19 Wrz

25 niedziela zwykła Rok A

 

WARTOŚĆ CZŁOWIEKA. 

Jezus opowiedział swoim uczniom tę przypowieść: „Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: »Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam«. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: »Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?«. Odpowiedzieli mu: »Bo nas nikt nie najął«. Rzekł im: »Idźcie i wy do winnicy«. A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: »Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych«. Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: »Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty«. Na to odrzekł jednemu z nich: »Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje, i odejdź. Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry«. Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi” (Mt 20,1–16a).

W roku 2002, po wakacyjnym pobycie w Polsce wróciłem do Stanów Zjednoczonych, myślą jednak powracałem do wakacyjnych dni spędzonych w Polsce. Układały się one w smutny obraz mojej ojczyzny. Może, dlatego, że nie miałem zbyt wiele czasu, aby przyjrzeć się dokładniej wszystkim zmianom, jakie się tam dokonują, a może byłem bardziej uwrażliwiony na ludzką biedę, która wyziera z każdego zakątka. Jest ona tym bardziej krzycząca, bo ociera się o bogactwo ludzi, którzy nie wiedzą, co z pieniędzmi zrobić. Widziałem jak niektóre fortuny wyrastają na ludzkiej krzywdzie. W jednym z większych miast rozmawiałem z robotnikiem, który pracuje u bardzo bogatego biznesmena (jak to się mówi teraz w Polsce). Jest on właścicielem kilku masarni. Można by się cieszyć, że są w Polsce zaradni i bogaci. Można, gdyby to bogactwo było uczciwie zdobyte. Wspomniany robotnik wraz z innymi zatrudniony jest nielegalnie. Robotnicy nie mają żadnych świadczeń socjalnych. Właściciel zamyka na klucz nielegalnych pracowników w zakładzie, i nikt nie wie, że oni tam pracują. Płaci im marne grosze. Nikt się jednak nie buntuje, z lęku przed wyrzuceniem z pracy. O pracę trudno, a w domu na utrzymaniu żona i dzieci. Po skończonej pracy robotnicy dzwonią do właściciela i ten przyjeżdża, aby ich wypuścić. Czasami zapomina o swojej masarni i odjeżdża zbyt daleko, a robotnicy czekają po kilka godzin na otwarcie drzwi. W wypadku pożaru nie wiem, czy którykolwiek z nich miałby szansę przeżycia.

Po przyjeździe rozmawiałem o tym w gronie znajomych i jeden z panów powiedział, że z pewnością taka sytuacja to kryminalna sprawa, ale zaraz dodał, że praca, tak jak inne towary podlega prawu ekonomicznemu popytu i podaży. Jeśli jest popyt na pracę to dobrze za nią płacimy, a jeśli nie ma popytu to można płacić marne grosze, wykorzystując postawionego w przymusowej sytuacji robotnika. Człowiek podporządkowany jest prawom ekonomicznym jak kartofel, za który płacimy, jeśli jest zapotrzebowanie na niego, a jeśli nie to niech sobie leży i gnije. Z punktu widzenia ekonomicznego wszystko jest w porządku. Jednak z ewangelicznej perspektywy, człowieka nie można zdefiniować tylko w kategoriach ekonomicznych. Człowiek jest kimś więcej aniżeli elementem przetargu ekonomicznego. Mówi o tym wyżej zacytowany fragment Ewangelii.

Ewangeliczny gospodarz wynajmuje do pracy robotników. Jedni z nich pracują cały dzień inni tylko jedną godzinę. Rachunek ekonomiczny, logika ludzka wskazuje, że ci, co pracowali najdłużej powinni otrzymać więcej niż ci, którzy pracowali tylko jedną godzinę. Jednak gospodarz wypłaca wszystkim taką samą sumę. Patrzy on na człowieka pełniej, dostrzega w człowieku coś więcej aniżeli tylko towar do sprzedania, element w grze w ekonomicznej. Widzi on całą skomplikowaną sytuację człowieka. Robotnicy są gotowi do pracy. Nie pracują, bo ich nikt nie najął. Możemy sobie wyobrazić robotnika, który cały dzień czeka, oferując wszystko to, co ma do sprzedania-swoja pracę. Nikt go nie zauważa. Jak ciężki jest jego powrót do domu z pustymi rękami, do domu, w którym czekają na niego głodne dzieci. Ponadto dochodzi jeszcze element frustracji, jakie niesie ze sobą bezrobocie. Wartość człowieka mierzymy często tym, co on daje innym. Bezrobotny chce ofiarować swoją pracę, ale jej nikt nie potrzebuje, traci, zatem poczucie własnej wartości i to może jest bardziej bolesny problem bezrobocia niż brak pieniędzy. Ewangeliczny gospodarz widzi, że życie tych, którzy nie mają pracy jest o wiele cięższe niż tych, którzy maja zapewnioną pracę od świtu do nocy. Dlatego przekracza prawa ekonomii w imię dobra człowieka, daje więcej niż dyktują rachunek ekonomiczny. Nie tylko nie ewangeliczne, ale i nieludzkie jest zamknięcie człowieka w twardych prawach ekonomii. Prawami ekonomii trzeba się tak kierować, aby nie przesłaniały wymiaru miłości, który jest ostateczną miarą człowieczeństwa.

Najważniejsze jednak przesłanie zacytowanego fragmentu Ewangelii ma charakter ściśle religijny. Pierwsi słuchacze Chrystusa, jak i też jego uczniowie byli Żydami. Wielu z nich uważało, że tylko ich Bóg wybrał, i że tylko dla nich spłyną łaski za pośrednictwem Mesjasza, na którego czekali, i którego niektórzy rozpoznali w Jezusie Chrystusie. Uważali oni, że poganie nie są godni takiej samej nagrody. Oni od niepamiętnych czasów czcili jedynego Boga, a poganie dopiero nawracali się, czy jest to sprawiedliwe, żeby taką samą nagrodę otrzymali. Chrystus w przypowieści rozstrzyga ten problem. W sferze religijnej niektórzy chcieli zastosować prawa ekonomii, gdzie jak gdzie, ale tu jest to w stu procentach nie na miejscu.

Prorok Izajasz pisze: „Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami, mówi Pan. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje nad waszymi drogami i myśli moje nad myślami waszymi”. Dorastanie do myśli i dróg bożych jest wzrastaniem do pełni, do pełniejszego zrozumienia człowieka i chroni przed zredukowaniem go do wymiaru ekonomicznego, czy też jakiegokolwiek innego (z książki Ku wolności).

 

BOŻY PUNKT WIEDZENIA

Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko. Niechaj bezbożny porzuci swą drogę i czło­wiek nieprawy swoje knowania. Niech się nawróci do Pana, a ten się nad nim zmiłuje, i do Boga naszego, gdyż hojny jest w prze­baczaniu. Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami, mówi Pan. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje nad waszymi drogami i myśli moje nad myślami waszymi (Iz 55,6–9).

Przed kilku tygodniami wróciliśmy z wyprawy do Tybetu. Utrwaliliśmy na zdjęciach i zapisaliśmy w pamięci niesamowite widoki tej niepowtarzalnej krainy. Nie mniej byliśmy urzeczeni kulturą i tradycją Tybetu oraz samymi Tybetańczykami, otwierającymi przed nami swoje serca. I o tych ostatnich chcę napisać kilka zdań, a właściwie o relacjach na styku spotkań Tybetańczyków z nami, ludźmi Zachodu. W Tybecie oprócz głównej przewodniczki, Chinki z Pekinu mieliśmy dwóch miejscowych przewodników. Byliśmy urzeczeni poświeceniem i życzliwością tych ostatnich. Przygotowali dla nas najlepsze hotele i prowadzili do najlepszych restauracji. Siedzieli w nocy w szpitalu, troskliwie opiekując się tymi, których dotknęła choroba wysokościowa. A tym, którzy z tego samego powodu musieli zostać w hotelu przynosili kosze owoców. Z wielką usłużnością reagowali na zgłaszane nawet niewielkie usterki hotelowe. Tak oddanych przewodników spotkałem po raz pierwszy w życiu. Nie powstrzymało to jednak niektórych od narzekania. Jedna z pań miała za złe przewodnikowi, że ma tylko jego komórkowy telefon, a nie ma numeru pokoju hotelowego.  A takiego numeru przewodnicy nie mogli podać, bo biuro lokowało ich w podrzędnych hotelach, często na obrzeżach miasta. Wystarczyło jednak tylko zadzwonić a przewodnik pojawiał się po kilkunastu minutach. Druga z pań narzekała na wszystko. Chińska przewodniczka wykorzystała to i zadzwoniła do biura w Nowym Jorku, że uczestnicy wycieczki narzekają, na złe przygotowanie pobytu w Tybecie. Tu trzeba dodać, że Tybet jest pod okupacją Chin i to rzutuje na relacje Chińczyków z Tybetańczykami. Taka opinia mogła pozbawić pracy przewodników tybetańskich. Tybetańska przewodniczka mówiła mi o tym przez łzy. Gdy jej słuchałem chciało mi się razem z nią płakać. Ofiarowała nam wszystko, co najlepsze w jej ojczyźnie, dała swoje serce, a ktoś zaślepiony swoim egoizmem podeptał to. Na szczęście, dowiedzieli się o tym pozostali uczestnicy wycieczki i napisali piękny list do biura w Nowym Jorku o wspaniałym przygotowaniu wycieczki w Tybecie. Na twarzy naszej tybetańskiej przewodniczki pojawił się uśmiech wdzięczności.

Używając języka przenośni ośmielę się powiedzieć, że Bóg także zapłakał, gdy widział łzy skrzywdzonej przewodniczki. Do takiego stwierdzenia upoważniają mnie dzisiejsze czytania mszalne. W pierwszym słyszymy słowa: „Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami, mówi Pan. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje nad waszymi drogami i myśli moje nad myślami waszymi”. Tę myśl kontynuuje psalm responsoryjny: „Pan jest sprawiedliwy na wszystkich swych drogach i łaskawy we wszystkich swoich dziełach”. Zaś Chrystus w przypowieści o winnicy i robotnikach w sposób obrazowy ukazuje prawdę, że wszyscy jesteśmy dziećmi Boga, który troszczy się o nas niezależnie od naszej sytuacji życiowej. W swojej bezgranicznej miłości obdarza nas potrzebnymi łaskami, i to w takiej obfitości i proporcji, że przykładając ludzką miarę wydaje się to nam nieraz  niesprawiedliwe. I gdy taka myśl zaprząta nam głowę, to trzeba być świadomym, że nasze drogi nie są jeszcze drogami bożymi. Przez pryzmat tybetańskiej historii i czytań mszalnych możemy pokusić się na takie porównanie. Dla Boga wszyscy ludzie, tak jak dla matki wszystkie dzieci są kochane, a może nawet te biedniejsze bardziej. Możemy sobie wyobrazić ból matki, gdyby patrzy jak jedno z jej dzieci, którego serce obrosło sadłem dobrobytu i egoizmu lekceważy i poniża swojego biedniejszego brata lub siostrę.

Aby nasze drogi stały się drogami bożymi winniśmy podjąć trud szukania Boga: „Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć”. Dla ilustracji odwołam się jeszcze raz do naszych doświadczeń z Tybetu. Nauczycielem naszej tybetańskiej przewodniczki był mnich buddyjski. Stąd też oprowadzając nas po buddyjskich klasztorach pięknie i z przekonaniem mówiła o buddyzmie i mnichach. Tak, że jedna z uczestniczek wycieczki w czasie zwiedzania kolejnego klasztoru buddyjskiego powiedziała żartem: „Buddyzm jest piękną religią, może stanę się buddystką”. Był to żart, ale nieraz może on przybrać w naszym życiu bardzo realny kształt. Tak to już jest, jeśli czegoś w życiu szukamy, to najczęściej znajdujemy.  Jeżeli będziemy szukać ostatecznej prawdy w innej religii, zaniedbując swoją własną możemy utracić wiarę rodziców. Nie znaczy to jednak, że mamy unikać poznawania innych religii. Jest to także potrzebne. Jednak zgłębiając inną religię winniśmy zgłębiać swoją wiarę w Chrystusa. Jezus jest samą miłością, a chrześcijaństwo jest religią miłości. Dlatego, gdy będziemy zgłębiać naukę Jezusa, to poznamy i doświadczymy największej miłości, a w życiu nie ma cenniejszej wartości jak miłość.

O takiej miłości mówi ewangeliczna opowieść o winnicy i robotnikach. Jest to miłość, która nie osądza z pozoru, ale ogarnia człowieka w każdej jego sytuacji i w każdym okresie życia jednakowym żarem. Przypowieść ta ograniczona do ram ludzkiej logiki budzi kontrowersje. Ta sama zaplata dla robotników, którzy o różnej porze rozpoczęli pracę a taką samą otrzymał zapłatę, wydaje się być niesprawiedliwa, bo łamie ludzka zasadę sprawiedliwości: jaka praca, taka płaca. Ale nie brakuje także takich, którzy mówią, że to w porządku, bo każdy otrzymał według potrzeb. Dobrze jednak wiemy, jak to wyglądało komunistyczne dzielenie według potrzeb. Jednak ostatecznie na tej płaszczyźnie nie ma sensu roztrząsanie tej przypowieści, bo nie dotyczy ona ani spraw społecznych, ani ekonomicznych. Chociaż ich dotyka to jednak zasadniczo dotyczy ekonomii nieba, ekonomii naszego zbawienia, które realizuje się Królestwie niebieskim. Do nagrody tego Królestwa mają prawo wszyscy; zarówno Naród Wybrany, który został wezwany na początku, jak i też narody pogańskie, które później przyjęły Boga. To odnosi się także do życia indywidualnego. Jeśli się nawrócimy i przyjdziemy do winnicy pańskiej, to niezależnie od czasu otrzymamy taką samą nagrodę, nagrodę życia wiecznego.

Na zakończenie przytoczę przypowieść zapisaną przez ks. Anthony deMello. Mężczyzna idąc lasem zobaczył lisa, który stracił nogi. Zaciekawiony tym jak lis może przetrwać zatrzymał się, obserwując go z daleka. Nagle zobaczył tygrysa z upolowaną zdobyczą. Tygrys posilił się i zostawił resztki, które zjadł kaleki lis. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Zauroczony bożą hojnością mężczyzna pomyślał sobie: „Ja także usiądę i będę odpoczywał ufając, że Bóg w swojej dobroci zaspokoi także moje potrzeby”. Mężczyzna pozostał w lesie kilka dni, ale nic się nie wydarzyło. Prawie umierający z głodu mężczyzna usłyszał glos: „Głupcze, otwórz swe oczy na prawdę. Przestań naśladować kalekiego lisa, a bierz przykład z tygrysa”.

Podobnie jak w przypowieści ewangelicznej może nam się wydawać, że Bog jest niesprawiedliwy, bo bardziej zatroszczył się o kalekiego lisa niż o człowieka. Aby jednak to zrozumieć trzeba stanąć na bożej drodze, drodze bezgranicznej miłości i bezwarunkowego przebaczenia. Uczeń Chrystusa jest wezwany nie do osądzania, ale jak tygrys z przypowieści włączenia się w dzieło bożego miłosierdzia (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

ZAPŁATA

Bracia: Chrystus będzie uwielbiony w moim ciele: czy to przez życie, czy przez śmierć. Dla mnie bowiem żyć to Chrystus, a umrzeć to zysk. Jeśli bowiem żyć w ciele – to dla mnie owocna praca, cóż mam wybrać? Nie umiem powiedzieć. Z dwóch stron doznaję nalegania: pragnę odejść i być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze, a pozostawać w ciele to bardziej dla was konieczne. Tylko sprawujcie się w sposób godny Ewangelii Chrystusowej (Flp 1,20c–24.27a).

Kilka dni temu przejeżdżając przez Greenpoint zauważyłem na zbiegu ulic gromadę stojących mężczyzn. Zapytałem znajomego, co oni tu robią. „Czekają na pracę”- pada odpowiedź. Miejsce to znają szukający pracy jak i poszukujący pracowników. Najczęściej pracodawcy przyjeżdżają rankiem. Jednak, nie wszyscy wtedy znajdują zatrudnienie, ale ci nie wynajęci cierpliwie czekają długie godziny, w nadziei, że ktoś zechce skorzystać z ich oferty. I czasami trafia się praca, nawet po południu”.

Ta scena przypomina ewangeliczną przypowieść zacytowaną na wstępie. Znając jednak realia emigranckiej rzeczywistości wiemy, że tylko po części ta przypowieść sprawdza się na Greenpoicie, czy w innym podobnym miejscu. Ze świecą w ręku trzeba szukać pracodawcy, który byłby tak hojny jak ewangeliczny gospodarz. Dzisiejszy pracodawca, jeśli nie wykorzysta swego pracownika, to na pewno nie da więcej niż mu się należy. A gdyby było inaczej, to wtedy możemy być pewni, że reakcja wynajętych do pracy byłaby taka sama jak pracowników w ewangelicznej winnicy, którzy się buntowali, że gospodarz dał niektórym pracownikom więcej, niż im wydawało się słuszne.

Znam tę rzeczywistość z opowieści mojego sąsiada, który wspominając swoje pierwsze miesiące pobytu w Ameryce mówi, że były to najtrudniejsze dni na nowej ziemi, i to bynajmniej nie z powodu pracodawcy, ale podobnych jemu emigrantów z Polski, którzy kierowali się specyficznie pojmowanym poczuciem „sprawiedliwości”. Używam słowa sprawiedliwość w cudzysłowu ponieważ ta sprawiedliwość dyktowana była zazdrością. Jeśli ktoś otrzymał więcej aniżeli ja, to była to już jawna niesprawiedliwość. W imię tak pojmowanej sprawiedliwości zamienili miejsce pracy w prawdziwe piekło.

Ewangeliczna przypowieść mówi o rzeczywistości Królestwa Bożego, którego prawa są odmienne od zasad jakimi kieruje się świat. Wezwani do budowania Królestwa Bożego mamy do tych praw dorastać, i czy tego chcemy czy nie, ostatecznie to Królestwo zatriumfuje, ale bez tych, którzy w swoim życiu nie brali pod uwagę jego logiki. O tej odmienności mówi prorok Izajasz: „Niech bezbożny porzuci swą drogę i człowiek nieprawy swoje knowania. Niech się nawróci do Pana, a ten się nad nim zmiłuje, i do Boga naszego, gdyż hojny jest w przebaczaniu. Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami, mówi Pan. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje nad waszymi drogami i myśli moje nad myślami waszymi” (Iż. 55, 7-90).

Tę odmienność, w pewnym stopniu oddaje w żartobliwy sposób poniższa anegdota. W przedsionku nieba zjawił się pobożny kapłan i kierowca, który za życia słynął z ryzykownego prowadzenia samochodu, napędzając strachu swoim klientom, którzy w czasie przewozu polecali siebie bożej opiece. Obydwaj zakwalifikowali się do chwały niebieskiej, teraz tylko czekali na odpowiedni strój, którego splendor miał wyrażać zasługi dla nieba. Aniołowie przynieśli dla kierowcy przepiękną szatę. Kiedy ją zobaczył nie krył zaskoczenia nie spodziewał się takiej nagrody. Radość kierowcy zdawał się podzielać kapłan, chociaż w tej radości dała o sobie znać ludzka słabość. Cieszył się on nie dlatego, że kierowca otrzymał tak wspaniałą szatę, ale że spodziewał się jeszcze piękniejszej dla siebie. Tak, tego można było się spodziewać. Całe życie spędził pobożnie, na modlitwie, na głoszeniu słowa bożego, a ten kierowca, którego pamięta jeszcze z życia ziemskiego to taki trochę hultaj; jeździł ryzykownie a i zaklął czasem. Mając to na uwadze, kapłan napełniony radością czeka cierpliwie na swoją szatę. Jakże był zaskoczony, gdy po długim czasie aniołowie przynieśli strój, który nie dorównywał pięknością szacie otrzymanej przez kierowcę. Zawiedziony kapłan pyta: „Dlaczego taka niesprawiedliwość?” A wtedy anioł z dobrotliwym uśmiechem odpowiada: „Gdy kierowca prowadził samochód, prawie wszyscy pasażerowie modlili się, a ty, jak mówiłeś kazania, to prawie wszyscy spali”.

Mimo tej odmienności, człowiek, kierując się logiką ludzką i dobrą wolą może także odkrywać sens bożej logiki. Mówi o tym ksiądz Flor McCarthy w jednym ze swych kazań.  Na stadionie biegną zawodnicy. Po kilku okrążeniach na czoło wysunął się zawodnik miejscowego zespołu. Pierwszy przekroczył linię mety, ustanawiając nowy rekord w biegu na 3000 metrów. Niebywały entuzjazm zapanował na stadionie. Zwycięzcę otoczyły tłumy dziennikarzy, każdy chciał uściskać rękę zwycięzcy. Rzucano pod jego stopy kwiaty, jego podobizna pojawiała się na ekranach telewizorów. Mimo zmęczenia, czuł się jak w siódmym niebie. W tym czasie do mety dotarł ostatni zawodnik, był zmęczony i smutny, miał dzisiaj trudny dzień. Nikt nawet nie zauważył, jak z wielkim trudem dotarł do mety.

Przyszedł moment rozdania medali. Jakże wszyscy byli zaskoczeni, gdy przedstawiciel miasta zawiesił  złoty medal na szyi zawodnika, który dotarł ostatni do mety. Zwycięzca zaprotestował, a wtedy usłyszał odpowiedź: „Przyjacielu mówisz, że to nie w porządku. Czy nie otrzymałeś już wystarczająco? Masz satysfakcję ze zwycięstwa, aplauz tłumu, uwagę mediów. Otrzymasz bardzo korzystne kontrakty. Pomyśl, ostatni zawodnik pokonał także taka samą trasę. Co otrzymał za swój wysiłek? Nic. Czy byłoby w porządku, gdybyś ty wszystko zagarnął?”

Nie. Tak może odpowiedzieć na to pytanie tylko ten, kto spojrzy na to z perspektywy bożej, ten kto kieruje się sprawiedliwością, w której dominuje miłość. Taka Boża sprawiedliwość wyłania się z przypowieści o najemnikach w winnicy. Do Winnicy Pańskiej wzywa nas Bóg w różnym czasie i różnych okolicznościach. Pierwsi, którzy skorzystali z bożego wezwania często uważali, że mają szczególne prawo do Bożego Królestwa. Tak było z Narodem Wybranym. Tak uważali faryzeusze, którzy gorliwie wypełniali boże przepisy i z pogardą patrzyli na lud. Takie niebezpieczeństwo zagraża każdemu, kto z góry patrzy na człowieka, który później odnalazł Boga.

Bóg wzywa wszystkich i wszyscy otrzymają jednakową zapłatę, ale pod warunkiem, że nie zlekceważą bożego wołania (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

BOŻA LOGIKA ZBAWIENIA

W pierwszym odruchu nasuwa się myśl, że niezadowoleni robotnicy mieli rację. To niesprawiedliwe. Oni pracowali cały dzień a otrzymali zapłatę i to w drugiej kolejności taką samą jak ci, którzy pracowali bardzo krótko. Mówi się, że przybywa nam wrogów przez złe postępowanie, ale to tylko połowa prawdy. Wrogowie mogą wyrastać równie dobrze w opozycji do dobra jakie świadczymy innym, jak w powyższej przypowieści ewangelicznej. Gospodarz pozyskał sobie wrogów, tylko dlatego, że był dobry. Życie dostarcza nam wiele podobnych przykładów. Ot chociażby historia z naszego polonijnego podwórka. Przed wielu laty Teresa przyjechała do Stanów Zjednoczonych. Tu wyszła za mąż i założyła rodzinę. Nie zapomniała jednak o swojej rodzinie w Polsce. Pomagała jej na różne sposoby. Dzięki tej pomocy jej brat i siostra mogli otworzyć w Polsce dobrze prosperujące interesy. Teresa dobrze orientowała się, kto w danym momencie potrzebuje większego wsparcia. Pomagała rodzeństwu w miarę ich potrzeb. Raz wspierała bardziej siostrę, innym razem brata. Przeczuwając jednak groźbę niesnasek rodzinnych mówiła, że wszystkim pomaga jednakowo. Gdy siostra popadła w tarapaty życiowe, Teresa przyszła jej ze wzmożoną pomocą. Zauważył to brat. Nic nie mówił, niby wszystko było w porządku, ale wyczuło się, skrywaną przez brata urazę, czy nawet złość do Teresy. Tajona uraza wybuchła, gdy brat dowiedział się, że siostra znacznie pomogła wdowie, matce siedmiorga dzieci, w tym troje kalekich. Wdowa pozbawiona środków do życia mieszkała w walącym się domu, otoczonym resztkami czegoś co nazywało się kiedyś płotem. Teresa pomogła wyremontować dom, dawała od czasu do czasu trochę pieniędzy. Zafundowała też nowe ogrodzenie. Gdy brat dowiedział się, że Teresa jest fundatorką nowego płotu, nie wytrzymał. Oburzony wypominał Teresie, że dla niej ważniejsi są obcy niż rodzina. A mówił to ten, któremu Teresa pomogła uruchomić własny biznes, dzięki czemu należy dziś do najbogatszych ludzi w mieście. Dla Teresy, która tak bardzo kocha swoje rodzeństwo był to bolesny cios. Trudno jej było zrozumieć reakcję brata. Zapewne mogłaby wtedy powtórzyć słowa gospodarza z dzisiejszej Ewangelii, któremu najemnicy zarzucali, że jest niesprawiedliwy: „Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”

Zazdrość jest najprostszym wytłumaczeniem reakcji sług ewangelicznych, jak i brata Teresy. Zazdrość to groźna i bardzo niebezpieczna choroba ludzkiej duszy. Można przytoczyć tysiące przemyśleń, które mówią o destruktywnym wpływie zazdrości na życie człowieka i funkcjonowanie ludzkiej społeczności. Oto niektóre z nich: „Tak jak rdza zżera metal, tak też zazdrosnych zżera zazdrość”(Antyfanes). „Gdzie wchodzi szczęście, tam zawiść rozpoczyna oblężenie i walczy z nim; a gdzie odchodzi, zostawia boleść i żal”(Leonardo da Vinci). „Zazdrosnego człowieka tylko płacz bliźniego do śmiechu pobudzić potrafi”(Owidiusz). „Każdy talent ma dwóch wrogów wielbiciela i zazdrośnika”(Albert Emil Brachvogel). „Kto cudze śledzi błędy, o własne ten nie stoi, dla siebie wciąż ma względy, bo cudze śledzi błędy”(Aforyzm hinduski). „Śmierć otwiera drzwi sławy i zamyka drzwi zazdrości”(Laurence Sterne). Kaznodzieja Dwight L. Moody opowiada bajkę o dwóch zazdrosnych orłach rywalizujących ze sobą. Pewnego dnia jeden z nich zobaczył łucznika i powiedział do niego: „Czy mógłbyś trafić strzałą orła szybującego wysoko na niebie”. „Oczywiście, że tak, ale nie mam odpowiednich piór do strzał”- odpowiedział łucznik. Zazdrosny orzeł wyrwał kilka piór ze skrzydeł i ofiarował je łucznikowi. Łucznik wystrzelił kilka strzał, ale nie trafił orła, gdyż ten szybował za wysoko. Zaślepiony zazdrością orzeł wyrwał następne pióra ze swoich skrzydeł i dał łucznikowi. I tak wyrywając kolejne pióra pozbawił się zdolności latania. A wtedy łucznik wykorzystał sytuację, odwrócił się i przeszył strzałą bezbronnego zazdrośnika. Kaznodzieja konkluduje tę opowieść stwierdzeniem: jeśli kierujesz się zazdrością wobec innych możesz być pewny, że ty sam będziesz przez nią najbardziej zraniony.

Zazdrość jako groźna choroba duszy ludzkiej niszczy człowieka i jego otoczenie, zabija w nim życie boże, życie wieczne. Pismo święte nieraz przestrzega człowieka przed zazdrością. Czyni to także dzisiejsza Ewangelia, chociaż jej przesłanie jest głębsze niż tylko ostrzeżenie przed zazdrością. Ewangelia przynagla nas do myślenia i oceniania świata przez pryzmat zbawiającej bożej mądrości. Jeśli usłuchamy tego przynaglenia, to zazdrość nie będzie miała przystępu do nas. Zazdrość i inne grzechy dotykają nas dlatego, że nasze myśli daleko odbiegają od bożego myślenia. Prorok Izajasz w pierwszym czytaniu mówi w imieniu Boga: „Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – wyrocznia Pana. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje – nad waszymi drogami i myśli moje – nad myślami waszymi”. Boża logika różni się od logiki ludzkiej, która bardzo często opiera się na kryteriach „czysto arytmetycznych”, jak pisał kardynał Hans Urs von Balthasar. Zaś boża logika to logika miłości, logika zbawienia. Można tu użyć porównania wychowania dzieci przez kochających rodziców. Dzieci nie zawsze otrzymują od swoich rodziców ilość czasu, troski wychowawczej z matematyczną równością. Najważniejszym pragnieniem rodziców jest wychowanie dzieci na wspaniałych i dobrych ludzi. W procesie wychowawczym niektóre z ich dzieci potrzebują więcej czasu, więcej troski niż inne. Podobnie Bóg pragnie, aby wszyscy byli święci, aby wszyscy dostąpili zbawienia. Jedni potrzebują więcej bożej łaski, więcej czasu, aby ten cel osiągnąć. A ponadto zbawienie jest darem Bożym, a nie zapłatą. Bóg daje każdemu szansę zbawienia. Nawet tym którzy się spóźnili, późno trafili do winnicy bożej. Bóg daje każdemu taką samą zapłatę, jaką jest zbawienie. Taka jest logika miłości, taka jest logika zbawienia. Jeśli człowiek myśli, że jest to niesprawiedliwe, to znaczy, że kieruje się jeszcze logiką ludzką, inspirowaną brakiem miłości, który to brak może przybrać obrzydliwą i wyniszczającą formę zazdrości.

Chrystus w ewangelicznej przypowieści nie porusza problemu sprawiedliwości społecznej, ale daje do zrozumienia, że królestwo Boże opiera się na innych zasadach niż prawa ludzkie regulujące sprawy pracy, posiadania czy wynagrodzenia. Wszystko co otrzymujemy od Boga jest darem i łaską. Łaskę zbawienia w pierwszej kolejności Bóg ofiarował narodowi wybranemu. To wybranie zrodziło w pewnych kręgach judaistycznych przekonanie, że mają oni monopol na zbawienie. Chrystus prostuje to błędne myślenie. Poganie, którzy później zostali zaproszeni do winnicy Pańskiej, otrzymają taką samą zapłatę i to nawet w pierwszej kolejności. To ma także przełożenie w życiu indywidualnym człowieka. Ci którzy nawracają się i trafiają do winnicy Bożej nawet pod koniec swego życia, mają szansę otrzymania takiej samej nagrody jak ci, którzy od dzieciństwa, w bliskości Boga trudzili się w Jego winnicy (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚWIĘTY KAMIL DE LELLIS

Chrystus nauczając o Królestwie Bożym używa porównania werbowania robotników do pracy w winnicy. Budowanie i zdobywanie tego Królestwa rozpoczynamy tu na ziemi, a jego pełni doświadczymy w wieczności. Co do niektórych wyznawców Chrystusa mamy pewność, potwierdzoną przez Kościół, że w pełni posiedli Królestwo Boże w niebie. Są nimi święci i błogosławieni, którzy najczęściej od najmłodszych lat gorliwie zdobywali i budowali to Królestwo. Byli podobni do ewangelicznych robotników, którzy od rana trudzili się w winnicy i słusznie, według naszej ludzkiej oceny otrzymali pełną zapłatę. Ale według tej samej oceny, ci którzy pod wieczór zaczęli pracę niesłusznie otrzymali takie same wynagrodzenie. Inaczej jednak sprawa wygląda z perspektywy bożej. I ci ostatni zasługują na taką samą zapłatę. Niektórzy święci, nim zaczęli pracować w winnicy Pańskiej mieli za sobą wiele lat, które sami oceniali, jako zmarnowany czas. Mimo, że późno skorzystali z zaproszenia Gospodarza winnicy otrzymali taką samą zapłatę, jak ci którzy od najmłodszych lat prowadzili święte życie. Według miary bożej najważniejszy jest fakt nawrócenia, zaś jego czas i miejsce schodzą na drugi plan. Święty Kamil de Lellis, jak sam wspomina stracił wiele czasu zanim trafili do winnicy Pańskiej.

Święty Kamil przyszedł na świat 25 maja 1550 roku w niewielki włoskim miasteczku Bucchianico. Ojciec był oficerem wojsk zaciężnych cesarza rzymsko- niemieckiego Karola V. Matka Kamila była szlachetną i pobożną kobietą. Z wielką radością oczekiwała narodzin syna. Radość oczekiwania mącił dziwny sen, w którym ujrzała na czele grupy chłopców swego syna. Każdy z nich miał na piersi czerwony krzyż. Takim znakiem znaczono w tamtym czasie przestępców poprowadzonych na szubienicę. Matka odebrała ten sen jako zły znak przyszłości syna. Nie domyślając się nawet, że taki krzyż znajdzie się na habicie zakonników, założonego przez Kamila zakonu. Zapewne ten sen sprawił, że poświęcała synowi jeszcze więcej uwagi i robiła wszystko, aby go wychować na uczciwego i pobożnego człowieka. Jednak w ziemskim życiu nie dane jej było zobaczyć jak potoczą się losy Kamila, gdyż zmarła gdy miał on 13 lat.

W wieku siedemnastu lat Kamil za przykładem ojca wstąpił do wojska i wraz z nim zaciągnął się na wojnę z Turkami. Wspólne plany pokrzyżowała choroba i śmierć ojca. Kamil pozostał sam, bez krewnych, bez przyjaciół i bez pieniędzy. Był to bardzo trudny czas dla młodzieńca. Szukając swego miejsca w życiu zaciągał się kilka razy do wojska. Prowadził hulaszczy tryb życia, a pieniądze zarobione na wojnie tracił w grach hazardowych. Pewnego razu przegrał swoje szlachectwo, broń a nawet rzeczy osobiste. Stał się żebrakiem. 24-letni Kamil de Lellis, jako żebrak stanął pod kościołem św. Dominika w Manfredonii, prosząc o jałmużnę. Żebrzący młody, dobrze zbudowany mężczyzna zwrócił uwagę franciszkanów, którzy budowali w tym czasie klasztor. Zaproponowali mu pracę przy budowie. Kamil z hazardzisty i żołnierza przemienił się w solidnego robotnika. Pracując przy budowie zetknął się z życiem zakonnym. Był pod wrażeniem ludzi, którzy z taką radością i pokojem potrafią służyć Bogu i ludziom. Zrozumiał wtedy jak niemądrze i źle żył do tej pory. Zmarnował tyle lat. Postanowił zmienić swoje życie i poświecić je Bogu. Tę przemianę zauważyli franciszkanie. I gdy pewnego razu Kamil wybierał się do pobliskiej miejscowości, podszedł do niego ojciec gwardian i zachęcając go pracy duchowej, powiedział, że jest on powołany do bardziej odpowiedzialnej pracy niż ta, którą do tej pory wykonywał.

Te słowa do głębi poruszyły Kamila. Myślał o tym, gdy wracał z konwentu San Giovanni Rotondo, oddalonego od Manfredonii około 20 kilometrów. Odczuwał ogromny ból, gdy myślał o zmarnowanych latach. I gdy dojeżdżał do miejscowości zwanej Monte Gorgone, nagle pod wpływem wewnętrznego impulsu, ten twardy żołnierz zaprawiony w boju, uklęknął na środku drogi i rozpłakał się jak małe dziecko. Później zaczął się żarliwie modlić, prosząc Boga, aby pomógł mu naprawić grzeszne życie. To zdarzenie miało miejsce w Święto Matki Bożej Gromnicznej, 2 lutego 1575 r. Tego dnia Kamil przyjął zaproszenie do winnicy pańskiej, aby w niej pracować do końca swoich dni. Postanowił wstąpić do zakonu św. Franciszka. Franciszkanie chętnie przyjęli skruszonego młodzieńca do swojego grona.

Wkrótce Kamil rozpoczął nowicjat i otrzymał habit franciszkański. Jednak po kilku miesiącach z powodu odnowienia się rany na nodze odniesionej w czasie jednej z bitew musiał przerwać nowicjat, opuścić klasztor. Udał się na leczenie do szpitala św. Jakuba w Rzymie. Personel szpitala przyjął go niechętnie, gdyż pamiętano go jako krnąbrnego pacjenta z czasów, gdy był żołnierzem. Jednak wkrótce Kamil zaskoczył ich. Nie awanturował się, nie przeklinał, nie grał w karty, ale modlił się, prowadził ascetyczny tryb życia, pocieszał innych, a ponieważ nie był obłożnie chory, to także pomagał lekarzom. Na początku służył jak pielęgniarz a z czasem powierzano mu poważniejsze zadania. Wszyscy go tak polubili, że nawet po wyleczeniu rany proszono go, aby dalej u nich pracował.

Kamil pozostał w szpitalu, który stał się dla niego domem a pacjenci rodziną. W ciężko chorych dostrzegał twarz cierpiącego Chrystusa i chciał im poświęcić całe swoje życie. W szpitalu św. Jakuba leczono ubogich i bezdomnych. Pacjenci spotykali się z bezdusznością personelu medycznego. Kamil na miarę swoich możliwości starał się ulżyć im w cierpieniu fizycznym i wspierać ich duchowo. Widząc wyjątkową ofiarność wolontariusza, powierzono mu kierownictwo szpitala. Przyjąwszy ten obowiązek, Kamil szedł do chorych z dobrym słowem i osobiście ich pielęgnował. Starał się poprawić warunki materialne szpitala, między innymi przez rezygnacje z własnego wynagrodzenia. Kamil coraz bardziej uświadamiał sobie konieczność założenia towarzystwa ludzi gotowych w imię miłości Boga i bliźniego nieść pomoc cierpiącym i konającym. Początki były bardzo trudne. Nie był on w stanie sam stawić czoła niechęci i niezrozumieniu, jakie spotkały go ze strony otoczenia. I gdy był już bliski załamania, wtedy usłyszał w swoim sercu głos Jezusa: „Dlaczego martwisz się człowieku małej wiary? Idź naprzód! Ja będę z tobą. To przecież moje dzieło, nie twoje”. Od tego momentu Kamil nie miał już wątpliwości, że to Chrystus posyła go do cierpiących.

W 1584 roku Kamil przyjął święcenia kapłańskie. Było to spełnieniem pragnień Świętego, ale także okazało się bardzo pomocne w realizacji pomysłu założenia towarzystwa, które zajęłoby się chorymi. Po wielu staraniach, 18 marca 1586 roku papież Sykstus V zatwierdził wspólnotę założoną przez Kamila jako Stowarzyszenie Sług Chorych i dał Towarzystwu przywilej noszenia na zakonnym habicie czerwonego Krzyża. 21 wrzenia 1591 roku papież Grzegorz XIV podniósł Towarzystwo do rangi Zakonu i nadał mu nazwę: Zakon Kleryków Regularnych Posługujących Chorym. Ojciec Kamil bez reszty poświecił się chorym, a swoim współbraciom często przypominał: „Bracie, więcej serca w twoich dłoniach!”  Święty pragnął, aby zakonnicy nie tylko odwiedzali chorych, ale na stałe mieszkali w szpitalach, blisko chorych. Kamil wiele razy przemierzał Włochy, odwiedzając miejsca, gdzie byli ludzie cierpiący i umierający. Pielęgnował chorych i umierających, mimo że sam zmagał się z licznymi chorobami. Aż w końcu praca ponad siły i choroby doprowadziły do przedwczesnej śmierci. Kamil zmarł 14 lipca 1614 roku w domu macierzystym w Rzymie, gdzie do dnia dzisiejszego przechowywane są jego relikwie (z książki Wypłynęli na głębię).

 

ZAWISTNIKU, DOCEŃ DOBRO  

16 kwietnia 1947 o godzinie 10:00 na terenie hitlerowskiego obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, obok budynku byłej komendantury i krematorium zawisł na szubienicy były komendant tego obozu Rudolf Hoess. Mieczysław Kieta, sekretarz Międzynarodowego Komitetu Oświęcimskiego tak wspomina ten dzień: „Ranek był dosyć chłodny, lekka mgła, kwiecień – Przywieziono go z więzienia w Wadowicach. Był w kurtce, oczywiście bez żadnych dystynkcji. Umierał spokojnie, milcząco. Był wstrząśnięty nie tyle swoją śmiercią, co raczej ostatnim okresem życia. Miał czas, żeby się oswoić z myślą o śmierci, wiedział, co go czeka. Zdaje się, że dojrzał do pewnych rzeczy, kiedy szedł na szubienicę”. Zapewne zrozumiał także tragizm pytania, zadanego w mokotowskim więzieniu przez członka Międzynarodowego Komitetu Oświęcimskiego Jerzego Rawicza: „Gdy Rudolf Hoess, były komendant obozu w Oświęcimiu powiedział mi, kiedy odwiedziłem go przed procesem w celi na Mokotowie, że kocha swoje dzieci, a zwłaszcza najmłodszą córkę, wstrząsnęło mną to bardziej niż wszystko inne podczas tej rozmowy. Zapytałem go, czy pomyślał kiedyś o swojej córce, która urodziła się tuż obok drutów kolczastych obozu wówczas, gdy wydawał codzienne rozkazy zabijania tysięcy takich samych małych dzieci, jak jego ukochane dziecko. Nie odpowiedział mi na to pytanie. Myślę, że nie potrafił na nie odpowiedzieć”.

Hoess szedł na szubienicę w pełni świadomy potwornego zła jakiego się dopuścił. Przebywając w więzieniu w Wadowicach, Rudolf w liście do żony napisał: „Wyrosły we mnie duże wątpliwości, czy również moje odwrócenie się od Boga nie wychodziło z fałszywych przesłanek. Było to ciężkie zmaganie się. Odnalazłem jednak swoją wiarę w Boga”. Zaś w swoim dzienniku zapisał: „Doszedłem do gorzkiego zrozumienia, jak ciężkich zbrodni dopuściłem się przeciw ludzkości. Realizowałem część straszliwych, ludobójczych planów III Rzeszy. W ten sposób wyrządziłem człowieczeństwu najcięższe szkody, szczególnie narodowi polskiemu zgotowałem niewysłowione cierpienia. Za odpowiedzialność moją płacę życiem. Oby kiedyś Bóg wybaczył mi moje czyny. Naród polski proszę o przebaczenie”. Czy Bóg mu wybaczył? Dla chrześcijanina, który wierzy w nieogarnione Boże miłosierdzie odpowiedź jest trudna, ale prosta. Bóg daruje winę skruszonemu grzesznikowi, gdy ten żałuje i prosi o przebaczenie. To wybaczenie winy w przypadku zbrodniarza Rudolfa Hoessa dokonało się w sakramencie pojednania. Poprosił on bowiem przed śmiercią o spowiednika. Był nim jezuita ojciec Władysław Lhon.

Gdy w roku 1940 w obozie znaleźli się pierwsi Polacy, ojciec Władysław pośpieszył im z pomocą duchową i materialną. Nie miał pozwolenia na wejście do obozu. Dostał się tam przez ogrodzenie z kolczastego drutu. Został jednak szybko schwytany i przedstawiony komendantowi Hoessowi. Wyrok był przesądzony: kara śmierci. Hoess docenił jednak odwagę jezuity. Darował mu życie i zapamiętał jego nazwisko. 10 kwietnia 1947 roku, z wadowickiego więzienia posłano samochód do sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, gdzie były prowincjał jezuitów ojciec Władysław pełnił obowiązki kapelana. Po wielogodzinnej rozmowie z ojcem Władysławem Hoess złożył katolickie wyznanie wiary i wyspowiadał się. Następnego dnia o. Lohn udzielił Hoessowi Komunii świętej. Obecny przy tym kościelny Karol Leń opowiadał, że Hoess, przyjmując Komunię, ukląkł na środku celi i płakał.

W przeddzień uroczystości Wniebowzięcia NMP 1941 r. w celi głodowej obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu został dobity zastrzykiem fenolu wielki czciciel Maryi, franciszkanin, ojciec Maksymilian Kolbe. Zgodził się na śmierć głodową w zastępstwie współwięźnia. Umierał w celi głodowej dwa tygodnie. Bruno Borowiec, tłumacz Bloku śmierci w Auschwitz wspomina: „W bunkrze znajdował się o. Kolbe do naga rozebrany i czekał na śmierć głodową. Zaduch był straszny, posadzka cementowa, tylko wiadro na potrzeby naturalne. Ojciec Kolbe nigdy nie narzekał. Głośno się modlił tak, że i jego współtowarzysze mogli go słyszeć i razem z nim się modlić. Z celi, w której znajdowali się ci biedacy, słyszano codziennie głośne odprawianie modlitw, różańca i śpiewy, do których przyłączali się też więźniowie z sąsiednich cel. Współwięźniowie narzekali i w rozpaczy krzyczeli i przeklinali. Po jego słowach uspokajali się”. Św. Jan Paweł II kanonizował ojca Maksymiliana 10 października 1982 r. i ogłosił go Męczennikiem z miłości.

Karmelita bosy, ojciec Władysław Kluz w książce „47 lat życia” dokonał ciekawego zestawienia życia ojca Maksymiliana Kolbego i  Rudolfa Hessa. Obydwaj żyli po 47 lat życia. Obydwaj urodzili się i wychowywali w rodzinach katolickich. Obydwaj byli ministrantami. Maksymilian Kolbe wstąpił do zakonu, służąc Bogu i bliźniemu do ostatniej chwili swego życia. Na tej drodze osiągnął chwałę świętych. Rudolf Hess wybrał ideologią nazistowską, która uczyniła go jednym z największych zbrodniarzy świata. Kanonizacja ojca Maksymiliana daje nam pewność, że cieszy się chwałą nieba. Skrucha Rudolfa Hoessa i szczera spowiedź daje nam także pewność wiary, że on też odziedziczy nagrodę nieba. W naszej ludzkiej logice trudno pogodzić się z tą prawdą. Jeden całe życie ofiarnie służył Bogu i ludziom, a drugi pod koniec swego zbrodniczego życia zwrócił się do Boga i obaj mają otrzymać taką samą nagrodę. Tę trudną prawdę możemy ogarnąć jeśli spojrzymy na nią przez pryzmat Bożej logiki, o której prorok Izajasz w pierwszym czytaniu na dzisiejszą niedzielę pisze: „Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami, mówi Pan. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje nad waszymi drogami i myśli moje nad myślami waszymi”.

A jakie są to myśli i drogi boże mówi nam Chrystus w przypowieści o gospodarzu i najemnych robotnikach. Jest to logika Królestwa niebieskiego. Chrystus mówi: „Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy”. Wyszedł z rana i umówił się robotnikami o denara. Później wychodził jeszcze o godz. trzeciej, szóstej, dziewiątej i jedenastej, posyłając robotników do swojej winnicy. Pod wieczór zawołał wszystkich i zaczął wypłatę od tych ostatnich, dając im po denarze. Pierwsi myśleli, że otrzymają więcej. To takie logiczne: pracowali więcej, to i otrzymają więcej. A gospodarz wypłacił pierwszym także po denarze. Zaczęli zatem szemrać przeciw gospodarzowi, na co on odpowiedział: „Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry”. Po czym Chrystus dodał: „Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi”. Byli pierwsi, a znaleźli się na końcu. Zgubiła ich zawiść, zazdrość. To nie jest bajka dla grzecznych dzieci, to jest opowieść o naszej wspólnocie, gdzie nie brakuje zazdrośników i zawistników. O przezwyciężaniu tej obrzydliwej cechy św. Paweł w liści do Filipian pisze: „Z dwóch stron doznaję nalegania: pragnę odejść i być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze, a pozostawać w ciele to bardziej dla was konieczne. Tylko sprawujcie się w sposób godny Ewangelii Chrystusowej” (Kurier Plus, 2017).

 

OSTATNIE MIEJSCE DLA ZAZDROŚNIKA

W eseju The Christian Century Rabin Shai Held pisze, że nasze praktyki religijne są często zawężane do jednej sfery naszego życia. W efekcie mówimy Bogu: „Będziemy oddawać Ci cześć, ale Ty pilnuj swoich spraw. Twoim miejscem jest kościół, synagoga lub meczet. Nie ma miejsca dla Ciebie, gdy chodzi o miejsca pracy, czy polityczne wybory. Jesteś Bogiem religii, a nie polityki czy ekonomii”. Rabin Held dodaje: „A Bóg się śmieje. Jeśli chcesz oddawać mi czcić, mówi Bóg, musisz nauczyć się dbać o to, na czym mi zależy i na kim mi zależy. Biblia ciągle przypomina nam, że Bóg troszczy się o wdowę, sierotę, biednego i uciskanego. I jeśli dla nas ci ludzie nie mają większego znaczenia, to wtedy i Bóg nie ma dla nas znaczenia”. Po prostu nasza wiara w Boga jest fałszywa, niezależnie od naszego stroju oraz mnożonych modlitw i nabożeństw. Tak często myślimy po ludzku, zapominając, że Bóg ma też coś do powiedzenia. Mówi o tym prorok Izajasz w pierwszym czytaniu: „Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – mówi Pan. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje – nad waszymi drogami i myśli moje – nad myślami waszymi”.

Dzisiejsza Ewangelia mówi także o tym jak odmienne może być nasze myślenie od myślenia Bożego. Jeśli zazdrość zdominuje ludzkie myślenie, to wtedy traci ono wszelki związek z bożym myśleniem. We Ewangelii na dzisiejszą niedzielę Chrystus ostrzega nas przed grzechem zazdrości. Jeden z właścicieli winnicy aż pięciokrotnie wychodził na rynek, aby nająć robotników do pracy przy winobraniu. Chociaż robotnicy ci przystąpili do pracy w różnym czasie, to wieczorem, przy wypłacie, otrzymali tyle samo jak ci, którzy pracowali od rana. Poranni pracownicy kierowani zazdrością mieli za złe gospodarzowi, że otrzymali taką samą zapłatę jak ci, którzy pracowali bardzo krótko. Gospodarz im odpowiedział: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czyż nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje, i odejdź. Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” Chrystus tymi słowami podsumowuje przypowieść: „Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi”. Ostatni będą pierwszymi, nie dlatego, że pracowali krótko, ale dlatego, że tych pierwszych zazdrość strąciła na ostatnie miejsce.

Zazdrość przybiera różne oblicza. Zazdrośnik smuci się, gdy bliźniemu się powodzi, a raduje się jego nieszczęściem. Ktoś kupił za atrakcyjną cenę mieszkanie, dobry samochód, inny wygrał konkurs i otrzymał lepszą posadę, jeszcze ktoś inny napisał dobra książkę i zdobył sławę itd. Zazdrośnik stoi z boku, na pozór nie zainteresowany, ale w środku aż go skręca, nie może na to patrzeć, bo go bolą oczy i kłuje serce. Jedyną radością zazdrośnika w tej sytuacji, jest nadzieja, że bliźniemu podwinie się noga, w czym bardzo chętnie by pomógł. Takie obrazki z życia dzieją się każdego dnia, wystarczy tylko trochę rozejrzeć się wokół siebie, by dostrzec złość, wrogość, nienawiść. Teologia moralna naucza, że zazdrość jest jednym z grzechów głównych, ponieważ rodzi inne grzechy. Zazdrośnik pragnie zła dla innych, a dla siebie pożąda cudzego dobra. Źródłem zazdrości jest stawianie siebie w centrum, niezdolność pragnienia dobra dla innych, niezdolność miłowania.

Innym wiodącym tematem dzisiejszej Ewangelii jest wdzięczność. Bóg jest hojny w swoje miłosierdzie. Jest hojny jak gospodarz winnicy. Bóg nie kieruje się tylko sprawiedliwością w czynieniu dobra, ale miłością i miłosierdziem. Według ludzkiej sprawiedliwości ci co pracowali krócej powinni otrzymać mniej, a otrzymali tyle samo, bo sprawiedliwość została dopełniona miłosierdziem. Wdzięczność jest postawą znacznie trudniejszą do przyjęcia. Wymaga nieraz całkowitej zmiany naszego spojrzenia na nasze życie i świat. W książce The Lord Is My Shepherd: Healing Wisdom of the Twenty-Third Psalm, Harold S. Kushner snuje refleksje nad wdzięcznością w naszym życiu. Pisze między innymi: „Czytałem o mężczyźnie, który miał zwyczaj pisania słowa dziękuję w lewym dolnym rogu każdego wypisanego przez siebie czeku. Kiedy płacił rachunek za prąd lub telefon, pisał dziękuję, aby wyrazić wdzięczność firmom, które udostępniły mu te usługi za naciśnięciem jednego przycisku. Nawet kiedy płacił podatki, pisał na czeku dziękuję, aby przypomnieć sobie, że jego podatki są ceną, którą chętnie płacił za życie w Stanach Zjednoczonych. ze wszystkimi jego zaletami…”

„Wieczorem przed pójściem do łóźka biorę krople do oczu, które powstrzymują groźbę jaskry, która pozbawiłaby mnie wzroku i odebrała mi przyjemność z czytania. Każdego ranka przy śniadaniu biorę pigułki na kontrolę ciśnienia krwi, a wieczorem przy kolacji biorę pigułki na obniżenie poziomu złego cholesterolu. Ale zamiast narzekać i lamentować nad dolegliwościami, które pojawiają się wraz z wiekiem, zamiast żałować, że już nie jestem tak młody i sprawny jak kiedyś, biorę lekarstwo i zanoszę do Boga modlitwę wdzięczności za to, że współczesna nauka znalazła sposoby, aby pomóc mi w zmaganiu się z moimi dolegliwościami. Myślę o wszystkich moich przodkach, którzy odeszli do wieczności w dość młodym wieku, bo nie mieli do dyspozycji takich leków jakie ja mam teraz, dzięki którym żyję”.

Jeszcze jeden przykład wdzięczności z własnego podwórka. W sobotę, 12 września 2020 roku miała miejsce w mojej parafii uroczystość I Komunii św. Był to wspaniały dzień dla tych dzieci. Z mojej I Komunii pamiętam oprócz podniosłej atmosfery w kościele maślaną bułeczkę i kubek kakao serwowane w sali kościelnej. To było całe przyjęcie pierwszokomunijne. Ale jak ta bułeczka i to kakao smakowały. Do dziś to pamiętam. Do kościoła miałem cztery kilometry polnej drogi, a przed przyjęciem komunii św. nie wolno było spożywać żadnych pokarmów. Bułeczka i kakao były nieodzowne, aby „pierwszokomunista” na własnych nogach wrócił do domu.

Później uczestniczyłem w wielu pierwszych komuniach dzieci, które przygotowywałem do tego ważnego dnia. Na ostatniej I Pierwszej Komunii byłem niesamowicie zaskoczony, a sprawcą tego wszystkiego była Milena. Namalowała piękny obrazek z afrykańskimi dziećmi i podpisała: „Nie przejmuj się, Jezus jest z Tobą”. Do tego obrazka dołączyła 100 dolarów dla biednych dzieci w Afryce. Czyż to nie piękne? Bardzo często dzieci myślą o prezentach jakie otrzymają z tej okazji, a Milena pomyślała także o swoich rówieśnikach w Afryce i w duch wdzięczności podzieliła się swoimi prezentami. Milena ze swoją mamą niejeden raz włączała się w działalność charytatywną Wspólnoty Dobrego Samarytanina, która jak widzimy jest dobrą szkołą wdzięczności Bogu i bliźnim.

Ostatecznie, przypowieść o robotnikach w winnicy jest przypowieścią o Królestwie Bożym, które jest największym darem dla człowieka. W duchu wdzięczności za ten dar winniśmy otworzyć się w duchu miłości na bliźniego. Jeśli tę miłość zniszczymy zazdrością wtedy spełnią się słowa Chrystusa: „Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi” (Kurier Plus, 2020).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *