28 Cze

12 niedziela zwykła Rok C

 

KIM ON JEST?

Gdy Jezus modlił się na osobności, a byli z Nim uczniowie, zwrócił się do nich z zapytaniem: „Za kogo uważają Mnie tłumy?”. Oni odpowiedzieli: „Za Jana Chrzciciela; inni za Eliasza; jeszcze inni mówią, że któryś z dawnych proroków zmartwychwstał”. Zapytał ich: „A wy, za kogo Mnie uważacie?”. Piotr odpowiedział: „Za Mesjasza Bożego”. Wtedy surowo im przykazał i napomniał ich, żeby nikomu o tym nie mówili. I dodał: „Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; będzie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie”. Potem mówił do wszystkich: „Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa” (Łk 9,18-24).

Z różnych powodów zadajemy pytanie: kim jest ten człowiek? Dziewczyna pyta o chłopaka, z którym wiąże nadzieję wspólnej przyszłości. Pracodawca zanim przyjmie nas do pracy chce o nas wiedzieć jak najwięcej; trzeba odpowiedzieć na setki zadanych pytań i przejść różnego rodzaju testy. Także zabójca stara się zdobyć jak najwięcej informacji o swojej ofierze. Pisząc zabójca mam na myśli także tych, którzy zbierają plotki, oszczerstwa, potknięcia, aby je potem wykorzystać przeciw bliźniemu. Zapewne wiedza o drugim człowieku w naszym życiu jest dosyć ważna, a dobrze użyta może być pożyteczna w funkcjonowaniu społeczności.

Jednak o wiele ważniejsze jest pytanie: kim jest dla mnie ten człowiek? Jest to pytanie bardzo osobiste, które pomijając zewnętrzne uwarunkowania dotyka istoty relacji międzyludzkich. Odpowiedź na to pytanie jest ważna, gdyż może mieć ogromny wpływ na nasze życie.

Ale o wiele ważniejsze jest pytanie; kim jest Jezus Chrystus? Zadawali je sobie nawet ci, którzy znali Chrystusa od dzieciństwa. To, czego On uczył i co czynił przekraczało wszystko to, co dotychczas widzieli. A więc kim On jest? Zapewne pytanie to nurtowało także uczniów Jezusa, chociaż wprost nie pytali: kim Ty jesteś? Chrystus jakby uprzedza ich wyczekiwanie i sam pyta: “Za kogo uważają Mnie tłumy?” “Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza; jeszcze inni mówią, że któryś z dawnych proroków zmartwychwstał”, pada odpowiedź. “A za kogo wy Mnie uważacie?” Pyta dalej Chrystus. Ważna jest osobista odpowiedź; kim Ja jestem dla ciebie. Nieważne, co mówią inni, co piszą w książkach o Mnie. Piotr wyznał, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym. Chrystus potwierdził trafność tej odpowiedzi. Jezus jest zbawiającym Bogiem, któremu trzeba zaufać bez żadnych zastrzeżeń. Piotr to uczynił nie lękając się słów, które Jezus wypowiedział bezpośrednio po jego wyznaniu. „Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech, co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci życie z Mego powodu, ten je zachowa.” Piotr stracił swoje życia z powodu Chrystusa, by w zamian otrzymać wszystko.

To pytanie staje także przed każdym z nas. Aby na nie odpowiedzieć nie wystarczy przytoczyć wypowiedzi teologów, naukowców czy księży z ambony. Chrystus natarczywie będzie pytał:, kim Ja jestem dla ciebie. Odpowiedź na to pytanie ma zasadniczy wpływ na nasze życie ziemskie jak i też wieczność. Zaś odpowiedź św. Piotra jest jedyną prawdziwą odpowiedzią: „Tyś jest Mesjasz Syn Boga żywego”. Po takim wyznaniu trzeba się liczyć z krzyżem, który może stać się naszym udziałem. Ten codzienny krzyż postawiony przy krzyżu z Golgoty jest zapowiedzią zmartwychwstania. Podejmowanie tego krzyża wygląda nieraz na rezygnację z życia ziemskiego i stratę, ale w rzeczywistości jest inaczej. Ci, co zachłannie chcą się zrealizować tylko w rzeczywistości ziemskiej, tracą wiele.

Oto fragment rozmowy zasłyszanej na bardzo „hucznym” pogrzebie: „Dobrze, że istnieje ta sprawiedliwość. Dla niego (zmarłego) nie było żadnych norm; ani bożych ani także norm przyzwoitości ludzkiej. Sprzedałby każdego, aby za to coś uzyskać. Krętactwo było jego drogą zdobywania i pieniędzy i pozycji. Dziś pozostało po nim złe wspomnienie.” Zachłannie chciał żyć, a w sumie stracił wiele. Pozostała po nim zła sława i trochę majątku, który skłócona rodzina dzieli w sądzie. Stracił życie, choć tak bardzo chciał je zachować. Chrystus zaś mówi, że kto z Jego powodu straci życie ten je zyska.

Ten zysk zależy od naszej odpowiedzi na pytanie, kim jest dla mnie Jezus Chrystus? Piotrowa odpowiedź jest odpowiedzią zysku. Dla ilustracji przytoczę odpowiedź na to pytanie z książki, “Kim jest dla ciebie Chrystus”. “Wychowano mnie na pogankę, chociaż ‘odbyłam pierwszą Komunię.’ (taka sama formalność jak inne). Boga, Pana Jezusa- jaskrawo barwione obrazki- wymiótł oczywiście wicher pierwszej młodości. Stawałam się niewierzącą. Miałam dwadzieścia cztery lata, kiedy Chrystus nagle wtargnął w moje życie dzięki jakieś przypadkowej lekturze… Zdumiona, wstrząśnięta, nie śmiejąc, nie mogąc zresztą uwierzyć, zaczynałam domyślać się, kim może być Chrystus. Pochłaniałam Ewangelie, które przeniknęły mnie, zatopiły, przekazując dziwne ciepło, niewiarygodną radość… Klękałam i błagałam o łaskę wiary. I w kilka miesięcy później wierzyłam już w Jezusa Chrystusa, który stał się człowiekiem i zmartwychwstał. Od tej chwili minęło trzydzieści lat i Chrystus trwa w centrum mojego życia, jak paląca się lampa. Przetworzył mnie całkowicie. Żąda ode mnie, żebym po prostu kochała i żebym Jego twarz rozpoznawała we wszystkich twarzach, które spotykam, żebym jego szukała we wszystkich, którzy cierpią.”

Odpowiedzi innych są ważnym świadectwem wiary, ale nigdy nie zastąpią naszej osobistej odpowiedzi na pytanie: kim jest dla mnie Jezus Chrystus? (z książki Ku wolności).

 

„ZA KOGO MNIE UWAŻACIE?”

Tak mówi Pan: „Na dom Dawida i na mieszkańców Jeruzalem wyleję ducha łaski przebłagania. Będą patrzeć na tego, którego przebili i boleć będą nad nim, jak się boleje nad jedynakiem, i płakać będą nad nim, jak się płacze nad pierworodnym. W owym dniu będzie wielki płacz w Jeruzalem, podobny do płaczu w Hadad-Rimmon na równinie Megiddo (Za 12, 10-11; 13, 1). 

Prawie każdy chce dobrze wypaść w oczach innych. Nie jest nam obojętne, co mówią i myślą o nas inni. To, jak bardzo liczymy się z opinią innych ludzi może być probierzem naszej dojrzałości. Człowiek o dojrzałej osobowości ma pewien trwały system wartości, z którym w pierwszym rzędzie konfrontuje swoje postępowanie. Dla ludzi wierzących te pozytywne wartości mają swe źródło w Bogu. Pytanie, co powiedzą, co pomyślą inni jest także ważne, ale schodzi na drugi plan. A wypadku rozbieżności ocen, człowiek o dojrzałej osobowości ma odwagę głosić i postępować według przyjętego systemu wartości, nawet gdyby to nie było akceptowane przez jego otoczenie. Ważniejsza dla niego jest ocena w oczach bożych. Zaś człowiek niedojrzały na pierwszym miejscu będzie stawiał chęć przypodobania się ludziom, nawet kosztem zaparcia się wcześniej przyjętych wartości, zaparcia się Boga.

Dzisiaj kościół katolicki obchodzi uroczystość św. Jana Chrzciciela, który bezkompromisowo głosił naukę Bożą. Niektóre z głoszonych prawd były trudne dla słuchaczy. Jednak św. Jan nie zabiegał o przypodobacie się ludziom. Mimo to ciągnęła do niego cała Galilea, jak mówi Pismo święte. Było zatem zapotrzebowanie na prawdę trudnych decyzji. Do nielicznych należeli ci, którzy woleli zabić prawdę niż jej słuchać. Należał do nich król Herod, któremu Jan Chrzciciel wypomniał zło, jakie uczynił, zabierając żonę swego brata. Zapłacił za to swoją głową, został ścięty.

Zwykle nie grozi nam ścięcie głowy za głoszenie trudnych prawd, a ponad to ludzie i tak o nas powiedzą, co zechcą, a zatem nie ma co zbytnio liczyć się z ludzką opinią. Opinia boża jest ważniejsza.

Pewnego ranka, szwedzki wynalazca i przemysłowiec Alfred Nobel zobaczył w jednej z gazet informację o swojej śmierci. Była to pomyłka dziennikarska. Nobel był zaszokowany tym, co wyczytał o sobie. A szczególnie zraniło go to, że w świadomości ludzi pozostał jako wynalazca dynamitu. Dynamit może służyć człowiekowi, ale przez człowieka był wykorzystywany także do zabijania. W nekrologu nawet nie wspomniano o jego wielkim sercu i poświęceniu dla bliźniego. Dzięki temu przedwczesnemu nekrologowi odkrył, że ludzie nie zauważyli w nim pozytywnych wartości, które on uważał za najważniejsze. Poczuł się całkowicie niezrozumiany. Podjął wtedy decyzję ufundowania nagrody, która ukazałaby światu jego wewnętrzne intencje służenia człowiekowi. Nagroda Nobla przyznawana jest ludziom, którzy przez swoją działalność czynią świat bardziej ludzkim, pomagają człowiekowi godniej żyć. Nobel osiągnął zamierzony cel; dzisiaj jest bardziej znany jako fundator Nagrody Nobla, niż wynalazcza dynamitu. Taka pamięć, opinia ludzka jest ważna, ale nasz obraz w oczach bożych jest ważniejszy.

Chrystus zadaje uczniom pytanie, za kogo uważają go ludzie. Pyta z innego powodu niż to czyni zwykle człowiek. Opinia ludzka nie miała żadnego wpływu na Jego postępowanie. Nie zmieniał nauki nawet wtedy, gdy nie podobało się słuchaczom. Krytykował obłudę faryzeuszy, mimo że ci byli uważani za najpobożniejszych w Izraelu. Nauczał, że Jego ciało będzie pokarmem na drodze do wieczności. To wywołało zgorszenie nawet wśród jego uczniów. Wielu odeszło wtedy od Jezusa. On jednak nie zmienił nauki, aby przypodobać się tłumom. On nie musiał niczego zmieniać, bo on był miarą prawdy, samą prawdą. Powie o sobie, że jest drogą, prawdą i życiem.

Jezus zadaje pytanie, aby ludzie jasno określili, kim On jest. To był poniekąd sprawdzian dla jego uczniów, czy rozpoznają w nim zapowiedzianego Mesjasza. Bo przecież od tego poznania zależy spotkanie człowieka z Bogiem. A od tego spotkania zależy kształt życia człowieka tu na ziemi, jak i jego wieczność. A zatem, to nam jest potrzebne rozpoznanie Chrystusa. A gdy już go rozpoznamy i przyjmiemy Go jako Mesjasza, wtedy najważniejsze staje się podobanie Jezusowi a nie ludziom. Chociaż jedno z drugim może iść w parze.

Chrystus po wyznaniu Piotra mówi o cierpieniu. To też nie pasowało do wizji Mesjasza w świadomości jego uczniów. Wyobrażali, że Mesjasz oprócz chwały ziemskiej, jaka jest udziałem króla ziemskiego będzie jeszcze otoczony chwałą nieba. A tu Chrystus mówi, że będzie cierpiał. Czyż przez mówienie o cierpieniu można się było przypodobać uczniom? Piotr w pierwszym porywie chce temu zaprzeczyć, a wtedy Jezus skarcił go bardzo ostrymi słowami: „Zejdź mi z oczu szatanie”. Chrystus mówił także o chwale, do której dochodzi się przez cierpienie i krzyż. Była to chwała zmartwychwstania.

Chrystus idzie dalej. Mówi do tych, którzy chcą iść za Nim, aby zaparli się samych siebie wzięli swój krzyż i naśladowali Go, a przez to zyskają życie wieczne. Chrystus nie głosi łatwej drogi. Nie dba o przypodobanie się ludziom. Wzywa do pójścia nawet wbrew sobie i innym. Jest to droga zachowania prawdziwego życia.

Generał Garibaldi w deklaracji do narodu włoskiego napisał: „Wszystkie wysiłki powstrzymania wrogiej armii spełzły na niczym. Nic nie mam wam do zaofiarowania, tylko głód, pragnienie, nędzę i śmierć. Ale wzywam każdego, kto kocha ojczyznę, aby przyłączył się do mnie”. Na takie wezwanie odpowiedziała cała Italia. Do armii Garibaldiego zgłaszali się biedni i bogaci, młodzi i starcy. Wszyscy byli zaskoczeni, że ta armia woluntariuszy zadała klęskę Francuzom.

Chrystus wzywa do pójścia za Nim. Jest to droga trudna. Wymaga czasami zaparcia się samego siebie. Postępowania wbrew opinii publicznej. Jednak ten, kto pójdzie tą drogą zyska prawdziwe życie. Odniesie zwycięstwo. Już tu na ziemi można mieć przedsmak tego zwycięstwa, a jego pełnia okaże się wtedy, gdy staniemy w blasku Tego, który przez zmartwychwstanie zwyciężył śmierć (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

A JAK TY ODPOWIESZ?

Wszyscy przez wiarę jesteście synami Bożymi – w Chrystusie Jezusie. Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa. Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie. Jeżeli zaś należycie do Chrystusa, to jesteście też potomstwem Abrahama, dziedzicami zgodnie z obietnicą. Będą patrzeć na tego, którego przebili (Ga 3, 26-29).

Wielu zadawało sobie pytanie: Kim właściwie jest Jezus, syn cieśli z Nazaretu? Odpowiedź nie była łatwa, bo Jezus wymykał się wszelkim schematom, w których można było zamknąć przeciętnego Izraelitę. Jezus dawał do zrozumienia, że jest Synem Bożym, że jest Mesjaszem, ale i to nie przystawało do obrazu Mesjasza, jakiego spodziewali się Izraelici. Wielu z nich oczekiwało Mesjasza, który będzie także władcą w sensie politycznym, który wyzwoli Izrael z niewoli i zapewni mu ziemską potęgę. A Jezus mówił o cierpiącym Mesjaszu, który zostanie wydany na śmierć. Zapewne pytanie, kim jest Jezus nurtowało także Jego uczniów. Jezus znając ich myśli zapytał: „Za kogo uważają Mnie tłumy?”. Uczniowie odpowiedzieli: „Za Jana Chrzciciela; inni za Eliasza; jeszcze inni mówią, że któryś z dawnych proroków zmartwychwstał”. Ale Jezusowi zależało na osobistej odpowiedzi, dlatego padło następne pytanie: „A wy, za kogo Mnie uważacie?”. Piotr odpowiedział: „Za Mesjasza Bożego”.

Na to pytanie odpowiada prorok Zachariasz, jeszcze przed narodzeniem Jezusa. Zacytowany na wstępie tych rozważań fragment jego proroctwa ma charakter eschatologiczny. W czasie nieokreślonego najazdu na Jerozolimę pojawia się eschatologiczna postać Mesjasza. On wyleje Ducha pobożności na mieszkańców Jerozolimy. Ale oni zamiast Go przyjąć zadadzą Mu cierpienie. Dopiero później rozpoznają kogo odrzucili i gorzko będą tego żałować. Prorok Zachariasz mówi: „Będą patrzeć na tego, którego przebili i boleć będą nad nim, jak się boleje nad jedynakiem, i płakać będą nad nim, jak się płacze nad pierworodnym”. Św. Jan obraz cierpiącego Sługi odnosi do Jezusa, Syna jednorodzonego i pierworodnego. Jezus rozpięty na krzyżu Golgoty, z przebitym bokiem, z którego wypłynął zbawczy strumień krwi jest spełnienie proroctwa Zachariasza o słudze, „którego przebili”.

Święty Piotr słyszał zapowiedzi Jezusa o swojej męce, ale trudno było mu to przyjąć. Usiłował nawet odwieść Jezusa od tej myśli, ale Jezus ostro skarcił go słowami: „Odejdź mi z oczu szatanie”. W bliskości Chrystusa św. Piotr coraz bardziej uświadamiał sobie, kim jest Mesjasz. Mimo perspektywy cierpienia Jezusa, Piotr wyznał, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym. To wyznanie było także szczególną łaską nieba. Ewangelista Mateusz zanotował słowa Jezusa po tym wyznaniu: „Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie”. A zatem jeśli coś jest trudne do zrozumienia, do przyjęcia trzeba spoglądać ku niebu i stamtąd oczekiwać światła.

Po szczerym wyznaniu, że Chrystus jest Mesjaszem, Synem Bożym nie ma innej sensownej alternatywy, jak tylko pójść za Nim. Nawet, gdy Chrystus nie zapowiada łatwej drogi, wręcz przeciwnie: „Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa”. Wyznanie, że Jezus jest moim Panem i Mesjaszem jest nierozdzielnie związane z podejmowaniem codziennego krzyża i podążanie za Chrystusem. Przykładem tego jest sam św. Piotr, który dosłownie wziął krzyż Jezusa na swoje ramiona. Odważnie głosił Jezusa zmartwychwstałego i ta wiara zaprowadziła go na krzyż. Z pokojem w duszy szedł na ukrzyżowanie, jak mów tradycja, prosił tylko, aby go ukrzyżowano głową do dołu, bo nie jest godzien umierać jak Jezus.

Na pytanie Jezusa możemy odpowiedzieć naszym życiem, nie używając słów. Przykładem może być ks. Emil Kapaun, który życiem wyznał, że Jezus jest Mesjaszem i potwierdził to wzięciem krzyża na swe ramiona.

Ks. Emil Kapaun urodził się 20 kwietnia 1916 roku w Stanach Zjednoczonych, w rodzinie czeskich emigrantów. W 1940 roku przyjął święcenia kapłańskie i cztery lata później zgłosił się na kapelana amerykańskiej armii. Później pełnił posługę duszpasterską w czasie wojny koreańskiej. Dał się poznać jako kapłan całkowicie oddany swoim żołnierzom. Nie zważając na ogień wroga, narażając swoje życie, pod gradem kul docierał do rannych żołnierzy; jednał ich z Bogiem, podtrzymywał na duchu, pocieszał, modlił się z nimi i na własnych ramionach wynosił ich z linii frontu. W roku 1950 wraz z grupą żołnierzy amerykańskich dostał się do niewoli koreańskiej. W czasie drogi do obozu jenieckiego w Pyoktong jeden z rannych żołnierzy upadł z osłabienie i nie miał siły podnieść się. Podszedł do niego chiński żołnierz, aby go zastrzelić, a wtedy podbiegł ks. Emil, popchnął chińskiego żołnierza i wziął na swoje ramiona rannego towarzysza niedoli i niósł go przez wiele mil, aż ten odzyskał siły. Zdumiony Chińczyk nie wiedział, jak zareagować. Ks. Emil pomagał słabszym żołnierzom i błagał ich, aby szli, bo wiadomo, że ten, kto zostawał był rozstrzeliwany.

W obozie jenieckim panowały potworne warunki. Szczególnie zimą było ciężko. Ks. Emilowi proponowano ucieczkę z obozu, ale odmówił, chciał być z swoimi żołnierzami. Ks. Emil z oddaniem pielęgnował chorych. Marznącym oddawał własne ubrania. Gotował posiłki i karmił najbardziej osłabionych. Brał prace, których inni nie chcieli wykonywać, jak na przykład sprzątanie ubikacji czy szpitala dla obłożnie chorych. W obozie był nazywany „dobrym złodziejem”. Z narażeniem życia, wymykał się nocą z obozu i przynosił więźniom ziemniaki, kukurydzę i inne produkty. W przetrwaniu jelców nie mniej ważne, a może ważniejsza było wsparcie duchowe. Ojciec Emil sprawował Mszę św. modlił się z więźniami, umacniał ich w wierze, dawał im przykład. Jego bezgraniczna wiara i nadzieja podtrzymywały na duchu innych i dawały moc przetrwania tej gehenny. Wielu wspominało, że postawa ks. Emila uratowała im życie. Dzięki tej postawie wielu jeńców uwierzyło w Chrystusa, a 15 z nich odnalazło swoje miejsce w kościele katolickim. Tak wielu, dzięki księdzu Emilowi doczekało wyzwolenia z niewoli, ale nie on sam. Sparaliżowany przez zakrzep w nodze i osłabiony czerwonką oraz zapaleniem płuc zmarł 23 maja 1951 roku. Miał 35 lat. Dwa lata później, obóz został wyzwolony. Ks. Emil otrzymał wiele odznaczeń, w tym najwyższy odznaczenie wojskowe. Papież Jan Paweł w roku 1993 ogłosił go sługą bożym, to znaczy, że rozpoczął się proces beatyfikacyjny.

Ks. Emil Kapaun wyznał, że Jezus jest jego Panem i Mesjaszem, wziął swój krzyż, który stanął na jego drodze i poszedł za Chrystusem. I to była pełna odpowiedź na pytanie: „A wy, za kogo Mnie uważacie?”. Większość z nas, czytających te rozważania wyznało już, że Jezus jest Mesjaszem. W drugim czytaniu z listu do Galatów św. Paweł pisze, także o nas: „Wszyscy dzięki wierze jesteście synami Bożymi w Chrystusie Jezusie. Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa”. A swoje wyznanie musimy każdego dnia potwierdzać czynami, podejmowaniem swojego krzyża. Mamy naśladować Chrystusa, nawet wtedy, gdy nasza droga prowadzi na Golgotę, jak prowadziła Jezusa i jego wiernego ucznia, ks. Emila.  (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

PÓJŚĆ ZA MESJASZEM

Piątego marca 2003 roku trzynastoletni chłopiec Yuval Mendelevich po zajęciach szkolnych wsiadł do autobusu, wyciągnął telefon komórkowy i zadzwonił do ojca. Rozmowa została nagle przerwana. „Tatusiu, kocham cię” -to były ostatnie słowa jakie usłyszał ojciec. W niedługim czasie ojciec dowiedział się jaki był powód nagle przerwanej rozmowy. Syn zginął wraz siedemnastoma innymi pasażerami autobusu, który zostali wysadzony w powietrze przez samobójczy atak terrorystyczny. Miało to miejsce w Hajfie na ulicy Moria. Według tradycji wzgórze Moria jest miejscem, gdzie Abraham miał złożyć Bogu w ofierze swego jedynego syna Izaaka. W zamachu zginęli zarówno Żydzi jak i Arabowie. Zrozpaczony ojciec założył stronę internetową, aby opowiedzieć światu o swej miłości do syna, podzielić się bólem, opowiedzieć o pięknie życia i pokazać jak bezcelowa jest ślepa nienawiść.

Tak wiele zła nagromadziło się w tym świętym zakątku ziemi. Nienawiść zdaje się królować na drogach Ziemi Świętej, jeżąc się lufami karabinów. I pomyśleć, że to na tej ziemi padły najpiękniejsze słowa miłości, na tej ziemi stanął krzyż, który stał się znakiem bezgranicznej miłości. W tamtym czasie wielu umierało na krzyżu, ale tylko na tym jedynym umierał niewinny Bóg- człowiek. On dał początek wspólnocie, o której w pierwszych wiekach chrześcijaństwa mówiono: popatrzcie jak oni się miłują. A należeli do tej wspólnoty Żydzi, Grecy, Rzymianie i inni. Święty Paweł w liście do Galatów pisze: „Wszyscy dzięki wierze jesteście synami Bożymi w Chrystusie Jezusie. Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa. Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie”.

Zanim odpowiedzialnie wejdziemy do tej wspólnoty musimy odpowiedzieć na pytanie: Kim jest dla mnie Jezus Chrystus? Nie wystarczy wtedy zacytować definicję katechizmową czy mądre określenie wybitnego teologa. Odpowiedź musi być osobista. Apostołowie w odpowiedzi na to pytanie przytaczali wypowiedzi różnych ludzi, ale Chrystusowi to nie wystarczało. Zapytał ich ponownie za kogo oni Go uważają. Wtedy Piotr odpowiedział: „Za Mesjasza Bożego”. Wiedza katechizmowa, teologiczna na temat Jezusa jest potrzebna, aby świadomie wyznać wiarę w Jezusa Chrystusa, ale już samo wyznanie musi być osobiste. Gdy wyznamy tak jak Piotr, że Jezus jest naszym Panem i Mesjaszem, wtedy staje się oczywiste, że mamy iść śladami swego Mistrza. Gdy uwierzymy Chrystusowi będziemy w stanie naśladować Go i dźwigać razem z nim krzyż naszego codziennego utrudzenia. Dla ilustracji tej prawdy posłuchajmy poniższej historii.

D.M. Stearns wygłosił płomienne kazanie nie na temat: „Chrystus naszym Zbawicielem”. Gdy wychodził ze świątyni podszedł do niego mężczyzna i zapytał: „Dlaczego nie głosiłeś, że Jezus jest naszym przykładem do naśladowania?” Stearns odpowiedział: „Jeśli bym nauczał, że On jest dla nas przykładem, naśladowałbyś Go?” „Oczywiście- odpowiedział pewny siebie mężczyzna- przecież ja wierzę, że On jest dla nas przykładem do naśladowania”. „W porządku – przytaknął kaznodzieja- zobaczmy zatem, co mówi na ten temat Biblia”. I odczytał fragment z 1 Listu św. Piotra: „Chrystus przecież również cierpiał za nas i zostawił nam wzór, abyście szli za Nim Jego śladami”. „Właśnie to jest to w co ja wierzę” – powiedział mężczyzna. „Ale- upierał się kaznodzieja- czy możesz iść dosłownie śladami Chrystusa, jak mówi Biblia?” Mężczyzna zadeklarował, że to jest właśnie to, co stara się czynić. Po przeczytaniu słów: „Kto nie popełnił grzechu”, kaznodzieja zapytał: „Czy jesteś w stanie postawić ten krok”. Odpowiedzią mężczyzny było milczenie. Nikt nie spodziewał się takiego pytania. Kaznodzieja powtórzył pytanie. I znowu konsternacja i cisza. Po chwili milczenia Stearns powiedział zdecydowanym głosem: „To czego człowiek potrzebuje w pierwszym rzędzie to jest Zbawiciela”. Chrystus jest przykładem do naśladowania dla tych, którzy wcześniej przyjęli Go jako swego Zbawcę (Edmond Hiebert Following Jesus).

Chrystus mówi o naśladowaniu w tym co trudne, wymagające ofiary, to co nazywamy braniem krzyża na swe ramiona. Ten krzyż prowadzi do chwały zmartwychwstania. Nie byłoby chwały zmartwychwstania, gdyby nie krzyż. A zatem nie ma zmartwychwstania bez krzyża. Krzyż i zmartwychwstanie to dwie rzeczywistości nierozdzielne ze sobą związane. Dlatego w kościele katolickim zawsze jest krzyż a na nim Chrystus. Nie wszystkim to się podoba. Jedni mówią, że po zmartwychwstaniu Chrystusa nie trzeba krzyża eksponować, bo on jest znakiem śmierci a nie zmartwychwstania. Inni uważają, że po zmartwychwstaniu krzyż Chrystusa był pusty, a zatem krzyż bez pasyjki jest bardziej wymownym znakiem zmartwychwstania. Jeszcze inni umieszczają na krzyżu postać Chrystusa zmartwychwstałego. W takim podejściu jest wiele racji. Ale najbardziej wymowny jest krzyż, na którym zwisa ciało Jezusa. Zmartwychwstanie jest bardzo ważne. Jest fundamentem naszej wiary. Niesie nadzieję naszego zmartwychwstania, ale jest końcem i uwieńczeniem naszej ziemskiej pielgrzymki. A my jesteśmy ciągle w drodze, ciągle mamy zdążać śladami Chrystusa ku zmartwychwstaniu. Ciało Chrystusa na krzyżu przypomina nam wielką Jego miłość, Jego drogę ofiary, cierpienia i śmierci. Jest to droga, na którą musimy wejść, aby zdążać ku zmartwychwstaniu. „Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje”.

Ojciec Święty Jan Paweł II z okazji XVI Światowego Dnia Młodzieży mówił do młodych całego świata: „Tak jak krzyż może być zredukowany do ozdobnego przedmiotu, tak również sformułowanie „wziąć krzyż” może być rozumiane w sposób dosłowny. W nauczaniu Jezusa wyrażenie to nie kładzie jednak w pierwszym znaczeniu nacisku na umartwienie i wyrzeczenie. Nie odnosi się głównie do obowiązku znoszenia z cierpliwością małych czy większych trosk codziennych ani tym bardziej, nie oznacza wychwalania bólu jako sposobu podobania się Bogu. Chrześcijanin nie poszukuje cierpienia dla cierpienia, ale miłości. Przyjęcie krzyża jest znakiem miłości i całkowitego oddania. Niesienie go za Chrystusem oznacza zjednoczenie się z Nim w ofiarowaniu największego dowodu miłości. Nie można, mówiąc o krzyżu, nie uwzględniać miłości Boga do nas, skoro Bóg chce nas napełnić swoimi dobrami. Razem z zaproszeniem: naśladuj Mnie – Jezus nie mówi swoim uczniom wyłącznie: weź Mnie jako wzorzec, ale również: uczestnicz w moim życiu i moich wyborach, poświęć razem ze Mną swoje życie dla miłości Boga i braci (…). Jest to droga, która prowadzi do zaufania Chrystusowi i Jego zbawczemu planowi, do uwierzenia, że On umarł, aby objawić miłość Boga do każdego człowieka; to droga, która nie lęka się niepowodzeń, trudności, wyobcowania i samotności, gdyż wypełnia serce człowieka obecnością Jezusa; to droga pokoju, panowania nad sobą, głębokiej radości serca”. (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚWIĘTY JAN OD KRZYŻA

Jan Yepez nieprzypadkowo przyjął imię zakonne Jan od Krzyża. Świadomie brał swój krzyż i kroczył za Chrystusem, aby zyskać pełnię życia, o którym mówi wyżej zacytowany fragment Ewangelii. Patrząc na życie św. Jana od Krzyża możemy odnosić wrażenie, że wiele tracił z radości życia. Tak wiele cierpienia i przeciwności stawało na jego drodze. Gdy jednak sięgniemy do jego pism mistycznych przekonamy się, że jego życie wypełnione było najgłębszą radością. Tracił życie dla Chrystusa, zyskując tym samym szczęście mistycznego zjednoczenia z Bogiem, szczęście, które w rzeczywistości nieba osiąga swoją pełnię.

Krzyż cierpienia wpisywał się w życie św. Jana od Krzyża już od samych początków. Urodził się w 1542 roku niedaleko Avila w Hiszpanii w bardzo ubogiej rodzinie płócienników, Gonzaleza de Yepes i Katarzyny Alvarez. Ojciec Jana, mimo szlacheckiego urodzenia, doświadczał biedy, ponieważ poślubił dziewczynę z ludu, za co został wydziedziczony z rodowego majątku. W domu zapanowała jeszcze większa bieda, gdy ojciec Jana zachorował i w niedługim czasie zmarł. Przyszły święty miał wówczas dwa i pół roku. Wdowa szukała pomocy u rodziny męża, a gdy jej tam nie znalazła, udała się do Medina del Campo, gdzie otrzymała marnie płatną pracę jako tkaczka. Jan został oddany do przytułku, gdzie za pracę zapewniono mu wyżywienie i naukę. W szkole Jan odznaczał się wielką pilnością, samozaparciem i duchem modlitwy. Jednak z powodu ubóstwa nie mógł liczyć na wyższe wykształcenie. Po przyuczeniu do zawodu pracował w szpitalu, imał się tkactwa, krawiectwa, snycerstwa, malarstwa. Jednak te prace nie dawały mu satysfakcji. Gdy miał 17 lat, zarysowała się możliwość zmiany, otrzymał bowiem pracę w kościele sióstr augustianek jako zkrystianin. Następnie został pielęgniarzem w pobliskim szpitalu augustianów. Administrator szpitala polubił go tak bardzo, że postanowił pomoc mu w zdobyciu wykształcenia, aby w przyszłości mógł zostać kapelanem szpitala. Ta pomoc i zaoszczędzone pieniądze pozwoliły Janowi na podjęcie nauki w kolegium księży jezuitów. Uczył się języków, filozofii, poznawał literaturę. Na naukę poświęcał wieczory, gdyż cały dzień pracował w szpitalu. Kolegium ukończył w wieku 21 lat, jako dobry latynista i retor.

Kapelanem jednak nie został. Kierując się pokorą czuł się niegodny kapłaństwa. I zamiast przyjęcia święceń wstąpił w roku 1563 do zakonu Karmelitów, gdzie przybrał imię Jan od św. Macieja. Będąc w zakonie kontynuował studia na uniwersytecie w Salamance, poznając świat teologii, dysput scholastycznych, szczególnie nad naturą kontemplacji i zjawisk mistycznych. Wydawać by się mogło, że Jan odnalazł swoje miejsce, a jednak były sprawy, które niepokoiły go i stawały się powodem wewnętrznego kryzysu. Otóż w zakonie Jan zauważył znaczne rozluźnienie reguł, które stało w sprzeczności z jego pragnieniem prowadzenia surowego i ascetycznego trybu życia. Planował nawet wstąpienie do kartuzów, zakonu o surowej regule. Jednak po namyśle postanowił pozostać u karmelitów, składając jednak śluby czynił to z myślą o profesji według dawnej, bardziej surowej obserwancji.

W wieku 25 lat, po ukończeniu studiów filozoficznych i teologicznych w Salamance, Jan zdecydował się w roku 1567 na przyjęcie święceń kapłańskich. W tym samym roku pojechał do Medina, gdzie miał odprawić swą mszę prymicyjną. Tam spotykał karmelitankę św. Teresę z Avila, która w żeńskiej gałęzi zakonu wprowadzała reformy na rzecz pierwotnej, bardziej surowej reguły karmelitańskiej. Ona to ukierunkowała Jana na reformę, którą sama podjęła. W następnym roku św. Teresa namówiła pewnego szlachcica, żeby ofiarował swą posiadłość na założenie pierwszego domu reformy w Duruelo. Tam św. Jan przeniósł się z dwoma przyjaciółmi, których pozyskał dla reformy. Tegoż roku 28 listopada złożyli ślub zachowania pierwotnej reguły. Jan przybrał wówczas imię Jana od Krzyża. Dało to początek odnowionemu życiu Karmelu, początek karmelitom bosym. Dwa lata później przekazano im kościół i klasztor w Mancera, gdzie Jan został wychowawcą młodych zakonników. Wkrótce uzyskali nowy dom w Pastrana. W latach 1572-1577 roku Jan objął funkcję spowiednika w Avila, gdzie przeoryszą była św. Teresa.

Karmelici zreformowani cieszyli się względami Stolicy Apostolskiej. Przekazywano im coraz to nowe klasztory. W niedługim czasie otworzyli dziesięć klasztorów i zaczęli starać się o autonomię. Ta sytuacja doprowadziła do otwartego konfliktu. Na wniosek kapituły karmelitów w Placencji z 1577 roku, Jan został uznany za buntownika. Karcono go i upominano, ale gdy to okazało się nieskuteczne, został aresztowany i przewieziony do więzienia klasztornego w Toledo. W więzieniu głodzono go, poddawano częstej chłoście, aby się opamiętał. Święty nie uległ tej presji. Udręki i cierpienia stawały się źródłem pogłębienia życia duchowego. W więzieniu doświadczył stanu, jakby go sam Bóg opuścił, było to jednak potrzebne, aby się zupełnie oczyścił i ogołocił z niepożądanych pragnień, uczuć i przywiązań. I dopiero po przejściu tej „ciemnej nocy” mógł przylgnąć całym sobą do Boga i doświadczyć najgłębszego szczęścia, które jest owocem mistycznego zjednoczenia z Chrystusem. Tu dojrzewała jego najpiękniejsza mistyka, spisana na skrawkach papieru.

Po długich i żmudnych przygotowaniach, 15 sierpnia 1578 roku udało się świętemu Janowi od Krzyża zbiec z zakonnego więzienia w Toledo. Bracia zreformowani przyjęli go z wielką radością. 9 października 1578 roku wziął udział w kapitule, na której został wybrany przełożonym konwentu kalwarii w Jaen w Andaluzji. Rok później założył kolegium zakonne w Baeza. Po trzech latach nieporozumień, w 1580 erygowano prowincję karmelitów bosych. Na jej utworzenie zezwolił papież Grzegorz XIII specjalnym breve z 22 lipca 1580 roku. Tak więc karmelici zreformowani zostali wydzieleni spod jurysdykcji dotychczasowych swoich przełożonych prowincjonalnych karmelitów niezreformowanych. Kiedy liczba zreformowanych klasztorów zaczęła się pomnażać i powstawały nowe prowincje, papież Sykstus V zezwolił na wybór osobnego wikariusza generalnego dla prowincji zreformowanych, ale generał miał być jeszcze wspólny dla obu rodzin karmelu. Papież liczył bowiem, że niebawem cały zakon przyjmie reformę.

Za wstawiennictwem króla Filipa II, papież Grzegorz XIII pozwolił Karmelitom Bosym utworzyć osobną prowincję z własnymi przełożonymi. Jan został przełożonym klasztoru „Góra Kalwaryjska”, gdzie napisał dwa dzieła o życiu mistycznym: „O wstępowaniu na górę Karmel” i „O ciemnej nocy duszy”, w których opisał drogę wyrzeczenia się wszystkiego, aby móc osiągnąć pełnię zjednoczenia z Bogiem i zarazem dał bezcenne rady i wskazówki dla kierowników dusz. Na kapitule generalnej w 1583 roku mianowano go zastępcą prowincjała w Andaluzji. Na tym stanowisku z całą gorliwością występował w obronie ścisłej samotności i ciągłej modlitwy. Był przeciwny bogaceniu się kościołów, co zmuszało zakonników do uciążliwej żebraniny, a wiernych narażało na natręctwo kwestarzy.

W roku 1588 odbyła się pierwsza kapituła generalna prowincji zreformowanych. Na kapitule starano się przeforsować kilka ustaw, które łagodziły reguły zakonne. Nie godził się na nie Jan od Krzyża. W konsekwencji wysłano go jako prostego zakonnika do ustronnego klasztoru w Pennueli, planowano nawet dla świętego spokoju posłanie go na misje do Indii. Św. Jan od Krzyża z wielkim spokojem przyjmował te poniżenia. W niedługim czasie zachorował, a ponieważ w Pennueli nie było lekarza, Święty miał udać się do miejsca gdzie mógłby się leczyć. W grę wchodziły dwa klasztory; w Baezie lub Ubedzie. W Baezie przeorem był jego przyjaciel, zaś w Ubedzie zawzięty wróg. Jan wybrał klasztor w Ubedzie. Zgodnie z przewidywaniami doświadczył tutaj wielu upokorzeń ze strony przeora, który pozbawił go możliwości odwiedzin, oddalił pielęgniarza opatrującego jego chorą nogę. Gdy ktoś przysyłał pożywienie dla Jana od Krzyża, wtedy przeor kąśliwie dodawał, że takie wygody nie są stosowne dla surowego reformatora. Jan nie buntował się, lecz z pokorą przyjmował krzyż cierpień i za wszystko Bogu dziękował.

Gdy wieść o złym traktowaniu Jana dotarła do prowincjała, przeniósł on przeora do innego klasztoru. Jan zaznał większego spokoju, ale choroba coraz boleśniej dawała o sobie znać. Aż przyszedł dzień 14 grudnia 1591 r., św. Jan od Krzyża trzymając w ręku krzyż i błogosławiąc swoich prześladowców, w pokoju odchodził po nagrodę wieczną. Ten pokój był owocem ścisłego zjednoczenia z krzyżem Chrystusa, o którym wcześniej pisał: „Żyj na wewnątrz i na zewnątrz na krzyżu wespół z Chrystusem, a osiągniesz spokój duszy. Chrystus ukrzyżowany niech ci wystarczy, z Nim cierp, z Nim spocznij, bez Niego nie cierp i nie spoczywaj. Staraj się pozbyć się miłości własnej; kto siebie ceni, nie zaprze się siebie samego i nie idzie za Chrystusem. Nade wszystko miłuj cierpienia i nie myśl, że znosząc je, zyskasz wielką zasługę, wobec Tego, który nie wahał się za ciebie umrzeć. Jeśli chcesz posiąść Chrystusa, nie szukaj Go bez krzyża. Kto nie szuka krzyża, nie szuka chwały Boga. Każdy pragnie mieć udział w skarbach i rozkoszach wiekuistych Boga, ale niewielu jest, co chcą ponieść trudy i cierpienia z miłości do Syna Człowieczego” (z książki Wypłynęli na głębię).

 

ANTYCHRYST JEST WŚRÓD NAS

Niemiecki filozof Ludwig Andreas Feuerbach, żyjący w XIX wieku pisał: „Musimy w miejsce miłości Boga uznać miłość człowieka za jedyną, prawdziwą religię, w miejsce wiary w Boga krzewić wiarę człowieka w siebie samego, w swe własne siły, wiarę, że los ludzkości nie zależy od istoty znajdującej się ponad nią, lecz zależy od niej samej, że jedynym diabłem człowieka jest sam człowiek: człowiek prymitywny, zabobonny, egoistyczny i zły, ale też jedynym bogiem człowieka jest sam człowiek”. Wpisywał się on bardzo mocno w tworzenie atmosfery wrogiej wszelkiej religii i moralności. Zło świata bez Boga rozlało się szeroko p[o świecie i przybrało różne formy.

To zło przewidział 1500 lat temu jeden z najbardziej wpływowych mnichów, mistyków tamtych czasów, św. Nil. Posłuchajmy jego wizji prorockiej: „Ludzie po 1900 roku, w połowie XX stulecia zmienią się nie do poznania. Kiedy nadejdzie czas Antychrysta, cielesne namiętności zaćmią umysły ludzi, hańba i bezprawie będą rosnąć w siłę. Wtedy to świat będzie się zmieniać nie do poznania. Wygląd ludzi tak się zmieni, że nie można będzie odróżnić mężczyzn od kobiet, z powodu bezwstydności w ubiorze, z powodu pokus Antychrysta. Nie będzie żadnego szacunku dla rodziców i starych ludzi, miłość będzie gasnąć a katoliccy duchowni, biskupi i księża będą stawać się próżnymi, zupełnie nie odróżniającymi prawdy od fałszu. W tym czasie zmieni się moralność i tradycje chrześcijan i Kościoła. Ludzie porzucą skromność i zapanuje rozwiązłość. Kłamstwo i chciwość przyjmą wielkie rozmiary, a biada tym, co gromadzą skarby. Żądza, cudzołóstwo, homoseksualizm, tajemne niegodziwości i zbrodnia zapanują w społeczności. W tym czasie, który nadejdzie, z powodu tych wielkich zbrodni i rozwiązłości, ludzie zostaną pozbawieni łaski Ducha Świętego, jaką otrzymali na chrzcie świętym, a także wyrzutów sumienia. Domy boże będą pozbawione bogobojnych i pobożnych dusz pasterzy i biada chrześcijanom, jacy pozostaną na świecie w tym czasie. Wielu zupełnie straci wiarę, ponieważ nie znajdą nikogo, kto by im pokazał światło prawdziwej wiary. Wtedy nie będą się oni separować od świata w święte ‘okopy’ w poszukiwaniu ulgi w ich duchowych cierpieniach, ale wszędzie będą napotykać przeszkody i ograniczenia. Wszystko to będzie wynikać z faktu, że Antychryst będzie chciał być panem ponad wszystkim i stanie się władcą całego świata, i będzie czynić ‘cuda’ i znaki kłamliwe. Udzieli też nieszczęśliwemu człowiekowi inteligencji tak, że odkryje on sposób, w jaki jeden człowiek będzie mógł prowadzić rozmowę z innym z jednego końca Ziemi do drugiego. W tym czasie ludzie będą latać jak ptaki i docierać do dna morskiego jak ryby. I kiedy dokonają tego wszystkiego, ci nieszczęśliwi ludzie będą wieść wygodne życie, nie wiedząc, że jest to oszustwo Antychrysta. Antychryst tak napełni naukę próżnością, że zboczy ona z prawdziwej drogi i spowoduje, że ludzie stracą wiarę w istnienie Boga i w tajemnicę Trójcy Przenajświętszej. Wtedy to dobry Bóg zobaczy upadek, upadek ludzkiego rodu i skróci te dni przez wzgląd na tych niewielu, którzy będą zbawieni, ponieważ nieprzyjaciel stara się wprowadzić w błąd, jeżeli to możliwe, nawet i wybranych. Wtedy to miecz kary nagle się ukarze i zgładzi bezbożnika i jego pachołków”.

Aż trudno uwierzyć, że tak precyzyjnie o dzisiejszych czasach można było napisać 1500 lat temu. Trudno także oprzeć się wrażeniu, że za tą wizją stoi ostrzegające Miłosierdzie Boże. Mówiąc o podstępności Antychrysta warto tu wspomnieć ojca Joachima Badeni, który niespełna rok przed swoją śmiercią, otrzymał wewnętrzne polecenie napisania o Paruzji. I tak przy współpracy Judyty Syrek powstała książka „Uwierzcie w koniec świata”. Był on synem dyplomaty, radcy poselstwa austriackiego w Belgii hrabiego Ludwika Badeniego i Szwedki Alicji z domu Ancarcrona. Wpływy polityczne i potęga finansowa tego rodu sprawiły, że Galicję i Lodomerię nazywano Republiką Badeńską. Kazimierz Badeni był normalnym młodzieńcem swoich czasów, pełnymi garściami czerpał z możliwości arystokratycznego życia. Wszystko zmieniło się za sprawą wydarzenia, które miało miejsce we Lwowie. W drodze na nocną zabawę mijał figurę Matki Bożej Niepokalanie Poczętej i poczuł delikatny dotyk na plechach. Rozejrzał się, ale nikogo nie było. Po latach tak wspomina: „Myślę sobie, co jest grane? Co mi się dzieje… Nagle coś mnie tchnęło, żeby pójść do kościoła. Niestety wszystkie były zamknięte”. Nie mógł jednak zapomnieć tego dotyku. Następnego dnia wszedł do kościoła i w czasie adoracji Najświętszego Sakramentu doznał pierwszej wizji mistycznej. Później wstąpił do zakonu dominikańskiego i stał się jednym z najbardziej wpływowych duchownych, mistyków, którego słowa ukształtowały serca wielu młodych ludzi.

W swojej ostatnie książce ojciec Joachim Badeni pisze o metodach działania Antychrysta, który mówi współczesnemu człowiekowi: „To, co ja wam proponuję to dobrobyt: każdy może zostawić swoją żonę, zlikwidować dzieci, jeżeli ma ich za dużo. Wszystko, co wam służy, jest dobre”. Wiemy, że to znajduje posłuch u wielu, odrzućmy normy moralne, bo przyjemność jest ważniejsza. Nawet krzyż wykorzystywany jest w manipulacjach Antychrysta. Mówi on: Możesz spokojne zdjąć krzyż ze ścian urzędów czy szkół, bo krzyż winniśmy nosić w naszym sercu. Ojciec Badeni pisze: „To jest bardzo chytre powiedzenie. Bądźcie pobożni, miejcie krzyż w swoich sercach. Oczywiście nikt nie będzie miał krzyża w sercu; człowiek, wykonując swoje codzienne obowiązki, zapomni o nim za pięć minut. Natomiast na ścianie krzyż wisi ciągle i przypomina. Staje się też przedmiotem adoracji”. A zatem Antychryst nie musi być jakąś straszną wersją szatana, zła. On stroi się w piórka dobroczyńcy człowieka i tym usypia czujność wielu. Działa podstępnie jak złodziej w nocy.

Święty ojciec Pio, który nieraz w fizyczny sposób zmagał się szatanem napisał: „Polem walki pomiędzy Bogiem a szatanem jest dusza ludzka. To w niej toczy się ta walka w każdym momencie życia. Trzeba, aby dusza dała wolny dostęp Panu i była przez Niego w pełni uzbrajana wszelkiego rodzaju bronią, aby jego Światło oświecało ją, wskazując na punkt rozpoczęcia walki z ciemnościami błędów. Trzeba, aby dusza przyoblekła się w Jezusa Chrystusa, w Jego prawdę i sprawiedliwość, aby założyła pancerz wiary i słowa Bożego, aby odniosła zwycięstwo nad tak potężnymi wrogami”. A zatem, najskuteczniejszym sposobem walki z Antychrystem jest przyobleczenie się w Chrystusa. Napełnienie się mądrością, mocą i jasnością Jego nauki. A do tego jest potrzebne Jego poznanie. Jeśli Go autentycznie poznamy, to odkryjemy, że jest On samą Miłością, którą umiłował nas do końca. W takiej sytuacji niema innej sensownej odpowiedzi, jak napełnić się tą Miłością i nią żyć.

W dzisiejszej Ewangelii Chrystus zadaje swoim pytanie, które ma pomóc im w Jego poznaniu. Jezus pyta: „A wy za kogo Mnie uważacie?” W imieniu wszystkich apostołów św. Piotr odpowiedział: „Za Mesjasza Bożego”, którego Bóg z miłości do nas posłał na ziemię, Mesjasza, który z miłości do nas umarł na krzyżu i zmartwychwstał, abyśmy i my mieli życie wieczne. Ta świadomość daje nam moc i mądrość zdążania drogą pięknej miłości, pięknej ale trudnej. Chrystus mówi: „Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje’. Pierwszą odpowiedź, w naszym imieniu dali rodzice w czasie chrztu, jak pisze św. Paweł: „Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa”. A teraz kolej na nasze samodzielne odpowiedzi na pytanie: Kim jest dla mnie Chrystus? (Kurier Plus, 2014).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *