23 Lip

23 niedziela zwykła Rok C

 

WZBOGACONA MIŁOŚĆ

Wielkie tłumy szły z Jezusem. On zwrócił się i rzekł do nich: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem. Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw, a nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy patrząc na to zaczęliby drwić z niego: »Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć«. Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestu tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju. Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem” (Łk 14,25-33).

Alina była uczennicą liceum medycznego. Wśród swoich koleżanek wyróżniała się nie tylko urodą, ale także aktywnością i doskonałymi ocenami w nauce. Była przy tym dziewczyną głębokiej wiary. Potrafiła duchem apostolskim zarazić swoje koleżanki z klasy. To było powodem nieporozumień z kierownictwem szkoły, które z urzędu miało obowiązek wychowywać młodzież w duchu ateistycznym. Alina, ryzykując wiele, pozostała wierna swym przekonaniom.

Rodzice wiązali z karierą córki wielkie nadzieje. Legły jednak one w gruzach, gdy Alina w ostatniej klasie liceum podjęła stanowczą decyzję wstąpienia do zakonu. Nie pomogły łzy i prośby matki, która nie widziała swojej jedynej córki na drodze zakonnej. Po zdaniu matury Alina przywdziała habit i przybrała nowe imię zakonne Agnieszka. Gdy z czasem rodzice zaczęli akceptować ten wybór, wtedy zostali poddani następnej próbie; siostra Agnieszka zdecydowała się na wyjazd do Afryki i pracę wśród najbardziej potrzebujących. Dzisiaj Siostra Agnieszka, dla swoich afrykańskich podopiecznych jest kimś więcej niż tylko lekarzem, pielęgniarką czy katechetką.

Rok temu spotkałem siostrę Agnieszkę w Polsce. Po kilku latach przyjechała na wakacje, aby podreperować nadszarpnięte zdrowie. Ciężkie warunki życia w buszu afrykańskim, wymagające nieraz zaparcia się samego siebie, szybko wyniszczają, nawet młody organizm. W czasie spotkania siostra Agnieszka z wielkim sentymentem wspominała czasy licealne i swoje modlitewne rozmowy z Jezusem. Przypomniałem jej jedną z tych rozmów. Stała przed tabernakulum i ze łzami w oczach „targowała” się z Chrystusem o jakąś sprawę, przytupując przy tym nogą. Z pewnością Bóg uśmiechając się, wejrzał na tak szczerą modlitwę. Bo była to modlitwa kogoś, kto Go ukochał ponad wszystko. Agnieszka wybierając Jezusa wzięła także krzyż, jaki wiąże się z tym wyborem. Nie unika tego krzyża nawet wtedy, gdy jest on bardzo ciężki. Z powodu słabego zdrowia proponowano jej pozostanie w Europie. „Ja musze wracać do swoich podopiecznych w Afryce, oni potrzebują mojej pomocy, a przez nich o pomoc prosi sam Jezus” – odpowiada siostra Agnieszka. Nie może odmówić Jezusowi, którego postawiła w swoim życiu na pierwszym miejscu.

Mama Agnieszki inaczej patrzy dzisiaj na decyzję córki. Siostra Agnieszka wniosła wiele zmian w życie rodzinne. Niektóre sprawy zostały rozwiązane, wyprostowane. Przybyło pokoju i radości. Przed wyjazdem do Afryki, mama z łzami żegna córkę, ale wie, że prawdziwe szczęście bywa nieraz bardzo trudne.

Jest to jeden z wielu przykładów ukazujących, w jaki sposób słowa Jezusa: “ Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” mogą wcielać się w konkretne życie. Słowo “nienawiść” w tym przypadku nie ma dosłownego znaczenia, jest raczej formą bardzo mocnego podkreślenia prawdy; być uczniem Jezusa to znaczy postawić Go w życiu na pierwszym miejscu. Gdyby ojciec, matka, brat czy siostra postawią nas przed wyborem- oni albo Bóg, wybrać mamy Boga, nawet gdyby to niosło poróżnienie z najbliższymi. Postawienie Boga na pierwszym miejscu nie pomniejsza miłości do naszych najbliższych; wręcz przeciwnie, ubogaca naszą miłość o wymiar boży, o wymiar wieczności.

Wybór Jezusa wiąże się z podjęciem pewnego trudu. „Kto nie dźwiga swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem”. Nie wystarczą słowne deklaracje, wiara musi mieć konkretny wymiar w naszym działaniu, nawet gdyby wiązało się to z wielkim poświęceniem.

Gale Sayers jeden z najlepszych piłkarzy amerykańskich nosił na szyi medal z napisem; „Jestem trzeci”. Pod takim też tytułem ukazała się, niezwykle popularna, jego autobiografia. Gale wyjaśnia w niej między innymi, dlaczego te słowa stały się dla niego tak ważne. To zawołanie było mottem jego trenera, Eastona z Uniwersytetu w Kansas. Pewnego razu Gale widząc ten napis na biurku Eastona zapytał go znaczenie tych słów. Easton odpowiedział: „Bóg jest pierwszy, przyjaciele zajmują drugie miejsce, a ja jestem na trzecim”. Od tego dnia Gale uczynił te słowa filozofią swego życia. W swojej autobiografii Gale napisał: „Staram się żyć według słów wypisanych na medalu. Nie zawsze udaje się to, ale noszenie tego napisu chroni mnie przed odejściem zbyt daleko od tej zasady”.

Bóg, którego postawimy na pierwszy miejscu nie spycha z kręgu miłości naszych najbliższych, lecz pomaga pełniej ich kochać, miłością, która nie błądzi, ponieważ jest oparta na prawdzie absolutnej.

W sumie wezwanie do „nienawiści” jest wezwaniem do jeszcze większej miłości, większej o samego Boga (z książki Ku wolności)

 

DŹWIGANIE KRZYŻA

Któż z ludzi rozezna zamysł Boży albo któż pojmie wolę Pana? Nieśmiałe są myśli śmiertelników i przewidywania nasze zawodne, bo śmiertelne ciało przygniata duszę i ziemski namiot obciąża rozum pełen myśli. Mozolnie odkrywamy rzeczy tej ziemi, z trudem znajdujemy, co mamy pod ręką – a któż wyśledzi to, co jest na niebie? Któż poznał Twój zamysł, gdy nie dałeś Mądrości, nie zesłałeś z wysoka Świętego Ducha swego? I tak ścieżki mieszkańców ziemi stały się proste, a ludzie poznali, co Tobie miłe, i zostali ocaleni przez Mądrość (Mdr 9, 13-18).

Nie tak dawno wróciłem z Polski. Oprócz przeładowanych walizek zabrałem ze sobą wiele obrazów, które zajmują miejsce tylko w mojej pamięci. W Starym Kraju rozpoczęła się już kampania przed wyborami parlamentarnymi. Partie i kandydaci na parlamentarzystów prześcigają się w obietnicach. Przeważnie obiecują sielankową przyszłość wyborcom. A jeden z nich posunął się nawet do stwierdzenia: „Jeśli obiecujemy gruszki na wierzbie, to na pewno one tam wyrosną.” Mimo tak niedorzecznej obietnicy może liczyć na głosy wyborców. Zawsze znajdą się tacy, którzy wbrew zdrowemu rozsądkowi dadzą się uwieść obietnicy łatwego szczęścia. Przebudzenie przychodzi później. Budzą się oni, jak to dziś często się mówi z ręką w nocniku. Wygrał tylko ten, który obiecywał. Człowiek łatwo ulega obietnicy szczęścia, którego osiągnięcie nic nie kosztuje. A przecież w życiu wszystko ma swoją cenę. I tylko świadomość tej ceny daje szansę osiągnięcia zamierzonego celu i prawdziwą satysfakcję z życia.

Pewnego razu do Matki Teresy z Kalkuty przyszli młodzi ludzie, którzy pragnęli przyłączyć się do wspólnoty założonej przez nią. Matka Teresa nie pozostawiła im żadnych wątpliwości, co do drogi, na jaką się decydują. Powiedziała: „Nasza praca jest ciężka. Służymy biednym i bezdomnym dwadzieścia cztery godziny na dobę.” Młodzi ludzie nie zrazili się taką perspektywą. Ochotnie włączyli się w tę służbę. Odnaleźli w niej radość i niezwykle głębokie poczucie sensu swojego życia. Byłoby to prawie niemożliwe bez perspektywy, która kieruje uwagę na Chrystusa. W Nim odkrywamy najważniejsze wartości życia i poznajemy ich cenę. Chrystus powie do tych, którzy chcą iść za Nim. „Kto nie dźwiga swego krzyża, a idzie za Mną , ten nie może być moim uczniem”. Chrystus nie mami złudnymi obietnicami łatwizny życiowej. Ci, którzy są świadomi wartości, jakie obiecuje Chrystus są gotowi zapłacić nawet najwyższą cenę. Pierwsi Jego uczniowie zapłacili taką cenę, cenę życia.

Trudne życiowe doświadczenia, które odbieramy jako ciężki krzyż właściwie przeżyte mogą ubogacić nasze życie wartościami, których na innej drodze nie sposób zdobyć. A przeżywane w łączności z Chrystusem otwierają przed nami podwoje Chrystusowej chwały. Doświadczył tego rosyjski pisarz Fiodor Dostojewski. W wieku 25 lat napisał pierwszą powieść pt. „Biedni ludzie”, która przyniosła mu rozgłos i postawiła go w rzędzie najwybitniejszych pisarzy. W 1849 r. Dostojewski został aresztowany z udział w kółku pietraszewców i skazany na karę śmierci. Tuż przed egzekucją został ułaskawiony, a karę śmierci zamieniono na cztery lata katorgi syberyjskiej i służbę wojskową. Na zesłaniu Dostojewski przeżył duchową przemianę. Dziesięć lat udręki były dla niego okresem wielkiego wzrostu duchowego, mocy i autorytetu. Ilekroć ktoś zadawał mu pytanie, jakim prawem wypowiada się w imieniu ludu i pisze o nim, on podnosił nogawkę spodni i pokazywał blizny, jakie pozostały po więziennych łańcuchach. A tym, którzy okazywali mu współczucie ze względu na cierpienia, jakie przeszedł na zesłaniu, odpowiadał: „Więzienie ocaliło mnie. W więzieniu stałem się całkiem nowym człowiekiem. Syberyjskie i więzienne udręki przemieniły się dla mnie w wielką radość. Tylko tam byłem w stanie prowadzić czyste życie i zakosztować prawdziwego szczęścia. Tam jasno poznałem, kim jestem i tam nauczyłem się rozumieć Chrystusa. To była dobra szkoła. Umacniała moją wiarę i otwarła oczy na miłość tych, którzy w cierpliwości przyjmowali cierpienie.”

Gdyby Dostojewski w swoim cierpieniu rozminął się z Chrystusem zapewne ten czas byłby tylko wspomnieniem bezsensownego cierpienia. Stało się inaczej. Chrystus roztoczył przed Dostojewskim nowe perspektywy. Przemienił katorgę w zysk. Jest to jeden z aspektów ewangelicznego wezwania do zaparcia się samego siebie. Drugi mówi o wyrzeczeniach, jakie wiążą się z wyborem drogi proponowanej przez Chrystusa. Zbawienie, jakie przynosi Chrystus ma swoją cenę. Jest ona wyrażona w słowach: „Jeśli kto przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem”. Nie chodzi tu o nienawiść w sensie psychologicznym, ani też o mniejszą miłość w sensie uczuciowym, ale o inne ułożenie wartości, które wymaga od człowieka ofiary. Chrystus ma być na pierwszym miejscu, nawet przed tak bliskimi naszemu sercu osobami. Ma On być także przed tym wszystkim, co posiadamy: „Tak, więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem”. Może to być odbierane jako krzyż, który jednak trzeba przyjąć, aby znaleźć się w gronie uczniów Chrystusa: „Kto nie dźwiga swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem”.

Przypowieść o budowniczym wieży mówi o konieczności wewnętrznej dyspozycji tych, którzy chcą iść za Chrystusem. Nie wystarczy zachwycić się nauką Mistrza, trzeba być gotowym do konsekwentnego kroczenia tą drogą. Jeśli tego zabraknie uczeń Chrystusa podobny jest do budowniczego wieży, który przeliczył się w swych możliwościach, nie dokończył rozpoczętej budowy i naraził się na śmiech sąsiadów. Taką sytuację może zilustrować polowanie na małpy. W jednym z afrykańskich plemion myśliwi drążą w drzewie dziuplę, do której wkładają ulubione przez małpy orzechy. Małpa chwyta pełną łapą przysmaki, ale łapa pełna orzechów nie mieści się w otworze dziupli. Małpie jednak nie przyjdzie do głowy, aby wypuścić orzechy i uciec przed zbliżającymi się myśliwymi. Płaci swoją wolnością za garść orzechów.

Czasami uczniowie Chrystusa kurczowo trzymają w ręku przemijające wartości, tak, że nie są w stanie pójść za Chrystusem. I tym sposobem omija ich prawdziwa, zbawiająca miłość Chrystusa (z ksiązki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

PRZEZ CIERPIENIE KU MĄDROŚCI

Któż z ludzi rozezna zamysł Boży albo któż pojmie wolę Pana? Nieśmiałe są myśli śmiertelników i przewidywania nasze zawodne, bo śmiertelne ciało przygniata duszę i ziemski przybytek obciąża lotny umysł. Mozolnie odkrywamy rzeczy tej ziemi, z trudem znajdujemy, co mamy pod ręką, a któż wyśledzi to, co jest na niebie? Któż poznał Twój zamysł, gdybyś nie dał Mądrości, nie zesłał z wysoka Świętego Ducha swego? I tak ścieżki mieszkańców ziemi stały się proste, a ludzie poznali, co Tobie przyjemne, a wybawiła ich Mądrość (Mdr 9,13-18b).

Stawiamy sobie w życiu różne cele. Realizacja ich daje poczucie spełnienia i radości. Albert Einstein powiedział: „Kto chce znaleźć w życiu szczęście, powinien związać się z jakimś celem, a nie z ludźmi czy rzeczami”. Ludzie w naszym życiu są ważni, ale mogą zawieść i wtedy stajemy na rozdrożu bez celu, z pustką w sercu. Rzeczy też są ważne, ale nie są w stanie spełnić naszych ostatecznych oczekiwań. Pisarz, trapista, myśliciel Tomasz Merton pisze, że rzeczy materialne mogą człowieka zmylić, oszukać w odnajdywaniu najważniejszego celu życia: „Kiedy dusza popada w nędzę, człowiek wewnętrznie pusty zaczyna rekompensować sobie dojmujący głód egzystencjalny barykadowaniem się w stosach materialnych wytworów. Pozbawiwszy duszę roli busoli, przewodnika wytyczającego drogę wzrostu, zdezorientowany zajmuje się bezkierunkowym zbieractwem. Idzie bezmyślnie za duchem świata”. Nie pomijając ludzi i rzeczy, ostateczny cel odnajdujemy poza nimi. Tu warto posłuchać poety Leopolda Staffa: „Celem życia człowieka jest wędrówka do Boga”.

Mędrzec biblijny, zacytowany na wstępie mówi o trudności odnajdywania celu życia. Nieraz trudno jest odnaleźć zamysł boży w tym skomplikowanym, zapędzonym świecie. Trudno odnaleźć sens zdarzeń, szczególnie tych, które boleśnie nas dotykają. Nasze przewidywania, jak mówi mędrzec są zawodne. Wyśpiewujemy to w jednej z pieśni: „Nasze plany i nadzieje coś niweczy raz po raz. Tylko Boże miłosierdzie nie zawodzi nigdy nas”. Mędrzec przypomina, że ociężałość naszego ciała może stać na przeszkodzie odkrywania celu życia. Ileż to razy żądze naszego ciała zaślepiają nasz umysł i wybieramy doraźne przyjemności i korzyści. „Ziemski przybytek obciąża lotny umysł” – pisze mędrzec. Odnosi się to nie tylko do naszego ciała, ale wszystkiego, co w życiu zachłannie gromadzimy. Ta zachłanność przytłumić nie tylko lotność naszego umysłu, ale i duszę stłamsić.

Biblijny mędrzec poucza nas, że w tym szukaniu nie jesteśmy zdani tylko na samych siebie. Bóg zsyła Mądrość i udziela Świętego Ducha. Naród wybrany bardzo cenił sobie Bożą Mądrość. Świadczą o tym biblijne księgi mądrościowe. Żydowski filozof Filon nazwał mądrość “córką Boga”. Izraelita uczył się od dziecka, że mądrość to skarb, który trzeba przedkładać nad wszystkie inne dobra tego świata. Prawdziwa mądrość pochodzi przecież od Boga. Mądrość Boża zaprasza człowieka do siebie, szukającemu daje się poznać i wskazuje kierunek, chce w człowieku zamieszkać i obdarzać go wielkimi dobrami. Ta mądrość w Chrystusie przybrała konkretny kształt. Papież Benedykt w jednej ze swoich homilii powiedział: „Św. Paweł, zwracając się do Koryntian, pisze o tajemnicy ‘mądrości Bożej’, czyli Bożym planie, który przez długi czas pozostawał w ukryciu i który sam Bóg objawił w historii zbawienia. W pełni czasów owa Mądrość przybrała ludzką twarz, oblicze Jezusa, który — jak mówi Skład Apostolski — ‘począł się z Ducha Świętego, narodził się z Maryi Panny, umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion; zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał, wstąpił na niebiosa, siedzi po prawicy Boga Ojca Wszechmogącego; stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych’. Paradoks chrześcijaństwa polega właśnie na utożsamianiu Mądrości Bożej, czyli odwiecznego „Logosu”, z człowiekiem, Jezusem z Nazaretu i Jego historią. Jedyne wyjaśnienie tego paradoksu zawiera się w słowie ‘Miłość’, które w tym przypadku powinno być pisane naturalnie z dużej litery, gdyż chodzi o Miłość, która nieskończenie przekracza wymiar ludzki i historyczny. Zatem Mądrość, którą przyzywamy dzisiejszego wieczoru, to Syn Boży, druga osoba Trójcy Przenajświętszej”.

A zatem, spotkanie i przyjęcie Chrystusa jest odnalezieniem najgłębszego celu swego życia. A często jest to związane z całkowitą zmianą życia, jak to było w przypadku Tomasza Budzyńskiego, wokalisty ego, malarza i poety. Na łamach magazynu „Miłujcie się” mówi o swoim odnalezieniu Chrystusa, który stał się dla niego mądrością i radością życia. Oto krótkie fragmenty tego świadectwa: „Moi rodzice ochrzcili mnie i zaprowadzili do pierwszej Komunii św., później do bierzmowania. Kiedy byłem nastolatkiem, przyszedł taki moment, że zbuntowałem się i wszystko to odrzuciłem. W szkole średniej przestałem chodzić do kościoła i na religię. Wydawało mi się, że jest to mi niepotrzebne, bo w życiu sam sobie poradzę. Najważniejsza była dla mnie sztuka i muzyka. Pan Bóg mógł być najwyżej tematem obrazów, piosenek czy wierszy, ale nie był to Ktoś, kto jest w moim życiu najważniejszy”. Punktem zwrotnym był zawód miłosny: „Przeżyłem taki zawód miłosny, że prawie zwariowałem z rozpaczy. Zachorowałem na ciężką nerwicę. Przeżywałem takie chwile, jakby się zawalił cały świat. Teraz wiem, że Bóg w życiu człowieka powinien być na pierwszym miejscu, powinien być podstawą życia, a więc tym, od którego wszystko zależy. A ja położyłem moją miłość i nadzieję w młodej dziewczynie i wydawało mi się, że to od niej zależy całe moje życie. Ktoś inny mógłby powiedzieć, że wszystkie swoje nadzieje położył w koncie bankowym, w swoim mężu, w swojej partii politycznej, albo w Ojczyźnie, ale nie w Panu Bogu”.

Olśnienie bożej mądrości dotknęło go na koncercie: „Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia podczas koncertu gramy, gramy, ja ten kawałek śpiewam, i wtedy coś we mnie zaczęto mówić: ‘Jezus Chrystus!’. Nie wiem co to było, wiem, że ten głos, który mi powiedział, co to jest to światło, był tak piękny, że przeżyłem ogromne wzruszenie, przestałem w ogóle śpiewać i stanąłem jak zamurowany. To było niesamowite, cudowne uczucie. Imię Jezusa Chrystusa, sprawiło, że się rozpłakałem jak dziecko, w środku koncertu, kiedy był hałas muzyki, zupełny total, a tu nagle: Jezus Chrystus”. Jezus zajął pierwsze miejsce w jego życiu, wnosząc wewnętrzny pokój, radość, poczucie sensu życia. Artysta niejako wypełnił słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem”.  Nie chodzi tu o nienawiść, która jest przeciwieństwem miłości. To jest semicki sposób wyrażania pewnych treści. Gdy na przykład Pismo święte mówi, że Pan Bóg kochał Jakuba, a Ezawa „miał w nienawiści”, to stwierdza, że jednego ukochał bardziej niż drugiego, bo z nim wiązał swoje konkretne plany. A zatem, gdy Chrystusa postawimy na pierwszym miejscu, wtedy wszystko mądrze poukładamy w naszym życiu, które sięga wieczności.

Wybór Chrystusa związany jest z często z krzyżem. W Ewangelii czytamy: „Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem”. Doświadczył tego wyżej wspomniany artysta. Zmienił nie tylko styl życia, ale także swoją twórczość. W czasie jednego z koncertów zaśpiewał piosenkę o Chrystusie. Tak to wspomina: „Po piosence widzę, że coś tu nie gra, jakaś grupka pojawiła się przed sceną i zaczynają coś pokazywać, padają epitety bardzo dla mnie przykre (…). Tak przecież nigdy moi fani nie reagowali. Byłem przecież zawsze uwielbiany, nigdy mnie coś podobnego nie spotkało. Myślę sobie: dobra, może im przejdzie, gramy dalej, a tu nie, oni stoją i plują. Plwocina jest wszędzie. Atmosfera okropna. Najchętniej człowiek chciałby uciec, zapaść się pod ziemię. Nie odpowiadałem im na te wyzwiska, ale powiedziałem coś takiego: „Człowieku, Jezus Chrystus jest Panem”. (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

BUDOWANIE Z CHRYSTUSEM

Zamierzałem go trzymać przy sobie, aby zamiast ciebie oddawał mi usługi w kajdanach, które noszę dla Ewangelii. Jednakże postanowiłem nie czynić niczego bez twojej zgody, aby dobry twój czyn był nie jakby z musu, ale z dobrej woli. Może bowiem po to oddalił się od ciebie na krótki czas, abyś go odebrał na zawsze, już nie jako niewolnika, lecz więcej niż niewolnika, jako brata umiłowanego. Takim jest on zwłaszcza dla mnie, ileż więcej dla ciebie zarówno w doczesności, jak i w Panu. Jeśli więc się poczuwasz do łączności ze mną, przyjmij go jak mnie (Flm 9 12-17).

W jedenastym wieku, cesarz Henryk III Bawarski zmęczony życiem dworskim i sprawowaniem władzy udał się do miejscowego klasztoru i poprosił opata o przyjęcie do zakonu kontemplacyjnego, gdzie zamierzał spędzić resztę swojego życia. Opat powiedział: „Czy Wasza Wysokość zdaje sobie sprawę, że posłuszeństwo jest jednym, że ślubów zakonnych? Zachowanie tego ślubu nie będzie łatwe, dla kogoś kto sprawował władzę cesarską”. „Zdaję sobie z tego sprawę. Jednak jestem gotów dochować posłuszeństwa tobie, który w imieniu Chrystusa kierujesz tą wspólnotą”- odpowiedział cesarz. „W takim razie- powiedział opat – wróć na twój tron i służ wiernie w miejscu, gdzie Bóg cię postawił”. Cesarz Henryk usłuchał opata. Zasiadając na tronie cesarskim do końca swoich dni uczynił wiele dobrego dla swoich podanych, jak i też Kościoła, którego reformy skutecznie wspierał. Między innym zorganizował w 1046 r. synody w Sutri i Rzymie. Skutecznie zwalczał występujące wśród kleru nadużycia. Wzmocnił papiestwo, pozbawiając rzymskie stronnictwa arystokratyczne wpływu na wybór papieża.

Z powyższej historii widzimy jak ważne jest rozpoznanie swego powołania. Cesarz spotkał mądrego mnicha, przez którego Bóg objawił mu swoją wolę. Boże światło jest potrzebne każdemu z nas w rozpoznaniu powołania, a szczególnie powołania w wymiarze wiecznym. W Księdze Mądrości czytamy: „Mozolnie odkrywamy rzeczy tej ziemi, z trudem znajdujemy, co mamy pod ręką, a któż wyśledzi to, co jest na niebie? Któż poznał Twój zamysł, gdybyś nie dał Mądrości, nie zesłał z wysoka Świętego Ducha swego?” Mozolnie zdobywamy także wiedzę o nas samych, o naszym powołaniu. Nieraz człowiek pomija mądrość z wysoka i w wyborze swojej drogi życiowej kieruje się tylko wyrachowaniem ludzkim, materialnym. I tak mnożą się bezduszni lekarze, sędziowie, kapłani, sfrustrowani pracownicy. Bez radości życia i pasji służenia bliźniemu. Rozpoznanie powołania, to rozpoznanie swych predyspozycji i możliwości. Bez takiego rozpoznania może się powtórzyć historia budowniczego wieży z Ewangelii zacytowanej na wstępie. Rozpoczął budowę, ale na pewnym etapie zabrakło funduszy na jej wykończenie. Naraził się na potrójną stratę; zmarnował zainwestowane pieniądze, utracił dochody jakie mogłaby przynieść dokończona budowla oraz stał się pośmiewiskiem ludzi.

Zdążając tropem ewangelicznej przypowieści dotknijmy życia małżeńskiego. W czasie uroczystości zaślubin często czytamy fragment Ewangelii o budowaniu. Małżeństwo to niezmiernie skomplikowana budowla. Zanim przystąpi się do jej wznoszenia ogromnie ważna jest świadomość posiadanych wartości, które są nieodzowne w stworzeniu szczęśliwej i trwałej rodziny. Niektórzy uważają, że zakochanie wystarczy do podjęcia decyzji o zawarciu małżeństwa. Zazwyczaj tego „budulca” starcza na rok, na dwa. Zakochanie mija, a małżeństwo, które miało trwać do końca życia zostaje jak ewangeliczna niedokończona wieża. Pośród wielu wartości jakie człowiek powinien zdobyć i posiadać nim przystąpi do „budowania” małżeństwa, jest prawdziwa miłość, której może towarzyszyć zakochanie. Święty Paweł w Liście do Koryntian wymienia kilka cech takiej miłości. „Miłość jest cierpliwa, łaskawa, nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą, nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego, nie cieszy się z niesprawiedliwości, wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystko przetrzyma, nigdy nie ustaje”. Jeśli ktoś nie ma takiej miłości musi się liczyć z tym, że rozpocznie, może nawet bardzo hucznie i uroczyście „budowanie” małżeństwa, ale nie dokończy, bo zabraknie mu zasadniczego budulca jakim jest miłość ofiarna, zakotwiczona w Bogu.

Ta miłość w życiu przybiera różne formy. W popularnym czasopiśmie „In Touch” z 18 czerwca 1993 roku zamieszczono dla małżonka takie rady: Bądź cierpliwy (nie popędzaj). Kochaj ją jak kochasz swoje ciało (co znaczy wyręcz ją w niektórych pracach). Doceń jej rolę w rodzinie (czy zostaje ona w domu, czy pracuje poza nim wykonuje najważniejszą pracę na świecie). Módl się za nią, jak nigdy dotąd tego nie robiłeś (ponieważ Bóg słucha naszych modlitw). Zredukuj swoje oczekiwania (nie zawsze musi olśniewająco wyglądać). Zrób dla niej coś niewielkiego (w zamian nic nie oczekując). Ukaż jej, że jest najbardziej kochaną kobietą na świecie (gdy to zrobisz, prawdopodobnie po raz pierwszy w swoim życiu zasłabnie). A przede wszystkim wytrwaj (jesteście związani na całe życie). Bądź zawsze czuły i gotowy do jej wsparcia. Niech nie brakuje słów uznania i pochwały (działa to jak wysokooktanowe paliwo na silnik). Warto także o tym pomyśleć zanim przystąpi się do budowy wspólnoty małżeńskiej.

I tak zbliżamy się do zasadniczego przesłania Ewangelii zacytowanej na wstępie tych rozważań. Bóg powołuje każdego z nas do zbawczej wspólnoty z Nim tu na ziemi i w wieczności. A zatem nasze życie jest jakby budowaniem wieży, która ostatecznie ma sięgnąć nieba. Osiągnięcie tego celu jest możliwe w ścisłej łączności z Chrystusem. Mamy kierować się Jego wskazaniami i za Nim podążać. Gdy tego zabraknie nasza wieża nie sięgnie nieba. Może ją rozpoczniemy, ale nie dokończymy. Chrystus mówi, że zbawienie ma swoją cenę, jest to cena krzyża: „Kto nie dźwiga swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem”. Implikuje to również nasze relacje z najbliższymi, o których Chrystus mówi w dość drastycznych słowach: „Jeśli kto przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem”. Jednak kontekst historyczny i społeczny podpowiada nam, że dzisiaj tego wymagania nie możemy przyjmować dosłownie, ale jako sposób wyrażenia prawdy, że Chrystus w naszym sercu, w porządku miłości ma zajmować pierwsze miejsce. Nawet przed rodziną. A nieraz wbrew rodzinie, gdy dochodzi w niej do naruszenia przykazań bożych. W takiej sytuacji wierność Chrystusowi prowadzi przez chwilową „nienawiść” do prawdziwej i głębokiej miłości.

Podobnie bywa w życiu społecznym. Wierność Chrystusowi nieraz sprowadza na nas nienawiść ze strony bliźnich i staje się krzyżem, który jednak ostatecznie okazuje się znakiem zwycięstwa i zmartwychwstania. Doświadczył tego William Wilberforce, który w roku 1833 został pochowany z wielkim honorami w opactwie Westminster Abbey w Londynie. Inspirowany głęboką wiarą w Chrystusa służył jako polityk prawie 50 lat. W tym czasie gorliwie zabiegał o rozwiązanie wielu problemów społecznych, jak powszechna edukacja czy wolność religijna. Największą sławę przyniosło mu zaangażowanie na rzecz zniesienia niewolnictwa. W tej walce naraził się wielu osobom, z tego powodu wiele też przecierpiał. Jednak wytrwale realizował naukę Chrystusa. Przez osiemnaście lat podnosił w parlamencie problem niewolnictwa. Zwycięstwo przyszło kilka dni przed śmiercią. Parlament uchwalił całkowite zniesienie niewolnictwa na wszystkich brytyjskich terytoriach (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚWIĘTY SZYMON SŁUPNIK STARSZY

Krzyż Chrystusowy możemy odczytać jako symbol ludzkiego utrudzenia i cierpienia. Wobec tej rzeczywistości człowiek przyjmuje różne postawy. Łatwiej jest przyjąć wyrzeczenie, cierpienie, jeśli odnajdujemy ich racjonalne uzasadnienie. Akceptujemy wyrzeczenia, które służą osiągnięciu jakiegoś ziemskiego celu np. zdobycie wykształcenia, wychowanie dzieci. Trudniej przyjąć cierpienie jakie niesie śmiertelna choroba lub inne nieszczęścia, w którym trudno dopatrzeć się sensu. Nie mniej jednak szukamy go i odnajdujemy na różne sposoby. Dopiero jednak w krzyżu Chrystusa i blaskach Jego zmartwychwstania każde cierpienie znajduje dopełnienie i sens. W tej perspektywie można zrozumieć umartwienie i cierpienie, przed którym człowiek nie ucieka, a wręcz przeciwnie, szuka go. Dla ludzi, którym obcy jest duch Chrystusowy może to wyglądać na dziwactwo, lecz dla wierzących staje się źródłem łaski. 

W pierwszych wiekach chrześcijaństwa spotykamy wielu ascetów, którzy przez swoje umartwienia nie tylko zadziwiali świat, ale przede wszystkim wypraszali u Boga łaski nawrócenia i przemiany życia. Do grona tych ascetów należy św. Szymon Słupnik Starszy znany także pod imieniem Symeon. Dobrowolnie podejmował cierpienia, które dla dzisiejszego człowieka nie są do końca zrozumiałe. Jednak owoc jakie one wydawały tłumaczy wszystko. Wysłuchamy zatem historii jego życie, którą pisały autentyczne fakty, jak i też wiara jego naśladowców i czcili.

Św. Szymon Słupnik urodził się około roku 388 w Sis na pograniczu Cylicji i Syrii. Pochodził z rodziny pasterskiej, stąd też w dzieciństwie i wczesnej młodości zajmował się pasterstwem. W wieku trzynastu lat usłyszał w czasie kazania słowa: „Błogosławieni, którzy się smucą , albowiem oni będą pocieszeni. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą”. Szymon do końca nie rozumiał tych słów, dlatego poprosił starca, aby mu je wyjaśnił. Usłyszał wtedy te słowa: „Potrzebna jest modlitwa, pokora, łzy i cierpienie, ale najbardziej w samotności cnota się krzewi”. Po rozważeniu tych słów, Szymon sprzedał majątek odziedziczony po rodzicach a pieniądze rozdał ubogim, poczym zgłosił się do eremitów. W praktykowaniu umartwienia prześcignął swoich współbraci. Eremici spożywali posiłek co trzeci dzień, zaś Szymon postanowił, że będzie posilał się jeden raz w tygodniu. Ponadto opasał się łańcuchem, który głęboko ranił jego ciało. Ropiejące rany wydawały przykry zapach. Przełożony eremu nakazał zatem rozebrać go i wtedy wszyscy zobaczyli poranione ciało. Po wyleczeniu Szymon został usunięty z eremu.

Tułał się przez pewien czas po górach, aż w końcu spuścił się na dno przepaści i tam pozostał chwaląc Boga modlitwą i pieśnią. Przełożony eremu tknięty wyrzutami sumienia kazał odszukać Szymona. Odnaleziono ascetę, wyciągnięto powrozem z przepaści i przyjęto z powrotem do eremu w Teleda. Jednak święty nie został tam długo. Znalazł w górach opustoszały domek i zamieszkał w nim, oddając się surowym pokutom i modlitwie. Postanowił, że w Wielkim Poście, przez czterdzieści dni nic nie będzie jadł ani pił. Poprosił zatem swego spowiednika Bassusa, aby kazał go zamurować na 40 dni bez jedzenia i picia. Jednak Bassus nie chciał tego uczynić, mówiąc: „Mordercą samemu sobie być, to nie żadna cnota, ale owszem grzech śmiertelny”. Poprosił wtedy Szymon, aby dano mu dziesięć bochenków chleba i odpowiednią ilość wody, obiecując, że gdy zajdzie tak potrzeba, skorzysta z tych zapasów. Pustelnik został zamurowany. A po czterdziestu dniach, gdy otwarto celę znaleziono nietknięty chleb i wodę. Zaś osłabiony Szymon po spożyciu posiłku wrócił do normalnego pustelniczego życia. I od tego czasu, każdego roku praktykował takie pokuty w czasie Wielkiego Postu.

W poszukiwaniu sposobów jeszcze większego umartwienia, Szymon zbudował sobie na szczycie góry domek pustelniczy, ale bez dachu, aby nie schodzić na ziemię i myśli swoich od nieba nie odrywać. Już wtedy sława pustelnika był ogromna. Wokół góry gromadziły się tłumy chrześcijan i pogan. Przychodzili, aby słuchać jego nauk, szukać pociechy, prosić o radę, modlitwę i uzdrowienie. Niektórzy chcieli go tylko zobaczyć. Wielu sądziło, że przez dotkniecie świętego pustelnika otrzymają potrzebne im łaski. Byli i tacy, którzy potajemne obcinali kawałek jego lichej szaty, zachowując jako święte relikwie.

Sława utrudniała mu prowadzenie pustelniczego życia jakiego pragnął. Nie miał też wystarczającego czasu na prywatną modlitwę. Dlatego na słupie zbudował platformę, na której zamieszkał. Platforma była tak mała, że nie pozwalała wygodnie położyć się. Na tym słupie przebywał aż do śmierci. Pierwszy słup miał ponad trzy metry. Kilka razy wysokość słupa była podwyższana, także ostatni miał wysokość ponad 10 metrów. Szymon ograniczał spożywanie pokarmów do minimum – raz w tygodniu przyjmował pokaram w postaci soczewicy. Przed deszczem i upalnym słońcem chronił go jedynie płaszcz z kapturem. Noce, poranki i wieczory spędzał na modlitwie, za dnia głosił dwa razy kazania, uzdrawiał chorych, udzielał rad i odpowiadał na stawiane pytania. Co tydzień przyjmował komunię św.

Ta nietypowa forma surowej ascezy i modlitwy ściągała wielu przybyszów. A sława Szymona obiegła cały ówczesny chrześcijański świat. Szymon Słupnik cieszył się wielkim szacunkiem samego cesarza Teodozjusza i cesarzowej Eudocji. Zasięgali oni rady u świętego pustelnika i prosili o modlitwę. Gdy pewnego razu Szymon bardzo poważnie zachorował, cesarz Teodozjusz posłał trzech biskupów, którzy prosili ascetę, aby zgodził się na pomoc lekarzy. Jednak święty odmówił przyjęcia lekarza, jak i też przyjmowania leków. Mawiał, że jego uzdrowicielem jest Bóg i Jemu powierza swoją chorobę i uzdrowienie. I rzeczywiście wkrótce Bóg go uzdrowił. Szymon kazał podwyższać kilka razy słup, na którym mieszkał, aby uchronić się przed ludzkim zgiełkiem, jednak nie odcinał się od swoich braci i wiernych, którzy gromadzili się przy słupie. Współbracia i przybysze mogli skorzystać z drabiny i wspiąć się do świętego, aby zasięgnąć rady duchowej, czy też prosić o zdrowie. Pisał także listy, które zachowały się do czasów współczesnych, w których poucza swoich uczniów i wiernych.

Po trzydziestu sześciu latach zamieszkania na słupie Szymon zmarł w piątek 2 września 495 r. w opinii świętości i powszechnego szacunku. Największe miasta, Antiochia i Konstantynopol zabiegały o relikwie świętego. Zwyciężyła Antiochia. Pogrzeb świętego był prawdziwą manifestacją wiary. Wziął w nim udział patriarcha Antiochii, sześciu biskupów, gubernator cesarski, tłumy mnichów i nieprzeliczone rzesze wiernych. Ciało pustelnika złożono w Antiochii, a niebawem przewieziono w uroczystej procesji do Konstantynopola. Na miejscu, gdzie stał słup wybudowano wspaniałą świątynię, która stała się najbardziej popularnym sanktuarium. Ciągnęli tu liczni pielgrzymi z najodleglejszych zakątków świata. W XVII wieku świątynia została zburzona przez Arabów. Dzisiaj stoi tam ołtarz zbudowany w roku 1936. (z książki Wypłynęli na głębię).

 

CENA NASZEGO POWOŁANIA

Chyba każdy z nas odczuwa w sobie wewnętrzny głos, który podpowiada nam w jaki sposób możemy się w życiu najpełniej zrealizować oraz motywuje nas do wielu wyrzeczeń, aby ten cel osiągnąć. Leonardo da Vinci, nim stał się sławny powiedział: „Pewnego dnia zostanę jednym z największych artystów świata, będę żył wśród królów i przechadzał się z księżniczkami”. I osiągnął to, ale kosztem wielu wyrzeczeń, bez których nawet jego talent byłby zmarnowany. Abraham Lincoln zanim został jednym z najwybitniejszych prezydentów Stanów Zjednoczonych wiele razy musiał zmagać się z różnymi przeciwnościami. Był wyśmiewany i zwalczany za swoje poglądy, ale nigdy się nie poddał. Jeszcze wspomnę Soichiro Hondę, a to nie tylko dlatego, że już 16 lat jeżdżę Hondą, która mnie nigdy nie zawiodła w przeciwieństwie do niektórych ludzi. Honda zaczął od niewielkiego warsztatu, w którym pracował nad zbudowaniem pierścienia tłokowego, zamierzając sprzedać swój pomysł firmie Toyota. Dzień i noc pracował nad zrealizowaniem swojego pomysłu, nawet na cel zastawił biżuterię żony. Pierwsze jego pierścienie zdaniem specjalistów Toyoty nie spełniały standardów. Niektórzy wyśmiewali jego dzieło. Wreszcie jednak udało mu się podpisać kontrakt z Toyotą, jednak nadchodząca wojna nie pozwoliła mu zbudować fabryki. Przestawił się zatem na produkcję cementu, ale wojna zniweczyła i to przedsięwzięcie. Gdy po raz kolejny odbudował fabrykę, zniszczyło ją trzęsienie ziemi. Jednak Honda nie poddawał się. Po wojnie zbudował rower z silnikiem. I takie były początki marki samochodu, który należy do najbardziej popularnych samochodów na świecie.

Oto jeszcze jeden przykład wytrwałości w dążeniu do celu, który jawi się jako wyraźne wołanie Boga. Jest to świadectwo Junjuna  filipińskiego kapłana, który obecnie pracuje w Australii. „O ile pamiętam, byłem w trzeciej klasie, kiedy to zrodziło się we mnie pragnienie zostania kapłanem. Ale nikomu z tego się nie zwierzałem, ani rodzicom, rodzeństwu, czy też kolegom, ponieważ obawiałem się, że ludzie zaczną ze mnie drwić, mówiąc, że nie jestem na tyle zdolny lub też, że jestem za biedny, aby pokryć koszty wykształcenia. Później, gdy już byłem w seminarium moja mama powiedziała mi, że zauważyła pewne moje zachowania zdradzające powołanie kapłańskie, ale ja tego nie pamiętam. Inną przeszkodą było tradycja filipińska, która mówiła, że najstarszy syn powinien zająć miejsce ojca, gdy jego zabraknie i zatroszczyć się o rodzinę. Wprawdzie miałem starsze siostry, ale ja byłem najstarszym synem. Jako najstarszy syn, musiałem przerwać studia, kiedy mój ojciec zachorował i zmarł rok później. Zacząłem pomagać mamie w prowadzeniu gospodarstwa, jak i też podejmowałem inne prace zarobkowe, aby zapewnić rodzinie utrzymanie. Im więcej napotykałem trudności, tym większe było pragnienie zostania kapłanem. Czułem, że Bóg mnie woła. Niektóre z moich sióstr namawiały mnie, ażebym porzucił myśl zostania kapłanem i pozostał w domu, pomagając mamie. Mówiły, że jestem egoistą, że chcę spełnić własne marzenia i ambicje, nie licząc się dobrem rodziny, za którą jestem odpowiedzialny. Odpowiadałem im: „Jeśli Bóg wzywa mnie do kapłaństwa, to na pewno da siłę i mądrość mnie i mojej rodzinie, abym mógł zrealizować swoje powołanie. Jeśli Bóg naprawdę wzywa mnie, to pozwolił nam wszystkim przetrwać bez względu na trudności życiowe”. Z tym przekonaniem wstąpiłem do seminarium duchownego. Jedenaście lat później przyjąłem święcenia kapłańskie. Przez ten czas pokonałem z rodziną wiele przeszkód. Dzisiaj rodzina pogodziła się z tym wszystkim, co więcej razem ze mną czuje radość i satysfakcję, że mogę stanąć przy ołtarzu, mogę pracować na niwie Pańskie. Zrealizowanie tego powołania, celu kosztowało nas wiele wyrzeczeń, ale dziś wiemy warto iść za głosem powołania, który rozbrzmiewa w naszej duszy”.

W Księdze Mądrości czytamy: „Któż z ludzi rozezna zamysł Boży albo któż pojmie wolę Pana? Nieśmiałe są myśli śmiertelników i przewidywania nasze zawodne, bo śmiertelne ciało przygniata duszę i ziemski namiot obciąża rozum pełen myśli”. Każdy z nas w zamyśle bożym ma swoje miejsce na ziemi, ma swoje zadanie do wykonania. W ten zamysł boży wpisuje się nasza wieczność, do której zdążamy ziemskimi drogami. Im bardziej otwieramy się na Boga tym wyraźniej dostrzegamy zamysł boży w naszym życiu, nawet takiej sytuacji, o której chcę teraz napisać. W kościele Narodzenia NMP w Ozone Park, gdzie obecnie pełnię posługę duszpasterską spotkałem Filipińczyka w średnim wieku. Na jego twarzy malował się głęboki spokój. Powiedział, że jest bardzo wdzięczny Bogu za tak liczne dary, jakie od Niego otrzymuję. Pomyślałem- szczęściarz. Ale gdy zacząłem z nim rozmawiać to okazało się, że jest większym szczęściarzem niż myślałem. Powiedział, że zmaga się z nowotworem, stracił także pracę i wylądował na bruku. Jest teraz bezdomnym. Być szczęśliwym w takiej sytuacji i jeszcze dziękować Bogu za dary, chociażby słońce, które każdy z nas dzisiaj ogląda trzeba być naprawdę wielkim człowiekiem, człowiekiem wielkiej wiary i odkryć najważniejsze nasze życiowe powołanie- życie w zbawiającej przyjaźni z Bogiem tu na ziemi i w wieczności. Czasami, jak w powyższym przypadku jest to bardzo trudna droga, o której Chrystus mówi: „Kto nie dźwiga swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem”. Krzyż Chrystusa jaśnieje blaskiem zwycięstwa i zmartwychwstania. Ten blask zmartwychwstania ogarnia także nasz krzyż, gdy dźwigamy go z Chrystusem. Chrystus wskazuje związek naszego krzyża i naszej przyjaźni z Nim: „Tak więc nikt z was, jeśli nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem”. Wiele spraw w naszym życiu jest bardzo ważnych, lecz gdy stają na drodze naszej przyjaźni z Bogiem mamy się ich wyrzec.

Św. Paweł w Liście do Filemona pisze, że głoszenie Ewangelii, kroczenie za Chrystusem związane jest także z utrudzeniem, które przybiera formę prześladowania: „Zamierzałem go trzymać przy sobie, aby zamiast ciebie oddawał mi usługi w kajdanach, które noszę dla Ewangelii”. Okazją do napisania tego listu stała się ucieczka niewolnika imieniem Onezym od jego pana Filemona. Celem ucieczki była chęć dotarcia do Pawła. Onezym przybył do apostoła, który znajdował się wówczas w więzieniu za głoszenie Ewangelii. Z rąk Apostoła Onezym przyjmuje chrzest. Między nimi wywiązała się równocześnie głęboka przyjaźń. Apostoł wstawia się za zbiegiem, któremu według ówczesnego prawa groziła surowa kara. Zwraca się do Filemona, aby przyjął go do domu nie jak zbiegłego niewolnika, lecz jako brata w Chrystusie. Pójście za Chrystusem to także przełamywanie różnych form życia społecznego zniewalającego człowieka, ale nie na drodze krwawych rewolucji, ale miłości. W dzisiejszych czasach niewolnictwo przybiera różne formy i bardzo często nie jest nazywane po imieniu. Są ludzie, którzy dostrzegają to zniewolenie i biorąc swój krzyż pomagają innym odzyskiwać wolność dzieci bożych. Zapewne należy do nich św. brat Albert Chmielowski, o którym św. Jan Paweł II powiedział: „Czy ten, który — idąc za Chrystusem — pomagał ludziom dźwigać się, odzyskiwać ludzką godność i podmiotowość, stawać się współtwórcami wspólnego dobra społeczeństwa — nie jest nam dany jako znak i jako patron tego trudnego przełomu?”(Kurier Plus, 2014).

 

WYBRAĆ NAJWAŻNIEJSZE

Do Polish Assistance w Nowym Jorku dotarł list od Helen z prośbą o wsparcie 90-letniej Marianny. A historię Marianny opowiedziała mi Teresa, jedna z dyrektorek tej organizacji. Marianna przed wielu laty przyjechała do Nowego Jorku. Początki nie były łatwe, ale dzięki samozaparciu, ciężkiej pracy szybko stanęła na nogi. Ciężko pracując nie zapominała o swoje rodzinie w Polsce. Po śmierci syna upoważniła wnuka i wnuczkę do swojego mieszkania w Polsce i Nowym Jorku oraz konta bankowego. Wnukowie skwapliwie skorzystali z tego upoważnienia. Gdy babcia znalazła się w domu opieki społecznej postarali się o dokumenty stwierdzające, że jest ona nie w pełni sprawna umysłowo i na podstawie tego dokumentu zagarnęli majątek i oszczędności babci. Marianna poprosiła Helen, aby przyniosła z jej domu pewne rzeczy. Po przybyciu pod wskazany adres okazało się, że w tym domu mieszka już ktoś inny, rzeczy Marianny mniej wartościowe zostały wyrzucone na śmieci.

Rok temu Marianna miała operację i przez wiele miesięcy była częstym pacjentem szpitala, aż w końcu znalazła się w domu opieki społecznej. W tej trudnej sytuacji znalazła wsparcie Helen, Amerykanki, którą spotkała w kościele. I to ona zwróciła się listownie do Polish Assistance o pomoc. Posłuchamy zatem fragmentów tego listu: „Marianna ma obywatelstwo amerykańskie. Przybyła do USA około 35 lat temu. Ciężko pracowała, sprzątając domy i hotele siedem dni w tygodniu. Co tydzień wysyłała pieniądze i paczki do swojej rodziny w Polsce. Dla siebie zostawiała niewiele. Jej jedyny syn zmarł w ubiegłym roku. Jest ona dobrą, uprzejmą kobietą, którą osobiście znam z naszego kościoła. Po Mszy św. odwoziłam ją do domu, który był dosyć daleko od kościoła. Czasem przynosiłam jej gołąbki, które uwielbia (…). Dom opieki z powodu braku personelu nie może jej zapewnić odpowiedniej opieki ze względu na odleżyny. Dlatego w maju 2019 r. ukończyłam kurs CNA a teraz odbywam staż. Wkrótce zgodnie wymaganiami prawa będę mogła oficjalnie opiekować się Marianną (…). Razem modlimy się codziennie. Marianna przeszła operację w drugim tygodniu sierpnia 2018 r. Mimo słabości fizycznej jest sprawna psychicznie i umysłowo. Była przygnębiona, gdy dowiedziała się, że jej wnukowie pozbyli się wszystkich pamiątek i rzeczy, które gromadziła w swoim domu przez 30 lat (…)  Ostatnio, mieszkający w Polsce wnukowie poinformowali mnie, że sprawa babci ich nie interesuje i nie będą wspierali ją finansowo, mimo że przejęli jej oszczędności. Założyłam stronę GoFundMe i do tej pory zebrałam 325 $. Marianna cierpi fizycznie, ale chyba jeszcze bardziej duchowo z powodu takiego potraktowania przez rodzinę. Jednak się nie załamuje i jak sama mówi wiara w Boga jest dla niej oparciem. Wiem, że ona zasługuje na lepsze traktowanie”.

Gdyby wnukowie Marianny uczestniczyli we Mszy św. i usłyszeliby słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii i potraktowaliby je dosłownie, to mogliby się czuć usprawiedliwieni w swoim nieludzkim postpowaniu wobec babci, a może nawet mieliby poczucie, że są całkiem w porządku. Chrystus mówi o nienawiści: „Jeśli kto przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem”. A oni do babci nie mają nienawiści, tylko zadbali o swoje interesy i swojej rodziny. Zapewne w pierwszej chwili mogą się rodzić pewne pytania i wątpliwości. Czy Jezus naprawdę pragnie, abyśmy odwrócili się naszych rodzin? Czy naprawdę trzeba nienawidzić naszych rodziców, dziadków, aby stać się uczniem Jezusa? Znając nauczanie Jezusa zdajemy sobie sprawę, że takie pytania brzmią absurdalnie. Wartości rodzinne należą do najważniejszych w naszym życiu, co Biblia bardzo często podkreśla. Ojciec Święty Franciszek podczas Mszy św. kanonizacyjnej nazwał św. Jana Pawła II papieżem rodziny, który rzeczywiście otaczał ogromną troską rodziny i zostawił wiele mądrych myśli na ten temat. Oto niektóre z nich: „Pośród tych wielu dróg rodzina jest drogą pierwszą i z wielu względów najważniejszą. A jeśli człowiekowi brakuje rodziny, to jest to zawsze wyłom i brak nad wyraz niepokojący i bolesny, który potem ciąży na całym życiu. Tak więc Kościół ogarnia swą macierzyńską troską wszystkich, którzy znajdują się w takich sytuacjach, ponieważ dobrze wie, że rodzina spełnia funkcję podstawową (…). „Ani na chwilę nie zapominajcie o tym, jak wielką wartością jest rodzina. Dzięki sakramentalnej obecności Chrystusa, dzięki dobrowolnie złożonej przysiędze, w której małżonkowie oddają się sobie wzajemnie, rodzina jest wspólnotą świętą”.

Kapelanem w Notre Dame College w General Santos City przeprowadził ciekawy eksperyment. Poprosił troje studentów; Mae, Marycel i Pai o napisanie na kartce dziesięciu najważniejszych wartości w ich życiu. Po chwili poprosił ich, aby wykreślili z tego spisu trzy z nich. Zostało siedem. Następnie polecił wykreślić trzy kolejne wartości. Zostało cztery. Po pewnym czasie mieli wykreślić kolejne dwie. Studenci na początku wahali się, ale pod naciskiem kapelana wykreślili. Na koniec poprosił ich, aby wykreślili jeszcze jedną wartość, zostawiając najważniejszą. Dla Mae była najważniejsza rodzina, dla Marycel życie a dla Pai był Bóg. Wszystkie te wartości są piękne i ważne, ale którąś z nich trzeba postawić na pierwszym miejscu.

I o tej pierwszej wartości mówi Chrystus w dzisiejszej Ewangelii. A mówi to w taki sposób, że rodzą się wątpliwości, czy aby to Chrystus to powiedział. W programie telewizyjnym Milionerzy padło pytanie warte 500 tys. zł.: „Jeśli kto nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci (…) nie może być moim uczniem. Czyje to słowa?” Uczestnik nie znał poprawnej odpowiedzi. Postanowił skorzystać z koła, czyli podpowiedzi publiczności. Mimo że aż 40% wskazań było dla poprawnej odpowiedzi, mężczyzna nie był przekonany. Wykorzystał kolejne koło i zadzwonił do swojej mamy, ale i ona nie była w stanie mu pomóc. Ostatecznie mężczyzna zrezygnował z dalszej gry. Gdyby zaufał publiczności, miałby 500 tys. zł.

Słowo Jezusa trzeba rozpatrywać w pewnym kontekście. Słowo nienawiść miało specyficzne znaczenie dla semickiego sposobu myślenia. Kiedy Chrystus mówi o nienawiści „ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr”, to nie jest to wezwanie do wrogości. Uczeń Jezusa musi postawić Boga na pierwszym miejscu, musi odsunąć na bok wszystko, co sprzeciwia się wierności Jego słowu. Nienawiść do innych, do najbliższej rodziny, do siebie samego, oznacza nic innego, jak prymat miłości do Boga. I wcale to nie znaczy, że mamy mniej kochać rodzinę. Autentyczna miłość jest zawsze wielka. Miłość Boga postawiona na pierwszym miejscu sprawia, że rodzinę kochamy mocniej i mądrzej. Takiego ustawienia miłości zabrakło wnukom Marianny. Inaczej było z Helen. W kościele odnalazła miłość Boga, którą otoczyła Mariannę, jak prawdziwą rodziną. Pięknie o tym pisał św. Augustyn: „Jeżeli Bóg w życiu jest na pierwszym miejscu, wszystko znajdzie się na właściwym miejscu”. A jemu można wierzyć, bo różne rzeczy stawiał przed miłością Boga i nie zaznał spokoju. A gdy Boga postawił na pierwszym miejscu, wtedy napisał: „Niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu” (Kurier Plus, 2019).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *