28 Cze

10 niedziela zwykła Rok C

 

PRZYWRÓCENI DO ŻYCIA

Jezus udał się do pewnego miasta, zwanego Nain; a szli z Nim Jego uczniowie i tłum wielki. Gdy zbliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego, jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta. Na jej widok Pan użalił się nad nią i rzekł do niej: „Nie płacz”. Potem przystąpił, dotknął się mar, a ci, którzy je nieśli, stanęli, i rzekł: „Młodzieńcze, tobie mówię, wstań”. Zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce. A wszystkich ogarnął strach; wielbili Boga i mówili: „Wielki prorok powstał wśród nas i Bóg łaskawie nawiedził lud swój”. I rozeszła się ta wieść o Nim po całej Judei i po całej okolicznej krainie (Łk 7,11-17).

Przed kilkunastu laty w telewizji amerykańskiej przedstawiono historię, która miała miejsce w Meksyku. Jest to historia 12-letniego chłopca imieniem Alfredo. Chłopiec stracił całą rodzinę w pożarze. Sam się uratował, ale płomienie zeszpeciły jego twarz. Aż trudno uwierzyć, że nikt nie zaopiekował się osieroconym i zranionym chłopcem. Stał się on dzieckiem ulicy. Nocował pod gołym niebem, a żywił się najczęściej tym, co znalazł na śmietniku. Pewnego dnia Alfredo zatrzymał się przed domem dla sierot. Patrzył na roześmianych chłopców, którzy wspólnie się bawili. Zazdrościł im.

Ksiądz odpowiedzialny za sierociniec chciał stworzyć tym chłopcom chociaż namiastkę rodzinnego domu. Wpajał im poczucie wzajemnej odpowiedzialności i troski za siebie. Alfredo pragnął przynależeć do tej wspólnoty. Zmagając się wewnętrznie, zdobył się ostatecznie na odwagę i zastukał do pokoju księdza odpowiedzialnego za te wspólnotę. Ksiądz był zaszokowany, gdy zobaczył zdeformowaną twarz chłopca. A gdy usłyszał jego historię serce kapłana poruszyło się współczuciem. Jednak ksiądz nie mógł podjąć decyzji. O przyjęciu kogoś nowego do wspólnoty decydowali przez głosowanie sami chłopcy. Alfredo czekał, gdy tymczasem ksiądz zgromadził chłopców, pytając ich o zdanie. Przypomniał im, że gdy zdecydują się przyjąć do swej wspólnoty Alfredo to muszą go traktować jak brata. Gorszą rzeczą byłoby przyjęcie go do wspólnoty, a później nie zaakceptowanie. Po naradzie ksiądz przyprowadził do zgromadzonych chłopców zalęknionego Alfredo.

Kamerzysta wspaniale uchwycił tę dramatyczną scenę. Ukazał zszokowane twarze chłopców, którzy zobaczyli zniekształconą oblicze Alfredo. Zmieszani chłopcy spoglądali wzajemnie na siebie. Ten moment trwał jak wieczność. Poczym chłopcy, jeden po drugim zaczęli podchodzić do Alfredo ściskać jego dłoń i mówiąc: „Jesteś moim bratem”. Następnie film ukazuje wieczorne spotkanie wspólnoty, którzy przy muzyce i zastawionym stole świętowali powiększenie rodziny. Alfredo miał na sobie nowe ubranie. Był umyty i uczesany. Kamera kieruje się na chłopca i ukazuje najważniejszą rzecz. Na zniekształconej twarzy pojawił się po raz pierwszy od wielu lat cudowny uśmiech. Alfredo zaczął znowu żyć. Można powiedzieć, że był martwy uczuciowo, duchowo i społecznie. Dla wielu był on praktycznie nikim, kimś martwym, kto może żyć lub też nie. Stał się cud, gdy wyciągnęły się do niego życzliwe ręce. On zaczął naprawdę żyć. Poczuł smak miłości, zrozumiał, że jest dla kogoś kimś ważnym. I z pewnością w tej wspólnocie odkrył Tego, kto z miłości do niego oddał swoje życie. Poznał tego, który jest źródłem życia, Który powiedział do martwego młodzieńca z Naim: „Młodzieńcze, tobie mówię, wstań”.

Chrystus wyciąga swoją rękę i przywraca nam życie w różnych wymiarach. Przywrócił życie wdowie, która odprowadzała na cmentarz swojego jedynego syna. Każdy pogrzeb jest smutny. Pogrzeb opisany w Ewangelii jest szczególnie smutny. Utrata własnego dziecka jest najcięższym krzyżem dla rodziców. Gdy umiera człowiek starszy mówimy, że umiera wraz z nim część naszego życia, naszej historii. Ale gdy umiera ktoś młody, to wtedy umiera część naszej przyszłości. Jest to uczucie nieraz tak silne, że nie chcemy żyć, bo umarła nasza przyszłość. Dla wdowy z Naim ta tragedia miała także wymiar bardzo materialny. W tamtych czasach dziecko zapewniało utrzymanie swym rodzicom na stare, niedołężne lata. Po śmierci jedynaka, przed wdową rysowała się perspektywa żebraczego chleba, podanego litościwą ręką obcego człowieka. Ale to nie troska o siebie sprawiała matce największy ból. Wraz ze śmiercią syna umarła jej przyszłość. A Chrystus jednym wyciagnięciem ręki wskrzesza ją do pełni życia. Ileż w tym piękna i radości. Przez ten cud odnalazła coś więcej. Odnalazła Mesjasza, który jest Panem życia i śmierci, który przez cuda uwiarygodniał swoje nauczanie. A nauczał, że każdy kto uwierzy w Niego będzie miał życie, nawet gdy umrze. Ale nie będzie to powtórzenie życia ziemskiego, które nieodłącznie związane jest z cierpieniem i śmiercią. Będzie to życie wolne od cierpienia, lęku przed śmiercią. Będzie to radość i szczęście, które przewyższa ludzką wyobraźnię. I jak tu nie wierzyć tak pięknym słowom, gdy wypowiada je Ten, który do zmarłego mówi wstań, a ten wstaje. Tę radość i wiarę będzie dzielił z matką także wskrzeszony młodzieniec. Dla niego zaczęło się nowe życie w sensie dosłownym. Rozpoczęło się także życie wiary . I to był główny cel wydarzenia w Naim.

Chrystus wyciąga także dzisiaj do nas ręce, aby przywracać nam życie. Nie wyciąga swoich cielesnych rąk. On obdarza każdego z nas natchnieniem, abyśmy wyciągali ręce do bliźnich i mówili: „Mówię ci wstań”. Innymi słowy Chrystus udziela nam swej mocy, abyśmy pomagali ludziom powstawać do nowego życia. Przez naszą serdeczność i życzliwość przywracają uczucie miłości w sercach naszych bliźnich. Przez naszą modlitwę i ofiarę rozpala i umacnia życie duchowe w drugim człowieku. Przez naszą miłość i akceptację przywraca ludziom życie w wymiarze społecznym. Przez naszą wiarę i oddanie wprowadza bliźniego na drogę, która prowadzi do wiecznego domu Ojca.

Poniższe zdarzenie może być przypowieścią pisaną przez życie, która wprowadza nas jeszcze pełniej w tajemnice poruszane w powyższych rozważaniach. Bryan MacMahon w książce pt. „The Master” wspominając lata, gdy był nauczycielem w Listowel, opisuje takie wydarzenie. Pewnego dnia przyszedł do niego zrozpaczony rolnik. Powiedział, że tego zimowego poranka urodziło mu się dziecko. Przy porodzie był arogancki i nieuprzejmy lekarz, który wychodząc z pokoju żony powiedział obojętnie, bez cienia współczucia: „Twoja żona jest w porządku, ale dziecko zmarło”. Bryan przejął się tym i chciał coś zrobić, aby pocieszyć nieszczęśliwe małżeństwo. „Poszedłem do pokoju i zobaczyłem sine dziecko. Wyglądało jak martwe. Żona była prawie nieprzytomna. Wziąłem zatem dziecko i poszedłem do kuchni, w której płonął ogień. Rozgrzałem małe ciałko i namaściłem olejem. Nie było widać śladu życia. Masowałem dwadzieścia minut. Naglę dziecko westchnęło. Ciało zaczęło zmieniać kolor. Uradowany, nie przestawałem masować. Nagły krzyk dziecka oznajmił, że wyrwało się ono z objęć śmierci. Teraz jest on dla ciebie Mistrzu, zostawiam go w Twoich dobrych rękach” (z książki Ku wolności).

 

DLACZEGO ZNOWU O ŚMIERCI?

Na to Eliasz jej odpowiedział: „Daj mi twego syna”. Następnie wziąwszy go z jej łona, zaniósł go do górnej izby, gdzie sam mieszkał i położył go na swoim łóżku. Potem wzywając Pana rzekł: „O Panie, Boże mój! Czy nawet na wdowę, u której zamieszkałem, sprowadzasz nieszczęście, dopuszczając śmierć jej syna?” Później trzykrotnie rozciągnął się nad dzieckiem i znów wzywając Pana rzekł: „O Panie, Boże mój! Błagam Cię, niech dusza tego dziecka wróci do niego!” Pan zaś wysłuchał wołania Eliasza, gdyż dusza dziecka powróciła do niego i ożyło. Wówczas Eliasz wziął dziecko i zniósł z górnej izby tego domu, i zaraz oddał je matce. Następnie Eliasz rzekł: „Patrz, syn twój żyje” (1 Krl 17,19-23).

Śmierć jest jedyną rzeczywistością, co do której możemy mieć 100% pewność, że będzie miała ona miejsce w naszym życiu i to niezależnie od naszego wieku. I to jest jeden z powodów, aby czasami zastanowić się nad nią i przygotować się na godne jej przeżycie. Świadomie używam słowa „przeżycie”, bo śmierć można przeżyć. O tym przypominają nam czytania mszale na dzisiejszą niedzielę. Niektórzy uważają, że śmierć jest najgorszą rzeczą w naszym życiu. Biblia zaś mówi, że człowieka może spotkać coś gorszego, jak zatrata własnej duszy, utrata życia wiecznego. Tę prawdę mogą przyjąć ci, którzy jak małe dzieci, ufnie i szczerze wierzą w Boga. Jezus przybliża nam tę prawdę w słowach: „Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje”. W życiu doczesnym tak wiele zależy od naszej wiary. Jeśli wierzymy, że osiągniemy wyznaczony cel, to najczęściej tak się staje. Zaś życie wieczne zależy całkowicie od naszej wiary, bezgranicznego zawierzenia Bogu.

Może to dlatego małe dzieci bardziej dojrzale niż dorośli przeżywają swoją śmierć. Na portalu internetowym Wirtualna Polska umieszczono relacje z Domowego Hospicjum Dziecięcego „Promyczek”, prowadzonego przez Fundację Anielska Przystań. Ks. Paweł Dobrzyński mówi: „Pamiętam 14-latka, który z detalami zaplanował, jak będzie wyglądał jego pogrzeb. Chciał, żeby mama miała niebieską bluzkę i nie płakała. Inna dziewczynka poszła o krok dalej, planując nawet strój w jakim będzie leżała w trumnie. Goście byli ubrani na biało, każdy trzymał w ręce różę, którą pod koniec ceremonii pogrzebowej rzucał na trumnę. Większość umierających dzieci bardziej troszczy się o rodziców niż o siebie”.  W innym miejscu ks. Paweł dodaje: „Inną 6-letnią dziewczynkę zaprosiłem kiedyś na modlitwę uzdrowienia. Przyjechała do mnie aż z Olsztyna. Przed powrotem do domu złapała mnie mocno za szyję i przytuliła. Powiedziałem jej, żeby się nie martwiła, bo niedługo do niej przyjadę. Popatrzyła na mnie i powiedziała: ‘Wujek, my się już nie spotkamy. Już niedługo będę w Niebie. Tylko nie mów mamie, bo będzie jej przykro’. Te dzieci doskonale wiedzą, że odejdą, i wyczuwają moment, w którym to się stanie”.

Dr Januszaniec opowiada inną historię: „Mieliśmy trzyipółletniego chłopca, który bardzo mądrze rozmawiał z matką o śmierci. Płakał, ale nie dlatego, że umiera, tylko dlatego, że mama będzie płakała. Faktycznie większość umierających dzieci bardziej troszczy się o rodziców niż o siebie. Nieraz martwią się, pytają: ‘Mamo, a czy tam, w Niebie, my się rozpoznamy? Bo przecież ja już będę wtedy starsza, ty też’. Jednak nigdy nie spotkałem się z sytuacją, w której dziecko umierało w krzyku, ostatkiem sił broniąc się przed śmiercią. Przeważnie odchodzą w spokoju, są pogodzone ze sobą i światem. Natomiast często obserwuję – i to zarówno w przypadku maluchów, jak i starszych dzieci – jak bardzo troszczą się o swoich rodziców. Pytają: ‘Mamo, tato, czy poradzicie sobie, kiedy mnie nie będzie? Obiecajcie, że nie będziecie płakać’”. Historie dziecięcych odejść zakończę słowami, które skierowała ośmioletnia dziewczynka do swojej mamy: „Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Tylko trzeba mocno wierzyć w Pana Jezusa”. Jeśli dzisiaj kościół mówi o śmierci, to po to byśmy mocno uwierzyli Bogu, który jest Panem życia i śmierci. Gdy uwierzymy, to wtedy, tak jak mówiła ta dziewczynka „wszystko będzie dobrze”. Poprzez to co nieuniknione, nierozdzielnie związane z naszym życiem, poprzez cierpienie i śmierć uchwycimy się promyka nadziei, który przeprowadzi nas bezpiecznie przez ciemną dolinę śmierci.

Pierwsze czytanie, zacytowane na wstępie tych rozważań przywołuje problem śmierci w naszym życiu. Wdowa z Sarepty Sydońskiej udzieliła gościny prorokowi Eliaszowi. Mogła oczekiwać bożego błogosławieństwa za ten dobry czyn, a doświadczyła największej tragedii, jaka może spotkać matkę- śmierć własnego dziecka.  Kieruje zatem z wyrzutem słowa do proroka: „Czego ty, mężu Boży, chcesz ode mnie? Czy po to przyszedłeś do mnie, aby mi przypomnieć moją winę i przyprawić o śmierć mego syna?” Uważa, że przybycie proroka ściągnęło uwagę Boga, który dostrzegł jej grzechy i ukarał. Jednak to nie była kara, ale przez to wydarzenie Bóg ukazał wielkie swoje dzieła, ukazał, że jest Panem życia i śmierci. Opis tego zdarzenia nie daje nam całkowitej pewności, że chłopiec był martwy. Jednak kobieta była pewna, że straciła syna, a później miała całkowitą pewność, że mocą Boga prorok Eliasz wskrzesił jej dziecko. Zapewne wcześniej wierzyła w życie wieczne, ale po takim wydarzeniu wiara wyglądała całkiem inaczej, stała się prawie namacalną pewnością. Ci którzy doświadczyli takiego cudu stają się wiarygodnymi i przekonywującymi świadkami bożej wszechmocy.

Tę myśl kontynuuje Ewangelia na dzisiejszą niedzielę. U bram miasta Naim Jezus spotkał kondukt żałobny. Wdowa odprowadzała na cmentarz swojego syna. Czy może być coś bardziej tragicznego? W tym bolesnej sytuacji Chrystus objawia wielkie boże miłosierdzie: „Na jej widok Pan użalił się nad nią i rzekł do niej: ‘Nie płacz’”. Po czym Jezus wskrzesił jej syna i „oddał go jego matce”. Ewangeliczne słowa nawiązują do wydarzenia w Sarepcie Sydońskie, gdzie po wskrzeszeniu dziecka, prorok Eliasz „oddał je matce”. Takiego związku dopatrywali się świadkowie tego wydarzenia, mówiąc: „Wielki prorok powstał wśród nas i Bóg łaskawie nawiedził lud swój”. Ale tu był ktoś większy niż prorok. Gdy uczniowie Jana Chrzciciela przybyli do Jezusa z pytaniem, czy jest obiecanym Mesjaszem, On w odpowiedzi wskazał dzieła, których dokonuje: „Umarli zmartwychwstają”. A zatem rozpoczął się czas zbawienia. Mesjasz jest wśród nas. Cuda wskrzeszeń będą znakami Bożego miłosierdzia i naszego zmartwychwstania, które dokona się w mocy zmartwychwstania Chrystusa. Biblijne mówienie o śmierci jest mówieniem o bożym miłosierdziu, o zmartwychwstaniu i życiu wiecznym. Chrystus w swoim miłosierdziu daje nam moc i łaskę powstawania ze śmierci grzechu i zmartwychwstawania do życia wiecznego. Św. Jan ujmie te prawdę w najistotniejszym wymiarze nasze wiary: „My wiemy, że przeszliśmy ze śmierci do życia, bo miłujemy braci, kto zaś nie miłuje, trwa w śmierci”. (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

PRZYWRÓCENI DO ŻYCIA

Oświadczam wam, bracia, że głoszona przeze mnie Ewangelia nie jest wymysłem ludzkim. Nie otrzymałem jej bowiem ani nie nauczyłem się od jakiegoś człowieka, lecz objawił mi ją Jezus Chrystus. Słyszeliście przecież o moim wcześniejszym postępowaniu, gdy jeszcze wyznawałem judaizm, jak z niezwykłą gorliwością zwalczałem Kościół Boży i usiłowałem go zniszczyć, jak w żarliwości dla judaizmu przewyższałem wielu moich rówieśników z mego narodu, jak byłem szczególnie wielkim zapaleńcem w zachowywaniu tradycji moich przodków. Gdy jednak spodobało się Temu, który wybrał mnie jeszcze w łonie matki mojej i powołał łaską swoją, aby objawić Syna swego we mnie, bym Ewangelię o Nim głosił poganom, natychmiast, nie radząc się ciała i krwi ani nie udając się do Jerozolimy, do tych, którzy apostołami stali się pierwej niż ja, skierowałem się do Arabii, a później znowu wróciłem do Damaszku. Następnie, trzy lata później, udałem się do Jerozolimy, aby poznać się z Kefasem, i zatrzymałem się u niego tylko piętnaście dni. Spośród zaś innych, którzy należą do grona apostołów, widziałem jedynie Jakuba, brata Pańskiego (Ga 1, 11-19).

Przed kilkunastu laty w telewizji amerykańskiej przedstawiono historię, która miała miejsce w Meksyku. Jest to historia 12-letniego chłopca imieniem Alfredo. Chłopiec stracił całą rodzinę w pożarze. Sam się uratował, ale płomienie zeszpeciły jego twarz. Aż trudno uwierzyć, że nikt nie zaopiekował się osieroconym i zranionym chłopcem. Stał się on dzieckiem ulicy. Nocował pod gołym niebem, a żywił się najczęściej tym, co znalazł na śmietniku. Pewnego dnia Alfredo zatrzymał się przed domem dla sierot. Patrzył na roześmianych chłopców, którzy wspólnie się bawili. Zazdrościł im.

Ksiądz odpowiedzialny za sierociniec chciał stworzyć tym chłopcom chociaż namiastkę rodzinnego domu. Wpajał im poczucie wzajemnej odpowiedzialności i troski za siebie. Alfredo pragnął przynależeć do tej wspólnoty. Zmagając się wewnętrznie, zdobył się ostatecznie na odwagę i zastukał do pokoju księdza odpowiedzialnego za te wspólnotę. Ksiądz był zaszokowany, gdy zobaczył zdeformowaną twarz chłopca. A gdy usłyszał jego historię serce kapłana poruszyło się współczuciem. Jednak ksiądz nie mógł podjąć decyzji. O przyjęciu kogoś nowego do wspólnoty decydowali przez głosowanie sami chłopcy. Alfredo czekał, gdy tymczasem ksiądz zgromadził chłopców, pytając ich o zdanie. Przypomniał im, że gdy zdecydują się przyjąć do swej wspólnoty Alfredo to muszą go traktować jak brata. Gorszą rzeczą byłoby przyjęcie go do wspólnoty, a później nie zaakceptowanie. Po naradzie ksiądz przyprowadził do zgromadzonych chłopców zalęknionego Alfredo.

Kamerzysta wspaniale uchwycił tę dramatyczną scenę. Ukazał zszokowane twarze chłopców, którzy zobaczyli zniekształconą oblicze Alfredo. Zmieszani chłopcy spoglądali wzajemnie na siebie. Ten moment trwał jak wieczność. Poczym chłopcy, jeden po drugim zaczęli podchodzić do Alfredo ściskać jego dłoń i mówiąc: „Jesteś moim bratem”. Następnie film ukazuje wieczorne spotkanie wspólnoty, którzy przy muzyce i zastawionym stole świętowali powiększenie rodziny. Alfredo miał na sobie nowe ubranie. Był umyty i uczesany. Kamera kieruje się na chłopca i ukazuje najważniejszą rzecz. Na zniekształconej twarzy pojawił się po raz pierwszy od wielu lat cudowny uśmiech. Alfredo zaczął znowu żyć. Można powiedzieć, że był martwy uczuciowo, duchowo i społecznie. Dla wielu był on praktycznie nikim, kimś martwym, kto może żyć lub też nie. Stał się cud, gdy wyciągnęły się do niego życzliwe ręce. On zaczął naprawdę żyć. Poczuł smak miłości, zrozumiał, że jest dla kogoś kimś ważnym. I z pewnością w tej wspólnocie odkrył Tego, kto z miłości do niego oddał swoje życie. Poznał tego, który jest źródłem życia, Który powiedział do martwego młodzieńca z Naim: „Młodzieńcze, tobie mówię, wstań”.

Chrystus wyciąga swoją rękę i przywraca nam życie w różnych wymiarach. Przywrócił życie wdowie, która odprowadzała na cmentarz swojego jedynego syna. Każdy pogrzeb jest smutny. Pogrzeb opisany w Ewangelii jest szczególnie smutny. Utrata własnego dziecka jest najcięższym krzyżem dla rodziców. Gdy umiera człowiek starszy mówimy, że umiera wraz z nim część naszego życia, naszej historii. Ale gdy umiera ktoś młody, to wtedy umiera część naszej przyszłości. Jest to uczucie nieraz tak silne, że nie chcemy żyć, bo umarła nasza przyszłość. Dla wdowy z Naim ta tragedia miała także wymiar bardzo materialny. W tamtych czasach dziecko zapewniało utrzymanie swym rodzicom na stare, niedołężne lata. Po śmierci jedynaka, przed wdową rysowała się perspektywa żebraczego chleba, podanego litościwą ręką obcego człowieka. Ale to nie troska o siebie sprawiała matce największy ból. Wraz ze śmiercią syna umarła jej przyszłość. A Chrystus jednym wyciagnięciem ręki wskrzesza ją do pełni życia. Ileż w tym piękna i radości. Przez ten cud odnalazła coś więcej. Odnalazła Mesjasza, który jest Panem życia i śmierci, który przez cuda uwiarygodniał swoje nauczanie. A nauczał, że każdy kto uwierzy w Niego będzie miał życie, nawet gdy umrze. Ale nie będzie to powtórzenie życia ziemskiego, które nieodłącznie związane jest z cierpieniem i śmiercią. Będzie to życie wolne od cierpienia, lęku przed śmiercią. Będzie to radość i szczęście, które przewyższa ludzką wyobraźnię. I jak tu nie wierzyć tak pięknym słowom, gdy wypowiada je Ten, który do zmarłego mówi wstań, a ten wstaje. Tę radość i wiarę będzie dzielił z matką także wskrzeszony młodzieniec. Dla niego zaczęło się nowe życie w sensie dosłownym. Rozpoczęło się także życie wiary. I to był główny cel wydarzenia w Naim.

Chrystus wyciąga także dzisiaj do nas ręce, aby przywracać nam życie. Nie wyciąga swoich cielesnych rąk. On obdarza każdego z nas natchnieniem, abyśmy wyciągali ręce do bliźnich i mówili: „Mówię ci wstań”. Innymi słowy Chrystus udziela nam swej mocy, abyśmy pomagali ludziom powstawać do nowego życia. Przez naszą serdeczność i życzliwość przywracają uczucie miłości w sercach naszych bliźnich. Przez naszą modlitwę i ofiarę rozpala i umacnia życie duchowe w drugim człowieku. Przez naszą miłość i akceptację przywraca ludziom życie w wymiarze społecznym. Przez naszą wiarę i oddanie wprowadza bliźniego na drogę, która prowadzi do wiecznego domu Ojca.

Poniższe zdarzenie może być przypowieścią pisaną przez życie, która wprowadza nas jeszcze pełniej w tajemnice poruszane w powyższych rozważaniach.  Bryan MacMahon w książce pt. „The Master” wspominając lata, gdy był nauczycielem w Listowel, opisuje takie wydarzenie. Pewnego dnia przyszedł do niego zrozpaczony rolnik. Powiedział, że tego zimowego poranka urodziło mu się dziecko. Przy porodzie był arogancki i nieuprzejmy lekarz, który wychodząc z pokoju żony powiedział obojętnie, bez cienia współczucia: „Twoja żona jest w porządku, ale dziecko zmarło”. Bryan przejął się tym i chciał coś zrobić, aby pocieszyć nieszczęśliwe małżeństwo.  „Poszedłem do pokoju i zobaczyłem sine dziecko. Wyglądało jak martwe. Żona była prawie nieprzytomna. Wziąłem zatem dziecko i poszedłem do kuchni, w której płonął ogień. Rozgrzałem małe ciałko i namaściłem olejem. Nie było widać śladu życia. Masowałem dwadzieścia minut. Naglę dziecko westchnęło. Ciało zaczęło zmieniać kolor. Uradowany, nie przestawałem masować. Nagły krzyk dziecka oznajmił, że wyrwało się ono z objęć śmierci. Teraz jest on dla ciebie Mistrzu, zostawiam go w Twoich dobrych rękach”. (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

ZWYCIĘŻYĆ ŚMIERĆ

Ludzie doświadczający w życiu wielu niesprawiedliwości, bardzo często stwierdzają z gorzką satysfakcja: Dobrze, że istnieje śmierci, jedyna sprawiedliwość na świecie. Rzeczywiście wydaje się, że śmierć zaprowadza sprawiedliwą równość między ludźmi. Aleksander Wielki, widząc jak Diogenes uważnie przyglądał się ludzkim szczątkom, zapytał wybitnego filozofa czego tam szuka. Diogenes odpowiedział: „Szukam i mogę znaleźć różnicy między kośćmi twojego ojca i kośćmi jego niewolników”. Wygląda to na spełnienie ostatecznej sprawiedliwości. Jednak to tak nie jest, bo przecież odbieramy też jako pewną niesprawiedliwość śmierć kilkumiesięcznego dziecka i śmierć sędziwego staruszka. A zatem śmierć nie może być czymś pozytywnym w życiu, nawet w wymierzaniu sprawiedliwości. Śmierć jest czymś złym i jak uczy nas Biblia jest owocem grzechu. Przezwyciężanie grzechu jest równoczesnym przezwyciężaniem śmierci. I taka świadomość śmierci jest nieodzowna, aby człowiek mądrzej żył. A jest to mądrość, która mówi o życiu ziemskim, śmierci i życiu, które będzie miało kontynuacje po śmierci.

Prawdę mówiąc nikt o zdrowych zmysłach nie jest pogodzony z bezpowrotnym przemijaniem. Nawet ci, którzy nie wierzą w życie wieczne, robią wszystko, aby pamięć o nich przetrwała chociaż trochę dłużej niż głuche uderzenie ostatniej łopaty ziemi o wieko ich trumny. To zmaganie się ze śmiercią przybiera nieraz groteskowe formy. Oto jeden z nich opisany w kwietniowym numerze z 1994 roku miesięcznika „Our Daily Bread”. Mąż Sary Winchester zrobił ogromną fortunę na produkcji broni. Po śmierci męża w roku 1918 Sara przeniosła się do San Jose w Kalifornii. Nie mogła się jednak uporać z bolesną stratą. Zaczęła interesować się ruchem okultystycznym. Szukała medium, przez które mogłaby nawiązać kontakt ze zmarłym mężem. W czasie jednego z seansów spirytystycznych medium powiedziało jej: „Jak długo będziesz rozbudowywać swój dom, tak długo nie zaznasz śmierci”. Sara uwierzyła w tę przepowiednię. Kupiła niewykończoną 17- pokojową rezydencje i zaczęła jej rozbudowę. Rozbudowa trwała aż do jej śmierci w wieku 85 lat. Pochłonęła 5 milionów dolarów, a było to w czasie, kiedy to dzienna zapłata robotnika wynosiła 50 centów. W chwili śmierci Sary rezydencja miała 150 pokoi, 13 łazienek, 2000 drzwi, 47 kominków i 10000 okien. Materiałów budowlanych zostało jeszcze tyle, że rozbudowę można byłoby kontynuować przez następne 80 lat. Dzisiaj ten dom bardziej jest atrakcją turystyczną niż mieszkaniem. A dla wielu jest przypomnieniem, że na tej drodze lub jej podobnych nie uda się nam przezwyciężyć śmierci.

Zapewne Sara nie uległaby temu złudzeniu, gdyby zamiast poświęcać czas i uwagę okultyzmowi sięgnęła po lekturę Pisma świętego, księgi słowa bożego, które przynosi zrozumienie sensu śmierci i wskazuje drogę jej przezwyciężenia. To w niej jest słowo objawione, które mówi, że Bóg jest Panem życia i śmierci. I że w Nim jest nasze zwycięstwo nad śmiercią. Bóg posyłał swoich proroków, którzy w Jego mocy czynili cuda, wskrzeszali umarłych. Te znaki potwierdzały prawdę, że Bóg jest Panem życia i śmierci. W Pierwszej Księdze Królewskiej, czytanej w dniu dzisiejszym mamy opis wskrzeszenia syna ubogiej wdowy. Eliasz wziął z rąk zrozpaczonej matki ciało dziecka i położył na łóżku w swoim pokoju. Następnie wzywał Boga: „O Panie, Boże mój! Czy nawet na wdowę, u której zamieszkałem, sprowadzasz nieszczęście, dopuszczając śmierć jej syna?” Później trzykrotnie rozciągnął się nad dzieckiem i znów wzywając Pana rzekł: „O Panie, Boże mój! Błagam Cię, niech dusza tego dziecka wróci do niego!” Bóg wysłuchał tej prośby. Eliasz zaprowadził chłopca do mieszkania wdowy i powiedział: „Patrz, syn twój żyje”. A wtedy ta kobieta powiedziała do Eliasza: „Teraz już wiem, że naprawdę jesteś mężem Bożym i słowo Pana w twoich ustach jest prawdą”.

Ponad osiemset lat później Jezus zmierzał w kierunku niewielkiej wioski Naim, leżącej na pięknej równinie Esdrelon w odległości około  20 kilometrów od Kafarnaum. Towarzyszyli Mu uczniowie oraz ogromne rzesze ludzi spragnionych słów miłości i miłosierdzia, jaki też cudownych znaków jakie towarzyszyły nauczaniu Jezusa. Na drogę, którą przechodził Jezus wynoszono chorych, aby ich uzdrowił. Gdy Jezus zbliżył się do bram wioski wynoszono na odkrytych marach ciało młodego chłopca. Był to jedyny syn ubogiej wdowy. Jedyna nadzieja jej życia. Przy nim zamierzał dokonać swego żywota. Był to widok wywołujący ogromną litość. Do zrozpaczonej matki podszedł Jezus i powiedział z miłością: „Nie płacz”. Nie wiemy jak zareagowała wdowa. Bo jak tu nie płakać, widząc swoje jedyne dziecko na śmiertelnych marach. Ale Jezus nie trzymał jej w niepewności. Podszedł do mar i powiedział do chłopca rozkazującym tonem: „Młodzieńcze, tobie mówię: Wstań”. Chłopiec otworzył oczy. Aż trudno sobie wyobrazić reakcję zgromadzonego tłumu. Ewangelia mówi, że wszystkich ogarnął lęk. Bo jak tu się nie lękać, będąc świadkiem takiej mocy. Była to jednak moc miłosierdzia i miłości, dlatego gdy ochłonęli: „Wielbili Boga, mówiąc: Prorok wielki powstał wśród nas i Bóg nawiedził lud swój”. Tłum słusznie doceniał Jezusa, lecz On był kimś o wiele większym niż prorokiem – był samym Bogiem.

Chrystus objawi jeszcze wiele razy, że jest Panem życia i śmierci. Fundamentem wiary stanie się zmartwychwstanie, którym ostatecznie uwiarygodnił słowa wcześniej wypowiedziane, że kto uwierzy w Niego, to choćby umarł żyć będzie. Tajemnica śmierci i zmartwychwstania staje się naszym udziałem przez przyjęcie sakramentu chrztu świętego i życie według przyrzeczeń złożonych w naszym i mieniu przez rodziców i chrzestnych, a później świadomie przez nas samych ponowionych. Piękny przykład takiej świadomości znajdujemy w czasopiśmie „Christian Times” z października 1994 roku.  W czasie wojny secesyjnej w Ameryce, generał wojsk unijnych William Nelson został śmiertelnie ranny.  Walczył w wielu bitwach, a został ranny, gdy po zakończonej bitewnej wrzawy odpoczywał z kolegami. Śmierć zaskoczyła go niespodziewanie, nie był do niej przygotowany. Gdy przybiegł do niego jeden z żołnierzy, generał powiedział: „Poślij po kapłana. Chcę przyjąć chrzest”. Nigdy wcześniej nie miał na to czasu, a ni w swojej młodości, a ni później w wieku dorosłym. Tym bardziej, gdy został generałem. Gdy został śmiertelnie ugodzony w zasadzie zewnętrzne okoliczności się nie zmieniły. Życie dalej toczyło się takim samym rytmem. Lecz w życiu osobistym generała wszystko uległo zmianie. Całkowicie zmieniła się jego hierarchia wartości. Od przejścia do wieczności dzieliło go zaledwie kilkadziesiąt minut. Jedyna rzeczą o jaka się teraz troszczył było przygotowanie się do wieczności. Przyjął chrzest i trzydzieści minut później już nie żył.

Chrystus daje nam łaskę życia wiecznego, aby z niej skorzystać musimy być gotowi na jej przyjęcie. (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚW. JÓZEF BENEDYKT COTTOLENO

Tylko matka, która straciła własne dziecko może zrozumieć ból i rozpacz ewangelicznej wdowy z Naim. Śmierć kogoś bliskiego zawsze zaciąga żałobą i cierpieniem horyzont naszego życia. I tylko Chrystus jest w stanie rozjaśnić tę ciemność. Jego światło przebija mroczną granicę śmierci i ukazuje blask niebieskiej chwały. W tej niebieskiej jasności rodzi się nadzieja, łagodząca ból po stracie bliskich. Z niej wypływa także zachęta, aby na wzór Chrystusa okazać serce zbolałej rodzinie. Bo przez to dajemy odczuć pogrążonym w żałobie obecność Chrystusa, Pana życia i śmierci. W żywotach świętych często widzimy, jak przez swoje współczucie i dobre czyny łagodzili oni ból teraźniejszości, wskazując równocześnie na chwałę wieczną. Święty Józef Benedykt Cottolengo był świadkiem śmierci młodej kobiety chorej na gruźlicę. Odmówiono jej przyjęcia do miejskiego szpitala, by nie zaraziła innych. Umieszczono ją więc w nędznym baraku. Tam na rękach Józefa zmarła, zostawiając męża i troje małych dzieci. Józef nie tylko mówił osieroconej rodzinie o radości życia wiecznego, ale przez pomoc materialną i troskę wskazywał, że miłująca ręka Chrystusa wyciąga się do nich tu na ziemi. 

Święty Józef Benedykt przyszedł na świat 3 maja 1876 roku w piemonckim miasteczku Bra we Włoszech, gdzie znajduje słynne sanktuarium Matki Bożej od Kwiatów. Był najstarszym dzieckiem z dwanaściorga rodzeństwa. Z pewnością religijna atmosfera domu rodzinnego, jak i też solidarność z licznym rodzeństwem ukształtowały w nim wrażliwość na sprawy boże i ludzkie potrzeby. Jako mały chłopiec zadziwiał swoje otoczenie wrażliwością na ludzką biedę. Pewnego razu pięcioletni Józef mierzył linijką wielkość domu. Na pytanie, co robi, odpowiedział: „Gdy będę duży, cały dom zapełnię biednymi, chorymi”. Dorastający młodzieniec doszedł do wniosku, że najlepiej będzie mógł służyć biednym i potrzebującym, gdy poświęci swoje życie Bogu w kapłaństwie. Ta myśl miała wpływ na jego naukę w szkole i zaangażowanie w życie wspólnoty parafialnej. Aby zrealizować pragnienie kapłaństwa wstąpił do Seminarium Duchownego. Józef z natury wybuchowy musiał wiele pracować nad swoim charakterem. Jednak osobisty wysiłek powierzony Bogu zaowocował nadzwyczajną łagodnością młodego kleryka. Do tego doszły jeszcze problemy z nauką. Nie wynikały one jednak z braku zdolności, ale raczej z braku organizacji czasu i koncentrowania się na innych sprawach. Jednak dzięki wytrwałej pracy i z tym problemem Święty uprał się dosyć szybko. Tak, że studia ukończył ze stopniem celującym. Józef mimo ascetycznego trybu życia zachowywał duże poczucie humoru, co zjednywało mu sympatię współbraci.

W roku 1811 Józef przyjął święcenia kapłańskie i został posłany na wikariat do rodzinnego miasta Bra, a potem do Corneliano d’Alba. Młody kapłan z wielką gorliwością pełnił posługę duszpasterską. Wiele czasu poświęcał biednym i chorym. Niedługo cieszyli się parafianie bożym kapłanem, gdyż biskup skierował go na dalsze studia uniwersyteckie w Turynie. Po dwóch latach studiów, uwieńczonych doktoratem ks. Józef ponownie podjął posługę duszpasterską w Bra. Biskup docenił pracę młodego kapłana i po dwóch latach, w roku 1818 mianował go proboszczem bazyliki Bożego Ciała w Turynie. Świątynia ta była znanym sanktuarium eucharystycznym. Została zbudowana na miejscu cudu eucharystycznego. Otóż w roku 1453 dwaj żołnierze obrabowali jeden z kościołów. Zabrali cenne szaty liturgiczne, świeczniki i kielichy oraz monstrancję z Najświętszym Sakramentem. Gdy dotarli do Turynu, osioł się potknął, rozsypując wszystkie zrabowane rzeczy. Zaś Hostia nie upadła na ziemię, tylko uniosła się wysoko do góry, promieniując nadzwyczajnym blaskiem. Przerażeni złodzieje uciekli, a na miejscu pojawili się wierni, którzy nabożnie adorowali Hostię. Przybył także ubrany w szaty liturgiczne, miejscowy biskup. Gdy zobaczył cud, padł na kolana wielbiąc Boga. Następnie uniósł do góry patenę, na którą spłynęła Hostia.

Józef jako proboszcz z wielką gorliwością zabrał się do pracy duszpasterskiej w parafii, w której historia cudu eucharystycznego nadawała jej specyficzny charakter. Proboszcz rozbudzając w wiernych pragnienie chleba eucharystycznego, pokarmu dla duszy nie zapominał o chlebie dla ciała. Z wielkim zapałem oddawał się posłudze ubogim i chorym. Rozczytywał się w żywocie św. Wincentego a Paulo, który całe swoje życie poświęcił nędzarzom. Stał się on dla Józefa wzorem i inspiracją w służbie biednym i potrzebującym. A historia z kobietą chorą na gruźlicę, o której wspomniałem na początku tych rozważań stała się bodźcem do jeszcze większego zaangażowania się na rzecz ludzi doświadczanych różnego rodzajami nieszczęściami. Święty zakupił domek dla chorych i opuszczonych tuż przy kościele Bożego Ciała. Do domku zaczęli napływać coraz liczniej chorzy i bezdomni, tak iż zaistniała potrzeba nowych pomieszczeń. Wraz ze zwiększającą się liczbą lokatorów tego domku trzeba było znaleźć ludzi, którzy zajęliby się jego prowadzeniem. Ale i nad tym czuwała Boża Opatrzność. Do pomocy zgłosiła się młoda wdowa, Maria Nasi Pullini. Zgromadziła ona także wokół siebie dziewczęta gotowe do tej służby, dając początek zgromadzeniu sióstr wincentianek.

Gdy wybuchła epidemia cholery, z obawy przed jej rozprzestrzenieniem się zakazano Świętemu gromadzenia chorych. Józef wynajął wówczas szopę na polach Valdocco i tam się przeniósł wraz ze swoimi podopiecznymi. Niedługo zakupił drugi domek i tak z czasem powstał ogromny szpital pod nazwą „Mały Domek Bożej Opatrzności”. Święty zrezygnował z dochodowego probostwa parafii Bożego Ciała i całkowicie poświecił się pracy w ośrodku Valdocco. Za program obrał sobie słowa św. Pawła Apostoła: „Miłość Chrystusowa ponagla nas”. Niebawem do nowego miejsca zaczęli napływać ludzie dotknięci różnorakimi nieszczęściami: niewidomi, głuchoniemi, paralitycy, epileptycy itp. Osoby doświadczające tego samego kalectwa lub choroby, Święty gromadził razem w jednym domku nazywając go rodziną. Józef osobiście leczył i pielęgnował chorych. A czynił to w duchu głębokiej pokory, uważając się za sługę swoich podopiecznych. Święty miał ogromny dar mobilizowania ludzi dobrej woli dla tego wspaniałego dzieła. Kapłani spieszyli z pomocą duchową zaś wierni z posługą samarytańską i wsparciem materialnym. Ośrodek, bardzo szybko się rozrastał, tak że pod koniec życia Świętego było to już miasteczko. Dla poszczególnych grup-rodzin Święty zakładał zgromadzenia zakonne. To właśnie one będą prowadziły jego dzieło, gdy go zabraknie na ziemi.

Utrudzony pracą i osłabiony chorobą w ostatnich dniach swego życia, powtarzał: „Brzydką jest ziemia, piękne jest niebo! Matko moja, Maryjo! Mamo moja, Maryjo!” A tuż przed samym zgonem Święty modlił się słowami psalmu: „Ucieszyła mię wieść pożądana, pójdziemy wszyscy do domu Pana”. Odszedł do domu Pana 30 kwietnia 1842 roku. Ciało jego spoczęło w kościele szpitalnym, w bocznej kaplicy. Od początku wierni oddawali mu cześć należną świętym, zaś liczne wota przy jego ołtarzu świadczą o łaskach jakie otrzymywano za jego wstawiennictwem. Papież Benedykt XV, w roku 1917 zaliczył Józefa do grona błogosławionych, a papież Pius XI w roku 1933 do grona świętych (z książki Wypłynęli na głębię).

 

„NIE PŁACZ”   

W rok po śmierci córki matka napisała list do przyjaciół: „Nie ma odpowiedniego słowa, nic nie możesz powiedzieć, co zmieniłoby zaistniałą sytuację. Ale twój telefon, twoje odwiedziny i zaproszenie znaczą dla mnie bardzo wiele. To przypomina mi, że jeszcze normalnie żyję, że ta tragedia nie pochłonęła całego mojego życia. Wiele płaczę, ale jest to w porządku. Nie jestem tym zakłopotana, ty też nie powinieneś być. Nie sugeruj mi, że powinnam brać uspakajacie leki. Mam prawo do swoich uczuć. Chcę czuć żałobę utraty. Chcę rozmawiać o mojej córce. Chcę wymawiać jej imię i chcę je słyszeć jak inni je wymawiają. A jeśli przy tym płaczę, to jest to także w porządku. Nie unikaj rozmowy na ten temat ze mną, tylko dlatego, aby nie rozdrapywać ran. Będę płakać w samotności lub przed tobą. Nie chcę byś się czuł niewygodnie lub winny. Jeśli to jest prawdą, że myślisz o mnie, proszę zadzwoń lub napisz maila. Nie czekaj aż mnie spotkasz przypadkowo w sklepie, aby mi powiedzieć, że myślisz o mnie. Moje poczucie utraty kogoś bliskiego nie jest zaraźliwe. Nie lękaj się pobyć ze mną. Każdy dyskomfort jaki czujesz na początku ustąpi, jeśli damy sobie szansę. Jeśli planujesz wieczorek towarzyski lub jakiś wyjazd z przyjaciółmi proszę pomyśl także o mnie. Tak często czuję się bardzo samotna. Nie mam intencji „dołować cię” i zrobię wszystko, aby cię nie obciążać moim smutkiem. Nie czuj się niezręcznie, zapraszając mnie na jakąś zabawę, nie myśl nawet i nie pytaj, czy mogę z tego zaproszenia skorzystać. Może nie skorzystam, ale pocieszające jest to, że nie zostałam wykluczona. Wykluczenie mnie dobija.

Gdy zobaczysz moje dzieci nie pytaj ich jak ja się czuję, zapytaj raczej, jak im się wszystko układa. Oni stracili starszą siostrę, swoją powiernicę, najlepszą przyjaciółkę, oni też powinni wiedzieć, że inni martwią się o nich. Ta tragedia dotknęła całą naszą rodzinę, każdego z nas. Zdałam sobie z tego sprawę, w ubiegłym roku, po tym jak spożyliśmy ostatni wspólny posiłek, skończyły się oficjalne wizyty i życie każdego wróciło do normy, oprócz mego. Spaceruję, uśmiecham się, pracuję, pozdrawiam ludzi, mówiąc, że wszystko jest w porządku. Ale w głębi duszy jest ból, który zawsze tam pozostanie. Tak powinno być i to jest w porządku, chcę normalnie żyć z bólem utraty kogoś bardzo bliskiego” /Roberta Levine Waters: „A Grieving Mom’s Request”/.

Idąc przez życie doświadczamy wielu trudnych momentów, które nieraz traumatycznie wpisują się w naszą historię. Śmierć kogoś bliskiego jest jednym z nich. W takich momentach tak bardzo potrzebujemy obecności bliźniego w takim kształcie, jaki widzimy w liście matki po stracie swojego dziecka. Zasadniczo nie zmieni to sytuacji w jakiej znaleźliśmy się, ale jest ogromnym wsparciem w czasie przechodzenia przez ten tragiczny etap życia i ogromną pomocą w odnajdywaniu nadziei i pokoju. Ludzka obecność jest bardzo ważna, ale nie wystarczająca, aby zmierzyć się z najtrudniejszymi doświadczeniami naszego życia. I w takich momentach spoglądamy ku niebu, przywołując obecności samego Boga. Czytania biblijne na dzisiejszą niedzielę mówią o tym. W pierwszym czytaniu słyszymy opowieść o proroku Eliaszu, który odwiedził kobietę opłakującą śmierć swojego dziecka. Prorok przywołuje Boga: „O Panie, Boże mój! Błagam Cię, niech dusza tego dziecka wróci do niego!”. Modlitwa nie pozostała bez odpowiedzi: „Pan zaś wysłuchał wołania Eliasza, gdyż dusza dziecka powróciła do niego, a ono ożyło. Wówczas Eliasz wziął dziecko i zniósł z górnej izby tego domu, i zaraz oddał je matce. Następnie Eliasz rzekł: ‘Patrz, syn twój żyje!’”. Ogromna radość wypełniła serce matki.

Podobna radość stała się udziałem wdowy z Nain, która opłakując śmierć syna odprowadzała go wraz z przyjaciółmi na miejsce wiecznego spoczynku. Na tej smutnej drodze stanął Chrystus i powiedział do zrozpaczonej kobiety: „Nie płacz”. Może była zdziwiona tymi słowami, bo jak tu nie płakać. Prawdopodobnie słowa nie powstrzymały łez, dokonał tego czyn. Jezus powiedział: „Młodzieńcze, tobie mówię, wstań!”. A zmarły – jak mówi Ewangelia – „usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce. Wszystkich zaś ogarnął strach; wielbili Boga”. To była chwilowa radość, bo do wskrzeszonego powróci kiedyś cień śmierci, nie jest ważne po ilu latach, nawet kilkadziesiąt minionych lat w ostatnim dniu, wygląda na chwilę ludzkiego wędrowania. Psalmista ujmuję tę prawdę w słowach: „W proch każesz powracać śmiertelnym i mówisz: ‘Synowie ludzcy, wracajcie!’ / Bo tysiąc lat w Twoich oczach / jest jak wczorajszy dzień, który minął, / niby straż nocna. / Porywasz ich: stają się jak sen poranny, / jak trawa, co rośnie: / rankiem kwitnie i jest zielona, / wieczorem więdnie i usycha”.

Ta chwilowa radość wskrzeszenia ma o wiele większą wymowę niż przedłużenie naszego życia o kilkadziesiąt lat. Jesteśmy w ręku Boga, który jest Panem życia i śmierci. On daje nam życie, w które wpisana jest śmierć, jednak to nie ona ma ostatnie słowo w naszym życiu, tylko zmartwychwstanie i życie wieczne. Tę prawdę objawia Chrystus na Golgocie, a szczególnie w jerozolimskim ogrodzie Józefa z Arymatei, gdzie został odwalony kamień, a przy pustym grobie aniołowie powiedzieli zapłakanym kobietom: „Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał”. Zmartwychwstanie Chrystusa jest ważniejsze niż wszystkie wskrzeszenia. Ten który zmartwychwstał potwierdził czynem swoje słowa, że ci którzy zawierzą Mu zmartwychwstaną, aby już nigdy nie umrzeć. Ci którzy uwierzą mogą z ufnością powtarzać słowa psalmu z dzisiejszej niedzieli: „Sławię Cię, Panie, bo mnie wybawiłeś / i nie pozwoliłeś mym wrogom naśmiewać się ze mnie. / Panie, mój Boże, / z krainy umarłych wywołałeś moją duszę / i ocaliłeś mi życie spośród schodzących do grobu/.

Aby doświadczyć cudu zmartwychwstania potrzebujemy ufnej, dziecięcej wiary. Chrystus mówi: „Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego”. Poniższe dwa przykłady mówią o takiej wierze. W czasie przygotowania Ani do I Komunii św. zmarł jej dziadek, którego bardzo kochała, a i ona była dla dzidzia oczkiem w głowie. Po śmierci Ania bardzo tęskniła za swoim dziadziem. Pewnego dnia jej opiekunka powiedziała: „Aniu, dziadzio mieszka teraz w niebie i jest bardzo szczęśliwy. On jest blisko ciebie i widzi cię”. Na co Ania z żalem odpowiedziała: „Ale to jest niesprawiedliwe, bo ja nie mogę, a on może mnie widzieć”. Kolejny przykład. Darek pod nieobecność żony musiał wyjść na chwilę z domu. Przed wyjściem powiedział do ośmioletniego synka Tomasza: „Ja na chwilę wychodzę, ale gdyby się coś działo to zadzwońcie do cioci Marysi, tu jest numer telefonu”. Na co mały Tomek całkiem poważnie powiedział: „OK tata, ale jakbyś umarł, to zadzwoń”. Dzięki naszej wierze, nawet gdy jesteśmy po drugiej stronie śmierci możemy „dzwonić” do tych, którzy żyją tu na ziemi. Muszę powiedzieć, że takich telefonów odbieram wiele, a szczególnie od moich rodziców.

Pięknie o tej dziecięcej wierze pisze poeta ks. Twardowski: /Moja święta wiaro z klasy 3b / z coraz dalej i bliżej / kiedy w kościele było tak cicho że ciemno / a w domu wciąż to samo więc inaczej / kiedy święty Antoni ostrzyżony i zawsze z grzywką / odnajdywał zagubione klucze / a Matka Boska była lepsza bo przedwojenna / kiedy nie miała pretensji do nikogo nawet zmokła kawka / a miłość była tak czysta że karmiła Boga / wielka i dlatego możliwa / kiedy martwiłem się żeby Pan Jezus nie zachorował / boby się komunia nie udała / kiedy rysowałem diabła bez rogów – bo samiczka / proszę ciebie moja wiaro malutka / powiedz swojej starszej siostrze /- wierze dorosłej żeby nie tłumaczyła / – dopiero wtedy można naprawdę uwierzyć / kiedy się to wszystko zawali” (Kurier Plus, 2014).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *