25 Cze

14 niedziela zwykła

 

CISI I POKORNEGO SERCA.

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Wszystko prze kazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić. Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźmijcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem łagodny i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie” (Mt 11,25–30).

W biografii Georga Washingtona, Richard Brookhiser napisał: „George Washington jest z nami każdego dnia, na banknotach jednodolarowych, monetach dwudziestopięciocentowych. Spogląda on nas z Góry Rushmore. Stolica państwa nazwana jest jego imieniem. Ku jego czci wzniesiono wiele wspaniałych pomników. Wiele ulic, miast, szkół nosi jego imię, a historycy zaliczają go do największych prezydentów Stanów Zjednoczonych. Jednak ta wszechobecność prezydenta nie przekłada się na zażyłość czy poufałość. Jest on w naszych książkach, portfelach, ale nie ma go w naszym sercu. Częściową winę za ten stan ponosi Washington, który sam wytworzył dystans między sobą a ludźmi”.

Chrystus mówi, że zna swego Ojca, a Ojciec zna Jego. Z pewnością nie chodzi tu o taką znajomość, o jakiej napisałem wyżej. Poznanie, o którym mówi Jezus rodzi jedność. Jezus powiedział: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy”. Do stworzenia jedności nie wystarczy tylko poznanie kogoś, chociaż i to jest potrzebne. Poznanie człowieka może być wykorzystane do jego zniszczenia. Wielu ludzi chce o nas wiedzieć jak najwięcej tylko po to, aby nam zaszkodzić. Niektórzy uczynili z tego swoją profesję życiową. Poznanie oparte na miłości i wzajemnym zaufaniu buduje jedność. Miłość otwiera przed nami serce bliźniego; możemy go wtedy pełniej poznać i wspólnie zdążać ku jedności. Takie poznanie w życiu ludzkim jest najważniejsze. Jezus Chrystus otwiera przed nami możliwość takiego poznania. Na tej drodze poznajemy Jezusa, poznajemy Ojca i przez to mamy udział w zbawczej jedności z Bogiem.

W Ewangelii zacytowanej na wstępie Chrystus mówi o sobie: „jestem cichy i pokornego serca”. Cichość i pokora są nieodzowne w poznaniu, która ma służyć budowaniu jedności z Bogiem i bliźnim.

Ezop, półlegendarny grecki bajkopisarz w jednej ze swoich bajek przedstawia współzawodnictwo słońca i wiatru. Miano rozstrzygnąć, kto jest silniejszy. Pewnego dnia nadarzyła się okazją, aby rozwiązać ten spór. Pustynną drogą szedł człowiek ubrany w gruby płaszcz. Słońce powiedziało do wiatru: „Kto z nas sprawi, że ten człowiek zrzuci płaszcz uznany będzie za silniejszego i zwycięzcę”. Wiatr zgodził się pod warunkiem, że on pierwszy wystąpi w zawodach. Zaczął wiać z wielką siłą, ale im mocniej dmuchał tym mocniej człowiek trzymał swój płaszcz. W końcu, wiatr był już wykończony i poddał się. Po czym do zawodów przystąpiło słońce. Zaczęło łagodnie, ale coraz mocniej przygrzewać. W przeciągu paru minut pustynny wędrowiec zrzucił z siebie palto. Morał tej bajki jest taki: Więcej możesz osiągnąć łagodnością niż przemocą.

W świat, który od samych początków przemocą chce zdobywać ludzi, Chrystus wnosi nową siłę, która jest skuteczniejsza niż przemoc. Sam staje się ucieleśnieniem tej mocy. Mówi o sobie: „Uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca”. A prorok Izajasz ukazuje łagodność Jezusa słowami: „Nie będzie wołał ni podnosił głosu, nie da słyszeć swego krzyku na dworze. Nie złamie trzciny nadłamanej, nie zgasi knotka o nikłym promieniu”. Jak wiele jest łagodności Jezusa w scenie z jawnogrzesznicą. Nie potępił jej. Głosem pełnym czułości powiedział: „Idź i nie grzesz więcej”. A tym, którzy przyprowadzili jawnogrzesznicę, aby za przyzwoleniem Jezusa ukamienować ją, nie wypomina na głos ich grzechów, tylko zaczyna pisać patykiem na ziemi. Oskarżyciele odeszli, jeden po drugim. Prawdopodobnie Jezus wypisywał na pisku ich grzechy.

Od czasów narodzenia Jezusa przeminęło już tysiące władców, tyranów, ideologów, którzy przemocą zdobywali świat. Któż o nich dzisiaj pamięta? A Jezus ciągle przychodzi i bierze w posiadanie miliony serc, w których nie brakuje miłości dla Niego i dla bliźniego.

„Uczcie się ode mnie” wzywa nas Chrystus. Uczymy się łagodności i pokory, chociaż nie przychodzi to tak łatwo. Wiemy jednak, że tylko taką postawą możemy zwyciężyć. Myśląc o tym nie mogę się powstrzymać od wspomnienia jednego epizodu z ostatniej pielgrzymki Papieża Jana Pawła II w Polsce, które nabrało symbolicznego znaczenia. W czasie spotkania ekumenicznego naczelny rabin gmin żydowskich w Polsce wyciągnął rękę w geście grożenia palcem i zwrócił się do Ojca Świętego słowami: „Panie Papież….” Ten zwrot był wyrazem arogancji i pewności siebie, to samo oznaczał gest wyciągniętej ręki, jak i też słowa, które rabin kierował do Papieża. Patrzyłem na reakcję Ojca Świętego. Słuchał z wielką pokorą i łagodnością, podobne w tonie były słowa, które wtedy wypowiedział. Kilka dni później grożący rabin przestał pełnić swoją funkcję, a Papież swoją łagodnością zdobył serca wielu. Nie jest wykluczone, że słowa rabina i jego ustąpienie z urzędu było tylko jednym z elementów pokrętnej polityki, bo jak wiemy jego kadencja kończyła się kilka dni po tym ekumenicznym spotkaniu. Nie mniej jednak, ten epizod jest wspaniałą ilustracją nauczania Chrystusa o potędze pokory i cichości w zdobywaniu ludzkich serc.

Rozpamiętywanie budujących przykładów jest tylko etapem na drodze prowadzącej do osobistej odpowiedzi na wezwanie, jakie stawia przed nami Chrystus. A zatem jest już czas, aby zapytać: Czy moja droga życia jest drogą pokory i łagodności, czy drogą przemocy i arogancji? Na odpowiedź czeka Chrystus, który ciągle nam przypomina: „Uczcie się ode Mnie”, uczcie się łagodności i pokory, bo jest to jedyna droga zdobywania świata, ludzkich serc i wieczności. (Z książki „Ku wolności”).

 

POKRZEPIENIE W WIERZE

Bracia: Wy nie żyjecie według ciała, lecz według ducha, jeśli tylko Duch Boży w was mieszka. Jeżeli zaś kto nie ma Ducha Chrystusowego, ten do Niego nie należy. A jeżeli mieszka w was Duch Tego, który Jezusa wskrzesił z martwych, to Ten, co wskrzesił Chrystusa Jezusa z martwych, przywróci do życia wasze śmiertelne ciała mocą mieszkającego w was swego Ducha. Jesteśmy więc, bracia, dłużnikami, ale nie ciała, byśmy żyć mieli według ciała. Bo jeżeli będziecie żyli według ciała, czeka was śmierć. Jeżeli zaś przy pomocy Ducha uśmiercać będziecie popędy ciała, będziecie żyli (Rz 8,9.11–13).

Charyzmatyczny artysta Irek Dudek, legenda polskiego bluesa w wywiadzie dla Onet-u powiedział, że głęboka wiara w Boga była dla niego pokrzepieniem i dała mu siłę przetrwania wielkiej tragedii, jaką była śmierć córki. Wiara pomogła mu także uwolnić się z nałogu alkoholowego, który omal nie doprowadził go do śmierci. Oto fragmenty wywiadu: „Z tą piosenką („Blues dla Dorotki”) jest taka sytuacja, że jej tekst może być w zasadzie interpretowany przez każdego, któremu odeszła bliska osoba. Jest bardzo wymowny. To było największe nieszczęście, jakie mnie w życiu spotkało. Ale poprzez wiarę w Boga moja rodzina potrafi jakoś żyć. Nie jesteśmy przywaleni tą wielką tragedią. Ośmieliłem się zaśpiewać tę piosenkę na Rawie Blues, chociaż faktem jest, że jak grałem na scenie, to nie mogłem się powstrzymać od łez. Było ciężko to wyśpiewać, ale jakoś wyśpiewałem i widziałem, że ludzie odebrali to tak, jak to pokazywałem. Na każdym z występów grałem „Bluesa dla Dorotki” i każde wykonanie było dla mnie ciężkie. Rodzice mi umarli, ale kiedy umiera dziecko, to jest to większe nieszczęście. Czasami ciężko mi się z tym pogodzić. Jeszcze raz powiem, gdyby nie wiara w Boga to mógłbym się załamać.

Jeśli pyta pan, co te tragedie zmieniły w moim życiu, to odpowiem, że wiele. Po ślubie kościelnym przysiągłem żonie i sobie, że alkoholu już nigdy do ust nie wezmę. I trwam w tym postanowieniu już ponad 20 lat. Coraz więcej, człowiek zauważa mijający czas. To zaczyna być istotne. Chcę sobie zasłużyć na niebo. Ja mówię o tym bardzo prosto, ale ci, którzy w tym siedzą, wiedzą, co mam na myśli. To jest tak, jak w muzyce – prosto zagrać jest czasami trudniej niż jakieś wysublimowane akordy. Słowa „niebo” używam jako prostego sformułowania czegoś, do czego ja i ludzie wierzący dążą. Myślę, że te choroby, wypadki, śmierć córki jakoś wewnętrznie mnie wzbogaciły. Mam, a przynajmniej próbuję mieć, dystans do siebie, że nie jestem najważniejszy na świecie, że moje problemy nie są najistotniejsze. Chociaż ciężko jest mi to przyjąć w całości, bo jak chyba każdy artysta jestem egocentrykiem. Muszę się do tego przyznać [śmiech]. Ale umiem dostrzegać, że jest coś innego, poza mną”.

Można powiedzieć, że artysta w czasie wielkiego utrudzenia życiowego usłyszał głos Chrystusa z Ewangelii na dzisiejszą niedzielę: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźmijcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem łagodny i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych”. Usłyszał te słowa i według nich zaczął układać swoje życie. Aby jednak te słowa dokonały cudu przemiany w naszej duszy musimy ją oczyścić z grzechów. A to dokonuje się w mocy Chrystusa. Człowiek napełniony Bogiem ma siłę do dźwigania krzyża, który nieraz jest ponad ludzką wytrzymałość, z którym sam człowiek nie może sobie poradzić. A takim krzyżem jest z pewnością utrata własnego dziecka. Ewangelia daje trzy wskazówki, jak w utrudzeniu życia możemy znaleźć pokój i ukojenie. Po pierwsze, mamy przyjść do Jezusa ze swoim utrudzeniem. Po drugie, mamy przyjąć Jego naukę. I po trzecie, naśladować Go. Myśląc o tym wysłuchajmy słów modlitwy św. Urszuli Ledóchowskiej: „Jezu, chcę iść Twą drogą cichości i pokory – cicho, nie skarżąc się na nic. Cicho, bez niecierpliwości, nieuprzejmości, szorstkości. Cicho w przeciwnościach, by nigdy nie stać się przez swe skargi i złe humory ciężarem dla nikogo. A jaka cudna nagroda: znajdziecie ukojenie dla dusz waszych! Nie ma większego dobra dla duszy żyjącej tu, na ziemi, jak mieć w sercu wielki, święty pokój Boży. Pokój to pierwszy dar, jaki Chrystus przyniósł Apostołom po swym Zmartwychwstaniu, to najcenniejszy dar, bo jest on podstawą szczęścia, złączenia z Bogiem, pracy nad sobą i świętej radości”.

W Liście do Rzymian, zacytowanym na wstępie tych rozważań św. Paweł pisze, że Chrystus daje pokrzepienie duszy nawet w największym utrapieniu, jakim jest śmierć: „A jeżeli mieszka w was Duch Tego, który Jezusa wskrzesił z martwych, to Ten, co wskrzesił Chrystusa Jezusa z martwych, przywróci do życia wasze śmiertelne ciała mocą mieszkającego w was swego Ducha”. Te słowa nabierają szczególnego znaczenia, gdy patrzymy życie i śmierć świętych męczenników. Posłuchamy zatem fragment dialogu „Z Akt świętych męczenników Justyna i Towarzyszy”: „Na to prefekt rzekł do Justyna: ‘Posłuchaj ty, który mówisz, że jesteś uczony, i utrzymujesz, żeś poznał prawdziwą naukę: jeżeli zostaniesz ubiczowany, a potem ścięty, to myślisz, że pójdziesz do nieba?’ Justyn odrzekł: ‘Mam żywą nadzieję, że jeżeli mnie to spotka, to pójdę do Niego; wiem bowiem, że aż do czasu, gdy świat przeminie, nie odmawia On swojej łaski tym, którzy żyją według Jego nauki’. Prefekt Rustyk zapytał: ‘Tak więc przypuszczasz, że pójdziesz do nieba, aby tam odebrać odpowiednią nagrodę?’ Justyn odpowiedział: ‘Nie przypuszczam, lecz wiem, że tak jest i jestem tego pewien’”. Święty męczennik w tym trudnym momencie swego życia w całej rozciągłości doświadczał prawdziwości słów Jezusa: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”.

Droga do bożego pokrzepienia wiedzie nieraz przez krzyż: „Weźmijcie moje jarzmo na siebie…”. Dla świętego Justyna tym jarzmem był krzyż męczeństwa. Częściej przychodzi do nas krzyż w kształcie, jakim go doświadczył wspomniany artysta Irek Dudek. Najczęściej jednak „jarzmo” Chrystusowe przybiera kształt uczciwego i przyzwoitego życia. Wiąże się ono także z przyznaniem się do swojej wiary w środowisku jej nieprzychylnym.  Wyznaniem wiary może być modlitwa przed posiłkiem w publicznym miejscu, gdzie możemy przez to narazić się innym. Wyznaniem wiary może być zawieszony w samochodzie krzyżyk, różaniec, podobizna św.. Krzysztofa. Jednak wszystkie znaki zewnętrzne wiary nabierają sensu i mocy przemiany, gdy kryje się za nimi nasze codzienne życie według bożych przykazań, w tym najważniejszego przykazania, przykazania miłości. Nasza wiara wypełnia się najczęściej w naszych zwykłych codziennych czynnościach przepojonych miłością Boga i bliźniego.

Na koniec wysłuchajmy kilku rad Josemaria Escriva, założyciela Opus Dei o spełnianiu się w wierze przez małe rzeczy: 1.”Czyń wszystko z Miłości.- Wówczas nie ma rzeczy małych: wszystko jest wielkie. Wytrwałość w rzeczach małych z miłości – to heroizm”. 2. „Wielka świętość polega na codziennym wykonywaniu drobnych obowiązków”. 3. „Zmyliłeś drogę, jeśli pogardzasz małymi rzeczami”. 4. „Czy widziałeś, jak wznoszono ten wspaniały, impo¬nujący budynek? – Cegła po cegle. Tysiące. Jedna za drugą. A także worki z cementem, również jeden za drugim. I ka-mienie na fundamenty, niewiele znaczące w porównaniu z ogromem całości. I sztaby żelaza. I robotnicy, pracujący dzień po dniu, zawsze w tych samych godzinach. Widziałeś, jak wznosił się ten wspaniały, imponujący gmach? – Stworzyła go potęga rzeczy drobnych!”. Poprzez małe czyny budujemy wiarę na miarę wiary świętych męczenników (książki Bóg na drodze naszej codzienności).

 

JARZMO MIŁOŚCI

Raduj się wielce, Córo Syjonu, wołaj radośnie, Córo Jeruzalem! Oto Król twój idzie do ciebie, sprawiedliwy i zwycięski. Pokorny – jedzie na osiołku, na oślątku, źrebięciu oślicy. On usunie rydwany z Efraima, a konie z Jeruzalem; łuk wojenny zostanie złamany. Pokój ludom obwieści. Jego władztwo sięgać będzie od morza do morza, od brzegów Rzeki aż po krańce ziemi (Za 9, 9-10).

.Jedna z legend mówi, że na początku dziejów aniołowie zadecydowali dać człowiekowi specjalny prezent- „sekret ludzkiego szczęścia”. Zapisali go na pergaminie i włożyli do złotej koperty i zamierzali następnego dnia wręczyć ją ludzkości przez jednego z aniołów. Nocą stała się jednak straszna rzecz. Kopertę ukradł szatan, który postanowił ukryć ją tak, aby żaden człowiek nie był w stanie jej znaleźć. „Ale gdzie ją schować? Może zakopać głęboko w ziemi? Może przywiązać do kamienia i wrzucić w otchłań morską? A może schować ją na najwyższym szczycie świata?”- zadawał sobie pytania szatan. Nie mógł się zdecydować, które z tych miejsc jest najlepsze. Aż nagle wpadła mu do głowy myśl: „Wiem co zrobię. Znam wspaniałe miejsce do schowania koperty z „sekretem szczęścia ludzkości”. Na pewno nikt nie domyśli się, że ona tam leży. Schowam ją głęboko w ludzkim sercu”. I tak zrobił. Od tego fatalnego dnia, mędrcy i uczeni tracą wiele czasu i pieniędzy, aby odnaleźć „sekret ludzkiego szczęścia”. Człowiek wkopuje się głęboko w ziemię w poszukiwaniu złota, diamentów, ropy naftowej, w tym też celu penetruje dna oceanów. Zdobywa górskie szczyty, ale nie tam znajduje się „sekretu ludzkiego szczęścia”.

Nie ma chyba na świecie człowieka, który nie chciałby być szczęśliwy. Szuka on szczęścia na miarę swoich pragnień i podąża w kierunku szczęścia, które rozumie bardzo często na swój sposób. Nierzadko szczęście jawi się jako pragnienie rzeczy materialnych. Człowiek szuka go wszędzie, jak w powyższej legendzie. A gdy spenetruje cały świat, doświadczy w różnych wymiarach światowego szczęścia, odkrywa, że jego serce pragnie czegoś więcej, co byłoby w stanie zaspokoić najgłębsze pragnienia jego duszy. Taką drogę przebył św. Augustyn, który po długich poszukiwaniach szczęścia napisał: „Uczyniłeś nas dla Siebie i niespokojne jest serce nasze, póki nie spocznie w Tobie”. A zatem szczęście rodzi się tam, gdzie człowiek spotyka się ze swoim Bogiem. Jest to przestrzeń, jakby pozamaterialna, którą określamy pojęciem „ludzkie serce”. Nasze szczęście zależy od tego czym jest wypełnione nasze serce. Ponieważ jesteśmy stworzeni do nieśmiertelności, stąd też tylko Wszechpotężny Bóg może całkowicie wypełnić pustkę ludzkiego serca.

Ta mądrość, dostępna dla każdego może być niedostępna dla tych, którzy zbyt bardzo zaufali swojej wiedzy, uważając, że nawet sprawy boże można właściwie poustawiać bez mądrości Bożej. Taka sytuację miał na myśli Chrystus, gdy mówił: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi, a objawiłeś je prostaczkom”. Aby pełniej zrozumieć znaczenie tych słów musimy uwzględnić szerszy kontekst ewangeliczny. Naród Wybrany oczekiwał Mesjasza, bo to w Nim miała się dokonać szczególna komunia człowieka z Bogiem. Wraz z pojawieniem się Jezusa zaczęły krążyć wokół Niego domysły, czy On nie jest zapowiadanym Mesjaszem. W tej sytuacji Jan Chrzciciel, ostatni prorok Starego Testamentu posyła poselstwo do Jezusa z zapytaniem, czy jest On Mesjaszem. Zarówno faryzeusze i nauczyciele prawa nie wierzyli w Jezusa mimo znaków, jakich On dokonał, a które to znaki powinny ich skłonić do zastanowienia się nad tym, co widzą i słyszą. A zatem według powyższego fragmentu Ewangelii mądrymi i roztropnymi są faryzeusze i nauczyciele Prawa prostaczkami uczniowie Jezusa. To oni właśnie, „ludzie prości i nieuczeni”, nie znający prawa, pogardzani przez faryzeuszów i nauczycieli ludu, zostali wyróżnieni przez Boga, który im objawił tajemnice królestwa niebiańskiego.

Do tych, którzy uwierzyli Chrystus mówi: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem słodkie jest moje jarzmo, a moje brzemię lekkie”. W pierwszym rzędzie słowa te odnoszą się do dziedziny religijnej i przypominają inny fragment Ewangelii, który mówi, że faryzeusze i nauczyciele Prawa wiążą ciężary nie do uniesienia i wkładają je ludziom na ramiona, a sami palcem ruszyć ich nie chcą. Te ciężary to liczne, drobiazgowe przepisy i przykazania, które miały nie wiele wspólnego z autentyczną wiarą.  W przeciwieństwie do tego Chrystus mówi, że Jego „jarzmo i brzemię”, czyli wymagania są „słodkie i lekkie”. Łagodność Jezusa zastępuje surowość Prawa. Brzemię jakie nakłada na nas Chrystus jest lekkie nie dlatego, że jest małe ale dlatego, że dźwigamy je razem z Chrystusem i dlatego, że jest to jarzmo miłości. Przez miłość Chrystus bierze nasze serce w swoje posiadanie, a wtedy nasze serca śpiewają pieśń: „O niewysłowione szczęście zajaśniało. Gdy Słowo wcielone Serce swe nam dało”. Z taką propozycją szczęścia wychodzi do nas Ewangelia z dzisiejszej niedzieli. To szczęście odnajdujemy w naszym sercu, gdzie spotykamy się z naszym Zbawcą.

W swojej autobiografii „Just as I Am”, Billy Graham pisze: „Kilka lat temu byłem z Ruth na Karaibach. W czasie naszego pobytu, jeden z najbogatszych ludzi świata zaprosił nas do swego wspaniałego domu na lunch. Gospodarz miał siedemdziesiąt pięć lat. W czasie całego posiłku był bliski łez. Aż w końcu powiedział:” Jestem najbardziej nieszczęśliwym człowiekiem na świecie. Mam luksusowy jacht. Mogę podróżować, gdzie tylko chcę. Mam prywatny samolot i helikopter. Mogę mieć wszystko, co jest potrzebne do szczęścia. A jednak jestem naprawdę nieszczęśliwym człowiekiem”. Długo rozmawialiśmy z nim, modliliśmy się razem, próbując wskazać na Chrystusa, który nadaje ostateczny sens naszemu życiu i jest źródłem radości.

Tego samego popołudnia zaprosił nas pastor z miejscowego kościoła baptystów. On także miał siedemdziesiąt pięć lat. Był wdowcem, większość wolnego czasu poświęcał swoim niepełnosprawnym siostrom. W czasie rozmowy powiedział z uśmiechem: „Nie mam nawet dziesięciu dolarów na moim koncie, ale jestem najszczęśliwszym człowiekiem na wyspie”.

Bóg stwarzając człowieka, wszczepił w jego serce pragnienie, które On sam może tylko zaspokoić, czyniąc tym samym człowieka szczęśliwym. Jest to wspaniała prawda, która Jezus objawia w dzisiejszej Ewangelii (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

UKOJENIE DUSZY

W roku 2002 wraz z grupą młodzieży z parafii św. Krzyża w Nowym Jorku udałem się do Toronto w Kanadzie na XVII Światowy Dzień Młodzieży. Na spotkanie z papieżem Janem Pawłem II przybyło ponad pół miliona młodych ludzi. Większość z nich obozowała dzień i noc na placu przed papieskim ołtarzem. Młodzieńcza fantazja wykreowała niezwykłą architekturę tego koczowniczego miasta. Oprócz normalnych namiotów młodzież budowała różnego rodzaju domki z tektury i starych pudeł. A wielu młodych ludzi, mimo deszczu, spało pod gołym niebem. Miało to pewne plusy. Rankiem wychyliłem głowę ze śpiwora, deszcz obmył mi twarz, wytarłem się tylko ręcznikiem i poranną toaletę miałem z głowy. Najważniejsza była jednak atmosfera panująca w młodzieżowym obozowisku. Modlitwa, radosne śpiewy, życzliwe gesty, były niejako wypełnieniem i realizacją słów Ewangelii, które stały się mottem XVII Światowego Dnia Młodzieży: „Wy jesteście solą ziemi, wy jesteście światłem świata”. Ile zostało z tego entuzjazmu? Jaki owoc pozostał po tym radosnym spotkaniu z Ewangelią i nauczaniem papieża Jana Pawła II? Precyzyjna odpowiedź na to pytania pozostanie prawdopodobnie na zawsze tajemnicą młodzieńczych serc. Możemy jednak przytoczyć wiele historii, które mówią o młodzieży, która w dniach radosnego świętowania, w perspektywie fragmentu Ewangelii zacytowanego na wstępie tych rozważań odkryła nowy wymiar chrześcijaństwa w swoim życiu osobistym.

Należy do nich historia Lisy, która przybyła do Toronto z 45 osobową grupą młodzieży z Australii. Wspólne przeżycia, modlitwy, rozważania Pisma św., nauki Jana Pawła II wywarły na niej ogromne wrażenie. Opuszała Kanadę jako wewnętrznie przemieniony człowiek. Na początku zadała sobie pytanie: „Co właściwie powinnam robić jako katoliczka?” To pytanie towarzyszyło jej w czasie trwania Światowego Dnia Młodzieży, jak i też po powrocie do domu. Te zamyślenia zrodziły następującą odpowiedź: „Chrystus posyła mnie, abym budowała Królestwo Boże już tutaj, na ziemi”. Szczególnie głęboko zapadły do jej serca słowa papieża Jana Pawła II: „Świat potrzebuje uzdrawiającego dotknięcia pięknem i bogactwem bożej miłości. Potrzebuje świadków tej miłości. Świat potrzebuje ciebie”. Aby wypełnić chrystusowe wezwanie Lisa zaangażowała się w charytatywną działalność Stowarzyszenia św. Wincentego a Paulo. Zaczęła pracować wśród bezdomnych, spieszyła z pomocą ludziom najbardziej pokrzywdzonym przez los. Stała się przekonującym świadkiem miłości bożej. Dzięki niej miłość boża docierała do ludzi najbardziej bezbronnych. Przez nią Chrystus pochylał się nad ludźmi utrudzonymi życiem i czynił ich jarzmo lżejszym i przynosił ukojenie ich dusz.

W niesieniu pomocy braciom ważna jest pokora. Nie można skutecznie nieść bliźniemu „ukojenia serc”, stawiając się ponad niego. Pomagając ubogim, potrzebującym sami zyskujemy nieraz więcej niż dajemy. Jest to zysk duchowy, który ma ogromną wartość w oczach bożych. Chrystus mówi byśmy od Niego uczyli się pokory w wychodzeniu z pomocną ręką do bliźniego: „Uczcie się ode Mnie, bo jestem łagodny i pokornego serca”. Dobrze zrozumiała to Matka Teresa z Kalkuty. W czasie swego pobytu Waszyngtonie w roku 1994 roku opowiedziała o jednym zdarzeniu z pierwszych dni swego pobytu w Kalkucie. „Pewnego wieczoru wyszłyśmy na ulice miasta i zaopiekowałyśmy się czterema osobami umierającymi na ulicy. Powiedziałam siostrom, że ja zajmę się kobietą w najgorszym stanie, a one pozostałymi. Z miłością pochyliłam się nad tą umęczoną życiem kobietą. Zrobiłam wszystko, aby ulżyć jej w cierpieniu. Położyłam ją do czystego łóżka i wtedy na jej twarzy pojawił się przepiękny uśmiech wdzięczności. Wzięła moją rękę w swoje dłonie i powiedziała: Dziękuję. Po czym zmarła. Urzeczona postawą tej kobiety, zadałam sobie pytanie: Co ja bym powiedziała na jej miejscu? Szczerze wyznałam wtedy przed sobą i Bogiem: Próbowałabym zwrócić choć trochę uwagi na siebie. Powiedziałabym: jestem głodna, umieram, cierpię lub coś podobnego. Ona dała mi znacznie więcej: ona dała mi wdzięczną miłość. I zmarła z uśmiechem na twarzy”. Piękny przykład pokornego wychodzenia z pomocą ludziom ciężko utrudzonym życiem. Tu leży sekret skutecznego ukazywania światu kojącej miłości Chrystusa. Matka Teresa uczyła się pokory od Jezusa, który powiedział o sobie: „Jestem łagodny i pokornego serca”. Pokora jest warunkiem uzyskania „ukojenia duszy” i skutecznego niesienia bliźnim tego „ukojenia”.

Inną ważna cechą pokornej miłości wychodzącej do bliźniego jest łagodność. Wzorem łagodności jest sam Bóg. W psalmie na niedzielę dzisiejszą słyszymy słowa: „Pan jest łagodny i miłosierny, nieskory do gniewu i bardzo łaskawy. Pan jest dobry dla wszystkich a Jego miłosierdzie nad wszystkim, co stworzył”. Chrystus objawia nam Boga łaskawego, miłosiernego i przebaczającego. Za Jezusem szły ogromne tłumy, a On uzdrawiał chorych, wskrzeszał umarłych, karmił chlebem zgłodniałych, przygarniał grzeszników i najważniejsze wskazywał na niebieską ojczyznę i naszego Ojca w niebie. Ludzie idący za Jezusem byli jak owce bez pasterza. Szukali przewodnika, który poprowadziłby ich przez życie ku wiecznemu przeznaczeniu. W Chrystusie odnajdywali Pasterza, którego słowa były jak balsam dla zbolałej duszy. Chrystus nie zawsze uwalniał od cierpień, ale pomagał człowiekowi wszystko w sobie uporządkować, ustawić we właściwej perspektywie, dostrzec sens tego wszystkiego. Tą siła porządkującą jest jarzmo, które mamy wziąć na ramiona. „Albowiem słodkie jest moje jarzmo, a moje brzemię lekkie”. Jest to jarzmo miłości. I to właśnie miłość czyni jarzmo chrystusowe lekkim. Dobra matka wyrwana nocą ze snu płaczem swego dziecka, pochyla się nad nim z czułością, uśmiecha się do niego i czuje wewnętrzną radość. Nie jest to dla niej przykry i ciężki obowiązek. Miłość czyni to „jarzmo” lekkim i radosnym. Chrystus otwiera dla nas swoje serce, które jest symbolem nieogarnionej miłości i pragnie byśmy w nim zanurzyli swoje utrudzenie, przepoili niejako Jego miłością, a wtedy nasze „jarzmo” stanie się lekkie i radosne.

Wysłuchajmy na koniec przypowieści o potędze pokory i łagodności. W odludnym miejscu żył sobie pobożny pustelnik. Krążyły o nim wieści, jakoby każdego ranka w czasie modlitw był unoszony do nieba. Jeden z miejscowych inteligentów nie dawał wiary tym opowieściom i postanowił zdemaskować pustelnika jako oszusta. W tym celu, skoro świt przybył w pobliże pustelni i tam się ukrył. O świcie świątobliwy pustelnik rzeczywiście opuścił swój dom i poszedł w kierunku pobliskiego lasu. Niedowiarek ostrożnie ruszył za nim, bacznie obserwując jego zachowanie. Pustelnik tymczasem wyjął siekierę i zaczął przygotowywać drzewo na opał. Powiązał je w pęczki i zaniósł na plecach do domu biednej i chorej staruszki. Obserwator zajrzał przez okno: pustelnik klęczał na ziemi i rozpalał w piecu. Kiedy ów człowiek wrócił do miasta, pytali go ciekawscy: „No i co, wykryłeś oszustwo? Jak to jest z tym codziennym wniebowstępowaniem pustelnika?” „Pustelnik wstępuje jeszcze wyżej niż do nieba.”- odpowiedział zawstydzony niedowiarek.

Jako puenta tych rozważań niech posłuży nam napis z warszawskich Powązek z grobu Jana Kiepury, wybitnego śpiewaka operowego: „Gdy człowiek umiera, nie pozostaje po nim na tej ziemi nic, oprócz dobra, które uczynił innym” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚWIĘTA MAŁGORZATA ALCOQE

Serce, symbol miłości wpisuje się w tajemnicę naszej relacji do Boga. W Sercu Jezusowym otwiera przed nami źródło nieprzebranej miłości Boga. Jest to otwarte serce Dobrego Pasterza, który gromadzi swoje owce, strzeże, prowadzi na obfite pastwiska, pielęgnuje chore, zagubione bierze na ramiona. Dobry Pasterz zachęca każdego z nas: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię (…) a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych”. Radością Pasterza są ci, którzy idą za głosem tej zachęty, zaś smutkiem ci, którzy wzgardziwszy nią idą na zatracenie duszy. W kulcie tajemnicy Serca Jezusowego wielbimy Chrystusa i dziękujemy za wielki dar miłości, jak też chcemy Mu wynagrodzić, za tych, którzy przez wybór nieprawości wzgardzili tą miłością. Tajemnica Serce Jezusowego została w sposób szczególny objawiona świętej Małgorzacie Alacoque.

Małgorzata przyszła na świat 22 lipca 1647 r. na zamku w Lauthecourt, we Francji. Tam też spędziła pierwsze lata swego życia. Gdy miała cztery lata zamieszkała u swojej chrzestnej na zamku w Corcheval. Mała Małgorzata często klęczała w kościele lub kaplicy przed tabernakulum. Wierzyła głęboko, tak jej powiedzieli dorośli, że jest tam obecny żywy i prawdziwy Jezus. Świadomość tej obecności towarzyszyła jej w życiu codziennym. Małgorzata była bardzo żywym i aktywnym dzieckiem, a za zachętę do dobrego postępowania wystarczyło przypomnienie: „Nie powinnaś tak robić, bo tym brzydzi się nasz kochany Bóg”.  Wspominając dzieciństwo pisze o swej więzi z Chrystusem: „O moja jedyna Miłości już od najwcześniejszych lat pragnąłeś być władcą serca mego”. Powtarzała często: „Mój Boże, poświęcam ci moją czystość, ślubuję Ci wieczyste dziewictwo”.

Po śmierci ojca Małgorzaty, wychowanie siedmiorga dzieci spadło na młodą wdowę. Małgorzata została oddana na wychowanie do sióstr Urbanistynek w Charolles. Tu w wieku 9 lat przyjęła I Komunie świętą. Było to dla niej ogromne przeżycie, o którym później napisała: „Pierwsza Komunia św. rozlała tyle goryczy na zabawy i przyjemności mojego wieku, że chociaż do nich lgnęłam, stawały się dla mnie przykre i wprost nieznośne. Ile razy zabrałam się z koleżankami do zabawy, tyle razy miałam wrażenie, że jakaś tajemnicza moc gwałtem mnie od nich odrywa, że jakiś wewnętrzny głos, który mię rwał do samotności, tak długo mi nie dawał spokoju, aż mu uległam, by klęcząc lub pochylona ku ziemi, zatopić się w modlitwie”. Po dwóch latach pobytu u sióstr, z powodu choroby Małgorzata musiała wrócić do domu. Przez następne cztery lata, mimo dobrej opieki lekarskiej choroba nie ustępowała. Wtedy zrozpaczona matka zwróciła się do Maryi: „Święta Matko Boża, jeśli dziecko moje powróci do zdrowia, poświęcę je całkowicie Twej służbie”. Wkrótce Małgorzata odzyskała zdrowie.

Jednak na spełnienie przyrzeczenia matki trzeba było jeszcze poczekać. Szesnastoletnia piękna i mądra dziewczyna, otoczona bogactwem była zauroczona światowym życiem.. Nie przekroczyła w tym bożych przykazań, ale jak sama powie zbyt wiele zwracała uwagi na własny wygląd, aby się innym podobać. W końcu, wewnętrzny głos przypodobania się tylko Chrystusowi zwyciężył, ale pojawiły się wtedy trudności innej natury. Otóż matka powierzyła krewniakom zarządzanie majątkiem. W domu zapanował rygor do tego stopnia, że Małgorzacie zabroniono wychodzenia do kościoła, posądzając ją, że idzie na schadzki z mężczyzną. Szła wtedy do ogrodu i patrząc na kościół ze łzami powtarzała: „Tam On dla mnie przebywa i z miłości ku mnie”. W tym czasie zaczęła mieć wizje. W jednej z nich Chrystus powiedział jej, że dopuszcza te cierpienia, aby się mogła się do Niego jeszcze bardziej upodobnić. Przez szereg lat, wyłącznym przewodnikiem w życiu duchowym Małgorzaty był Chrystus. „Od tego czasu, kiedy poczęłam samą siebie poznawać stał się On wyłącznym panem mej woli, tak iż musiałam Mu we wszystkim ulegać, nie mogąc nawet stawić Mu oporu. On sam ganił mnie łagodnie, ale stanowczo z powodu błędów, choćby one były i najdrobniejsze” – napisze.

Sytuacja się zmieniła, gdy bracia Małgorzaty zaczęli zarządzać dobrami rodzinnymi. Pragnienie życia zakonnego napotkało teraz przeszkodę ze strony rodziny, która pragnęła wydać Małgorzatę za mąż. O rękę pięknej dziewczyny ubiegało się wielu młodzieńców z dobrych rodzin. Pewnego wieczora, kiedy Małgorzata stroiła się, ujrzała umęczonego Chrystusa, który powiedział do niej: „Trwonisz czas drogocenny, z którego w godzinę śmierci złożyć będziesz musiała rachunek. Więc nie będziesz mi wierną? Prześladujesz mnie za to, że ci tyle dałem jawnych dowodów mojej ku tobie miłości, że cię do siebie chciałem upodobnić?”. To widzenie położyło kres pięcioletnim wewnętrznym zmaganiom. Małgorzata odsunęła od siebie perspektywę zamążpójścia i podjęła ostateczną decyzję wstąpienia do zakonu.

W roku 1671 udała się do sióstr wizytek w Paray-le-Monial. Kiedy weszła do rozmównicy, usłyszała głos: „Pragnę byś tutaj została”. Zakon ten posiadał w godle zranione Serce Jezusa, otoczone cierniową koroną i uwieńczone krzyżem. Było to jakby zapowiedzią misji, jaką miała wypełnić Małgorzata. Pierwsze lata pobytu w zakonie były okresem wewnętrznego zmagania. Przełożeni sądzili, że rozmodlona kandydatka nie będzie w stanie zachować reguły zakonnej. I tak w ramach formacji zalecano jej w czasie przeznaczonym na modlitwę sprzątanie korytarzy. Te i inne niedogodności Małgorzata mogła znieść dzięki niezwykłej mistycznej więzi z Chrystusem. 6 listopada 1672 roku, Małgorzata Maria złożyła uroczyste śluby zakonne. W tym dniu, po przyjęciu Komunii św. Jezus powiedział do niej: „Spojrzyj tu na ranę mojego boku. Tu musisz na zawsze zamieszkać, jeśli chcesz szatę niewinności, którą cię dziś odziałem, zachować i życie Boga-Człowieka prowadzić”.

Życie Małgorzaty było wypełnione modlitwą, cierpieniem, pracą, a w wizjach Chrystus coraz pełniej objawiał jej tajemnicę Swojego Serca. 27 grudnia 1673 r., Chrystus wyjaśnił jej znaczenie tych objawień „Moje Boskie Serce przepełnione jest miłością ku ludziom, a zwłaszcza ku tobie, dlatego też biją z niego płomienie, by się przez ciebie ludziom objawić i w skarby, na które ty patrzysz, ich zaopatrzyć, w skarby, na które składają się łaski konieczne do tego, by ludzi wybawić z przepaści zatracenia. Ciebie niegodną i nieuczoną wybrałem do wypełnienia moich zamiarów, aby jasną było rzeczą, że wszystko jest wyłącznie moim dziełem. Dlatego daj mi serce twoje!”. Na końcu licznych objawień, Chrystus polecił jej, aby zabiegała o ustanowienie specjalnego święta poświęconego Sercu Bożemu, w piątek po oktawie Bożego Ciała. W zamian za wynagradzające Komunie Święte Chrystus obiecał: „Serce moje wyleje hojne łaski na tych wszystkich, którzy w ten sposób Sercu memu oddadzą cześć lub przyczynią się do jej rozszerzenia”.

Siostra Małgorzata, przeczuwając zbliżającą się śmierć, poprosiła w dniu swoich urodzin 22 lipca 1690 r. o pozwolenie na odprawienie 40-dniowych rekolekcji, aby przygotować się na spotkanie z Chrystusem. Pozwolenie otrzymała. Tymczasem choroba czyniła postępy. Umierająca Małgorzata wielbiła Boga i wyrażała skruchę, że jej miłość do Niego nie była doskonała: „Alem nigdy nie kochała doskonale Boga mojego. Siostry proście Go za mnie o przebaczenie i kochajcie Go z całego serca waszego, aby Mu wynagrodzić za wszystkie przeze mnie zmarnowane chwile. Kochać Boga, o cóż to za szczęście! O miłujcie Go, miłujcie!” Siostra Małgorzata Maria Alacoque przeżywszy 43 lata, 17 października 1690 roku spotkała się w niebie ze swoim ukochanym Mistrzem. Na wieść o jej śmierci wierni mówili: „Umarła święta” (z książki Wypłynęli na głębię).

 

W MOCY DUCHA

Jak każdy z nas, Magda szukała swego szczęśliwego miejsca na świecie. Wyglądało na to, że znalazła. Poznała mężczyznę, którego kochała ze wzajemnością i zamieszkała w dostatnim domu. Wspomina jednak, że w tym czasie, jeśli Chrystus był w jej życiu, to na jego obrzeżach. Aż pewnej nocy sen zaczął odmieniać jej życie. Ujrzała św. Jana Pawła II z sercem Jezusowym na dłoni, który powiedział: „Weź tę miłość i nieś ją innym”. Obudziła się i już do rana nie mogła usnąć. Sen był tak sugestywny, że zaczął kształtować jej życie na jawie. Az przyszedł czas przełomu. Obudziła się pośrodku nocy i ze łzami w oczach upadła na kolana, uświadamiając sobie jałowość dotychczasowego sposobu bycia. Chrystus wtargnął w jej życie, jak w życie św. Pawła pod Damaszkiem i wszystko powywracał. On stał się najważniejszy, zajął pierwsze miejsce w jej sercu. Magda zaryzykowała całym dotychczasowym życiem. Teraz chciała wszystko poukładać według woli Tego, który nocą wszedł do jej domu, do jej serca i zajął pierwsze miejsce. Magda mówi, że radości i pokoju wewnętrznego, jaki rodzi się w bliskości Chrystusa nie zamieniłaby za nic. Ta radość nie opuszcza jej nawet wtedy, gdy przychodzą trudne decyzje zerwania z tym co było piękne, ale dziś nie mieści się w cudownym domu, który kreuje Chrystus kolorami najcudowniejszej miłości. Powyższą historię przypomniałem sobie, gdy przeczytałem słowa św. Pawła z listu do Rzymian na dzisiejszą niedzielę: „Wy nie żyjecie według ciała, lecz według ducha, jeśli tylko Duch Boży w was mieszka”.

Nasze ciało jest piękne, bo jak mówi Pismo św. ukształtował je Bóg z mułu ziemi. I w ten piękny boży kształt, Bóg tchnął swojego ducha. I ta iskierka Boża w nas ma przenikać nasze ciało i kierować nim. Jednak każdy z nas doświadcza nieraz wewnętrznego rozdarcia między pragnieniem ciała a pragnieniem ducha. Na tej płaszczyźnie rozgrywa się walka o kształt naszej wieczności. Porażeni słabością grzechu pierworodnego potrzebujemy bożej mocy, aby nasz duch odniósł zwycięstwo nad grzesznymi skłonnościami ciała. Tę moc odnajdujemy w Chrystusie, który umarł na krzyżu dla naszego zbawienia, zmartwychwstał i zesłał nam Ducha Świętego. Teraz w Duchu Świętym Bóg staje się obecny wśród nas. Jezus był prawdziwym Bogiem i prawdziwym Człowiekiem. Jako prawdziwy Człowiek cieleśnie był obecny wśród swego ludu trzydzieści trzy lata. Chrystus jako prawdziwy człowiek nie mógł pozostać z nami na zawsze w ludzkiej postaci. Pozostał z nami w Duchu Świętym, który zstąpił na apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy. Napełnieni tym Duchem mamy moc zwycięstwa nad każdym złem, także nad złem śmierci. Św. Paweł pisze: „Ten, co wskrzesił Chrystusa Jezusa z martwych, przywróci do życia wasze śmiertelne ciała mocą mieszkającego w was swego Ducha”. Gdy doświadczamy bolesnego rozdarcia między duchem a ciałem, Duch św. spieszy nam z pomocą. Św. Paweł ujmuje to w słowach: „Jeżeli zaś przy pomocy Ducha uśmiercać będziecie popędy ciała, będziecie żyli”.

Powyższe nauczanie św. Pawła prowadzi nas do Chrystusa, który w dzisiejszej Ewangelii mówi do każdego z nas: „Weźmijcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem łagodny i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie”. Jeden z największych biblistów, dominikanin Marie-Joseph Lagrange nazwał ten fragment Ewangelii według św. Mateusza „perłą wielkiej wartości”. Nauczanie Jezusa jest bardzo konkretne i wymagające. Chrystus mówi o krzyżu, który winniśmy brać każdego dnia, mówi o odcięciu ręki, gdy jest powodem zgorszenia. Jednak to nauczenie jest przesączone łagodnością, lekkością i miłością, która gotowa jest do przebaczenia. I to właśnie sprawia, że trud podążania za Chrystusem, „Jego jarzmo” przynosi ukojenie dusz. Francuski pisarz katolicki François Mauriac w książce „Życiu Jezusa” napisał: „Od oblicza Chrystusa Króla, tryumfującego Mesjasza wolę pokorną umęczoną postać, którą w gospodzie w Emaus pielgrzymi rozpoznali przy łamaniu chleba: naszego Brata okrytego ranami, naszego Boga”. Tej łagodności i tej pokory mamy uczyć się od Chrystusa nieść to naszym utrudzonym braciom i siostrom.

Przykładem takiej postawy jest poniższa historia. Kilka lat temu w jednej z amerykańskich parafii osiedliła się rodzina uciekinierów z Kambodży. Zaczynali tu wszystko od zera. Proboszcz wezwał swoich parafian o wsparcie kambodżańskiej rodziny. Odpowiedź na ten apel była wzruszająca. Agent od nieruchomości pomógł rodzinie znaleźć dobre mieszkanie. Prawnik zaoferował swoją pomoc w załatwieniu wielu formalności pobytowych. Dzieci przyjęły życzliwie i zaprzyjaźniły się w nowymi kolegami i koleżankami. Właściciele różnych firm pomogli znaleźć pracę. Przez pierwsze tygodnie parafianie dzielili się posiłkami z nowoprzybyłymi. W niedzielę zapraszali na obiad do swoich domów. Oferowano uchodźcom ubrania i inne rzeczy potrzebne do codziennego życia. Tak, że nowoprzybyli poczuli się cząstka wielkiej, parafialnej rodziny. Można powiedzieć, że każdy z nich wziął na siebie, na miarę swoich możliwości jarzmo, o którym mówi Chrystus. W Palestynie, jarzma były wykonywane na zamówienie i robione na miarę zwierzęcia, które będzie w nie wprzęgane. Słowo dopasowane, wygodne z języka greckiego może być przetłumaczone lekkie. Aby to lepiej zrozumieć, warto wspomnieć niedopasowane buty na nogach. Noszenie ich, to prawdziwa męczarnia. Zaś chodzenie w dopasowanych butach, to przyjemność. Chrystus nakłada na nas jarzmo, które jest dopasowane do naszych możliwości. Dlatego jest lekkie i niesiemy je z radością. A gdy wydaje nam się za ciężkie, to może znaczyć, że nie otwarliśmy się wystarczająco na Ducha, o który mówią dzisiejsze czytania liturgiczne.

Na koniec wrócę jeszcze do rozmowy z Magdą sprzed kilku dni, w czasie której podzieliła się swoim nowym doświadczeniem. Powiedziała, że spotyka wielu starszych ludzi, którzy bardzo często są bogaci, niczego im w zasadzie, w sferze materialnej nie brakuje. A jednak są często smutni, przygnębieni. Magda przy spotkaniu z nimi uśmiecha się do nich i serdecznie rozmawia. W czasie pierwszych tych spotkań Magda była zaskoczona reakcją tych ludzi. Życzliwy uśmiech, serdeczne słowa rozjaśniały radością ludzkie zasępione twarze. Magda z pokorą mówi, że to niej jej zasługa, ale Chrystusa, którego nie tak dawno odkryła na nowo i pokochała całym sercem. To jest prawda, prawdziwe wytchnienie, ukojenie dusz w codziennym utrudzeniu możemy odnaleźć w Chrystusie. A On często przychodzi do nas w drugim człowieku, który ogarniętym Duchem bożym. I przez niego niesie ukojenie dusz i sprawia, że ciężkie jarzmo życia staje się lekkie. Tak niewiele nieraz trzeba, aby na twarzy naszego bliźniego pojawił się uśmiech, który mówi: odnalazłem ukojenie duszy. Warto tu sobie jeszcze raz uświadomić, że to nie utrudzenie materialne, ale duchowe bywa najtrudniejsze. A zatem wsłuchamy się jeszcze raz w słowa Jezusa: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” (Kurier Plus, 2017).

 

SZCZYT UKOJENIA DUSZ

Amatorska grupa alpinistów postanowiła zdobyć wspólnie jeden z górskich szczytów. Pełni entuzjazmu i nadziei doświadczenia czegoś wyjątkowego wyruszyli w drogę. Po jednym dniu wspinaczki zatrzymali się w pierwszej bazie noclegowej. I tu podzielili się na trzy grupy. Pierwsza grupa była niezadowolona i rozczarowana. Mieli za sobą męczącą i niebezpieczną wspinaczkę. Liczyli, że to zaowocuje większą radością, szczęściem. A zamiast tego zmęczenie i rozczarowanie stało się ich udziałem. Postanowili zatem wrócić do domu. Druga grupa była bardzo zadowolona. W czasie wspinaczki zachwycali się przepięknymi widokami, wdychali górskie świeże powietrze, opalili się na słońcu. Postanowili zatem zostać na górskiej polance, radując się urokami tego miejsca. Przygotowali smaczny posiłek, zakrapiany wybornym winem. W serdecznej atmosferze wspólnie śpiewali ulubione piosenki. Byli zadowoleni i szczęśliwi. Po co zatem wspinać się wyżej. Zostali na uroczej polance, rezygnując z dalszej wspinaczki. Alpiniści z trzeciej grupy dostrzegając piękno wyżej wspomnianej polanki postanowili wspinać się wyżej i zdobyć szczyt. Pokonywali różne trudności, w tym także zmęczenie, ale z radością to znosili, bo wiedzieli, że jest to konieczne, aby zdobyć szczyt, główny cel wspinaczki. Wreszcie dotarli na miejsce. Oniemieli z wrażenia, podziwiając otaczające ich piękno. Cieszyli się również osiągnięciem celu wspinaczki. Zapomnieli o zmęczeniu i trudach. Ogromne szczęcie i poczucie satysfakcji stało się ich udziałem.

Przymierzając powyższą przypowieść do naszego życia możemy pytać: Do której grupy alpinistów należę? W naszym codziennym życiu zdobywamy różne szczyty, które przybierają formę konkretnych celów do zdobycia. Radość ich osiągnięcia zależy często od naszej wytrwałości. Dla ilustracji mógłbym przytoczyć wiele przykładów z naszego polonijnego podwórka. Oto jeden z nich. Marzeniem tej trójki osób, jak i też ich rodziców było ukończenie studiów medycznych. Marek podjął się pracy, aby zdobyć pieniądze na studia. Na pierwszym roku studiów stwierdził, że jest to zbyt trudne i do tego nudne. W pracy było lepiej. Porzucił studia i wrócił do pracy. Dorota także pragnęła skoczyć studia medyczne. Zanim jednak została lekarzem pracowała jako pomoc medyczna. Tak się jej to spodobało, że zrezygnowała z dalszych studiów i zadowoliła się wykonywaną pracą. Marcin zaś przeszedł wszystkie te etapy, doceniał je, ale wytrwale i z poświęceniem kontynuował studia. Dzisiaj jest wziętym lekarzem i nie żałuje trudu wspinaczki. Jest szczęśliwy. Każdy z nas ma swoje powołanie, zadanie życiowe, swoje marzenia i jeśli zatrzyma się w połowie drogi nie osiągnie szczęścia, które Bóg przygotował dla każdego z nas.

Poprzez te z życia wzięte historie spójrzmy na czytania biblijne na dzisiejszą niedzielę. W pierwszym czytaniu z Księgi Zachariasza słyszymy: „Raduj się wielce, Córo Syjonu, wołaj radośnie, Córo Jeruzalem! Oto Król twój idzie do ciebie, sprawiedliwy i zwycięski. Pokorny – jedzie na osiołku, na oślątku, źrebięciu oślicy. On usunie rydwany z Efraima, a konie z Jeruzalem; łuk wojenny zostanie złamany. Pokój ludom obwieści. Jego władztwo sięgać będzie od morza do morza, od brzegów Rzeki aż po krańce ziemi”. Ta historia, jak i też inne historie ze Starego Testamentu są figurami i typami symbolizującymi to, co dopiero ma nastąpić w przyszłości w Nowym Testamencie. Po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa stało się jasne, że głównym sensem ekonomii zbawienia Starego Testamentu była zapowiedź i przygotowanie na przyjście Chrystusa i Jego Królestwa. I takim kontekście możemy powiedzieć, że słowa z Księgi Zachariasza wypełniają się w Chrystusie, który w dzisiejszej Ewangelii mówi: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych”.

Na szczycie naszej życiowej wspinaczki czeka na nas Chrystus z wypełnieniem swoich słów. Na tej drodze do Chrystusa doznajemy różnego rodzaju życiowego utrudzenia. Takim niespodziewanym utrudzeniem jest sytuacja związana z pandemią koronawirusa. I wcale to utrudzenie nie ogranicza się do bolesnych symptomów tej choroby, czy nawet śmierci.  Dr med. Tomasz M. Gondek powiedział: „Już dziś mówi się, że skutkiem pandemii koronawirusa będzie kolejna pandemia: wystąpić może znaczący wzrost zapadalności na zaburzenia psychiczne na świecie i jednym z czynników odpowiedzialnych za to będzie wymuszona przez czynniki zewnętrzne społeczna izolacja oraz związany z nią przewlekły stres. Z koniecznością pozostawania w domach wiąże się nie tylko ograniczona możliwość utrzymywania kontaktów międzyludzkich, ale także znacznie mniejsze możliwości podejmowania aktywności ruchowej i kontaktu z przyrodą, co stanowi kolejny niekorzystny czynnik, mający wpływ na nasz dobrostan psychiczny. Większa zapadalność będzie najprawdopodobniej dotyczyła schorzeń związanych w dużym stopniu z przewlekłym stresem, niepokojem i stanem osamotnienia – spodziewamy się zatem większej zapadalności na zaburzenia lękowe, a także zaburzenia nastroju, w tym zwłaszcza depresję. Problemem związanym z obecną sytuacją jest także częstsze sięganie po alkohol i inne substancje psychoaktywne, w celu doraźnego radzenia sobie z pogorszeniem stanu psychicznego”.

W ostatnim czasie bombardowani jesteśmy mnóstwem informacji medialnych, koncentrujących się na liczbach osób, u których potwierdzono zakażenie koronawirusem oraz na liczbach osób zmarłych z tego powodu. Informacje te, które wcześniej nie pojawiały się z tak znacznym natężeniem, mogą budzić obawy u wszystkich z nas i są stresorem mogącym wpływać na zwiększenie ryzyka pogorszenia zdrowia psychicznego – zwłaszcza wystąpienia zaburzeń lękowych i zaburzeń nastroju, bądź też zaostrzenia ich objawów. Światowa Organizacja Zdrowia zaleca, by ograniczyć docierający do nas strumień tych informacji, które powodują u nas dyskomfort i niepokój. Przypływ informacji najlepiej jest w takiej sytuacji ograniczyć do zaleceń służb sanitarno-epidemiologicznych i innych rzetelnych źródeł wiedzy, które w praktyce pozwolą nam na lepsze dostosowanie się do obecnych warunków.

A najlepiej wsłuchiwać się w nieomylne i pełne mocy słowa Chrystusa: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”. Jeden z największych teologów XX w Hans Urs von Balthasar napisał: „Ten, kto nie słucha najpierw Boga, nie ma światu nic do powiedzenia”. Aby jednak to ukojenie ogarnęło serce trzeba zamienić je w słowa spełniającej się modlitwy. Może nią być krążąca w sieci modlitwa na czasu pandemii: „Jezu, prosimy Cię z ufnością, aby epidemia została opanowana jak najszybciej. Spraw, by chorzy wrócili do zdrowia, a świat odzyskał pokój. Miej miłosierdzie dla tych, którzy umarli z powodu tej choroby, pociesz ich bliskich, wspieraj i chroń pracowników służby zdrowia, którzy z nią walczą, inspiruj i błogosław wszystkim, którzy pracują nad jej pokonaniem. Panie Jezu, lekarzu naszych dusz i ciał, czujemy się bezradni, wobec tego kryzysu, ale ufność pokładamy w Tobie: obdarz nas zdrowiem ciała, umysłu i ducha, obdarz nas pokojem. Maryjo, Matko Boga i nasza Matko, prosimy Cię, nie opuszczaj nas w tej potrzebie i swoją miłością prowadź nas do Swojego Syna – Jezusa Chrystusa. Amen” (Kurier Plus, 2020).

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *