11 Cze

12 niedziela zwykła Rok A

 

„NIE LĘKAJCIE SIĘ”. 

Nie bójcie się tych co zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle. Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież bez woli Ojca waszego żaden z nich nie spadnie na ziemię. U was zaś policzone są nawet wszystkie włosy na głowie. Dlatego nie bójcie się jesteście ważniejsi niż wiele wróbli. Do każdego więc, kto się przyzna do mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie (Mt 10, 28- 33).

Cele, jakie stawiamy przed sobą nadają sens naszemu życiu. Są one różnorakie. Kryterium czasowe spina je wszystkie i umieszcza w konkretnej perspektywie czasowej. W spójnej wizji życia cel, jaki stawiamy sobie w jednym dniu przybliża nas do celu, jaki stoi przed nami w perspektywie miesięcznej, ten z kolei jest stopniem do realizacji celu wyznaczanego latami, zaś lata sumują się na osiągnięcie celu ostatecznego w ramach doczesności. Taką perspektywę planowania ma w zasadzie każdy człowiek. Sprawa wygląda trochę odmiennie, gdy sięgamy wzrokiem dalej, poza granicę śmierci. Znakomita większość jest przekonana, że celem ziemskiego życia, po przekroczeniu progu śmierci jest osiągnięcie szczęśliwej wieczności z Bogiem. W tym przekonaniu utwierdza nas Objawienie Boże zawarte w Biblii. Poprzez to objawienie poznajemy Boga a wraz z Nim nasz ostateczny cel życia, jak i też sposób osiągnięcia go.

Osiągnięcie celu związane jest z wysiłkiem, poświeceniem i odwagą. Jeśli ktoś np. chce zostać lekarzem musi narzucić sobie pewną dyscyplinę, zrezygnować nieraz z wielu przyjemności. Bez tego wysiłku zapewne nigdy nie osiągnie zamierzonego celu. Zdajemy sobie sprawę ile wyrzeczeń, samozaparcia i determinacji kosztuje sportowca zdobycie medalu. Podobnie jest z celem ostatecznym człowieka. Osiągnięcie go wymaga wyrzeczenia, wysiłku i odwagi. Na tej drodze niebezpieczne są przeciwności, które godzą w naszą duszę. Chrystus przypomina nam: „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą”. Z historii znamy wielu męczenników, którzy w mękach, oddając życie odnosili zwycięstwo w perspektywie celu ostatecznego. Chrystus zapewnia nas o bożej opiece, dlatego nie lękajmy się, gdy przyjdą prześladowania, trudności. „Czyż nie sprzedaje się dwóch wróbli za asa. A przecież żaden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię. U was nawet włosy na głowie są policzone. Dlatego nie bójcie się; jesteście ważniejsi niż wiele wróbli”.

Nie wystarczy jednak poprzestanie na własnej doskonałości. Chrystus wzywa nas, abyśmy dając świadectwo pociągali innych do Boga, który jest naszym ostatecznym celem. „Do każdego, więc, który przyzna się do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie”. Dawanie świadectwa słowem i czynem prawdzie Chrystusowej wymaga odwagi. Stąd też słowa otuchy: „nie lękajcie się”, jakie kieruje Jezus do swoich uczniów.

Rzecz działa się w niedzielny poranek w Ameryce Południowej. Do małego kościoła na pograniczu Wenezueli i Kolumbii, w czasie sprawowania Mszy św. wtargnęli uzbrojeni partyzanci. Wszyscy zgromadzeni z przerażeniem patrzyli na lufy karabinów skierowane w ich kierunku. Jeden z partyzantów wypchnął kapłana na zewnątrz na rozstrzelanie. Po czym dowódca powiedział: „Ktokolwiek wierzy jeszcze w tego Boga niech wystąpi”. Nastąpiła przerażająca długa cisza. W końcu wystąpił jeden z wiernych i powiedział prosto: „Ja kocham Jezusa”. Żołnierze chwycili go brutalnie i wyrzucili z kościoła. Po nim wystąpiło kilku wiernych, którzy przyznali się do Chrystusa. Zostali oni także brutalnie wyrzuceni z kościoła. Następnie dały się słyszeć na zewnątrz strzały maszynowej broni. Nikt więcej ze zgromadzonych w kościele nie odważył się przyznać do Chrystusa. Grobową ciszę w kościele przerwał głos szefa partyzantów: „Nie macie prawa zostać tutaj”. Następnie wyrzucił ich z kościoła. Wyrzuceni ogromnie się zdziwili, gdy na zewnątrz ujrzeli stojącego księdza wraz grupką wiernych, którzy przyznali się do Chrystusa. Dowódca partyzantów rozkazał powrócić kapłanowi i wiernym, którzy wyznali Chrystusa, aby kontynuowali przerwaną Mszę św. w kościele. A pozostałym z pogardą wydał rozkaz: „Stójcie na zewnątrz do czasu, aż będziecie mieć odwagę wyznać swoją wiarę”. Po czym partyzanci znikli w dżungli. Historia ta świetnie ilustruje słowa Chrystusa: „Lecz kto się mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie”.

Odwaga wyznania wiary jest bardziej zależna od wewnętrznej siły duchowej, niż zewnętrznych uwarunkowań. Świetnie ilustruje to przypowieść o myszy. Była sobie mysz, którą paraliżował strach przed kotem. Czarnoksiężnik ulitował się nad nią i zamienił ją w kota. Kiedy stała się kotem bała się psa. Czarnoksiężnik zamienił ją w panterę. Teraz, paraliżował ją lęk prze myśliwym. W tej sytuacji zdegustowany czarnoksiężnik zamienił ją z powrotem w mysz, mówiąc: „Nic nie mogę dla ciebie zrobić, nie ma dla ciebie żadnej pomocy, ponieważ masz serce myszy”.

W jednej z piosenek prosimy Boga moc wyznawania wiary słowami: „serce mocne nam daj”. Odwagę tę otrzymujemy wraz z autentycznym przyjęciem Boga, który zapewnia nas, że jesteśmy w rękach Jego Opatrzności. Ta odwaga jest konieczna do osiągnięciu ostatecznego celu życia, jaki stawia przed nami Bóg (z książki Ku wolności).

 

W BOGU RATUNEK

Wszyscy zaprzyjaźnieni ze mną wypatrują mojego upadku: „Może da się zwieść, tak że go zwyciężymy i wywrzemy swą pomstę na nim!” Ale Pan jest przy mnie jako potężny mocarz; dlatego moi prześladowcy ustaną i nie zwyciężą. Będą bardzo zawstydzeni swoją porażką, okryci wieczną i niezapomnianą hańbą. Panie Zastępów, Ty, który doświadczasz sprawiedliwego, patrzysz na nerki i serce, dozwól, bym zobaczył Twoją pomstę nad nimi! Tobie bowiem powierzyłem swą sprawę. Śpiewajcie Panu, wysławiajcie Pana! Uratował bowiem życie ubogiego z ręki złoczyńców” (Jr 20,11–13).

W procesie sądowym ważna rolę odgrywają świadkowie. Przyjmuje się, że zeznanie co najmniej dwóch świadków zasługuje na wiarę. Jeden świadek może się mylić, celowo kłamać. Świadek ma powiedzieć, co widział, co słyszał, co wie o danej sprawie. Rola świadka w sądzie jest czasami niewdzięczna i niebezpieczna. Znamy to z życia publicznego w Polsce. Coraz słyszymy jak to ważny świadek, w jakieś ważnej aferze, w bardzo dobrze strzeżonym więzieniu „popełnił” samobójstwo. A w rzeczywistości, najczęściej jest to zabójstwo. Uczciwy świadek narażając swoje życie może uratować życie innym niewinnym ludziom, może pomóc w unieszkodliwieniu groźnych przestępów i uzdrowienia społeczeństwa od wielu mafijnych działań grup przestępczych. Oczywiście mogą być fałszywi świadkowie, którzy fałszywie zeznają za pieniądze, ze strachu. Jak mówi Ewangelia w innym kontekście, są to ludzie, którym lepiej byłoby młyński kamień uwiązać u szyi i wrzucić w morze. Jeśli będą trwali w fałszywym świadectwie, to z pewnością, używając języka przenośni będą wrzuceni do morza ognia piekielnego.

Po tych kilku zdaniach o świadczeniu i świadkach w procesach sądowych przejdźmy do ewangelicznego rozumienia tych pojęć. W Ewangelii na niedzielę dzisiejszą Chrystus mówi o obowiązku dawania świadectwa prawdzie, którą On głosi. Świadkowie winni publicznie wyznawać słowem i czynem, to co widzieli, co słyszeli, czego doświadczyli w bliskości Chrystusa. Z tym świadectwem wiąże się niebezpieczeństwo, bo nie wszystkim podoba się ewangeliczna prawda. Z pewnością wrogami tej prawdy będą ludzie, którzy zamiast ewangeliczną miłością kierują się w życiu, tym co z miłością nie ma nic wspólnego. Wrogami tej prawdy będą ci, którzy zamiast kroczyć drogą bożych przykazań zdążają drogą zła i występku. I przed takimi ludźmi trzeba dawać świadectwo prawdy ewangelicznej. A znając słowa Chrystusa, że został posłany do tych, którzy są chorzy duchowo, winniśmy zdawać sobie, że to oni potrzebują najbardziej uzdrawiającej prawdy. Głoszenie prawdy ewangelicznej takim ludziom może być niebezpieczne, bo tak przyzwyczaili się do drogi występku, że starają się zniszczyć każdego, kto staje na ich drodze i wzywa do nawrócenia. Chrystus znając realia życia dodaje odwagi świadkom prawdy ewangelicznej tymi słowami: „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może za tracić w piekle”.

W Kościele nie brakuje odważnych świadków prawdy Chrystusowej, którzy świadcząc o niej narażają swoje życie. Należy do nich Oscar Romero arcybiskup San Salvador. Odważnie stawał w obronie ludzi krzywdzonych przez władze państwowe zdominowana przez różne grupy mafijne i przestępcze. Grożono mu śmiercią, jeśli nie zaprzestanie tej działalności. Gdy głosił kazania w katedrze, cały kraj słuchał jego słów. W głoszeniu prawdy stał się jeszcze bardziej nieugięty, gdy jeden z jego kapłanów, obrońca biednych i pokrzywdzonych został za mordowany.  Arcybiskup zdawał sobie sprawę, że taki sam los spotka go, jeżeli nie zaprzestanie swojej działalności. W marcu roku 1980, podczas sprawowania mszy św. został zamordowany. Arcybiskup nie bał się tych, którzy mogą zabić ciało, ale duszy zabić nie mogą. To mordercy ze strachu zamordowali kapłana. W swej głupocie sądzili, że zlikwidowali źródło swego strachu, ale mocno się mylili. Nie potrafili zabić ducha bohaterskiego arcybiskupa. Arcybiskup po swojej śmieci stał się jeszcze bardziej wymownym świadkiem prawdy, za którą oddał życie.

Innym nieustraszonym świadkiem prawdy Chrystusowej był kapłan pracujący w Rwandzie w czasie okrutnej i brutalnej wojny domowej, kiedy to wyrzynano całe rodziny nie szczędząc nawet niemowląt. Wymordowano wtedy około 1 miliona ludzi. Pewnej nocy kapłan udzielił schronienia na plebanii rodzinie z plemienia Tutsi. Dowiedzieli się o tym partyzanci z plemienia Hutu. Przyszli i zażądali od księdza, aby otworzył drzwi. Ten, aby ratować bezbronnych ludzi, którzy schronili się u niego odmówił. Zdawał sobie doskonale sprawę, że przez tę odmowę ryzykuje życiem. I rzeczywiści, partyzanci wyważyli drzwi, zastrzelili kapłana, a tych, którzy się ukryli zabrali ze sobą.

Zapewne tacy ludzie, świadczący o Chrystusie są dla nas inspiracją i w sposób szczególny odnoszą się słowa z dzisiejszej Ewangelii: „Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie”. Nie wystarczy prywatnie wyznawać swoja wiarę, mamy ją wyznawać publicznie. Nawet, gdy jest to niebezpieczne. Wiele razy wrogowie kościoła usiłowali zamknąć wiernych w kruchcie kościoła. Niech się tam modlą, ale niech nie wyznają swoje wiary publicznie. W Polsce, kraju, gdzie ponad 90% ludzi przyznaje się do Chrystusa, coraz słyszymy glosy fanatyków lewicy, że symbole wiary, modlitwa nie mogą mieć miejsca w życiu państwowym, publicznym. Często używają absurdalnego argumentu, że to obraża uczucie niewierzących. Są ślepi, że ateistyczna cisza, pustka w życiu publicznym obraża uczucia ludzie wierzących. Gdyby nawet przyjąć w tej sferze normy demokratyczne, to okazuje się, że kilka procent obywateli chce narzucić swoje poglądy całemu narodowi. Można zrozumieć sentyment tych ludzi do czasów, kiedy komunistyczna ideologia narzuciła całemu narodowi swoje poglądy. Ale to już historia oceniła, jako czas błędów i wypaczeń.

Gdy doznajemy ucisku w świadczeniu prawdy ewangelicznej, Chrystus mówi do nas: „Nie lękajcie się”. Nie znaczy to jednak uwolnienia od naturalnego lęku. Każdy odczuwa lęk, gdy grozi mu cierpienie, czy śmierć. Lęk może człowieka paraliżować, czynić go niezdolnym do działania, utrudniać wypełnienie misji powierzonej przez Chrystusa. Chrystus jednak zapewnia nas, że gdy mu zaufamy, to On nas obdarzy odwagą większą aniżeli lęk. Zarówno pierwsze czytanie jak i Ewangelia mówią o tym zaufaniu. Prorok Izajasz w głoszeniu prawdy bożej był bezkompromisowy. Naraził się królowi. Był prześladowany. Nie załamał się, bo zaufał Bogu. Czytamy w jego księdze: „Ale Pan jest przy mnie jako potężny mocarz; dlatego moi prześladowcy ustaną i nie zwyciężą. Będą bardzo zawstydzeni swoją porażką, okryci wieczną i niezapomnianą hańbą. Śpiewajcie Panu, wysławiajcie Pana! Uratował bowiem życie ubogiego z ręki złoczyńców”. Chrystus w Ewangelii używa pięknych obrazów bożej opatrzności, która jest źródłem naszej odwagi. „Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież żaden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Dla tego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

PRZEWODNICY

Przez jednego człowieka grzech wszedł do świata, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli. Bo i przed Prawem grzech był na świecie, grzechu się jednak nie poczytuje, gdy nie ma Prawa. A przecież śmierć rozpanoszyła się od Adama do Mojżesza nawet nad tymi, którzy nie zgrzeszyli przestępstwem na wzór Adama. On to jest typem Tego, który miał przyjść. Ale nie tak samo ma się rzecz z przestępstwem, jak z darem łaski. Jeżeli bowiem przestępstwo jednego sprowadziło na wszystkich śmierć, to o ileż obficiej spłynęła na nich wszystkich łaska i dar Boży, łaskawie udzielony przez jednego Człowieka, Jezusa Chrystusa (Rz 5, 12-15).

Na dorocznym pikniku Polskiej Szkoły z Maspeth w Sunken Meadow Park, pięcioletni Piotruś bawił się ze swoimi rówieśnikami przy pompie wodnej. Po kilkunastu minutach, za przyczyną Piotrusia wszystkie dzieciaki były mokre i obrażone. W odpowiedzi na to zachowanie, zwartą grupą zaczęły one na niego nacierać, a ten, gdy zobaczył, że nie ma żartów, przestraszył się. Chwycił za rękę najbliżej stojącego chłopca, mówiąc bardzo grzecznie, prawie błagalnie: „Ty jesteś moim przyjacielem. Prawda?”  Pospiesznie zaczął montować koalicję, w której znalazłby oparcie wobec nadciągającego niebezpieczeństwa.

Ta zabawna dziecięca scena przybiera bardzo poważne formy w dorosłym życiu, które obfituje w różnego rodzaju lęki i obawy. Najczęściej dotyczą one naszej materialnej egzystencji. Obawiamy się utraty pracy i majątku. Lękamy się złośliwości i przewrotności drugiego człowieka. To tylko niektóre obawy, spędzające nam sen z oczu. W takich sytuacjach szukamy oparcia w drugim człowieku. Zwracamy się także do Boga, a wtedy On kieruje naszą uwagę na prawdziwe niebezpieczeństwo. „Nie bójcie się tych co zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle”. Naprawdę groźnym wrogiem jest ten kto przez błędne nauki i gorszący przykład odrywa człowieka od Boga, źródła życia i sprowadza go na manowce amoralności. A zatem, mamy się bardziej lękać tych, którzy zabijają w nas wiarę w Boga, aniżeli tych , którzy mogą zabić tylko ciało.

Ojciec Jacques Verlinda poddany był takiej próbie wiary i wyszedł z niej zwycięsko. Urodził się on w 1947 r. w głęboko religijnej rodzinie. Dzieciństwo przeżył w atmosferze żywej wiary. Kiedy był nastolatkiem rozczytywał się w książkach napisanych w duchu filozofii Nietschego, Marksa, Freuda, w których inteligentnie udowadniano, że jest czymś kompromitującym dla człowieka dorosłego, aby wierzył i opierał się na Bogu. Jacues dał się przekonać, że aby żyć w sposób odpowiedzialny, trzeba odrzucić Boga i samemu decydować o wyborach życiowych. Przestał się modlić i chodzić do kościoła. W tym czasie zapisał się na uniwersytet w Gandawie. Po uzyskaniu doktoratu z nauk ścisłych został pracownikiem naukowym F.N.R.S.- najsłynniejszej instytucji naukowej w Belgii. Pomimo sukcesów naukowych odczuwał wewnętrzna pustkę, o której, po swoim nawróceniu napisze: „Nie odczuwałem jednak szczęścia, jakiego zaznawałem przed zerwaniem Przymierza z moim Bogiem. W swojej Ewangelii św. Jan pisze o Judaszu: zaraz wyszedł. A była noc. Ja doświadczyłem tego samego, od chwili, gdy odrzuciłem obecność Tego, który jest Światłością ludzi”. Po tym doświadczeniu, odrzucił jako absurdalne, twierdzenie ateistów, że Boga nie ma, i zaczął Go na nowo szukać.

Szukanie Boga rozpoczął w hinduizmie. Wziął miesięczny urlop i wyjechał do Indii, aby w Himalajach, pod kierunkiem guru Maharrishiego doskonalić się w technice medytacji. W czwartym roku pobytu Jacques’a w hinduskim aszramie, pewnego dnia przyjechał turysta z Europy. Verlinde tak wspomina to spotkanie: „I ten człowiek zapytał mnie: – Czy ty kiedykolwiek byłeś chrześcijaninem? Odpowiedziałem: – Tak. I wtedy on mnie zapytał: – A Jezus? Kim On jest dla ciebie teraz? Kiedy wymienił imię Jezusa, coś bardzo dziwnego stało się ze mną. To imię jakby wstąpiło w głąb mojego serca i obudziło we mnie najgłębsze pragnienie Boga. W jednym momencie poczułem, że Jezus jest obecny z całym swoim nieskończonym miłosierdziem (…). Jezus przyszedł za mną szukać mnie aż w Himalajach”.

Po powrocie do Europy Jacques propagował New Age i zgłębiał tajemnice okultyzmu. Jego szczere szukanie Chrystusa zaowocowało pełnym nawróceniem. Jacques wstąpił do zakonu i przyjął święcenia kapłańskie. (wg „Miłujcie się”, nr 11-12/2000). Dzisiaj daje on wspaniałe świadectwo wiary w Chrystusa, a jego życie jest wypełnieniem słów Ewangelii: „Do każdego więc, kto się przyzna do mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie”. Jezus dał mu także odczuć, że w Jego objęciach może się czuć bezpieczny, bo nic nie dzieje się bez woli bożej. Tę swoją wiarę wyraża w słowach: „Jezus przyszedł za mną szukać mnie aż w Himalajach”.

Chrystus powołuje nas do takiej wiary na różne sposoby, bardzo często stawia na tej drodze na drodze wspaniałych przewodników. Jednym z nich jest, kanonizowany w ostatnią niedzielę Ojciec Pio. Znana aktorka Maja Komorowska w wywiadzie dla KAI mówi: „W tym zagonionym, zabieganym świecie ludziom potrzebny jest święty, który byłby przewodnikiem w modlitwie i w poszukiwaniu Boga”. Przypomniała, że o. Pio był za życia i nadal jest świadkiem wiary, dzięki któremu wiele osób uwierzyło w Chrystusa. Ona sama dowiedziała się o włoskim stygmatyku jeszcze za życia kard. Stefana Wyszyńskiego. „Przeczytałam książkę o ojcu Pio i jego postać zafascynowała mnie tak bardzo, że od tamtej pory w wielu trudnych sprawach proszę go o pośrednictwo w modlitwie” – powiedziała aktorka. „Wiara nie jest łatwa, trudno jest ufać bez pomocy i przykładu takich osób jak o. Pio” – uważa rozmówczyni KAI. Dodała, że jego świadectwo jest tym bardziej ważne, że żył w czasach nie tak bardzo odległych.

Ojciec Pio przyciągał tłumy, przekonane, że obcują ze świętym, który czynił cuda, czytał w ludzkich myślach, sumieniach, uzdrawiał, przepowiadał przyszłość, miał dar introspekcji, bilokacji, czyli równoczesnego przebywania w dwu miejscach, a przede wszystkim był obdarzony stygmatami. Dla Kościoła ojciec Pio jest przede wszystkim wielkim mistykiem i wzorem spowiednika, co istotne jest szczególnie dzisiaj, w dobie kryzysu spowiedzi indywidualnej. W czasach, w których papież w specjalnym dokumencie przypomina o warunkach i formach sakramentu pojednania, okazuje się, że ledwie trzydzieści lat temu żył kapłan, który spowiadał przez kilkanaście godzin dziennie i zawsze miał chętnych. Aby uklęknąć przy jego konfesjonale, trzeba było z wielotygodniowym wyprzedzeniem zapisać się i otrzymać numerek. Oblicza się, że wyspowiadał około dwóch milionów osób.

Postać Ojca Pio jest znana na całym świecie. Włoska prasa informuje na przykład, że w Internecie znajduje się 40.800 poświęconych mu stron, z czego 12 w języku chińskim, 14 w rosyjskim i 24 w japońskim. Świadectwa o łaskach, doznanych za wstawiennictwem świętego, napływają nawet z takich zakątków naszego globu, jak Benin, Erytrea czy rządzony przez Saddama Husajna Irak

Miliony pielgrzymów przybywa do grobu o. Pio. Doznają tutaj wielu łask i pełniej odkrywają Chrystusa, który mówiąc: „A przecież bez woli Ojca waszego żaden z nich nie spadnie na ziemię. U was zaś policzone są nawet wszystkie włosy na głowie. Dlatego nie bójcie się jesteście ważniejsi niż wiele wróbli” napełnia ich wewnętrznym pokojem i odwagą (z książki Nie ma innej Ziemi obiecanej).

 

PRZEZWYCIĘŻYĆ LĘK

Dzisiaj transmisje radiowe lub telewizyjne mszy świętej w polskich warunkach są czymś normalnym. W czasach Polski Ludowej były ewenementem. Z tamtych czasów pamiętamy zapewne transmisje Mszy św. z Kościoła św. Krzyża w Warszawie. W ich „przygotowanie” bardzo aktywnie włączały się służby bezpieczeństwa. Kazania były cenzurowane przez władzę komunistyczną, a na każdej mszy św. obok ministrantów pełnili swoje dyżury funkcjonariusze służby bezpieczeństwa. Ks. Józef Jachimczak, proboszcz parafii św. Krzyża wspomina jak to jeden z komunistycznych cenzorów chciał zmieniać nie tylko słowa kazania, ale także samą Ewangelię. Miało to miejsce w niedługim czasie po bestialskim zamordowaniu ks. Jerzego Popiełuszki przez esbeków. Cenzorowi nie podobały się słowa, które słyszeliśmy w dzisiejszej Ewangelii: „Nie bójcie się tych co zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą”. Cenzor upierał się, aby wykreślić ten fragment Ewangelii z kazania, albo też powiedzieć trochę inaczej. Przez swój upór komunistyczny cenzor potwierdzał nauczanie Chrystusa, że nie trzeba się lękać wroga, który może zabić ciało a duszy nic zrobić nie może. Komuniści zabili ciało księdza Jerzego, ale jego dusza nie została tknięta. Ksiądz Jerzy uratował to co jest najważniejsze w życiu. I dzięki temu jego słowa zza grobu brzmiały jeszcze donośniej i bardziej przekonująco. Wobec tego komuniści byli bezradni.

W jednym ze swoich kazań ksiądz Jerzy mówił: „Aby pozostać człowiekiem wolnym duchowo, trzeba żyć w prawdzie. Życie w prawdzie to dawanie świadectwa na zewnątrz, to przyznawanie się do niej i upominanie się o nią w każdej sytuacji. Prawda jest niezmienna. Prawdy nie da się zniszczyć taką czy inną decyzją, taką czy inną ustawą. Na tym polega w zasadzie nasza niewola, że poddajemy się panowaniu kłamstwa, że go nie demaskujemy i nie protestujemy przeciw niemu na co dzień. Nie prostujemy go, milczymy lub udajemy, że w nie wierzymy. Żyjemy wtedy w zakłamaniu. Odważne świadczenie prawdy jest drogą prowadzącą bezpośrednio do wolności. Człowiek, który daje świadectwo prawdzie, jest wolnym nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia, nawet w obozie czy więzieniu. Gdyby większość Polaków w obecnej sytuacji wkroczyła na drogę prawdy, gdyby ta większość nie zapominała, co było dla niej prawdą jeszcze przed niespełna rokiem, stalibyśmy się narodem wolnym duchowo już teraz. A wolność zewnętrzna czy polityczna musiałaby przyjść prędzej czy później jako konsekwencja tej wolności ducha i wierności prawdzie. Zasadniczą sprawą przy wyzwoleniu człowieka i narodu jest przezwyciężenie lęku. Lęk rodzi się przecież z zagrożenia. Lękamy się, że grozi nam cierpienie, utrata jakiegoś dobra, utrata wolności, zdrowia czy stanowiska. I wtedy działamy wbrew sumieniu, które jest przecież miernikiem prawdy. Przezwyciężamy lęk, gdy godzimy się na cierpienie lub utratę czegoś w imię wyższych wartości. Jeżeli prawda będzie dla nas taką wartością, dla której warto cierpieć, warto ponosić ryzyko, to wtedy przezwyciężymy lęk, który jest bezpośrednią przyczyną zniewolenia”.

Ksiądz Jerzy przezwyciężył ten lęk, całkowicie powierzając swoje życie Chrystusowi. W naszym życiu są różnego rodzaju zagrożenia, jedno z nich związane jest z głoszeniem Ewangelii i świadczeniem o Chrystusie. Przez całkowite zaufanie Chrystusowi możemy uwolnić się od tych lęków, w tym od lęku związanego z wypełnianiem misji powierzonej nam przez Chrystusa. Uczniowie Chrystusa mają głosić Ewangelię. Jest to trudna i niebezpieczna misja. Trzeba brać pod uwagę także prześladowanie z tego powodu. Chrystus mówi do uczniów: „Oto Ja was posyłam jak owce między wilki”. „Brat wyda brata na śmierć…” . W kontekście tych wypowiedzi Chrystus dodaje uczniom odwagi. Zapowiada zesłanie Ducha Świętego, który ich umocni. Przypomina uczniom, że jeśli Mistrz jest prześladowany, to także jego uczniowie będą prześladowani. Jednak prześladowcy nic więcej nie mogą uczynić uczniom niż Nauczycielowi. Jezus doświadczył prześladowania, a przechodząc przez cierpienie i śmierć ocalił to co najważniejsze, co stanowi istotę ludzkiego życia w jego najważniejszym, to znaczy wiecznym i duchowym wymiarze. Z nauki religii pamiętamy prawdę, która mówi, że człowiek składa się z duszy i ciała. Bardzo często to sformułowanie prowadziło do rozumienia prawdy o duszy i ciele jako niezależnych a nawet przeciwstawnych sobie elementów. W biblijnej wizji człowieka wygląda to trochę inaczej. Tę prawdę przybliża nam święty Mateusz w dzisiejszej Ewangelii. Dusza jest podstawą i zasadą życia, ciało jest tym przez co człowiek wyraża się na zewnątrz. Źródłem odwagi w prześladowaniach jest świadomość, że dusza przetrwa męczeństwo, dzięki której człowiek jako jedność duchowo-cielesna stanie przed Bogiem na sąd i tego sądu należy się lękać, bo na tym sądzie można się okazać, że dla ratowania ciała zatraciliśmy duszę. Po prostu utraciliśmy wszystko. Dlatego w perspektywie Ewangelicznej ważniejsze jest ratowanie duszy aniżeli ciała, trzeba się bardziej lękać tych, którzy zabijają duszę, niż tych, którzy mogą zabić tylko ciało. Święty Ambroży mówi: „Nie bójmy się tego, kto zabierze nam nasze ubranie, kto zabierze nam własność, ale nas zabrać nie może”.

Naszą duszę ocalić może prawda Chrystusowa, której mamy być świadkami. Nieraz wierność tej prawdzie jest zgodą na męczeństwo, jak to było w przypadku ks. Jerzego i wielu innych męczenników. Chrystus w pięknych porównaniach mówi nam, że nie powinniśmy się lękać, bo jesteśmy w ręku kochającego Boga. Bóg troszczy się o tak niepozorne ptaki jak wróble, to czyż nie będzie troszczył się bardziej o nas. Nawet włosy na naszej głowie są policzone i żaden nie spadnie bez woli bożej. Bóg daje wiele argumentów na to, aby uwierzyć tym słowom. Nie uwolnimy się od lęku przez wiarę połowiczną, jak w poniższej anegdocie. Dwóch podróżników przemierzało bezkresne przestrzenie afrykańskiej sawanny. Nagle stanął przed nimi lew. „Zachowaj spokój. Pamiętasz, co czytaliśmy w książkach o dzikich zwierzętach? Jeśli staniemy nieruchomo i będziemy patrzeć napastnikowi prosto w oczy, to on odwróci się i ucieknie”- powiedział pierwszy podróżnik. „Oczywiście pamiętam. Ja przeczytałem tę książkę, ty także przeczytałeś, ale nie jestem pewien, czy lew ją przeczytał”- odpowiedział drugi podróżnik.

Dr E. Stanley Jones pisze o wierze i lęku. „Wewnętrznie jestem ukształtowany przez wiarę a nie przez lęk. Lęk nie jest moją ojczyzną, jest nią wiara. Jestem tak stworzony, że lęk, obawa, są jak piasek w maszynerii mojego życia, zaś wiara jest jak olej. Moje życie jest piękniejsze, gdy wiara i zaufanie dominują nad lękiem i obawą. W szponach lęku i zamartwiania, moja dusza, dusząc się łapczywie chwyta powietrze. To nie jest odpowiednie powietrze dla duszy. Wypełniony wiarą i zaufaniem swobodnie oddycham, to jest naturalne powietrze dla mojej duszy. A John Hopkins powiedział: 'Nie wiemy do końca, dlaczego ludzie zalęknieni, zamartwieni umierają szybciej niż ludzie wolni od lęku i obaw. Takie są fakty'. Ja nie potrzebuję jakiś naukowych doświadczeń, aby znaleźć odpowiedź na to pytanie. Odpowiedź podsuwa mi zdrowy rozsądek. Nasze życie duchowe, nasz system nerwowy, nasze tkanki i komórki mózgowe, nasza dusza są tak skonstruowane, że normalnie mogą funkcjonować w atmosferze wiary i wolności od lęku. Bóg stworzył nas tak byśmy szli drogą wiary, która uwalnia nas od wszelkiego lęku. Lęk przenosi nas w nierealny świat, który jest zaprzeczeniem rzeczywistości stworzonej przez Boga”.

Nich zatem słowa Chrystusa: „Nie bójcie się” zdominują nasze życie, a wtedy będzie ono nie tylko dłuższe tu na ziemi, ale, co najważniejsze, rozciągnie się na wieczność. Ocalimy to co najważniejsze, ocalimy naszą duszę (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚWIĘTY FLORIAN

Przyznanie się do Chrystusa, wyznanie Go przed światem może być w pewnych okolicznościach równoznaczne z wyborem śmierci. Dlatego Chrystus dodaje odwagi swoim uczniom: „Nie bójcie się tych, co zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą”. Gdy przychodzi ostatni dzień życia, liczba przeżytych lat nie jest najistotniejsza. Ważniejsza jest wieczność, przed którą stajemy, ocalenie swojej duszy, jak mówi Chrystus. Od samych początków chrześcijaństwa, uczniowie Chrystusa stawali w sytuacjach, kiedy musieli wybierać między życiem doczesnym a wiecznością obiecaną przez Chrystusa. Kościół oddaje cześć ogromnej rzeszy świętych męczenników, którzy stając wobec takiego wyboru, bez wahania opowiadali się za Chrystusem. Przechodzili przez bramę męczeńskiej śmierci do wieczności. Szczególnie w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, krew męczenników obficie zraszała ziemię, stając się nasieniem nowych wyznawców. W gronie tych męczenników widzimy św. Floriana.

Św. Florian, prawdopodobnie poniósł śmierć męczeńską 4 maja 304 roku. Zaś pierwsze żywoty Świętego zostały spisane kilka wieków później, stąd poznajemy jego życie z faktów historycznych, które zostały ubogacone przez tradycję lub też legendę. Według martyrologium z V wieku Święty Florian urodził się w rzymskiej prowincji Norikum, w Dolnej Austrii. Jako młodzieniec wstąpił do armii rzymskiej, gdzie doszedł do stanowiska dowódcy oddziału. Jednostka Floriana stacjonowała w Mantem koło Krems, w naddunajskiej prowincji rzymskiej. Święty wiernie służył cesarzowi, ale część boską oddawał Chrystusowi. Tymczasem cesarz Dioklecjan żądał od swoich podanych czci boskiej dla siebie i ofiar składanych bożkom pogańskim. Oczywiście było to nie do przyjęcia przez chrześcijan. Cesarz wydał cztery dekrety przeciw chrześcijanom. Pierwszy zakazywał kultu chrześcijańskiego. Urzędnicy cesarscy niszczyli kościoły, księgi liturgiczne i sprzęt liturgiczny. Drugi edykt nakazywał aresztowanie wszystkich duchownych chrześcijańskich. Trzeci zapowiadał amnestię i uwolnienie z więzień tych chrześcijan, którzy zaprą się Chrystusa i złożą ofiary pogańskim bożkom. Czwarty edykt nakazywał wszystkim mieszkańcom cesarstwa złożenie ofiary bogom pod groźbą surowych kar: zesłania do katorżniczych prac w kopalniach, tortur i śmierci.

Prześladowania dosięgły naddunajskiej prowincji Norikum. Wypełnieniem dekretów cesarskich zajął się tutaj gorliwie rzymski prefekt prowincji Akwilin. W czasie prześladowań Florian nie tylko odważnie przyznawał się do swojej wiary, ale także stawał w obronie prześladowanych. Gdy dowiedział się, że w mieście Lauriacum  aresztowano wielu chrześcijan, skazując ich na śmierć lub inne kary, Florian udał się do tego miasta, aby stanąć w obronnie prześladowanych oraz dodać im odwagi i podtrzymać na duchu. Kiedy wchodził do miasta spotkał na moście oddział żołnierzy, dawnych swoich podwładnych, od których dowiedział się, że zostali wysłani, aby aresztować wszystkich chrześcijan. Florian odważnie wyznał wtedy: „Czemuż szukacie daleko- patrzcie, oto ja jestem chrześcijaninem. Idźcie i oświadczcie to namiestnikowi”. Żołnierze aresztowali Floriana i zaprowadzili przed namiestnika Akwilina. Namiestnik był zaskoczony tym, że ceniony i znany dowódca wojskowy jest chrześcijaninem. Zaczął go namawiać do wyrzeczenia się Chrystusa i złożenia ofiary bożkom pogańskim. Gdy Florian pozostawał nieugięty w swojej wierze, wtedy rozgniewany prefekt rzymski kazał poddać go torturom. Florian dzielnie znosił męki, polecając się Bogu tymi słowami: „Panie i Boże mój Tobie zaufałem, Ciebie wyznaję, za Ciebie walczyć będę i Tobie składam ofiarę z życia mojego. Dodaj mi siły, abym zniósł męki cierpliwie, utwierdź mnie przy tem łaską Swoją, abym był godzien zostać policzonym w gronie świętych i wybranych Twoich”. Akwilin, widząc, że i torturami nie zmusi Floriana do zaparcia się Chrystusa, rozkazał go utopić. Zaprowadzono, zatem Świętego na most, uwiązano u szyi ogromny kamień i strącono do rzeki Anizy.

Jak mówi legenda, ciało męczennika zostało wyrzucone przez wodę na przybrzeżny kamień. A na niebie pojawił się wielki orzeł, który krążąc nad tym miejscem, strzegł ciała Świętego. Zaś nocą, św. Florian ukazał się pobożnej kobiecie imieniem Waleria, polecając jej, aby jego ciało przewiozła na wyznaczone miejsce i tam je pochowała. Niewiasta usłuchała Świętego. Po odnalezieniu ciała pogrzebała je w miejscowości, którą od imienia Świętego nazwano St. Florian. Wkrótce, grób Męczennika zasłynął cudami. Nad miejscem pochówku Floriana w późniejszych latach postawiono kaplicę, a następnie kościół i klasztor benedyktynów. Po latach, część relikwii Świętego przeniesiono do Rzymu. Zaś miejscowość St. Florian w Górnej Austrii do dziś jest żywym ośrodkiem kultu Męczennika.

Święty Florian cieszy się żywym kultem w Polsce. Początki tego kultu sięgają XII wieku, kiedy to czeski książę Brzetysław najechał na Polskę i zabrał relikwie patrona naszego kraju św. Wojciecha. Wtedy to książę Kazimierz Sprawiedliwy zwrócił się do zaprzyjaźnionego z nim papieża Lucjusza III, prosząc o relikwie dla Polski, aby Polacy mieli swojego patrona, orędownika przed Bogiem. Papież ofiarował część relikwii św. Floriana. Relikwie Świętego przywiózł do Krakowa, 27 października 1184 r. Idzi, biskup Modeny w Italii. Ks. Jan Długosz tak opisuje to wydarzenie: „Papież Lucjusz III chcąc się przychylić do ciągłych próśb monarchy polskiego Kazimierza, postanawia dać rzeczonemu księciu i katedrze krakowskiej ciało niezwykłego męczennika św. Floriana. Na większą cześć zarówno świętego jak i Polaków, posłał kości świętego ciała księciu polskiemu Kazimierzowi i katedrze krakowskiej przez biskupa Modeny Idziego. Ten, przybywszy ze świętymi szczątkami do Krakowa dwudziestego siódmego października, został przyjęty z wielkimi honorami, wśród oznak powszechnej radości i wesela przez księcia Kazimierza, biskupa krakowskiego Gedeona, wszystkie bez wyjątku stany i klasztory, które wyszły naprzeciw niego siedem mil. Wszyscy cieszyli się, że Polakom, za zmiłowaniem Bożym, przybył nowy orędownik i opiekun i że katedra krakowska nabrała nowego blasku przez złożenie w niej ciała sławnego męczennika”. Biskup Gedeon zbudował w krakowskiej dzielnicy Kleparz kościół pod wezwaniem św. Floriana, gdzie złożono relikwie Męczennika. W roku 1436 św. Florian został zaliczony, wraz ze świętym Wojciechem, Stanisławem i Wacławem do głównych patronów Polski.

W roku 1528 pożar zniszczył prawie doszczętnie Kleparz. Ocalał tylko kościół św. Floriana, co wierni uważali za ewidentny cud, dokonany za wstawiennictwem Świętego. To wydarzenie przyczyniło się do wzrostu kultu Świętego w Polsce, a szczególnie w Krakowie. Odtąd też zaczęto czcić św. Floriana w Polsce jako patrona od pożogi ognia oraz patrona straży pożarnej. Ojciec święty Jan Paweł II w liście apostolskim z okazji 800-lecia parafii św. Wojciecha na Kleparzu w 1984 roku, jako dawny wikariusz parafii św. Floriana napisał: „Święty Florian stał się dla nas wymownym znakiem…szczególnej więzi kościoła i Narodu Polskiego z Namiestnikiem Chrystusa i stolicą chrześcijaństwa…Ten, który poniósł męczeństwo, gdy spieszył ze swoim świadectwem wiary, z pomocą i pociechą prześladowanym chrześcijanom w Lauriacum, stał się zwycięzcą i obrońcą w wielorakich niebezpieczeństwach, jakie zagrażają materialnemu i duchowemu dobru człowieka. Trzeba także podkreślić, że święty Florian jest od wieków czczony w Polsce i poza nią jako Patron strażaków, a więc tych, którzy wierni przekazaniu miłości i chrześcijańskiej tradycji, niosą pomoc bliźniemu w obliczu zagrożenia klęskami żywiołowymi” (z książki Wypłynęli na głębię).

 

MISKA ŚWIATŁA

Rajskie wyspy, jak często nazywane są Hawaje od lat przyciągają liczne rzesze turystów. Tutaj znajdują się jedne z najbardziej spektakularnych i egzotycznych widoków, które znamy z hollywoodzkich filmów, okładek magazynów turystycznych i folderów reklamowych biur podróży. Archipelag 8 najważniejszych wysp znajduje się na Oceanie Spokojnym. Powstał on w wyniku trwającej do dzisiaj aktywności wulkanicznej, które ukształtowały niesamowity krajobraz tych wysp. Zobaczymy tu strome grzbiety gór wulkanicznych, lawę spływającą do morza, głębokie doliny pokryte tropikalnym lasem, wodospady i strome klify. Najbardziej jednak w pamięci utrwalają się cudowne, pełne słońca plaże obmywane przez turkusowe wody oceanu. Do dziś pamiętam niezwykłą atmosferę słonecznej plaży Waikiki w Honolulu. Zapewne w tej słonecznej atmosferze rodziła się poniższa hawajska opowieść.

  Hawajczycy uważają, że każdy człowiek rodzi się z pełną miską idealnego światła. Jeśli będzie podążał za tym światłem będzie mu przybywać mocy i mądrości. Będzie mógł pływać z rekinami i latać z ptakami oraz będzie miał wiedzę i zrozumienie wszystkiego. Ale jeśli człowiek na ścieżce swojego życia zostanie opanowany przez negatywne emocje jak zazdrość, lęk, nienawiść, złość, wtedy każda z tych emocji staje się kamieniem i zajmuje w misce miejsce światła. W rezultacie część światła gaśnie, ponieważ kamień cięższy niż światło wypycha je z miski. Jeśli człowiek będzie podążał tą ścieżką to stanie się ciężki jak kamień, który nie może się poruszać i rozwijać. Zacznie tonąć. Wystarczy jednak, aby człowiek uświadomił sobie, że jest ciężki jak kamień i tonie, a wtedy pojawia się szansa uratowania. Wystarczy odwrócić miskę do góry nogami, a wtedy kamienie wypadną z miski i powraca do człowieka pierwotne światło, które niesie wewnętrzną radość i pokój i staje się światłem dla innych.

Gdy patrzymy w oczy dziecka widzimy światło radości i pokoju, niewinności i bezpieczeństwa. To się rodzi ze świadomości, że są przy nas „wszechpotężni” rodzice, którzy obdarzają nas bezgraniczną miłością. Gdy pojawia się jakiś lęk wystarczy wtulić się w ramiona rodziców i wszystko jest już dobrze. Miłość rodziców sprawia, że powierzają oni swoje dziecko komuś, kto jest w stanie uwolnić nas od wszelkiego lęku, nawet lęku przed śmiercią. Przynoszą swoje dziecko do kościoła, stają przy chrzcielnicy i na pytanie celebransa: „O co prosicie Kościół Boży dla swego dziecka?”, odpowiadają: „O chrzest”. Niektórzy jeszcze dopowiadają: „O wiarę””. Wtedy to nasza „miska światła” wypełnia się pełnią światła i tego ziemskiego i tego nadprzyrodzonego. Tę prawdę rodzice bardzo często wyrażają w słowach „nasz kochany aniołek”. Rzeczywiście to dziecko jest czyste i niewinne jak aniołek, a w jego oczach można dostrzec odbicie nieba.

Każdy z nas rozpoczynał swoją drogę życiową z miską pełną światła. W czasie naszej drogi życiowej bywa różnie. Do naszej „miski światła” wrzucamy „kamienie” zła, nienawiści, zazdrości, żalu, rozczarowania, rozpaczy, beznadziejności, lęku. Czujemy, że zaczynamy tonąć, nasz świat zaczyna się walić. Ale i wtedy nasza sytuacja nie jest beznadziejna. Chrystus w dzisiejszej Ewangelii przypomina nam, że w naszej „misce” jest zawsze światło Boże. Jeśli będziemy prosić, to otrzymamy mądrość i pokorę, które dadzą nam siłę i odwagę odwrócenia naszej miski do góry nogami i wtedy wypadną z niej kamienie i powróci do nas światło. Odwrócenie życia pełnego kamieni nie jest łatwe i często wymaga pomocy innych. Tak jak my potrzebujemy pomocy innych, tak samo winniśmy okazać tę pomoc innym przez zrozumienie, cierpliwość, miłość, hojność, wybaczenie. Jezus wzywa nas do przyjęcia wizji nadziei, która jest przeciwieństwem strachu: nadziei, która łączy naszą niepewność nieznanego z pewnością miłości Boga; nadziei, którą można znaleźć i przyjąć tylko wtedy, gdy przekroczymy własne ograniczenia, aby stawić czoła lękom i uleczyć zranienia innych. Wtedy nasze zmagania Wielkiego Piątku zabrzmią wielkanocnym Alleluja.

Przewracanie „miski światła” z naszymi kamieniami przybiera w naszym życiu różne formy. Może być i tak jak w tym świadectwie na portalu youtube.com / gosc.pl / jb. „Grzegorz Czerwicki wychowywał się w Krakowie w Nowej Hucie. Swoją rodzinę pochodzenia nazywa trudną, mówi: ‘było dużo alkoholu, przemocy, agresji, nienawiści. Nie było dobrego wzorca, ojca. Matka próbowała wszystko ogarniać, ale nie dawała rady. Żyli z tatą w separacji’. Potem koledzy zaczęli popychać go w stronę różnego rodzaju przestępstw. Napady na ludzi na ulicach, wyrywanie torebek kobietom, włamywanie się do sklepów. Później doszedł do tego alkohol, narkotyki. W wieku 14 lat zaczął wchodzić w amfetaminę, która totalnie go zrujnowała. Szybko trafił do Zakładu Karnego, w którym spotkał się z wielką przemocą. Dwa razy próbował sobie odebrać życie. Wyszedł na wolność, potem ponownie trafił do więzienia. Wszystko się zmieniło, kiedy jeden z kolegów, ateista, polecił mu książkę do przeczytania, powiedział: ‘Grzesiek, ja Ci polecam Pismo święte. Tam znajdziesz miłość, przyjaźń i nadzieję. Mi nie pomogło, ale może tobie pomoże’. Kupił je za dwa papierosy.

Kiedy zaczął ją czytać, zobaczył, że Jezus przychodził do takich ludzi jak on. Poprosił Go o uwolnienie od papierosów, marihuany, przeklinania. Gdy wyszedł z więzienia, pojechał na rekolekcje ignacjańskie. Tam poznał swoją przyszłą żonę, Renatę. Potem zaczęli rozmawiać i się przyjaźnić. Na pierwszą randkę zabrał ją na adorację Najświętszego Sakramentu. Zapytał Jezusa, czy ta kobieta jest dla niego i usłyszał odpowiedź twierdzącą. To ona pomogła mu zacząć nowe życie. Dzisiaj mają syna Kubusia. Wyznaje: „Mam tak szczęśliwe życie, że ciężko jest to opisać. Wiem, że dzięki Bogu mam miłość, którą dostaję od Reni każdego dnia. Jeśli nie wierzysz w Boga. Proszę przeczytać do końca”.

W Bogu wszystko jest możliwe. O takiej możliwości mówi poniższa historia. Młody żołnierz był ciągle upokarzany z powodu swojej wiary w Boga. Pewnego dnia kapitan chciał go upokorzyć przed całym odziałem. Zawołał żołnierza i powiedział: „Młody człowieku, podejdź tutaj, weź klucz i idź i zaparkuj jeepa”. Żołnierz odpowiedział: „Nie umiem prowadzić!” Na co kapitan z kpiną odpowiedział: „No to poproś swojego Boga o pomoc! Pokaż nam, że On istnieje!” Młody człowiek wziął kluczyk, podszedł do pojazdu i zaczął się modlić ……. Idealnie, zgodnie z poleceniem kapitana zaparkował jeepa we wskazanym miejscu. Młody człowiek wysiadł z samochodu i zobaczył, że wszyscy płaczą. Zaskoczony żołnierz zapytał co się dzieje? Wzruszony kapitan otworzył pokrywę jeepa i powiedział: „Popatrz, samochód nie ma silnika!” Zdumiony żołnierz powiedział do wszystkich: „Taka jest moc Boga, w którego wierzę i któremu służę”.

Może to wyglądać na naiwną historię, ale czyż Chrystus nie powiedział: „Miejcie wiarę w Boga. Zaprawdę powiadam wam: Kto powie tej górze: ‘Podnieś się i rzuć w morze’, a nie wątpi w duszy, lecz wierzy, że spełni się to, co mówi, tak mu się stanie”. W Bogu wszystko jest możliwe, szczególnie odwrócenie „miski światła” pełnej życiowych kamieni (Kurier Plus, 2020).

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *