17 Lip

16 niedziela zwykła – Rok A

 

ABY NIE ZNISZCZYĆ PSZENICY. 

Jezus opowiedział tłumom tę przypowieść: „Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swojej roli. Lecz gdy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel, nasiał chwastu między pszenicę i odszedł.

A gdy zboże wyrosło i wypuściło kłosy, wtedy pojawił się i chwast. Słudzy gospodarza przyszli i zapytali go: «Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swej roli? Skąd więc się wziął na niej chwast?» Odpowiedział im: «Nieprzyjazny człowiek to sprawił». Rzekli mu słudzy: «Chcesz więc, żebyśmy poszli i zebrali go?» A on im odrzekł: «Nie, byście zbierając chwast nie wyrwali razem z nim i pszenicy.

Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza»”.

Inną przypowieść im powiedział: „Królestwo niebieskie podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś wziął i posiał na swej roli. Jest ono najmniejsze ze wszystkich nasion, lecz gdy wyrośnie, jest większe od innych jarzyn i staje się drzewem, tak że ptaki przylatują z powietrza i gnieżdżą się na jego gałęziach”.

Powiedział im inną przypowieść: „Królestwo niebieskie podobne jest do zaczynu, który pewna kobieta wzięła i włożyła w trzy miary mąki, aż się wszystko zakwasiło”.

To wszystko mówił Jezus tłumom w przypowieściach, a bez przypowieści nic im nie mówił. Tak miało się spełnić słowo Proroka: „Otworzę usta w przypowieściach, wypowiem rzeczy ukryte od założenia świata”.

Wtedy odprawił tłumy i wrócił do domu. Tam przystąpili do Niego uczniowie i prosili Go: „Wyjaśnij nam przypowieść o chwaście”. On odpowiedział:

„Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy. Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem zaś synowie Złego. Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest diabeł; żniwem jest koniec świata, a żeńcami są aniołowie.

Jak więc zbiera się chwast i spala ogniem, tak będzie przy końcu świata. Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce w królestwie Ojca swego. Kto ma uszy, niechaj słucha” (Mt 13,24-43).

Kiedyś, zazdrościłem wakacji rówieśnikom z miasta. Myślałem; nie muszą pracować, mają wiele wolnego czasu, wyjeżdżają w góry, nad morze i jeziora. Ja spędzałem wakacje w domu na wsi, pomagając rodzicom w gospodarstwie rolnym. Pracowałem w polu, pasłem krowy. Czasami przychodziła mi bluźniercza myśl; gdyby krowa zdechła to miałbym, choć trochę wolnego czasu. Dzisiaj na minione lata patrzę trochę inaczej. Wakacje dzieci z miasta nie wyglądają aż tak różowo, a moje doświadczenie z lat dzieciństwa bardzo sobie cenię. Mimo pracy był czas na niezapomniane zabawy w lesie, polach, rzekach i jeziorach. Do dziś czuję smak owoców zrywanych bezpośrednio z drzewa, a te z sąsiedzkiego ogrodu, zrywane potajemnie smakowały najbardziej. Doświadczenia agrarne z lat dzieciństwa nieraz okazują się przydatne w życiu- nawet w rozumieniu ewangelicznych przypowieści. Jezus, mówiąc o Królestwie Bożym czyni wiele odniesień związanych z uprawą roli. Tak jest i z dzisiejszą przypowieścią, zacytowaną na wstępie.

Do moich prac z lat dzieciństwa należało między innymi wyrywanie chwastów z upraw rolnych. Była to żmudna praca, ale konieczna do uzyskania wysokich plonów. Wyrywałem, zatem z pszenicy i ziemniaków osty, bławaty, kąkole, płaszczyce, powoje, mietlice itd. Moi rodzice nie stosowali się w prowadzeniu gospodarstwa do wyżej wspomnianej ewangelicznej przypowieści. Ewangeliczny gospodarz zabrania swym sługom wyrywania chwastu, każe im zaczekać aż do żniwa. Wtedy dopiero odzieli się chwast od pszenicy. Zaś moi rodzice kazali mi wyrywać chwasty jeszcze przed żniwami. Gdybym wtedy znał tę ewangeliczną przypowieść, to cytowaniem jej broniłbym się przed wyjściem w pole do plewienia przed żniwami- zapewne byłaby to obrona bezskuteczna. Jak zatem odnaleźć sens ewangelicznej przypowieści w konfrontacji z moimi rolnymi doświadczeniami?

Plewienie upraw rolnych wymagało pewnej wiedzy; konieczna była umiejętność odróżnienia chwastu od rośliny uprawnej. Niewiedza w tym względzie mogła spowodować zniszczenie upraw. Pamiętam kiedyś poszedłem z siostrą plewić mak, było tego parę rządków. Pracę wykonaliśmy szybko, ale gdy mama zobaczyła nasze dzieło, chwyciła się za głowę. Nie została ani jedna roślinka maku, wyrwaliśmy wszystko, zostawiając chwast, który według naszego rozeznania miał być makiem. Nie można zatem zbyt wcześnie wyrywać niektórych chwastów, gdyż w pierwszej fazie rozwoju są identyczne z roślinami uprawnymi, z ich usunięciem trzeba zaczekać. Gdy będziemy zbyt niecierpliwi możemy zniszczyć uprawę. Dopiero w świetle tych wyjaśnień wyłania się sens ewangelicznej przypowieści o Królestwie bożym.

W Kościele, gdzie realizuje się Królestwo boże jest dobro i zło. Niektórzy nie mają problemu z osądzeniem i podzieleniem ludzi na świętych i grzeszników. Osądzenie bywa nieraz równoznaczne ze skazaniem na wyrwanie i wyrzucenie „chwastu”. Nie jest to jednak w duchu ewangelicznym. Człowiek nie jest w stanie poznać do końca drugiego człowieka. Nie wiemy nieraz, co się dzieje w sercu drugiego człowieka, a przecież tam zapadają najważniejsze decyzje. Tylko Bóg może zgłębić tajniki ludzkiego serca i osądzić. Dlatego zaczekajmy do żniwa, gdy człowiek stanie przed Bogiem i Ten go osądzi. Jeden z gorliwszych wyznawców nalegał na księdza, aby ten osądził i potępił jego sąsiada, który według niego jest draniem. Ksiądz odpowiedział: „tu jest tylko dział sprzedaży, sąd znajduje się na najwyższym piętrze”. Oczywiście możemy ocenić według norm moralnych konkretny czyn człowieka, możemy go potępić, ale nie jest to równoznaczne z przekreśleniem człowieka. Człowiek może zawsze skorzystać z łaski Bożej i stać się świętym.

Powtarzamy ludowe porzekadło: „Pan Bóg jest nie rychliwy, ale sprawiedliwy”. Bóg nie skazuje człowieka w połowie jego drogi. Daje mu szansę. Ostateczne osądzenie przyjdzie, gdy człowiek wykorzysta ostatnią sekundę swojego życia. Ostatnie chwile, w świetle wiary mogą okazać się najważniejszymi w życiu człowieka. Dla tego w przypowieści gospodarz, którym jest Bóg każe czekać aż do żniwa. Z historii kościoła wiemy, że wielu świętych zanim nastąpiła w nich przemiana prowadziło grzeszne życie. Ostatecznie jednak wydali owoc świętości. Osądzenie i przekreślenie w połowie drogi byłoby przekreśleniem świętości.

Warto sobie jeszcze uświadomić, że granica miedzy dobrem a złem nie przebiega pomiędzy ludźmi, ale przez środek naszego serca. To tam zmaga się dobro ze złem. Ludzie, których uważamy za dobrych, nierzadko są opanowani zazdrością, pychą, pogardą, nienawiścią itp. A ludzie, których uważamy nieraz za złych mogą mieć w sobie wiele dobra jak żal za swe postępowanie, wolę poprawy, współczucie, poświecenie. Śpiesząc się z osądzeniem i potępieniem człowieka możemy zniszczyć kiełkujące w nim dobro, które może wydać wspaniałe owoce świętości. To wielka sztuka i mądrość; osądzić czyny, wymierzyć za to karę a nie przekreślić człowieka. Może to uczynić tylko Bóg i boży człowiek, który do wszystkiego przykłada bożą miarę miłości (z książki „Ku wolności”).

 

ŁAGODNOŚĆ W OSĄDZANIU

Panie, nie ma oprócz Ciebie boga, co ma pieczę nad wszystkim, abyś miał dowodzić, że nie sądzisz niesprawiedliwie. Podstawą Twojej sprawiedliwości jest Twoja potęga, wszechwładza Twa sprawia, że wszystko oszczędzasz. Moc swą przejawiasz, gdy się nie wierzy w pełnię Twej potęgi, i karzesz zuchwalstwo świadomych. Potęgą władasz, a sądzisz łagodnie i rządzisz nami z wielką oględnością, bo do Ciebie należy moc, gdy zechcesz. Tak postępując, nauczyłeś lud swój, że sprawiedliwy powinien być dobrym dla ludzi. I wlałeś swoim synom wielką nadzieję, że po występkach dajesz nawrócenie (Mdr 12,13.16–19).

W życiu zauważymy pewną prawidłowość. Ludzie wielkiego formatu, wyrobieni duchowo, ożywieni miłością są bardziej ostrożni, bardziej wyrozumiali w osądzaniu i potępianiu innych. Zaś ludzie mali duchowo są bardziej bezwzględni i często dla uzasadnienia swego osądu powołują się na autorytet samego Boga. Odwoływanie się do Boga jest jak najbardziej uzasadnione, tylko powołując się słowo Boże trzeba je zgłębić, a najlepiej samemu żyć tym słowem. Na tej bowiem drodze zbliżamy się do Boga i przyjmujemy bożą optykę patrzenia na człowieka i stąd nasz osąd bliźniego jest bardziej Boży. A że nigdy nie staniemy się doskonali jak Bóg, dlatego ostateczny osąd, ostateczne potępienie bliźniego najlepiej zostawić samemu Bogu.

Księga Mądrości zacytowana na wstępie mówi, że boża sprawiedliwość opiera się na potędze i wszechwładzy Boga. Dla Wszechpotężnego Boga jesteśmy jak małe, bezbronne, często błądzące dzieci. On nas stworzył, należymy do Niego i dlatego jest zatroskany o swoje stworzenia i chce je ratować. Ludzie bardzo często traktują swoich bliźnich jako konkurentów, albo ty albo ja. Albo ty mnie zniszczysz albo ja ciebie. Przy takiej postawie osądzanie jest zawsze fałszywe.  A wszechpotężny Bóg patrzy na swoje dzieci i chce je ratować nawet, gdy grzeszą. W Księdze Mądrości czytamy: „I wlałeś swoim synom wielką nadzieję, że po występkach dajesz nawrócenie”.  Bóg czeka byśmy zrozumieli swój błąd i nawrócili się. Jednak Boże miłosierdzie ma swoje granice.  Wspominana Księga mówi: „Moc swą prze¬jawiasz, gdy się nie wierzy w pełnię Twej potęgi, i karzesz zuchwalstwo świadomych”. Gdy człowiek świadomie lekceważy i odrzuca Boga nie może liczyć na wybaczenie. Przyjdzie czas, kiedy trzeba będzie zdać sprawę z tego jak wykorzystałem darowany czas życia ziemskiego.

Ten temat jest kontynuowany w ewangelicznej przypowieści o pszenicy i chwaście. Gospodarz zasiał dobre ziarno, ale nocą przyszedł zły i zasiał ziarno chwastu. Wraz ze zbożem wyrosły chwasty. Słudzy przyszli do gospodarza z prośbą, aby pozwolił im wyrwać chwast. Jednak gospodarz kazał czekać do żniwa, aby nie uszkodzić zboża. Można powiedzieć, że Bóg daje nam określną ilość lat życia i czeka na nasz ostateczny owoc. W naszej duszy najczęściej rosną ziarna dobra i zła. Trzeba nieraz wiele czasu, aby dobre ziarno przemogło w duszy chwast zła. I tu nie ma miejsca na połowiczność, trzeba się za czymś opowiedzieć, bo w przeciwnym wypadku może zaistnieć sytuacja, o której mówi poniższa anegdota. Dusza egoisty puka do bram nieba.  Święty Piotr pyta:

– Co dobrego uczyniłaś na ziemi?

– Raz dałam 10 zł nieszczęśliwej kobiecie, a kiedy indziej 5 zł głodnemu dziecku.

– I cóż my z nią zrobimy? – mówi święty Piotr do Archanioła .

– Oddajmy jej te 15 zł i niech idzie do piekła- odpowiada Archanioł.

W blaskach bożego miłosierdzia i bożej cierpliwości dojrzewał owoc życia św. Augustyna. Matka Augustyna, św. Monika pragnęła, aby syn przyjął chrzest. Jednak Augustyn zafascynowany kulturą rzymską opierał się prośbom matki. Matka Augustyna żaliła się przed starym biskupem Tagasty, który pocieszył ją słowami: „Zostaw mnie, idź w pokoju. Nie może się to stać, żeby syn takich łez miał zginąć”. Słowo zasiane przez matkę w dzieciństwie zapadało głęboko w duszę Augustyna i po latach wydało zbawienny owoc. W „Wyznaniach” Augustyn napisał: „Na szczęście już jako mały chłopiec dowiedziałem się o życiu wiecznym obiecanym nam przez naszego Pana, który pokornie zstąpił do nas, grzeszników, pełnych pychy. Od samego urodzenia żegnano mnie znakiem krzyża i kosztowałem jego soli, bo matka moja gorąco w Ciebie wierzyła”. Podczas studiów w Kartaginie, z dala od swojej matki, siedemnastoletni Augustyn zszedł na złe drogi. Igrzyska, cyrk, walki gladiatorów, teatr wypełniały życie przyszłego Świętego. W „Wyznaniach” czytamy: „Przybyłem do Kartaginy i od razu znalazłem się we wrzącym kotle erotyki. Jeszcze się nie zakochałem, a już kochałem samą myśl o zakochaniu… Szukałem przedmiotu miłości”. Wkrótce jednak znudzony powierzchownym życiem zaczął szukać wartości nieprzemijających. Stał się członkiem sekty manichejczyków. Po przyjeździe do Mediolanu spotkał św. Ambrożego, który zaważył na jego dalszych losach. Tu pewnego razu usłyszał głos: „Weź to, czytaj”. Wziął Pismo św. otworzył i zaczął czytać: „Żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień: nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom”. Przemienił się i wydał owoc świętości. 5 sierpnia 430 roku, otoczony kapłanami i michami umierający Augustyn szeptał słowa psalmu: „Moja dusza pragnie Boga, Boga żywego. Kiedyż, więc ujrzę Jego oblicze?”

Przypowieść o zbożu i chwaście jest przypowieścią o Królestwie Bożym, które realizuje się w naszej duszy oraz we wspólnocie założonej przez Chrystusa, we wspólnocie Kościoła. Kościół staje się miejscem kształtowania idealnej wspólnoty dzieci bożych, formowanej przez ewangeliczne wartości. W historii pojawiali się ludzie, którzy chcieli zbudować czyste i idealne społeczeństwa uformowanych przez różne ideologie. Hitler chciał stworzyć idealnie czyste społeczeństwo rasy aryjskiej. Wszystkich innych skazywał na zagładę. Lenin również usiłował stworzyć czyste społeczeństwo klasy robotniczej, a wszystkich innych mordował. W Chinach i wielu innych krajach usiłowano stworzyć jednolite społeczeństwa podporządkowane jednej ideologii.  Organizowano tak zwane czystki. Znikali be wieści ci, którzy myśleli inaczej. Takie tendencje miały miejsce także w Kościele. Chociażby wspomnieć niesławne działania Inkwizycji w Hiszpanii, którą często wykorzystywali władcy świeccy do realizacji swoich niecnych politycznych celów. Pojawiali się ludzie „kościoła”, którzy w imieniu Chrystusa torturami i paleniem czarownic na stosach chcieli uczynić Kościół społecznością czystą i świętą. To była błędna, nieewangeliczna droga.

Kościół Chrystusowy dąży do stworzenia idealnej społeczności, świętej społeczności, jak wyznajemy w credo: „Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół”. Wyznajemy, że Kościół jest święty, a przecież w Kościele widzimy również i zło.  Dlaczego zatem mówimy, że jest święty. Kościół jest święty, bo jest założony przez Chrystusa i Chrystus w nim żyje i jest jego głową. Kościół jest święty, bo należą do niego ludzie wspaniali i święci. Kościół jest święty, bo jest miejscem uświęcenia i zbawienia. Kościół jest święty, bo jest otwarty na wszystkich ludzi, w tym także dla grzeszników. I to z powodu tych ostatnich w Kościele oprócz dobra istnieje zło. Bóg ich nie przekreśla, nie wyrywa jak chwastu, ale czeka, aby grzesznik się nawrócił. Czeka do końca jego ziemskiego życia. Daje mu nieskończone łaski, którymi ubogacił swój Ksociół. Można powiedzieć, że Bóg daje człowiekowi w swoim Kościele wszystko, co jest potrzebne do nawrócenia i uświęcenia. Na wykorzystanie tego Bóg daje grzesznikowi całe życie. Kościół nie jest muzeum świętych, ale raczej szpitalem i szkołą dla grzeszników. A kuracja trwa nieraz bardzo długo i wymaga cierpliwości. Bóg czeka całe nasze życie, a gdy tego nie wykorzystamy, to wtedy możemy być pewni, że spełnią się słowa Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii: „Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

KĄKOL I BOŻE MIŁOSIERDZIE

Bracia: Duch Święty przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, wie, że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą (Rz 8,26–27)

Pojęcie Królestwo Boże wywodzi się ze Starego Testamentu i oznacza królowanie, panowanie Boże w porządku fizycznym, etycznym, religijnym, jak i też terytorialnym. Specyficzna i oryginalna cecha starotestamentalnego rozumienia Królestwa Bożego polega na darmowym i łaskawym przymierzu Boga z Narodem Wybranym. Bóg zawierając przymierze wchodzi w dzieje ludzkości i przemienia je w historię zbawienia. Kościół założony przez Chrystusa jest realizacją obietnic danych Narodowi Wybranemu. Sobór Watykański II przypomina: „Tajemnica Kościoła świętego ujawnia się w jego założeniu. Pan Jezus bowiem zapoczątkował Kościół swój głosząc Radosną Nowinę, a mianowicie nadejście Królestwa Bożego obiecanego od wieków w Piśmie. Wypełnił się czas i przybliżyło się Królestwo Boże. (…) A Królestwo to zajaśniało ludziom w słowie, czynach i w obecności Chrystusa” (KK 5). Królestwo Boże ma charakter doczesno- eschatologiczny tzn., że zaczyna się w rzeczywistości doczesnej, ale jego pełnia ukaże się w czasach ostatecznych, eschatologicznych. Ma ono także charakter duchowo- widzialny tzn., że istota Królestwa mieści się w sferze religijnej, duchowej. Jest sprawą sumienia. Jednak duchowy charakter Królestwa domaga się uzewnętrznienia, wyznania wiary, które przybiera widzialną formę w Kościele. Kościół jest początkiem Królestwa Bożego. W tej perspektywie jawi się on jako wspólnota, w której człowiek staje się uczestnikiem zbawiającego przymierza z Bogiem.

Poprzez przypowieści Chrystus przybliża nam prawdę o Królestwie Bożym. Królestwo Boże podobne jest do maleńkiego ziarnka gorczycy, z którego wyrasta wielki krzew, tak że ptaki zakładają gniazda w jego gałęziach. Co oznacza, że w rzeczywistości Królestwa Bożego tkwią olbrzymie możliwości rozwojowe. Królestwo Boże jest podobne do zaczynu, który wkłada się do ciasta, a on sprawia, że całe ciasto się zakwasza i przemienia. Królestwo Boże zawiera potężną moc, która jest w stanie gruntownie przemienić człowieka i wspólnotę ludzką na miarę Bożych oczekiwań. Zaś zacytowana na wstępie przypowieść o pszenicy i kąkolu mówi o obecności zła w Królestwie Bożym, a które to zło jest powodem zgorszenia wielu i jest wykorzystywane jako usprawiedliwienie własnej niewiary.

Henryk mówi, że kiedyś był bardzo związany z Kościołem, ale teraz to się zmieniło, bo widzi w Kościele wiele zła. Katolicy uczęszczający na Mszę św. w życiu codziennym wcale nie postępują według wskazań Ewangelii. Niemały wpływ na taki stosunek do Kościoła miała jego decyzja pozostawienia w Polsce żony z dziećmi i związania się tu w Ameryce z inną kobietą. Oto inny przykład. Do jednej z gazet, katoliczka zgorszona przypadkami pedofilii w Kościele pisze: „W takiej sytuacji widzę tylko dwie możliwości dla katolików takich jak ja. Po pierwsze- nasze charytatywne ofiary powinniśmy przekazywać innym organizacjom. Po drugie- okazać swoje niezadowolenie przez opuszczenie Kościoła”. Powodem takiej reakcji jest zło w Kościele oraz media, które wyolbrzymiły to zjawisko, stwarzając wrażenie, że ten problem dotyka większości duchownych, gdy tymczasem zamyka się to w liczbie 0,3 %. Papież z bólem dostrzega ten problem, a jego słowa są pełne troski o dobro całej wspólnoty Kościoła. Oto fragment listu papieża do kapłanów na Wielki Czwartek „Ponadto, w tym okresie jako kapłani jesteśmy osobiście głęboko wstrząśnięci grzechami niektórych naszych braci, którzy sprzeniewierzyli się łasce otrzymanej w Sakramencie Święceń, ulegając najgorszym przejawom mysterium iniquitatis (tajemnicy zła), jakie dokonuje się w świecie. Budzi to zgorszenie, a jako jego skutek pada głęboki cień podejrzenia na wszystkich innych zasłużonych kapłanów, którzy pełnią swoją posługę z uczciwością i z konsekwencją, a nierzadko z heroiczną miłością”.

Po śmierci Dorothy Day, New York Times napisał o niej , że należała ona do największych chrześcijan dzisiejszej doby. Jako dorosła kobieta wybrała katolicyzm i do końca swego życia z pełnym poświęceniem pracowała dla najuboższych w Nowym Jorku. Widziała ona także zło w Kościele, ale jej reakcja na nie była inna, aniżeli, kobiety, o której pisałem powyżej. Patrzyła na zło przez pryzmat przypowieści o pszenicy i kąkolu. W swojej autobiografii The Long Loneliness  pisze, że Kościół ma podwójny wymiar: boski i ludzki. Boski wymiar Kościoła stanowi Chrystus głowa ciała. On sprawia, że Kościół staje się miejscem uświęcenia i zbawienia nawet największych grzeszników. Ludzki wymiar Kościoła stanowią ludzie i jak wszystko co ludzkie nie jest w pełni doskonale. Odnosi się to zarówno do wiernych jak i ich przewodników.  W wyniku czego Kościół pielgrzymując na ziemi nie zawsze ukazuje oblicze Chrystusowe światu. Dorthy wspomina, że zło w Kościele, wypływające z jego ludzkiego wymiaru było dla niej, jako katoliczki bolesnym doświadczeniem, ale pisze, że „Ludzki wymiar kościoła sprawia, że jest on widzialny dla świata”. Dorothy bardzo często porównywała ludzki wymiar Kościoła do krzyża na, którym Jezus był ukrzyżowany. Krzyż jest racją, dla której Jezus stał się człowiekiem. Zstąpił na ziemię, aby nas zbawić przez swoją śmierć. Dlatego tez ilekroć odnajdujemy krzyż odnajdujemy równocześnie Chrystusa. Jedno od drugiego jest nierozdzielne.

Przypowieść o pszenicy i kąkolu mówi o rzeczywistości Królestwa Bożego, które rozwija się i potężnieje tu na ziemi. Jest w nim dobro, które na mocy bożej obietnicy ostatecznie zwycięży. I  jest zło, które wchodzi do Kościoła wraz z ludzka słabością. Dlaczego Bóg nie usuwa zła, nie reaguje tak gwałtownie na zło, jak zwykł to czynić człowiek. Czekanie do żniwa, aby usunąć chwast zła jest obrazem Bożego miłosierdzia. Zło jest wymieszane z dobrem nawet w samym człowieku. Bóg czeka, aby człowiek dojrzał do zrozumienia swego błędu. Nawrócił się i żył. Pszenicy wystarcza jeden rok, aby dojrzeć i wydać owoc. Człowiek ma na to wiele lat. Bóg czeka, a gdy człowiek nie wykorzysta tego czasu i łaski, wtedy przychodzi nieubłagany czas żniwa, czas oddzielenia kąkolu zła od pszenicy dobra. Sąd i potępienie zostawmy Bogu, bo On najlepiej zna myśli i pragnienia człowieka. Tylko Jego sąd jest sądem doskonałej miłości, która nie pozwala, aby zaginęło najmniejsze dobro. Autor Biblijny pisze w Księdze Mądrości: „Panie nie ma prócz Ciebie boga, co ma pieczę nad wszystkim, abyś miał dowodzić, że nie sądzisz niesprawiedliwie. Podstawą Twojej sprawiedliwości jest Twoja potęga, wszechwładza Twa sprawia, że wszystko oszczędzasz” (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

CHWAST W KRÓLESTWIE BOŻYM

W modlitwie „Ojcze nasz” powtarzamy słowa: „Przyjdź królestwo Twoje”. Prosimy aby Królestwo Boże, inaczej Królestwo Niebieskie, stawało się naszym udziałem już tutaj na ziemi. Nie chodzi tu o przyjście Królestwa w ostatecznym jego kształcie, ale o napełnienie nas mądrością i mocą bożą uzdalniającą do budowania Królestwa już tu na ziemi, w nas samych. Chrystus mówił o Królestwie Bożym w znaczeniu religijno-moralnym a nie politycznym. Królestwo Boże nie jest w pełni rzeczywistością ziemską. Jest ono niejako zasiane na ziemi. Budowanie Królestwa Bożego rozpoczynamy od przemiany ludzkiego serca, które może być ukształtowane na miarę świętego lub zbrodniarza. Człowiek przyjmując słowo boże, rozwijając swoje talenty i umacniając się w cnocie przekształca swoje serce na miarę Królestwa Bożego. W dziele budowania tego Królestwa Jezus ustanowił Kościół, który stwarza sprzyjające warunki przemiany ludzkiego serca na miarę świętego. Można zatem powiedzieć, że Kościół jest widzialną strukturą, w której żyje Chrystus i realizuje się Królestwo Boże. Ewangelia zacytowana na wstępie mówi nam, że w procesie budowania tego Królestwa daje znać o sobie także zło. Jest w nim dorodna pszenica, która owocując świętością poszerza i umacnia Królestwo Boże, ale jest także, chwast, który utrudnia budowanie Królestwa, zamazuje jego świętość. Jednak jak zapewnia nas Chrystus, w czasach ostatecznych, gdy zrealizuje się pełnia Królestwa, wtedy chwast zostanie wyrwany i wrzucony do ognia.

Słuchając przypowieści o pszenicy i chwaście często wracam myślą w rodzinne strony i oczyma wyobraźni widzę pagórkowate pola Roztocza a na nich złote łany dojrzewających zbóż. Niejeden raz jako mały chłopiec przechodziłem wąskimi miedzami między tymi łanami. Najbardziej podobały mi się pola, na których było dużo kolorowych kwiatów. Kwitły między innymi czerwone maki, błękitne chabry i różowawy kąkol. To co mnie się podobało było zmartwieniem rodziców, bo im bardziej kolorowy łan tym gorsze były plony. Tę prawdę zrozumiałem, gdy podrosłem i zmądrzałem. Wiedziałem, że te piękne kolorowe rośliny, to dokuczliwy chwast, który dla dobra pszenicy i nas samych najlepiej byłoby wyrwać i zniszczyć. Nieraz zapuszczałem się jako mały chłopiec w przerastający mnie wysokością łan zboża, zrywając chabry i kąkole. Jednak nie zostałem za to pochwalony przez rodziców, ponieważ zrywając kwiaty narobiłem w zbożu wiele ścieżek, wyrządzając zasiewom więcej szkody niż same chwasty. Rozpisałem się o tym nie tylko ze wzglądów sentymentalnych, ale również dlatego, że te wspomnienia dopełniają w mojej wyobraźni przypowieść Jezusa o pszenicy i chwaście.

Jezus wygłosił tę przypowieść do ogromnej rzeszy słuchaczy. Prawdopodobnie nie wszyscy z tego tłumu rozumieli jej sens. Nawet uczniowie Jezusa po odprawieniu tłumów pytali Jezusa o jej znaczenie. Te wyjaśnienia były potrzebne uczniom, ponieważ to oni będą w pierwszym rzędzie głosić Ewangelię o Królestwie Bożym. Wiedza jest potrzebna do pełniejszego zrozumienia istoty Królestwa Bożego oraz odróżnienia co jest dobre a co złe w jego budowaniu. I tu wrócę jeszcze do moich dziecinnych wspomnień. Wtedy podobały mi się łany pszenicy gęsto przytykane kwiatami chabrów i kąkoli. Jednak pouczenia rodziców sprawiły, że zrozumiałem polskie porzekadło, że „nie wszystko złoto co się świeci”. Bardzo często zło dociera do nas w formie uwodzącego piękna i mniej świadomych pociąga za sobą. Chrystus naucza wszystkich o Królestwie Bożym, a swoim uczniom daje jeszcze dodatkowe wyjaśnienia. Na początku uczniowie podobnie jak wielu Izraelitów, spodziewali się, że Królestwo Boże zapowiadane przez proroków Starego Testamentu będzie miało charakter polityczny i zrealizuje się w potężnym i wyzwolonym Izraelu. Pod wpływem nauk Chrystusa powoli odkrywali prawdziwe znaczenie tego Królestwa. Na prośbę uczniów Chrystus wyjaśnia znaczenie przypowieści o pszenicy i chwaście: „Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy. Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem zaś synowie Złego. Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest diabeł; żniwem jest koniec świata, a żeńcami aniołowie. Jak więc zbiera się chwast i spala ogniem, tak będzie przy końcu świata. Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce w królestwie Ojca swego”.

Jezus jest gospodarzem, który obsiewa swoją rolę. Tą rolą są ludzkie serca, na które pada słowo Jezusa i wydaje swój owoc. Jednak diabeł, gdy ludzie śpią zasiewa ziarno chwastu. Słowo „spać” oznacza w Biblii brak czujności. Ten brak czujności wykorzystuje nieprzyjaciel i zasiewa w sercu człowieka kłamstwo, które rodzi nieufność, rozpacz i egoizm. Przychodzi on niepostrzeżenie pod osłoną nocy. W dzisiejszych czasach czyni to coraz bardziej otwarcie, wykorzystując ogromne możliwości oddziaływania na człowieka środków masowego przekazu. Wystarczy tylko na chwilę otworzyć gazetę, włączyć telewizor, aby się przekonać jak wiele jest tam treści przeciwnych nauczaniu Chrystusa. Co więcej wiele z nich stara się podważyć samą Ewangelię. Co jakiś czas pojawiają się w mediach artykuły z krzyczącymi tytułami: „Odkrycie, które wstrząśnie posadami chrześcijaństwa”. Nie tak dawno na łamach „The New York Timesa” pojawił się artykuł o odkryciu naukowca Izraela Knohla, które miało podważyć podstawy chrześcijaństwa. A jest nim napis na kamiennej tablicy z pierwszego wieku znalezionej w pobliżu Morza Martwego na terenie Jordanii. Tablica została zapisana hebrajskim pismem na kilkadziesiąt lat przed narodzeniem Jezusa i mówi o mesjaszu, który po trzech dniach zmartwychwstał. Nie jest to jakieś nadzwyczajne odkrycie. Historia zna setki samozwańczych mesjaszy, których misja kończyła się wraz z ich śmiercią. Zapewne pamiętamy sprzed kilku lat śmierć cadyka Josefa Icchaka Szneersona, który przez członków chasydzkiej grupy Lubawicza w Nowym Jorku uważany był za mesjasza. Po jego śmierci chasydzi czekali na jego zmartwychwstanie, a niektórzy czekają do dzisiaj. Załóżmy, że znudzi się im czekanie i ogłoszą światu, że cadyk zmartwychwstał, to i tak to nie będzie miało żadnego wpływu na naszą wiarę w Jezusa Chrystusa, który zmartwychwstał i potwierdzi swoje zmartwychwstanie licznymi cudami.

Umocnieni zapewnieniem Chrystusa, że przy końcu czasów chwast będzie usunięty a sprawiedliwi zajaśnieją pełnym blaskiem, możemy już teraz ziarno zła przemieniać w dobro, jak w poniższej historii. Przed laty młoda dziewczyna z Nowej Zelandii imieniem Maori, przepełniona miłością do Chrystusa i gorliwością budowania Królestwa Bożego postanowiła poświecić się pracy misyjnej. Pewnego razu wraz z innym misjonarzem przybyła do niewielkiej wioski zagubionej w buszu. Tam głosiła ewangelię, nauczała i przewodniczyła modlitwom. Pewnej niedzieli mężczyzna wrogo nastawiony do misjonarki i jej działalności misyjnej rzucił w nią ziemniakiem. Młoda dziewczyna z pokorą przyjęła tę zniewagę. Podniosła z ziemi ziemniak, zabrała do domu i posadziła, a później pielęgnowała. Gdy przyszedł czas zbiorów nakopała cały koszyk dorodnych ziemniaków. Niosąc je zobaczyła mężczyznę, który rzucił w nią ziemniakiem. Podeszła do niego i pokazała mu koszyk ziemniaków mówiąc, że tak pięknie zaowocował ziemniak, którym on w nią rzucił (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

BŁOGOSŁAWIONA MARIA KARŁOWSKA

Królestwo niebieskie zanim zacznie przemieniać świat, wcześniej musi przemienić ludzkie serce. To we wnętrzu człowieka dobro pszenicy zmaga się ze złem kąkolu. Dopóki człowiek oddycha, żyje ma szansę, aby jego najbardziej zachwaszczona dusza zaowocowała dorodną pszenicą. Dlatego Chrystus każe czekać do żniwa, do końca życia i dopiero wtedy można zebrać chwast i wrzucić do ognia. Nie spieszmy się zatem z potępieniem bliźniego. Pomóżmy, aby zaowocowało w nim dobro. Przekreślenie człowieka ze względu na popełnione zło jest przedwczesnym wyrywaniem chwastu, które niszczy zagłuszoną pszenicę, a która może jeszcze wydać obfity plon. Święci, widząc zło w człowieku dostrzegali w nim nawet najmniejszą iskierkę dobra, którą rozdmuchiwali w ogromny płomień. Tak czyniła bł. Matka Maria Karłowska. Za motto swego życia przyjęła słowa: „Albowiem Syn Człowieczy przyszedł odszukać i zbawić to, co zginęło” (Łk 19,10). Specyficzny rodzaj jej apostolstwa zrodził się po spotkaniu z prostytutką, która legitymowała się tzw. „czarną książeczką”. Prostytutki posiadające taki dokument były tolerowane przez władzę, tylko musiały poddawać się czasowym badaniom lekarskim, aby nie zarazić swoich klientów chorobami wenerycznymi. Maria zrozumiała wtedy, jak bardzo jest potrzebne apostolstwo, szczególnie tam, gdzie zło ma prawne przyzwolenie. Apostołowała bardzo skutecznie. Ci co ją spotykali mówili: „Przy pani Marii człowiek chce być lepszym”.

Maria Karłowska urodziła się w majątku Słupówka, dzisiejszym Karłowie, w archidiecezji gnieźnieńskiej jako jedenaste dziecko w rodzinie. Wychowywała się w atmosferze głębokiej pobożności i odpowiedzialności oraz szczerego patriotyzmu. Po sprzedaży rodzinnego majątku, Karłowscy przenieśli się do Poznania. Tutaj Maria uczyła się w Wyższej Szkole dla Dziewcząt Katolickich. Jednak z powodu śmierci obojga rodziców i trudności finansowych była zmuszona do przerwania nauki. Osierocona podjęła pracę w zakładzie usługowym swojej siostry Wandy. Siostra po pewnym czasie wysłała ją do Berlina na roczny kurs krawiectwa, po ukończeniu którego objęła kierownictwo kroju w pracowni siostry. Maria przez 10 lat pracowała w tym zakładzie. W tym czasie apostołowała wśród dziewczyn, które przyuczała do zawodu. Śpiewała z nimi pieśni religijne, kierowała rozmowy na właściwe tematy, rozmawiała z nimi o wierze. Wymowa jej świadectwa była potęgowana ślubem dozgonnej czystości, który złożyła na ręce swego spowiednika w roku 1882.

Przypadkowo, w czasie odwiedzin rodziny ubogich krawców Maria spotkała prostytutkę. Po rozmowie z nią postanowiła działać. Odtąd dom krawca stał się miejscem spotkań kobiet, które z różnych powodów znalazły się na drodze nierządu. Maria, w czasie tych spotkań starała się pomóc tym kobietom wrócić na drogę uczciwego życia. Odwiedzała także niebezpieczne zaułki Poznania, gdzie bieda materialna szła w parze z biedą moralną. Zwracała szczególną uwagę na prostytutki. Bramy kamienic, cmentarze, ulice, domy publiczne, więzienie, oddział dla wenerycznie chorych kobiet w szpitalu miejskim stały się miejscem jej apostołowania. Kobiety utrzymujące się z nierządu zachęcała do porzucenia tego stylu życia. Maria, swoją życzliwością i czystością sprawiała, że kobiety tak boleśnie doświadczone przez życie otwierały się przed nią i prosiły o pomoc w wyrwaniu się z tego grzechu. Maria przygotowała je do przyjęcia sakramentów świętych, jaki też w miarę możliwości pomagała im w znalezieniu pracy i ustabilizowaniu życia. Przez półtora roku prowadziła apostolstwo w tym środowisku. Czyniła to potajemnie, gdyż tego typu działalność nie znajdowała zrozumienia w niektórych kręgach.

W roku 1894 Maria Karłowska założyła w Poznaniu specjalny dom, dla prostytutek, które pragnęły zmienić swoje życie. Nazwała go Zakładem Dobrego Pasterza. Dla dziewczyn, dawnych prostytutek Maria załatwiała chałupnicze prace, ale jak się okazało nie były one nawykłe do tej pracy i nie mogły utrzymać domu. Ale wtedy opatrzność Boża posłała hrabiankę Anielę Potulicką, która zakupiła dla Zakładu posiadłość we wsi Winiary pod Poznaniem. 29 września 1895 roku arcybiskup Stablewski poświęcił dom i kaplicę w Winiarach. Z upływem czasu, do Marii dołączały inne kobiety, które wspierały ją w tej działalności. Wobec tego Maria napisała konstytucję i inne pomoce potrzebne do formacji zakonnej, wybierając Dobrego Pasterza jako patrona swego dzieła. I takie były początki Zgromadzenie Sióstr Pasterek od Opatrzności Bożej. Władze pruskie nie zgodziły się na zatwierdzenie Zgromadzenia, ale siostry zyskały zezwolenie arcybiskupa Stablewskiego i 20 czerwca 19002 roku Maria i siedem sióstr złożyły na ręce swego spowiednika śluby wieczyste. Oprócz trzech zwykłych ślubów (ubóstwa, czystości i posłuszeństwa) złożyły czwarty ślub-pracy nad osobami trudniącymi się nierządem. 13 kwietnia 1909 r. Zgromadzenie zostało formalnie zatwierdzone na prawie diecezjalnym jako „Instytut Dobrego Pasterza od Opatrzność Boskiej”. Maria została Matką Przełożoną. Wzorem pracy apostolskiej dla pasterek jest Pan Jezus Dobry Pasterz, który przebaczał, podnosił, pocieszał, a nigdy nie przekreślał człowieka. Matka Maria mówiła, że „warto być pasterką, aby choć jednej duszy dopomóc do zbawienia”.

Maria z wielką łagodnością i dobrocią odnosiła się do swoich podopiecznych, tę dobroć wyczuwało się nawet wtedy, gdy ostrzej je karciła. Taką postawą zjednywała sobie dawne prostytutki, pomagając im w nawróceniu i przemianie życia. Obok katechizacji, praca była jednym z najważniejszych elementów wychowawczych. Trzeba było nieraz przełamać niechęć do pracy fizycznej podopiecznych, następnie odkryć uzdolnienia, zamiłowania i zgodnie z nimi dać zatrudnienie. Był to proces bardzo trudny wymagający wiele czasu, stąd też Matka zachęcała siostry do cierpliwości. Z czasem, wspaniałe wyniki wychowawcze Instytutu Dobrego Pasterza spotkały się z uznaniem władz pruskich. Bardzo często policja przyprowadzała do Instytutu prostytutki naruszające prawo. Zazwyczaj po kilku latach pobytu w Instytucie dziewczyny opuszczały go i zakładały rodziny a bywało i tak, że zostawały na całe życie w Instytucie.

Na 25-lecie pracy apostolskiej, 19 marca 1918 roku Maria Karłowska otrzymała dekret od arcybiskupa Edmunda Dalbora, w którym zatwierdził konstytucję Zgromadzenia i pobłogosławił zbożnemu dziełu, które ciągle się rozrastało. Powstało dziewięć nowych placówek wychowawczych. Było to możliwe dzięki ogromnemu poświęceniu i charyzmatowi Matki Marii. Doceniły to także władze Rzeczpospolitej Polskiej, dekorując ją w roku 1928 Złotym Krzyżem Zasługi za pracę społeczną.

Matka Maria Karłowska do końca wypełniła misję zleconą jej przez Chrystusa. Odchodząc do swego Pana w Pniewitem, 24 marca 1935 roku wypowiedziała ostatnie słowa: „To za zakon… to za dusze – niech się nawrócą… niech się uświęcą” (z książki Wypłynęli na głębię).

 

CHABRY I KĄKOLE POŚRÓD PSZENICY          

Chrystus nauczając o Królestwie Bożym używa obrazów, które przywołują wspomnienie mojego rodzinnego domu z lat dzieciństwa. Przytacza przypowieści o pszenicy i chwaście, ziarnku gorczycy i zaczynie przy wypieku chleba. Pamiętam z lat dzieciństwa zarastające chwastami zagony. Rodzice czasami brali mnie i rodzeństwo w pole, aby pod ich czujnym okiem wyrywać chwasty. Dla nas dzieci nie było to zbyt ciekawe zajęcie. Woleliśmy biegać, grać w piłkę i palanta, bawić się w chowanego. Dziś jednak patrzę na to inaczej. Rodzice uczyli nas w ten sposób pracowitości no i odróżniania chwastów od roślin uprawnych. Nawet gdybym wtedy dobrze znał przypowieść Chrystusa o pszenicy i chwaście, to i tak nie przekonałbym rodziców, że postępują niezgodnie z Ewangelią, wyrywając chwasty przed żniwami. Zresztą rodzice mogliby powiedzieć, że Chrystus mówi o konkretnej uprawie jaką jest pszenica, a tej się nie plewiło, mimo że rosły tam chwasty. Zapamiętałem te najbardziej kolorowe, jak błękitne chabry, fioletowo – różowe kąkole i czerwone maki. Gdy zakwitały i stawały się widoczne w uprawie, to zazwyczaj było za późno na ich wyrywanie. Usuwając je można było wyszmatłać (to słowo jest do tej pory używane w mojej rodzinnej wsi) spore płacie pszenicy, czyli zniszczyć, wydeptać. Najlepiej było zaczekać do żniwa, tak jak mówi Chrystus, nauczając o Królestwie Bożym, które zaczyna się tu na ziemi i najpełniej realizuje się w Kościele Chrystusowym. Jest w nim dorodna pszenica, ale jest też i chwast. O ile w uprawach pszenicy przy niewielkiej znajomości rolnictwa łatwo odróżnić chwast od pszenicy, to gdy chodzi o Królestwo Boże sprawa jest bardziej skomplikowana. Potrzebujemy wiele czasu, nieraz całego życia, aby rozpoznać chwast, potrzebujemy też wyjątkowego Nauczyciela, który patrzy w ludzkie serce i właściwie je ocenia. Spójrzmy na tę prawdę przez pryzmat poniższej opowieści.

Katecheta otworzył Biblię na stronie z opisem kazania Jezusa na Górze Błogosławieństw i przeczytał uczniom słowa: „Wy jesteście solą ziemi…. Wy jesteście światłem świata”. Po czym zamknął Biblię i powiedział: „Czy nie byłoby to cudownie, gdyby tak wyrwać chwasty z Kościoła. Czy nie byłoby to wspaniałe, gdyby usunąć z niego letnich chrześcijan. Pomyślcie, jak Kościół mógłby przemieniać cały świat, gdyby miał tylko oddanych i gorliwych wyznawców. Milion gorliwych chrześcijan lepiej by świadczyło o Chrystusie niż 25 milionów obojętnych”. Większość studentów podzielała w całej rozciągłości poglądy katechety. Z wyjątkiem jednej dziewczyny, która powiedziała: „Zgadzam się z tym co pan powiedział. Ale kto może decydować, że ten człowiek powinien być usunięty z Kościoła jak chwast, a kto powinien w nim zostać?” Wielu studentów podniosło ręce do góry, prosząc o głos. A jeden z nich powiedział: „Sądzę, że prawie każdy z nas może o tym decydować. Mogę nawet teraz dać konkretną listę chrześcijan, których powinno się usunąć z Kościoła”. Zapewne wielu z nas ma taką gotową listę, tych których nie tylko trzeba by wykluczyć z Kościoła, ale nawet zamknąć przed nimi bramy nieba, nie dając szans na nawrócenie, opamiętanie, powrót do Boga. Nie jest to jednak Chrystusowe patrzenie, który mówi: „Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa”.

Miejscem budowania Królestwa Bożego jest także nasze wnętrze. Ziarno tego Królestwa padło na glebę naszego serca w czasie chrztu. Byliśmy wtedy tacy czyści i niewinni, nic nie mąciło piękna naszej duszy, w której jak dorodny łan pszenicy rosło i potężniało Królestwo, które Chrystus rozpoczął na ziemi i w naszym sercu. Jednak wystarczy moment nieuwagi, zaniedbania, opieszałości, aby cudowny ogród Królestwa Bożego w naszej duszy zaczął zarastać chwastem. Chrystus mówi: „Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swojej roli. Lecz gdy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel, nasiał chwastu między pszenicę i odszedł”. W Biblii sen może oznaczać brak czujności wobec otaczającego nas zła, wobec Szatana, o którym św. Piotr pisze: „Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć”. Trzeba się obudzić, zachować czujność. Tę prawdę zilustruję poniższą historią z książki „Przebłysk wieczności”.

Nowozelandczyk Ian McCormack udał się z przyjaciółmi na nocne nurkowanie. Pod wodą został poparzony przez meduzy. Okazało się, że były to osy morskie. Jedno oparzenie przez ten gatunek wystarczy, by zabić człowieka, tymczasem Iana poparzyło aż pięć. Koledzy odwieźli go na brzeg i zostawili. Ian czuł, jak trucizna osłabia jego ciało. Ogarnęła go senność. Wówczas usłyszał wyraźny głos: „Ian, jeśli zamkniesz oczy i zaśniesz, nigdy się nie obudzisz”. Nikogo wokół siebie nie widział, ale był pewien, że słyszy ten głos i postanowił walczyć o swoje życie. Podniósł się i słaniając się wyruszył w drogę. Po drodze prosił o pomoc, ale napotkani ludzie nie zwracali na niego uwagi, sądząc, że jest pod wpływem narkotyków. Szedł dalej, słysząc głos: Nie poddawaj się. W końcu dotarł do hotelu, z którego został zabrany przez karetkę pogotowia. W drodze do szpitala przed oczami, jak w filmie przesuwały się obrazy z jego życia. Zobaczył między innymi swoją matkę, kobietę ogromnej wiary, i usłyszał jej słowa, zachęcające go do modlitwy. Modlitwa nie przychodziła mu łatwo, gdyż daleko odszedł od Boga i uważał się za ateistę. Teraz był przekonany, że powinien się modlić, ale nie wiedział jak. Próbował przypomnieć sobie modlitwę „Ojcze nasz”, której nauczyła go matka. Powoli zaczął ją odmawiać. A gdy doszedł do słów „i odpuść nam nasze winy”, z całego serca zaczął prosić Boga o przebaczenie grzechów: „Boże, przebacz mi moją perfidię i złe uczynki. Boże, oczyść mnie. Przebaczam tym wszystkim, którzy mnie zranili. Jezu Chryste, będę czynił twoją wolę – niech się stanie to, co Ty chcesz. Będę szedł za Tobą”. Był to dla niego moment prawdziwego przebudzenia. Zobaczył, ile chwastów w jego duszy zasiał Szatan, gdy on brodził, jak we śnie w mrokach zła. Przebudził się, a Królestwo Boże wypełniło jego duszę.

Modlitwa jest jedną z najważniejszych form naszej czujności, która broni nas przed Szatanem, zasiewającym chwast zła w naszej duszy. Prowadzi ona także przebudzenia zachwaszczonej duszy i przemiany życia. Modlitwa jest stałą świadomością obecności Boga w naszym życiu, któremu wszystko zawierzamy, po porostu rozmawiamy z Nim o wszystkich naszych sprawach. Gdy brakuje nam żarliwości w modlitwie, żywej łączności z Bogiem, to wsłuchajmy się w to co pisze św. Paweł w zacytowanym na wstępie z Liście do Rzymian: „Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami”. A zatem módlmy się do Ducha św.: „Przyjdź Duchu Święty. Przemień moje wewnętrzne napięcie w święte odprężenie. Przemień mój niepokój w kojącą cisze. Przemień moje zatroskanie w spokojną ufność. Przemień mój lęk w nieugiętą wiarę. Przemień moją gorycz w słodycz Twej łaski. Przemień mrok mego serca w delikatne światło. Przemień moją obojętność w serdeczną życzliwość. Przemień moją noc w Twoje światło. Przemień zimę mej duszy w Twoją wiosnę. Wyprostuj moje krzywe drogi, wypełnij moją pustkę, oczyść z pychy, pogłębiaj moją pokorę. Rozpal we mnie miłość! Spraw, abym widział siebie jak Ty mnie widzisz, abym mógł poznać Ciebie jak to obiecałeś i był szczęśliwy według słowa Twego: Błogosławieni czystego serca albowiem oni Boga oglądać będą” (Kurier Plus, 2017).

 

WIARĄ BUDUJEMY KRÓLESTWO BOŻE

W najbardziej istotnych sprawach jakim są wiara i Królestwo Boże Chrystus używa obrazu ziarnka gorczycy. „Królestwo niebieskie podobne jest do ziarnka gorczycy”. „Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: ‘Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze!’, a byłaby wam posłuszna”. Ziarnko gorczycy jest jednym z najmniejszych ziaren, mimo mikroskopijnej wielkości ma ono w sobie ogromną dynamikę życia. Zdolność rozwoju i przemiany w wielkie drzewo, które staje się schronieniem dla ptaków. Gdy apostołowie proszą swego Mistrza: „przymnóż nam wiary” On w odpowiedzi pokreślą jak ważna jest wiara i trzeba o nią prosić, a On obdarzy nas łaską, że nasza wiara chociażby była mała jak ziarnko gorczycy to w mocy Chrystusa stanie się tak potężna, że możemy powiedzieć morwie: „Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze!’, a byłaby wam posłuszna”. W mocy takiej wiary możemy skutecznie budować Królestwo niebieskie mimo różnych przeciwności.

 Wiara, która jest jak ziarnko gorczycy w mocy Chrystusa wyrasta w ogromne drzewo i staje się mocą i schronieniem dla nas samych i tych, którzy czują się zagubienie, słabi, zalęknieni. Taka wiara przemienia świat, ale wcześniej przemienia ludzkie serca, gdzie rozpoczyna się budowanie Królestwa niebieskiego. Niejeden raz jesteśmy świadkami jakby eksplozji dobra i miłości w ludzkich sercach i wokół nas, to nic innego jak wzrost Królestwa niebieskiego zasianego ziarnkiem gorczycy. Z pewnością doświadczają tego, ci którzy miłością, szczerą modlitwą, ofiarą i ogromną wiarą otoczyli 4- letniego Filipka, który zmaga się z nowotworem oka. Jego rodzice, Marta i Adam stworzyli ciepły, wypełniony szczerą wiarą i miłością dom dla czwórki swoich dzieci. Wdzięczni Bogu za wiarę, za wspaniałe dzieci, za dom pełen miłości postanowili adoptować sieroty w Afryce. Za każdym dzieckiem, którym Bóg ich obdarzył adoptowali sierotę w Afryce, wysyłając pieniądze na ich utrzymanie i wykształcenie. Z bólem, ale i ogromną wiarą i ufnością przyjęli druzgocąca diagnozę, że ich najmłodszy synek Filipek jest chory na raka. Polscy lekarze poradzili, aby udali się na leczenie do USA. To ogromny koszt, przekraczający ich możliwości. Jednak nie poddali się. Ogromną wiarą i miłością do swego dziecka zmobilizowali wielu ludzi, którzy ich wspierają finansowo i modlitewnie. Jednoczy ich wezwanie „Siła Boga Filipowi skrzydeł doda”. Patrząc na to odnosi się wrażenie, że jesteśmy świadkami rozwoju Królestwa niebieskiego, które małe jak ziarnko gorczycy staje się wielkim drzewem, gdzie znajdujemy schronienie, ochłodę. Nieraz są to z pozoru niewielkie rzeczy, jak np. ugotowany przez Małgosię specjalnie dla Filipka pyszny rosół. Filipek prosząc o dokładkę apetycznie mlaskał i gładził się po brzuszku.

Na profilu FB „Siła Boga Filipkowi sił doda” może przeczytać wiele wzruszających wpisów, które mówią o ogromnej wierze i nadziei, miłości i ofierze, mówią, jak w takiej trudnej sytuacji kiełkuje i rozwija się wiara oraz Królestwo niebieskie. Przytoczę kilka fragmentów wpisów rodziców Filipka: „Niestety wyceny ze szpitali, które dostaliśmy w obecnych dniach są ogromne, a czasu również bardzo mało! Nasza walka o naszego dzielnego Filipka jest ekstremalnie trudna i kosztuje wiele wysiłku psychicznego, fizycznego i finansowego. Ale nie poddamy się! Wielu z Was pytało, jak może pomóc. Myśleliśmy, że kolejny raz jakoś damy radę, ale koszty samego leczenia są ogromne, a to tylko cześć kosztów. Wiemy, że jest to trudny czas dla wszystkich, ale jeżeli możesz i chcesz pomoc nam w walce o zdrowie i życie Filipka to prosimy o wsparcie. Jak zawsze prosimy też o modlitwę, bo wierzymy w jej moc, a jak widzicie sytuacja nasza z każdej strony delikatnie mówiąc nie jest łatwa. Dziękujemy, że jesteście i za każdą nawet najmniejsza wpłatę i za udostępnienie”. Ta moc duchowa i wiara wygenerowały także pieniądze na leczenie. Wokół tej sprawy wytworzyła się wspólnota nadziei, wiary, która może góry przenosić.

W kolejnym wpisie czytamy: „Po guzach nie ma śladu i nie ma też żadnych nowych zmian. Dzięki Bogu i wszystkim Jego pomocnikom oczko jest czyste. Ale żeby nie było za łatwo mieliśmy trudna rozmowę z lekarzami, bo jednomyślnie rekomendowali jeszcze jedno prewencyjne podanie chemii dotętniczo w miejsce, gdzie były zmiany. Jest to dla wszystkich bardzo nietypowa sytuacja i była to bardzo trudna dla nas decyzja. Odpowiedzialność i waga są największe z możliwych. Biorąc jednak wszystko co wiemy pod uwagę zgodziliśmy się na to. Kolejny raz radość z super informacja miesza się z koniecznością podjęcia bardzo trudnych decyzji. Wiemy, że nie przez przypadek tutaj trafiliśmy pod opiekę tych lekarzy. Od początku naszej walki robiliśmy wszystko co możliwe jednocześnie zawierzając wszystko Bogu, wierząc w Jego prowadzenie i obecność w tym doświadczeniu. Dlatego z wiarą i nadzieją w ostateczne zwycięstwo staniemy jutro kolejny raz do walki! Niech to będzie ten ostatni zwycięski raz!!! Pozdrawiamy i dziękujemy za waszą pomoc i modlitwy. Prosimy nie ustawajcie, bo kolejny bardzo trudny dzień przed nami. Dziękujemy, że jesteście z nami”. Powrót Filipka zadziwił także samych lekarzy, ale rodzice wiedzieli, że w tym jest palec Boży. Synek był otoczony wiarą i modlitwą. A to zdziwienie lekarzy miało miejsce po modlitwie nad Filipkiem ojca Bashobory, którego przywieźli do szpitala przyjaciele rodziny chorego.

Dopełnieniem powyższej historii może być inna opisana przez Briana Doyle w książce „Dzieci i inne dzikie zwierzęta”. Pisze on o swoich zmaganiach w ratowaniu życia swojego syna Liama, który urodził się z trzema komorami serca i wymagał dwóch operacji, Dwuletni Liam przeszedł dwie operacje, które wiązały się z pewnymi komplikacjami. Dzień po drugiej operacji lekarze powiedzieli, że można spróbować nakarmić Liama jego ulubioną potrawą, którą był groszek. Ojciec tak wspomina: „Więc oto jestem, karmiąc go na szpitalnym łóżku. Podniosłem łóżko tak, aby mógł jeść.  Podaję mu groszek po groszku. Jest rozbudzony i wyraźnie podekscytowany, gdy podaję mu groszek. On lubi groszek. Ziarnka wkładam mu do ust, jedno po drugim. Delikatnie przyjmuje groszek a potem ze smakiem gryzie i połyka. Za każdym razem, gdy przyjmuje groszek, na chwilę dotyka końce mojego kciuka i palca wskazującego. Po trzynastym groszku zasypia, a ja rozkładam łóżko, klękam i żarliwie się modlę”.

 Trzynaście małych groszków podtrzymuje życie ciężko chorego chłopca. Dla zdesperowanego ojca są środkiem pełniejszego kontaktu miłości z synem. Przez pryzmat tej opowieści popatrzmy na nasze życie. Tak wiele małych, zwyczajnych rzeczy w naszym życiu może być objawieniem miłości Boga pośród nas. Tak wiele jest w naszym życiu maleńkich nasion gorczycy. Powinniśmy je sadzić i pielęgnować, aby dawały bezpieczne schronienie dla tych których kochamy. Rosołek Filipka, groszek Liama mogą wyrażać miłość i troskę, która uwalnia nas od lęku, żalu i prowadzi do prawdziwej nadziei i wiary. Wiara w obrazie ziarnka gorczycy uświadomią nam obecność Boga w najmniejszych, najbardziej ukrytych zdarzeniach, która może rozpalić iskierkę światła Bożego w olbrzymi płomień pośród ciemności i bólu. Podobnie jak ewangeliczne ziarno gorczycy mimo swej małości możemy nieść miłość, współczucie i przebaczenie Boga naszym rodzinom i wspólnotom. I tak jak zaczyn, który przemienia mąkę i wodę w ciasto do wypieku chleba byśmy przemieniali nasze rodziny, kościół, świat na miarę Królestwa niebieskiego. Czy mamy wiarę jak ziarnko gorczycy, która może uzdrowić nas z różnych dolegliwości życiowych i wprowadzić w jasność duchową Królestwa niebieskiego? (Kurier Plus, 2020).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *