28 Cze

11 niedziela zwykła Rok C

 

ŚWIATŁO WYBACZENIA

Jeden z faryzeuszów zaprosił Jezusa do siebie na posiłek. Wszedł więc do domu faryzeusza i zajął miejsce za stołem. A oto kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, dowiedziawszy się, że jest gościem w domu faryzeusza, przyniosła flakonik alabastrowy olejku i stanąwszy z tyłu u nóg Jego, płacząc, zaczęła oblewać Jego nogi i włosami swej głowy je wycierać. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem. Widząc to faryzeusz, który Go zaprosił, mówił sam do siebie: „Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna i jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą”. Na to Jezus rzekł do niego: „Szymonie, muszę ci coś powiedzieć”. On rzekł: „Powiedz, Nauczycielu”. „Pewien wierzyciel miał dwóch dłużników. Jeden winien mu był pięćset denarów, a drugi pięćdziesiąt. Gdy nie mieli z czego oddać, darował obydwom. Który więc z nich będzie go bardziej miłował?”. Szymon odpowiedział: „Sądzę, że ten, któremu więcej darował”. On mu rzekł: „Słusznie osądziłeś”. Potem zwrócił się do kobiety i rzekł Szymonowi: „Widzisz tę kobietę? Wszedłem do twego domu, a nie podałeś Mi wody do nóg; ona zaś łzami oblała Mi stopy i swymi włosami je otarła. Nie dałeś Mi pocałunku; a ona, odkąd wszedłem, nie przestaje całować nóg moich. Głowy nie namaściłeś Mi oliwą; ona zaś olejkiem namaściła moje nogi. Dlatego powiadam ci: Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. A ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje”. Do niej zaś rzekł: „Twoje grzechy są odpuszczone”. Na to współbiesiadnicy zaczęli mówić sami do siebie: „Któż On jest, że nawet grzechy odpuszcza?”. On zaś rzekł do kobiety: „Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju”. Następnie wędrował przez miasta i wsie, nauczając i głosząc Ewangelię o królestwie Bożym. A było z Nim Dwunastu oraz kilka kobiet, które uwolnił od złych duchów i od słabości: Maria, zwana Magdaleną, którą opuściło siedem złych duchów; Joanna, żona Chuzy, zarządcy u Heroda; Zuzanna i wiele innych, które im usługiwały ze swego mienia (Łk 7,36-8,3).

Ks. Mark Link w jednym ze swoich kazań przytacza opowieść chłopca imieniem Matt. W czasie rekolekcji Matt przyszedł do księdza i zaczął opowieść tymi słowami: „Mój ojciec opuścił dom, gdy miałem 11 lat. Cała moja rodzina była załamana. Przez kilka tygodni wszyscy płakali, z wyjątkiem mnie. Ja zacząłem nienawidzić ojca, szczególnie dlatego, że tak boleśnie zranił moją kochaną mamę. Zacząłem chuliganić i brać narkotyki. Brałem udział w kradzieży trzech samochodów (…). Teraz moja matka jest chrześcijanką. Pod jej presją zdecydowałem się wziąć udział rekolekcjach. Nie miałem zbytniego rozeznania, co to takiego jest. Chciałem się tylko zapisać, aby mieć spokój ze strony mamy. Jednak po jednym ze spotkań w dużej grupie, cały dzień myślałem o Bogu. Po czym uklęknąłem przed Chrystusem wiszącym na krzyżu. Przygniotło mnie ogromne poczucie winy. Zacząłem błagać o wybaczenie. Gdy szlochałem, Bóg wybaczył mi… On kocha mnie. On kocha mnie mimo mojej grzeszności. Otarłem łzy i otworzyłem oczy. Nie miałem żadnych wątpliwości, że Bóg istnieje. Po zakończeniu rekolekcji, po raz pierwszy w życiu nie sięgnąłem po papierosy, narkotyki i alkohol.

Następnego dnia miałem dzień wolny od pracy. Dużo rozmyślałem i modliłem się. W czasie lektury Biblii zacząłem myśleć o moim ojcu. Nie chciałem, aby cokolwiek oddzielało mnie od Chrystusa, dlatego zadzwoniłem do mojego ojca. Umówiliśmy się na spotkanie. Po przybyciu do jego domu usiedliśmy i rozmawialiśmy o niczym. Aż w końcu ojciec zapytał: <Dlaczego przyjechałeś do mnie?> Byłem zadowolony, że zadał to pytanie, ale nie byłem w stanie wyrazić słowami tego co czułem. Nieskładnie zacząłem mówić o rekolekcjach, gdzie uświadomiłem sobie, że nie powinienem nikogo bezlitośnie osądzać, niezależnie od tego jak poważna jest sprawa. Następnie poprosiłem go o wybaczenie za to, że go nienawidziłem, niemiłosiernie osądzałem. Ojciec opuścił pokój i przyniósł zapisaną kartkę papieru. Był to list, który przed laty napisałem do niego. Oto treść tego listu: <Bill: Kim ty jesteś, co ty robisz? Nienawidzę cię i nie chcę mieć nigdy nic wspólnego z tobą w moim życiu. Twój ex- syn Matt>. Uświadomiłem sobie, jak bardzo było bolesne to dla niego. Przez lata zachowywał ten list. Rzuciłem mu się na szyję, a z oczu popłynęły łzy wybaczenia i miłości.

To spotkanie było jak przejście przez bramę więzienia. Wyzwoliłem się z kajdanów nienawiści. Rozmawialiśmy jeszcze trochę, po czym ucałowałem go w oba policzki i odjechałem. Wziąłem taksówkę, ale wysiadłem kilka ulic wcześniej, aby mieć czas na rozmyślanie. Ogromna radość wypełniła moje serce. W podskokach biegłem do domu. Rozłożyłem ramiona i w duchu krzyczałem: Kocham Boga. Doznałem od Niego tej nocy nieogarnionego błogosławieństwa i łaski”.

Wybaczenie czyni człowieka wolnym i szczęśliwym. Kto nie potrafi wybaczyć pozostanie do końca niewolnikiem swej nienawiści, która będzie zatruwać każdą rodzącą się radość. Bez wybaczenia nie ma pokoju dla świata i wewnętrznego spokoju w człowieku. Jeśli wybaczenie niesie tyle piękna i dobra, to o ile więcej doświadczymy szczęścia, samemu, doznając wybaczenia. Potrzebujemy wybaczenia, bo jesteśmy grzesznikami. Tak mówi Pismo św. Kto by uważał inaczej ten jest kłamcą. Bóg wybacza człowiekowi, nawet największe zbrodnie, jeśli ten szczerze żałuje i postanawia poprawę. Boże miłosierdzie wiele razy jest odnotowywane na kartach Starego Testamentu. Doświadczył tego żydowski król Dawid. W swojej przewrotności posłał oddanego sługę Uriasza Chetytę do walki z wrogiem, aby tam podstępnie go zdradzić. W czasie walki, na polecenie Dawida, wojsko odstąpiło od Uraisza i ten zginął w nierównej walce. A to tylko dlatego, że Dawid chciał pojąć żonę Uriasza za swoją żonę. Wtedy Bóg przez proroka Natana skierował do króla te słowa: „Zamordowałeś go mieczem Ammonitów. Dlatego właśnie miecz nie oddali się od domu twojego na wieki, albowiem Mnie zlekceważyłeś, a żonę Uriasza Chetyty wziąłeś sobie za małżonkę”. Dawid zrozumiał swoją podłość i przewrotność swego występku. Żałował i czynił pokutę. Bóg mu wybaczył. Natan w imieniu Boga powiedział do niego: „Pan odpuszcza ci twój grzech, nie umrzesz”.

Jeszcze bardziej Boże miłosierdzie rozlewa się na kartach Nowego Testamentu. Ewangelia mówi, że do Jezusa ciągnęły tłumy celników i grzeszników. Bo w Nim odnajdywali przebaczenie i nowe życie. Tym się kierowała kobieta, którą wszyscy znali jako jawnogrzesznicę. Chce wyrazić najpełniej swoją wdzięczność i miłość do Jezusa za dar wybaczenia: „przyniosła flakonik alabastrowy olejku i stanąwszy z tyłu u Jego stóp, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego stopy i włosami swej głowy je wycierała. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem”. Gorszyli się faryzeusze, którzy obłudnie uważali się za sprawiedliwych, a pogardzali grzesznikami, odmawiając im wybaczenia. Chrystus mówi w dalszej części Ewangelii, że tym którym wiele wybaczono odpłacają za to jeszcze większą miłością. Wybaczenie przywraca człowiekowi jeszcze pełniejszą wewnętrzną jasność.

W zapadłej wiosce zabrakło prądu. Mieszkania pogrążyły się w ciemności. Jeden z gospodarzy znalazł na strychu starą naftową lampę. Jej stan był fatalny. Knot dawał nikły płomień, ale za do dużo kopcił, zapach nafty stawał się nieznośny. Gospodarz wyrzucił lampę, jako nieużyteczną, z postanowieniem, że kupi nową. A gdy włączono prąd ponownie, gospodarz zapomniał o kupnie nowej lampy. Przypomniał sobie o tym kilka tygodni później, gdy znowu wyłączono prąd. Tym razem żona przyniosła piękną naftową lampę, która działała bez zarzutu. „Wspaniała lampa. Gdzieś ty ją znalazła” – pyta mąż. „Jest to ta sama lampa, którą wyrzuciłeś” – odpowiada żona. „To niemożliwe” – z niedowierzaniem stwierdza mąż. Po dokładniejszych oględzinach powiedział: „Odnowienie tej lampy musiało wiele kosztować”. „Nie, kupiłam tylko nowy knot. Ale za to musiałam się dużo napracować, aby doprowadzić ją do tego stanu” – odpowiada żona. Łatwiej byłoby kupić nową lampę niż starą doprowadzić do takiego stanu.

Tę historię możemy odnieść także do człowieka. Łatwo potępić człowieka zbrukanego grzechem. Trudniej pomoc mu, aby oczyścił się z grzechów i zabłysnął nowym blaskiem. A jest to blask spotęgowany mocą bożego miłosierdzia i wybaczenia, które rodzi jeszcze piękniejszą miłość (z książki Ku wolności).

 

CZY MOŻNA ULECZYĆ TAKIE RANY?

Bóg posłał do Dawida proroka Natana. Ten przybył do niego i powiedział: „Czemu zlekceważyłeś słowo Pana, popełniając to, co złe w Jego oczach? Zabiłeś mieczem Chetytę Uriasza, a jego żonę wziąłeś sobie za małżonkę. Zamordowałeś go mieczem Ammonitów. Dlatego właśnie miecz nie oddali się od domu twojego na wieki, albowiem Mnie zlekceważyłeś, a żonę Uriasza Chetyty wziąłeś sobie za małżonkę”. Dawid rzekł do Natana: „Zgrzeszyłem wobec Pana”. Natan odrzekł Dawidowi: „Pan odpuszcza ci też twój grzech, nie umrzesz” (2 Sm 121. 8-10.13).

Niedaleko Powidza, na niewielkim leśnym wzgórzu stoi krzyż, a na nim tablica z napisem: „Zgasłaś jak promień słońca. Zniknęłaś jak sen złoty. Pozostawiając w sercach naszych ogrom żalu i tęsknoty.  Ave Maria”. Krzyż upamiętnia miejsce zamordowania 16-letniej Afrodyty Tzoka, jedynego dziecka znanej i lubianej piosenkarki Eleni Tzoka. Afrodytę zamordował jej chłopak Piotr, z którym zerwała kilka tygodni wcześniej. Na łamach „Gazety słupeckiej’ Eleni powiedziała: „Afrodytka została odnaleziona dopiero po trzech dniach. Trzeciego dnia Piotr po prostu wskazał, gdzie tego dokonał. Został zatrzymany, był podejrzany i przyznał się. Runął cały świat. Naprawdę nie było łatwo”. Czy można sobie wyobrazić boleśniejszą ranę, jak ta? W innym wywiadzie Eleni mówi: „Kiedy wydarzyła się ta tragedia, zadzwoniłam do Elżbiety, mamy Piotra, i powiedziałam, że obie straciłyśmy dzieci”. Piosenkarka przez długi czas nie mogła dojść do siebie. Wycofała się z życia publicznego, zrezygnowała ze śpiewania i koncertowania.

Długo zmagała się z negatywnymi emocjami, aż w końcu odkryła lekarstwo, które było w stanie uleczyć tę bolesną, ciągle odnawiającą się ranę. Było nim wybaczenie. W jednym z wywiadów powiedziała: „Gdybym nie wybaczyła, nie żyłabym. Niełatwo mi o tym mówić, nie tylko ze względu na pamięć o córce. Piotr ma rodzinę, matkę. Jestem matką, wiem, co czuje jego matka. Przebaczenie nie jest łatwe, ale przecież niczego nie cofnę, mogę jedynie spróbować wybaczyć i próbować żyć”. Po wielu latach zdzwoniła do mordercy swojej córki. Tak to wspomina: „On też zniszczył swoje życie. Na początku był bardzo ostry, zaborczy, ale po wielu latach więzienia, kiedy do niego zadzwoniłam, to już był inny człowiek, który okazał skruchę. Zastanawiał się, jakiego słowa użyć, żeby przeprosić, bo to słowo nawet nie opisuje tego co on czuje. Kiedy to usłyszałam powiedziałam, że może coś dla siebie zrobić. Powiedziałam: zrób coś, żebyś stał się dobrym człowiekiem. Jeśli dożyjemy do tego dnia, gdy on wyjdzie na wolność, to na pewno będę dążyła do tego, żeby się z nim spotkać. Może po prostu i jemu, i mnie będzie to potrzebne”. Ducha wybaczenia wyniosła z rodzinnego domu. W jednym z wywiadów wyznała: „Moi rodzice nauczyli mnie, że nie można żyć ze złymi emocjami, że trzeba patrzeć i myśleć pozytywnie. Nie można złem odpłacać za złe”.

Prawie wszyscy są przekonani, że bez wybaczenia nie zbudujemy poprawnej relacji z Bogiem, naszym bliźnim i nie zaznamy wewnętrznego pokoju. Posłuchajmy, co na ten temat mają do powiedzenia ludzie mądrzy, doświadczeni życiem. „Człowiek, który nie lubi i nie umie przebaczać, jest największym wrogiem samego siebie” (Prymas Stefan Wyszyński). „Kiedy wybaczasz, kochasz, a kiedy kochasz, spływa na ciebie światło Boga” (Jon Krakauer). „Najpiękniejszy dar to przebaczenie. Tam, gdzie nie chce się przebaczyć, od razu powstaje mur. Od muru zaś zaczyna się więzienie” (Phil Bosmans) . „Przebaczenie jest dwukierunkową drogą, bo ilekroć przebaczamy komuś, przebaczamy również samemu sobie” (Paulo Coelho). „Przebaczanie jest przywróceniem sobie wolności, jest kluczem w naszym ręku od własnej celi więziennej” (Prymas Stefan Wyszyński). „Serce matki to przepaść, na której dnie zawsze znajdzie się przebaczenie” (Honore de Balzac). „Przebaczyć, to znaczy: nie mścić się; nie odpłacać złem za zło, to znaczy kochać” (Lew Tołstoj). „Kto sądzi bliźniego może się mylić. Kto mu przebacza, nie myli się nigdy” (Karl Heinrich Waggerl). „Przebaczenie jest najtrudniejszą miłością” (Albert Schweitzer). „W cierpieniu rozum odchodzi. A wtedy trzeba wybaczyć wszystko” (Janusz L. Wiśniewski).

Jakże nieraz trudno żyć według tych pięknych wskazań, drogowskazów. Tak trudno zdobyć się na wybaczenie bliźniemu, który nas skrzywdził, zostawiając z raną, która ciągle krwawi. Nie potrafimy wybaczyć i pozostajemy w swoim piekle niewybaczenia, w którym zżera nas nienawiść, chęć odwetu, urażona duma, pogarda do krzywdziciela, zaślepienie, które nie pozwala widzieć naszej winy i codzienne posypujemy solą niezagojoną ranę. Gdy nie jesteśmy w stanie wyrwać się tego piekła, winniśmy szukać mocy z wysoka. Wybaczenie to istotna rzecz nie tylko doczesności, ale przede wszystkim wieczności. Od wybaczenia zależy nasza wieczność. Czytania biblijne na dzisiejszą niedzielę mówią o tym. Nim zdobędziemy się na wybaczenie bliźniemu winniśmy sobie uświadomić, że sami potrzebujemy bożego wybaczenia. Jeśli ktoś uważa, że go nie potrzebuje jest kłamcą, który chce oszukać siebie i Boga. Św. Jan Ewangelista pisze: „Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy”. Człowiek pojednany z Bogiem przez boże wybaczenie, znajdzie siłę do wybaczenia bliźniemu, wyrwania się z piekła negatywnych uczuć.

Czytania biblijne mówią jak wielki jest Bóg w swojej wybaczającej miłości. Pierwsze czytanie ukazuje potworną zbrodnie króla Dawida. Gdy jego waleczny żołnierz Chetyta Uriasz walczył na wojnie, król Dawid romansował z jego żoną. A gdy sprawa miała się wydać, to tak pokierował sprawami, że Uriasz Chetyta został zabity na wojnie, a król Dawid wziął jego żonę za swoją małżonkę. Ta zbrodnia wołała o pomstę do nieba. Bóg posłał proroka Natana, aby upomnieć Dawida i wymierzyć karę. Dawid zrozumiał potworność swojej zbrodni i gorzko za to żałował i pokutował. Bóg dojrzał skruchę Dawida i powiedział do niego przez proroka Natana: „Pan odpuszcza ci też twój grzech, nie umrzesz”.

Ewangelia na dzisiejszą niedzielę porusza wiele aspektów przebaczenia. Jezus był na posiłku u jednego z faryzeuszów. „A oto kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, dowiedziawszy się, że jest gościem w domu faryzeusza, przyniosła flakonik alabastrowy olejku i stanąwszy z tyłu u nóg Jego, płacząc, zaczęła oblewać Jego nogi i włosami swej głowy je wycierać. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem”. Gorszyli się tym faryzeusze, jak On może dopuścić do siebie jawnogrzesznicę. Uczniowie Jezusa także nie pochwalali postępowania swojego Mistrza. Raczej byli gotowi, razem z faryzeuszami potępić tę kobietę. W odpowiedzi, Jezus pouczył ich o konieczności przebaczenia, kończąc słowami: „A ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje”. Zaś do kobiety powiedział: „Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju”. Bóg wybacza największemu grzesznikowi, gdy ten gorzko żałuje i chce naprawić wyrządzone zło. Jezus przypomina, że wybaczenie dokonuje się w atmosferze głębokiej wiary, i że On ma władzę odpuszczania grzechów, że jest Bogiem. Ta piękna scena wybaczenia jest także przestrogą dla tych, którzy bardziej skłonni są do potępienia niż wybaczenia. Naszą miarę przebaczenia bliźniemu, Bóg przyłoży do naszego życia, gdy staniemy przed nim twarzą w twarz. (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

ŚWIATŁO WYBACZENIA

Przeświadczeni, że człowiek osiąga usprawiedliwienie nie dzięki uczynkom wymaganym przez Prawo, lecz jedynie dzięki wierze w Jezusa Chrystusa, my właśnie uwierzyliśmy w Chrystusa Jezusa, by osiągnąć usprawiedliwienie dzięki wierze w Chrystusa, a nie dzięki uczynkom wymaganym przez Prawo, jako że nikt nie osiągnie usprawiedliwienia dzięki uczynkom wymaganym przez Prawo. Tymczasem ja dla Prawa umarłem przez Prawo, aby żyć dla Boga: razem z Chrystusem zostałem przybity do krzyża. Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus (Ga 2, 16. 19-20).

Ks. Mark Link w jednym ze swoich kazań przytacza opowieść chłopca imieniem Matt. W czasie rekolekcji Matt przyszedł do księdza i zaczął opowieść tymi słowami: „Mój ojciec opuścił dom, gdy miałem 11 lat. Cała moja rodzina była załamana. Przez kilka tygodni wszyscy płakali, z wyjątkiem mnie. Ja zacząłem nienawidzić ojca, szczególnie dlatego, że tak boleśnie zranił moją kochaną mamę. Zacząłem chuliganić i brać narkotyki. Brałem udział w kradzieży trzech samochodów (…). Teraz moja matka jest chrześcijanką. Pod jej presją zdecydowałem się wziąć udział rekolekcjach. Nie miałem zbytniego rozeznania, co to takiego jest. Chciałem się tylko zapisać, aby mieć spokój ze strony mamy. Jednak po jednym ze spotkań w dużej grupie, cały dzień myślałem o Bogu. Po czym uklęknąłem przed Chrystusem wiszącym na krzyżu. Przygniotło mnie ogromne poczucie winy. Zacząłem błagać o wybaczenie. Gdy szlochałem, Bóg wybaczył mi… On kocha mnie. On kocha mnie mimo mojej grzeszności. Otarłem łzy i otworzyłem oczy. Nie miałem żadnych wątpliwości, że Bóg istnieje. Po zakończeniu rekolekcji, po raz pierwszy w życiu nie sięgnąłem po papierosy, narkotyki i alkohol.

Następnego dnia miałem dzień wolny od pracy. Dużo rozmyślałem i modliłem się. W czasie lektury Biblii zacząłem myśleć o moim ojcu. Nie chciałem, aby cokolwiek oddzielało mnie od Chrystusa, dlatego zadzwoniłem do mojego ojca. Umówiliśmy się na spotkanie. Po przybyciu do jego domu usiedliśmy i rozmawialiśmy o niczym. Aż w końcu ojciec zapytał: <Dlaczego przyjechałeś do mnie?> Byłem zadowolony, że zadał to pytanie, ale nie byłem w stanie wyrazić słowami tego co czułem. Nieskładnie zacząłem mówić o rekolekcjach, gdzie uświadomiłem sobie, że nie powinienem nikogo bezlitośnie osądzać, niezależnie od tego jak poważna jest sprawa. Następnie poprosiłem go o wybaczenie za to, że go nienawidziłem, niemiłosiernie osądzałem. Ojciec opuścił pokój i przyniósł zapisaną kartkę papieru. Był to list, który przed laty napisałem do niego. Oto treść tego listu: <Bill: Kim ty jesteś, co ty robisz? Nienawidzę cię i nie chcę mieć nigdy nic wspólnego z tobą w moim życiu. Twój ex- syn Matt>. Uświadomiłem sobie, jak bardzo było bolesne to dla niego. Przez lata zachowywał ten list. Rzuciłem mu się na szyję, a z oczu popłynęły łzy wybaczenia i miłości.

To spotkanie było jak przejście przez bramę więzienia. Wyzwoliłem się z kajdanów nienawiści. Rozmawialiśmy jeszcze trochę, po czym ucałowałem go w oba policzki i odjechałem. Wziąłem taksówkę, ale wysiadłem kilka ulic wcześniej, aby mieć czas na rozmyślanie. Ogromna radość wypełniła moje serce. W podskokach biegłem do domu. Rozłożyłem ramiona i w duchu krzyczałem: Kocham Boga. Doznałem od Niego tej nocy nieogarnionego błogosławieństwa i łaski”.

Wybaczenie czyni człowieka wolnym i szczęśliwym. Kto nie potrafi wybaczyć pozostanie do końca niewolnikiem swej nienawiści, która będzie zatruwać każdą rodzącą się radość. Bez wybaczenia nie ma pokoju dla świata i wewnętrznego spokoju w człowieku. Jeśli wybaczenie niesie tyle piękna i dobra, to o ile więcej doświadczymy szczęścia, samemu, doznając wybaczenia. Potrzebujemy wybaczenia, bo jesteśmy grzesznikami. Tak mówi Pismo św. Kto by uważał inaczej ten jest kłamcą. Bóg wybacza człowiekowi, nawet największe zbrodnie, jeśli ten szczerze żałuje i postanawia poprawę. Boże miłosierdzie wiele razy jest odnotowywane na kartach Starego Testamentu. Doświadczył tego żydowski król Dawid. W swojej przewrotności posłał oddanego sługę Uriasza Chetytę do walki z wrogiem, aby tam podstępnie go zdradzić. W czasie walki, na polecenie Dawida, wojsko odstąpiło od Uraisza i ten zginął w nierównej walce. A to tylko dlatego, że Dawid chciał pojąć żonę Uriasza za swoją żonę. Wtedy Bóg przez proroka Natana skierował do króla te słowa: „Zamordowałeś go mieczem Ammonitów. Dlatego właśnie miecz nie oddali się od domu twojego na wieki, albowiem Mnie zlekceważyłeś, a żonę Uriasza Chetyty wziąłeś sobie za małżonkę”. Dawid zrozumiał swoją podłość i przewrotność swego występku. Żałował i czynił pokutę. Bóg mu wybaczył. Natan w imieniu Boga powiedział do niego: „Pan odpuszcza ci twój grzech, nie umrzesz”.

Jeszcze bardziej Boże miłosierdzie rozlewa się na kartach Nowego Testamentu. Ewangelia mówi, że do Jezusa ciągnęły tłumy celników i grzeszników. Bo w Nim odnajdywali przebaczenie i nowe życie. Tym się kierowała kobieta, którą wszyscy znali jako jawnogrzesznicę. Chce wyrazić najpełniej swoją wdzięczność i miłość do Jezusa za dar wybaczenia: „przyniosła flakonik alabastrowy olejku i stanąwszy z tyłu u Jego stóp, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego stopy i włosami swej głowy je wycierała. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem”. Gorszyli się faryzeusze, którzy obłudnie uważali się za sprawiedliwych, a pogardzali grzesznikami, odmawiając im wybaczenia. Chrystus mówi w dalszej części Ewangelii, że tym którym wiele wybaczono odpłacają za to jeszcze większą miłością. Wybaczenie przywraca człowiekowi jeszcze pełniejszą wewnętrzną jasność.

W zapadłej wiosce zabrakło prądu. Mieszkania pogrążyły się w ciemności. Jeden z gospodarzy znalazł na strychu starą naftową lampę. Jej stan był fatalny. Knot dawał nikły płomień, ale za do dużo kopcił, zapach nafty stawał się nieznośny. Gospodarz wyrzucił lampę, jako nieużyteczną, z postanowieniem, że kupi nową. A gdy włączono prąd ponownie, gospodarz zapomniał o kupnie nowej lampy. Przypomniał sobie o tym kilka tygodni później, gdy znowu wyłączono prąd. Tym razem żona przyniosła piękną naftową lampę, która działała bez zarzutu. „Wspaniała lampa. Gdzieś ty ją znalazła” – pyta mąż. „Jest to ta sama lampa, którą wyrzuciłeś” – odpowiada żona. „To niemożliwe” – z niedowierzaniem stwierdza mąż. Po dokładniejszych oględzinach powiedział: „Odnowienie tej lampy musiało wiele kosztować”. „Nie, kupiłam tylko nowy knot. Ale za to musiałam się dużo napracować, aby doprowadzić ją do tego stanu” – odpowiada żona. Łatwiej byłoby kupić nową lampę niż starą doprowadzić do takiego stanu.

Tę historię możemy odnieść także do człowieka. Łatwo potępić człowieka zbrukanego grzechem. Trudniej pomoc mu, aby oczyścił się z grzechów i zabłysnął nowym blaskiem. A jest to blask spotęgowany mocą bożego miłosierdzia i wybaczenia, które rodzi jeszcze piękniejszą miłość. (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

BOŻE MIŁOSIERDZIE

Prawie każdy człowiek odczuwa w sobie z jednej strony skłonność do zła a z drugiej dążenie do doskonałości. Skłonność do zła ma związek z rzeczywistością, którą nazywamy grzechem pierworodnym. W tym zmaganiu dobra ze złem chcemy zwycięstwa dobra. Każdy chce być postrzegany jako dobry człowiek. I w kreowaniu pozytywnego obrazu swojej osobowości człowiek potrafi oszukiwać samego siebie nie nazywając grzechu po imieniu. Tak jak czytamy w utworze anonimowego autora „Poezja i proza„.

Co to jest grzech?

Człowiek nazywa to wypadkiem,

Bóg nazywa to obrzydliwością.

Człowiek nazywa to defektem,

Bóg nazywa to chorobą.

Człowiek nazywa to błędem,

Bóg nazywa to wrogością.

Człowiek nazywa to swobodą,

Bóg nazywa to bezprawiem.

Człowiek nazywa to błahostką,

Bóg nazywa to tragedią.

Człowiek nazywa to pomyłką,

Bóg nazywa to szaleństwem.

Człowiek nazywa to słabością,

Bóg nazywa to zatwardziałością.

Bóg daje człowiekowi szansę i moc zwycięstwa nad złem. Jednak wcześniej człowiek musi dać szansę samemu sobie. Po prostu, zamiast usprawiedliwiać swoje grzechy powinien uznać je i szczerze za nie żałować. W usprawiedliwianiu siebie człowiek jest nadzwyczaj pomysłowy. Kradzieży nie nazywa kradzieżą, tylko wyrównaniem rachunków, wprowadzaniem na własną rękę sprawiedliwości na świecie lub bagatelizuje to, mówiąc, że jest to drobiazg. Można też usłyszeć: Złorzeczyłam, przeklinałam, ale to dlatego, że mam podłą synową. Takie i podobne przykłady można mnożyć w nieskończoność. Jest to droga donikąd. Usprawiedliwiając się, spowiadając z cudzych grzechów nie możemy liczyć na odpuszczenie własnych. Nie nazywając grzechu po imieniu, szukając jego usprawiedliwienia, tracimy szansę przemiany, powrotu na drogę sprawiedliwości i życia w przyjaźni z Bogiem. Prawdziwa ocena grzechu wiąże się ze świadomością, że jest on działaniem przeciw Bogu, złamaniem Jego prawa, wzgardzeniem i odrzuceniem Jego władzy.

Boże Miłosierdzie daje szansę każdemu człowiekowi. Przykład takiego miłosierdzia znajdujemy w pierwszym czytaniu biblijnym na dzisiejszą niedzielę. Król Dawid dopuścił się jednego z najobrzydliwszych i najbardziej podłych grzechów jakie opisuje Biblia. W czasie, gdy jeden z jego dzielnych wodzów Uriasz walczył za królestwo Dawida, to ten w tym czasie znieprawiał jego żonę Batszebę. Gdy ta zaszła w ciążę, wezwał swego dzielnego wodza do domu, aby zamieszkał z żoną i tym sposobem ukryłby swój grzech. Uriasz stawił się na wezwanie króla, ale nie wszedł do swego domu, mówiąc, że nie może korzystać z wygód, w czasie gdy jego żołnierze w trudnych warunkach wojennych narażają swoje życie. Gdy Dawid zorientował się, że nie uda się mu ukryć swego grzechu, przywołał dowódcę i polecił, aby ten wysłał Uriasza w najbardziej niebezpieczne miejsce w czasie bitwy. I gdy wywiąże się walka, niech żołnierze nagle odstąpią Uriasza, zostawiając go samego na polu walki. Tak też uczyniono. Uriasz został zbity. A Dawid wziął za żonę Batszebę. Czy można sobie wyobrazić obrzydliwszą zbrodnię?

Bóg jednak dał Dawidowi szansę, a ten z niej skorzystał. Posłał proroka Natana, który powiedział do króla: „Czemu zlekceważyłeś słowo Pana, popełniając to, co złe w Jego oczach? Zabiłeś mieczem Chetytę Uriasza, a jego żonę wziąłeś sobie za małżonkę”. Dawid zrozumiał podłość swego czynu i czyniąc pokutę, gorzko żałował za ten grzech. Pan wejrzał na jego skruchę i przez tego samego proroka powiedział do niego: „Pan odpuszcza ci też twój grzech, nie umrzesz”. Dawid skorzystał z Bożego Miłosierdzia, które najobficiej rozlało się w Jezusie Chrystusie. Doświadczyła tego potępiana i pogardzana, nie tylko przez faryzeuszy jawnogrzesznica, mówiąc dzisiejszym językiem prostytutka. Ku zgorszeniu faryzeuszy Chrystus nie potępił jej, ale wybaczył grzechy. Ludzka sprawiedliwość często jest pozbawiona miłości i miłosierdzia. Gotowa do potępiania i przekreślania człowieka. Taka sprawiedliwość niewiele ma wspólnego z bożą sprawiedliwością. Jawnogrzesznica otrzymała łaskę odpuszczenia, bo szczerze żałowała za swe grzechy, umiłowała Chrystusa i okazała ogromną wiarę. Do Szymona, który tak do końca nie był przekonany do takiego potraktowania jawnogrzesznicy Jezus powiedział: „Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. A ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje”. Zaś do jawnogrzesznicy skierował słowa: „Twoje grzechy są odpuszczone. Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju”. Tradycja mówi, że ta kobieta została świętą.

Bóg ukazując nam swoje miłosierdzie, oczekuje także naszego miłosierdzia wobec tych, którzy zawinili przeciw nam. W modlitwie „Ojcze nasz” prosimy Boga, aby odpuścił nam nasze grzechy jako i my podpuszczamy naszym winowajcom. Gdy z trudem przychodzi nam wybaczenie warto pamiętać o radach jakie daje. Roy L. Smith.

1) Porównaj swoje cierpienia z cierpieniami Jezusa, a zobaczysz, że nie tak bardzo zostałeś skrzywdzony. 2) Przypomnij sobie ile otrzymałeś dobra od innych, a szczególnie od tej osoby która cię zraniła. 3) Sporządź listę dóbr jakie otrzymałeś od Boga. 4) Dziękuj Bogu za Jego błogosławieństwo, za Jego miłość i wybaczanie co dzień. 5) Zdobądź się na szlachetny wysiłek modlitwy za tego, który cię zranił. 6) Idź dalej, szukając możliwości pomocy swemu winowajcy. 7) Jeśli wykroczenie jest szczególnie trudne do zapomnienia próbuj wymazać je z pamięci przez pozytywne myślenie pełne dobra i życzliwości. 8) Zanim udasz się na nocny odpoczynek powtórz powoli i z namysłem fragment z Modlitwy Pańskiej: „Odpuść nam nasze winy, jak i my odpuszczamy naszym winowajcom”.

Trzeba przy tym pamiętać, że każdy grzech jest wystąpieniem przeciw Bogu, stąd też nasze pełne przebaczenie jest możliwe w łączności z Bogiem. W Bogu jest możliwe wybaczenie największego zła zadanego nam przez bliźniego. Na zakończenie tych rozważań przytoczę historię z życia wielkiego wynalazcy Tomasza Edisona. Edison wpadł na pomysł zbudowania żarówki. Pochłonięty realizacją tego projektu pracował wraz ze swoim zespołem wiele dni i nocy. Po wielu dniach spędzonych w laboratorium żarówka była gotowa. Ten cenny wynalazek Edison dał chłopcu, aby zaniósł go na górę. Chłopiec zdawał sobie sprawę, jak ważną rzecz trzyma w ręku. Szedł bardzo ostrożnie, aby się nie potknąć. Jednak na ostatnim stopniu schodów żarówka wypadła mu z rąk i rozbiła się. Cały zespół pracował kolejne długie godziny, aby zbudować nową żarówkę. Gdy dzieło było gotowe, Edison ponownie dał temu samemu chłopcu żarówkę, aby zaniósł ją do pokoju na piętrze. Nie pamiętał mu poprzedniego błędu, nieuwagi. To wydarzenie jest piękną ilustracją prawdziwego przebaczenia. (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚWIĘTY ANDRZEJ CORSINI

Wobec zła jakie popełnia bliźni można zająć dwie skrajne postawy. Pierwsza, to bezwzględne potępienie człowieka wraz ze złem, które popełnia. W tej postawie surowy, bezduszny sędzia całkowicie przesłania miłującego ojca. Takie traktowanie grzesznika prawie nigdy nie prowadzi do nawrócenia i przemiany życia. Druga postawa dostrzega zło i potępia je, ale nie przekreśla winowajcy. Cierpi z powodu grzechu bliźniego i troszczy się o jego nawrócenie. Jest to postawa kochającej matki, która smuci się złem popełnianym przez swoje dziecko i robi wszystko, aby je uratować. Te dwie postawy widzimy w zacytowanej na wstępie Ewangelii. Faryzeusze potępiają jawnogrzesznicę, nie dając jej żadnej szansy. Zaś Jezus przygarnia ją i z miłością wybacza grzechy. I to stało się początkiem przemiany jawnogrzesznicy w świętą. Takie zdarzenia ciągle mają miejsce w ludzkiej historii. Tak było w życiu świętego Andrzeja Corsiniego. Bezgraniczna i bezwarunkowa miłość matki sprawiła, że syn postanowił zmienić życie i wstąpić na drogę świętości.

Andrzej pochodził ze sławnego florenckiego rodu Corsinich we Włoszech. Bezdzietni rodzice długo prosili Boga za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny o dziecko. Uczynili też ślub, że jeśli zostaną wysłuchani, to dziecko będzie ofiarowane na służbę Bogu. Urodził się im 30 listopada 1302 roku chłopiec, któremu na część patrona dnia nadano imię Andrzej. Zgodnie z wcześniejszym ślubem rodzice wychowywali i przygotowywali syna do stanu duchownego. Jednak ich wysiłki jakby poszły na marne. Dorastający młodzieniec, nie tylko nie zdradzał skłonności do życia w stanie duchownym, ale wpadł w złe towarzystwo i zaczął prowadzić lekkomyślny i hulaszczy tryb życia. Matka zalewając się łzami błagała Matkę Bożą: „O Maryjo, miej litość nade mną i proś pospołu ze mną Syna Twego, aby dziecko moje z grzechów powstało”. Takie i tym podobne modlitwy nieustannie zanosiła do Boga. Pewnego razu, Andrzej wybierając się na kolejną hulankę zobaczył spłakaną matkę na kolanach przed obrazem Matki Bożej. Matka z bólem spojrzała na syna i powiedziała: „Synu mój, czy znowu chcesz gonić za grzechem? Biada mi, bo ty jesteś owym wilkiem drapieżnym, którego nosiłam pod sercem, a które je teraz rozdziera! Ach, kiedyż nadejdzie godzina, w której ten wilk zamieni się w baranka, a ja będę mogła Najświętszej Pannie dotrzymać słowa!” Zaskoczony i wzruszony Andrzej zapytał, co mają znaczyć te słowa, na co matka odpowiedziała: „W nocy przed twym narodzeniem śniło mi się, że mam porodzić wilka, który potem pobiegnie do klasztoru karmelitów i zamieni się w baranka. Wilka już znam i zęby jego poczułam, ale gdzież baranek, którego Najświętszej Maryi Pannie poświęciłam?” Po tych słowach zapadła długa cisza przerywana łkaniem matki. Zadrżało serce Andrzeja, widząc boleśnie zranioną miłość. Padł na kolana do jej stóp i ze łzami w oczach wyznał: „Droga matko doczekasz się jeszcze pociechy, że wilk stanie się barankiem”.

Nie zwlekając z wypełnieniem obietnicy danej matce, pobiegł do kościoła karmelitów i długo modlił się przed ołtarzem Matki Bożej. Wewnętrznie wypogodzony, z mocnym postanowieniem wstał i zastukał do furty klasztornej, prosząc o przyjęcie do zakonu. Prośbie uczyniono zadość. Andrzej przywdział habit zakonny i rozpoczął wewnętrzną pracę nad sobą. Nie było to takie łatwe, gdyż dawne nawyki ciągle powracały, przybierając nieraz postać szatańskich pokus. Legenda mówi, że pewnego razu Andrzejowi, pełniącemu dyżur na furcie klasztornej ukazał się szatan, w postaci młodzieńca pochodzącego z wysokiego rodu, który dawniej był jego towarzyszem w rozpuście, i począł go namawiać, aby wrócił do świata i jego uciech. Andrzej długo mocował się wewnętrznie. Gdy pokusa zdawała się zwyciężać, Święty przywołał na pomoc Matkę Bożą. I wtedy otworzyły mu się oczy. W udawanym przyjacielu rozpoznał szatana, który namawiał go do opuszczenia klasztoru. Święconą wodą i modlitwą Andrzej przepędził szatana wraz z jego pokusą.

Po odbytym nowicjacie, Andrzej złożył śluby zakonne i z całą gorliwością oddał się naukom, modlitwie i umartwieniu. Wiele go kosztowało wykorzenienie z siebie uporu i pychy. Aby je poskromić, dobrowolnie brał worek na plecy i prosił o jałmużnę swoich wysoko postawionych krewnych i znajomych, którzy wyśmiewali się i szydzili z niego. Święty z miłości do Chrystusa przyjmował z radością te zniewagi i szyderstwa. Ofiarował to poniżenie za swoich bliźnich, których całym sercem pragnął pozyskać dla Boga. Jeden z jego krewnych, Jan Corsini, zapadł na nieuleczalną chorobę. Rozpaczając i chcąc zapomnieć o boleściach, oddał się namiętnie grze w kości, tak, że dom jego nazwano „domem gry”. Andrzej, zdjęty litością, udał się do niego, przyobiecał mu zdrowie, jeśli porzuci grę, będzie pościł przez tydzień i odda się pod opiekę Najświętszej Maryi Panny. Chory usłuchał Andrzeja i w niedługim czasie odzyskał zdrowie.

Andrzej bardzo długo i staranie przygotowywał się do święceń kapłańskich. Zwlekał z ich przyjęciem, ponieważ czuł się niegodny takiego zaszczytu. A gdy zbliżał się moment święceń rodzice poczynili przygotowania do bardzo okazałych prymicji. Gdy Andrzej dowiedział się o tym, natychmiast po święceniach kapłańskich, potajemnie udał się do małego klasztoru w okolicach Rzymu i tam nikomu nieznany odprawił prymicyjną Mszę świętą ku czci Najświętszej Maryi Panny. Legenda mówi, że ta skromna Msza był tak miła Bogu, że w czasie jej odprawiania pojawiła się Matka Boża z orszakiem aniołów, mówiąc do młodego kapłana: „Ty Moim sługą jesteś. Ciebie sobie obrałam i w tobie się uwielbię”.

Po tych niezwykłych prymicjach Andrzej wrócił do klasztoru w pobliżu miasta Segna, gdzie zasłynął jako wybitny kaznodzieja oraz mąż wielkiej mądrości i pobożności. Po czterech latach, w roku 1347 Święty został wybrany na kapitule generalnej w Metzu. Jako przełożony, surowym i ascetycznym trybem życia pociągał swoich współbraci na wyżyny życia duchowego. Jak prawdziwy ojciec pełen miłości i poświęcenia prowadził współbraci do doskonałości. Święty odnowił zakon duchowo i doprowadził do pomnożenia liczby zakonników i klasztorów. W roku 1348 zwolniła się stolica biskupia w Fiesole. Kapituła katedry wybrała Andrzeja Corsiniego na nowego biskupa, a papież Klemens VI zatwierdził ten wybór. Gdy Święty dowiedział się o tym skrył się w niewielkim klasztorze, w swej pokorze czuł się niegodny tego zaszczytu. Legenda mówi, że gdy poszukiwania nie przynosiły rezultatu kapituła postanowiła wybrać nowego biskupa, a wtedy trzyletnie dziecko z tłumu zawołało: „Andrzej jest naszym biskupem! Znajduje się teraz w klasztorze kartuzów!” Gdy Andrzej dowiedział się o tym, uznał to za znak z nieba. I zgodził się na przyjęcie tej godności.

Wyniesienie do godności biskupiej umocniło w Świętym jeszcze bardziej ducha pokory i ascezy oraz pragnienie służby bliźniemu. Żarliwa wiara Świętego miała ogromny wpływ na życie diecezji, którą kierował. Zmienił jej oblicze. Niezmordowanie wizytował parafie, budował i nawiedzał szpitale oraz przytułki, odnawiał i budował nowe kościoły, zwalczał nadużycia jakie wkradły się w życie Kościoła. Aby podnieść duchowy poziom kapłanów założył dla nich bractwo Trójcy Przenajświętszej.

W święta Bożego Narodzenia roku 1372 Święty zachorował, i jak mówi legenda ujrzał wtedy Matkę Bożą, która oznajmiła mu, że w najbliższą uroczystość Trzech Króli będzie oglądał Jej Syna. I tak jak Maryja zapowiedziała, Andrzej ujrzał oblicze Pana 6 stycznia 1373 roku. Ciało jego spoczywa w kościele karmelitów we Florencji w kaplicy, którą ufundowała rodzina Corsinich. Przy jego grobie wielu doznawało cudów. Papież Urban VIII zaliczył go w roku 1629 w poczet świętych (z książki Wypłynęli na głębię).

 

MIŁOSIERDZIE BOŻE DOSIĘGA KAŻDEGO

Spotykamy w naszym życiu ludzi, którzy według mniemania wielu nie zasługują na Boże miłosierdzie, jak ewangeliczna jawnogrzesznica. Z pewnością można zaliczyć do nich Julię Brystygier, znaną jako „Krwawa Luna”. Jeden z uwięzionych tak ją wspomina: „To zbrodnicze monstrum przewyższało okrucieństwem niemieckie dozorczynie z obozów koncentracyjnych”. Julia Prajs urodziła się w 1902 w rodzinie żydowskiego aptekarza. Wyszła za mąż za syjonistycznego działacza, Natana Brystygiera. Kiedy w roku 1939 Sowieci wkroczyli do Lwowa, Julia bez wahania stała się lojalną konfidentką NKWD. Donosiła nawet na swoich towarzyszy partyjnych. Kiedy Stalin zaczął montować na swoje potrzeby „polski” rząd, Julia dostała stanowisko w Zarządzie Głównym Związku Patriotów Polskich. W listopadzie 1944 r. trafiła do Resortu Bezpieczeństwa Publicznego w PKWN. I to właśnie tu wsławiła się niezwykłym okrucieństwem. Prześladowania z jej strony dotknęły także Kościół. Ograniczano nauczanie religii, zabrano Kościołowi Caritas. Na przełomie lat 40 i 50 liczba aresztowanych księży sięgnęła blisko tysiąca. Niektórych skazywano w pokazowych procesach. Krwawa Luna osobiście katowała duchownych. Po aresztowaniu Prymasa Stefana Wyszyńskiego, brała udział w jego przesłuchaniu. „To była straszna kobieta” – miał potem powiedzieć Prymas.

Po wielu latach opamiętała się i swoje życie zawierzyła Bożemu Miłosierdziu. A wszystko zaczęło się w Zakładzie dla Ociemniałych w Laskach koło Warszawy. O wspólnocie z Lasek prof. Jan Żaryn pisał: „Ludzie, którzy tę atmosferę tworzyli, nie skreślali na zawsze błądzących, nawet zbrodniarzy. Cierpliwie czekali”. Prymas Stefan Wyszyński był współzałożycielem i duchowym ojcem wspólnoty Instytutu. Maria Okońska, która spotkała Prymasa w Laskach tak napisała o nim: „Próbowałam sobie uświadomić co na mnie zrobiło tak wielkie wrażenie, co mnie w tym człowieku tak zachwyciło, porwało, po prostu zabrało? Już wtedy miałam przekonanie, że jest on najbardziej ze wszystkich ludzi, których spotkałam, podobny do Pana Jezusa”. Zapewne był podobny do Jezusa w Jego wielkim miłosierdziu, o którym mówi dzisiejsza Ewangelia. Prymas odcisnął swoje piętno na duchowości Lasek, gdzie Miłosierdzie Boże dotykało najbardziej zagubionych ludzi, w tym także „Krwawą Lunę”, która inwigilowała Marię Okońską i kard. Stefana Wyszyńskiego, przyczyniając się do jego aresztowania. Może to wyglądać na chichot historii, ale to nie jest chichot, to jest potęga Bożego Miłosierdzia.

Z relacji tajnych agentów bezpieki, inwigilujących Laski wynika, że pod wpływem franciszkanek Julia nawróciła się i przyjęła chrzest. Tajny donosiciel z Lasek cy¬to¬wał ks. Antoniego Marylskiego, któremu święceń kapłańskich udzielił ks. kardynał Stefan Wyszyński: „Ona teraz uświadomiła sobie, ile zła i nieszczęścia wielu ludziom swym nieludzkim postępowaniem sprawiła i stara się obecnie nowym chrześcijańskim życiem jeszcze wiele naprawić”. Zmarła w roku 1975 w Warszawie jako głęboko wierząca katoliczka.

W czasie liturgii mszalnej śpiewamy psalm z Księgi Psalmów, zwanej także „Psałterzem Dawida”, ponieważ w tytułach wielu psalmów jest wymienione imię Dawida oraz podawane są bliższe okoliczności, w których Dawid miał się modlić słowami danego Psalmu. Przyjmowano zatem, że Dawid jest autorem tych Psalmów. Jest to także nawiązanie do tradycji izraelskiej, według której Dawid jest głównym twórcą psalmodii Narodu Wybranego. Nie można więc wątpić, że niektóre Psalmy rzeczywiście mogą pochodzić od Dawida. Może do nich należeć Psalm na dzisiejszą niedzielę. Oto jego fragment: „Szczęśliwy człowiek, / któremu nieprawość została odpuszczona, / a jego grzech zapomniany. / Szczęśliwy ten, któremu Pan nie poczytuje winy, / a w jego duszy nie kryje się podstęp”. Ten psalm mógł śpiewać, gdy wobec bożego proroka Natana wyznał swój grzech: „Zgrzeszyłem wobec Pana”. Na co Natan w imieniu Boga powiedział: „Pan odpuszcza ci też twój grzech – nie umrzesz”. A grzech Dawida był przerażający. Jego wierny żołnierz Chittyta Uriasz walczył w obronie królestwa Dawida, gdy tymczasem król romansował z jego żoną. A gdy z tego romansu poczęło się dziecko, Dawid podstępnie wstawił swojego wiernego sługę na pewną śmierć. Krzywda Uriasza dotarła do Boga i Bóg planował zesłać straszną karę na niegodziwca. Król błagał Boga i wybłagał Jego miłosierdzie.

Ewangelia na dzisiejszą niedzielę jeszcze pełniej ukazuje wielkość Bożego Miłosierdzia. Jezus był na przyjęciu u jednego z faryzeuszy. Jak zapewne wiemy, faryzeusze uważali się za najbardziej pobożną grupę Izraelitów. I rzeczywiście takie można by odnieść wrażenie, gdyby patrzeć na ich zewnętrzne zachowanie. Wypełniali dokładnie wszystkie przepisy Prawa. Z tego rodziła się pycha i pogarda dla tych, którzy mieli nieszczęście zgrzeszyć. Chrystus, który patrzył w serce nazwał ich pewnego razu grobami pobielanymi, które na zewnątrz są piękne, ale w środku pełne zgnilizny. Ku zgorszeniu faryzeuszy na przyjęciu pojawiła się jako nieproszony gość kobieta. W Ewangelii czytamy: „A oto kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, dowiedziawszy się, że gości w domu faryzeusza, przyniosła flakonik alabastrowy olejku i stanąwszy z tyłu u Jego stóp, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego stopy i włosami swej głowy je wycierała. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem”. Zgorszeni faryzeusze potępiającym wzrokiem patrzyli na kobietę. Mieli także za złe Jezusowi, że pozwolił na to. Mówili: „Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co to za jedna i jaka to jest ta kobieta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą”. Na te zarzuty Jezus odpowiedział: „Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. A ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje”. Powiedział, że jest nie tylko prorokiem, ale Bogiem, bo tylko Bóg może odpuszczać grzechy. Człowiek powinien żałować z miłości do Boga, że przez grzech Go obraził. A zatem miłość otwiera bramy Bożego Miłosierdzia. A na koniec Jezus powiedział do kobiety: „Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju”. A zatem na drodze wiary opromienionej bezgraniczną miłością przychodzi do nas Boże Miłosierdzie.

O takiej wierze pisze św. Paweł w Liście do Galatów: „My właśnie uwierzyliśmy w Chrystusa Jezusa, by osiągnąć usprawiedliwienie dzięki wierze w Chrystusa, a nie dzięki uczynkom wymaganym przez Prawo”. A zatem wiara, zaufanie Chrystusowi jest na pierwszym miejscu. Przyjęcie Chrystusa jest przyjęciem największej Miłości, która dyktuje nasze postepowanie i nasze prawa. Jeśli tego zabraknie i zostanie tylko zewnętrzne przestrzeganie Prawa, jak w przypadku faryzeuszy, to wtedy zamykamy dla siebie bramy Bożego Miłosierdzia. Święty Paweł w zjednoczony przez wiarę i miłość z Chrystusem pisał: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus”. Dla nas Eucharystia jest niepowtarzalną szansą budowania jedności z Chrystusem, dlatego na zakończenie módlmy się słowami modlitwy po Komunii św. „Jezu, Ty żyjesz obecnie we mnie. Pragnę i proszę Cię o to, by życie Twoje stało się widoczne w moim śmiertelnym ciele. Niech przejawia się więc we mnie miłość, która jest ‘cierpliwa, łaskawa, miłość, która nie zazdrości, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego, nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma’. Spraw, bym, gdy brat cierpi niedostatek nie zamykał przed nim swego serca, bym nie miłował słowem i językiem, ale czynem i prawdą” (Kurier Plus, 2014).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *