangelii.

Bartymeusz był pogrążony w ciemności do czasu spotkania Chrystusa. Ta ciemność dotyka nas, kiedy wątpimy w światło przychodzące do nas w Jezusie Chrystusie, kiedy nienawidzimy, żyjemy w błędzie, kiedy wybieramy zło. A wtedy, naśladując Bartymeusza winniśmy wołać: „Rabbuni, żebym przejrzał”. To wołanie będzie otwarciem okien naszego życia na światło miłości Chrystusowej, które niechybnie opromieni nasze życie, dając szansę właściwych wyborów, po których nie będziemy żałować straconych dni (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

TO DAR, A NIE KALECTWO

Każdy arcykapłan z ludzi brany, dla ludzi bywa ustanawiany w sprawach odnoszących się do Boga, aby składał dary i ofiary za grzechy. Może on współczuć z tymi, którzy nie wiedzą i błądzą, ponieważ sam podlega słabościom. Powinien przeto jak za lud, tak i za samego siebie składać ofiary za grzechy. I nikt sam sobie nie bierze tej godności, lecz tylko ten, kto jest powołany przez Boga jak Aaron. Podobnie i Chrystus nie sam siebie okrył sławą przez to, iż stał się arcykapłanem, ale uczynił to Ten, który powiedział do Niego: “Ty jesteś moim Synem, Jam Cię dziś zrodził”, jak i w innym miejscu: “Tyś jest kapłanem na wieki na wzór Melchizedeka” (Hbr 5,1-6).

Jesienią 2012 roku, ks. Patrick Martin głosił rekolekcje w wielu nowojorskich parafiach. Na jego Msze św. i kazania ciągnęły ogromne tłumy wiernych. Jego słowa, które były świadectwem życia głęboko zapadały w serca słuchaczy, przynosiły ukojenie, przemieniały ich życie. Ks. Patrick cykl swoich kazań ujął pod znamiennym tytułem „Głoszenie bożej miłości zranionemu i zagubionemu światu”.  Jako niewidomy kapłan od 30 lat odwiedza parafie i inne wspólnoty w Stanach Zjednoczonych, gdzie głosi kazania i prowadzi rekolekcje. Naucza jak w swoim cierpieniu, zagubieniu odnaleźć Boga i wzrastać duchowo w radości i pokoju. Terminy rekolekcji ma już zajęte na cały 2016 rok. Ks. Patrick urodził się w Caribou w stanie Main, jako siedemnaste dziecko z dwudziestu dwu dzieci w rodzinie. W wieku 9 lat z powodu zapalenia opon mózgowych stracił pamięć, wzrok i możliwość chodzenia. Lekarze powiedzieli jego rodzicom, że na pewno nie doczeka swoich dziesiątych urodzin. Jednak to nie diagnoza lekarska zadecydowała o jego życiu, lecz ktoś inny.  Dzięki wysiłkowi jego nauczyciela Patrick nauczył się tego wszystkiego co zapomniał. Wzroku nie odzyskał, ale może chodzić. Chodzi trochę chwiejnym krokiem i niektórzy myślą, że jest pijany. Na takie domysły ks. Patrick odpowiada: „To jest częścią mojego życia”. Dzięki wytrwałości i ogromnej pracy skończył studia i został kapłanem. O swoim kalectwie powiedział: „Powinniśmy patrzeć na kalectwo nie jako na ciężar, ale dar. Nazywam Boga mistrzem służb sanitarnych. Zabiera nasze ułomności, jak śmiecie i przemienia w coś bardzo dobrego, pożytecznego”.

Po jednej z Mszy św. w kościele Corpus Christi w Nowym Jorku podeszła do ks. Patricka kobieta i powiedziała: „Będę się modlić, aby ksiądz odzyskał wzrok”. A on jej odpowiedział: „Dziękuję za modlitwę, mam jednak nadzieję, że nie odzyskam wzroku, Bóg nie zabierze mi daru ślepoty, przez, który mogę więcej widzieć i skuteczniej pomagać innym ludziom”. W swoich kazaniach mówił, jak to z powodu utraty wzroku, zaczął wiedzieć więcej, otrzymał dar rozpoznawania tego co w naszym życiu jest najważniejsze, zrozumiał jak ważna jest więź z Bogiem. Przytoczył wiele przykładów, jak to przez ten dar ślepoty mógł innym, widzącym otworzyć oczy na najważniejsze sprawy, na które do tej pory byli ślepi. Otwierał im oczy na światło z nieba, które niosło nadzieję i radość w smutku i cierpieniu. Ks. Patrick podróżując samolotami bardzo często korzystał na lotnisku z pomocy stewardes. Pewnego razu jedna z nich zaczęła się zwierzać księdzu ze swoich problemów życiowych, mówiła o swoim zagubieniu. Długa rozmowa zakończyła się spowiedzią, u której wspomniana stewardesa nie była ponad 20 lat. Żegnając się dziękowała niewidomemu kapłanowi za odzyskany spokój, wewnętrzną radość, Od tego spotkania jej życie nabrało głębszego sensu. Ks. Patrick wspomina inne wydarzenie: „Kiedyś mówiłem młodzieży o mojej ślepocie fizycznej nie jako kalectwie, ale o darze bożym. Po skończonym nabożeństwie podszedł do mnie młody chłopiec i powiedział: „Księże Patricku dziękujemy, że jesteś niewidomy”. Ks. Patrick skomentował tę wypowiedź słowami: „To był najpiękniejszy moment w moim życiu”.

Na powyższą historię spójrzmy teraz przez pryzmat dzisiejszych czytań mszalnych. Prorok Jeremiasza zapowiada powrót „reszty” narodu wybranego z niewoli. Nie chodzi tu tylko o wyzwolenie z niewoli politycznej, ale przede wszystkim o wybawienie z niewoli grzechu i śmierci, które dokonuje się przez nawrócenie moralne, odbudowanie więzi z Bogiem, odnowienie z Nim przymierza. Wśród tego radosnego tłumu powracających są „niewidomi i dotknięci kalectwem”. Mogą bezpiecznie powrócić, bo czuwa nad nimi i prowadzi ich dobry Pasterz, którego miłość daje im odwagę zwracania się do Niego „Ojcze”. Do myśli Jeremiasza o Nowym Przymierzu nawiązuje Jezus. Proroctwa Jeremiasza w Jezusie nabierają konkretnego i realnego kształtu. Znaki jakie Jezus czyni potwierdzają nastanie Nowego Przymierza, czasu zbawienia. Jezus uzdrawia nas duchowo, prostuje nasze drogi. Znakami uzdrowienia duchowego będą cuda uzdrowienia fizycznego. Aby dokonał się cud naszego uzdrowienia fizycznego, czy duchowego konieczna jest wiara w Chrystusa. Akcentuje to dzisiejsza ewangelia o uzdrowieniu niewidomego.

Niewidomy Bartymeusz, słysząc o przechodzącym Jezusie zaczął wołać: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną”. Jezu zatrzymał się, przywołał go i zapytał: „Co chcesz, abym ci uczynił?”. Niewidomy odpowiedział: „Rabbuni, żebym przejrzał”.  A Jezus uzdrowił go słowami: „Idź, twoja wiara cię uzdrowiła”. Niewiadomy odzyskał wzrok i poszedł za Jezusem.  Wbrew pozorom, cudowne uzdrowienie z ślepoty fizycznej nie było tu najważniejsze. Ważniejsze było przejrzenie duchowe. Niewidomy dostrzegł w Chrystusie swego Zbawiciela, i jak mówi ewangelia „poszedł za Nim”. Prawdziwym przejrzeniem jest wiara w Chrystusa. Wiara pozwala nam widzieć nasze życie w najpełniejszym wymiarze, którego zwieńczeniem jest zbawienie wieczne. Wiara otwiera nam oczy na boży wymiar naszej codzienności i ukazuje jej sens, szczególnie wtedy, gdy tak po ludzku nie możemy go dostrzec. Papież Benedykt XVI powiedział do chorych w Nowym Jorku: „Czasem niełatwo jest znaleźć uzasadnienie czegoś, co wydaje się jedynie trudnością do przezwyciężenia lub nawet cierpieniem, które przychodzi znosić. Jednakże wiara pomaga nam wyjść poza nasz własny horyzont i ujrzeć życie tak, jak je widzi Bóg. Bezwarunkowa miłość Boga, która dosięga każdą osobę, wskazuje na sens i cel całego ludzkiego życia. Poprzez krzyż Jezus naprawdę przyciąga nas do swej zbawczej miłości, a czyniąc to, ukazuje nam drogę, jaką mamy przed sobą — drogę nadziei, która przemienia nas wszystkich, byśmy także i my nieśli nadzieję i miłość innym”.

Na zakończenie przytoczę anegdotę, która jest przestrogą przed wiarą według własnych wyobrażeń. Po powrocie z lekcji religii mały Jasio mówi do mamy. „Siostra opowiadała nam dzisiaj na lekcji religii jak Mojżesz przeprowadził Izraelitów przez Morze Czerwone. Nakazał on inżynierom zbudować most pontonowy, po którym Izraelici bezpiecznie przeszli na drugi brzeg. A gdy egipskie czołgi wjechały na ten most, wtedy Mojżesz wziął telefon komórkowy i zadzwonił do saperów, aby wysadzili go w powietrze. I tak cała egipska armia utonęła”. Zdumiona matka zapytała: „Czy jesteś pewien, że siostra w ten sposób opowiedziała tę historię?”. „No może nie całkiem. Ale gdybym dosłownie powtórzył jej słowa, to na pewno byś nie uwierzyła”- odpowiedział Jasio.

Autentycznej wiary, prawdziwego przejrzenia uczymy się w bliskości Chrystusa i wierności Jego przykazaniom (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

WIDZĄCY ŚLEPCY

Przyzwyczajenie sprawia, że ludzie, rzeczy, sprawy powszednieją nam. Nie potrafimy się nimi cieszyć. Życie staje się nudne lub zabiegane, bo szukamy czegoś nowego, co może nas chociaż na krótki czas zachwycić. Zaczynamy cenić powszednie rzeczy, gdy ich zabraknie. Zaczynamy cenić powietrze, gdy oczy wychodzą nam na wierzch z jego braku. Zaczynamy cenić wzrok, gdy spowija nas ciemność. Tak jest prawie ze wszystkim. Jakże ogromna radość ogarnęła ewangelicznego niewidomego, gdy odzyskał wzrok. Gdybyśmy potrafili cieszyć się darami, które posiadamy prawdopodobnie bylibyśmy najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Tak szczęśliwi, jak niewidomy uzdrowiony przez Jezusa.

Posiadamy wzrok, możemy radować się tysiącami odmian piękna tego świata. Ale to nam nie wystarcza, chcemy widzieć jeszcze więcej. Konstruujemy lornetki, lunety, mikroskopy, teleskopy, aby zajrzeć tam, gdzie nasz nieuzbrojony wzrok nie sięga. Dzięki temu widzimy dużo więcej niż człowiek sprzed stu lat. Na przykład teleskop Hubble’a pozwala nam zajrzeć w nieogarnione przepaście Wszechświata.  Ujrzeć planety, gwiazdy, galaktyki, czarne dziury oddalone od ziemi miliardy lat świetnych. To się nawet nie śniło człowiekowi sprzed kilkudziesięciu lat. Widzimy dużo więcej niż nasi przodkowie, ale czy jesteśmy z tego powodu szczęśliwsi od nich? Z całą odpowiedzialnością za słowo mogę odpowiedzieć: nie.

Do naszego niejako codziennego, osobistego szczęścia jest potrzebne przejrzenie innego rodzaju. A zatem o jakie przejrzenie chodzi? W odpowiedzi przytoczę historię z życia wziętą. Niewidomy młodzieniec spotkał dziewczynę. Po pierwszej rozmowie, zapytał ją czy chciałaby spotkać się z nim jeszcze raz. Zgodziła się. Z czasem spotkania były coraz częstsze. Bardzo dużo ze sobą rozmawiali. Niewidomy człowiek zobaczył w tej dziewczynie piękno duchowe i zakochał się w niej bez pamięci. Był zauroczony jej mądrością, szlachetnością, delikatnością, czułym sercem. Cały świat stał się dla niego kolorowy. Chciało mu się z radości śpiewać. Tak było do spotkania kolegi, który zaczął mu mówić, że ta dziewczyna ma wiele mankamentów zewnętrznej urody. Na początku niewidomy nie chciał tego słuchać. Ale jego kolega nie zrezygnował z uporczywego przypominania prawdziwych czy wyimaginowanych niedostatków urody tej dziewczyny. Niewidomy uległ temu gadaniu. To co mówił kolega powoli spychało na drugi plan piękno duchowe dziewczyny, które niewidomy dojrzał oczyma duszy. Aż końcu, to co było takie piękne i cudowne między nimi, po prostu umarło. Niewidomy tracąc wewnętrzne światło miłości pogrążył się w ciemności smutku i rozpaczy. Powodem tego nieszczęścia był jego kolega, którego można nazwać widzącym ślepcem.  Widział on niewiele więcej niż  osioł, czy inne bydle. Dostrzegał to co zewnętrzne, a przecież w człowieku najważniejsze jest jego wnętrze, jego dusza, to tam decydują się sprawy o ludzkim szczęściu. W dzisiejszym świecie w zastraszającym tempie wzrasta liczba widzących ślepców. I to właśnie oni napędzają klienteli do klinik chirurgii plastycznej. Bo z małym biustem, krzywym, albo za długim nosem, nawet przy najpiękniejszej duszy nie ma szans, aby być zauważonym na Olimpie widzących ślepców, którym w pewnym sensie jest Hollywood.

Aby nie stać się widzącym ślepcem trzeba nam błagać Jezusa o prawdziwe przejrzenie jak niewidomy żebrak, Bartymeusz: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną”. Brak wzroku sprowadził Bartymeusza na dno ludzkiej nędzy. Stał się żebrakiem. Stać się żebrakiem to nie tylko cierpienie fizycznego braku, ale to także cierpienie duchowe, zranienie ludzkiej godności. Jezus w przeciwieństwie do widzącego ślepca z wcześniej zacytowanej historii patrzył w serce człowieka i wiedział co się w nim kryje. Według miary Chrystusowej, to wnętrze decyduje o wartości człowieka. Jezusa nie zmylił żaden zewnętrzny blichtr. Faryzeusze prezentowali się na zewnątrz bardzo dobrze, szczególnie pod względem religijnym. Oczekiwali szacunku ze względu na swoją pobożność.  Z wielką skrupulatnością zachowywali nakazy Prawa. Ale to właśnie do nich Chrystus powiedział, że są jak groby pobielane. Na zewnątrz piękne, ale wewnątrz pełne zgnilizny. Wiele rzeczy robili tylko na pokaz. W sercu niewidomego żebraka Jezus zobaczył człowieka cierpiącego, który tak bardzo pragnął być zdrowy. Nie widział żadnego ratunku dla siebie. Gdy jednak usłyszał, że drogą przechodzi znany cudotwórca, Jezus z Nazaretu, zaczął głośno błagać o uzdrowienie. Ta niewielka iskierka wiary, że tylko Bóg może go uzdrowić, w bliskości Chrystusa wybuchnęła ogromnym płomieniem. Można powiedzieć, że cierpienie zostało przekute na ogromną wiarę, która sprawiła cud. Chrystus powiedział do niewidomego: „Idź, twoja wiara cię uzdrowiła”. Stała się rzecz niemożliwa.  W bliskości Chrystusa nie ma rzeczy niemożliwych. Oczywiście nie chodzi tu tylko o rzeczy ziemskie, materialne. Ale przede wszystkim rzeczywistość duchową, rzeczywistość naszego zbawienia. Cuda zewnętrzne są niejako po drodze naszego zbawienia. Są potrzebne szczególnie dla „niewiernych Tomaszów”, którzy ciągle chcieliby fizycznie dotykać ran Chrystusowych. Możemy sobie wyobrazić ogrom radości, gdy po raz pierwszy w życiu niewidomy ujrzał cudowny, piękny świat, zobaczył twarze kochanych ludzi. Ale po tym oszołomieniu zapewne przyszła refleksja, co to wszystko ma znaczyć. Kim jest Ten, który może czynić takie cuda. To był początek tego najważniejszego, duchowego przejrzenia.

Zapewne niewidomy Bartymeusz nieraz słyszał w domu i synagodze słowa psalmu z dzisiejszej niedzieli, które są tęsknym wołaniem o zesłanie Mesjasza i odmianę losu: „Odmień znowu nasz los, Panie, jak odmieniasz strumienie na Południu. Ci, którzy we łzach sieją, żąć będą w radości”. Znał także zapowiedź proroka Jeremiasza, który pięknymi słowami maluje odmianę losu człowieka, gdy na ziemię zstąpi Mesjasz: „Oto sprowadzę ich z ziemi północnej i zgromadzę ich z krańców ziemi. Są wśród nich niewidomi i dotknięci kalectwem, kobieta brzemienna wraz z położnicą; powracają wielką gromadą. Oto wyszli z płaczem, lecz wśród pociech ich przyprowadzę. Przywiodę ich do strumienia wody równą drogą, nie potkną się na niej”. Bartymeusz wyszedł do Chrystusa z błaganiem i płaczem a wracał do domu z ogromną radością i śpiewem.  Szedł równą drogą, już się nie potykał. Jeremiaszowy obraz czasów mesjańskich niejako dosłownie spełniał się w życiu niewidomego Bartymeusza.  W obu jednak wypadkach jest to tylko obraz o wiele ważniejszej rzeczywistości duchowej, która przemienia duszę człowieka, gdy ten przez światło wiary spotyka się ze swoim Zbawicielem.

W bliskości Chrystusa zyskujemy wzrok, który pomaga nam odkryć kim jesteśmy i gdzie jest nasze szczęście. Pięknie to ujmuje Rachel Naomi Remen w swojej książce „My Grandfather’s Blessings”. Jako 14 letni chłopiec, autor otrzymał prawdziwy łuk, który zdominował jego wyobraźnię.  W swoich marzeniach był wielkim, odważnym wojownikiem, który posiadaną bronią dokonywał niezwykłych rzeczy. Marzenia swoje realizował w ogrodzie, gdzie strzelał do wszystkiego, co się ruszało. W zasadzie zawsze chybiał celu. Aż pewnego dnia, po zachodzie słońca wyszedł do ogrodu i zobaczył małego zajączka. Bez zastanowienia wycelował w niego, i trafił. Podbiegł do przeszytego strzałą zajączka i doznał szoku, gdy zaczął wyciągać strzałę. Jego marzenia o staniu się wielkim wojownikiem w jednej chwili legły w gruzach. Był przerażony tym co zrobił. Ze łzami w oczach tulił w ramionach martwego zajączka. I wtedy uświadomił sobie kim naprawdę jest, jakie jest jego serce. A było to serce pragnące życia, piękna, dobra, jednym słowem dobre serce. Potrzebna była jednak śmierć niewinnego stworzenia, aby to zrozumiał.

Gdy w bliskości Chrystusa wołać będziemy jak Bartymeusz, wtedy Chrystus przywróci nam wzrok wiary, który pozwoli zrozumieć kim jesteśmy i że w Chrystusie spełnia się pragnienie naszego serca, pragnienie wieczności, pięknej miłości, dobra, zbawienia, szlachetności…. (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

ŚWIĘTY JAN KAPISTRIAN, PREZBITER

Ewangeliczny niewidomy żyjąc w ciemności fizycznej, w całej rozciągłości doświadczył nędzy ludzkiej egzystencji. W tej ciemności pojawił się promyk nadziei, gdy usłyszał o Jezusie. Zaczął wołać, błagając o litość. Chrystus wysłuchał jego prośby. Niewidomego ogarnęła światłość, która odmieniła jego życie. Ewangelia mówi, że uzdrowiony poszedł za Jezusem. To pójście ma podwójny wymiar: jeden jest mierzony krokami, a drugi miłością i wiarą w Chrystusa, która ogarnęła duszę uzdrowionego, zalewając ją nieziemską jasnością. Nieraz w naszym życiu, różnego rodzaju cierpienia, doświadczenia stają się źródłem przejrzenia, pod warunkiem jednak, że wołamy do Chrystusa jak ewangeliczny niewidomy. Czasami owocem tego wołania jest tylko jasność duszy. Jest ona najważniejsza, bo w jej blasku odkrywamy swoje prawdziwe powołanie i drogę zbawienia.

Wspomniane doświadczenia miały miejsce w życiu świętego Jana Kapistrana. W czasie wojny dostał się do niewoli i więzienia, z którego usiłował zbiec. Zrobił z bielizny i ubrania sznur, po którym chciał się spuścić na ziemię. Sznur jednak zerwał się i Jan spadł, dotkliwie się raniąc. Został schwytany i ponownie osadzony w celi więziennej. Długie miesiące spędzone w potwornych warunkach i w zupełnym opuszczeniu, otworzyły mu oczy. W żarliwej modlitwie wołał Chrystusa. W odpowiedzi, otrzymał wewnętrzne światło. Zrozumiał wtedy, że prawdziwe szczęście i sens życia może odnaleźć tylko w całkowitym poświeceniu się służbie Bożej. Wskazówkę, jak to może zrealizować otrzymał od samego Franciszka z Asyżu, który pewnego dnia ukazał się mu w celi więziennej i zachęcił, aby po uwolnieniu wstąpił do grona jego duchownych synów. Jan po tych doświadczeniach złożył ślub całkowitego poświęcenia swego życia Bogu.

Jan Kapistran przyszedł na świat 24 czerwca 1386 roku w niewielkim miasteczku Capestrano, położonym w górzystym terenie Abruzji we Włoszech. Pierwsze nauki pobierał w domu, gdyż rodzice byli na tyle zamożni, że mogli zapewnić synowi domowych nauczycieli. Następnie studiował prawo na uniwersytecie w Perugii. Po ukończeniu studiów pełnił na dworze króla neapolitańskiego urząd kanclerza i doradcy. W roku 1413 król mianował Coluccio z Chieti namiestnikiem Perugii. Ten z kolei dobrał sobie do pomocy 6 administratorów. Jednym z nich był Jan Kapistran, który słynął z mądrości, umiłowania sprawiedliwości, łagodności i dobroci. W tym czasie zaręczył się z córką jednego z najbogatszych mieszczan. Do zaślubin nie doszło, gdyż w roku 1415 Perugia zbuntowała się przeciw królowi neapolitańskiemu. Buntownicy przejęli miasto i uwięzili Jana. W więzieniu, jak pisałem na wstępie Święty przeżył wewnętrzną przemianę, która zadecydowała o jego przyszłości.

Po złożeniu wysokiego okupu, Jan odzyskał wolność. I natychmiast przystąpił do wypełnienia ślubu złożonego Bogu w więzieniu. Zerwał zaręczyny i udał się do klasztoru franciszkanów. Aby pokazać, że całkowicie zrywa z dotychczasowym stylem życia, upokorzył się wobec całego miasta. Tak o tym pisze: „Wróciłem do Perugii i włożywszy na głowę kaptur, na którym były wypisane wszystkie moje grzechy, wsiadłem na osła tyłem, twarzą do jego ogona i tak przejechałem się po mieście. A gdy jechałem po ulicach Perugii, zbierały się koło mnie tłumy dzieciaków i obrzucały mnie błotem. W takim to stanie udałem się do ojców i prosiłem ich o habit”. Jan miał wtedy 30 lat.

W zakonie Jan Kapistran zetknął się ze św. Bernardynem ze Sieny, który wówczas był w klasztorze jego nauczycielem. Święty prowadził wtedy dzieło reformy zakonu franciszkańskiego. Dostrzegł on w młodym zakonniku człowieka ogromnej wiary, dobroci oraz mądrości. Uczynił go zatem sprzymierzeńcem reform. Po świeceniach kapłańskich, władze zakonne mianowały Jana kaznodzieją zakonu. Pełen żaru apostolskiego, Jan Kapistran odwiedzał wioski i miasta, gdzie w płomiennych słowach głosił Ewangelię. W jego hagiografii czytamy: „Niskiej był on postaci, bladego oblicza, wychudły jak szczap, ale gdzie się tylko ukazał na ambonie, tam każde oko zwilżało się łzą i miękły najzatwardzialsze serca. Wskutek kazań nie tylko się ludzie jednali z Bogiem i bliźnimi, nie tylko wyrzekali się grzechu i szatana, ale zakładali szpitale, lazarety dla chorych, klasztory i inne zakłady dobroczynne, nie żałując kosztu i nakładu”. Słuchający go byli przekonani, że przez niego przemawia sam Bóg. Zapewne tak było, bo święty był Nim wypełniony. Wiele nocnych godzin poświęcał na modlitwę, gdyż w dzień był zbyt zajęty. Niewiele jadł, pościł nieraz o chlebie i wodzie. Nosił włosiennicę i często się biczował. Mocy jego nauczaniu dodawały cuda, jakie dokonywały się przez jego ręce.    

Sława Świętego dotarła także do Rzymu. Papieże zlecali mu ważne misje, nie tylko natury duchowej. Papież Eugeniusz IV polecił mu, aby był rozjemcą w sporze o tron królewski Neapolu. Był mediatorem w sporze między Mediolanem a Bazyleą. W podobnej sprawie udał się z polecenia papieża na Sycylię. Prowadził śledztwo w sprawie zarzutów stawianym jezuatom. Wizytował w Ziemi Świętej placówki obserwantów, czyli zreformowanych przez Bernardyna franciszkanów, którzy są znani pod nazwa bernardynów. To im papież zlecił opiekę nad sanktuariami w Ziemi Świętej. W roku 1451 cesarz Rzeszy Niemieckiej, Fryderyk III, wysłał do papieża Mikołaja V poselstwo, aby papież ogłosił krucjatę przeciwko husytom czeskim  i muzułmańskim Turkom, którzy byli wielkim zagrożeniem dla Europy. Papież ogłosił krucjatę a misję jej zorganizowania powierzył Janowi Kapistranowi. Mianował go swoim legatem i dał mu wszelkie konieczne pełnomocnictwa, z urzędem inkwizytora włącznie.

Jan niezmordowanie przemierzał drogi całej Europy, nawołując do krucjaty. Zakładał przy tym po drodze szpitale i inne dzieła miłosierdzia oraz wzywał do nawrócenia i pokuty. Witany był z największymi honorami przez cesarza, królów, magnatów, biskupów i tłumy wiernych. Król polski Kazimierz Jagiellończyk i biskup krakowski, Zbigniew Oleśnicki, zaprosili Świętego do Polski. Okazały poczet królewski towarzyszył legatowi papieskiemu z Wrocławia do Krakowa. W Krakowie na rynku witał Jana król, kardynał i ich świty. W procesji wyszły wszystkie kościoły. Jan zatrzymał się w Polsce 8 miesięcy. W tym czasie założył dwa klasztory obserwantów, czyli bernardynów, jeden w Krakowie, drugi w Warszawie. Zasadniczo misja do Polski nie powiodła się. Polska zagrożona przez Krzyżaków nie włączyła się do wojny z Turkami. Daremne okazały się nawoływania Świętego do zgody. Także misja w Czechach powiodła się tylko częściowo. Jan nawrócił wielu husytów, ale ostatecznie zamknięto przed nim bramy Pragi. W tej sytuacji, osamotniony cesarz nie czuł się na tyle silny, aby wyruszyć przeciw Turkom.

Święty Jan Kapistran niezrażony tymi niepowodzeniami kontynuował misję zleconą przez papieża. Udał się na Węgry, które częściowo były opanowane przez Turków. Węgrzy tracili już wiarę, że sami mogą oprzeć się nawałnicy tureckiej. Jan płomiennymi kazaniami zdołał rozbudzić ducha walki. Zmobilizował Węgrów. Doszło do krwawej bitwy pod Belgradem. W uroczystość Przemienienia Pańskiego, 6 sierpnia 1456 roku, Węgrzy pod wodzą Jana Hunyadi odnieśli nad Turkami wspaniałe zwycięstwo. Uważano, że duchowym sprawcą tego zwycięstwa był Jan Kapistran. Święty nie tylko zachęcał do walki płomiennymi kazaniami, ale osobiście na koniu śpieszył tam, gdzie załamywały się szeregi i dodawał odwagi walczącym.

Intensywne życie, pokuty, ascezy i ta ostatnia wojna z Turkami pozbawiły go zupełnie sił. Przeżył jeszcze dwa miesiące i odszedł do Pana 10 października 1456 roku w mieście Uliak nad Dunajem. Tam też złożono jego ciało. Wdzięczny naród węgierski urządził swemu wybawcy królewski pogrzeb. Wszyscy jednak wiedzieli, że korona Jana Kapistrana jest koroną świętości, co też zostało oficjalnie ogłoszone przez Kościół w roku 1690 w akcie kanonizacji (z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

ŚLEPCY NA PIĄTEJ ALEI

W Stanach Zjednoczonych październik jest miesiącem Dziedzictwa Polskiego. Dla mnie ten miesiąc kojarzy się z nabożeństwem różańcowym z lat dzieciństwa. Nad polami snuły się jesienne dymy z ognisk, w których piekliśmy ziemniaki. Umorusani przypalonymi ziemniakami wracaliśmy do domu, myliśmy się i wyruszaliśmy do kościoła na nabożeństwo różańcowe. Gdy wracaliśmy z kościoła na dworze było już ciemno. Latarkami rozświetlaliśmy drogę, konkurując między sobą, która nich świeci najdalej. Latarka przydawała się także do odpędzania psów, które nie tylko szczekały, ale próbowały nas atakować. W te wspomnienia wplata się modlitwa różańcowa za mój ojczysty dom w kraju nad Wisłą, modlitwa za moją Ojczyznę, której na imię Polska. Z myślą o mojej Ojczyźnie wyruszam w pierwszą niedzielę października z moimi Rodakami na Paradę Pułaskiego. Wdzięczni za polskie dziedzictwo maszerujemy Piątą Aleją na Manhattanie. W tym roku przewodził nam Generalny Marszałek Parady, wielce oddany sprawie polskiej Artur Dybanowski. Przykrym epizodem w tegorocznej mojej paradzie była grupa młodych „ślepców” na chodniku.   

W paradzie maszerowała młoda dziewczyna. Niosła przed sobą portret mężczyzny. Młodzi chłopcy, stojący na chodniku zapytali ją: „Czyja jest to fotografia”. Dziewczyna odpowiedziała: „To mój tata”. Zaskoczeni chłopcy, zaczęli kpić z niej, pytając w czym on się tak wykazał, że niesie jego portret na paradzie . Zażenowana dziewczyna starała się im wytłumaczyć: „Każdego roku, z tatą brałam udział w paradzie. maszerowałam z tata w paradzie. W tym roku mój tata zmarł. Tak mi go brakuje. Chciałam, aby w ten sposób był ze mną na paradzie”. Ale to nie poruszyło młodych ślepców i nie powstrzymało ich kpin. Jeden z nich krzyknął do niej: „To na drugi rok weź portret ojca Rydzyka”. Dziewczyna zamilkła i spuściła głowę, a perliste łzy kropelkami bólu spadały na portret taty. Ktoś tych zwyrodnialców karmił nienawiścią i pogardą do drugiego człowieka, ktoś ich karmił kpiną z wiary, ktoś ich karmił lekceważeniem rodziny i ludzkich uczuć. I to ich zaślepiło. To są widzący ślepcy, którzy nie dostrzegają, najważniejszych spraw i rzeczy.

Ich ślepota jest bardziej tragiczna niż ślepota żebraka Bartymeusza z dzisiejszej Ewangelii. Jezus przechodził przez Jerycho, jedno z bogatszych miast tamtych czasów. Przy drodze siedział niewidomy żebrak Bartymeusz, który głośno wołał: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną”. Jezus usłyszał to wołanie i zapytał go, co chce, aby mu uczynił. Na co niewidomy odpowiedział: „Rabbuni, żebym przejrzał”. Jezus przywrócił mu wzrok i powiedział: „Idź, twoja wiara cię uzdrowiła”. Tak jak Bartymeusz, ślepcy z Piątej Alei mają szansę uleczenia, tylko muszą wołać, jak żebrak: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną”. Dziś oni nie wołają, nienawiść i pogarda tak ich zaślepiła, że nawet nie zdają sobie sprawy, że są godnymi pożałowania ślepcami. Bardzo często tacy ślepcy zaczynają dostrzegać swoją ślepotę, gdy wyrżną głową w przydrożny słup na drodze swojego życia i w głowie zawirują gwiazdy. Ale nawet bez takiego uderzenia światło Chrystusa może dotrzeć do tych ślepców. Chrystus ma swoje drogi do każdego człowieka.

Dzisiejsze czytania ukazują jako arcykapłana. Słowo kapłan wywodzi się od słowa „pontifex”, co znaczy budowniczy mostów. W znaczeniu religijnym kapłan buduje mosty między wiecznością a obecnym czasem, między ziemią a niebem. Św. Paweł w Liście do Tymoteusza pisze: „Albowiem jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem i ludźmi, człowiek, Chrystus Jezus, który wydał siebie samego na okup za wszystkich”. Jezus jest jedynym i najważniejszym  „mostem” między Bogiem a ludźmi. Na mocy chrztu świętego każdy z nas ma udział w kapłaństwie Chrystusowym. Mówi o tym Sobór Watykański II: „Na mocy chrztu świętego wierni otrzymują udział w kapłańskiej funkcji Chrystusa dla sprawowania duchowego kultu, oddając Mu samych siebie jako ofiarę”. Przez ten sakrament jesteśmy powołani do sprawowania funkcji apostolskich i ewangelizacyjnych. Święty Piotr pisał: „Wy zaś jesteście wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, świętym narodem, ludem Bogu na własność przeznaczonym, abyście ogłaszali dzieła potęgi Tego, który was wezwał z ciemności do przedziwnego swojego światła”. Zaś jego następca, św. Jan Paweł II mówił w Meksyku: „Wszyscy wierni na mocy sakramentu chrztu i bierzmowania zobowiązani są do publicznego wyznawania wiary, którą otrzymali od Boga za pośrednictwem Kościoła. Powinni ją szerzyć i bronić jej jak prawdziwi świadkowie Chrystusa, ponieważ są wezwani do ewangelizacji – fundamentalnego obowiązku wszystkich członków ludu Bożego”.

Jesteśmy wezwani, aby otwierać innym oczy na rzeczywistość, której nie wyczerpuje świat materialny, a która ma swoje spełnienie w wieczności. Możemy to czynić na różne sposoby i w różnych okolicznościach. Poniższa historia ze strony www.pomponik.pl może być tego przykładem. Aktorka Ewa Gorzelak wychowała się w rodzinie ateistycznej, ale dzięki babci nauczyła się niektórych modlitw. Niewierzący rodzice zgodzili się na prośbę córki przyjęcia I Komunii św. Jednak, jak mówi aktorka nie miało to większego wpływu na jej młodzieńczą wiarę, która była dla niej czymś obcym. Momentem przełomowym w jej życiu wiary, przejrzeniem było spotkania i miłość do Zbyszka, który w młodości pragnął zostać księdzem. Jednak zrezygnował z tych planów, ale wiara nadal zajmowała ważne miejsce w jego życiu. Słowa przysięgi małżeńskiej wypowiedzieli w uroczej wiejskiej kapliczce Matki Bożej Bolesnej, gdzie Zbyszek przyjeżdżał kiedyś jako ministrant i modlił się w ważnych życiowych momentach. Ta wiara otwierała dla niej nowe okna, stając się źródłem siły, gdy 2003 u półrocznego synka Rysia zdiagnozowano nowotwór mózgu. Lekarze nie dawali mu szans na przeżycie. Aktorka była wtedy gwiazdą serialu „Na Wspólnej”, z którego zrezygnowała, żeby czuwać przy Rysiu. O tych ciężkich zmaganiach powiedziała: „Kiedy medycyna powoli rozkłada ręce, pojawia się wielka nadzieja, że jest jeszcze, a może przede wszystkim Ktoś, na Kim można się wesprzeć, do kogo można się zwrócić, poprosić o opiekę, po prostu się pomodlić. On mi umierał na rękach. W pewnym momencie nie miał siły płakać, tylko tak cichutko się skarżył. Prosiłam Boga, aby szybciej go zabrał i skrócił jego cierpienie. Myślałam, że mi serce pęknie. Przyszedł ksiądz, namaścił go, dał mu sakrament chorych i zaczął się modlić o zdrowie. Wszyscy wspólnie wstawiali się za Rysiem u Boga. I wtedy zdarzył się prawdziwy cud, synek został uleczony. Z pewnością było to działanie Boga!” Te trudne doświadczenia, przeżywane z Bogiem umocniły jej rodzinę. Aktorka wspomina: „Wiele małżeństw się rozpada, przy tak ciężkiej chorobie dziecka. Mężczyźni często nie wytrzymują tego. To był trudny okres w naszym życiu. Dziś jestem bardzo szczęśliwa, że wybrnęliśmy z tego cało jako rodzina”.

Tak spełniły się słowa psalmisty z dzisiejszej niedzieli: „Idą i płaczą / niosąc ziarno na zasiew, / lecz powrócą z radością / niosąc swoje snopy”. Wzrok wiary daje siłę oczekiwania radości nawet wtedy, gdy będziemy powracać do domu Ojca (Kurier Plus, 2014).

 

 

KLAPKI NA OCZACH

Bardzo często konie dorożkarskie mają klapki na oczach, które zwężają pole widzenia, przez co koń nie widzi co dzieje się z boku czy z tyłu, przez co zmniejsza się niebezpieczeństwo spłoszenia, chociażby przez samochód przejeżdżający obok. A zatem klapki w przypadku konia spełniają pozytywną rolę. Jednak to co dla konia jest dobre nie musi być dobre dla dorożkarza, czy człowieka w ogóle. Oczywiście w sensie przenośnym.

Mówienie o człowieku, że ma klapki na oczach, zawsze ma wymiar negatywny. Zapewne wiemy, jaka treść kryje się w wyrażeniu „klapki na oczach”, ale dla pewnej jasności przytoczę określenie ze Słownika frazeologicznego: „Nie umieć spojrzeć na coś krytycznie, być zaślepionym, ograniczonym, nie widzieć tego, co jest oczywiste, czytelne, być dogmatycznym w swoich poglądach”.

Klapki na oczy mogą nam nałożyć inni, ale najczęściej robimy to sami. Dla ilustracji przytoczę eksperyment jaki przeprowadzono w chicagowskim uniwersytecie. Profesor powiedział studentom, aby rozejrzeli się dokładnie po sali wykładowej i zwrócili uwagę na wszystkie przedmioty koloru czerwonego. Po pewnym czasie poprosił ich, aby zamknęli oczy i przypomnieli sobie wszystkie czerwone przedmioty, które wcześniej widzieli. Następnie polecił, aby je kolejno wymieniali. Studenci bezbłędnie wyliczyli wszystkie przedmioty koloru czerwonego. Następnie profesor poprosił o wymienienie przedmiotów w kolorze niebieskim. Nikt jednak nie był w stanie wymienić chociażby jednego przedmiotu w tym kolorze. Podobnie było z innymi kolorami. Tak byli skoncentrowani na czerwonym kolorze, że innych nie zauważyli i nie zapamiętali.

Profesor wyjaśnił, że tak bywa w naszym życiu codziennym. Zapamiętujemy i przyjmujemy to na czym się koncertujemy, a inne rzeczy, czasami najważniejsze umykają nie zauważone, zakładamy sobie pewnego rodzaju klapki: „Koncentrujemy się na negatywach i dostrzegamy tylko to co jest złe. A przecież jest inna, pozytywna siła, która przezwycięża zło. Jest nią Bóg i Jego łaska. Trzeba ją zauważyć i na niej się koncentrować, a wtedy ona będzie kształtować nasze życie”. W życiu możemy się dostroić tylko do jednego koloru, tak że innych w ogóle nie będziemy dostrzegać. Trzeba nieraz usunąć te klapki, aby dostrzec inny świat.

Dzisiejsza Ewangelia mówi o uzdrowieniu niewidomego Bartymeusza. Mówiąc językiem przenośni miał on oczach klapki, który mu przesłoniły cały piękny, kolorowy świat. Otaczała go głucha ciemność. Jednak ta ciemność fizyczna nie dotknęła do końca  jego duszy. Przeczuwał, że istnieje cudowny świat dlatego wołał do Jezusa: „Synu Dawida ulituj się nade mną”. Chrystus odpowiedział na jego wołanie: „Idź, twoja wiara cię uzdrowiła”. Niewidomy po raz pierwszy w życiu cudowny, piękny świat. Uzdrowienie fizyczne otworzyło go na inny, duchowy świat. Niejako namacalnie dostrzegł obecność Boga w swoim życiu i Jego znaki w otaczającym świecie. Doświadczył łaski bożej i miłości.

Nasza „klapkowe” postrzeganie świata może być zdominowane przez jeden kolor. Możemy dostrzegać rzeczywistość tylko w kolorach materialnych, nie dostrzegając duchowych. Naszą wizję mogą zdominować kolory rozczarowania, egocentryzmu, cynizmu, zazdrości, nienawiści. Ta wizja może przesłonić kolory Boga, jak: zbawienie, miłość. współczucie miłosierdzie, przebaczenie, pokój. Ewalngeliczy Bartymeusz, po uzdrowieniu wyraźnie dostrzegł kolory Boga w samym sobie i otaczającym go świecie. Aby zobaczyć nasze życie i nasz świat oczami wiary, należy rozpoznać liczne barwy Bożej łaski promieniującej w każdym człowieku, w każdym miejscu, w każdej chwili. Takiego przejrzenia, pozbycia się zawężających widzenie klapek doświadczył ojciec Łazarz, który drogę do Boga opisał w książce „Pokonaj swoje demony”. 

Obecnie jest on pustelnikiem, żyjącym w Egipcie na Górze Colzim, gdzie znajduje się grota św. Antoniego. Zanim został mnichem pracował na uniwersytecie jako wykładowca literatury i filozofii. Przez trzydzieści lat był ateistą i marksistą. Po śmierci swojej matki wyruszył w poszukiwaniu Boga. Dotarł do Egiptu, gdzie został koptyjskim mnichem, pustelnikiem i cenionym kierownikiem duchowym. Wspomina: „W wieku 11 lat zanegowałem chrześcijaństwo. W tym okresie doświadczałem wielu cierpień wewnętrznych i zewnętrznych. Odrzucając wiarę, przyjąłem za pewnik, że nienaruszalne są jedynie prawa przyrody. Na świat wokół mnie mogłem wpływać tylko siłą umysłu.

Tej mocy przypisywałem też cuda, których nie potrafiłem w inny sposób wyjaśnić. Moje poglądy filozoficzne kształtowała lektura pism Marksa, a psychologiczne – Freuda. Na ich bazie zbudowałem sobie materialistyczną koncepcję życia, opartą na naturalizmie, z pewną dozą romantyzmu. Chrześcijaństwo uważałem za narzędzie różnych rządów w celu realizacji ich imperialistycznych celów”.

Po śmierci matki zaczęły opadać klapki z jego oczu a „boże kolory” stawały się intensywniejsze. Napisał: „Kiedy mama umarła, poczułem ogromną pustkę w swoim życiu oraz wielkie zagubienie. Straciłem wtedy życiową równowagę. Matka była dla mnie jak źródło i sens życia. Wraz z nią zniknęła gdzieś moja pewność siebie. Po roku ciągłego smutku i rozpaczy nie byłem ani o włos bliższy wewnętrznemu pokojowi ani harmonii. W końcu postanowiłem zrobić coś dziwnego: wrócić do sali szpitalnej, w której umarła moja matka. Chciałem w ten sposób zrozumieć jakoś tajemnicę śmierci, która była dla mnie jak nieprzenikniona ciemność. W oczekiwaniu na wejście zostałem skierowany do szpitalnej biblioteki. Tam znalazłem książkę amerykańskiego zakonnika – Thomasa Mertona. Była to jego autobiografia. Zacząłem ją czytać, a lektura ta okazała się dla mnie tak absorbująca, że zapomniałem w ogóle o sali. Siostry, które pracowały w szpitalu, najwyraźniej też. Merton przypominał mi moje własne życie: lewicujący filozof, wykładowca, który czytał te same książki i oglądał te same filmy co ja. On również stracił matkę. Po jej śmierci zaczął szukać ukojenia w katolickim klasztorze. Postanowiłem zrobić to samo – uniwersytet zamienić na klasztor”.

Ostateczne przejrzenie dokonało się w świątyni: „Fala smutku i żalu wypełniły mnie bezmiernie. Wtem nagle z tyłu usłyszałem wyraźnie słowa: ‚Ja będę twoją Matką’. Odwróciłem się przekonany, że to jedna z kobiet w cerkwi próbuje mnie pocieszyć, ale nikogo nie było. Znów zacząłem się żalić i ponownie usłyszałem te same słowa. Zauważyłem, że Matka Boża z ikony znajdującej się naprzeciw mnie jakby lekko wysunęła się w moim kierunku. Wysunęła głowę do przodu, nachyliła się w moją stronę i patrząc mi prosto w oczy, uśmiechnęła się, mówiąc po raz trzeci: ‚Ja będę twoją Matką’. Uśmiechając się, była przepiękna i pełna miłości, tak cudowna i kochająca, że jej słowa zabrały od razu cały ból z mojego serca. Dzięki Jej miłości i obecności poczułem się odnowiony i nowo narodzony. Dała mi nową wiarę, nadzieję i pewność siebie. Cała Jej postać emanowała światłem. Kiedy wstałem, Maryja ‚wróciła’ na swoje miejsce, a ja postanowiłem zrobić trzeci pokłon. Wychodząc z cerkwi, byłem przekonany, że mam kochającą Matkę. Po tym niezwykłym spotkaniu powiedziałem biskupowi, że nie mogę stąd odejść, bo życie w świecie straciło dla mnie sens. Biskup się zgodził. Porzuciłem więc pracę na uniwersytecie i pozostałem w klasztorze” (Kurier Plus, 2018).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *