23 Lip

17 niedziela zwykła Rok C

 

PROŚCIE A BĘDZIE WAM DANE

Gdy Jezus przebywał w jakimś miejscu na modlitwie i skończył ją, rzekł jeden z uczniów do Niego: „Panie, naucz nas się modlić, jak i Jan nauczył swoich uczniów”. A On rzekł do nich: „Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo. Naszego chleba powszedniego dawaj nam na każdy dzień, i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczymy każdemu, kto nam zawini; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie”. Dalej mówił do nich: „Ktoś z was, mając przyjaciela, pójdzie do niego o północy i powie mu: »Przyjacielu, użycz mi trzech chlebów, bo mój przyjaciel przybył do mnie z drogi, a nie mam co mu podać«. Lecz tamten odpowie z wewnątrz: »Nie naprzykrzaj mi się! Drzwi są już zamknięte i moje dzieci leżą ze mną w łóżku. Nie mogę wstać i dać tobie«. Mówię wam: Chociażby nie wstał i nie dał z tego powodu, że jest jego przyjacielem, to z powodu jego natręctwa wstanie i da mu, ile potrzebuje. I Ja wam powiadam: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Jeżeli którego z was, ojców, syn poprosi o chleb, czy poda mu kamień? Lub też gdy prosi o jajko, czy poda mu skorpiona? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą” (Łk 11,1–13).

Bóg wezwał Abrahama z Ur chaldejskiego do Kaananu. Abraham zebrał cały swój dobytek i wyruszył w drogę. Towarzyszył mu jego bratanek Lot. W czasie długiej wędrówki dochodziło do sporów o pastwiska między pasterzami Abrahama a pasterzami Lota. Aby zapobiec dalszym konfliktom Abraham zaproponował Lotowi rozdzielenie się. Kazał mu wybierać. Jeśli Lot wyruszy na lewo to on na prawo. Lot wybrał żyzne doliny nad Jordanem w okolicy Sodomy i Gomory.

Miasta te miały bardzo złą reputację. Grzeszność ich mieszkańców przechodziła wszelkie granice. Bóg zatem postanowił zniszczyć Sodomę i Gomorę. Za mieszkańcami tych miasta wstawia się przed Bogiem Abraham. Pyta, czy Bóg zniszczy miasta, gdyby znalazło się tam pięćdziesięciu sprawiedliwych. Bóg odpowiada, że ze względu na tych pięćdziesięciu nie zniszczy miast. Abraham nie jest pewien, czy znajdzie się tam pięćdziesięciu sprawiedliwych, dlatego dalej prosi Boga. Czy ze względu na czterdziestu pięciu sprawiedliwych nie zniszczy miast. Bóg wysłuchuje Abrahama. Ze względu na tych czterdziestu pięciu gotowy jest ocalić miasta. Ale Abraham dalej nie jest pewien, czy znajdzie się tam tylu sprawiedliwych, dlatego kilkakrotnie powtarza swoją prośbę, aż dochodzi do liczby dziesięciu sprawiedliwych. A Bóg go wysłuchuje. Ze względu na tych dziesięciu nie zniszczy miast. O więcej, Abraham nie miał już odwagi prosić.

Chrystus upewnia swoich uczniów, że powinni zawsze i bez żadnych oporów prosić Boga Ojca, który wysłuchuje wołania swoich dzieci. „Proście a będzie wam dane, szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a zostanie wam otworzone”. Można przytoczyć dziesiątki przykładów na skuteczność wytrwałej modlitwy. Oto jeden z nich.

Kapłan odwiedził w Wigilię Bożego Narodzenia jedną z rodzin swojej parafii. Ojciec domu zaczął opowiadać o minionych Świętach Bożego Narodzenia. Wskazał na fotografię uroczego dziecka, dziewczynki i powiedział: „Dzień Bożego Narodzenia jest dniem jej śmierci. Przygotowaliśmy dla niej prezenty świąteczne, których nigdy nie ujrzała. Miała niespełna trzy lata. Po jej śmierci lekarze powiedzieli nam, że już nigdy nie będziemy mogli mieć dzieci. Byliśmy z żoną załamani, zwątpiliśmy w opatrzność bożą. Wtedy przyszła, zaprzyjaźniona z nami siostra Monika. Długo rozmawialiśmy. A na koniec siostra powiedziała, że będzie się tak długo modlić, aż będziemy mieć dziecko. Po trzynastu latach poszliśmy z żoną na badania lekarskie. Nie mogliśmy uwierzyć; moja żona Anna była w ciąży. W niedługim czasie urodziła piękną dziewczynkę. Daliśmy jej wtedy wszystkie zapakowane zabawki, jakie były przygotowane dla naszej pierwszej córeczki. Widzi ksiądz, cuda się zdarzają”.

Tak najczęściej rozumiemy wysłuchaną modlitwę. Prosimy o coś i otrzymujemy. A przecież nie zawsze owocem modlitwy jest spełnienie naszych pragnień. Czyżby były modlitwy nie wysłuchane? Jeśli tak, to co znaczą słowa Chrystusa: „Proście a będzie wam dane”. Chrystus w modlitwie każe nam zwracać się do Boga jako Ojca. Wspomnijmy zatem naszych rodziców, ojca i matkę. Pewni ich ogromnej miłości, prosiliśmy o wiele różnych rzeczy. Czy zawsze mówili „tak” na naszą prośbę? Oczywiście, że nie. Jeżeli mówili „nie”, czy to znaczy, że nie słyszeli naszej prośby? Na pewno słyszeli. Odpowiadali „nie” bo wiedzieli od nas więcej, wiedzieli co w danej chwili jest nam bardziej potrzebne, wiedzieli także, że spełnienie naszej prośby mogłoby być dla nas niekorzystne. Czasami kazali nam czekać na spełnienie prośby. A my czekając bardzo często sami dochodziliśmy do wniosku, że to nie była dla nas ważna rzecz. Czekanie było potrzebne, aby trochę zmądrzeć. A najważniejsze w tym wszystkim, niezależnie od tego czy rodzice odpowiadali na nasze prośby „nie”, „tak” czy „poczekaj” było to, że oni byli, mieliśmy kogo prosić. Byliśmy pewni ich obecności w naszym życiu i pewni ich miłości.

Używając tego porównania możemy powiedzieć, że Bóg wysłuchuje naszych próśb na „tak”, na „nie” lub „poczekaj”. Niezależnie od tego, jaka jest boża odpowiedź na naszą modlitwę, modlitwa jest zawsze spełniona. Pozwala nam pełniej odkrywać obecność i wielkość Boga. Umacnia pewność, że Bóg jako dobry Ojciec czuwa nad nami. Modlitwa buduje jedność między Bogiem a człowiekiem.

Chrystus nie tylko zachęca do wytrwałej modlitwy, ale daje także jej konkretny przykład. Tą modlitwą jest Ojcze nasz, inaczej Modlitwa Pańska. Pierwsza część Modlitwy Pańskiej koncentruje się na sprawach odnoszących się bezpośrednio do Boga. Zwracamy się do Boga jako Ojca. To wytwarza szczególny nastrój w naszej relacji do Boga, który na zasadzie daleko posuniętej analogi przywołuje na pamięć naszego ziemskiego, dobrego ojca. Oddając zaś cześć imieniu bożemu, oddajemy cześć samemu Bogu. Następnie prosimy o przyjście Królestwa bożego- królestwa prawdy i życia, świętości i łaski, sprawiedliwości, miłości i pokoju. A na koniec jest prośba, byśmy w najtrudniejszych sprawach szukali woli bożej i w niej odnajdywali mądrość życia. Druga część Modlitwy Pańskiej koncentruje się na naszych ziemskich potrzebach. Rozpoczyna ją prośba o chleb powszedni. „Chleb” jest symbolem wszystkich materialnych wartości. Następnie prosimy o odpuszczenie naszych grzechów i łaskę darowania win tym, którzy zawinili wobec nas. Jeśli sami nie wybaczymy bliźniemu nie możemy liczyć na boże wybaczenie. Abyśmy nie byli prowadzeni na pokuszenie. To nie Bóg nas kusi, ale życie i nasza skłonność do złego. Kończymy tę modlitwę prośbą o wyzwolenie nas od wszelkiego zła, zarówno fizycznego, jak i moralnego.

Te wezwania Modlitwy Pańskiej, jak i też ich kolejność mają być wzorem naszej modlitwy (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

MODLITWA Z SERCA

Bóg rzekł do Abrahama: «Głośno się rozlega skarga na Sodomę i Gomorę, bo występki ich mieszkańców są bardzo ciężkie. Chcę więc zstąpić i zobaczyć, czy postępują tak, jak głosi oskarżenie, które do Mnie doszło, czy nie; dowiem się».

Wtedy to dwaj mężowie odeszli w stronę Sodomy, a Abraham stał dalej przed Panem. Podszedłszy do Niego, Abraham rzekł: «Czy zamierzasz wygubić sprawiedliwych wespół z bezbożnymi? Może w tym mieście jest pięćdziesięciu sprawiedliwych; czy także zniszczysz to miasto i nie przebaczysz mu przez wzgląd na owych pięćdziesięciu sprawiedliwych, którzy w nim mieszkają? O, nie dopuść do tego, aby zginęli sprawiedliwi z bezbożnymi, aby stało się sprawiedliwemu to samo, co bezbożnemu! O, nie dopuść do tego! Czyż Ten, który jest sędzią nad całą ziemią, mógłby postąpić niesprawiedliwie?»

Pan odpowiedział: «Jeżeli znajdę w Sodomie pięćdziesięciu sprawiedliwych, przebaczę całemu miastu przez wzgląd na nich».

Rzekł znowu Abraham: «Pozwól, o Panie, że jeszcze ośmielę się mówić do Ciebie, choć jestem pyłem i prochem. Gdyby wśród tych pięćdziesięciu sprawiedliwych zabrakło pięciu, czy z braku tych pięciu zniszczysz całe miasto?»

Pan rzekł: «Nie zniszczę, jeśli znajdę tam czterdziestu pięciu».

Abraham znów odezwał się tymi słowami: «A może znalazłoby się tam czterdziestu?»

Pan rzekł: «Nie dokonam zniszczenia przez wzgląd na tych czterdziestu».

Wtedy Abraham powiedział: «Niech się nie gniewa Pan, jeśli rzeknę: może znalazłoby się tam trzydziestu?»

A na to Pan: «Nie dokonam zniszczenia, jeśli znajdę tam trzydziestu».

Rzekł Abraham: «Pozwól, o Panie, że ośmielę się zapytać: gdyby znalazło się tam dwudziestu?»

Pan odpowiedział: «Nie zniszczę przez wzgląd na tych dwudziestu».

Na to Abraham: «Niech mój Pan się nie gniewa, jeśli raz jeszcze zapytam: gdyby znalazło się tam dziesięciu?»

Odpowiedział Pan: «Nie zniszczę przez wzgląd na tych dziesięciu» (Rdz 18, 20-32).

Na prośbę Apostołów Jezus uczy ich modlitwy. Modlitwa Pańska jest najważniejszą i wzorem innych modlitw. Św. Augustyn pisze: „Modlitwa Pańska jest najdoskonalszą z modlitw… W niej prosimy nie tylko o to, czego możemy słusznie pragnąć, ale także w kolejności, w jakiej należy tego pragnąć. Modlitwa Pańska nie tylko uczy nas prosić, ale kształtuje także wszystkie nasze uczucia.” Oto, co na jej temat mówi „Katechizm Kościoła Katolickiego”. „Modlitwa Pańska jest rzeczywiście streszczeniem całej Ewangelii. Gdy Pan przekazał nam tę formułę modlitwy, dodał: ‘Proście a będzie wam dane’. Każdy, więc może kierować ku niebu różne modlitwy według swoich potrzeb, ale zaczynając zawsze od Modlitwy Pańskiej, która pozostaje modlitwą podstawową”.

W Modlitwie Pańskiej jest miejsce na nasze bardzo osobiste prośby, które dyktuje nam serce. Posłuchamy jeszcze raz, co mówi na ten temat wspomniany Katechizm. „Jezus nie pozostawia nam jakiejś formuły do mechanicznego powtarzania. Jak w każdej modlitwie ustnej, przez Słowo Boże Duch Święty uczy dzieci Boże modlitwy do Ojca. Jezus podaje nam nie tylko słowa naszej synowskiej modlitwy, ale równocześnie daje Ducha, przez którego stają się one w nas „duchem i życiem”.

Oprócz Modlitwy Pańskiej znamy wiele innych. Te z najstarszych modlitewników może wydają się nam trochę archaiczne. Ale tak naprawdę są one cennymi perłami w tradycji duchowej Kościoła. Ożywione naszym osobistym odniesieniem do Boga stają się źródłem niezgłębionych łask Bożych. W modlitwie najważniejsze jest nasze osobiste odniesienie do Boga płynące ze szczerego i otwartego serca. Mówi o tym jedno z opowiadań chasydzkich, zanotowane przez A. De Mello w książce „Modlitwa żaby”.

Ubogi rolnik wracając późnym wieczorem z rynku, znalazł się w drodze bez swojego modlitewnika. Koła jego wozu odpadły w samym środku lasu, więc zmartwił się, że dzień ten będzie musiał upłynąć bez odmówienia przez niego modlitwy. Ułożył, więc następującą: „Panie, uczyniłem coś bardzo głupiego. Opuściłem dom dziś rano bez mojego modlitewnika, a pamięć zawodzi mnie tak często, że nie mogę bez niego odmówić ani jednej modlitwy. Postanowiłem, więc, że pięć razy wolno wyrecytuję alfabet, a Ty, który znasz wszystkie modlitwy poskładasz razem litery alfabetu, aby stworzyły modlitwę, której słów nie pamiętam. I rzekł Pan do swoich aniołów: „Ze wszystkich modlitw, które dzisiaj usłyszałem, ta jedna była niewątpliwie najlepsza, ponieważ płynęła z prostego i szczerego serca” /Ku wolności/.

 

WYTRWAŁA I NATARCZYWA MODLITWA

Z Chrystusem pogrzebani jesteście w chrzcie, w którym też razem zostaliście wskrzeszeni przez wiarę w moc Boga, który Go wskrzesił. I was, umarłych na skutek występków i «nieobrzezania» waszego grzesznego ciała, razem z Nim przywrócił do życia. Darował nam wszystkie występki, skreślił zapis dłużny, przygniatający nas nakazami. To właśnie, co było naszym przeciwnikiem, usunął z drogi, przygwoździwszy do krzyża (Kol 2, 12-14).

W moich wspomnieniach o św. Jana Pawła II utrwalił się obraz jego rozmodlenia. Widzieliśmy go rozmodlonego z brewiarzem w ręku, zatopionego w modlitwie na klęczniku, nadziemsko skupionego przy ołtarzu w czasie sprawowania Eucharystii, zjednoczonego z męka Chrystusa w czasie drogi krzyżowej. Dla wielu z nas pozostanie wzorem człowieka modlitwy. Miał zawsze czas na modlitwę, jego życie było modlitwą. Nawet w drodze do sali audiencyjnej przesuwał w ręku paciorki różańca. Właściwie przez cały dzień trwał w modlitewnym skupieniu, w stałej łączności z Bogiem. Dlatego jego słowa o modlitwie mają taką przekonywującą moc, a szczególnie teraz, gdy docierają do nas z nieba wymodlonego na ziemi. Podczas pielgrzymki do Ojczyzny, św. Jan Paweł II w Kalwarii Zebrzydowskiej mówił: „Trzeba się zawsze modlić, a nigdy nie ustawać, powiedział Pan Jezus. Módlcie się i kształtujcie poprzez modlitwę swoje życie. ‘Nie samym chlebem żyje człowiek’ i nie samą doczesnością, i nie tylko poprzez zaspakajanie doczesnych – materialnych potrzeb, ambicji, pożądań, człowiek jest człowiekiem… ‘Nie samym chlebem żyje człowiek, ale wszelkim słowem, które pochodzi z ust Bożych’. Jeśli mamy żyć tym słowem, słowem Bożym, trzeba ‘nie ustawać w modlitwie’ Może to być nawet modlitwa bez słów”. Zaś w Liście Apostolskim Tertio millenio adveniente, wskazuje na Jezusa Chrystusa jako mistrza modlitwy: „Wzorując się na Jego pierwszych apostołach, możemy jak oni wołać w Duchu Świętym: ‘Panie naucz nas modlić się’. Modlitwa Chrystusa jest modlitwą synowską, opartą na głębokiej więzi, wierze i zaufaniu z pełnym poddaniem się woli Boga Ojca”.

Zacytowany na wstępie fragment z Księgi Rodzaju ukazuje nam pierwszy przykład wytrwałej, uporczywej i skutecznej modlitwy. Mieszkańcy Sodomy i Gomory stali się przewrotni, czynili wszelką nieprawość, która wołała o pomstę do nieba. Bóg zamierzał zesłać karę na te miasta, aby się opamiętały. Zamierzał zniszczyć te miasta wraz z ich mieszkańcami. I w tym momencie pojawił się Abraham ze swoją modlitwą. Wstawia się u Boga za mieszkańcami Sodomy i Gomory, a właściwie za sprawiedliwymi tych miast. I ze względu na tych sprawiedliwych prosi o miłosierdzie dla wszystkich mieszkańców. Abraham pyta Boga: „Czy zamierzasz wygubić sprawiedliwych wespół z bezbożnymi?” Bóg odpowiada: „Jeżeli znajdę w Sodomie pięćdziesięciu sprawiedliwych, przebaczę całemu miastu dla nich”. Mimo, że były to ogromne miasta, Abraham nie miał pewności, czy znajdzie się tam nawet tak mała liczba sprawiedliwych. Dlatego ośmiela się natarczywie prosić Boga, kolejno zaniżając liczbę sprawiedliwych do 45, 40, 30, 20 i 10. Za każdym razem Bóg odpowiadał podobnie: „Nie zniszczę przez wzgląd na tych dziesięciu”. Im mniejsza staje się liczba, tym bardziej objawia się miłosierdzie Boga, który cierpliwie wysłuchuje modlitwy. Dalej Abraham nie śmiał już prosić.

Mając na uwadze te odległe czasy rodzi się refleksja o współczesnym świecie, w którym jest wiele zła i nieprawości, jak w starożytnej Sodomie. A mimo to on ciągle istnieje i nie dosięgła go kara Boża. Może to dzięki sprawiedliwym, którzy żyją na tym świecie i wytrwałej modlitwie, która wznosi się ku niebu. W tej perspektywie możemy odnaleźć odpowiedź na pytanie: Dlaczego Bóg nie zsyła kary na ten zdeprawowany świat, zdeprawowanego człowieka. Odpowiedź na wątpliwości ludzi, którzy nie mogą pogodzić w sobie sprawiedliwości Bożej i nieprawości tego świata. Ale jest pewna granica, którą ukazuje nam scena z Księgi Rodzaju. W Sodomie i Gomorze zabrakło nawet dziesięciu sprawiedliwych. Zabrakło natarczywej modlitwy, a nieprawość przekroczyła pewne granice i wtedy na Sodomę i Gomorę spadł karzący deszcz siarki i ognia. Patrząc na dzieje ludzkości, widzimy, że ta kara spada na ziemię co jakiś czas. Jest to kara oczyszczająca. Dzisiejszy świat też może przekroczyć granice nieprawości, może zabraknąć sprawiedliwych, może zabraknąć wytrwałej modlitwy, a wtedy deszcz ognia siarki będzie spadał na ziemię w cieniu atomowego grzyba.

Ogromne i zadziwiające boże miłosierdzie objawi się w pełni, gdy Syn Boży stanie się człowiekiem, który umierając na krzyżu, przebaczy swoim oprawcom i będzie się wstawiał za nimi u swego Ojca, bo oni „nie wiedzą, co czynią”. Chrystus, przez którego Bóg okazał swoje największe miłosierdzie przypomina nam o wytrwałej modlitwie: „I Ja wam powiadam: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą”. Chrystus nie tylko zachęca do wytrwałej modlitwy, ale także mówi, jak mamy się modlić. Jeden z uczniów, widząc Jezusa na modlitwie prosił Go: „Panie, naucz nas się modlić, jak i Jan nauczył swoich uczniów”. Na co Jezus odpowiedział: „Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo. Naszego chleba powszedniego dawaj nam na każdy dzień i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczymy każdemu, kto nam zawini; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie”.

Czasami słyszę słowa zniechęcenia: „Ja chyba się nie umiem modlić, bo Bóg mnie nie wysłuchuję”. Jeśli nawiedza nas uczucie niewysłuchanej modlitwy, wtedy warto zapytać: Czy moja modlitwa jest natarczywa, czy proszę o zapanowanie Królestwa Bożego w naszym życiu, czy moje prośby są zgodne z wolą bożą, czy przebaczam moim winowajcom? Gdy o to się modlimy w pierwszym rzędzie wszystko inne będzie nam dodane. Chrystus mówi: „Ale szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a wszystko inne będzie wam dodane”.

Przykładem szukania w modlitwie tego najważniejszego może być poniższa historia. W roku 1909 ks. Franciszek Keller udał się w daleką podróż duszpasterską do Gillette, Wyoming. Przed wyjazdem wysłał list do katolickich osadników, informując ich o swoim przyjeździe. Pisał także, że w czasie pobytu będzie udzielał chrztu, spowiadał, odprawiał Mszę św. i spełniał inne posługi kapłańskie. Wierni z tamtych okolic nieraz po kilka lat nie uczestniczyli we Mszy św. z powodu braku kapłana. W Gillette, po odprawionej Mszy św. podszedł do ojca Franciszka jeden z uczestników Mszy św., mówiąc: „Pociąg odjeżdża późnym wieczorem, a zatem ksiądz ma wiele czasu. Może byśmy wybrali się na konną przejażdżkę w góry, tam jest teraz naprawdę pięknie”. Ksiądz Franciszek się zgodził. W czasie drogi ujrzeli w oddali kobietę, która machała do nich ręką. Gdy się zbliżyli, kobieta zauważyła, że jednym z nich jest kapłan. Spojrzała na niego z ulga i powiedziała: „Ojcze, mój brat umiera”. Wszyscy pospieszyli do umierającego. Na środku szałasu, na pryczy leżał umierający. Miał około 35 lat. Obok pryczy stał stolik, a na nim dwie świece. Ks. Keler wyspowiadał umierającego i namaścił świętymi olejami. Po przyjęciu świętych sakramentów, umierający zamknął oczy i spokojnie odszedł do Pana. Chwilę później siostra zmarłego powiedziała: „Nie wiedziałem, że dzisiaj przyjedzie do naszej miejscowości kapłan i że odprawi Mszę św. Mój brat całe życie modlił się, aby przed śmiercią mógł przyjąć sakramenty święte. Dziś rano modliliśmy się o to razem po raz ostatni o te szczególną łaskę” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

SPOJRZENIE KU NIEBU

Badania naukowe Harolda G. Koeniga, Michaela E. McCullougha i Davida B. Larsona zamieszczone w książce „Handbook of Religion and Health” zawierają ciekawe informacje na temat oddziaływania wiary i modlitwy na nasze zdrowie. Oto niektóre z nich:

  1. Kuracja pacjentów, którzy nigdy nie modlili się i nie uczęszczali do kościoła średnio trwała trzy razy dłużej niż pacjentów regularnie praktykujących modlitwę.
  2. Niebezpieczeństwo śmierci niewierzących pacjentów chorych na serce było wyższe aż 14 razy niż pacjentów wierzących.
  3. Starsi pacjenci, którzy nigdy lub rzadko uczęszczali do kościoła dwa razy częściej byli zagrożeni wylewem krwi do mózgu niż osoby żyjące według zasad swej wiary.
  4. W Izraelu, częstotliwość zachorowani na serce i raka była według tych badań o 40 proc. wyższa wśród osób niewierzących.
  5. Ludzie religijni rzadziej popadali w depresję i szybciej z niej wychodzili.

Modlitwa w różnoraki sposób wpływa na nasze życie, zarówno w wymiarze fizycznym jak i duchowym. Wyżej wymienione oddziaływania wiary i modlitwy nie są najważniejsze. Są jakby ubocznym efektem naszej modlitwy. A to i z tego względu, że w modlitwie wymiar duchowy i nadprzyrodzony jest najważniejszy. Katechizm Kościoła Katolickiego odpowiadając na pytanie: „Czym jest modlitwa?”, cytuje na wstępie słowa św. Teresy od Dzieciątka Jezus: „Modlitwa jest dla mnie wzniesieniem serca, prostym spojrzeniem ku Niebu, okrzykiem wdzięczności i miłości zarówno w cierpieniu, jak i radości”. A zatem modlitwa jest ciągłą świadomością obecności Boga w naszym życiu i otwiera nas na dary, których do końca zrozumieć i pojąć nie możemy. Szczególnie dotyczy to obietnicy przyszłego życia. Człowiek, który przez modlitwę jest mocno zakotwiczony w Bogu, źródle wszelkiego życia jest mocny duchowo. A że stanowi on jedność duchowo – cielesną, to te dwie sfery na siebie oddziaływają. Stąd też i nasze zdrowie może w pewnym sensie zależeć od naszej religijności.

Czytania biblijne z dzisiejszej niedzieli wprowadzają nas w istotę modlitwy, która wypełnia przestrzeń między Bogiem a człowiekiem. Mieszkańcy Sodomy odwrócili się od Boga i tak daleko zabrnęli w swych nieprawościach, że Bóg postanowił zniszczyć to miasto. Abraham błagał Boga, aby powstrzymał swoją karzącą rękę. W tej błagalnej modlitwie Abraham, jakby wystawiał na próbę Boże miłosierdzie. Pytał Boga, czy ocali miasto od zagłady, gdy znajdzie w nim 50 sprawiedliwych. Bóg odpowiedział, że ze względu na tych 50 nie zniszczy miasta. Abraham nie był pewien czy znajdzie się tam taka liczba sprawiedliwych, dlatego pytał dalej. Czy Bóg zachowa miasto od zniszczenia, gdy znajdzie się tam 45… 30… 20… 10… sprawiedliwych. Bóg odpowiedział, że ze względu na tych dziesięciu nie zniszczy miasta. Dalej Abraham nie śmiał już pytać. Okazało się jednak, że nie znalazło w Sodomie nawet dziesięciu sprawiedliwych. Ostatecznie Bóg wyprowadził kilku sprawiedliwych z miasta, a na pozostałych, jak mówi Biblia ściągnął z nieba ogień, wymazując z ziemi to miasto wraz z jego mieszkańcami. To wydarzenie możemy odebrać jako przypowieść o modlitwie. Modlitwa jest bardzo skuteczna. Bóg niejako zmienia swoje plany wobec natarczywej prośby Abrahama. Jednak człowiek w swej zatwardziałości grzechu może odciąć się od nieskończonego Bożego miłosierdzia. Mimo tragicznego końca Sodomy, możemy powiedzieć, że jest to opowieść o natarczywej modlitwie, którą Bóg wysłuchał.

Mówiąc o wysłuchanej modlitwie można przytoczyć wiele przypadków, kiedy to odnosimy wrażenie, że nasza modlitwa trafia w próżnię. Oto jeden z takich przykładów wziętych ze stronny internetowej allaboutprayer.org. „Między Mattem a naszą córką Jackie zawiązała się przyjaźń. Oboje byli muzykami. Matt grał na perkusji a córka śpiewała w zespole grupy modlitewnej. Matt bardzo pragnął poświęcić swoje życie głoszeniu Słowa Bożego. To jeszcze ich zbliżyło do siebie. Jackie kończąc szkołę średnią planowała podjąć studia na tym samym uniwersytecie co Matt. I właśnie wtedy zdiagnozowano u Matta złośliwego raka. Jackie powiedziała: 'Mocno wierzyłam, że Bóg uzdrowi Matta. Tak bardzo pragnął Mu służyć, nauczając innych. Wiedziałam, że nie zabierze go, ponieważ tak wiele dobra czynił dla świata'. Jackie gorąco modliła się o zdrowie Matta. Jednak w niedługim czasie Matt zmarł. Jackie była załamana i zła na Boga, że nie wysłuchał jej prośby. Mówiła: 'Początkowo obwiniałam Boga. Później samą siebie, myśląc, że moja modlitwa nie była wystarczająco natarczywa'. Po ukończeniu szkoły Jackie zapisała się na chrześcijański uniwersytet. Dzięki nowym przyjaciołom uświadomiła sobie, że izolując się od innych w bólu i cierpieniu, wewnętrznie wyniszcza samą siebie. 'W pewnym momencie podzieliłam się swoim bólem, cierpieniem i wątpliwościami z przyjaciółmi. I tak rozpoczęło się moje uzdrowienie. Doświadczyłam Bożej miłości. Bóg na nowo umocnił mnie w wierze i ukazał sens mojego życia'”.

Trudny proces wzrastania w modlitwie młodej dziewczyny, z powyższej historii stał się, jak pisze św. Teresa od Dzieciątka Jezus: „..spojrzeniem ku Niebu, okrzykiem wdzięczności i miłości zarówno w cierpieniu, jak i radości”. Dokonało się to w poczuciu wspólnoty z Bogiem i bliźnimi. O tym wspólnotowym wymiarze naszej relacji z Bogiem mówi modlitwa, której nauczył swoich uczniów Jezus Chrystus. Bóg jest nam tak bliski, że możemy nazywać Go Ojcem. Tak jak do ziemskiego ojca idziemy ze wszystkim, a on przygarnia nas do siebie i w jego ramionach odnajdujemy pokój i bezpieczeństwo. Gdy dorastamy widzimy, że nie wszystko mogą ogarnąć ramiona naszego ziemskiego ojca. Zwracamy się wtedy do innego Ojca, w ramionach którego, na drodze wiary odnajdujemy pokój i bezpieczeństwo nawet wtedy gdy śmierć staje się naszym udziałem. Do Niego zwracamy się jako do Ojca, a zatem wszyscy jesteśmy braćmi. Ponad to Chrystus każe nam zwracać się do Ojca w łączności z całą wspólnotą. Nie mówimy Ojcze mój, tylko Ojcze nasz. Chleba naszego daj nam, nie mnie. Odpuść nam, Nie wódź nas, itd. Wspólnotowy wymiar modlitwy jest bardzo ważny.

Chrystus zachęca nas abyśmy w modlitwie byli wytrwali, aby całe nasze życie było modlitwą. Niech ilustracją wytrwałej i nieustannej modlitwy będzie poniższa historia. Wnuczka, patrząc na babcię, kurczowo trzymającą się poręczy schodów zapytała ją, czy się dobrze czuje. Na co babcia odpowiedziała piękną nauką o rękach. „Spójrz na moje słabe i pomarszczone ręce, które służą mi już tyle lat. One ratowały mnie przed bolesnymi upadkami, gdy jako dziecko próbowałam chodzić. One wkładały pokarm do moich ust i ubranie na moje plecy. W dzieciństwie moja mama składała je do modlitwy. One obejmowały męża, gdy żegnałam go odchodzącego na wojnę. Były nieporadne, gdy próbowałam trzymać nowonarodzone dziecko. Ozdobione obrączką, ukazywały światu, że jestem mężatką i kocham kogoś wyjątkowego. One pisały listy do męża. Drżały, gdy uczestniczyłam w pogrzebie rodziców a później męża. Czesały moje włosy, myły moje ciało. Dzisiaj, gdy są już za słabe, aby wykonywać niektóre prace, coraz częściej, złożone do modlitwy wznoszą się do Boga. I głęboko wierzę, że te wyciągnięte ręce uchwyci Bóg i zaprowadzi mnie do niebieskiego domu. Posadzi mnie obok siebie, a ja swymi rękami dotknę Jego oblicza” (autor anonimowy).

Całe nasze życie winno być jak złożone do modlitwy ręce. A wtedy wszystko co czynimy staje się modlitwą, która prowadzi nas do Boga, abyśmy w uszczęśliwiającej wizji mogli oglądać Jego oblicze. (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚWIĘTA MONIKA

Ufając słowom Ewangelii możemy mieć pewność, że wytrwała i szczera modlitwa zawsze dociera do Boga. Bóg nie jest obojętny na wołanie swoich dzieci. Owoc modlitwy dostrzegamy nieraz w doczesności, a czasami trzeba czekać wieczności. Dlaczego? Pismo święte mówi, że nasze drogi nie są drogami bożymi. Dorastanie do „dróg bożych” pozwala coraz pełniej dostrzec owoc spełnionej modlitwy. Najpiękniejszym owocem skutecznej modlitwy jest zapewne nawrócenie i wewnętrzna przemiana człowieka. Przykładem tego może być wytrwała modlitwa św. Moniki, która wybłagała nawrócenie swojemu synowi. Dziesiątki lat zanosiła gorące modlitwy do Boga za syna, który przynależał do sekty, prowadził rozwiązły tryb życia, żył z kobietą bez ślubu. Jednak w końcu dożyła chwili, gdy jej syn, Augustyn w 33 roku życia nawrócił i zyskał koronę świętości.

Święta Monika przyszła na świat około 332 roku w Tagaście w północnej Afryce. Dużą rolę w jej wychowaniu odegrali pobożni rodzice oraz piastunka, która kierowała jej pierwszymi krokami, zaprawiając ją w cnotach chrześcijańskich. Jako młoda dziewczyna została wydana za patrycjusza, członka rady miejskiej w Tagaście. Małżonek był poganinem, który obok dobrych przymiotów serca był człowiekiem lekkomyślnym i nadzwyczaj drażliwym. Nie dochowywał wierności małżeńskiej. Szukał coraz to nowych rozrywek i zabaw, z których wracał znużony i odreagowywał się na żonie. Monika, tłumiąc w sobie łzy z wielką cierpliwością znosiła awantury męża. Trwając na modlitwie czekała aż mąż się uspokoi i dopiero wtedy zaczynała z nim rozmowę. Słowa pełne łagodności i mądrości trafiały do męża i tym sposobem Monika przyczyniła się do jego nawrócenia. Mąż uznał swoje błędy, porzucił hulaszczy tryb życia, a w końcu przyjął chrzest i jako przykładny chrześcijanin umarł w roku 371.

Owdowiała Monika miała wtedy 38 lat i była matką dwóch synów i jednej córki. Postanowiła teraz żyć tylko dla swoich dzieci. Ubierała się bardzo skromnie, rzadko opuszczała dom, więcej czasu spędzała na modlitwie w kościele. Najwięcej troski poświęcała 17- letniemu Augustynowi, który był nadzwyczaj zdolnym młodzieńcem, ale krnąbrnym i łatwo ulegającym namiętnościom. Monika wychowała go w wierze chrześcijańskiej, sama też przygotowywała go do chrztu św., który przyjął dość późno, a to z winy ojca, którego naśladował, gdy ten był jeszcze poganinem.

Matczyne serce krwawiło, gdy widziała jak syn porzucił wiarę chrześcijańską i przyłączył się do sekty manichejczyków. A ponadto głosił swoisty panteizm, jakoby wszystkie stworzenia były emanacją bóstwa. Dopełnieniem tych strapień był rozpustny styl życia syna. Na pewien czas związał się kobietą, z która miał dziecko. Monika szukała pomocy u biskupa, aby ten wpłynął na syna. Usłyszała wtedy odpowiedź: „Godzina łaski jeszcze nie nadeszła, ale ty ufaj Bogu i módl się, albowiem niepodobieństwem jest, aby dziecko na zawsze przepadło, za które matka tyle łez wylała!”. Czekanie na „godzinę łaski” Monika wypełniła modlitwą o nawrócenie syna. Stara się być blisko niego. Wbrew jego woli, towarzyszyła mu w wyjazdach. Pojechała za nim do Kartaginy, a gdy zamierzał udać się do Rzymu, wtedy matka oświadczyła, że pojedzie z nim. Augustyn, aby uniknąć jej towarzystwa, skłamał, że statek do Rzymu odpływa następnego dnia, gdy tymczasem odpłynął nocą. Augustyn szczerze żałował później tego, pisząc: „Okłamałem tak dobrą matkę, kiedy ta za mnie łzy lała i modliła się! A czegoż ona żądała? Oto, abyś, Ty, Boże, nie pozwoli mi odjeżdżać. Jej krzyk boleści wzniósł się ku Tobie, gdy nazajutrz zobaczyła statek, który mnie unosił na pełnym morzu, statek, który mnie wiódł do zbawienia”.

Monika dowiedziała się, że Augustyn z Rzymu udał się do Mediolanu, stąd też niezwłocznie wybrała się w uciążliwą podróż do tego miasta. Ucieszyła się ogromnie, gdy przy spotkaniu syna zauważyła jego ogromną przemianę. Później dowiedziała się, że Augustyn spotykał się świętym Ambrożym. Uszczęśliwiona matka dziękowała Bogu za to i prosiła Go, aby syn jeszcze bardziej ukochał Chrystusa, swego Zbawcę. Monika nawiązała kontakt ze św. Ambrożym, u którego szukała pociechy i wsparcia. Jeszcze dwa lata trwała na modlitwie, nim Augustyn w pełni stał się chrześcijaninem. W czasie świąt wielkanocnych w roku 387 Augustyn, ku radości matki przyjął z rąk biskupa Ambrożego chrzest, jak sam mówił w wodzie, którą matka ze swoich ócz przez długi czas wylewała. Po chrzcie, Monika, Augustyn i jego brat Nawigiusz oraz liczne grono przyjaciół udali się w podróż do rodzinnej Tagasty w Afryce.

W Ostii pod Rzymem czekali na najbliższy statek do Afryki. Tam też w czasie jednej z przechadzek Monika usiadła z synem i w blaskach zachodzącego słońca długo rozmawiali o znikomości chwały tego świata i wiecznej szczęśliwości. Monika delikatnie wzięła w swoje dłonie ręce syna i wzruszona powiedziała: „Nic na świecie już mnie nie raduje i nie wiem, czemu tutaj jeszcze żyję, kiedy wszystko się spełniło, do czego wzdychałam tak długo i czego pragnęłam. Jedynym celem życia mego było, mój synu widzieć ciebie chrześcijaninem. I otóż Bóg spełnił moje życzenie, gdyż cię widzę Jego sługą, pogardzającym znikomościami tego świata. Cóż tutaj jeszcze po mnie? Jestem zbyt szczęśliwą, by tu na tym świecie żyć dalej; siałam wśród łez, ale sprzątam żniwo z prawdziwym uszczęśliwieniem”. Po tych słowach, Augustyn, spoglądając przez łzy na ciemniejący horyzont mocno przytulił do siebie uszczęśliwioną matkę.

Kilka dni później Monika w wieku 56 lat zmarła na rękach swoich synów; Augustyna i Nawigiusza. Ciało świętej pochowano w Ostii. Po uroczystościach pogrzebowych Augustyn udał się statkiem do Tagasty, gdzie rozdał swoją majętność ubogim, a sam poświecił się służbie bożej, spędzając wiele czasu na modlitwie, dyskusjach religijnych i studiowaniu Pisma świętego. Augustyn wspominając powrót do rodzinnego miasta zapisał: „Wyjechałem z niej inny, aby powrócić zupełnie innym”. I tylko Bogu jest wiadome, ile w tej przemianie zaważyła wytrwała modlitwa matki.

Papież Marcin V w roku 1430 nakazał uroczyście przenieść relikwie św. Moniki z Ostii do Rzymu i odtąd doznaje wielkiej czci w kościele św. Augustyna. Niech ta modlitwa będzie zakończeniem rozważań o wytrwałości w modlitwie, która w świętej Monice nabrała najcudowniejszego kształtu: „Boże, pocieszycielu zasmuconych, Ty miłosiernie przyjąłeś matczyne łzy świętej Moniki i udzieliłeś łaski nawrócenia jej synowi, Augustynowi, daj nam za wstawiennictwem, obojga opłakiwać nasze grzechy i znaleźć Twoje przebaczenie. Przez Chrystusa Pana naszego” (z książki Wypłynęli na głębię).

 

„DZIEKI MODLITWIE DOSTAJĘ WSZYSTKO”

Tytułowe słowa wypowiedziała znana gwiazda polskiej telewizji Danuta Dunin-Holecka, która po pięciu latach wróciła do głównego wydania „Wiadomości” w Telewizji Polskiej. Takie przekonanie wyrasta z głębokiej wiary, o której mówi na portalu „Idziemy.com.pl”: „Wiara jest dla mnie nieodłącznym elementem każdej sekundy mojego życia. Nie ma momentów, w których odłożyłabym wiarę na bok. Kiedy wchodzę do budynku na Placu Powstańców, pozostawiam za progiem poglądy polityczne. W czasie programu muszę być obiektywna wobec wszystkich gości. Ale z wiarą jest już zupełnie inaczej. Wiara w Boga jest we mnie, w moim sercu. Wierzę przecież nie tylko w niedzielę podczas Mszy Świętej”. Jest to wiara wyniesiona z rodzinnego domu i pogłębiona w prywatnym Liceum Sióstr Nazaretanek. Jest to także wiara testowana przez życie. Ta wiara dyktowała jej te słowa: „Dzięki modlitwie dostaję wszystko. Mówię: Panie Boże Ty wiesz, co jest dla mnie dobre. A ja przyjmuję Twoje propozycje”. Pisze, że wiele razy doświadczała potęgi modlitwy. Jej syn zaraził się w szpitalu gronkowcem złocistym. Lekarze dawali mu nikłe szanse na przeżycie. „Ani na moment się nie załamałam. Wymodliłam jego zdrowie” – powiedziała dziennikarka. Wspomina także inne wydarzenie. Kiedyś rozbolał ją ząb, a wieczorem miała prowadzić „Wiadomości”. Nie znajdując zastępstwa pojechała z opuchniętą twarzą do telewizji. Tak wspomina ten moment: „Ból był nie do zniesienia. Panie Boże, pomóż mi na czas programu. I nagle ból odszedł. Po 'Wiadomościach' wrócił”. Gdy modlitwa zostaje wysłuchana według naszych pragnień i słów, tak łatwo odczuwamy jej skuteczność i potęgę.

O wiele trudniej doświadczyć potęgi naszej modlitwy, gdy spełnia się ona inaczej niż nasze pragnienia. Musimy przejść nieraz trudną i bolesną drogę, aby doświadczyć najgłębszego pokoju spełnionej modlitwy. Doświadczyła tego młoda kobieta, która zachorowała na raka. Patrząc na dzieci i męża w szczerej i gorącej modlitwie prosiła Boga: „Boże błagam Cię, daj mi łaskę uzdrowienia. Tak bardzo jestem potrzebna swoim dzieciom i mężowi”. Nie było godziny, aby ta natarczywa modlitwa nie szturmowała bram nieba. Mijały dni żarliwej modlitwy, a jej ciało coraz bardziej słabło. Rak atakował coraz to nowe organy. Lekarze nie dawali już szansy wyleczenia. A natarczywa modlitwa wracała bolesną łaską uzdrowienia duszy. Młoda kobieta zaakceptowała zbliżającą się śmierć i zaczęła odkrywać piękno i wartość każdej darowanej godziny życia. Odczuła niespotykaną dotąd głębię i moc miłości do męża. To niosło ogromną radość, nawet w cieniu śmierci. Doświadczyła ogromnej łaski zbliżenia się do dzieci, a szczególnie do najstarszej córki, z którą miała najtrudniejsze relacje. Niesamowita bliskość i miłość do dzieci niosły wewnętrzne ukojenie. Mimo postępującej choroby, kobieta zaczyna żyć pełnią życia, której wcześniej nie znała. Ceni sobie każdą chwilę, którą dzieli z kochającą ją rodziną. Odchodzi do wieczności pełna miłości do świata i rodziny, odchodzi otoczona niespotykanym pięknem kochającej rodziny. Gdy na wieki zamknęła oczy na jej twarzy malował się spokój i najbliżsi widzieli nawet uśmiech na jej twarzy, zapewne był to uśmiech do świata, który liturgia pogrzebowa mówi: „gdzie nie będzie już smutku i narzekania”. Jest to także wysłuchana modlitwa, którą w pełni zrozumiemy, gdy będziemy oglądać twarzą w twarz Tego, który w dzisiejszej Ewangelii uczy nas modlitwy Ojcze nasz, w której powtarzamy słowa, pomagające nam zrozumieć sens spełnionej modlitwy: „Bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi”.

W kontekście tak wysłuchanej modlitwy możemy lepiej zrozumieć słowa Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii zachęcające nas do wytrwałej modlitwy: „Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a zostanie wam otworzone. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu zostanie otworzone”. Chrystus dla zobrazowania tej prawdy używa przykładu wziętego z życia: „Jeżeli któregoś z was, ojców, syn poprosi o chleb, czy poda mu kamień? Albo o rybę, czy zamiast ryby poda mu węża? Lub też gdy prosi o jajko, czy poda mu skorpiona? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, to o ileż bardziej Ojciec z nieba udzieli Ducha Świętego tym, którzy Go proszą”. Te słowa Jezus wypowiedział w kontekście modlitwy Ojcze nasz, której nauczył uczniów. Św. Tomasz z Akwinu tak pisał o tej modlitwie: „Modlitwa Pańska jest najdoskonalszą z modlitw. W niej prosimy nie tylko o to, czego możemy słusznie pragnąć, ale także w kolejności, w jakiej należy tego pragnąć. Modlitwa Pańska nie tylko uczy nas prosić, ale także kształtuje wszystkie nasze uczucia”. Jest to modlitwa ważna nie tylko z tego względu, że nauczył nas jej Chrystus, ale że jest także wzorem wszystkich innych naszych modlitw, które kształtują nasze poprawne relacje z Bogiem. Dlatego powinna być odmawiana w duchu głębokiej kontemplacji i skupienia, aby słowa tej modlitwy ogarniały nasz umysł i nasze serca. W rozumieniu tej modlitwy mogą być bardzo pomocne słowa świętych i osób oddanych Bogu.

„Wyrażenie ‘Bóg Ojciec’ nigdy nikomu nie było objawione. Gdy sam Mojżesz zapytał Boga, kim On jest, usłyszał inne imię. Nam to imię zostało objawione w Synu, bo imię to zawiera nowe imię Ojca” /Tertulian/. „Rzeczywiście, Bóg, który nas przeznaczył do przybranego synostwa, upodobnił nas do chwalebnego Ciała Chrystusa. Odtąd więc, jako wszczepieni w Chrystusa, słusznie jesteście nazywani ‘namaszczonymi’” /św. Cyryl Jerozolimski/. „Ojcze nasz jest spojrzeniem na samego Boga, wielkim płomieniem miłości. Dusza roztapia się w nim i pogrąża w świętym miłowaniu oraz ufnie, ze szczególną i pobożną czułością rozmawia z Bogiem jak ze swoim własnym Ojcem” /św. Jan Kasjan/. „Zupełnie słusznie słowa ‘Ojcze nasz, któryś jest w niebie’, rozlegają się z serc sprawiedliwych, w których Bóg mieszka jak w swoim przybytku. Przez to również modlący się będzie pragnął, by mieszkał w nim Ten, którego wzywa” /św. Augustyn/. „Prosimy Boga, by święcił swoje imię, gdyż przez świętość zbawia On i uświęca wszelkie stworzenie. Chodzi o imię, które daje zbawienie upadłemu światu, ale prosimy, by to imię Boże było uświęcone w nas przez nasze życie. Bo jeśli dobrze żyjemy, imię Boże jest błogosławione; ale jeśli źle żyjemy, jest ono znieważane. Modlimy się więc, abyśmy byli godni stać się świętymi, jak święte jest imię naszego Boga” /św. w. Piotr Chryzolog/. „Królestwo Boże może oznaczać samego Chrystusa; Tego, którego pragnąc wzywamy każdego dnia i którego przyjście chcemy przyśpieszyć swoim oczekiwaniem. Jak jest On naszym Zmartwychwstaniem, ponieważ w Nim wszyscy zmartwychwstajemy, tak może On być również Królestwem Bożym, bo w Nim będziemy królować” /św. Cyprian/. „Jednocząc się z Chrystusem, możemy stać się z Nim jednym duchem, a przez to pełnić Jego wolę; w ten sposób będzie ona urzeczywistniać się doskonale zarówno na ziemi, jak i w niebie” /Orygenes/.

„Tym, którzy szukają Królestwa i sprawiedliwości Bożej, przyrzeka On udzielić wszystkiego w nadmiarze. W rzeczywistości wszystko należy do Boga: temu, kto posiada Boga, nie brakuje niczego, jeśli sam należy do Boga” /św. Cyprian/. „Bóg nie przyjmuje ofiary podzielonych braci. Poleca im odejść od ołtarza i pojednać się najpierw ze swoimi braćmi. Najwspanialszą ofiarą dla Boga jest nasz pokój, zgoda, jedność całego wiernego ludu w Ojcu, Synu i Duchu Świętym” /św. Cyprian/. „Bóg nie ma zamiaru zmuszać do dobra, gdyż chce mieć do czynienia z istotami wolnymi. W pewnym sensie kuszenie ma coś z dobra. Nikt – poza Bogiem – nie wie, co nasza dusza otrzymała od Boga, nawet my sami tego nie wiemy. Kuszenie to ukazuje, byśmy w końcu poznali samych siebie i dzięki temu pokazali swoją nędzę oraz składali dziękczynienie za dobra, jakie kuszenie nam ukazało” /Orygenes/. „Pan, który zgładził wasz grzech i przebaczył wasze winy, jest gotowy strzec i chronić was przed zakusami diabła, walczącego z wami, aby nieprzyjaciel – źródło wszelkich przewinień – nie zaskoczył was. Kto powierza się Bogu, nie obawia się Szatana” (św. Ambroży) (Kurier Plus, 2014).

 

CZAS SODOMY I GOMORY

W pierwszym czytaniu na dzisiejszą niedzielę słyszymy słowa Boga skierowane do Abrahama: „Głośno się rozlega skarga na Sodomę i Gomorę, bo występki ich mieszkańców są bardzo ciężkie”. Biblijna Sodoma stała się synonimem siedliska zła wszelkiego rodzaju, a szczególnie w sferze seksualnej, tak że te grzechy nazywa się do dzisiaj grzechami sodomskimi. Abraham z Egiptu przybył do ziemi kananejskiej by podzielić ją pomiędzy siebie i swego bratanka Lota. Sodoma bardzo często była pustoszona przez najazdy Asyryjczyków. Z pomocą przyszedł im Abraham, dzięki czemu mogli cieszyć się pokojem. Po upływie wielu lat mieszkańcy Sodomy stali się zamożni i silni. Tej zamożności towarzyszyła rozpusta i łamanie wszelkich zasad moralnych oraz odrzucenie Boga. Wśród grzechów sodomskich Biblia wskazuje na zoofilię, czyli współżycie ze zwierzętami, kazirodztwo, homoseksualizm, cudzołóstwo, aborcja itd. Bóg postanawia ukarać to miasto. Abraham prosi Boga: „O, nie dopuść do tego, aby zginęli sprawiedliwi z bezbożnymi, aby stało się sprawiedliwemu to samo, co bezbożnemu!” Zaczyna się targować z Bogiem i pyta, czy Bóg ocali miasto, gdy on znajdzie w nim 50 sprawiedliwych. Bóg odpowiada, że tak. Jednak Abraham nie znalazł takiej liczby, nie znalazł także 45, 40. 30, 20, 10. Dalej Abraham nie śmiał już prosić Boga. Na Sodomę spadł ogień, który zniszczył to miasto. Sprawiedliwi, uchodząc z tego miasta nie mogli nawet odwrócić się i spojrzeć na miasto grzechu.

Nie ważne, ile dodano wątków fabularnych do tej prawdziwej historii o ludzkiej nieprawości, o Bożej cierpliwości i karze, a przede wszystkim potędze modlitwy, do której nawiązuje dzisiejsza Ewangelia. Chrystus mówi: „Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a zostanie wam otworzone”. Modlitwa powinna być zanoszona w duchu przyjaźni z Bogiem. Marilyn Adamson na stronie internetowej KażdyStudent.pl pisze: „Kiedy byłam ateistką, miałam dobrą przyjaciółkę, która często się modliła. Co tydzień mówiła mi o sprawach, które powierzała Bogu, i co tydzień widziałam, jak Bóg czyni coś niezwykłego w odpowiedzi na jej modlitwę. Obserwowanie czegoś takiego tydzień po tygodniu jest dla ateisty naprawdę trudne do zniesienia. Po pewnym czasie argument o ‘zbiegu okoliczności’ brzmi zupełnie nieprzekonująco. Dlaczego Bóg odpowiadał na modlitwy mojej przyjaciółki? Najważniejszym powodem była osobistą więź łączącą ją z Bogiem. Moja przyjaciółka chciała za Nim podążać i naprawdę słuchała tego, co On mówi. Głęboko wierzyła w to, że Bóg ma prawo kierować jej życiem, i rzeczywiście tego chciała. Kiedy prosiła Go o różne rzeczy, było to naturalną częścią jej przyjaźni z Bogiem. Czymś normalnym było dla niej przedstawianie Bogu swoich potrzeb, trosk i spraw, którymi żyła w danym momencie. Co więcej, lektura Biblii utwierdziła ją w przekonaniu, że Bóg oczekuje od niej, iż będzie polegać na Nim w ten właśnie sposób”.

Wysłuchana modlitwa staje się ważnym elementem umocnienia naszej wiary. I tu chciałbym wspomnieć naszą wspaniałą sportsmenkę, Zofię Klepacką, mistrzynię świata w windsurfingu, która odważnie wyraziła opinię co myśli o sodomii, za co została bardzo obelżywie potraktowana przez niektóre środowiska. Najpopularniejszy serwis wideo w Polsce YouTube usunął cieszącego się dużą oglądalnością teledysku „Grzechy Sodomskie”, w którym gościnne pojawiła się Zofia Klepacka. Nawet organizacja AK brzydko zachowała się wobec niej: dając i odbierając honorowe członkostwo. Mój tata, który był aktywnym akowcem zapewne przewracał się w grobie patrząc jakie cyrki wyprawiają żyjący jeszcze jego niewydarzeni towarzysze broni. Zofia ma kilka tatuaży. Jeden z nich brzmi: „Ad majorem Dei gloriam” (Na większą chwałę Boga). Mówi o Bogu: „Jestem przekonana, że On kieruje naszym losem.  W dzieciństwie miałam wiele okazji, by zejść na złą drogę. Dużo czasu spędzałam na podwórku. Napatrzyłam się. Na przemoc, pijaństwo, szemrane interesy. Rodzicom niełatwo było utrzymać sześcioro pociech. O własnym pokoju mogłam tylko marzyć. Miałam do dyspozycji trzy metry na antresoli”.

Ważną rolę w jej życiu odgrywa ojciec, który od dzieciństwa jej powtarzał: „Bez Boga niczego nie osiągniesz”. Choroba ojca bardzo mocno wstrząsnęła jej życiem. Znany kardiochirurg, Zbigniewa Religi, który powiedział, że jedynym ratunkiem jest przeszczep, i to nie tylko serca, ale też płuc. Zofia na miesiąc przerwała treningi. Wspierała załamaną mamę i czuwała przy łóżku taty. Regularnie chodziła do kościoła na warszawskim Placu Trzech Krzyży. Klęcząc przed obrazem Jezusa, błagała Go, by nie zabierał jej ojca: „Bez niego nie dam sobie rady”. Wspomina: „Tata miał złe wyniki badań płuc wskazujące na konieczność transplantacji. Jeszcze podłączony do aparatury, zaczął się modlić. W tym momencie wskaźnik zaczął iść do góry! Pielęgniarka powiedziała, że to coś niewiarygodnego. Zdecydowano, że będzie tylko przeszczep serca”. Noc poprzedzającą operację spędziła w kaplicy, błagając Boga: „Panie Boże, nie zabieraj mi taty”. Przez kolejne tygodnie, gdy leżał na OIOM-ie, szturmowała niebo modlitwami, by organ się przyjął.

Sportsmenka mówi z wdzięcznością: „Tata żyje, jest w dobrej formie. Ten cud umocnił mnie w wierze”. Cieszą się razem sportowymi sukcesami. Jest przekonana, że to zawdzięcza tacie i jego cudownemu ocaleniu. Wiara w Boga na ludzi będących w potrzebie. Między innym dała na aukcję brązowy medal, który został wylicytowany za 87 tys. zł na leczenie chorej dziewczynki. Zofia jest szczęśliwą mamą 10-letniego Mariano, który chce zostać piłkarzem, oraz 6-letniej Marysi. Planuje mieć kolejne pociechy: „Pochodzę z dużej rodziny, kocham dzieci i wiem, jakie to wspaniałe. Rodzina zawsze była dla mnie najważniejsza. To jest moja motywacja do ciężkiej pracy i trenowania. Uważam, że jak się wszystko potrafi dobrze ułożyć, to można być i mamą, i zawodniczką na pełnych obrotach”.

Najczęściej takie mamy wyobrażenie wysłuchanej modlitwy. Prosimy o coś konkretnego i otrzymujemy. Jest także modlitwa, która wydaje się być nie wysłuchaną. Nie otrzymujemy tego o co prosimy i równocześnie zapominamy o słowach, które wypowiadamy prawie codziennie w modlitwie Ojcze nasz: „Bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi”. Pytamy nieraz z rozpaczą, jaka jest wola boża w tych trudnych doświadczeniach. Na modlitwę wysłuchaną według woli bożej chcę spojrzeć przez pryzmat doświadczeń matki i ojca, o których wspominałem kilka tygodni temu na łamach Kuriera Plus. W Wielki Czwartego tego roku zmarł ich syn, a tak bardzo błagali o zdrowie dla niego. Ich córka w kartce kondolencyjnej napisała: „Do zobaczenia w niebie kochany braciszku”. Sześć tygodni później zobaczyła swojego braciszka w niebie. Gdy staję wobec takiej tragedii i modlitwy, która została wysłuchana inaczej odnajduję odrobinę jej zrozumienia w słowach: „Do zobaczenia w niebie kochany braciszku”. Kiedyś wszyscy tam się spotkamy i zrozumiemy, że nie ma modlitwy niewysłuchanej, że każda modlitwa dociera do Boga (Kurier Plus, 2019).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *