11 paź

28 niedziela zwykła Rok C

 

DZIĘKCZYNIENIE.

Stało się, że Jezus zmierzając do Jerozolimy przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei. Gdy wchodził do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami”. Na ich widok rzekł do nich: „Idźcie, pokażcie się kapłanom”. A gdy szli, zostali oczyszczeni. Wtedy jeden z nich widząc, że jest uzdrowiony, wrócił chwaląc Boga donośnym głosem, upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu. A był to Samarytanin. Jezus zaś rzekł: „Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec”. Do niego zaś rzekł: „Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła” (Łk 17,11-19)                                                                                                                                

„Dlaczego meduza nie ma kości”? Jest to tytuł jednej z amerykańskich bajek dla dzieci. Oto wersja tej bajki przedstawiona przez Marka Hłaskę w Listach z Ameryki. Dlaczego…? “Proste: pewnego dnia córka króla oświadczyła, że jest chora. Doktor-ośmiornica po gruntownym zbadaniu królewskiej córy oświadczył, iż potrzebna jest niezbędnie porcja małpiej wątroby. Aby wykonać to zlecenie, wydelegowano meduzę, będącą najlepszym pływakiem. Meduza płynęła przez ocean i nagle zobaczyła tonącą małpę. Zaofiarowała małpie pomoc; małpa wskoczyła na jej grzbiet i w ten sposób ocaliła swe życie. W czasie rozmowy, jaka wywiązała się między rybą a małpą, ryba poprosiła małpę, aby dała jej trochę swojej wątroby, gdyż jest to niezbędne z punktu widzenia zdrowia córy królewskiej. Małpa oświadczyła, iż chętnie to zrobi, ale że zostawiła swoją wątrobę na wyspie; tak, więc ryba z małpą na plecach popłynęła w kierunku wyspy; małpa wyskoczyła na brzeg i wyszedłszy na drzewo powiedziała: A teraz pocałuj mnie w… Ryba popłynęła z powrotem i opowiedziała o swej przygodzie doktorowi- ośmiornicy. Doktor zameldował o tym królowi, który wpadłszy we wściekłość polecił swoim giermkom bić rybę; bili ją tak długo, aż pogruchotali jej wszystkie kości. Oto, dlaczego meduza nie ma kości”. Głównym tematem tej bajki nie jest jednak rozstrzyganie kwestii zoologicznej, ale problem niewdzięczności w życiu ludzkim.

Oto następne, ale tym razem prawdziwe zdarzenie, które przedstawia ten sam problem. Marek jako turysta rozpoczął swe życie w Stanach Zjednoczonych. Po upływie czasu, wyznaczonego przez wizę dołączył do licznego grona nielegalnych emigrantów. I tak jak oni, ciężko pracował i tęsknił za Krajem. Nie szczędził także wysiłku, aby zalegalizować swój pobyt w Ameryce. Wyrzeczenia i pieniądze nie poszły na marne; otrzymał zieloną kartę. Teraz, największą radość sprawiała mu świadomość, że może pojechać do Polski i po wielu latach rozłąki spotkać się z najbliższymi. Kilka miesięcy trwały radosne przygotowania do podróży. Dla każdego z rodziny starał się kupić prezent, przygotował także dla nich koperty z zielonym banknotem. Była to bardzo kosztowna podróż, pochłonęła wiele dni ciężkiej pracy. Ale to nie miało znaczenia w perspektywie spotkania z rodzinnymi stronami. Z przeładowanymi walizkami, Marek leciał do Polski. Wzruszające powitanie na lotnisku w Warszawie i podróż, bliskimi sercu drogami, do domu rodzinnego. Następnego dnia przygotowano przyjęcie dla Marka, na którym zebrała się liczna rodzina. Marek wręczył każdemu jakiś prezent, jak i też wcześniej przygotowaną kopertę. Krewniacy, ukradkiem zajrzeli do kopert. Marek zauważył, że coś tu nie tak. „O co chodzi”? – pyta. Wtedy wstaje najodważniejszy, a może najgłupszy członek rodziny i mówi: „Wujek, za pięćdziesiąt dolarów to nie ma, co z tobą gadać”. Czy można opisać ból, jaki przeszył serce Marka? Rodzinny stół stał się podobny do „małpiego drzewa”.

A teraz już ostatnia, także prawdziwa historia. Andrew zdecydował się na wyjazd, w ramach wakacji, do Afryki, aby tam pracować wśród tubylczej ludności. To, co zobaczył zaszokowało go. Takiej nędzy jeszcze nigdy nie widział. Po tygodniu stał się chory i popadł w depresję. Pewnej nocy siedział przed domem i zadawał sobie pytania: dlaczego ludzie żyją w takiej nędzy? Czyj to jest błąd? Dlaczego Bóg pozwala na to? Nagle dostrzegł jednego z tych biednych tubylców Santosa, który spoglądał w rozgwieżdżone niebo i mówił: „Czy to nie jest wspaniałe”? „Co takiego”? – pyta Andrew. „Czy to nie wspaniałe, że to wszystko dał nam Bóg” – powtórzył Santos, ciągle wpatrując się w niebo. Andrew podniósł głowę do góry i dostrzegł wtedy nieogarnione piękno nocnego nieba. Następnego dnia rankiem poszedł do lasu; zachwycał się zielenią, strumykiem leśnym i jak urzeczony wsłuchiwał się w śpiew ptaków. „Zapamiętałem wtedy, na całe życie to, co powiedział Santos- Czy nie jest to wspaniałe, że Bóg to wszystko nam dał. Nigdy przedtem nie czułem takiej wdzięczności dla Boga za to wszystko. Nigdy przedtem nie czułem tak wielkiej miłości”.

Tak często człowiek doby współczesnej zapomina o tym jak wiele otrzymał od Boga. Jakże często powtarza on: „To wszystko zdobyłem własnymi rękami”. Niejeden raz otrzeźwienie przychodzi wraz z chorobą. Dostrzega wtedy, że najważniejszym skarbem tu na ziemi jest zdrowie i życie, a tego nie zdobył własnymi rękami. A gdy przychodzi odliczanie dni życia widzi wtedy jak wspaniały jest świat, jak piękne są poranki i wieczory, jak cenne jest piękno rozsiane wokół nas; tego także nie zdobył własnymi rękami. Wieczności również nie zdobędzie tylko własnymi rękami. To wszystko jest darem Boga, któremu winni jesteśmy wdzięczność i dziękczynienie.

Nie potrafimy nieraz cieszyć się i dziękować za to, co posiadamy. Wolimy wyliczać to, czego nam brakuje. I żyć przygnębiającą świadomością braków. A wtedy prawdziwa radość i szczęście przechodzą, obok, bo nie potrafimy cieszyć nawet bezcennym darem, jakim jest życie. Wiele dóbr otrzymujemy od Boga za pośrednictwem innych ludzi, a brakuje nieraz zwykłego słowa” dziękuję”. Czy świat, w którym żyjemy nie jest czasami podobny do „małpiego gaju”, gdzie zapomniano o wdzięczności?

Chrystus, ze względu na dobro człowieka wzywa nas do wdzięczności. Wdzięczność kieruje nas i przybliża do Stwórcy, który jest pełnią naszego życia. Wdzięczność chroni człowieka przed pychą ubóstwienia samego siebie i w konsekwencji odrzuceniem Boga, który jest Zbawcą człowieka. Zaś w życiu społecznym wdzięczność przemienia i doskonali relacje międzyludzkie.

Msza św. inaczej Eucharystia znaczy dziękczynienie. A zatem dziękczynienie Bogu za wszystkie Jego dary stało się najdoskonalszą formą modlitwy chrześcijanina. (z książki Ku wolności ).

 

WDZIĘCZNOŚĆ

Wódz syryjski Naaman, który był trędowaty, zanurzył się siedem razy w Jordanie według słowa proroka Elizeusza, a ciało jego na powrót stało się jak ciało małego dziecka i został oczyszczony. Wtedy wrócił do męża Bożego z całym orszakiem, wszedł i stanął przed nim, mówiąc: „Oto przekonałem się, że na całej ziemi nie ma Boga poza Izraelem. A teraz zechciej przyjąć dar wdzięczności od twego sługi”. On zaś odpowiedział: „Na życie Pana, przed którego obliczem stoję, nie wezmę!”. Tamten nalegał na niego, aby przyjął, lecz on odmówił. Wtedy Naaman rzekł: „Jeśli już nie chcesz, to niechże dadzą twemu słudze tyle ziemi, ile para mułów unieść może, ponieważ odtąd twój sługa nie będzie składał ofiary całopalnej ani ofiary krwawej innym bogom, jak tylko Panu” (2 Krl 5,14-17).

Na wstępie tych rozważań chcę wrócić pamięcią do mojej ostatniej rozmowy z moją mamą, która zmagała się z postępującym nowotworem. W niedzielne popołudnie zadzwoniłem do szpitala w Lublinie. Mama z trudem podeszła do telefonu. W czasie rozmowy mówię, że planuję zabrać ją na leczenie do Stanów Zjednoczonych. „Jak ja ci się za to wszystko odwdzięczę” – załamującym się głosem powiedziała mama. „Mama tyle dla nas zrobiła; dla mnie, Heni i Józka, że my do końca naszego życia nie wypłacimy się mamie” – odpowiedziałem. Po tym mama nie mogła już powiedzieć ani jednego słowa. Słyszałem tylko jej szloch. Próbowałem coś mówić, ale bezskutecznie. To była nasza ostatnia rozmowa. Następnego dnia rano usłyszałem w słuchawce słowa: „Szykuj się do drogi, mama zmarła”.

Ta ostania rozmowa uświadomiła mi w całej pełni, jak cennym skarbem dla matki jest wdzięczność dziecka. Tak wiele im zawdzięczamy. Nieraz trudno zrozumieć, dlaczego są matki zapomniane. Dla matek ważna jest wdzięczność, bo wiedzą, że jest ona cechą szlachetnego charakteru. A każda matka chce mieć szlachetne dzieci. Cycerom, rzymski mąż stanu i filozof powiedział: „Wdzięczność nie jest tylko największą cnotą, ale matką wszystkich cnót”. A zatem wdzięczność świadczy o wielkości człowieka. Jest ona konieczna do pełni rozwoju jego osobowości. Wdzięczność wobec drugiego człowieka jest drogą, aby ten dostrzegł w życiu swego największego darczyńcę, Boga i Jemu samemu dziękował. Wdzięczność może być jedną z dróg prowadzących do wiary.

Pewnego razu Dawid dał jałmużnę spotkanemu na ulicy żebrakowi. Był zadowolony i dumny ze swego postępku. Ale po pewnym czasie nad tym samozadowoleniem pojawił się cień. Dawid przypomniał sobie, że żebrak nie podziękował mu za jałmużnę. O tej niewdzięczności żebraka opowiedział później rabinowi. Rabin wysłuchał go cierpliwie i powiedział: „Jak się czułeś, gdy dawałeś jałmużnę?” “Byłem bardzo zadowolony z siebie”. – odpowiada Dawid. „Czy to nie była wystarczająca nagroda dla ciebie?” „Ale ja ciągle jestem zdania, że powinien mi podziękować”. – oponuje Dawid. „Jako pobożny człowiek nie powinieneś pragnąć podziękowania. A ponadto, czy ty podziękowałeś Bogu” – pyta rabin. „Za co” – odpowiada zaskoczony Dawid. „Za to, że Bóg dał ci możliwość, bycia instrumentem Jego miłości okazanej człowiekowi” – padła odpowiedź.

Wódz syryjski Naaman został dotknięty trądem. W tamtych czasach było to równoznaczne z wyrokiem śmierci. Szukając ratunku, przybył do proroka Elizeusza. Ten w imieniu Boga kazał mu zanurzyć się siedem razy w wodach Jordanu. Po spełnieniu tego, Naaman został uzdrowiony. Z wielką wdzięcznością wrócił do proroka, chcąc mu ofiarować cenne dary. Zaś prorok Elizeusz, wzbraniając się ich przyjęcia, powiedział: „Na życie Pana, przed którego obliczem stoję, nie wezmę!” Wtedy Naaman zwrócił się do Elizeusza tymi słowami: “Jeśli już nie chcesz, to niechże dadzą twemu słudze tyle ziemi, ile para mułów unieść może, ponieważ odtąd twój sługa nie będzie składał ofiary całopalnej, ani ofiary krwawej innym bogom, jak tylko Panu”. Taki rodzaj wdzięczności przyjął Elizeusz, bo była to wdzięczność skierowana ku Bogu.

Ewangelia mówi o wdzięczności skierowanej bezpośrednio do Boga, w Jezusie Chrystusie. W drodze do Jerozolimy podbiegło do Jezusa dziesięciu trędowatych, błagając: „Jezusie Mistrzu, ulituj się nad nami.” Jezus ulitował się nad nimi. Zostali uzdrowieni. Ale tylko jeden wrócił, aby podziękować. I to cudzoziemiec. Do niego Chrystus powiedział: „Wstań, idź twoja wiara cię uzdrowiła.” Chodzi tu chyba o inne uzdrowienie niż tylko uzdrowienie fizyczne. Bo przecież i pozostałych dziewięciu zostało uzdrowionych, ale Chrystus nie skierował tych słów do nich. Grzeszność człowieka określano często trądem duszy. I to uzdrowienie w perspektywie wieczności jest ważniejsze aniżeli uzdrowienie fizyczne. I tu sprawdza się powiedzenie Cycerona, że cnota wdzięczności jest matką wszystkich cnót. Wdzięczność trędowatego zaowocowała cnotą wiary, miłości i nadziei pokładanej w Chrystusie. Bez cnoty wdzięczności człowiek może stać się niebezpieczny dla otoczenia, jak i dla siebie samego.

Jeden z moich znajomych opowiadał o swoim szefie, który klepiąc się po kieszeni z portfelem powiedział: „To jest najważniejsze. Sam do tego doszedłem. Nikomu nic nie zawdzięczam. Dzięki temu jestem panem własnego losu. A co mnie obchodzą inni.” Przyjdzie taki czas, że się przekona, że nic sobie nie zawdzięcza, że nawet ostatni oddech będzie mu darowany. Ale czy wtedy nie będzie za późno, aby usłyszeć słowa, jakie Jezus skierował do trędowatego: „Wstań, idź twoja wiara cię uzdrowiła.” Człowiek, który jest świadom, że wszystko zawdzięcza Bogu inaczej traktuje dobra, jakimi go Bóg obdarzył. Jest bardziej otwarty dla swego bliźniego.

Na X Zgromadzeniu Generalnym Synodu Biskupów obradującym w Watykanie, arcybiskup Delhi Vincent Concessao w nawiązaniu do zamachów terrorystycznych powiedział: „Istnieje inny typ terroryzmu ukrytego, o którym mówi się niewiele: jest to terroryzm głodu.” Według materiałów, jakie otrzymali uczestnicy synodu wynika, że każdego roku umiera z głodu na świecie 11 milionów dzieci, 110 milionów nie chodzi do szkoły, 1,3 miliarda ludzi nie ma dostępu do wody pitnej, a prawie połowa ludności świata nie korzysta z odpowiedniej opieki lekarskiej.

Jaki związek mają powyższe dane z wdzięcznością? Zasadniczy. Gdyby ci, którzy decydują o kształcie całego świata, który staje się globalną wioską mieli świadomość, że wszystko, co mają zawdzięczają Bogu inaczej by patrzyli na sąsiada, który, za miedzą umiera z głodu (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

ŚW. DAMIAN DE VEUSTER 

Najmilszy: Pamiętaj na Jezusa Chrystusa, potomka Dawida. On według Ewangelii mojej powstał z martwych. Dla niej znoszę niedolę aż do więzów jak złoczyńca; ale słowo Boże nie uległo skrępowaniu. Dlatego znoszę wszystko przez wzgląd na wybranych, aby i oni dostąpili zbawienia w Chrystusie Jezusie razem z wieczną chwałą. Nauka to zasługująca na wiarę: Jeżeliśmy bowiem z Nim współumarli, wespół z Nim i żyć będziemy. Jeśli trwamy w cierpliwości, wespół z Nim też królować będziemy. Jeśli się będziemy Go zapierali, to i On nas się zaprze. Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego. (2 Tm 2,8-13).

Ewangelie przytaczają wiele cudownych uzdrowień. Są one znakiem potęgi i miłosierdzia Boga oraz uświadamiają nam jak ważna jest wiara. Cuda zawsze dokonują się kontekście wiary. Mówią one nie tylko o uzdrowieniu ciała, ale także duszy, sprawiając, że uzdrowiony kieruje swoją uwagę na Boga. Szczególnie cuda uzdrowienia z trądu są znakami uzdrowienia duszy. Grzech jest często nazywany trądem duszy, chorobą duszy. Chrystus udzielił mocy uzdrawiania swoim uczniom. Ta moc wyciąga rękę do bliźniego, uzdrawiając ciało, częściej jednak duszę. Ręka wyciągnięta w geście miłości do chorego łagodzi ból, niesie nadzieję i radość oraz pomaga nieść z godnością krzyż cierpienia. Takie cuda wyciągniętej ręki możemy dostrzec w życiu Józefa De Veuster, który otrzymał imię zakonne Damian.

Józef przyszedł na świat 3 stycznia 1840 roku w małej wiosce Tremelo w rodzinie zamożnych rolników flamandzkich. Młody Józef wzrastał w atmosferze głęboko religijnej. Udział we Mszy św. i nabożeństwach, wieczorne wspólne modlitwy w domu, czytanie życiorysów świętych było ściśle związane z otwartością na duchowe i materialne potrzeby bliźnich. W rodzinie De Veuster żywa była świadomość obecności Boga i czekającej wieczności. W takiej atmosferze łatwiej odkryć powołanie do stanu zakonnego czy kapłańskiego. Czworo z siedmiorga dzieci rodziny De Veuster wybrało drogę kapłańskiego lub zakonnego życia. Starsza siostra Damiana, Eugenia zmarła na tyfus. Zaraziła się chorobą, gdy opiekowała się chorym dzieckiem. Najmłodsza siostra także zmarła, niosąc pomoc żebrakom podczas epidemii cholery.

Po ukończeniu szkoły podstawowej, Józef został wysłany na naukę do Braine-le-Comte w Walonii. Na Boże Narodzenie w roku 1858 napisał list do rodziców, wspominając o swojej decyzji wstąpienia do zakonu. Najbardziej zaskoczony był ojciec, który widział w Józefie swojego następcę. Jednak osiemnastoletni młodzieniec zdołał przekonać ojca, że w tej decyzji kryje się wola Boża. Rok później Józef wybrał się z ojcem w odwiedziny swego brata Augusta, który przebywał w klasztorze w Louvain. Po rozmowie z bratem, Józef postanowił zostać w klasztorze. 2 lutego 1859 roku młody postulant otrzymał habit i imię Damian, po czym rozpoczął nowicjat. Dwaj rodzeni bracia znaleźli się więc w tym samym klasztorze. Brat Damian okazał się bardzo uzdolnionym młodzieńcem. Nawet swego rodzonego brata zaskakiwał łatwością, z jaką uczył się łaciny. Mając to na uwadze przełożeni zdecydowali posłać go na studia, przygotowujące do przyjęcia kapłaństwa.

7 października 1860 roku brat Damian złożył śluby wieczyste w Paryżu, w kościele Matki Bożej Pokoju, po czym wrócił do Louvain, aby kontynuować studia. W tym czasie jego brat August, który otrzymał imię zakonne Pamphile, przygotowywał się do misyjnego wyjazdu na Hawaje. Jednak z powodu choroby odłożono ten wyjazd. Damian mimo nieukończonych studiów nalegał, aby pozwolono mu wyjechać na miejsce brata. Ojciec generał przychylił się do tej prośby i brat Damian, 9 listopada 1863 roku z małą grupą misjonarzy udał statkiem do Honolulu, gdzie dopłynęli 19 marca 1864 roku. W bardzo krótkim czasie, bo już w maju brat Damian otrzymał święcenia kapłańskie.

Zaraz po święceniach został wysłany na Hawaje. Pozostał tu przez dziewięć lat. Był niezwykle oddany pracy duszpasterskiej i społecznej, szybko też nauczył się języka hawajskiego, dzięki czemu miał bliższy kontakt z wiernymi. Gorliwie głosił Hawajczykom Ewangelię, pomagał budować domy i razem z nim zbudował kilka kapliczek i kościołów. Aż pewnego dnia w 1873 roku wikariusz apostolski poprosił o ochotników, którzy odwiedzaliby co jakiś czas kolonie trędowatych na wyspie Molokai. Ojciec Damian zgłosił się jako pierwszy. Kierowany miłością bliźniego, a zwłaszcza miłością do najbiedniejszych, bez wahania podjął decyzję poświęcenia się biednym trędowatym. Bezzwłocznie przybył do trędowatych na wyspę Molokai. W liście do swoich rodziców wyraził swą radość, że może wreszcie „służyć Panu w jego biednych, chorych dzieciach, odrzuconych przez innych ludzi”.

Na wyspę Molokai zwożono chorych na trąd z całych Hawajów. Przez izolację chorych starano się powstrzymać epidemię tej strasznej, budzącej powszechny lęk, nieuleczalnej choroby. Wkrótce też wydano zarządzenie, że ten, kto znalazł się na Molokai, obojętnie, chory czy zdrowy, musi pozostać na wyspie do końca życia. Chorzy w brutalny sposób oderwani od najbliższych, pozbawieni jakiejkolwiek opieki medycznej, przebywali tu w kompletnej izolacji, w straszliwych warunkach, zdani wyłącznie na siebie i ewentualnie sporadyczną pomoc rodzin. Skąpe dostawy żywności odbywały się raz na miesiąc, a zdarzało się, że w razie sztormowej pogody łodzie z prowiantem zawijały jeszcze rzadziej. Wyspa praktycznie stała się wielką umieralnią, gdzie zdeformowani chorobą ludzie umierali w cierpieniach i opuszczeniu. Tej nędzy materialnej towarzyszyła nędza moralna.

Na początku swej misji Ojciec Damian zamierzał poświęcić się jedynie zbawieniu dusz. Potem doszedł do przekonania, że powinien także uczynić wszystko, aby ulżyć w cierpieniu tym nieszczęśliwym ludziom, podobnie jak czynił Jezus, kiedy żył na ziemi. Podjął więc starania, aby jego podopieczni mieli się w co ubrać i gdzie mieszkać. Leczył ich jak umiał, posiadając zaledwie kilka podstawowych leków. Opiekował się sierotami, otworzył sklep, w którym produkty wydawane były za darmo. W tej pracy musiał pokonywać przeszkody z różnych stron, w tym także ze strony zdemoralizowanych ludzi, jak Clayton Stawn, który przed zarażeniem trądem był posiadaczem i handlarzem niewolników. Na Molokai kradł, niszczył, urządzał orgie. W końcu i jego ojciec Damian pozyskał dla Boga. Nie uzdrowił jego ciała, ale uzdrowił jego duszę.

Przed wyjazdem na wyspę trędowatych biskup powiedział do Ojca Damiana: „Nikogo nie dotykaj”. Apostoł trędowatych nie usłuchał tego plecenia. Chciał być jak najbliżej chorych, mieszkał wśród nich, własnymi rękami ich pielęgnował i stało się to, co było do przewidzenia. W roku 1884, czyli w jedenaście lat po swym przybyciu na Molokai, ojciec Damian zaraził się trądem. Miał wtedy 44 lata. Ojciec Damian dobrze zdawał sobie sprawę, że czeka go wyłączenie z normalnej społeczności ludzkiej i niechybna śmierć. W niedługim czasie prowincjał zakonu zakazał Ojcu Damianowi opuszczania wyspy. Przebywający z nim współbrat odszedł od niego. Ojciec Damian został całkowicie sam ze swoimi chorymi.

Misjonarz trędowatych, zmagając się ze swoją chorobą nadal ofiarnie służył trędowatym. Łagodząc dolegliwości choroby pomagał im odkrywać w nich samych godność dzieci bożych. Tak było aż do śmierci. Ojciec Damian zmarł w Wielki Poniedziałek 15 kwietnia 1889 roku. Miał wtedy 49 lat. Nim odszedł do swego Pana, powiedział: „Jak słodko jest umierać będąc dzieckiem Najświętszych Serc”. To były jego ostatnie słowa.

Ojciec Święty Jan Paweł II w roku 1995 podczas wizyty w Belgii, w ojczyźnie ofiarnego misjonarza zaliczył go do grona błogosławionych.  Zaś papież Benedykt XVI ogłosi 11 października 2009 roku Ojca Damiana świętym (z książki Wypłynęli na głębię).

 

WDZIĘCZNOŚĆ MIARĄ CZŁOWIEKA

Chcąc poznać wartość człowieka przykładamy do niego różne miary. Czytania biblijne na dzisiejszą niedzielę ukazują jedną z nich, i to dosyć istotną. Jest nią wdzięczność. Zapewne wielu z nas zostało boleśnie ugodzonych ludzką niewdzięcznością. Patrząc z perspektywy biblijnej, to nie ten kto został ugodzony, ale niewdzięcznik jest człowiekiem godnym pożałowania. W pierwszym rzędzie kierujemy swoją wdzięczność ku Bogu, bo wszystko co otrzymujemy nawet za pośrednictwem drugiego człowieka w Nim bierze początek. W Księdze mądrości czytamy: „Bo to, czego ogień nie zniszczył, topniało rychło pod ciepłem nikłego promyka słonecznego, by wiedziano, że w dziękowaniu Tobie trzeba wyprzedzać słońce i wobec Ciebie stawać o świtaniu. Nadzieja bowiem niewdzięcznika jak lód zimowy stopnieje i rozpłynie się jak woda nieużyteczna”. Zaś Kleobulos z Lindos na wyspie Rodos, zaliczany do tzw. siedmiu mędrców powiedział: „Niewdzięcznik podobny jest do pękniętego dzbana, z którego nawet najlepszy sok wycieknie”. Każdy z nas ma swój obraz niewdzięcznika, który maluje nasza codzienność. Może wiele pomagałeś rodzinie, znajomym w Polsce, a gdy przestałeś, bo cię nie stać zapomnieli o tym wszystkim, co dla nich zrobiłeś. Może mają teraz pretensje do ciebie. Pomagałeś emigrantom z Polski stawiać pierwsze kroki w Ameryce, a gdy stanęli na nogi i zaczęło im się bardzo dobrze powodzić, znaleźli sobie inne towarzystwo, a o twoją pomoc chcieliby zapomnieć jak najszybciej. Okazałeś komuś serce, a on to wykorzystał i odwrócił się od ciebie. Każdy z nas mógłby namalować wiele podobnych obrazów.

Spójrzmy na obraz, który maluje dzisiejsza Ewangelia.  Gdy Jezus przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei wybiegło naprzeciw niego dziesięciu trędowatych, błagając: „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami”. A Jezus im odpowiedział: „Idźcie, pokażcie się kapłanom”. W czasach Jezusa kapłani mieli prawo oficjalnego stwierdzenia oczyszczenia z trądu. Dopiero wtedy uzdrowiony mógł wrócić do normalnego życia. Pokazanie się kapłanom możemy także odczytać jako wskazanie na Boga, któremu zawdzięczamy wszystko. W drodze trędowaci zostali uzdrowieni. Ale tylko jeden powrócił, aby podziękować Chrystusowi za uzdrowienie. To podziękowanie, jak mówi Chrystus było oddaniem chwały Bogu. Do uzdrowionego Chrystus powiedział: „Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła”. Tylko o tym jednym Chrystus to powiedział, a przecież inni też zostali uzdrowieni. Prawdopodobnie chodzi tu o coś więcej niż uzdrowienie fizyczne. Wdzięczność ma moc uzdrawiania duszy człowieka.  Piękny obraz wdzięczności maluje także zacytowany na wstępie fragment z 2 Księgi Królewskiej. Wódz syryjski Naaman przybył do kraju Izraela, by szukać uzdrowienia z trądu, bo wcześniej dowidział, że w Samarii jest prorok, który może to uczynić. Prorok kazał mu się zanurzyć siedem razy w Jordanie. Gdy wykonał to polecenie trąd ustąpił z jego ciała. Wdzięczny Naaman chciał podziękować Elizeuszowi, ofiarując cenne dary. Na co prorok odpowiedział: „Na życie Pana, przed którego obliczem stoję, nie wezmę!”. Przez tę odmowę Elizeusz skierował uwagę Naaman na Boga, który jest uzdrowicielem. Naman powiedział: „. ponieważ odtąd twój sługa nie będzie składał ofiary całopalnej ani ofiary krwawej innym bogom, jak tylko Panu”.

Na zakończenie przytoczę list, który ukazuje piękną postawę wdzięczności. Wahałem się, czy go zacytować, ale w końcu, będąc szczerym wobec Boga zdecydowałem się przytoczyć ten list, aby ukazać szlachetność ludzi, którzy potrafią tak pięknie i całym sercem okazywać wdzięczność. Ten list został napisany w związku ze zmianami kapłańskimi w parafiach polonijnych minionego lata. Nigdy nie przypuszczałem, że wierni, wśród których pracowałem tak pięknie i wzruszająco mogą okazać swoją wdzięczność. To były listy, słowa, kartki, wiersze, piosenki, kwiaty, łzy, to była modlitwa itd. Tych słów nie chciałem zmarnować i postanowiłem je wykorzystać w książce „Kapłan i jego rodzina”. Wielu kapłanów minionego lata zmieniło parafię i każdy z nich mógłby przytoczyć wiele podobnych listów wdzięczności. Dla nas kapłanów jest to ważne, ale wiemy, że to nie nam trzeba dziękować, tylko Bogu. Cytuje jeden z tych listów napisany przez Małgorzatę Bal- Szybisty z Maspeth.

„No to kto będzie dawał mi ślub?” – zapytała Jagodzia, którą nazywamy Placuszekiem. Na wieść, że ksiądz odchodzi z naszej parafii pytała podobnie jak ja: Dlaczego? To tak jakby ktoś wyrwał nam cząstkę naszej rzeczywistości, członka rodziny. Jagodzia pytała: „Kto o tym zadecydował, nie wierzę, że ks. Ryszard chciał sam od nas tak nagle odejść”. Spłakało mi się dziecko. „Do kogo pójdziemy mamo jak znowu będzie nam źle? Jak odszedł od nas Tato, to tylko ksiądz Rysiu stanął za nami?” – mówiła Jagodzia. Wielu ludzi skorzystało z dobroci księdza. Przebywali z księdzem, wyjeżdżali na pielgrzymki i wycieczki. Nas nie było stać na wyjazdy, ale sama świadomość, że możemy się udać do Holy Cross i chwilę porozmawiać z księdzem i doładować się dobrą energią, to wiele dla nas znaczyło. Będzie nam tutaj, naszej trójce źle bez tej pewności, że ksiądz jest tutaj, i że możemy Cię księże Rysiu posłuchać. Bo czytanie twoich książek i artykułów, to nie jest to samo. Ja z powodu choroby jestem uwiązana w domu i nie mogłam tak często cię widzieć i słyszeć księże Ryszardzie, ale słucham i czytam bardzo uważnie……

Wyrwano Cię nam jak członka rodziny, który musi odejść od nas. Jest to dla nas bardzo smutne. Uwierz mi…gdybyśmy mogły obrzucić Cię kwiatami, byłbyś cały w polskich rumach (które kochamy nade wszystko). Przeżyłam długie życie i nie spotkałam nigdy człowieka tobie podobnego…uwierz mi….a poznałam ich wielu. Chyba nie wiesz do końca jak wyjątkowym jesteś człowiekiem, a może w to nie wierzysz. Jesteś. I płaczemy obydwie z Jagodzią, moim Placuszkiem, że gdzieś tam Brooklyn Cię zagarnie. Mam jednak nadzieję, że w swoim sercu zachowasz tych, z którymi przez 23 lata dzieliłeś smutki i radości. Ale tak żal. Nasze gratulacje z okazji rocznicy święceń kapłańskich i nasze łzy pożegnania. Przepraszam, że przez Internet, ale w mojej sytuacji trudno byłoby inaczej. Proszę pamiętaj o nas zwyczajnych maluczkich, którym pomogłeś przez promieniowanie dobrą energią duchową i fizyczną. Z wielkim szacunkiem chylimy głowy i poddajemy się woli Boskiej, bo tak trzeba, jak mawiał mój tatuś, tak trzeba. Ja osobiście dziękuję za pomoc w wychowaniu mojego z lekka krnąbrnego dziecka Jagodzi i za każde dobre słowo, bo innego nigdy nie usłyszałam, i narzekania również – nigdy. Nasze myśli i modlitwy będą zawsze z Tobą. Zawsze. Mam nadzieje, że Placuszek odnajdzie Cię Księże Ryszardzie, gdy nadejdzie jej czas ślubowania mężczyźnie przed ołtarzem. Bo jak powiedziała: „Tylko ksiądz Ryszard może to zrobić, tylko on”.

Księże Ryszardzie! Po tym jak ochrzciłeś mojego synka w szpitalu św. Jana 15 lat temu…zaczął wracać do zdrowia…a prosiłam Cię o chrzest, bo wszyscy w szpitalu, mówili, że powinnam to zrobić. Zadzwoniłam do księdza i przyjechałeś po 20 minutach i udzieliłeś chrztu Konradkowi. Teraz, 3 października ma on mieć operację usunięcia guza na głowie. Wiem, że Twoja siła modlitwy jest ogromna. Wspomnij o nim w swojej modlitwie. On modli się do Pana Boga codziennie. Inne dzieci w tym wieku się buntują, a my z Jagodzią czasem płaczemy, gdy słyszymy przez drzwi, jak On zawsze głośno odmawia pacierz, i to w polskim języku. Co noc, co wieczór. To jest takie piękne i wzruszające, że aż płaczę. Wspomnij o nim chociaż raz w swoich modlitwach. Bóg zapłać. Małgorzata, Jagodzia i Konradek” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

ZA WSZYSTKO DZIĘKUJCIE BOGU

Na wschodnim wybrzeżu Florydy, w każdy piątek pojawiał się na molo, zagadkowy mężczyzna z dużym koszem krewetek, którymi karmił zgłodniałe mewy. Tak było do jego śmierci w 1973 r.. Zagadkę jego zachowania wyjaśnia wydarzenie z października 1942 roku. Wtedy to kapitan Eddie Rickenbacker, bo o nim mowa, udał się samolotem B-17 do Nowej Gwinei z ważną informacją dla generała Douglasa MacArthura. Niespodziewanie samolot zboczył z trasy, stracił łączność radiową z bazą. W baku dramatycznie ubywało paliwa. Kapitan podjął decyzję wodowania na Pacyfiku. Prawie przez miesiąc Eddie i jego koledzy zmagali się z wodą, burzliwą pogodą i słonecznym żarem. Przez wiele nocy nie zmrużyli oka, obserwując w napięciu rekiny zbliżające się do niewielkich tratew. Największa tratwa miała wymiary dziewięć na pięć stóp, zaś największe rekiny liczyły dziesięć stóp długości. Jednak najgroźniejszym wrogiem był głód i pragnienie. Wkrótce skończyły się skąpe racje żywności. I wtedy zdarzyło się coś, co kapitan uważał za cud. Tego popołudnia prowadził on wspólne modlitwy, które zakończył prośbą o ocalenie. Po czym naciągnął kapelusz na głowę i zastygł w bezruchu. „Nagle coś wylądowało na mojej głowie. Była to mewa. Nikt nic nie mówił. Ale ja spod ronda kapelusza widziałem napięcie na twarzach moich towarzyszy. Byli wpatrzeni w ptaka. Mewa znaczyła dla nas pożywienie… jeśli ją schwycę”- wspominał Rickenbacker. Udało się. Rozbitkowie spożyli jej mięso, a z jelit zrobili wędkę, posłużyły one także jako przynęta dla ryb. Dzięki temu uniknęli głodowej śmierci i ostatecznie szczęśliwie dotarli do lądu. Kapitan Eddie nigdy tego nie zapomniał. W każdy piątek wychodził na molo i karmił mewy. W ten sposób okazywał wdzięczność za ocalenie. (Paul Harvey: “The Old Man and the Gulls”).

Pierwsze czytanie biblijne z dzisiejszej niedzieli mówi o wdzięczności i wskazuje, że cokolwiek otrzymujemy ma ostateczne źródło w samym Bogu, stąd też nasza wdzięczność, nawet gdy ją okazujemy człowiekowi, ostatecznie powinna być kierowana do Boga. Wódz syryjski Naaman chory na nieuleczalny trąd przybył do proroka Elizeusza, błagając o uzdrowienie. Gdy został oczyszczony z trądu, wrócił do bożego męża i chciał złożyć dar wdzięczności, na co prorok odpowiedział: „Na życie Pana, przed którego obliczem stoję, nie wezmę!” Naaman nalegał, lecz prorok nie przyjął daru. Wtedy wódz syryjski powiedział: „Jeśli już nie chcesz, to niechże dadzą twemu słudze tyle ziemi, ile para mułów unieść może, ponieważ odtąd twój sługa nie będzie składał ofiary całopalnej ani ofiary krwawej innym bogom, jak tylko Panu”. Swoją postawą prorok Elizeusz skierował wdzięczność Naamana we właściwym kierunku. Wskazał na Boga, dawcę wszelkiego dobra. Bowiem wszystko co otrzymujemy, otrzymujemy od Boga i Jemu winniśmy wdzięczność, którą wyrażamy przez wiarę i część Jemu oddawaną.

Problem wdzięczności często przewija się na kartach Pisma św. W pierwszym liście do Tesaloniczan św. Paweł pisze: „W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was.” Zaś święty Augustyn poucza nas czym jest wdzięczność: „Jest to pamięć o otrzymanych darach i chęć odpłacenia za te dary”. Nawet wtedy, gdy przeminie dla nas postać tego świata, winniśmy dziękować Bogu Ojcu za miłość, która w Jezusie Chrystusie zstąpiła na ziemię, aby nas zbawić i otworzyć nam bramy życia wiecznego. Anonimowy autor pisze za co winniśmy być wdzięczni: „Za to, że dostaliśmy życie. Za poświęcenie, naukę, pracę. Wdzięczność dla „mistrza”, czy autorytetu. Wdzięczność dla „wroga”, który zmusił nas do postawy twórczej, buntowniczej. Wdzięczność dla nieprzychylnych nam osób, które nie podając nam pomocnej dłoni w chwilach ciężkich zmusili nas do podjęcia działania”.

Z własnego doświadczenia wiem, że dziania ludzi, którzy w jakiś sposób, przez plotkę lub inne zachowania chcieli mi zaszkodzić, w sumie przyczynili się do mojego wewnętrznego umocnienia, mądrzejszego spojrzenia na życie i postawy dziękczynienia za to, że nie muszę poniżać bliźniego, aby siebie samego chociaż trochę wywyższyć. Powtarzamy często: „Co cię nie zabije, to cię umocni”. Jest w tym powiedzeniu wiele prawdy. W łączności z Bogiem nie ma nic takiego, co by nas mogło pokonać, nawet śmierć. A zatem wszelkie przeciwności mogą przyczynić się do naszego rozwoju i za nie też winniśmy dziękować.

Ewangelia mówi o uzdrowieniu przez Chrystusa dziesięciu trędowatych. Tylko jeden z nich i to Samarytanin, pogardzany przez Izraelitów powrócił, aby podziękować Chrystusowi: „Wtedy jeden z nich widząc, że jest uzdrowiony, wrócił chwaląc Boga donośnym głosem, upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu”. A wtedy Chrystus powiedział o pozostałych dziewięciu z wyrzutem: „Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec”. Ponad tysiąc sześćset lat później w objawieniach św. Małgorzaty Alacoque, Jezus wskazując na swoje Serce, powiedział: „Oto Serce, które tak bardzo ludzi ukochało, a które otrzymuje od wielu, nawet od tych szczególnie umiłowanych, tylko oziębłość, obojętność i niewdzięczność”. Od takich ludzi wieje chłód, o którym Szekspir pisał: „Dmij, dmij zimowy wietrze, nie jesteś ty tak okrutny jak ludzka niewdzięczność”. Ludwik Hirszfeld twórca polskiej szkoły oraz nowej dziedziny nauki – mówił, że wdzięczność cechuje ludzi z dobrego kruszcu, którzy chętnie i często wypowiadają słowa „Bóg zapłać” i „dziękuję”. Jakże często, w dzisiejszych czasach spotykamy ludzi z marnego kruszcu.

Współczesny człowiek zadufany w sobie uważa, że wszystko co osiągnął zawdzięcza tylko sobie. Jakże i dzisiaj są aktualne słowa Abrahama Lincolna z Proklamacji Dziękczynienia z roku 1863. „Niebo obdarzyło nas obfitymi darami. Przez te liczne lata cieszyliśmy się pokojem i powodzeniem. Wzrośliśmy w liczebność, bogactwa i potęgę tak jak żaden inny naród. Ale zapomnieliśmy o Bogu. Zapomnieliśmy łaskawe ręce, które zachowały nas w pokoju, pomnożyły naszą liczbę, przysporzyły nam bogactw i uczyniły z nas potęgę. Fałszywie umyśliliśmy sobie w naszych oszukańczych sercach, że te wszystkie błogosławieństwa są owocem naszej wyjątkowej mądrości i naszych zalet. Odurzeni niesamowitymi sukcesami poczuliśmy się samowystarczalni i staliśmy się zbyt zadufani w sobie, dumni, aby czuć potrzebę dziękczynienia Bogu, który nas stworzył. Wydaje mi się zatem słuszne i właściwe, aby wszyscy mieszkańcy Ameryki jednym sercem i jednym głosem uroczyście, z należną czcią i wdzięcznością wyrazili dziękczynienie Bogu. Przeto zapraszam moich współobywateli w każdej części Stanów Zjednoczonych, jak i tych którzy są na morzu, którzy przebywają w obcych krajach, o ustanowienie i obchodzenie w ostatni czwartek listopada dnia dziękczynienia i wychwalania naszego dobrego Ojca, który mieszka w niebie”.

Z pewnością potrzebne są oficjalne święta kościelne i państwowe, które przypominają nam o wdzięczności Bogu, od którego wszystko otrzymujemy. Jednak najważniejsza jest nasza osobista, wewnętrzna postawa wdzięczności wobec Boga. W liście do Rzymian czytamy: „Choć bowiem poznali Boga, to jednak nie oddali Mu chwały jako Bogu i nie złożyli Mu dziękczynienia, lecz w swych pomysłach utracili wszelkie rozeznanie, a ich nierozumne serce znalazło się w ciemnościach”. Wdzięczność wydobywa nas z ciemności i prowadzi do światła, do światła, które nigdy nie gaśnie (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

OBY ZWYCIĘŻYŁO W NAS BOSKIE CZŁOWIECZEŃSTWO

Plucie na przeciwnika wywodzi się z instynktownych zachowań zwierząt. Jest ono wyrazem strachu, obrony i agresji. Nawet takie łagodne zwierzęta jak lamy i wielbłądy mogą nas opluć, jeśli nasze zachowanie odczytają jako atak. Oplucie zaskakuje potencjalnego przeciwnika. I ta chwila zaskoczenia może uratować zwierzę. Będzie to czas do przygotowania ewentualnej obrony lub salwowania się ucieczką. Nie jeden z pielgrzymowiczów udających się ze mną do Ziemi Świętej został opluty przez wielbłąda. Nie było to groźne, ale na pewno nie należało do przyjemnych. Gorzej to wygląda w zetknięciu z kobrą plującą. Do tego gatunku jadowitych węży należy kobra czarnoszyja. Potrafi precyzyjnie pluć na odległość do 2-3 metrów. Mierzy ona zazwyczaj w oczy przeciwnika, czy ofiary, chociaż do polowania nie stosuje tej metody. Jad żmii może doprowadzić do chwilowej, a w przypadku nie przemycia oczu nawet do trwałej ślepoty. To instynktowne zachowanie zwierząt jest czymś normalnych, a nawet koniecznym i nikogo nie dziwi. Inaczej to wygląda w przypadku człowieka, który powodowany zwierzęcym instynktem zachowuje się podobnie. To już jest żenujące.

W ostaniem czasie byliśmy świadkami spektaklu plucia pod Generalnym Konsulatem RP w Nowym Jorku. To widowisko odnotowały nawet media w Polsce. W czasie pobytu Pana Prezydenta RP w Konsulacie, zebrało się kilkanaście osób, które wykrzykiwały obelgi wobec prezydenta, zaś odważniejsi „bohaterowie” tego zajścia pluli na samochód Pana Prezydenta. To opluwanie było ubliżaniem także ponad 80% Polonii Nowego Jorku, ponieważ tyle osób głosowało na Pana Prezydenta. To co zwierzętom przystoi, człowiekowi się nie uchodzi. Człowiek nie może się kierować zwierzęcymi instynktami, bo przecież ma rozum. W przypadku opluwania samochodu, ten osobnik był bardziej bezrozumny niż kobra czarnoszyja. To była nienawiść dla samej nienawiści, agresja dla samej agresji. Bo przecież nikt go nie atakował, jego życie nie było zagrożone. Może nawet pojechać do Polski i czuć się bezpiecznym, po tym co zrobił, nikt nie wsadzi go do więzienia. Plujący dorabiają ideologię do swego haniebnego zachowania. Niby to bronią uciemiężonych w Polsce, których słychać na całym świecie. Bywam często w Polsce, mam tam liczną rodzinę i wiem skąd najczęściej rozlega się kwik krzywdy. Dla ilustracji odwołam się do moich lat dzieciństwa.

Czasami rodzice posyłali mnie do chlewni z wiadrem karmy dla świń. Gdy wchodziłem do chlewni, to świnie omal mnie nie przewróciły, tak się pchały do wiadra. Gdy wlałem zawartość do koryta, zaczynała się walka między nimi. Czasami próbowałem odepchnąć mocniejszą świnię, aby słabsze też coś zjadła. Powstawał wtedy wielki kwik, i nieraz odsunięta świnia stawała się wściekłym psem, z ryjem gotowym do ugryzienia. Sadzę, że w wielu wypadkach sytuację z chlewni można odnieść do kwiku społecznego w Polsce nagłaśnianego przez media. Tylko w tym najgłośniejszym kwiku najczęściej nie chodzi o dobro najbiedniejszy, potrzebujących, bo i tacy są w Polsce i mają oni słuszne prawo domagać się godniejszego życia, Tego co napisałem proszę nie odbierać, jako mojej deklaracji politycznej, tylko jako potępienie zezwierzęcenia w życiu społecznym, które może mieć miejsce w każdej partii politycznej. Człowiek nie może kierować się zwierzęcymi instynktami, bo to prowadzi do degeneracji jednostek i całych społeczeństw.

Naszego powołania nie zrealizujemy na drodze zwierzęcych instynktów, ale na drodze rozumu i światła z nieba, przede wszystkim światła z nieba. W tym czasie, gdy jedni z nienawiścią opluwali samochód, inni ogarnięci światłem z nieba swoimi czynami ukazywali co jest najważniejsze w naszym życiu i zasługuje na nagrodę wieczności. Tego nie zaważyły media w Polsce, bo chamstwo i brutalność mają w mediach chwilowo większą siłę przebicia. Jest to historia, o której pisałem rok temu na łamach Kuriera Plus, zaś w czasie opluwania samochodu i znamienitej większości Polonii metropolii nowojorskiej życie pisało drugą jej część. Przed rokiem, w czerwcu po długim pobycie w szpitalu zmarł bezdomny Andrzej. Zrozpaczona matka nie miała pieniędzy, aby godnie pochować swoje dziecko. Serce jej pękało na samą myśl, że jej syn nie będzie miał pogrzebu jaki by chciała mu urządzić i nie będzie miał własnego grobu. Nie miała na to pieniędzy, a to również dlatego, że wcześniej padła ofiarą włamania. Zrozpaczona matka nie została sama. Znaleźli się ludzie wielkiego serca, którzy przyszli jej z pomocą. Wśród nich była, Teresa, woluntariusza na rzecz bezdomnych, potrzebujących. I to właśnie ona oddała zmarłemu Andrzejowi swój rodzinny grób w Nowym Jorku. Gdy wszyscy byli pod wrażeniem tego czynu, ona zaś mówiła, że to nic nadzwyczajnego, to czyn zwykłej ludzkiej miłości, której Bóg oczekuje od każdego z nas. Z tego też powodu prosiła mnie o zmianę imienia w artykule.

Po śmierci Andrzeja, jego matka Krystyna została sama ze swoją biedą, problemami zdrowotnymi i finansowymi. W tym opuszczeniu znowu pojawili się ludzie wielkiego serca. Wśród nich była jej sąsiadka oraz wolontariuszka Teresa. Wspierały one Krystynę na różne sposoby. Nieraz zostawiały gorącą zupę pod jej drzwiami. Krystyna zmarła 17 sierpnia tego roku. Woluntariusze zajęli się zorganizowaniem pogrzebu. Kosztowało to wiele czasu i pieniędzy. Teresa oddała miejsce w swoim rodzinnym grobie w Calvary Cemetery, gdzie wcześniej spoczął syn Krystyny. Życie matki i syna zatoczyło krąg. Bliskość pierwszych dni ich wspólnego życia, dzięki wspaniałomyślności Teresy zatoczyła krąg i została zwieńczona wspólnym grobem i krzyżem, który przypomina o wieczności, skąd spoglądają matka i syn, wypraszając potrzebne łaski dla ludzi wielkiego serca.

Możemy się domyślać skąd pochodzi impuls, który z nienawiścią opluwa drugiego człowieka. Mamy jednak absolutną pewność skąd pochodzi impuls przynaglający do czynu miłosierdzia, miłości, służby bliźniemu. Po rozmowie z Teresą mam absolutną pewność, że pochodzi on od Boga. Mówią o tym także dzisiejsze czytania mszalne. W Ewangelii czytamy o uzdrowieniu dziesięciu trędowatych: „A gdy szli, zostali oczyszczeni. Wtedy jeden z nich, widząc, że jest uzdrowiony, wrócił, chwaląc Boga donośnym głosem, padł na twarz u Jego nóg i dziękował Mu. A był to Samarytanin. Jezus zaś rzekł: ‘Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Czy się nie znalazł nikt, kto by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec? Do niego zaś rzekł: ‘”Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła’”. Wiara uzdrowiła dziesięciu trędowatych, bo przecież z wiarą wszyscy wołali o uzdrowienie. Ale tylko jeden okazał wdzięczność. Ta wdzięczność przybrała formę dziękczynienia. To dziękczynienie przybiera bardzo często formę służby Chrystusowi w bliźnim. Chrystus mówi, że służba bliźniemu jest służbą Jemu samemu. Tak to rozumie Teresa. Dziękuję Bogu za dobra jakie otrzymuje i w duchu tego dziękczynienia wspiera potrzebujących na wszelkie możliwe sposoby. Jest to droga, na której zwycięża w nas boskie człowieczeństwo.

 Teresa nie oczekuje jakiegoś podziękowania od ludzi, bo wie że wszelkie dobro pochodzi od Boga, a my jesteśmy tylko narzędziami w Jego ręku. Przede wszystkim nasze dziękczynienie winno być kierowane do Boga. Mówi o tym pierwsze czytanie. Przez proroka Elizeusza Bóg uzdrowił z trądu wodza syryjskiego Naamana. Ten zaś z wdzięczności chciał ofiarować bogate dary Elizeuszowi. Na co prorok odpowiedział: „Na życie Pana, przed którego obliczem stoję – nie wezmę!”. Wskazał na Boga, że to On jest uzdrowicielem. To zaowocowało wyznaniem Naamana: „Odtąd twój sługa nie będzie składał ofiary całopalnej ani ofiary krwawej innym bogom, jak tylko Panu”. Źródłem tej mądrości życia jest Chrystus, o którym św. Paweł pisze: „Nauka to godna wiary: Jeżeli bowiem z Nim współumarliśmy, z Nim także żyć będziemy. Jeśli trwamy w cierpliwości, z Nim też królować będziemy” (Kurier Plus, 2014).

 

WDZIĘCZNOŚĆ UZDRAWIA

Rzymski polityk, pisarz i myśliciel Marek Cyceron napisał: „Wdzięczność jest nie tylko największą z cnót, ale także jest ściśle związana z resztą”. Phil Bosmans dodaje: „Żyć to znaczy dziękować za słoneczny blask i miłość, za ciepło i czułość, których jest tak wiele w ludziach i rzeczach”. Troy Amdahl zachęca do wdzięczności w każdej sytuacji naszego życia. „Bądź wdzięczny za trudne chwile. One pozwalają ci się rozwijać. Bądź wdzięczny za swoje ograniczenia, ponieważ one dają ci szansę na poprawę. Bądź wdzięczny za każde nowe wyzwanie, ponieważ ono buduje twoją siłę i charakter. Bądź wdzięczny za swoje błędy. Przekazują Ci cenne lekcje”. Jakże przejmujące i prawdziwe jest wyznanie wspaniałej aktorki, wspaniałego człowieka Anny Przybylskiej, która w wieku 36 lat odeszła do Pana. Zmagając się z chorobą powiedziała: „Dziś inaczej podchodzę do życia. Kiedyś wszystkiego było mi za mało. A teraz za każdy dzień dziękuję Bogu”.

Medycyna twierdzi, że wdzięczność jest źródłem szczęścia i radości. Ludzie wdzięczni są szczęśliwsi, bardziej doceniają to, co posiadają, skuteczniej radzą sobie z problemami i emocjami oraz są radośniejsi. A ponad to cieszą się lepszym zdrowiem i mają lepsze relacje z innymi ludźmi. Na stronach internetowych możemy znaleźć setki podpowiedzi za co winniśmy być wdzięczni. Portal ohme.pl podaje 40. Oto kilka z nich: „Za poranną kawę – bo masz czas choćby na chwilę porannej przyjemności. Za sąsiadkę, która każdego dnia uśmiecha się do ciebie i sprawia, że jakoś ci lepiej na duszy. Za pracę – ważne, że ją masz. Za byłego męża – bo dzięki niemu wiesz, jakich błędów już nie popełniać. Za bycie samym i niezależność z tym związaną. Za przyjaciół – choćby jednego, dzięki nim nasze życie jest lepsze. Za nieprzyjaciół – bo uczą nas, jak radzić sobie w trudnych relacjach i jakim człowiekiem nie chcemy być. Za budzik – bo dzięki niemu nie spóźniliśmy się do pracy. Za wygodne buty, w których wiesz, że możesz przemierzyć kilometry. Za brak cukru w szafce – zawsze kilka kalorii mniej. Za weekendowe wieczory – bo możesz spędzić czas z rodziną lub przyjaciółmi. Za to, że ktoś jest wobec ciebie szczery – bo możesz przyjrzeć się sobie. Za wieczór – bo możesz go spędzić tak, jak chcesz. Za sen – dzięki któremu nabierasz sił na kolejny dzień”. Kontynuując listę w tym duchu okazuje się, że za wszystko winniśmy być wdzięczni.

Ewangelia na dzisiejszą niedzielę ukazuje wdzięczność w jej najpełniejszym wymiarze, który przyjmuje formę chwały Boga. Chrystus uzdrowił 10 trędowatych, ale tylko jeden okazał wdzięczność. Wtedy Jezus powiedział: „Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Czy nie znalazł się nikt, kto by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec?”. Wszelkie dobro, którego doświadczamy na ziemi pochodzi od Boga i w swoim ostatecznym wymiarze przybiera formę zbawczej wieczności. Nawet śmierć, która jawi się jako największe nieszczęście w wiecznej perspektywie staję się bramą prowadząca do zmartwychwstania i życia. A zatem winniśmy Bogu wdzięczność za wszystko, to czego doświadczamy przed śmiercią, a przede wszystkim po śmierci. Dziękować wychwalaniem Bogu jak czynił to św. Franciszek z Asyżu: „Pochwalony bądź Panie mój, ze wszystkimi Twymi stworzeniami, szczególnie z panem bratem słońcem… Pochwalony bądź Panie mój, przez brata księżyc i gwiazdy… Pochwalony bądź Panie mój, przez brata wiatr i przez powietrze, i chmury… Pochwalony bądź Panie mój, przez siostrę wodę… Pochwalony bądź Panie mój, przez brata ogień… Pochwalony bądź Panie mój, przez naszą siostrę śmierć cielesną…”.

Ewangelia na dzisiejszą niedzielę akcentuje niewdzięczność, która swoimi skutkami sięga także wieczności. Niewdzięczność może przebrać najgorszą formę jakim jest narzekanie. Narzekamy na niedoskonały świat. Obwiniamy Boga za nieszczęścia, zło jakie panuje na świecie, za cierpienie itd. Narzekamy na innych ludzi, narzekamy na niedogodności życia itd. O ile wdzięczność nas uskrzydla, o tyle narzekanie degraduje, a nawet jak mówią badania naukowców z Uniwersytetu Stanforda na stałe uszkadza nasz mózg. Naukowcy twierdzą, że nasz mózg automatycznie interpretuje narzekanie jako zagrożenie i uruchamia szereg procesów fizjologicznych, które są nieodzowne w sytuacji niebezpieczeństwa. Gdy jednak nie ma z czym walczyć, działają destrukcyjnie na organizm. Częste narzekanie sprawia, że staje się ono odruchem, nawykiem. Czymś, co spychać będzie na drugi plan pozytywne myślenie. Narzekanie stanie się naszym domyślnym zachowaniem i będzie niszczyć nasz mózg jak trudny do zwalczenia wirus. Oczywiście narzekanie trzeba odróżnić od życzliwej oceny, krytyki, które wypływają ze szczerego zatroskania o dobro człowieka.

Dzień wyborów parlamentarnych w Polsce skłania mnie do ojczyźnianych refleksji w perspektywie dzisiejszej Ewangelii. W czasie moich pobytów w Polsce mam wiele powodów do radości i wdzięczności. Zmiany w ostaniem czasie dla mnie jako Polaka są powodem do zadowolenia. Moja siostra, która ma jedną z najniższą emerytur żyje w miarę dostatnio, Niewielkie gospodarstwo rolne mojego brata pięknieje i na całą głowę bije podobne gospodarstwa w Zachodniej Europie. W „zabitej deskami” rodzinnej wiosce wspaniała droga, chodniki, światłowody, Internet za darmo, kanalizacja, woda, gaz. A jako emeryt korzystam bezpłatnie z środków komunikacji miejskiej. Cała Polska pięknieje. Nawet niechętne Polsce ośrodki badań przyznają, że Polska w nadzwyczajny sposób rozwija się gospodarczo. Dumnie prezentuje się prawdziwą polską historię itd. To co mnie trochę drażni to wolność słowa, która bezkarnie pozwala ubliżać prezydentowi, a rządzących nazywać zbrodniarzami. Dla ludzi, którzy nie mają żadnych hamulców wewnętrznych, dla dobra wspólnego powinny być wprowadzone hamulce zewnętrzne. Widzę także w Polsce pewne niedociągnięcia, ale mimo to mam więcej powodów do satysfakcji niż narzekania.

Dziwi mnie dosyć spora grupa ludzi, którzy nic nie widzą pozytywnego w Polsce, tylko na wszystko narzekają. Facebook aż się pieni od nienawiści i narzekania na polską rzeczywistość. Dla ilustracji przytoczę fragment takiego wpisu, zaznaczając, że ze względu na szacunek da moich Czytelników wybrałem ten najłagodniejszy: „Przeżyłam komunę…jeszcze czegoś takiego w Polsce nie było. Ludzie tak bardzo się nienawidzą, tak bardzo skłóceni i pompowani wzajemną nienawiścią, która wypływa z kk. Politycy niszczą kraj, nie szanują obywateli. Każda sfera życia jest zrujnowana, kwitnie propaganda, która przebiła już Koreę Północną. Nie ma tolerancji, rozwija się faszyzm, rasizm, homofobia, afera goni aferę. Kaczyński i jego gang dzieli i dzieli, wylewa hektolitry toksyn każdego dnia”. „Jeśli zbrodniarze (PiS) wygrają wybory…. nie będzie WOŚP…nie będzie już nic dobrego, zniszczą wszystko…”. Wtórują tym prymitywnym wpisom artyści jak Janda, Sthur, Holland, Pszoniak i inni.

Czytając takie wpisy utwierdzam się w przekonaniu o słuszności wyników badań naukowców z Uniwersytetu Stanforda na temat trwałej destrukcji mózgu (Kurier Plus, 2019).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *