22 Sie

21 niedziela zwykła Rok A

 

MESJASZ, SYN BOGA ŻYWEGO. 

Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?”. A oni odpowiedzieli: „Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków”. Jezus zapytał ich: „A wy za kogo Mnie uważacie?”. Odpowiedział Szymon Piotr: „Ty jesteś Mesjaszem, Synem Boga żywego”. Na to Jezus mu rzekł: „Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem ciało i krew nie objawiły ci tego, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr – Opoka i na tej opoce zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie”. Wtedy przykazał uczniom, aby nikomu nie mówili, że On jest Mesjaszem (Mt 16,13–20).

W Słowniku teologicznym czytamy: „Jezus jest Mesjaszem, to znaczy zapowiadanym przez proroków Starego Testamentu i oczekiwanym przez naród izraelski Zbawicielem świata. Tytuł Mesjasz pochodzi z języka hebrajskiego i znaczy to samo, co pochodzące z języka greckiego słowo Chrystus, a mianowicie pomazaniec. Tytuł ten nawiązuje do obrzędu namaszczenia, jakie otrzymywali królowie izraelscy, kapłani, niekiedy prorocy, uważani za wysłanników Bożych, namaszczonych Jego Duchem. Zapowiadany przez proroków Mesjasz był, zatem wysłannikiem i przedstawicielem Boga.

Jezus nie nazywał siebie publicznie Mesjaszem i zabraniał tego czynić Apostołom, a to ze względu na żywione przez Żydów błędne wyobrażenie o roli oczekiwanego Mesjasza, jako doczesnego, zwycięskiego władcy Izraela. Nazywał siebie natomiast Synem Człowieczym, określeniem wziętym z proroka Daniela, który tak nazywa przyszłego Mesjasza, jako władcę wiecznego Królestwa Bożego. (…) Dopiero jednak śmierć i zmartwychwstanie Jezusa pozwoliły uwierzyć w Niego, jako Mesjasza, Pana i Syna Bożego”.

Naukowych książek o Chrystusie są miliony. Gdybyśmy przeczytali tysiące z nich i wydawałoby się nam, że wiemy już wszystko o Jezusie, to i tak On zapytałby nas tak jak Piotra: „Za kogo ty mnie uważasz?” Nie zadowoliłoby Go cytowanie najbardziej uczonych wypowiedzi na Jego temat. Zostawiłby nas z pytaniem: „Za kogo ty mnie uważasz?” Osobista odpowiedź jest tak ważna, bo do niej zależy nasze zbawienie. A gdy już odpowiemy tak jak Piotr: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego” wtedy zmienia się nasza perspektywa patrzenia na świat. Nasze życie otwiera się na nieskończoność, nie jesteśmy samotni w bezkresnym i zimnym kosmosie, nie jesteśmy samotni, gdy nasz czas dobiega kresu.

Oto jedna z takich osobistych odpowiedzi: „Moi rodzice życzyli sobie, abym była ochrzczona, jak tylko się urodziłam. Chodziłam na lekcje religii aż do bierzmowania. A później zwątpiłam, czy Bóg naprawdę istnieje. Minęły lata chodziłam tylko na mszę niedzielną i raz do roku przystępowałam do Komunii, bo to było obowiązkowe, żeby nie być w stanie grzechu. Aż do chwili, gdy odkryłam Chrystusa- który umarł i zmartwychwstał. To było prawdziwe spotkanie z Chrystusem żyjącym dzisiaj, jako Bóg i jako człowiek. Serce moje płonęło jak serce apostołów, którzy szli obok Niego, nie poznając Go. Nastąpiło prawdziwe nawrócenie, które odmieniło całe moje życie; bo teraz żyję z Nim i niosę Go innym”. ( „Kim jest dla ciebie Chrystus”).

Już prawie dwa tysiące lat staje przed człowiekiem Chrystus, ciągle pytając: „Kim ja jestem dla ciebie?” (Z książki „Ku wolności”).

 

KLUCZ DO NIEBA

To mówi Pan do Szebny, zarządcy pałacu: „Gdy strącę cię z twego urzędu i przepędzę cię z twojej posady, tegoż dnia powołam sługę mego, Eliakima, syna Chilkiasza. Oblokę go w twoją tunikę, przepaszę go twoim pasem, twoją władzę oddam w jego ręce; on będzie ojcem dla mieszkańców Jeruzalem oraz dla domu Judy. Położę klucz domu Dawidowego na jego ramieniu: gdy on otworzy, nikt nie zamknie, gdy on zamknie, nikt nie otworzy. Wbiję go jak kołek na miejscu pewnym, i stanie się tronem chwały dla domu swego ojca’’ (Iz 22,19–23).

Od roku 1997 na Polach Lednickich organizowane są coroczne zloty katolickiej młodzieży z Polski oraz innych krajów. Wybrano to miejsce, ponieważ Ostrów Lednicki w X wieku w czasach Piastów stanowił ważny ośrodek administracyjny i obronny. Tutaj prawdopodobnie miał miejsce chrzest Mieszka I. Te spotkania gromadzą dziesiątki tysięcy młodych ludzi, którzy chcą pogłębić swoją wieź z Chrystusem i tych, którzy szukają drogi swojego życia, licząc że Chrystus będzie światłem w tych poszukiwaniach. Czas na polach Lednickich jest wypełniony modlitwą, rozmowami, spotkaniami, śpiewem, nabożeństwami, koncertami muzycznymi. Młodzież poznaje naukę bł. Jana Pawła II. Wszystko to jest ukierunkowane na szukanie pełniejszego i piękniejszego kształtu życia. Istotę tych spotkań oddaje symboliczny obrzęd przekazania kluczy. Na jednym z takich spotkań organizatorzy przygotowali 100 tys. kluczy z zamieszczonym na nich fragmentem Ewangelii św. Matusza: „Otwórzcie drzwi Chrystusowi”.  Rozdawano także fragment skały z wymalowaną rybą i słowami, które słyszymy w ewangelii na dzisiejszą niedzielę: „Ty jesteś Piotr – Opoka i na tej opoce zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą”. 4 czerwca 2011 r. podczas XV Spotkania Młodych były rozdawane klucze do Nieba z cytatami: „Otwórzcie drzwi Chrystusowi” i „Tobie daję klucze Królestwa” (Mt 16,19). Zaś młodzież przybywając na spotkanie przywoziła ze sobą duże, pięknie wykonane symboliczne klucze do swoich miast i swoich serc. W uroczystej procesji niesiono te klucze zdążając w kierunku bramy w kształcie ryby. Piękna symbolika kluczy. Chrystus prosi o klucz do naszych serc, do naszej duszy, a w zamian daje nam klucz do pięknego i mądrego życia, które zdąża do nieba. Jest to niejako klucz do nieba.

Według Słownika symboli, klucz oznacza władzę, dozór, powagę, opiekę, życie, wierność, wyzwolenie, wtajemniczenie, wiedzę, tajemnicę, dyskrecję, rozwagę, ostrożność. W symbolice biblijnej klucz odgrywa ważną rolę. Klucz do drzwi domu, daje jego posiadaczowi prawo wejścia do niego. Według zwyczaju ludów wschodnich, oddanie komuś kluczy po zdobyciu miasta znaczyło przekazanie władzy nad nim. W liturgii adwentowej Chrystus nazwany jest „Kluczem Dawida”. Ta symbolika nawiązuje do proroka Izajasza zacytowanego na wstępie tych rozważań. Szebna, zarządca pałacu za zaniedbywanie swoich obowiązków społecznych, nadużywanie władzy został przez Boga odsunięty. Na jego miejsce został powołany Eliakim, który będzie „ojcem dla mieszkańców Jeruzalem oraz dla domu Judy”. Bóg odda w jego ręce władzę: „Położę klucz domu Dawidowego na jego ramieniu: Gdy on otworzy, nikt nie zamknie, gdy on zamknie, nikt nie otworzy”. Eliakim wybrany i zatwierdzony na urząd z woli Boga stał się biblijnym typem i zapowiedzą samego Mesjasza. Zaś wyrażenie „dom Dawidowy” odczytujemy, jako zapowiedź powstania Kościoła, w którym realizuje się Królestwo Boże. Św. Jan w Apokalipsie ukazuje Chrystusa, który przekazuje władzę Kościołowi w Filadelfii: „Ten, co ma klucz Dawida, Ten, co otwiera, a nikt nie zamknie, i Ten, co zamyka, a nikt nie otwiera”. Chrystus Mesjasz ma władzę zamykania i otwierania bram nieba. Zmartwychwstały Pan ma władzę nad śmiercią i światem podziemnym. Ma On moc powoływania do życia zmarłych. Posiada „klucze” do bram świata śmierci i świata życia.

Chrystus zanim przekazał władze kluczy swemu Kościołowi zapytał uczniów, za kogo Go uważają, czy rozpoznali w nim Mesjasza. Zadał to pytanie pod Cezareą Filipową. W pobliżu tego miasta znajdowała się grota, gdzie oddawano cześć pogańskiemu bożkowi Panowi. Apostołowie przytaczają wypowiedzi różnych ludzi. Jezus, jakby chciał powiedzieć, że nie ważne, co inni mówią, ważne co ty myślisz. Dlatego zapytał po raz drugi pytanie: „A wy za kogo Mnie uważacie?”. Na to pytanie, w imieniu wszystkich odpowiedział Piotr: „Ty jesteś Mesjaszem, Synem Boga żywego”. Jezus mówi, że to wyznanie nie jest oparte tylko na ludzkim świadectwie, przekonaniu innych, ale że to sam Bóg dał Piotrowi łaskę rozpoznania w Chrystusie Mesjasza i Boga: „Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem ciało i krew nie objawiły ci tego, lecz Ojciec mój, który jest w niebie”. Mocna wiara, utwierdzona osobistym doświadczeniem i łaską nieba stała się skałą, na której Jezus zbudował swój Kosciół. Chrystus powiedział do Piotra: „Ty jesteś Piotr – Opoka i na tej opoce zbuduję mój Kościół”. Chrystus przekazał także Piotrowi władzę kluczy w swoim Kościele: „I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie”. Królestwo Boże rozpoczyna się tu na ziemi, ale swoją pełnię osiągnie w wieczności, w niebie. A zatem wszystko, co czynimy tu na ziemie ma wieczne konsekwencje. Bł. Jan Paweł II przypomina na czym polega władza kluczy w dzisiejszych czasach: „Biskup Rzymu ma zabezpieczać komunię wszystkich Kościołów. Z tego tytułu jest pierwszym pośród sług jedności. Prymat ten sprawuje na różnych płaszczyznach, czuwając nad głoszeniem słowa, nad sprawowaniem sakramentów i liturgii, nad misją, nad dyscypliną i życiem chrześcijańskim. To następca św. Piotra ma przypominać o nakazach wynikających ze wspólnego dobra Kościoła, gdyby ktoś doznawał pokusy, by o nich zapomnieć w imię własnych interesów. To on ma obowiązek przestrzegać i budzić czujność, a czasem orzekać, że ta czy inna szerząca się opinia jest nie do pogodzenia z jednością wiary. Gdy wymagają tego okoliczności, przemawia w imieniu wszystkich Pasterzy będących w komunii z nim”.

Idąc tropem biblijnej i pozabiblijnej symboliki kluczy możemy powiedzieć, że Piotr i jego następcy otrzymali od Chrystusa władzę na Jego Kościołem, gdzie realizuje się Królestwo Boże. Zło i grzech zamykają drzwi do królestwa Bożego, do nieba, stąd nieodłącznym elementem władzy kluczy jest posługa odpuszczania grzechów. Władza Piotrowych kluczy daje nam pewność, że bezpiecznie pielgrzymujemy do nieba. A gdy pobłądzimy możemy mieć pewność, że „piotrowe klucze” otwierają dla nas bramy bożego miłosierdzia, które nie tylko gładzi nasze grzechy, ale także umacnia nas na drodze naszego pielgrzymowania. Aby dostąpić tej łaski zmierzyć ze swoim grzechem przykładając do swego życia ewangeliczną miarę. Dla ilustracji tej prawdy przytoczę historię Beverly Sills, znanej śpiewaczki operowej oraz dyrektorki nowojorskiej opery, która w pewnym momencie musiała zmierzyć się z problemem nadwagi. „Byłam chora, patrząc na swój wygląd. Doszło do tego, że nie mogłam włożyć żadnego ubrania z mojej szafy. To było żenujące. Zamówiłem wszystkie nowe ubrania”- wyznaje artystka. Jednak problem narastał i trzeba się było z nim zmierzyć. Artystka napisała: „Pewnego dnia obudziłam się i uświadomiłam sobie, że jestem naprawdę chora, mam problem”. Wybrała się do specjalisty. „Kazał mi stanąć na wadze. Ważyłam prawie 100 kilogramów. Nie, to niemożliwe. Powiedziałem z niedowierzaniem”- wyznała artystka. Lekarz powiedział: „Proszę spojrzeć do dołu. Na wadze widzi pni dwie pulchne nogi. Co pani sądzi, do kogo one należą – do mnie czy do pani?” Beverly ze śmiechem wyznała później: „Uświadomiłam sobie, że mam problem z nadwagą i to był początek powrotu do normy”.

W naszym dorastaniu do Królestwa Bożego doświadczamy zła, grzechu, który zamyka drogę do zbawienia. Trzeba wtedy stanąć na „wadze” bożych przykazań i nauki ewangelicznej. Dostrzeżemy wtedy, że jest problem, który można jednak rozwiązać władzą kluczy” przekazanych Piotrowi. Przez odpuszczenie grzechów nie tylko zaczynamy wzrastać do Królestwa Bożego, ale sami stajemy się niejako opoką Kościoła (Z kasiążki „Bóg na drogach naszej codzienności”).

 

OSOBISTA ODPOWIEDŹ

O głębokości bogactw, mądrości i wiedzy Boga! Jakże niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi! Kto bowiem poznał myśl Pana albo kto był Jego doradcą? Lub kto Go pierwszy obdarował, aby nawzajem otrzymać odpłatę? Albowiem z Niego i przez Niego, i dla Niego jest wszystko. Jemu chwała na wieki. Amen (Rz 11,33–36).

Trzem tysiącom Amerykanów zadano pytanie: „Po co żyjesz?”  Ponad dziewięćdziesiąt procent z nich powiedziało, że czeka na jakieś ważne wydarzenie w ich życiu. Ludzie w średnim wieku mówili, że po śmierci swoich starych rodziców, w ich życiu wiele się zmieni, czekali zatem na tę zmianę. Inni czekali na dzień, kiedy dorosłe dzieci opuszczą ich dom. Jeszcze inni czekali na ukończenie szkoły, zawarcie związku małżeńskiego, który miał zapoczątkować najpiękniejszy okres w ich życiu. (Wg Pastoral Life z lipca 2002 r.).

Odpowiedzi na tak ważne pytanie nie może jednak zamknąć w ramach doczesnych oczekiwaniach na jakieś ważne życiowe wydarzenie. A ponadto w poszukiwaniu tej odpowiedzieć, wcześniej trzeba odpowiedzieć na pytanie: Kim jestem?  Aby odpowiedź była poprawna, musimy stanąć w szczerości serca wobec Boga, bliźniego i samego siebie. Z tą szczerością różnie bywa. Człowiek, aby „lepiej wypaść” fałszuje swój obraz, jak myszy w poniższej anegdocie.

Późną nocą, gdy właściciel wygasił wszystkie światła w restauracji i zamknął drzwi, z kąta wybiegły trzy myszy i zasiadły przy barze. Dolewając sobie do kieliszków  czystej wyborowej zaczęły się przechwalać, czego to one w życiu nie dokonały, i jak ważne funkcje pełnią w swojej mysiej wspólnocie. Pierwsza mówi: „Gdy zobaczę pułapkę na myszy wcale jej nie omijam, ale  ostrożnie podchodzę do niej z boku i patyczkiem naciskam spust. Pułapka zatrzaskuje się, a wtedy zębami odciągam zatrzask i zabieram pyszny kawałek sera, który służył za przynętę”. Druga mysz zdążyła w tym czasie wychylić dwa kieliszki czystej wyborowej, a zatem też nie zabrakło jej fantazji w swoich przechwałkach: „Kiedy zobaczę truciznę na szczury, zbieram ją, wkładam do worka i niosę do domu. Mielę ją na proszek i dodaję codziennie do mojej porannej kawy. Taka mieszanka sprawia, że cały dzień jestem pełna energii i życia”. Trzecia mysz słuchając tych napuszonych przechwałek szykowała się do wyjścia. Jednak na karcący wzrok swych towarzyszek powiedziała na usprawiedliwienie: „Muszę wyjść, ponieważ mam dzisiaj randkę z kotem”.

Jakże często nasze rozmowy przy stole, lub poza stołem, przy kieliszku wyborowej, lub bez niego są bliskie mysiej dyskusji. Ukazujemy fałszywy obraz samych siebie i nieraz sami wierzymy w jego prawdziwość. Dzieje się jeszcze gorzej, gdy człowiek w swej pysze stawia się w miejsce Boga i chce kreować własne prawa, z pominięciem bożych norm. Chce on decydować o tym kto się ma narodzić, a kto nie, o tym komu pozwolić żyć a komu nie, tylko dlatego, że jest on stary i nieuleczalnie chory. Mając zafałszowany obraz samego siebie nie sposób odpowiedzieć poprawnie na pytanie: kim jestem?

Odpowiedź na pytanie, jakie zadał apostołom Jezus Chrystus: „Za kogo uważają ludzie Syna Człowieczego?” pozwala nam stanąć w pełnej prawdzie wobec Boga i samego siebie. Apostołowie przytaczają wypowiedzi innych ludzi, którzy uważają Chrystusa za Jana Chrzciciela, Eliasza, Jeremiasza lub za któregoś z innych proroków. Ta odpowiedź nie wystarcza Jezusowi. Zadaje On bardzo osobiste pytanie: „A wy, za kogo mnie uważacie?” Każdy osobiście ma odpowiedzieć Jezusowi, kim On jest dla niego. Ewangelia zanotowała wypowiedź Piotra: “Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. W świetle tej prawdy uczniowie Chrystusa odkrywają kim są naprawdę, jakie jest ich powołanie, jaki sens życia. Następca św. Piotra Jan Paweł II w jednej ze swoich homilii powiedział, że nie można zrozumieć człowieka bez Chrystusa. Dlatego tak ważna jest nasza osobista odpowiedź na pytanie: Kim dla mnie osobiście jest Jezus Chrystus? Pożyteczna jest znajomość tego, co mówią teologowie, historycy, kaznodzieje o Chrystusie lecz nie zastąpi to naszej osobistej odpowiedzi.

Odpowiedź dana Chrystusowi przez znanego amerykańskiego aktora Martina Sheen pozwoliła mu na nowo odkryć swoją wartość i sens swojego życia. Gdy w roku 1977 reżyser Francis Ford Coppola powierzył mu główna rolę w filmie Apokalypse Now, Sheen był jednym z najbogatszych aktorów, miał światową sławę i kochająca rodzinę, mimo to, doświadczył w tym czasie kryzysu duchowego. „Bardzo dużo piłem”- wspomina aktor- „Byłem zdezorientowany, nie wiedziałem kim naprawdę jestem i dlaczego tu jestem, jaki jest sens tego wszystkiego. Nagrywając ten film wczytywałem się w jego treść i popadałem w coraz większa depresję. Nie czułem żadnej kontroli nad poczuciem własnej wartości. Był to moment rozpaczy”. W wieku prawie trzydziestu lat był bliski ataku serca. „Stałem się bardzo chory, ale nie mogłem oddzielić problemów fizycznych od problemów duchowych”.

Jego przyjaciel, reżyser filmowy, który przeszedł podobne problemy dał mu do przeczytania powieść Dostojewskiego Bracia Karamazow. „Kończąc czytanie powieści uświadomiłem sobie, że ja przede wszystkim potrzebuję wiary. Ciągle byłem z nazwy katolikiem, a zatem muszę wrócić na drogę żywej wiary”.  W czasie kręcenia filmu w Paryżu,  Sheen wracał pewnego dnia z planu filmowego i odkrył po drodze kościół, gdzie odprawiano Mszę św. w języku angielskim. Zatrzymał się w nim i wtedy jak mówi, poczuł się w domu. „Czułem się jak nowo nawrócony”. Po tych doświadczeniach, Sheen zaangażował się w różnego rodzaju akcje społeczne, niosąc ludziom pomoc.

O swoim powrocie do relingi swojego dzieciństwa Martin Sheen mówi: „Dwadzieścia moich ostatnich lat, to najtrudniejszy czas w moim życiu. Wróciłem do Kościoła Matki Teresy, Daniela Berrigan i Dorothy Day. Zaangażowałem się w działalności na rzecz sprawiedliwości społecznej… Nauczyłem się, że aby być sobą muszę w coś wierzyć… Nauczyłem się także, że muszę czuć ból innych ludzi i spieszyć im z pomocą, inaczej zamknę się w skorupie egoizmu i moje życie będzie bezużyteczne. Moc do takiej przemiany odnajdujemy w  religii i miłości. (…) Prawdziwa religia to nie jest tylko niedzielna sprawa. Marthin Luter King powiedział, że kościół jest miejscem, z którego wychodzimy, zabierając ze sobą na ulicę, to w co wierzymy. Jeśli wiara ma dla nas jakąkolwiek wartość moralną powinniśmy postępować według jej norm”. (Wg Reader’s Digest, czerwiec 2002).

Sheen odnalazł swoje miejsce w życiu i jego sens przez to, że odnalazł Chrystusa i odpowiedział na Jego pytanie kim On jest dla niego, odpowiedział podobnie jak, Piotr: Ty jesteś Mesjaszem, Synem Boga Żywego. I w świetle tej prawdy dostrzegł, że człowiek od Boga wyszedł i do Boga powróci, a na tej drodze Bóg Ojciec postawił swego Syna jako pośrednika.

To pytanie stoi przed każdym z nas. Wiemy co inni mówią, myślą o Chrystusie, ale Chrystus czeka na naszą osobistą odpowiedź. Różnica między wiedzą, co inni mówią o Chrystusie, na naszą osobistą odpowiedzią jest taka, jak różnica między mówieniem o zakochaniu a samym zakochaniem (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

OPOKA WIARY

W przepięknym zakątku Galilei na nadbrzeżnej skale Jeziora Tyberiadzkiego stoi niewielki kościół pod wezwaniem Prymatu świętego Piotra. W tym miejscu Jezus ukazał się apostołom po raz trzeci po swoim zmartwychwstaniu. Na skale, którą możemy dotykać, wewnątrz kościoła, przygotował dla nich posiłek, wcześniej zadziwiając ich cudnym połowem ryb, tu przekazał Piotrowi władzę nad swoim Kościołem: „Paś baranki moje”. Tu spełniły się słowa z ewangelii zacytowanej na wstępie skierowane do Piotra pod Cezareą Filipową: „Ty jesteś Piotr – Opoka i na tej opoce zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą”. Świątynia Prymatu św. Piotra jest jakby materialną ilustracją duchowej prawdy o Kościele. W czasie pogodnego dnia, brodząc w płytkiej nabrzeżnej wodzie jeziora można podziwiać piękną kompozycję świątyni i solidnej skały, na której stoi. Ale jeszcze bardziej wymowny i w swoim rodzaju piękny jest obraz wzburzonego jeziora. Fale z impetem uderzają o skałę na której stoi kościół Prymatu, rozbryzgują się i spienione wycofują się z powrotem do jeziora. Patrząc na ten obraz, niejako automatycznie przychodzą na myśl słowa Jezusa: „…a bramy piekielne go nie przemogą”.

Chrześcijanie pierwszych wieków boleśnie odczuwali uderzenia piekielnych mocy, dążących do destrukcji i zniszczenia Kościoła. Uczniów Pańskich prześladowano, przygotowując dla nich najokrutniejsze formy tortur i śmierci. Rzucano ich na pożarcie dzikim zwierzętom, żywcem palono i odzierano ze skóry, pozbawiano majątków. Nieraz wydawało się, że piekielne moce zwyciężają. W tym okrutnym czasie terroru uczniowie Pańscy napełnieni mocą Chrystusa byli pewni, że bramy piekielne nie przemogą Kościoła. Ta moc sprawiała, że Kościół mimo prześladowań rozrastał się w zadziwiającym tempie. Wyznawcy Chrystusa z nadzieją i radością przyjmowali śmierć męczeńską, mając pewność, że jest ona bramą prowadzącą na spotkanie Jezusa w niebieskiej chwale. Tak wymowne świadectwa męczenników przyciągały coraz to nowych wyznawców. Kościół w tamtych czasach nie tylko nie został zniszczony, ale rozrósł się jak olbrzymie drzewo, obejmując swymi gałęziami prawie cały świat. Potęga i moc Kościoła opierała się na Chrystusie i trwałej jak skała wierze jego wyznawców. Spienione siły zła załamywały się i wycofywały w zetknięciu z taką wiarą.

Prześladowanie chrześcijan nie przeminęło wraz z pierwszymi wiekami barbarzyństwa. Dzisiaj przybiera ono nieraz formę dyskryminacji, jak to jest w fanatycznych krajach Biskiego Wschodu. W niektórych z nich chrześcijanie nie mogą budować świątyń, przyznawać się do swojej wiary. I niejednokrotnie z powodu przyznania się do Chrystusa są mordowani. Bardziej wyrafinowaną formę zła uderzającego w wyznawców Chrystusa widzimy w krajach, które mienią tolerancyjnymi i postępowymi. Oto dwa przykłady. Brytyjska szkoła średnia w Gillingham w hrabstwie Kent ostrzegła 13-letnią uczennicę, że zostanie wydalona, jeśli nie zrezygnuje z noszenia na szyi małego srebrnego krzyżyka. Jako powód zostało podane „zagrożenie dla zdrowia i bezpieczeństwa”. Samantha Devine, która jest praktykującą katoliczką, oświadczyła, że jest dumna ze swojej religii i ma prawo nosić krzyżyk na szyi. Dodała też, że nie rozumie, w jaki sposób maleńki krzyż może stanowić zagrożenie dla zdrowia i bezpieczeństwa uczniów. Jej zdaniem uczniowie wyznający inne religie mogą ujawniać swoją wiarę poprzez noszenie np. turbanów. „Dlaczego więc ja nie mogę nosić krzyża, aby okazać swoją wiarę w Boga?” – pyta 13-latka. Oświadczyła, że czuje się nękana, gdy nauczyciel każe jej zdjąć z szyi krzyżyk. „Jestem zdecydowana go nosić bez względu na konsekwencje, nawet gdybym została zwieszona lub wydalona” – podkreśliła Devine, którą wspiera jej matka. (KAI 2007-01-17). Zaś „Dziennik Pl.” z 15 czerwca 2008 roku przytacza żądania polskich postkomunistów: „Żądamy usunięcia symboli religijnych z lokali urzędowych – siedzib organów władzy publicznej: z sal posiedzeń plenarnych Sejmu i Senatu oraz organów samorządu terytorialnego. Domagamy się także usunięcia elementów katolickich z ceremoniału państwowego, a zwłaszcza z ceremoniału wojskowego”. Żądają także zakazu uczestnictwa we Mszy świętej najważniejszym osobom w państwie, jeśli transmitują to kamery.

Nie mniej groźne, a może nawet groźniejsze od tych zewnętrznych ataków zła są te wewnętrzne. To w sercu i duszy człowieka zmaga się dobro ze złem. I jakże często zło zwycięża. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ brakuje wiary mocnej jak skała. Po wielu przejściach, nawet zaparciu się Mistrza, wiara Piotra stała się tak mocna, że na niej Chrystus zdecydował się zbudować swój Kościół. Każdy z nas jest cząstką tego Kościoła i nasza wiara wpływa na jego kształt. Jeśli nasza wiara będzie mocna i stała jak skała, wtedy nie będą dla nas groźne ataki zła zarówno te zewnętrzne jak i wewnętrzne. O jakości naszej wiary decyduje kształt odpowiedzi na pytanie: „Kim jest dla mnie Jezus Chrystus?” Jezus zapytał uczniów: „Za kogo uważają ludzie Syna Człowieczego?” Padły różne odpowiedzi. To pytanie było przygotowaniem do następnego bardzo osobistego: „A wy, za kogo mnie uważacie?” Szymon Piotr odpowiedział: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. To pytanie staje także przed nami. Nawet gdybyśmy znali odpowiedzi na to pytanie największych teologów świata oraz przeczytali tysiące ksiąg na ten temat, to nie zastąpi to naszej osobistej odpowiedzi. Jeśli z całym przekonaniem wyznamy, że Jezus jest dla nas Bogiem i Zbawcą, wtedy ma to swoje konsekwencje w życiu. Chrystus ma być na pierwszym miejscu w naszych życiowych wyborach. Takie postawienie sprawy może oznaczać przemianę całego życia a nawet pójście na krzyż jak to uczynił św. Piotr.

Na koniec przytoczę fragmenty odpowiedzi na to pytanie Natalii Zwolińskiej z strony internetowej: „Tak więc Jezus jest dla mnie także wzorem do naśladowania. Chrystus jest moim przyjacielem. Kiedy mam jakiś problem, najczęściej zwracam się z nim właśnie do Niego. Wiem, że Jezus zawsze mnie wysłucha. Mogę Mu bezgranicznie zaufać. Poza tym do Jezusa mogę się zawsze zwrócić. Jezus jest dla mnie ostoją. Modlitwa do Niego uspokaja niczym medytacja, leczy skołatane nerwy, przywraca harmonię ducha. Jest On też dla mnie pocieszycielem. Pomaga się wyciszyć, zapomnieć o problemach i skupić na modlitwie oraz życiu duchowym. Gdy modlę się do Jezusa, nabieram dystansu do zatłoczonej i zabieganej Warszawy. Rzeczy materialne schodzą na drugi plan, stają się wręcz nieistotne. Jezus w pewien sposób jest moim sumieniem. Kiedy tylko zgrzeszę lub popełnię błąd, od razu myślę o Chrystusie i o tym, jak Go skrzywdziłam. To On pomaga mi odróżniać dobro od zła, uczy, jak postępować. Nie można jednak pominąć najważniejszego. Jezus jest dla mnie Synem Bożym. Dlatego do Niego właśnie kieruję modlitwy, to w Nim widzę Boga. Całkowicie powierzam mu moje życie, moją przyszłość. Gdy tylko ja lub ktoś z moich znajomych ma problemy, modlę się do Jezusa. Nie ważne, czy chodzi o błahostkę, czy o poważną chorobę, zawsze wierzę, że Jezus może pomóc i że nasz los zależy właśnie od Niego. Tak więc Jezus jest dla mnie miłością, nadzieją, ostoją, inspiracją, mądrością i najlepszym przyjacielem. Jest dla mnie światem, światłością, potęgą, jest całym moim życiem. Kim jest dla mnie Jezus? Trudno to opisać czy wyrazić. Trudno to streścić. Ale muszę przyznać, że Jezus jest sensem mojego życia” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

BŁOGOSŁAWIONY IGNACY KŁOPOTOWSKI

Pytanie postawione uczniom prawie dwa tysiące lat temu jest ciągle aktualne. Odpowiedzi są różne, ale tylko jedna prawdziwa. Jest to odpowiedź Szymona Piotra: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. Taka odpowiedź wiąże się z decyzją zmiany życia, jak to było w przypadku św. Piotra. Pozostawił wszystko i poszedł za Chrystusem. Wierność temu wyznaniu zaprowadziła go na krzyż, który przyjął z nadzieją, że jest on bramą zmartwychwstania i życia wiecznego. W naszym przypadku, najczęściej jednak, to nasi rodzice pierwsi odpowiadali za nas. A później, gdy dorastaliśmy, ich odpowiedź potwierdzaliśmy osobistym wyborem. Odpowiadając tak jak Piotr, wybraliśmy drogę świętości, na której Chrystus jest naszym Mistrzem. Popatrzmy, jak zaowocowało wyznanie: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego” w życiu błogosławionego ks. Ignacego Kłopotowskiego.

Ignacy Kłopotowski urodził się 20 lipca 1866 r. w Korzeniówce koło Drohiczyna na Podlasiu. Głęboko wierzący rodzice przekazali synowi solidną formację religijną i umiłowanie ojczyzny. Edukację rozpoczął w gimnazjum klasycznym w Siedlcach. Rozpoznając w sobie powołanie kapłańskie, młodzieniec wybrał studia w Seminarium Duchownym w Lublinie, które kontynuował w Akademii Duchownej w Petersburgu. Po ukończeniu studiów i przejściu formacji duchowej otrzymał święcenia kapłańskie 5 lipca 1891 r. w katedrze lubelskiej z rąk ks. bp. Franciszka Jaczewskiego. Po święceniach został posłany do pracy duszpasterskiej w parafii pod wezwaniem Nawrócenia Św. Pawła w Lublinie.   Jako młody kapłan z wielką gorliwością podejmował różnorakie formy duszpasterstwa, nie tracąc z oczu potrzeb materialnych ludu bożego. Pobożność eucharystyczna była dla niego źródłem mocy skutecznej pracy duszpasterskiej. Pisał o tym: „Czymże byłbym bez Sakramentu Ołtarza! Bez Niego dusza moja byłaby pustą, serce moje zimne, życie moje smutne”. A wiernych nauczał: „Im słabsza modlitwa moja, tym więcej ubezpiecza mnie modlitwa sakramentu. Cóż z tego, że jestem tylko człowiekiem, kiedy Bóg jest ze mną? Chcesz duszo chrześcijańska, abym cię zaprowadził do krynicy świętości? Otóż naprzód polecam twej pobożności trzy modlitwy sakramentalne: Mszę świętą, Komunię świętą i nawiedzenie Najświętszego Sakramentu”. Ważne miejsce w duchowości ks. Kłopotowskiego zajmował kult maryjny i modlitwa różańcowa. Mówił do rodziców: „Dopóki znajdą się jeszcze rodzice chrześcijańscy, odmawiający codziennie Różaniec wraz z dziećmi, dopóki dzieci wierne czwartemu przykazaniu naśladować będą przykłady rodziców, słowo Boże i wiara święta mogą być prześladowaną, lecz nigdy z serc wyrwaną nie będzie. Umiejmy tylko być wiernymi Różańcowi, a zwyciężymy”.

Na pierwszej swojej duszpasterskiej placówce ks. Kłopotowski zetknął się z ogromną nędzą materialną i moralną społeczeństwa polskiego pod zaborem rosyjskim. Szczególnej troski wymagały zaniedbane dzieci. Błogosławiony, ciągle szukał sposobów zdobycia funduszy na zapewnienie dzieciom dachu nad głową, leczenia, kształcenia i stałej opieki. Zaciągał kredyty, urządzał kwesty, zbierał pieniądze. Z pomocą bogatych ziemian stworzył sieć ochronek dla dzieci i młodzieży oraz szkół rzemieślniczych w podlubelskich wsiach. Przygarniał wszystkie sieroty z ulicy. O jednym z takich przypadków napisał: „Znowu przysłano mi dwoje małych dzieci, sierot- siedzą biedaczki w moim mieszkaniu, bo w zimie nie sposób ich wysłać do dzieci przytulonych na Jacku pod Lubartowem”..

Ks. Kłopotowski organizował także dla dorosłych pomoc charytatywno- społeczną. Zakładał przytułki dla starców i kobiet. Powołał do istnienia między innymi Lubelski Dom Zarobkowy, w którym bezdomni pracowali w warsztatach, zarabiając na utrzymanie i mieszkanie. Założył Przytułek św. Antoniego na Wiktorynie koło Lublina dla moralnie upadłych kobiet, o którym pisał: „Ze wszystkiego, co z łaski Bożej zrobiłem, najwięcej cenię Przytułek Świętego Antoniego założony dla poprawy moralnie zaniedbanych kobiet, gdyż chodzi tu wprost o zbawienie dusz idących do zguby wiecznej, jak i doczesnej. Pan Jezus, którego kapłanem jestem, dał mi łaskę, że dla upadłych kobiet mam wielką wyrozumiałość i że dla nich poświęcam swoje życie. Och, gdybym mógł na własnych barkach wszystkie grzesznice naszego miasta znieść do Przytułku św. Antoniego i zabezpieczyć je od nieszczęścia”. W tym czasie Lublin dwa razy nawiedzała epidemia cholery. Ks. Kłopotowski spieszył z pomocą chorym, odwiedzał ich w szpitalach. „Poszedłem na salę, a tam chorych ponad trzydzieści osób. Wszystkie chore na cholerę. Niektóre już konały. Byłem prawie pewny, że się zarażę. Pan Bóg jednak zachował mnie, nie zaraziłem się i nie zachorowałem”- napisał ks. Kłopotowski.

Błogosławiony zdawał sobie sprawę jak ogromną rolę w głoszeniu Ewangelii może odegrać katolicka prasa i książka. Stąd też maszynę drukarską nazywał amboną czasów dzisiejszych. Powtarzał, że gdyby dziś żył św. Paweł na pewno wykorzystałby w wypełnianiu swej misji ewangelizacyjnej słowo drukowane. Błogosławiony już od pierwszych lat kapłaństwa pisał, wydawał i rozpowszechniał broszurki religijno-patriotyczne. Redagował i wydawał dziennik „Polak-Katolik”, tygodnik „Posiew”, miesięczniki „Dobra Służąca”, „Kółko Różańcowe”, „Głos Kapłański”, „Anioł Stróż”, wznowił i redagował „Przegląd Katolicki”.

Przez działalność ewangelizacyjną, charytatywną i oświatową chciał także przyczynić się do odrodzenia zniewolonej przez zaborców Polski. Pisał: „Każde biedne dziecko przytulone, każde istnienie ludzkie od śmierci głodowej zachowane, każdy grosz dorzucony do pożytecznego dzieła- to zasługa wielka wobec Ojczyzny… Jeśli do takich czynów poczuwać się każdy będzie, do oświaty, do postępu dążyć i drugich prowadzić nie przestanie, jeżeli się wśród nas jedność i zgoda, i chęć wzajemnej pomocy okaże- pomimo wszystkiego nie zginiemy, nie zmarniejemy i przetrwamy”. Owocna działalność ks. Kłopotowskiego, a szczególnie praca misyjna wśród unitów nie podobały się władzom carskim. W archiwach carskich jest donos na ks. Kłopotowskiego tej treści: „W kościele u ks. Kłopotowskiego często zauważa się prawosławnych, byłych unitów”. Władze carskie w Warszawie planowały zesłać Błogosławionego w głąb Rosji, ale odradzał im to gubernator Tchorzewskij z Lublina, uważając, że to może „spotęgować jego popularność wśród inteligencji i w narodzie, także poza granicami diecezji lubelskiej”.

W roku 1908 ks. Kłopotowski za zgodą biskupa lubelskiego i metropolity warszawskiego przybył do Warszawy, gdzie kontynuował swoją pracę duszpasterską, charytatywną i wydawniczą. 30 czerwca 1919 r. został proboszczem parafii Matki Bożej Loretańskiej przy kościele św. Floriana na Pradze w Warszawie. To właśnie tu, 31 lipca 1920 r. powołał do istnienia Pobożne Stowarzyszenie Sióstr Loretanek (od 1949 r. Zgromadzenie Sióstr Loretanek pod wezwaniem Matki Bożej Loretańskiej Reguły św. Benedykta. Założyciel powierzył Zgromadzeniu misję niesienia pomocy biednym i potrzebującym oraz apostolstwo poprzez słowo drukowane. Siostry nazywał „apostołkami prasy”. Ks. Ignacy założył Zgromadzenie jako wotum wdzięczności za cudowne uzdrowienie za wstawiennictwem Matki Bożej Loretańskiej. Miał on wtedy poważne kłopoty z nogą. Lekarze zadecydowali amputować nogę. Ks. Kłopotowski zawierzył sprawę Matce Bożej Loretańskiej i w grudniu 1919 roku odzyskał zdrowie.

W roku 1928 ksiądz Ignacy Kłopotowski kupił 130 hektarów gruntów z dóbr Zenówka na Mazowszu, gdzie założył Zakład św. Ignacego Loyoli, do którego zaczął przysyłać na kolonie najuboższe dzieci z warszawskiej Pragi. Tutaj także stworzył miejsce odpoczynku dla sióstr ciężko pracujących w zakonnych drukarniach. Rok później ks. Kłopotowski postarał się o urzędową zmianę nazwy miejscowości. I tak Zenówka stała się Loretto. Obejmując w posiadanie Loretto, ks. Kłopotowski urządził prowizoryczną kaplicę Matki Bożej.

Ksiądz Ignacy Kłopotowski zmarł na zawał serca 7 września 1931 r.

Pochowany został najpierw na Powązkach w Warszawie, a rok później, zgodnie z jego wolą, Siostry Loretanki przeniosły ciało do grobowca na cmentarzu w Loretto koło Wyszkowa, gdzie obecnie istnieje sanktuarium łaskami słynącej figury Matki Bożej Loretańskiej. W 2001 r. doczesne szczątki Błogosławionego zostały przeniesione do sanktuarium Sióstr Loretanek. Ks. Kłopotowski został wyniesiony do chwały błogosławionych 19 czerwca 2005 r. w Warszawie w czasie uroczystej liturgii kończącej III Ogólnopolski Kongres Eucharystyczny (z książki Wypłynęli na głębię).

 

„O NAJŚWIĘTSZA MARYJO, CO TO JEST?”

Miejsce to rozsławił film „Misja”, który opowiada historię niezwykłej wspólnoty założonej przez jezuitów wśród miejscowych Indian. Była to wspólnota, w której życie codzienne układano według zasad ewangelicznych. Jednak to piękne dzieło zniszczyła zawiść i zachłanność kolonizatorów. Dziś po tych wspólnotach pozostały nieliczne ruiny i tylko wodospad, który jezuici z pobliskiej misji nazywali „Świątynią mgły i grzmiącej wody”, jak dawniej budzi grozę i zachwyca swoim pięknem. Rocznie przyjeżdża tu ponad milion ludzi, aby zobaczyć ten cud natury. Eleonora Roosevelt, żona prezydenta USA, na widok potęgi wodospadów Iguacu powiedziała „biedna Niagara”. Indianie z plemienia Guarani nazwali wodospad Wielką Wodą, czyli Iguacu. Powstałe w wyniku wybuchu wulkanu wodospady są arcydziełem natury. Dziewicza dżungla z kolorowymi papugami i orchideami dodaje piękna temu miejscu. W roku 1541 pierwszy Europejczyk, hiszpański podróżnik Álvar Núñez Cabeza de Vaca zobaczył wodospady i w zachwycie powiedział: „O Najświętsza Maryjo, co to jest?” Przez długie lata wodospad nazywano „Maryja”. Później wrócono do pierwotnej indiańskiej nazwy Iguacu.

Kilka tygodni temu z grupą pielgrzymów stałem nad tym wodospadem na pograniczu Brazylii i Argentyny. Patrzyliśmy i nie mogliśmy wyjść z zachwytu. Chciało się wołać jak ten Europejczyk, który pierwszy dostrzegł wodospad i kolorowe tęcze zawieszone na kroplach rozpylonej wody. W duszy ożywionej wiarą to piękno niejako automatycznie kierowało myśl uwielbienia Boga, Stwórcy tego piękna. I to właśnie na tej drodze od samych początków człowiek odkrywał swojego Pana. Święty Jan Paweł II mówił o tej drodze poznania Boga: „Bliski kontakt z przyrodą pozwala człowiekowi wyczytać najgłębszy sens istnienia świata. Różnorodność stworzeń, ich czar i piękno, wytyczają przed człowiekiem nowe duchowe drogi, na których dusza wrażliwa bez trudu odnajduje echo owego tajemniczego i najdoskonalszego piękna, którym jest Bóg, źródło istnienia wszelkiej rzeczywistości. Podziw widzialnego świata stworzeń otwiera drogę ku fascynacji światem niewidzialnym – samym Bogiem. W świecie stworzeń, który obserwuje turysta, rozlana jest Boża miłość. Majestat gór przypomina wielkość i bezgraniczne piękno Boga. To wszystko są ślady Jego wszechmocy, pozostawione dla naszego duchowego podniesienia”.

Także piękno człowieka, szczególnie to duchowe kieruje naszą uwagę na Boga i pomaga odnajdywać Go jeszcze pełniej. 22 czerwca 1983 roku, podczas Mszy Świętej na krakowskich Błoniach św. Jan Paweł II ogłosił Brata Alberta Chmielowskiego błogosławionym, a 12 listopada 1989 roku, w Rzymie – świętym. Św. Brat Albert był nazywany „Najpiękniejszym człowiekiem tamtego pokolenia”. W homilii kanonizacyjnej św. Jan Paweł II powiedział: „W niestrudzonej heroicznej posłudze na rzecz najbardziej upośledzonych i wydziedziczonych znalazł ostateczną drogę. Znalazł Chrystusa. Przyjął Jego jarzmo i brzemię. Nie był tylko miłosiernikiem. Stał się jednym z tych, którym służył. Ich bratem. Szary brat”. Pewnego razu przyjaciel Alberta, malarz Michał Skotnicki zapytał go: „Wiem, że Brat szukał szczęścia w wojaczce, w walce o Polskę. Wiem, że Brat szukał ukojenia w nauce, sztuce. Czy nareszcie dzisiaj w tym habicie Brat odnalazł to, czego pragnął?”. Brat Albert serdecznie się uśmiechnął i powiedział: „Mam schroniska i stowarzyszenia mych braci w Krakowie, Tarnowie, we Lwowie, w Zakopanem. Rozdałem w tym roku 20 tysięcy bochenków chleba, 12 tysięcy porcji kaszy, daję nocami dach nad głową setkom tych, którzy go nie mają. Niech ci, bracie, to służy za odpowiedź!”. Piękno duchowe Brata Alberta było odbiciem piękna cierniem ukoronowanego Króla, najpiękniejszego z ludzkich synów. Św. Brat Albert namalował obraz „Ecce Homo”, który przedstawia umęczoną postać Chrystusa, o którym Piłat powiedział: „Ecce Homo”, to znaczy „Oto Człowiek”. Wpatrując się w umęczone oblicze Chrystusa nie tylko widzimy cierpiącego człowieka, ale nieskończone piękno Boga, który do końca nas umiłował.

Nie wiemy dokładnie, jak zewnętrznie wyglądał Chrystus, wiemy jednak, że emanowało od niego piękno duchowe i moc zadziwiająca słuchaczy. Świadkowie tej mocy pytali: „Kim On jest, że nawet wichry i jezioro są Mu posłuszne?” I przez to wielu z nich rozpoznawało w Chrystusie Mesjasza i Boga. Również sam Chrystus, chcąc objawić człowiekowi swoje bóstwo, zadawał pytanie, za kogo uważają Go ludzie. W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę słyszymy pytanie Jezusa skierowane do uczniów: „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?”. Uczniowie odpowiedzieli: „Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków”.  Żadna z tych odpowiedzi nie była poprawna, dlatego Jezus pytał dalej swoich uczniów, którzy przebywali z nim najdłużej, byli świadkami Jego mocy i słuchali Jego słów: „A wy za kogo Mnie uważacie?”. Św. Piotr odpowiedział: „Ty jesteś Mesjaszem, Synem Boga żywego”. To była poprawna odpowiedź. Aby tak odpowiedzieć potrzebne było słuchanie słów Jezusa, przebywanie z Nim, doświadczenie Jego cudownej mocy, ale Chrystus zwraca uwagę na coś innego, mówiąc: „Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem ciało i krew nie objawiły ci tego, lecz Ojciec mój, który jest w niebie”. A zatem ważny jest nasz wysiłek w poznawaniu Boga na drodze wiary, ale ważniejsza jest łaska wiary, którą otrzymujemy od Boga, i o którą winniśmy Go prosić. Wiara i wyznanie św. Piotra stały się fundamentem Kościoła i mocą przeciw zakusom wszelkiego zła. Chrystus powiedział do Piotra: „Ty jesteś Piotr – Opoka i na tej opoce zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą”.

Takiej wiary, która jest owocem naszego wysiłku i łaski bożej potrzebuje każdy z nas, aby wyznać tak jak Piotr: „Ty jesteś Mesjaszem, Synem Boga żywego”. Po takim wyznaniu jakże bliskie stają się słowa św. Pawła z drugiego czytania: „Albowiem z Niego i przez Niego, i dla Niego jest wszystko. Jemu chwała na wieki. Amen”. Chrystus staje się wtedy dla nas fundamentem naszego życia i źródłem mocy przeciw piekielnym zakusom dzisiejszego świata. Zakończę to rozważanie osobistym świadectwem osoby należącej do wspólnoty „Grupy 33”. Dla wyjaśnienia dodam, że te wspólnoty funkcjonują w wielu polskich miastach i nie wykluczone, że taka wspólnota powstanie w najbliższym czasie w Nowym Jorku. Sami członkowie tak mówią o sobie: „Jesteśmy osobami w wieku od 25 do 55 lat, żyjemy w stanie wolnym (nie wstąpiliśmy w związki małżeńskie), pracujemy bądź poszukujemy pracy. Nie jest nam obojętne, jak wygląda nasza codzienność – ciągle na nowo uczymy się żyć Ewangelią. Pragniemy rozeznać swoje powołanie i zrealizować je zgodnie z wolą Bożą. Chcemy pokazać, że jesteśmy i że takie życie ma sens. Że nie będąc żoną czy mężem, matką czy ojcem, księdzem czy osobą konsekrowaną, można być szczęśliwym”. Oto to świadectwo: „Ja nie jestem najbliżej Niego. On jest najbliżej mnie. / We mnie nie ma siły. On jest moją opoką. / Lęk gości w moim sercu. On daje odwagę. / Ja żyję złudzeniami. On jest prawdziwą nadzieją. / Ja niczym Go nie zaskoczę. On zaskakuje mnie nieustannie. / Czuję się przegrana. On walczy za mnie. Ja nic nie chcę dać. On daje mi się w całości. / Ja kocham jak umiem. On kocha doskonale. / Jezus Chrystus – tylko kiedy jestem blisko Niego, kiedy na Nim się wspieram, kiedy walczę po Jego stronie, kiedy staję przed Nim taka jaka jestem – jestem szczęśliwa. Czasami doświadczam tego szczęścia M.” (Kurier Plus, 2017).

 

KLUCZ SZCZĘŚCIA

Szczęście ma różne oblicza w życiu każdego z nas. Zapewne mieliśmy przynajmniej momenty, kiedy czuliśmy się szczęśliwi, a zatem znamy smak szczęścia, nawet gdy są to chwile, o których śpiewa zespół Dżem w piosence „W życiu piękne są tylko chwile”.  Oto fragment tekstu: „Kiedy byłem mały, / pytałem co to życie, / co to życie mamo, / widzisz życie to ja i Ty, / ten ptak, to drzewo i kwiat, odpowiadała mi… / Teraz jestem duży i wiem, / że w życiu piękne są tylko chwile, / dlatego czasem warto żyć”.

W życiu poszukujemy przysłowiowego klucza do szczęścia. Czasami przybiera on bardzo konkretny, materialny kształt. Zapewne pamiętamy nasze marzenia o pierwszym samochodzie, radosny trud gromadzenia funduszy na jego kupno i najradośniejszy moment, kiedy otrzymywaliśmy kluczyki do wymarzonego pojazdu. A jeszcze bardziej wpisują się w naszą pamięć momenty otrzymania kluczy do własnego mieszkania. W naszych marzeniach jawił się jako cudowne własne miejsce na świecie dla nas, naszej rodziny, przyjaciół. W marzeniach przez długi czas wyczarowywaliśmy nasze mieszkanie. Aż przyszedł moment, kiedy trzymaliśmy w rękach klucz do tego wyczarowanego świata i otwieraliśmy do niego drzwi. To są piękne chwile i jak mówi piosenka dla których warto dla nich żyć.

Radość otrzymania „klucza szczęścia” w sferze materialnej może przybierać bardziej subtelne formy. Pisze o tym Meik Wiking, dyrektor Instytutu Szczęścia w Kopenhadze w książce „Bądź hygge! – bądź szczęśliwy!” Znajdziemy tam wyjaśnienie co kryje się pod pojęciem „hygge’. Hygge jest pojęciem, którego nie da się dosłownie przetłumaczyć na język polski, a które jest jednym z najpiękniejszych duńskich słów. To określenie na uczucie szczęścia, ciepła, komfortu i bezpieczeństwa. Wyobraź sobie, że jest deszczowy dzień, a ty siedzisz w fotelu pod kocem i czytasz książkę. Wyobraź sobie, że jesz kolację przy świecach z przyjaciółmi i świetnie się bawisz. Wyobraź sobie, że siedzisz przed kominkiem z ukochaną osobą, a na zewnątrz szaleje zamieć. To, co właśnie odczuwasz, to hygge. Duńczycy cieszą się z drobnostek, żyją wolniej i spędzają dużo czasu z bliskimi. Bo uważają, że szczęście i radość możemy odnaleźć w małych, zwyczajnych rzeczach.

Aby te małe rzeczy dawały poczucie szczęcie i radości nie tylko musimy je zauważyć, dostrzec ich niepowtarzalne piękno, ale przepoić je przyjaźnią i miłością samego siebie, bliźniego i Boga. Nie dać się wciągnąć w kierat zapędzenia jak w poniższej anegdocie. Na budowie Kowalski biega z pustą taczką tam i z powrotem. Zaintrygowany kierownik pyta go: „Co tak latasz z tą pustą taczką? Na co Kowalski odpowiada: „Panie Kierowniku… taki zapiernicz na budowie, że nie mam nawet czasu na załadowanie taczki”. Z pewnością w życiu spotkaliście takich Kowalskich, a może widzicie ich w odbiciu lusterka. Biegają oni jak szaleni z taczką na budowie swojego życia. W taczce są jakieś śmiecie, ale nie ma najważniejszego. O tym najważniejszym mówi pisarz, teolog Otto Betz: „Miłość jest jedynym kluczem, który otwiera wszystkie drzwi”. Otwiera drzwi do szczęścia, które staje przed nami w różnej formie. Tak dla ilustracji przytoczę kilka aforyzmów wiążących miłość ze szczęściem. „Do szczęścia nie jest potrzebne wygodne życie, lecz zakochane serce” (św. Josemaría Escrivá de Balaguer). „Człowiek jest szczęśliwy tylko wtedy, kiedy kocha i coś daje. Albowiem większym szczęściem jest dawać niż brać” (Max Scheler). „Gdy się zobaczyło tylko raz piękno szczęścia na twarzy ukochanej osoby, wiadomo już, że dla człowieka nie może być innego powołania, jak wzbudzanie tego światła na twarzach otaczających nas ludzi” (Albert Camus).

Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swoich uczniów: „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego? Odpowiedzi były różne. Jednak najistotniejsza była odpowiedź na osobiste pytanie skierowane do uczniów: „A wy za kogo Mnie uważacie?” Na to najważniejsze pytanie odpowiedział w imieniu wszystkich apostołów św. Piotr: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. To była dobra odpowiedź. Na niej to Chrystus zbuduje swój Kościół: „Ty jesteś Piotr, czyli Opoka i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie”. W tę misję wpisuje się także pytanie Chrystusa o miłość Piotra: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci? Za trzecim razem Piotr zapewnił Chrystusa o swojej miłości tymi słowami: „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”. Trzykrotne pytanie o miłość jest jakby echem trzykrotnego wyparcia się tej miłości przez Piotra, kiedy Jezus przed męką był przesłuchiwany i więziony w pałacu najwyższego arcykapłana. Ale już wtedy przy spotkaniu z Jezusem Piotr gorzko zapłakał, żałując swojej zdrady. A Chrystus spojrzał na niego z wybaczającą miłością. Ta cała scena przypomina nam, że w naszej miłości nie jesteśmy doskonali, popełniamy błędy, zdradzamy. Tylko Chrystus jest doskonałą miłością. I najważniejsze jest to, abyśmy w chwilach słabości z żalem i błaganiem wybaczenia spojrzeli na najdoskonalszą Miłość, a wtedy Ona wręczy nam klucze do Królestwa niebiskiego, Tak jak wręczyła klucze św. Piotrowi do tego Królestwa, które już tu na ziemi w sposób szczególny jest realizowanie we wspólnocie Kościoła Chrystusowego.

Każdy z nas otrzymał klucz do Królestwa niebieskiego na chrzcie świętym. Można to porównać do otrzymania klucza do mieszkania. Trzymając w ręku ten klucz otwieramy drzwi naszego mieszkania. Jest pięknie, cudownie, ale nie jesteśmy nawet w połowie drogi do uczynienia z tego miejsca prawdziwego domu. Czeka nas radosny trud projektowania wnętrza naszego wymarzonego domu, meblowania i tak dalej. I gdy już wszystko jest z najlepszych marmurów, granitów, drzewa wygląda jak pałac zostaje jeszcze najważniejsze. Ten dom nigdy nie będzie szczęśliwy, gdy zabraknie w nim najważniejszego, zabraknie miłości. Niepotrzebnie to piszę, bo zapewne każdy o tym wie. Pierwsze skojarzenie, które się w tym momencie rodzi kieruje nasza uwagę na ludzi, którzy w tym domu zamieszkają, z którymi łączą nas więzy bezgranicznej miłości. Jeśli tego zabraknie wtedy nasz dom stanie się podrzędnym hotelem, gdzie mieszkamy z przypadkowymi, marudnymi lokatorami. Nawet gdy w naszym pięknie urządzonym domu nikt nie mieszka, to może on być szczęśliwym miejscem, bo jej główny lokator poszerzył miłością swoje mieszkanie o przestrzeń swojego serca. To sprawia, że ten dom pulsuje radością i szczęściem. Ale najważniejsze jest poszerzenie tego domu o miłość, o którą Chrystus pytał św. Piotra. Wtedy nasz ziemski dom wymyka się ograniczeniom materialnym i staje się miejsce budowania Królestwa niebieskiego, w którym miłość nie ma granic i rozciąga się na wieczność. Podobnie jest z widzialnymi strukturami Kościoła, do którego Chrystus dał klucze św. Piotrowi.

O takie Królestwo modlimy się w modlitwie Ojcze nasz „Przyjdź Królestwo Twoje”. Ono przyjdzie do nas, wypełni szczęściem nasze serca, nasze domy, miejsca, gdzie żyjemy, gdy odpowiemy Chrystusowi jak Piotr: „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham” (Kurier Plus, 2020).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *