2 Paź

27 niedziela zwykła Rok A

 

CIERPKIE OWOCE. 

Jezus powiedział do arcykapłanów i starszych ludu: “Posłuchajcie innej przypowieści. Był pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej prasę, zbudował wieżę, w końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał. Gdy nadszedł czas zbiorów, posłał swoje sługi do rolników, by odebrali plon jemu należny. Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego kamieniami obrzucili. Wtedy posłał inne sługi, więcej niż za pierwszym razem, lecz i z nimi tak samo postąpili.W końcu posłał do nich swego syna, tak sobie myśląc: »Uszanują mojego syna”. Lecz rolnicy, zobaczywszy syna, mówili do siebie: »To jest dziedzic; chodźcie, zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo«.Chwyciwszy go, wyrzucili z winnicy i zabili. Kiedy więc właściciel winnicy przyjdzie, co uczyni z owymi rolnikami? ”Rzekli Mu: „Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom, takim, którzy mu będą oddawali plon we właściwej porze”. Jezus im rzekł: „Czy nigdy nie czytaliście w Piśmie: »Właśnie ten kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił i jest cudem w naszych oczach«. Dlatego powiadam wam: Królestwo Boże będzie wam za brane, a dane narodowi, który wyda jego owoce” (Mt 21,33–43).

Zygmunt i Teresa od kilku lat są na emeryturze, żyją skromnie, gdyż nie zdążyli odłożyć za wiele pieniędzy na starsze lata. Całe swoje życie poświecili trójce dzieci, do których mają dzisiaj cichy żal. Teresa mówi, dlaczego; „Wszystko robiliśmy dla swoich dzieci. Chcieliśmy, aby niczego im nie brakowało. Z myślą o nich kupiliśmy dom. Mąż podjął się dodatkowej pracy, aby spłacić zaciągnięte pożyczki. Był to dla nas trudny czas, ale dzieciom nie brakowało niczego. Wiele nocy nie przespałam z ich powodu. Często chorowały, ale dzięki Bogu wyrosły z tego. Widziałam jak nasi sąsiedzi wychodzili na zabawy, koncerty, wyjeżdżali na zagraniczne wakacje. My nie mogliśmy sobie na to pozwolić. Wyrzekaliśmy się tego w imię dobra naszych dzieci. Posłaliśmy je do dobrych szkół. Nigdy im nie brakowało pieniędzy na książki, czy inne wydatki związane ze szkołą. Zawsze były dobrze ubrane. Przekazaliśmy im wiele pozytywnych wartości. Uczyliśmy ich prawd wiary nie tylko słowem, ale także przykładem życia. I proszę zobaczyć jak oni nam się odpłacili. Mówi się, że dobry przykład rodziców ma wpływ na ich dzieci. Na pewno tak jest, ale nie w naszym wypadku.

Anna (najstarsza córka) porzuciła uniwersytet i zaczęła robić interes w branży gastronomicznej. Pracuje bardzo ciężko, wszystko idzie jej bardzo dobrze. Ale pieniądze przysłoniły jej wszystko, nawet nas, stały się dla niej bogiem. Czasami posyła nam kilka butelek alkoholu z racji świąt Bożego Narodzenia, ale my zamiast tych butelek wolelibyśmy, żeby nas odwiedziła i posiedziała z nami, choć chwilę.

Andrzej ma trójkę dzieci, wyglądało, że jest szczęśliwy w małżeństwie. Niespodziewanie jednak upuścił żonę i dzieci i zamieszkał z młodą dziewczyną. Od tego czasu ani razu nas nie odwiedził.

Paweł, najmłodszy nasz syn porzucił pracę, unika spotkania z nami. Znalazł podobnych sobie pijaków, z którymi dzieli swój czas. Można go spotkać w knajpach, albo pod sklepem, gdzie pije z nimi piwo. Nieraz śpi na chodniku, pod mostem albo w klatce schodowej. Żal patrzeć jak alkohol niszczy nasze najmłodsze dziecko. Żadne z nich nie chodzi do kościoła. Co mogliśmy zrobić dla nich więcej? Czy zasłużyliśmy na to?”

Podobne pytanie w imieniu Boga zadaje prorok Izajasz, gdy mówi w przypowieści o relacjach Narodu Wybranego do Boga. Bóg jest gospodarzem winnicy, Naród Wybrany jest winnicą, którą Bóg uprawia. Tak wiele czyni Bóg dla tego Narodu, on jednak rodzi cierpkie owoce zła. Bóg przez proroka Izajasza kieruje te słowa do swego Narodu: „Teraz, więc, o mieszkańcy Jeruzalem i mężowie z Judy rozsądźcie, proszę, między mną a między winnicą moją. Co miałem uczynić winnicy mojej, a nie uczyniłem w niej? Czemu, gdy czekałem, by winogrona wydała, ona cierpkie dała jagody? Więc dobrze! Pokażę wam, co uczynię winnicy mojej; Rozbiorę jej żywopłot, by ją rozgrabiono; rozwalę jej ogrodzenie, by ja stratowano. Zamienię ją w pustynię, nie będzie przycinana, ni plewiona, tak, iż wzejdą osty i ciernie”.

Ewangeliczna przypowieść o winnicy jest kontynuacją opowieści proroka Izajasza. Z tym, że Jezus w przypowieści zwraca uwagę na tych, którzy mieli prowadzić Naród Wybrany – Winnicę Pana drogą dobrego owocowania. Bóg posyła do swego Narodu proroków, aby go zawrócić z drogi zła, lecz ten Naród często był głuchy na wołanie proroków, co więcej, prześladował ich i zabijał. W końcu Bóg posyłał swego Syna, ale i Jego nie uszanowali. Odrzucili Go i skazali na śmierć krzyżową. Odrzucili Boga, który przychodzi w Jezusie Chrystusie. Jezus, zatem pyta słuchaczy, co uczyni gospodarz z niewdzięcznymi dzierżawcami. Oni odpowiadają: „Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom”. Jezus na zadane wcześniej pytanie odpowiada nie tak drastycznie jak sami słuchacze. „Ten kamień, którzy odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Dlatego powiadam wam; Królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce”. Słowa Jezusa, w pierwszym rzędzie skierowane są do faryzeuszy i przywódców religijnych ludu. Bo to oni byli najczęściej głusi na głos proroków, a później głos Jezusa, a przecież to oni mieli prowadzić Naród Wybrany drogą prawdy bożej na spotkanie z Bogiem i jego Synem.

Przypowieść o winnicy jest nie mniej aktualna dziś, niż 2000 lat temu. Jesteśmy Ludem Bożym zgromadzonym wokół Jezusa Chrystusa, jesteśmy Jego winnicą. Chrystus przychodzi do każdego z nas z mocą, której przyjęcie owocuje dobrem. Ta moc ukryta jest w Jego słowie, przykazaniach, sakramentach, liturgii Kościoła. Jakże często jesteśmy zamknięci na tę moc, i zamiast dobra wydajemy „cierpkie owoce” zła. Ale nawet wtedy Bóg, w swoim wielkim miłosierdziu nie rezygnuje z nas. Upomina i daje nam szansę nawrócenia. Mimo jednak wszechmocy, Bóg ograniczony jest ludzką wolną wolą, człowiek może powiedzieć Bogu „nie”, zostawiając Boga jak gdyby z bezradnym pytaniem: „Cóż więcej mogłem zrobić dla swego dziecka, a nie zrobiłem?”

Dzisiaj wielu podkreśla wielkie miłosierdzie Boże, zapominając przy tym o bożej sprawiedliwości. Bóg szanuje ludzką wolę i daje mu możliwość wyboru. Człowiek może wybrać Boga lub Go odrzucić. Miłosierdzie boże wychodzi naprzeciw człowieka, może on jednak to miłosierdzie odrzucać całe życie i wtedy zostaje tylko sprawiedliwość boża (z książki Ku wolności).

 

JAKIM JESTEŚ DZIERŻAWCĄ?

Przyjaciel mój miał winnicę na żyznym pagórku.  Otóż okopał ją i oczyścił z kamieni, i zasadził w niej szlachetną winorośl; pośrodku niej zbudował wieżę, także i kadź w niej wykuł. I spodziewał się, że wyda winogrona, lecz ona cierpkie wydała jagody. „Co jeszcze miałem uczynić winnicy mojej, a nie uczyniłem w niej?  Czemu, gdy czekałem, by winogrona wydała, ona cierpkie dała jagody?  Więc dobrze! Pokażę wam, co uczynię winnicy mojej: Rozbiorę jej żywopłot, by ją rozgrabiono; rozwalę jej ogrodzenie, by ją stratowano. Zamienię ją w pustynię, nie będzie przycinana ni plewiona, tak iż wzejdą osty i ciernie. Chmurom zakażę spuszczać na nią deszcz” (Iz 5,2,4–6).

Indiańska legenda opowiada o wodzu, który na łożu śmierci przywołał swoich trzech synów, mówiąc do nich: „Drodzy synowie, moje życie dobiega końca. Wkrótce jeden z was przejmie po mnie władzę. Wcześniej jednak chciałbym, abyście weszli na świętą górę naszych przodków i przynieśli stamtąd coś pięknego i cennego. Ten z was, który przyniesie najcenniejszą rzecz zostanie wodzem”. Synowie wyruszyli w drogę na świętą górę, aby spełnić życzenie ojca. Po kilku dniach stanęli ponownie przed ojcem. Pierwszy z nich przyniósł bardzo rzadki, nadzwyczaj piękny kwiat. Drugi przekazał ojcu drogocenny szlachetny kamień. Trzeci zaś powiedział do ojca: „Ojcze, nic nie przyniosłem. Gdy stałem na szczycie świętej góry zobaczyłem po drugiej stronie jeziora bujne zielone pastwiska, rzekę o krystalicznej wodzie i wiele bizonów. Pomyślałem, że ludzie naszego plemienia mogliby się tam osiedlić i prowadzić bardziej dostatnie i lepsze życie. Byłem tak pochłonięty tym widokiem i wizją przeprowadzki naszego plemienia na to miejsca, że nie zdążyłem znaleźć czegoś cennego”. Wódz uśmiechnął się i powiedział: „Drogi synu, ty będziesz wodzem naszego plemienia, bo przyniosłeś najcenniejszą rzecz, przyniosłeś wizję lepszego i piękniejszego życia dla swoich współbraci”.

Pouczająca legenda wskazuje na cechy osobowości, jakimi powinni odznaczać się ludzie sięgający po władzę. Winni oni stawiać na pierwszym miejscu dobro ludzi, którym chcą przewodzić, a nie własne korzyści, czy własne wyniesienie. Muszą mieć także wizję jak to wspólne dobro zrealizować. Pierwsi dwaj synowie nie myśleli o swoich poddanych, ale tylko jak zdobyć władzę. Ta refleksja zrodziła się perspektywie zbliżających się wyborów w Polsce. Ale nie o wyborach chcę pisać. Przez pryzmat powyższej legendy chcę spojrzeć na czytania mszalne z dzisiejszej niedzieli, które mówią o Bogu, który darował nam piękną winnicę. W pierwszym czytaniu zacytowanym na wstępie prorok Izajasz w sposób poetycki i obrazowy mówi o przyjacielu, który zasadził winnicę na żyznym wzgórku. Z wielką troskliwością pielęgnował ją. Zrobił wszystko, co było potrzebne, aby winnica zaowocowała soczystymi i smacznymi winogronami. Prorok wyjaśnia, kto kryje się pod poetyckim obrazem winnicy: „Otóż winnicą Pana Zastępów jest dom Izraela, a ludzie z Judy szczepem Jego wybranym”. Bóg jak ten roztropny syn w zacytowanej na wstępie legendzie pragnie nam dać i daje wizję lepszego i piękniejszego życia, realizującego się w pełni w sferze życia duchowego i wiecznego.

Bóg jak właściciel winnicy troszczy się o naród wybrany, swoją winnicę. Obiecał mu ziemię „mlekiem i miodem płynącą”, a później doprowadził do tej ziemi. Jednak to materialne miejsce na ziemi nie było najważniejsze w bożej trosce. To był chwilowy przystanek w drodze do ojczyzny niebieskiej, do domu Ojca. Aby posiąść tę rzeczywistość człowiek winien wydać właściwy, duchowy owoc. Bóg zadbał, aby naród wybrany miał wszystko, co jest potrzebne do takiego owocowania. Objawił mu Siebie i swoje prawa, które wyznaczają drogę owocnego życia. A gdy naród wybrany zapominał o tym, Bóg posyłał z upomnieniem swoich proroków, a gdy i to nie skutkowało dopuszczał kary ku upamiętaniu grzeszących. A najważniejsze było to, że Bóg dawał im poczucie swojej obecności. Zostawił także materialne znaki tej obecności. Do najważniejszych należały tablice bożych przykazań, arka przymierza, świątynia jerozolimska, bogata w swej wymowie liturgia świętowania obecności Boga. A zatem otrzymali wszystko, co potrzebne, aby wydać słodkie owoce wieczności, a jednak, jak mówi prorok Izajasz wielu z nich wydało cierpkie owoce. Zmarnowana łaska owocowania nie ujdzie kary. Prorok w poetycki sposób tak mówi o niej: „Rozbiorę jej żywopłot, by ją rozgrabiono; zniszczę jej ogrodzenie, by ją stratowano. Zamienię ją w pustynię, nie będzie przycinana ni plewiona, tak iż wzejdą osty i ciernie. Chmurom zakażę spuszczać na nią deszcz”. Ta przypowieść ma także wymiar bardzo osobisty. Jesteśmy winnicą, którą Bóg otoczył swoją miłością. Obdarzył nas wystarczającymi łaskami, abyśmy wydali słodki owoc zbawienia. A jakże często człowiek wydaje cierpkie owoce potępienia.

Przypowieść Chrystusa o przewrotnych dzierżawcach z dzisiejszej Ewangelii bardzo wyraźnie nawiązuję do Izajaszowej pieśni o winnicy. Gospodarz założył winnicę. Wyposażył ją we wszystko, co jest potrzebne do owocowania, oddał winnicę dzierżawcom i wyjechał. Gdy przyszedł czas owocowania, posłał swoje sługi, aby odebrali należny plon. „Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego kamieniami obrzucili”. Wtedy gospodarz posłał więcej sług. Z nimi także rolnicy postąpili podobnie. W końcu posłał swojego syna. A oni wyrzucili go z winnicy i zabili. Jest to wyraźne nawiązanie do misji Chrystusa, którego Ojciec posłał, aby nas zbawić.  Chrystus zapytał słuchaczy, co gospodarz zrobi z rolnikami, a ci odpowiedzieli: „Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom, takim, którzy mu będą oddawali plon we właściwej porze”. A wtedy Chrystus ten poetycki obraz sprowadza do realnej rzeczywistości duchowej, nadprzyrodzonej: „Dlatego powiadam wam: Królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce”. Realizację Królestwa Bożego Chrystus powierzył Kościołowi, jako nowemu ludowi bożemu. Pierwszymi członkami tej wspólnoty byli przedstawiciele narodu wybranego, którzy uwierzyli Mesjaszowi. Chrystus wyposażył tę wspólnotę w niezbędne środki, abyśmy wydawali owoce zbawienia. Najważniejsza jest obecność Chrystusa w tej wspólnocie, szczególnie w znakach sakramentalnych.

Bóg posyła do nas swoich posłańców, aby odebrać od nas należny plon dobrych uczynków. Przychodzi do nas także z upomnieniem. Jednak człowiek obdarowany przez Boga wolną wolą może zignorować boże upomnienie. Jednak, gdy minie czas owocowania, lekceważący boże upomnienia mogą usłyszeć słowa Chrystusa: „Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom”. Można przytoczyć wiele przykładów ludzi, którzy nie chcą słuchać bożych upomnień, co więcej chcą ten głos zagłuszyć. Nie tak dawno felietonistka „Gazety Wyborczej” i profesor Uniwersytetu Warszawskiego Magdalena Środa powiedziała dla „Super Expressu”, że też ma ochotę podrzeć Biblię. Tą wypowiedzią nawiązała do polskich pseudoartystów, którzy brak talentu nadrabiają skandalami, jak darcie na scenie Biblii, znieważanie krzyża. Można zrozumieć zachowanie niedouczonych artystów, ale pani profesor… Biblia jest najważniejszą księgą świata. Wartości biblijne stanowią fundament cywilizacji zachodniej.  Jednak nie są oni pierwszymi i ani ostatnimi, którzy chcą zamienić Biblię na swoje książeczki. Jeszcze dzisiaj w Pekinie na placu Tiananmen można kupić czerwoną książeczkę Mao. W imię „biblii” chińskich komunistów burzano klasztory buddyjskie, prześladowano chrześcijan, wymordowano tysiące ludzi, w tym kilka tysięcy studentów na placu Tiananmen. Jeszcze wcześniej Hitler napisał „biblię” dla niemieckich nazistów „Mein Kampf”. Jak wyglądał świat urządzony według tej „biblii” wszyscy wiemy. A jeszcze wcześniej, odrzucając Biblię komuniści zastąpili ją Manifestem komunistycznym Marksa. Też dobrze znamy komunistyczny świat gułagów.

Widzimy, że odrzucenie wysłańców bożych niezbyt dobrze kończy się dla człowieka.  Może jest to kara za odrzucenie Boga, którą zapowiada prorok Izajasz i Chrystus? Jeśli tak, to jest to tylko namiastka kary, bo Biblia mówi o karze wiecznej (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

MIŁOŚĆ OFIARNA

Bracia: O nic się zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem. A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie. W końcu, bracia, wszystko, co jest prawdziwe, co godne, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co zasługuje na uznanie: jeśli jest jakąś cnotą i czynem chwalebnym, to miejcie na myśli. Czyńcie to, czego się nauczyliście, co przejęliście, co usłyszę liście i co zobaczyliście u mnie, a Bóg pokoju będzie z wami (Flp 4,6–9).

Most Melrose Bridge jest jednym z pierwszych na rzece Niagara, który połączył Stany Zjednoczone z Kanadą. Krąży ciekawa opowieść o początkach budowy tego mostu. A mianowicie użyto latawca, aby połączyć dwa brzegi. Latawiec przeleciał przez rzekę na kanadyjską stronę. Następnie do sznurka od latawca przywiązano mocniejszy sznur i przeciągnięto go na drugą stronę, z kolei do tego sznura przymocowano stalową linę za pomocą, której transportowano elementy potrzebne do budowy mostu. Dzięki temu mieszkańcy, żyjący na przeciwległych brzegach rzeki bez problemu mogą się komunikować ze sobą.

Chrystus nauczając o Królestwie Bożym bardzo często odwołuje się do różnego rodzaju przypowieści. Te przypowieści były ważne dla słuchaczy Chrystusa, którzy często byli ludźmi prostymi, nie znającymi pisma. Przypowieści trafiały do ich wyobraźni, pozwalając pełniej zrozumieć prawdy ewangeliczne. Również dla człowieka współczesnego przypowieści są ważne w przepowiadaniu Ewangelii, dlatego że prawd wiary, nieskończoności Boga nie da się w pełni wyrazić językiem opisującym rzeczywistość materialną.

Przypowieści można porównać do latawca, które jak gdyby przenosi nas na drugi brzeg rzeczywistości Bożej. Jest to dobry początek, aby coraz bardziej świadomie zagłębiać i poznawać świat nadprzyrodzony. Latawiec, to najczęściej zabawka dla dzieci. Dla nich też przypowieści ewangeliczne brzmią jak piękne bajki. Ale te piękne „bajki” pomagają im poznać, jak najbardziej realną rzeczywistość Boga. Taką też rolę mają odgrywać przypowieści dla nas dorosłych.

Czytania biblijne z dzisiejszej niedzieli zawierają aż dwie przypowieści o Królestwie Bożym. W przypowieści o dzierżawcach winnicy Chrystus nawiązuje do wcześnie opowiedzianej przypowieści przez proroka Izajasza. „Chcę zaśpiewać mojemu przyjacielowi pieśń o jego miłości ku swojej winnicy. Przyjaciel mój miał winnicę na żyznym pagórku. Otóż okopał ją i oczyścił z kamieni, i zasadził na niej szlachetną winorośl; w pośrodku niej zbudował wieżę, także i kadź w niej wykuł. I spodziewał się, że wyda winogrona, lecz ona cierpkie wydała owoce. Teraz, więc, o mieszkańcy Jeruzalem i mężowie z Judei rozsądźcie, proszę, między mną a winnicą moją. Co miałem uczynić mojej winnicy, a nie uczyniłem w niej? Czemu, gdy czekałem, by winogrona wydała, ona cierpkie dała jagody? Więc dobrze! Pokażę wam, co uczynię winnicy mojej: Rozbiorę jej żywopłot, by ją rozgrabiono, rozwalę jej ogrodzenie, by ją stratowano. Zamienię ją w pustynię, nie będzie przycinana ni plewiona, tak iż wzejdą osty  ciernie” (Iż.5,1-5).

Izajasz, w imieniu Boga mówi do swoich rodaków, którzy mieli świadomość, że Bóg dał im szczególną misję do spełnienia. Obdarzył ich szczególnym łaskami potrzebnym do jej spełnienia. A jednak wielu sprzeniewierzyło się Bogu. Nie wydawali owocu, jakiego się Bóg po nich spodziewał. Dlatego Bóg mówi o karze, jak spadnie na winnicę wydającą cierpkie owoce. Karę tę trzeba odczytywać w wymiarze bardziej indywidualnym niż zbiorowym. Każdy jest „wybraną winnicą bożą”. I każdego indywidualnie Bóg zapyta o owoc. Do tych, którzy wydawali „cierpkie owoce” Bóg posyła z upomnieniem proroków. Do nich należy Izajasz. Misja prorocka nie była łatwa, tak nie jest łatwe upominanie, szczególnie władzy, zarówno tej cywilnej, jak i duchownej. Nie jeden raz, prorocy z tego powodu cierpieli prześladowanie.

Mówi o tym Chrystus w przypowieści zacytowanej na wstępie. Gospodarz wysyła swoje sługi, aby odebrali plon jemu należny. A oni znieważają ich i przepędzają. Nie myślą o oddaniu gospodarzowi tego, do czego ma prawo. Co więcej, zabijają syna gospodarza, gdy ten w imieniu ojca przybywa, aby odebrać plon jemu należny. Sądzą, że tym sposobem posiądą winnicę. Jednak srogo się mylą, bo gospodarz „Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom”. Sługami są prorocy, a synem jest Jezus Chrystus. Chociaż Chrystus mówił do Żydów, to jednak nie można wymowy tej przypowieści zawęzić tylko do tej nacji.

Jeden z uczniów z wielkim przejęciem wysłuchał Ewangelii o męce Chrystusa, poczym zadał pytanie:

-Mamusiu, dlaczego oni ukrzyżowali Pana Jezusa? Dlaczego to zrobili?

-Kto?

-Żydzi

-Żydzi Go ukrzyżowali?

-Tak, właśnie Żydzi.

-Nie wiem synku, dlaczego. Ale myślę, że gdyby się urodził nie wśród Żydów, to zbiliby Go nie Żydzi (W drodze1975).

Dlaczego? Bo człowiek ma swoją wizję Boga, której broni nieraz z pominięciem Boga, jak to czynili faryzeusze, albo też człowiek zawęża swoją egzystencję do wymiaru tylko materialnego i w tym wymiarze chce budować swoje szczęście z pominięciem Boga i Jego przykazań.  Świetną ilustracją w tym względzie jest jedna z bajek greckiego bajkopisarza Ezopa. Otóż człowiek przekonywał lwa, że jest od niego fizycznie mocniejszy. Lew  jednak nie dawał się przekonać. Uważał, że jako król zwierząt jest także silniejszy od człowieka. Człowiek wziął zatem lwa do parku i pokazał mu granitowy pomnik, przedstawiający postać muskularnego mężczyzny, który powalił na ziemię lwa i rękami rozrywał jego paszczę. Lew z politowaniem spojrzał na posąg a później na człowieka i powiedział: „To są tylko twoje złudne wyobrażenia”. Człowiek współczesny też ma swoje złudne wyrażenia o sobie i o swoim szczęściu. Co jakiś czas ludzkość przerabia lekcje budowania raju na ziemi z pominięciem bożej perspektywy. Komunistyczny raj stał się już przysłowiem tych dążeń. Nie lepszy w tym względzie jest kapitalizm, który mami człowieka nieograniczoną konsumpcją, przyjemnościami bez żadnych ograniczeń.

Do tego świata Bóg posyła swoich proroków, którzy głoszą zbawienie człowieka przez miłość ofiarną, która w Chrystusie przybrała najdoskonalszy kształt  A świat często odrzuca tych wysłańców. Krzyżuje Syna Bożego przez podważanie przykazań bożych, wyśmiewanie świętości w dziełach pseudo artystycznych, szerzenie amoralności przez radio, prasę i telewizję. Przez to odrzuca kamień węgielny, którym jest Jezus Chrystus, a bez którego wcześniej, czy później nasza budowla runie (Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

JESTEŚ WINNICĄ BOŻĄ

Wraz z upływem lat idealizujemy obraz rodzinnych stron. Przybierają one nieraz kształt utraconego raju. Zapamiętujemy to, co najpiękniejsze i zachowujemy głęboko w sercu. Nawet to, co kiedyś wydawało się uciążliwe staje się pięknym wspomnieniem. Takie są moje wspomnienia dosyć uciążliwej pracy na roli, w którą rodzicie angażowali mnie od najmłodszych lat. Nie byłem tym zachwycony, wołałem biegać, bawić się. Mimo, że nie podchodziłem z entuzjazmem do tych prac, to jednak odczuwałem radość, gdy patrzyłem jak pszenica zasiana przez tatę, przy mojej „pomocy” pięknie wschodziła, bujnie rosła i w końcu owocowała pięknymi kłosami. Dla rodziców dorodne kłosy to radość owocowania ich trudu. Ale nieraz efekt pracy był marny, a to z różnych powodów. Ziarno źle wzeszło, marnie rosło, kłosy były chuderlawe. Jak tu się cieszyć? Tyle pracy a efekt tak mizerny.

Jednak zmartwienia tego typu są niczym w porównaniu z bólem rodziców, którzy dla swoich dzieci poświecili całe życie, a one, schodząc na złe drogi zaprzepaściły ten trud, poświęcenie. Poniższa historia jest tego przykładem. Marek i Maria mieli dwójkę dzieci, którym oddali całe swoje życie. Często powtarzali, że sami mieli trudne dzieciństwo, nie mieli szans zdobycia wykształcenia, dlatego zrobią wszystko, aby ich dzieciom było lżej. W miarę dorastania dzieci zwiększały się także potrzeby, dlatego Marek zdecydował się na wyjazd do Ameryki, skąd wysyłał rodzinie pieniądze. Dzięki temu ich dzieci mogły sobie pozwolić w Polsce na więcej niż ich rówieśnicy. Po kilku latach Marek wylosował zieloną kartę i ściągnął do Ameryki żonę z dziećmi. Tutaj skoncentrowali się na dzieciach jeszcze bardziej, chcieli je zabezpieczyć materialnie, zapewnić dobre wykształcenie. A to wiązało się z ciężką pracą od świtu do nocy. O rozrywkach, czy wyjazdach na wakacje nie było mowy. Nie żałowali jednak rodzicielskiego trudu. Mówili, że jest to inwestycja w dzieci. Córka skończyła studia, znalazła dobrą pracę. Inaczej było z synem. Pod koniec studiów wpadł w złe towarzystwo, sięgnął po narkotyki. Był w szpitalu na odwykówce, ale po wyjściu stamtąd znowu wrócił do dawnego stylu życia, aż w końcu trafił do więzienia. Zrozpaczona matka mówiła, że poświęciła dla niego całe życie i wszystko na nic. Jej troska i poświecenie zostały niejako zmarnowane. Możemy sobie wyobrazić cierpienie i zawód rodziców.

W Biblii znajdziemy wiele obrazów związanych z uprawą roli, które są przytaczane, jako ilustracje naszych relacji z Bogiem. Szczególną uprawą w Palestynie w czasach Jezusa była winnica. Dostarczając owoców i wina przyczyniała się do zamożności jej właściciela. Winorośl jest rośliną wymagającą szczególnej troski. Trzeba znaleźć odpowiednie miejsce z żyzną glebą, oczyścić z kamieni, ogrodzić i zasadzić szlachetne sadzonki, które później trzeba przycinać i pielęgnować. Dorodne i soczyste owoce były nagrodą za ten trud. Owocująca winnica była wdzięcznym tematem dla poetów. Śpiewano o niej pieśni. Jedną z nich wyśpiewuje w pierwszym czytaniu prorok Izajasz. Nadając jej alegoryczny sens pisze: „Chcę zaśpiewać memu przyjacielowi pieśń o jego miłości ku swojej winnicy”. Pisze on o swoim Przyjacielu, który miał winnicę na żyznym pagórku. Z wielkim poświęceniem i miłością troszczył się o nią. Winnica jednak wydała cierpkie owoce. Jest to pieśń o Bogu, który jak ten gospodarz troszczy się o naród wybrany, swoją winnicę. Dał mu w ziemię „mlekiem i miodem płynącą”, pouczył jak mają żyć, aby w Jego bliskości posiedli szczęście wieczne. Otrzymali wszystko, co potrzebne, aby wydać owoce godne synów bożych. Mimo to ten naród zdradzał swego Boga, dopuszczając się różnych nieprawości. Bóg posyłał proroków z upomnieniami, ale synowie narodu lekceważyli ich, prześladowali i zabijali. Prorok zadaje pytanie i na nie odpowiada, co Bóg zrobi ze swoją winnicą: „Rozbiorę jej żywopłot, by ją rozgrabiono; zniszczę jej ogrodzenie, by ją stratowano. Zamienię ją w pustynię, nie będzie przycinana ni plewiona, tak iż wzejdą osty i ciernie. Chmurom zakażę spuszczać na nią deszcz”.

Do tej pieśni nawiązuje Chrystus w ewangelicznej przypowieści o dzierżawcach winnicy. Gdy przyszedł czas zbierania plonów, gospodarz wysyłał swoje sługi, aby rozliczyć się z dzierżawcami. Ci jednak zostali obici i przepędzeni. W końcu gospodarz posłał swojego syna, myśląc, że go uszanują. Ale dzierżawcy zabili syna, uważając, że w ten sposób posiądą jego dziedzictwo. Jezus zapytał słuchaczy, co zrobi gospodarz z nieuczciwymi dzierżawcami. Słuchający odpowiedzieli: „Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom”. Chrystus nie kwestionuje tej odpowiedzi, tylko ją uzupełnia: „Dlatego powiadam wam: Królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce”. Jest to oczywista aluzja do narodu wybranego, który odrzucał proroków, który miał także udział w skazaniu na śmierć Syna Człowieczego. Jest to także, a może przede wszystkim pieśń i przypowieść o naszej osobistej relacji z Bogiem. Śpiewamy przecież w pieśni wielkopostnej: „To nie gwoździe Cię przybiły, lecz mój grzech”. A zatem każdy z nas jest winnicą bożą. Bóg obdarza nas niezliczonymi łaskami, abyśmy owocowali dobrem, życiem wiecznym. Z miłości do nas wydał swojego Syna na śmierć krzyżową. Posyła także do nas swoich „proroków” po owoc Jemu należny.

W drugim czytaniu św. Paweł przypomina nam, że pełne zaufanie Bogu gwarantuje dobry owoc: „O nic się zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem. A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie”. Możemy być spokojni o owoc naszego życia, gdy damy się poprowadzić Bogu. W Connections z września 2005 r. opublikowano przykład owocnego życia pielęgniarki, która jedną z sytuacji życiowych odebrała jako wezwanie boże. Podczas Drugiej Wojny Światowej, młoda angielska pielęgniarka spotkała w szpitalu umierającego na raka kelnera, polskiego emigranta, który nie miał rodziny ani przyjaciół. Zrodziła się między nimi miłość, która była jedyną pociechą umierającego. Opieka nad chorym była także źródłem radości dla pielęgniarki. Zauważyła wtedy, że życzliwa obecność przy chorym pomaga mu cicho i spokojnie przeżywać ostatnie dni. Przed śmiercią młody mężczyzna przekazał pielęgniarce cały swój majątek (500 funtów) z zagadkowym życzeniem, aby za te pieniądze kupiła okno do swego domu.

Przemyślenia w czasie opieki nad chorym wpłynęły na kształt całego życia młodej kobiety. Doszła do wniosku, że nawet wtedy, gdy nie ma nadziei wyleczenia chorego, to można dla niego bardzo wiele zrobić. Można złagodzić cierpienie fizyczne i co ważniejsze cierpienie duchowe. Gdy otoczymy chorych miłością i życzliwością, gdy pomożemy im umocnić wiarę, że ich życie ma wartość do ostatniego tchnienia, i że to życie ma kontynuację po śmierci, to wtedy pojawia się promyk nadziei, który niesie wewnętrzny pokój i nieraz przywraca uśmiech na twarzy. Aby przygotować się do nowej misji, pielęgniarka rozpoczęła studia medyczne, poświęcając wiele czasu na badania w dziedzinie uśmierzania bólu. Po obronie doktoratu podjęła pracę w klinice, kontynuując badania nad uśmierzaniem bólu i sposobami tworzenia wokół chorych atmosfery życzliwości i miłości. Dwadzieścia lat później zrealizowała swój życiowy projekt, otwierając w Londynie dla umierających na raka hospicjum św. Krzysztofa. Była to pierwsza tego typu placówka na świecie. Cicely Saunders, tak się nazywała owa pielęgniarka jest uważana za założycielkę ruchu, którego celem jest zakładanie hospicjów, gdzie opiekę medyczną łączy się z duchowym wsparciem umierających i ich rodzin.

Dr Saunders zmarła na raka 14 lipca 2005 roku właśnie w hospicjum św. Krzysztofa. Do ostatnich chwil życia była otoczona miłością i troskliwą opieką swoich wychowanków. Okno przy wejściu do hospicjum św. Krzysztofa jest poświęcone polskiemu kelnerowi, który zainspirował dr Saunders i przyczynił się do wydania tak pięknego owocu życia (z książki W poszukiwaniu mądrości).

 

ŚWIĘTY PIOTR Z WERONY

Jesteśmy dzierżawcami na bożej roli. Jest to dziwna dzierżawa. Wszystko otrzymujemy za nic, a zapłatą, jaką mamy uiścić za tę dzierżawę jest dobro, które całkowicie zatrzymujemy dla siebie. Tym dobrem jest nasze zbawienie, życie wieczne. Tę dzierżawę możemy zrozumieć tylko przez pryzmat bożej miłości. A jacy są dzierżawcy? Wśród dobrych spotykamy niewdzięcznych, podobnych do tych z ewangelicznej przypowieści. Zapominają o Bogu, chcą się rządzić własnymi prawami, które spychają na daleki plan i Boga i bliźniego. Bóg nawet wtedy nie rezygnuje z człowieka. Posyła sługi i swego Syna, ale nie znajdują oni posłuchu u dzierżawców zdążających na zatracenie. Ewangeliczna historia ciągle się powtarza. Wysłańcy Boga są odrzucani i zabijani, a Syn Boży nie znajduje zrozumienia. Ewangelia mówi, że nieuczciwi dzierżawcy zostaną wytraceni. Nie jest to zemsta Boga, ale wybór nieuczciwych dzierżawców. Odrzucając źródło życia wybierają wieczne zatracenie. Jednym z tysięcy żarliwych posłańców Boga jest św. Piotr z Werony.

Życie Świętego wypada na czasy, kiedy to w kościele powstała jedna z groźniejszych sekt, której członkowie zogniskowali swoją działalność w  Albi, mieście południowej Francji, stąd też nazwano ich albigensami, chociaż oni samych siebie nazywali katarami, czyli czystymi. Sekta zdobyła wielu zwolenników we Francji. W pierwszej połowie XI w. przybyli do Włoch, gdzie radykalny odłam, zwany patarenami, dążył do krwawej rozprawy z wyznawcami Kościoła. Po zamieszkach w Brescii, kiedy to wypędzono miejscowego biskupa, patareni zaatakowali posiadłości samego Ojca Świętego, przejściowo zdobywając nawet Rzym. Albigensi nauczali, że Jezus miał ciało eteryczne, pozorne. A zatem Matka Boża była tylko pozornie Matką Jezusa. Zbawienie polegało na pouczaniu człowieka, jak ma się wyzwolić od zła, a że głównym źródłem zła, według ich nauki jest materia, stąd też człowiek czysty, czyli katar powinien wstrzymywać się od kontaktów z nią. Z tych to powodów albigensi wzywali do powstrzymania się od spożywania mięsa, rezygnacji z dóbr doczesnych i zawierania małżeństw.

Nie znamy dokładnie daty narodzin Piotra. Przyjmuje się, że przyszedł na świat pod koniec XII wieku we włoskim mieście Werona w rodzinie albigensów. Ponieważ katarzy nie mieli swojej szkoły, stąd też Piotr został posłany do katolickiej. To miało zasadniczy wpływ na dalsze jego losy. Jak mówią podania, pewnego razu stryj Piotra zapytał go po powrocie ze szkoły, czego się w niej nauczył, a wtedy mały chłopiec wyrecytował katolickie wyznanie wiary: Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi…..” . Stryj, który był albigensem zaczął przytaczać argumenty, że to wyznanie jest fałszywe. Dowodził, że to raczej diabła trzeba uznać za stwórcę świata materialnego. Mały Piotr nie dał się przekonać, wtedy stryj namawiał ojca, aby go zabrał ze szkoły katolickiej, mówiąc: „Boję się, aby Piotruś, kiedy zdobędzie wykształcenie, nie zwrócił się do tej nierządnicy, Kościoła rzymskiego, i nie niszczył naszej wiary”. Ojciec nie usłuchał brata, mając nadzieję, że kiedy syn podrośnie, spotka wybitnego katara, który przekona go do wiary albigensów. Stało się jednak inaczej. Piotr zamiast wybitnego katara, spotkał w czasie swoich studiów na uniwersytecie w Bolonii człowieka owianego duchem bożym, płomiennego kaznodzieję św. Dominika. Urzeczony wiarą i zapałem Świętego wstąpił do zakonu przez niego założonego i przyjął w roku 1221 z rąk Dominika habit zakonny.

Święty Piotr po ukończeniu studiów zakonnych przyjął święcenia kapłańskie. Zasłynął jako wybitny kaznodzieja. Jego kazania przyciągały tłumy wiernych. Bardzo owocnie pracował w Mediolanie wśród ludności skażonej doktryną albigensów. Znał doskonale ich naukę stąd też bardzo skutecznie wykazywał im błędy, przyciągając na łono kościoła katolickiego ogromne tłumy albigensów. W roku 1250 r. Papież Innocenty IV, doceniając jego pracę powierzył mu godność inkwizytora Lombardii. Piotr w nowej roli jeszcze skuteczniej bronił czystości wiary. Jego obrona nie miała nic wspólnego z metodami, jakie nieraz, nadużywając swych kompetencji stosowali ludzie Inkwizycji. Piotr wdawał się w publiczne dyskusje z sekciarzami. Miał wielki dar przekonywania, który wyrastał z głębokiej pobożności oraz miłości Boga i bliźniego. Ta moc przekonania była tak ogromna, że powstawały na ten temat legendy. Oto jedna z nich.

Pewien heretyk z Mediolanu zapłonął niegodziwością i wezwawszy licznych heretyków, powiada im: „Ten głupi naród okazuje tyle czci bratu Piotrowi z Werony, a uwielbia go między innymi dlatego, że ten czyni cuda. Mam pomysł skompromitowania go. Pokażemy, że jego cuda są fałszywe. Wówczas lud, który rozsławia go za czynienie cudów, zostanie zawstydzony. Choć jestem zdrów jak ryba, udam ciężką chorobę i będę go błagał, aby mi przywrócił zdrowie. On mnie przeżegna i dotknie, a ja udam uzdrowionego. Kiedy zaś wieść o cudzie będzie na ustach całego ludu, wówczas ja ogłoszę, że w ogóle nie byłem chory, wy zaś zaświadczycie o tym pod przysięgą. W ten sposób nikt już nie będzie wierzył w jego cuda”. Spodobała się tamtym niegodziwa mowa i postanowili podstępem zwyciężyć błogosławionego Piotra, bo nie potrafili mu sprostać w dysputach. Przyszedł, więc ów heretyk do kościoła Braci Głosicieli w Mediolanie, podpierając się laską, tak jakby nie mógł ustać o własnych siłach. Słabym i chytrym głosem powiada błogosławionemu Piotrowi: „Święty ojcze, jestem niebezpiecznie i ciężko chory, a lekarze nie potrafią mi pomóc. Dotknij mnie, proszę, swoją ręką, a mocą twych zasług otrzymam dar zdrowia”. Na to mąż Boży, oświecony łaską Ducha Świętego, powiada: „Proszę Pana mojego, Jezusa Chrystusa, aby jeśli jesteś chory, przywrócił ci zdrowie, jeśli zaś podstępnie udajesz chorobę, aby dla zdrowia duszy nawiedził chorobą twoje ciało”. Zaledwie wypowiedział te słowa, jak tamtego chwyciła bardzo wielka gorączka, tak że nie mógł się utrzymać na nogach i trzeba go było odnieść do domu. Wezwani lekarze nie mogli mu nic pomóc i orzekli, że wkrótce umrze. Dopiero udręka obdarzyła go zrozumieniem. Z nieudawaną pobożnością poprosił, żeby błogosławiony Piotr przyszedł do niego. Wyjawił mu winę swojej niegodziwości, wyznał z pokorą swój grzech, wyrzekł się herezji i od razu — przez modlitwę i zasługi błogosławionego Piotra – został uwolniony z choroby duszy i ciała. Wszystko, więc skończyło się zawstydzeniem heretyków, a niegodziwość okłamała tych, którzy próbowali zawstydzić męża Bożego.

Skuteczna działalność ewangelizacyjna św. Piotra rodziła zrozumiałą niechęć albigensów do Świętego. Postanowili go zabić. Zorganizowano na niego zasadzkę, gdy 6 IV 1252 roku wracał z Mediolanu do Cosmo. Piotr został zamordowany w lesie Farga uderzeniem noża w głowę i serce. Podanie głosi, że umierając, leżał na ziemi i palcem maczanym we własnej krwi pisał na drodze wyznanie wiary. Ciało św. Męczennika przeniesiono do przyklasztornego kościoła dominikanów w Mediolanie. Przy grobie zaczęły się dziać cuda, wśród których było nawrócenie katarskiego biskupa Daniela z Guisanno. Po nawróceniu przywdział on dominikański habit. Niebawem, 9 III 1253, papież Innocenty IV zarządził proces kanoniczny Sługi Bożego Piotra.

Czterdzieści lat później, w klasztorze w Forli umierał zakonnik, brat Carino. Tylko nieliczni wiedzieli, że to on zamordował św. Piotra. Udało mu się uciec sprawiedliwości świeckiej, dopadła go jednak zbawiająca sprawiedliwość boża. Dręczony wyrzutami sumienia porzucił sektę albigensów i wstąpił do zakonu dominikanów. W klasztornych murach prowadził życie pełne wyrzeczeń, pokutując za przelaną kiedyś niewinną krew. Umarł w dominikańskim habicie, pojednany z Bogiem, to była także łaska wyproszona u Boga przez św. Piotra z Werony (z książki Wypłynęli na głębię).

 

GDZIE JEST TWÓJ DOM?

Paratii, urocze miasteczko położone około 3,5 godziny drogi od Rio de Janeiro, jest perłą architektury kolonialnej będącą na liście UNESCO. W czasie naszej ostatniej wycieczki- pielgrzymki wypłynęliśmy łodzią z portu tego miasta na pobliskie wysepki. Błękitne niebo, szmaragdowa woda, lekki powiew wiatru, urocze zielone i skaliste wyspy otoczone złotymi plażami składały się na niepowtarzalne piękno tej okolicy. Płynęliśmy łodzią z dobrze wyposażonym barem, zatrzymując się przy poszczególnych wyspach, wyskakiwaliśmy do wody lub wsiadaliśmy do pontonów i podpływaliśmy do wysepek, aby odpocząć w cieniu palm, zażyć morskiej kąpieli lub kąpieli słonecznej na piaszczystej plaży. Po koniec dnia wielu mówiło, że chciałoby tu zostać, bo jest tu jak w raju.

Są takie miejsca do których chętnie wracamy, czujemy radość przebywania w nich. Jednak po pewnym czasie rodzi się pragnienie powrotu do domu. Często uczestnicy wyjazdów, pielgrzymek mówią: „Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. Rodzinny dom, to jedyne i niepowtarzalne miejsce w naszym życiu. Miejsce, gdzie on stoi jest najpiękniejszym na świecie. Jeśli budujemy rodzinny dom, to szukamy dla niego pięknej, atrakcyjnej okolicy. W samym Nowym Jorku mamy ogromne możliwości takiego wyboru. Byłem nieco zaskoczony sondażem Quinnipiac University w Connecticut na temat atrakcyjności poszczególnych dzielnic Nowego Jorku. Bezsprzecznym liderem jest Brooklyn. Sami mieszkańcy tej dzielnicy, aż w 85 procentach uważają Brooklyn za klejnot w koronie Nowego Jorku. 69 procent mieszkańców Staten Island, 63 procent Queensu, 61 procent Manhattanu uważa tę dzielnicę za najciekawszą i najbardziej atrakcyjną w metropolii nowojorskiej.

Wróćmy do rodzinnego domu, o którym publicysta, poeta Marek Skwarnicki pisał: „To jest rodzinny dom / dzwon bijący na radość sercami śpiących. / To jest rodzinny dom / kromka chleba / mleko Twoich rąk / spokojny ukłon / odwzajemnia nam dzień za oknem / i długim ciepłem / opada na oczy dłoń. / Dom / jest komórką światła / sześcianem przezroczystego wosku / z puszystą / pszczołą / miłości / w środku”. Inspiracją do takiego rozpoczęcia niedzielnych rozważań było poświecenie, a raczej pożegnanie rodzinnego domu. Tom podróżował po świecie wiele razy z moją grupą pielgrzymkową. Mieszkał sam w wielkim domu w Maspeth. Z rodziny ma tylko brata Edwarda, który mieszka we Wiedniu, gdzie pracuje jako naukowiec. Edward zadzwonił do mnie, prosząc o poświęcenie domu. Byłem nieco zaskoczony tą prośbą, bo wiedziałem, że dom został już sprzedany i za kilka tygodni Tom wyjeżdża na Florydę, a Edward wraca do Wiednia. Powiedziałem, że w sobotę będę błogosławił ślub w kościele św. Krzyża i po tej uroczystości przyjdę, aby pomodlić się z nimi i poświęcić ich dom.

Wszedłem do pustego domu, bez mebli i obrazów na ścianach. Ogarnęło mnie przedziwne uczucie pustki i przemijania. A jednak dom nie był pusty. Wypełniali go ludzie, o których wspomnienia wyzierały z każdego domowego zakamarka. Edward zaprowadził mnie do pokoju i wskazał miejsce, gdzie stała komoda, w której on jako małe dziecko czegoś szukał, za co został skarcony przez mamę i wtedy powiedział słowa, których do dziś żałuje. W tym miejscu poprosił mnie o spowiedź, która była pięknym podsumowaniem lat dzieciństwa i młodości spędzonych w tym domu. Później zaprowadził mnie do pokoju, który przygotowano do modlitwy. Na podłodze i dwóch taboretach były rozłożone fotografie osób, które mieszkały w tym domu. Modliliśmy się w ich intencji, wszyscy z nich byli już w domu niebiskiego Ojca. Edward wziął fotografię oficera armii amerykańskiej i powiedział: „To jest mój tata. Ksiądz odprawiał jego pogrzeb w języku angielskim, a na koniec odmówił modlitwę w języku polskim. Nie mogłem powstrzymać wzruszenia, tak wiele piękna przywołały polskie słowa”. Tom włączył się do rozmowy, prosząc: „Czy mógłby ksiądz odmówić w języku polskim modlitwę, w której są słowa: ‘Chleba naszego powszedniego…’. Tyle zapamiętał z lat dzieciństwa. Odmówiłem modlitwę „Ojcze nasz…”. Potem odwiedzaliśmy poszczególne pomieszczenia, które kropiłem święconą wodą, a bracia wspominali: „W tym pokoju mieszkał dziadzio i tu umarł”. „Tutaj leżał chory tata”. „To było mieszkanie mojego wujka”. „Tu mama przygotowywała dla nas smakołyki”. „A tu był nasz pokój z dziecięcymi zabawkami”. I tak dalej. Zapytałem, czy nie żałują sprzedanego domu. Edward powiedział, że czuje żal, ale taka jest konieczność. Tom westchnął, mówiąc, że nie chce mu się żyć. W czasie całego poświęcenia – pożegnania towarzyszył nam gregoriański śpiew, który jest najbardziej kościelną muzyką, która przenika nasze serce i dusze, kierując je ku Bogu. Edward powiedział, że jest jego ulubiony śpiew. Przy pożegnaniu rodzinnego domu ten śpiew nabierał szczególnego znaczenia. Ukazywał on niejako kruchość materialnego kształtu ziemskiego domu i otwierał serce na jego duchowy wymiar, którego budowanie rozpoczyna się w rodzinnym domu, w rodzinie, a jego zwieńczenie ma miejsce tam, gdzie duchowo przenosi nas gregoriański śpiew.

Duchowy wymiar naszego miejsca, niejako rodzinnego domu ukazują nam czytania liturgiczne na dzisiejszą niedzielę. Chrystus naucza o Królestwie Bożym. W tym Królestwie mamy się zadomowić, i to na wieczność. Jak pisze psalmista czynimy to z Bogiem: „Jeżeli domu Pan Bóg nie zbuduje, / daremnie nad nim robotnik pracuje. / Jeżeli domu Pan nie strzeże z góry, / próżno straż czujna opasuje mury”. Biblijne słowo „królestwo” oznacza królowanie, panowanie, władzę Boga w stworzonym przez Niego świecie, a szczególnie w człowieku. W Jezusie niedoskonałej objawiło się to królestwo. Chrześcijański myśliciel Orygenes pisał: „Jezus jest Królestwem Boga, ponieważ On przyjął wolę Ojca aż do końca; Jego pokarmem było pełnienie woli Ojca. W Jezusie Bóg rozciągnął swą wolę nad całą ludzkością i zniszczył moce złego ducha”. Św. Paweł w liście do Filipian przypomina, że troska o budowanie tego Królestwa ma być na pierwszym miejscu: „O nic się zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem. A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie”.

Do budowania tego Królestwa jesteśmy wezwani wszyscy. Na chrzcie Bóg powierza nam swoją działkę, gdzie mamy budować Jego Królestwo. Jak mówi Ewangelia stajemy się Bożą winnicą, która ma owocować. Nieraz zapominamy, o tym, zbyt mocno jesteśmy zaaferowani gromadzeniem materialnego dostatku ziemskiego domu, zapominając o jego najważniejszym wymiarze, wymiarze duchowym i wiecznym. Wtedy Bóg, jak mówi dzisiejsza przypowieść ewangeliczna posyła do dzierżawców swoje sługi, aby odebrali należny plon. Ci nie tylko, że nie oddali plonów, ale obili i pozabijali wysłanników pana winnicy, wysłanników Boga. Iluż to proroków było prześladowanych i zamordowanych. „W końcu posłał do nich swego syna, tak sobie myśląc: ‘Uszanują mojego syna. Lecz rolnicy, zobaczywszy syna, mówili do siebie: ‘To jest dziedzic; chodźcie, zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo’. Chwyciwszy go, wyrzucili z winnicy i zabili”. Jezus pyta zebrach, co zrobi właściciel winnicy. Na co oni odpowiedzieli: „Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom, takim, którzy mu będą oddawali plon we właściwej porze”.

Jesteśmy winnicą Bożą. Otrzymujemy od Boga tak wiele łask, aby owocować. Kiedyś On przyjdzie, aby odebrać należny plon. Oby wtedy nasze ręce nie były puste (Kurier Plus, 2017).

 

„O NIC SIĘ NIE MARTWCIE”

Zamartwiamy się z wielu różnych powodów. Bardzo często zamartwianie wpędza nas w duchowy smutek i depresję. Alkohol, narkotyki, czy inne używki mogą przenieść chwilową ulgę, aby następnego dnia strącić nas jeszcze niżej. Martwimy się prawie wszystkim i niemal przez cały czas. Niepotrzebnie zamartwimy się o przeszłość, której jeszcze nie ma, a której nie możemy zmienić. Martwimy się o sprawy mniejszej i większej wagi, na które nie mamy żadnego wpływu. Jak wskazuje doświadczenie większość z naszych zmartwień nigdy nie przybierze konkretnego kształtu w naszym życiu. Zamartwianie się jest destruktywną siłą w naszym życiu. Odbiera nam siłę i radość życia oraz może mieć poważny wpływ na naszą kondycję fizyczną i psychiczną. Alfred Tennyson – największy poeta postromantyzmu wiktoriańskiego radzi w takim wypadku: „Muszę zagubić się w działaniu, by nie zatonąć w rozpaczy”. Ten ton pobrzmiewa w radach wielu współczesnych psychologów czy psychiatrów.

Profesora Robert Leahy napisał książkę pt. „Lekarstwo na zmartwienia”. Jest to jedna z najlepszych pozycji w tej dziedzinie. Profesor Leahy zebrał w książce prawie wszystkie życiowe smutki, kłopoty i tragedie, mogące zdarzyć się w naszym życiu i proponuje zmianę podejścia do nich. Podaje także ćwiczenia prowadzące do tej zmiany. Jest to długi proces, wymagający wiele wysiłku i wytrwałości. Warto podjąć ten trud, bo ostatecznie prowadzi on do zmiany naszego myślenia i nastawienia do życia. Po zaakceptowaniu bólu i cierpienia, które niesie życie możemy osiągnąć pokój i radość z tego, co dobre. Pozwala również dojrzeć to, co jest dobre w naszym życiu, a jest tego wiele. To dobro jest często przesłaniane przez niepokój, lęk, zamartwianie się.

Wszystkie praktyki psychoterapeutyczne są zapewne bardzo użyteczne, ale wymagają ostatecznego dopełnienia, gdy człowiek staje przed rzeczami ostatecznymi. Katechizm Kościoła Katolickiego wymienia ich cztery: Śmierć. Sąd. Piekło. Niebo. Jeśli w myśleniu nie wychylimy się poza doczesność, wtedy śmierć może być powodem zamartwiania się. Także ostateczne zdanie sprawy z naszego życia może rodzić pewien niepokój. Św. Paweł w Liście do Filipian w ostatecznym przezwyciężeniu lęku, zamartwiania proponuje takie wychylenie, pisząc: „O nic się już nie martwcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem. A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie”. Św. Paweł wzywa nas, abyśmy wszelkie zmartwiania przedstawiali, zawierzali Bogu i to w duchu modlitewnym. Ciekawe jest sformułowanie „błaganiu z dziękczynieniem”. Mamy błagać, prosić Boga z dziękczynieniem, jakbyśmy to już otrzymali. Bo, gdy klękamy przed Bogiem to już jest powód dziękczynienia, bo w bliskości Boga toną nasze zmartwienia. Im głębsza i żarliwsza modlitwa, tym szybciej rozpływają się nasze zmartwienia.

Jedna z pań powiedziała mi kiedyś, że prosząc Boga o jakąś łaskę nie prosi, ale dziękuje jakby ją już otrzymała. Jest głęboko przekonana, że ta modlitwa w jej życiu jest najskuteczniejsza. Gdy w tym duchu zawierzymy Bogu swe zmartwienia, to prawdopodobnie szybko odczujemy pokój Boży w sobie, o którym pisze św. Paweł. Ojciec Dolindo, który bardzo wiele przeszedł w swoim życiu wszystko zawierzał Bogu. Podsumowaniem tej postawy jest akt strzelisty ojca Dolindo: „Jezu Ty się tym zajmij”. Jeśli z głęboką wiarą i zaufaniem będziemy modlić się tymi słowami to na pewno Jezus zajmie się naszymi zmartwieniami i obdarzy nas głębokim pokojem.

Dzisiejszy dobór czytań mszalnych wymaga, aby słowa św. Pawła: „O nic się już nie martwcie” odczytywać przez pryzmat Pieśni o winnicy z Księgi proroka Izajasza oraz ewangelicznej przypowieści o dzierżawcach winnicy. Prorok Izajasz pisze: „Chcę zaśpiewać memu Przyjacielowi pieśń o Jego miłości ku swojej winnicy! Przyjaciel mój miał winnicę na żyznym pagórku. Otóż okopał ją i oczyścił z kamieni, i zasadził w niej szlachetną winorośl; pośrodku niej zbudował wieżę, także i tłocznię w niej wykuł. I spodziewał się, że wyda winogrona, lecz ona cierpkie wydała jagody”. W pierwszym rzędzie te słowa prorok Izajasz kieruje do swoich ziomków, którzy tak często odchodził od praw Bożych, a tym samym nie przynosili owocu jakiego oczekiwał od nich Bóg. Bóg dał wszystko co jest konieczne, aby wydać owoc. Najważniejsze, że otoczył winnicę miłością. Czy trzeba czegoś więcej, aby żyć szczęśliwie i bez zmartwień?

Zarówno pieśń o winnicy, jak i przypowieść ewangeliczna mają bardzo osobiste odniesienia do naszego życia. Nasze życie na ziemi jest pracą w winnicy Pańskiej. Bóg obdarzył nas wszystkim tym co jest potrzebne do wydania owocu jakiego oczekuje On od nas i to zarówno w wymiarze ziemskim, jak i wymiarze wiecznym. Jesteśmy ogrodnikami, którzy mają zadanie doglądać boskich plonów, pomnażać owoce, sycić się nimi i dzielić się z innymi. To odpowiedzialna i ciężka praca. Bóg posyła do nas swoje sługi, aby odebrać należny plon. A my nieraz jesteśmy podobni do ewangelicznych rolników. Ewangelia mówi, jak rolnicy zareagowali na wysłanników gospodarza: „Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego zaś ukamienowali”. Gospodarz posłał swojego syna, myśląc „Uszanują mojego syna. Lecz rolnicy, zobaczywszy syna, mówili do siebie: ‘To jest dziedzic; chodźcie, zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo’”.

W tych ostatnich słowach Ewangelia wyraźnie nawiązuje do Chrystusa i Jego śmierci na krzyżu. Bóg posyłał do swojego Ludu proroków, którzy byli znieważani, zabijani. W końcu posłał swego Syna, Jezusa, który został odrzucony i ukrzyżowany. To ma miejsce także dzisiejszych czasach. Chrystus jest odrzucany często, bo Jego przykazania wydają się niektórym za zbyt trudne. Takie odrzucenie kojarzy mi się z ostatnimi chwilami życia Stalina. W nocy 1 marca 1953 r. Stalin doznał wylewu krwi do mózgu, lekarze zgromadzeni wokół jego łóżka byli tak sparaliżowani strachem, że na wszelki wypadek nic nie robili. Bali się dać jakąkolwiek diagnozę i podawać leki. Ci, którzy mieli ratować wodza, pamiętali również, że kilka miesięcy wcześniej kremlowski lekarz Władimir Winogradow wylądował w łagrze, bo zdiagnozował u Stalina miażdżycę i kazał mu się leczyć. Dyktator pozbył się lekarza, a swoją dokumentację medyczną kazał spalić. Odrzucenie Chrystusa to odrzucenie Kogoś, kto bezgraniczną miłością ogarnia nasze troski i zmartwienie i przemienia je w pokój naszego serca.

A teraz wróćmy radosnym wspomnieniem na Mszę św. 22 października 1978 r. rozpoczynającej pontyfikatu św. Jana Pawła II. Wysłuchajmy co wtedy powiedział o przyjęciu Chrystusa: „Nie bójcie się, otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi. Dla Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, systemów ekonomicznych i politycznych, szerokie dziedziny kultury, cywilizacji, rozwoju! Nie bójcie się! Chrystus wie, co nosi w swoim wnętrzu człowiek. On jeden to wie! Dzisiaj często człowiek nie wie, co kryje się w jego wnętrzu, w głębokości jego duszy i serca. Tak często niepewny sensu życia na tej ziemi i ogarnięty zwątpieniem, które zamienia się w rozpacz. Pozwólcie więc, proszę was, błagam was z pokorą i zaufaniem! Pozwólcie Chrystusowi mówić do człowieka! On jeden ma słowa życia, tak, życia wiecznego”(Kurier Plus, 2020).

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *