15 Paź

29 niedziela zwykła Rok A

 

DWIE RZECZYWISTOŚCI. 

Faryzeusze odeszli i naradzali się, jak by podchwycić Jezusa w mowie. Posłali więc do Niego uczniów razem ze zwolennikami Heroda, aby Mu powiedzieli: „Nauczycielu, wiemy, że jesteś prawdomówny i drogi Bożej w prawdzie nauczasz. Na nikim Ci nie zależy, bo nie oglądasz się na osobę ludzką. Powiedz nam więc, jak Ci się zdaje? Czy wolno płacić podatek cezarowi, czy nie?”.  Jezus przejrzał ich przewrotność i rzekł: „Czemu Mnie kusicie, obłudnicy? Pokażcie Mi monetę podatkową”. Przynieśli mu denara. On ich zapytał: „Czyj jest ten obraz i napis?”.Odpowiedzieli: „Cezara”. Wówczas rzekł do nich: „Oddajcie więc cezarowi to, co należy do cezara, a Bogu to, co należy do Boga” (Mt 22,15–21).

Czytając powyższy fragment Ewangelii przypomniałem sobie aforyzm: „Boże broń mnie przed przyjacielem, bo z nieprzyjacielem dam sobie radę”. Otacza nas wielu ludzi. Wśród nich są tacy, którzy okazują nam wprost swoją wrogość. Wiemy, czego po nich się spodziewać i jak się przed nimi bronić. Bardzo często najskuteczniejszą bronią jest współczucie dla nich. Bo naprawdę są oni ludźmi godnymi politowania. Bo czyż nie marnują swego życia na bezsensowna walkę z bliźnim?

Bardziej niebezpieczni są „przyjaciele”, piszę to słowo w cudzysłowiu, ponieważ w takim rozumieniu jest ono użyte w wyżej zacytowanym aforyzmie. Są to ludzie, którzy udają naszych przyjaciół. Udają, bo liczą na pewne korzyści, a w czasie próby i tak nas opuszczą. Ktoś inny udaje przyjaciela, aby się od nas jak najwięcej dowiedzieć i zrobić z tego sensację, lub wykorzystać przeciw nam. W czasach stalinowskich siepacze UB na wstępie przesłuchania swych ofiar udawali przyjaciół zatroskanych o ich los, jak i też los ich rodzin. Chcieli, aby oskarżony im zaufał. Padały piękne słowa, propozycja koniaku papierosa itp. Marny był los tego, kto im uwierzył. Zaufanie zawsze było wykorzystanie przeciw nim. W życiu codziennym możemy spotkać ubowskich siepaczy w wersji uwspółcześnionej, którzy wykorzystują nasze zaufanie przeciw nam.

Faryzeusze mieli złe zamiary wobec Jezusa. Jednak nie występują jako jawni wrogowie. Udają przyjaciół, życzliwych Mu ludzi. Wychwalają Go za to, że bożej prawdy naucza, cenią Jego prawość, że nie ma względu na osobę. Chcą zdobyć Jego zaufanie, by je później wykorzystać przeciw Niemu. Dopiero po tym fałszywym przymilaniu się zadają podstępne pytanie: „Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie?” Dlaczego to pytanie jest podstępne?

Palestyna w tym czasie była pod okupacją Rzymu, cezar był okupantem. Faryzeuszom wydawało się, że zastawili idealną pułapkę na Jezusa. Jeśli Jezus powie, że trzeba płacić podatek cezarowi, wtedy można podburzyć lud, mówiąc, że Jezus popiera okupanta. A gdyby Jezus powiedział, że nie trzeba płacić, wtedy można Go oskarżyć przed władzą rzymską, że buntuje przeciw niej lud. Jezus jednak przejrzał przewrotność udawanej przyjaźni. Co więcej wykorzystał tę sytuację, aby pouczyć zebranych o obowiązkach wobec Boga i władzy świeckiej? Powiedział: „ Oddajcie, więc cezarowi to, co należy do cezara, a Bogu to, co należy do Boga”.

Wielu z Polaków zamieszkujących w Stanach Zjednoczonych ma podwójne obywatelstwo; polskie i amerykańskie. Wiążą się z tym pewne przywileje, jak i też obowiązki. Obowiązki wobec Polski i obowiązki wobec Stanów Zjednoczonych. O każdym człowieku można powiedzieć, że ma podwójne obywatelstwo. Jest obywatelem wspólnoty państwowej, jak i też jest obywatelem wspólnoty nadprzyrodzonej. Z tą przynależnością wiążą się pewne przywileje jak i też obowiązki. Zazwyczaj te obowiązki są ściśle określone. Są regulowane przez różnego rodzaju prawa. Czasami jednak dochodzi do konfliktu; władza świecka wychodzi poza swoje kompetencje, żądając dla siebie tego, co jest należne Bogu. Wtedy prawo Boże musi być postawione na pierwszym miejscu, i ostateczne decyzje powinny zapaść w sumieniu.

Franz Jaggerstatter urodził się katolickiej rodzinie w Austrii. Był normalnym uczniem, a później robotnikiem, nic nie wskazywało, że sięgnie kiedyś po palmę męczeństwa. Bardzo poważnie traktował naukę wypływającą z Ewangelii. Ożenił się z kobietą imieniem Anna. Mieli trójkę dzieci. W czasie II wojny światowej trzydziestosześcioletni Franz został powołany do hitlerowskiej armii. Odmówił jednak służby w wojsku, mając świadomość, że to może zakończyć się dla niego śmiercią. Przyjaciele namawiali go, aby wstąpił do armii. „Nie mogę”, odpowiadał. „Dlaczego Nie”, pytali przyjaciele.

-Ponieważ wierzę, że ta wojna jest niesprawiedliwa, i służba w tej armii jest złem. To byłoby wbrew mojemu sumieniu

-Wielu służy w tej armii, dlaczego ty nie możesz?

-Co robią inni to jest ich sprawa. Ja odpowiadam przed moim sumieniem.

-A gdzie jest twoja lojalność wobec współrodaków, kraju, twojego sztandaru?

-Kocham rodaków, kocham moją ojczyznę-, ale jest wyższe prawo- prawo Boże. I prawo Boże mówi mi, ze ta wojna jest zła i niesprawiedliwa.

Franz został aresztowany, osadzony w więzieniu i skazany na śmierć. Wyrok został wykonany 9 sierpnia 1943 roku. Franz był posłuszny słowom Chrystusa: „Oddajcie, więc cezarowi to, co należy do cezara, a Bogu to, co należy do Boga”.

Żyjemy w miarę unormowanym świecie, sytuacje, w jakiej znalazł się Franz należą raczej do rzadkości. Ale to nie znaczy, że nie staniemy przed dylematem; co oddać Bogu, a co oddać cezarowi. Przykazania boże i głos naszego sumienia mówią nam, co jest należne Bogu. W oparciu o te dwa źródła można zbudować świat, w którym harmonijnie współgrają ze sobą dwie rzeczywistości; nadprzyrodzona i ziemska (z książki Ku wolności).

 

DWA OBYWATELSTWA

To mówi Pan o swym pomazańcu Cyrusie: „Ja mocno ująłem go za prawicę, aby ujarzmić przed nim narody i królom odpiąć broń z pasa, aby otworzyć przed nim podwoje, żeby się bramy nie zatrzasnęły. Z powodu sługi mego, Jakuba, Izraela, mojego wybrańca, nazwałem cię twoim imieniem, pełnym zaszczytu, chociaż Mnie nie znałeś, Ja jestem Pan i nie ma innego. Poza Mną nie ma boga. Przypaszę ci broń, chociaż Mnie nie znałeś, aby wiedziano od wschodu słońca aż do zachodu, że beze Mnie nie ma niczego. Ja jestem Panem i nie ma innego” (Iz 45, 1.4-6).

W szóstym roku po narodzeniu Chrystusa, Judea dostała się pod panowanie Rzymu. Wszyscy mieszkańcy Imperium Rzymskiego, zarówno wolni jak i niewolnicy w wieku od 12 do 65 lat byli zobowiązani do płacenia podatku, którego wysokość miała równowartość zapłaty za jeden dzień pracy. Podatek musiał być płacony w rzymskiej walucie. Na jednej stronie rzymskiej monety, w czasach Jezusa, była wybita podobizna cesarza Tyberiusza z napisem: „Cesarz Tyberiusz, syn boskiego Augusta, najwyższy kapłan”. Z tego powodu niechęć Żydów do płacenia podatków miała podłoże polityczne i religijne. Przypominał on bowiem okupację rzymską i ranił uczucia religijne Żydów, którzy czcili jedynego Boga. Zaś przypisywanie człowiekowi cech boskich było dla nich bluźnierstwem.

Ale nie to było głównym powodem pytania zadanego Jezusowi przez faryzeuszy: „Powiedz nam więc, jak Ci się zdaje? Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie?” Chcieli oni wykorzystać zaistniałą sytuację do swoich rozgrywek z Herodianami, ugrupowaniem sympatyzującym z królem Herodem, który był podporządkowany cesarzowi rzymskiemu. Ale przede wszystkim, pytanie to było wymierzone przeciw Jezusowi: „Wtedy faryzeusze odeszli i naradzali się, jakby Go pochwycić w mowie”. Zarówno odpowiedź twierdząca, jak i przecząca mogły się obrócić przeciw Jezusowi. Gdyby Jezus powiedział, że nie należy płacić podatków cesarzowi, wtedy można Go oskarżyć przed władzami rzymskimi, że buntuje podanych, a to było równoznaczne z wyrokiem śmierci. Odpowiedź, że należy płacić podatki cesarzowi, też by się obróciła przeciw Jezusowi. Faryzeusze oskarżyli by go przed ludem, że popiera okupantów i toleruje przypisywanie boskości człowiekowi.

Jezus daje odpowiedź, jakiej się nie spodziewali: „Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga”. Odpowiada tak, nie dlatego, że obawiał się ludu, czy władzy rzymskiej, On zawsze głosił prawdę, nie licząc się z ludzkimi względami. W tym wypadku chce ukazać prawdę o człowieku, który  podlega władzy samego Boga, jak i też władzy ziemskiej. Prawdę tę może przybliżyć analogia podwójnego obywatelstwa. Wielu z nas ma obywatelstwo polskie i amerykańskie. Daje to pewne przywileje, ale także rodzi pewne zobowiązania wobec Polski i Stanów Zjednoczonych.  Chrześcijanie mają jakby podwójne obywatelstwo. Obywatelstwo ojczyzny ziemskiej i obywatelstwo ojczyzny niebieskiej.  Ta podwójna przynależność ma swoje implikacje, o których św. Piotr pisze: „Wszystkich szanujecie, braci miłujecie, Boga się bójcie, czcijcie króla” (1P 2, 17).

Harmonijna współegzystencja tych dwóch przynależności ulega zachwianiu, gdy człowiek w imieniu Boga sięga po to co się należy cesarzowi lub „cesarz” przywłaszcza sobie to co należy się Bogu. Inaczej mówiąc, konflikt następuje wtedy, gdy człowiek oddaje cesarzowi, to co się należy Bogu, a Bogu oddaje to co się należy cesarzowi. Przykładem pierwszego mogą być różnego rodzaju fundamentalizmy religijne. Częściej jest jednak władza świecka sięga po to co jest należne Bogu. Nawet dzisiejsze demokracje popełniają ten błąd, chociażby w zasadniczej kwestii, jakim jest życie ludzkie. Bóg jest panem życia i śmierci. Zaś władza świecka na mocy demokratycznego wyboru czuje się uprawniona do uchwalania ustaw, które pozwalają na zabijanie pewnej kategorii ludzi np. nienarodzonych, czy w pewnych sytuacjach ludzi nieuleczalnie chorych. Może to przybierać formy ludobójstwa, tak jak w czasie drugiej wojny światowej, naziści w majestacie swego prawa skazywali na zagładę całe narody, jak Cyganie czy Żydzi. W takiej sytuacji konfliktowej dla chrześcijanina jest tylko jedna alternatywa, alternatywa, którą wybrał Tomasz Moor. Król Henryk VIII, aby zalegalizować swój kolejny związek małżeński ustanowił prawa niezgodne z prawem Kościoła i Boga. Zmusił swoich urzędników do podpisania ustanowionych przez siebie dekretów . A Wtedy Tomasz Moor odpowiedział: „Jestem posłusznym sługą króla, ale słucham przede wszystkim Boga”. Za tę wierność Bogu zapłacił życiem.

Ludzie wsłuchujący się w Chrystusa nie jeden raz nauczaniem i życiem przypominali ewangeliczną zasadę: „Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga”. Należał do nich papież Pius XII. W Bożonarodzeniowym dodatku do New York Times’a  z roku 1941 czytamy: „Głos Piusa XII jest samotnym wołaniem w głuchej ciemności ogarniającej Europę w czasie świąt Bożego Narodzenia. Jest on jedynym władcą, który pozostał na kontynencie Europejskim, który mimo wszystko podnosi głos w obronie krzywdzonych”.  Zaś jeden z największych uczonych pochodzenia żydowskiego Albert Einstein powiedział: „Tylko Kościół stanął odważnie na drodze Hitlera… tylko Kościół miał odwagę i wytrwałość bronić intelektualnej prawdy i moralnej wolności. Jestem wewnętrznie przymuszony wyznać, że jestem pełen szacunku dla tego, czym wcześnie pogardzałem”. I jeszcze jedna wypowiedź na ten temat izraelskiego reprezentanta w Organizacji Narodów Zjednoczonych, późniejszego premiera Izraela, Goldy Meir: „Dzielimy ból całego świata z powodu śmierci Jego Świątobliwości Piusa XII… W czasie 10 lat nazistowskiego terroru, kiedy to nasz naród przechodził horror męczeństwa, Papież publicznie potępiał prześladowanie i okazywał współczucie dla ofiar prześladowań” (Dallas Morning News 10-01-99).

Ale nawet wtedy, gdy władza świecka zadaje gwałt Królestwu Bożemu i chce wszystko zawłaszczyć dla siebie, jesteśmy w stanie zachować wewnętrzną wolność i oddać Bogu, co jest Jemu należne, oraz zarazić tą wolnością innych. Przykładem tego jest wietnamski arcybiskup F.X. Nguyen van Thuan, który został aresztowany przez komunistyczne władze Wietnamu. W więzieniu spędził trzynaście lat, z czego dziewięć w ścisłej izolacji. Oto fragment jego wspomnień: „Kiedy zostałem umieszczony w izolatce, powierzono mnie pięciu strażnikom: pracując na zmiany, dwóch z nich przebywało zawsze ze mną. Ich przełożeni powiedzieli im: Co dwa tygodnie będziemy zastępować was inną grupą, tak abyście nie zostali „skażeni” przez tego niebezpiecznego biskupa. Następnie zdecydowali: Nie będziemy was już zmieniać; w przeciwnym razie ten biskup skazi wszystkich naszych policjantów”. (F.X. Nguyen van Thuan: Świadkowie nadziei)

Niezależnie od tego, w jakiej znajdziemy się sytuacji, Bóg daje nam moc i roztropność, aby harmonijnie ułożyć powinności wobec Niego i ludzi. A na straży tego stoi uformowane w mądrości bożej nasze sumiennie (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

PODATEK DLA CESARZA

Zawsze dziękujemy Bogu za was wszystkich, wspominając o was nieustannie w naszych modlitwach, pomni przed Bogiem i Ojcem naszym na Wasze dzieło wiary, na trud miłości i na wytrwałą nadzieję w Panu naszym, Jezusie Chrystusie. Wiemy, bracia przez Boga umiłowani, o wybraniu Waszym, bo nasze głoszenie Ewangelii wśród Was nie dokonało się przez samo tylko słowo, lecz przez moc i przez Ducha Świętego, z wielką siłą przekonania (1 Tes 1, 2–5b).

Bóg nazywa króla perskiego Cyrusa swoim pomazańcem. Ten tytuł przysługiwał tylko królom judzkim i izraelskim. Naród Starego Przymierza uważał Boga za swojego króla, a królów ziemskich za prawowitych Jego przedstawicieli. Bóg użył króla perskiego, jako narzędzia w realizacji planu zbawienia człowieka. I za swoją uległość, Bóg obiecał królowi błogosławieństwo. Cyrus, bowiem pozwolił Izraelitom powrócić z niewoli i odbudować Jerozolimę oraz świątynię Jerozolimską.  Ten tekst wyraźnie wskazuje, że Bogu miły jest ten, kto postępuje zgodnie z Jego wolą. Ukazuje także, że każda prawowita władza pochodzi od Boga, ma niejako namaszczenie boże. I tak przez wieki uważano, że władza jest z nadania bożego. Było to bardzo wygodne dla rządzących, szczególnie w społeczeństwach, gdzie wiara w Boga była powszechna. Jednak bardzo często władcy, powołując się na boże namaszczenie realizowali w życiu swoją wolę a nie bożą. Co więcej niektórzy z nich stawiali się w miejsce Boga, żądając dla siebie czci boskiej. Widzimy to w dzisiejszej perykopie ewangelicznej.

Faryzeusze podstępnie chcieli wciągnąć Jezusa w zastawioną przez siebie pułapkę. Zapytali Go, czy trzeba płacić podatki cesarzowi, czy nie. Wydawało się im, że jest to idealna pułapka, bo zarówno odpowiedź twierdząca jak i przecząca będzie niekorzystna dla Jezusa. Jeśli powie, że trzeba płacić podatki, to zarzucą mu, że wysługuje się rzymskiemu okupantowi i cesarzowi, który żąda od poddanych czci boskiej. I tak Jezu będzie skompromitowany w oczach Izraelitów. Jeśli powie, że nie trzeba płacić podatków, to można Go będzie wydać Rzymianom, jako buntownika. I podżegacza. Jezus kazał przynieść monetę podatkową. Przyniesiono Mu denara. Zapytał ich: „Czyj jest ten obraz i napis?”. Odpowiedzieli: „Cezara”. A wtedy Jezus powiedział: „Oddajcie więc cezarowi to, co należy do cezara, a Bogu to, co należy do Boga”. Pytający zapewne wiedzieli, co należy do cesarza, a co należy do Boga, bo nie pytali dalej.  Prawdopodobnie my także wiemy, co należy się władzy świeckiej a co Boga, jednak dla pewnego przypomnienia i klarowności zatrzymajmy się nad tą kwestią. Napięcia na styku powinności wobec Boga i cesarza były zawsze obecne w historii Kościoła.  W IV wieku chrześcijańska cesarzowa Eudoksja kazała sobie wystawić pomnik przed samą katedrą św. Zofii gdzie urządzano krzykliwe festyny i zabawy, nielicujące ze świętym miejscem. Sprzeciwił się temu Jan Chryzostom. W odwecie cesarzowa zwołała synod, który pozbawił Jana urzędu patriarchy, a cesarzowa skazała go wtedy na wygnanie.

Św. Hilary biskup Poitiers, skazany na banicję przez ariańskiego cesarza Konstancjusza, na pytanie, co oddać cesarzowi a co Bogu tak odpowiada: „Na monecie był wyryty wizerunek cesarski. Tymczasem w człowieku wyryty jest wizerunek Boga, na Jego obraz zostaliśmy stworzeni. Oddajcie, więc cesarzowi wasze bogactwa, dla Boga zachowajcie nieskazitelne sumienia”. Z pewnością winniśmy płacić podatki według sprawiedliwego prawa, które ustala prawowita władza. A Bogu mamy oddać to, co wiąże się z naszym sumieniem i wiarą. Wydaje się, że jest to klarowna sytuacja. Jednak tak nie jest. Rodzi się problem, napięcia miedzy tym, co cesarskie, a tym co boskie na przykład w sytuacji, gdy podatki, które płacimy są wykorzystywane na finansowanie programów, które godzą w boże prawo i nasze sumienie.

W Stanach Zjednoczonych ten problem nasilił się za prezydenta Baraka Obamy, najbardziej proaborcyjnego prezydenta w dziejach tego kraju. Na dwa dni przed jego zaprzysiężeniem, przewodniczący Episkopatu USA, kardynał Francis George, skierował do niego list. Przypomniał prezydentowi, że Kościół katolicki jest największą wspólnotą religijną w Stanach Zjednoczonych i przestrzegał przed liberalizacją prawa aborcyjnego i finansowaniem aborcji z kieszeni podatnika. Takie poczynania łamią podstawowe zasady etyczne. W ostatnim czasie z okazji rozpoczynającego się w Stanach Zjednoczonych miesiąca obrony życia, kard. Daniel DiNardo, w imieniu episkopatu Stanów Zjednoczonych wystosował list, który przypomina prezydentowi o ochronie życia nienarodzonych i zarzuca mu oraz związanym z nim mediom, że oszukują społeczeństwo w sprawie środków antykoncepcyjnych. Promują je, bowiem jako alternatywę dla aborcji, środek profilaktyczny. Jako takie Biały Dom każe je refundować wszystkim zakładom ubezpieczeń, nie licząc się z prawem do sprzeciwu sumienia. Jak widzimy w dzisiejszych czasach dylemat rozdzielenia tego, co należy się Bogu a co cezarowi jest bardziej skomplikowany niż za czasów Jezusa. Z pewnością trzeba temu się sprzeciwiać, jak to czynią biskupi amerykańscy, ale też we własnym sumieniu winniśmy podejmować decyzje, które mogą sprawić, że za nasze pieniądze nie będą fundowane środki antykoncepcyjne i zabijanie nienarodzone dzieci.

Aby mieć pełniejsze rozeznanie w tych sprawach, konieczna jest praca nad właściwym formowaniem swojego sumienia. W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Sumienie moralne jest sądem rozumu, przez który osoba ludzka rozpoznaje jakość moralną konkretnego czynu, który zamierza wykonać, którego właśnie dokonuje lub którego dokonała. Człowiek we wszystkim tym, co mówi i co czyni, powinien wiernie iść za tym, o czym wie, że jest słuszne i prawe. Właśnie przez sąd swego sumienia człowiek postrzega i rozpoznaje nakazy prawa Bożego”. A zatem właściwie formujemy swoje sumienie, gdy zgłębiamy prawo boże lub prawo naturalne, jeśli jeszcze nie odnaleźliśmy Boga. Prawo naturalne można najprościej ująć w sformułowaniu: Nie czyń bliźniemu tego, co tobie nie miłe. A zatem trzeba się wsłuchiwać w głos Boga i swego sumienia, aby zdobyć pełne rozeznanie w swych powinnościach wobec Boga i cezara.

W dzisiejszym świecie, w kakofonii medialnego zgiełku trudno nieraz usłyszeć głos Boga, a i nasze sumienie jest otumaniane tym zgiełkiem. Słyszymy rozbieżne opinie, oceny drugiego człowieka, wartości moralne są relatywizowane. Trzeba wielkiej uwagi, aby w tym zgiełku usłyszeć głos swojego sumienia. Piszę te rozważania przed wyborami parlamentarnymi w Polsce. Słucham wypowiedzi polityków. Różne oceny ludzi i problemów. Wzajemne ataki. Najczęściej opinie o swoim przeciwniku politycznym wypowiadane są z pianą na ustach. Widzimy także zapienionych dziennikarzy. I właśnie to zapienienie się jest powodem rozmijania się z prawdą i tłamszenia swego sumienia. Dla ilustracji tego problemu, a nie mojej osobistej deklaracji politycznej, chcę przytoczyć kilka medialnych wieści. Większość polskich mediów i przeciwników politycznych, preparując wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, wyrywając pojedyncze zdania z kontekstu uczyniły go postrachem dla Polaków. Gdy wygra wybory, to ściągnie największe nieszczęście na Polskę. W takich opiniach przoduje polski noblista. Wielu w te brednie uwierzyło. A jaka jest prawda? W ostatnim czasie portal WikiLeaks ujawnił depeszę z 9 sierpnia 2006 r., w której dyplomaci amerykańscy bardzo wysoko oceniają Jarosława Kaczyńskiego i uważają go za „najsilniejszą osobę w polskiej polityce”. Mogliśmy się o tym przekonać w czasie wywiadu „gwiazdy” polskiego dziennikarstwa Tomasza Lisa z Jarosławem Kaczyńskim. Prezes Kaczyński swoją wiedzą, kompetencją, spokojem, logiką wypowiedzi, spójną wizją Polski, patriotyzmem i… uśmiechem wpędził Lisa do nory, z której znany dziennikarz tylko się odszczekiwał i czasami wyskakiwał, aby ugryźć, ale bezskutecznie.

Taki zamęt można wprowadzić także w dziedzinie moralnej. I tak łatwo wtedy pogubić się w ocenach moralnych.  Dlatego potrzebujemy dystansu od tego zgiełku, aby w bliskości Boga usłyszeć glos swego sumienia (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

WSZYSTKO W RĘKU BOGA

Szczególnie w czasie wyborów członkowie partii, których ideologia nie ma nic wspólnego lub jest przeciwna moralności chrześcijańskiej, zarzucają Kościołowi, że miesza się do polityki. Pragnęliby oni wymazać odniesienia religijne z dysput publicznych i zamknąć religię w przysłowiowej zakrystii. W swej argumentacji odwołują się do zasady rozdziału Kościoła od państwa, który to rozdział według nich można wydedukować ze słów Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: „Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga”. Oczywiście Kościół nie może funkcjonować jako jedna z partii politycznych, a to i z tego względu, że jego zasadniczą misją jest głoszenie Królestwa Bożego. Ale to nie znaczy, że wierzący, kierując się zasadami chrześcijańskiej moralności, nie mają prawa kształtowania rzeczywistości społecznej, politycznej według tych zasad. Wręcz przeciwnie, w swoich wyborach politycznych, każdy chrześcijanin powinien kierować się wartościami chrześcijańskimi. Gdyby wierzący zadał mi pytanie czy ma głosować na Mali-nowskiego, czy Kowalskiego, McCaina, czy Obamę, z pewnością nie wskazałbym na konkretną osobę, ale poradziłbym aby głosować na tego, który mając rozeznanie w sprawach ekonomicznych i społecznych najskuteczniej będzie prowadził nas do Królestwa Bożego i wspierał tych, którzy chcą budować Boże królestwo sprawiedliwości i miłości. Aby sprostać temu zadaniu, każdy indywidualnie powinien podjąć trud zgłębienia nauki Ewangelii oraz dokładnego poznania poglądów kandydata na urząd. Jest to konieczne, aby nie stać się kukiełką wyborczą pociąganą sznureczkami przez różnego rodzaju propagandzistów.

Spojrzenie na świat przez pryzmat dzielący rzeczywistość na sprawy ludzkie i boże jest poprawne tylko do pewnych granic, bo ostatecznie cały świat jest w ręku Boga, wszystko należy do Niego. On w realizacji planów zbawienia posługuje się nawet pogańskimi władcami. Pisze o tym prorok Izajasz w pierwszym czytaniu. „To mówi Pan o swym pomazańcu Cyrusie: Ja mocno ująłem go za prawicę, aby ujarzmić przed nim narody i królom odpiąć broń od pasa, aby otworzyć przed nim podwoje, żeby się bramy nie zatrzasnęły. Z powodu sługi mego Jakuba, Izraela, mojego wybrańca, nazwałem ciebie twoim imieniem, pełnym zaszczytu, chociaż Mnie nie znałeś”. Król Persji, Cyrus II Wielki, zwany także Starszym w roku po zdobyciu Babilonu zezwolił na powrót do swojej ojczyzny i odbudowę Jerozolimy, a także Świątyni Jerozolimskiej. To do niego Bóg powiedział przez proroka Izajasza: „Przypaszę ci broń, chociaż Mnie nie znałeś, aby wiedziano od wschodu słońca aż do zachodu, że beze Mnie nie ma niczego”.

A zatem wszystko swej najgłębszej istocie jest zanurzone w Bogu, który wszystkim kieruje. Jednak człowiek zapomina nieraz o tym i pragnie wszystko zawłaszczyć dla siebie. Czasami jesteśmy świadkami zabawnych historii podobnych do tej, jak przydarzyła się zasłużonym dla ludzkości braciom, którzy pierwsi wznieśli się w powietrze na zbudowanym przez siebie samolocie. Otóż pewnego dnia bracia Wilbur i Orville Wright pracowali w swoim warsztacie. Nagle Wilbur zobaczył coś intrygującego na zewnątrz. Podszedł do okna, aby lepiej przyjrzeć się temu. Następnie wybiegł na zewnątrz i zaczął wołać: „Orville! Chodź tutaj! Patrz, jakiś inny lotnik wykorzystał nasz patent”. Orville wybiegł na zewnątrz i zaczął się wpatrywać w latający obiekt. „Masz rację. Taki jak nasz dwupłatowiec i stery takie same- potwierdził spostrzeżenia brata. „Dzwoń po policję. A ja biegnę do sędziego, aby natychmiast wydał zakaz. Ten pilot nie może robić tego legalnie” – zawołał Wilbur. Ale Orville, który zaczął obserwować przez lornetkę latający obiekt uspokajał swego brata: ,,Wilbur zaczekaj. Nie idź do sędziego. To jest kaczka”.

Ta groteskowa forma zawłaszczania przez człowieka tego, co do niego nie należy w życiu społecznym przybiera nieraz bardzo niebezpieczne formy. I tak niektórzy starożytni władcy żądali dla siebie czci boskiej. Cesarze rzymscy wyznaczali sobie miejsce w panteonie bożków pogańskich. Było to częściowe przywłaszczanie sobie tego co boskie. W dzisiejszych czasach to przywłaszczanie przybiera nieraz formę całkowitego wyparcia Boga i zajęcia Jego miejsca przez człowieka. Słyszałem kiedyś o zdarzeniu, które miało miejsce w szkole na terenie Związku Sowieckiego. Po-Mysłowy nauczyciel w taki oto sposób chciał przekonać dzieci, że nie ma Boga, że Bogiem dla nich jest Stalin. Polecił uczniom, aby się modlili do Boga o cukierki. Mimo natarczywości ich próśb niebo było głuche na to wołanie. Wtedy nauczyciel powiedział, aby poprosiły Stalina. Po pierwszym wezwaniu z sufitu sypnęły się cukierki. I to był koronny argument, że Boga nie ma, ale jest Stalin, który jak Bóg może spełniać ich życzenia i zbudować dla nich raj na ziemi. Nie dziwimy się dzieciom, że dały się nabrać, bo przecież prawie cały naród sowiecki kupił to kłamstwo. Każdy z nas wie, jak wyglądał sowiecki raj na ziemi, gdzie przywódcy usuwając Boga z życia postawili się na ich miejsce. Byt to świat opisany przez Sołżenicyna w „Archipelagu Gułag” i wielu innych książkach oraz tragicznych wspomnieniach zapisanych w sercach milionów ludzi.

Jak już wspomniałem, w pewnych granicach możemy mówić o rzeczywistości przynależącej do Boga oraz człowieka. Człowiek w świecie stworzonym przez Boga został obdarowany przez Niego pewną autonomią jego urządzania. Aby jednak te dwie rzeczywistości harmonijnie współgrały ze sobą muszą być zachowane pewne zasady, które Chrystus ujmuje w stwierdzeniu: „Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga”. Wypowiedź ta została sprowokowana przez faryzeuszy, którzy szukali różnych okazji, aby przyłapać Jezusa na jakimś słowie i wykorzystać to przeciw Niemu. Zadali zatem Jezusowi pytanie: „Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie?” Zaiste było to pytanie godne faryzejskiej przewrotności. Jeśli Jezus odpowie, że nie należy płacić podatków, to można będzie Go oskarżyć przed władzą rzymską, że buntuje lud i nie każe płacić podatków. Jeśli zaś powie, że należy płacić podatki, wtedy można Go skompromitować przed rodakami, mówiąc, że każe płacić podatki rzymskiemu okupantowi. Odpowiedź Chrystusa zamknęła usta faryzeuszom. Żałośnie wyglądali z pustą siecią zarzuconą na Jezusa. Chrystus niejako zostawia sprawę do rozstrzygnięcia we własnym sumieniu.

Żyjemy w społeczności państwowej, wobec której mamy pewne zobowiązania, w tym także płacenie podatków. W oparciu o prawo boże, prawidłowo uformowane sumienie ma rozstrzygać, co należy do Boga, a co do cezara. Ono też ostrzega nas przed sięganiem „cezara” po to, co boskie. Na przykład prawo państwowe pozwalające na aborcję i eutanazję jest sięganiem po to co boskie, ponieważ nasze życie należy do Boga i tylko On może decydować o nim. Sięga po boskie ten, kto zmusza swoich pracowników do łamania przykazania: „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił”. Niektórzy starają się swoje życie poukładać w myśl powiedzenia: „Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek”. Jest to akrobacja życiowa, która kończy się zawsze bolesnym upadkiem.

Na koniec chcę dodać, że to nie naciski zewnętrzne są najczęstszym powodem łamania zasady, co boskie, Bogu, co cesarskie, cesarzowi, ale wewnętrzne rozstrzygnięcia naszego sumienia. Np. nikt nas nie zmusza, nawet sytuacja życiowa, a my zamiast świętować dzień święty wybieramy pracę albo spędzamy cały dzień w świątyni, jaką dla wielu ludzi są supermarkety. Takie przykłady można mnożyć. Tu warto także sobie uświadomić, że wszystko ofiarowane Bogu wraca do nas. Niedziela poświęcona Bogu sprawia, że mamy więcej czasu dla rodziny, bliźniego, na zregenerowanie sił, pogłębienia wiary i wiedzy. I to jest nasz zysk. Podobnie modlitwa, czas poświęcony Bogu owocuje mądrością otrzymaną z nieba, wewnętrznym umocnieniem, pokojem. I to także jest zysk nawet w rzeczywistości przynależącej do „cezara” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

BŁOGOSŁAWIONY WŁADYSŁAW FINDYSZ

Stosując pewne uproszenia możemy powiedzieć, że w naszym codziennym życiu podlegamy władzy Bożej oraz władzy świeckiej. Stąd też nasze obowiązki możemy podzielić na obowiązki wobec Boga i władzy świeckiej. Mamy oddać „Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga”. Społeczeństwo może funkcjonować harmonijnie, a człowiek w pełni się rozwijać w wymiarze duchowym i materialnym, gdy jest zachowywana ta zasada. W przeciwnym razie powstają patologie społeczne, a człowiek ma ograniczone możliwości rozwoju. Taką patologią są wszystkie systemy totalitarne. Wielu z nas ma w pamięci totalitaryzm w wydaniu komunistycznym. Władza komunistyczna, redukując człowieka do wymiaru materialnego usiłowała go całkowicie podporządkować swoim ludzkim, a raczej nieludzkim prawom. W komunistycznej rzeczywistości nie zabrakło ludzi, którzy narażając swoje życie oddawali „Bogu to, co należy do Boga” i walczyli o to prawo dla innych. Wśród nich znajduje się błogosławiony ks. Władysław Findysz.

Władysław Findysz przyszedł na świat 13 grudnia 1907 roku w Krościenku Niżnym koło Krosna w wielodzietnej rodzinie chłopskiej, która z wielką pieczołowitością pielęgnowała takie wartości jak wiara, patriotyzm, pracowitość, poszanowanie drugiego człowieka. Władysław dosyć wcześnie zetknął z bolesną rzeczywistością śmierci. Gdy miał niespełna pięć lat zmarła mu matka. Ojciec w niedługim czasie ożenił się powtórnie. Z drugiego małżeństwa narodziło się pięcioro dzieci. W sumie Władysław miał dziewięcioro rodzeństwa. Czworo z nich zmarło w okresie dzieciństwa. Zapewne te przeżycia, głęboka religijność oraz ciężka praca w gospodarstwie zahartowały go i uczyniły go wewnętrznie silnym, konsekwentnym, upartym i odważnym.

Władysław rozpoczął edukację w elementarnej szkole, prowadzonej przez Siostry Felicjanki. Łączyły one wysoki poziom nauczania z solidnym wychowaniem religijnym i patriotycznym. Ostatni rok nauki przebiegał w cieniu wielkich wydarzeń historycznych, jakimi było zakończenie I Wojny Światowej i uzyskiwania przez Polskę niepodległości. Miało to duży wpływ na postawę patriotyczną młodego chłopca. Po wojnie, Władysław kontynuował naukę w Państwowej Szkole Realnej a później w Gimnazjum im. Mikołaja Kopernika w Krośnie, gdzie zwracano uwagę na formację religijną i moralną, uważając, że jest to konieczne w wychowaniu wzorowego obywatela i dobrego syna Ojczyzny. Po zdaniu egzaminów maturalnych, w roku 1927 Władysław był pewien swego kapłańskiego powołania. Dużą rolę w podjęciu ostatecznej decyzji odegrali duszpasterze, z którymi miał kontakt, jak też wcześniejsza decyzja rodzonej siostry Heleny, która w 1922 r. wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi. Do kapłaństwa, Władysław przygotowywał się w Seminarium Duchownym w Przemyślu. Święcenia kapłańskie przyjął 19 czerwca 1932 roku.

Młody kapłan został posłany przez biskupa do parafii pw. św. Barbary w Borysławiu. Praca na tej placówce była trudna nie tylko ze względu na ogromną jej rozległość, ale także ze względu na różnorodność wyznaniową. W roku 1935 liczyła ona 20 582 łacinników, 12 900 grekokatolików, 12 342 Żydów oraz 437 innowierców. Po trzech latach bardzo owocnej pracy ks. Władysław został skierowany do liczącego 30 tys. mieszkańców Drohobyczowa, z czego Polacy wyznania rzymsko-katolickiego stanowili mniejszość. Ks. Findysz podjął z zapałem nowe wyzwanie duszpasterskie. Pod względem moralnym wymagał wiele od siebie, ale też i od innych i to stało się między innymi powodem konfliktu z proboszczem. Otóż ks. Władysław upomniał krewniaków swego proboszcza, że łamią przepisy kościelne. Na co ks. proboszcz wniósł do Kurii Biskupiej w Przemyślu prośbę o przeniesienie ks. Findysza, zarzucając mu nieposłuszeństwo. Po rozpoznaniu sprawy nie stwierdzono nieposłuszeństwa wikariusza, ale ze względu niedogodność sytuacji ks. Findysz został przeniesiony do Strzyżowa.

Ks. Władysław z nową gorliwością zabrał się do pracy duszpasterskiej. Ale i tutaj bezkompromisowa postawa ks. Findysza w obronie zasad moralnych i praw Kościoła stała się powodem nieporozumień, tym razem z dyrektorem Gimnazjum i Liceum. Ks. Findysz domagał się, zgodnie ze swoją misją, wpływu na moralne wychowanie młodzieży, co nie było po myśli dyrektora szkoły. Wobec tego, ks. Findysz widząc, że sytuacja się pogarsza, dla dobra sprawy poprosił biskupa o zwolnienie z obowiązków katechety licealnego. W uzasadnieniu prośby napisał, że kompromis z dyrektorem jest niemożliwy, „bo musiałby dokonać się kosztem zasad, czego mi zrobić nie było wolno nawet za cenę lepszych warunków materialnych, czy znośniejszego współżycia”. Rezygnacja została przyjęta.

Wraz z wybuchem II Wojny Światowej rozpoczął się dla ks. Władysława jeden z trudniejszych okresów w pracy duszpasterskiej. 11 września 1939 r. zmarł proboszcz i ks. Findysz został tymczasowym rządcą parafii. Spadła na jego głowę administracja parafią oraz pomoc duchowa i materialna ludziom dotkniętym wojną. W niespełna rok później wyznaczono nowego proboszcza, a ks. Władysława przeniesiono do Jasła. Ks. Władysław nie akceptował ograniczeń duszpasterskich, jakie narzucili okupanci, na ile było to możliwe starał się jak najlepiej służyć wiernym. Pod pseudonimem „Władek” działał jako kapelan w polskim ruchu oporu. 8 lipca 1941 ks. Findysz otrzymał nominację na proboszcza parafii w Żmigrodzie Nowym. Wraz ze swymi parafianami doświadczał w całej pełni okropności okupacji. Pod koniec wojny wraz z większością swoich parafian został wysiedlony. Po przejściu frontu, w dniu 23 stycznia 1945 r., ks. Findysz wrócił do zrujnowanej parafii. Trzeba było niemal od nowa organizować wszelkie formy życia parafialnego. O wiele gorsze od strat materialnych było jednak spustoszenie moralne. W „Kronice Parafialnej” ks. Findysz napisał: „Naród dziwnie zdziczał, kradzież na porządku dziennym, spowiedzi bardzo mało, chociaż na nabożeństwach stosunkowo dużo ludzi”.

Ks. Władysław zabrał się gorliwie do pracy nad odnową religijną i moralną swoich parafian. Organizował także pomoc materialną dla poszkodowanych, włączył się w odbudowę miasta. Pomocą obejmował wszystkich, bez względu na narodowość i wyznanie, dzięki czemu wiele rodzin łemkowskich uniknęło wysiedlenia w ramach tzw. akcji „Wisła”. W miarę jak władza komunistyczna umacniała się w Polsce, coraz bardziej wrogo odnosiła się do działalności duszpasterskie i społecznej ks. Władysława, której celem była nie tylko odbudowa kraju ze zniszczeń wojennych, ale przede wszystkim odnowienie wiary, praktyk religijnych oraz życia moralnego i sakramentalnego. Zaczęto inwigilować ks. Findysza  i prześladować. W materiałach Urzędu ds. Bezpieczeństwa Publicznego czytamy: „Ks. Findysz Władysław jako proboszcz w parafii Żmigród Nowy, podejrzany jest o rozsiewanie wrogiej propagandy wykorzystując do tego ambonę. Ponadto utrzymuje stosunki zażyłe z osobami o wrogim stosunku do Polski Ludowej. Niezależnie od tego przy wygłaszanych kazaniach wypowiada się, że kto weźmie ślub cywilny to odpadnie od kościoła [sic!] i będzie uważany jako samobójca”.

We wrześniu 1963 r. ks. Władysław przeszedł operację usunięcia tarczycy i czekał na kolejną operację nowotworu przełyku, zaplanowaną na grudzień. W czasie rekonwalescencji ks. Findysz powrócił do swojej parafii i mimo problemów zdrowotnych z pełnym poświęceniem kontynuował pracę duszpasterską. Napisał do swoich parafian ponad sto listów, w których zachęcał do odnowy życia religijnego: uczęszczania do kościoła, życia sakramentalnego, zerwania z pijaństwem oraz zaprzestania waśni rodzinnych i sąsiedzkich. Wysyłał także listy do małżeństw żyjących w związkach cywilnych, przypominając im o uregulowaniu tych spraw wobec Boga. Niektórzy z nich poczuli się tym urażeni i złożyli skargę do władz komunistycznych, że proboszcz zmusza ich do praktyk religijnych. 25 listopada 1963 r. ks. Findysz po przesłuchaniu w rzeszowskiej prokuraturze został uwięziony. W czasie pokazowego procesu zarzucono mu zmuszanie obywateli do praktyk i obrzędów religijnych. I za ten czyn skazano go na karę dwóch i pół roku więzienia.

Pierwsze miesiące kary ks. Findysz odbył w rzeszowskim więzieniu, a później został przeniesiony do Krakowa. Ks. Władysław wymagał natychmiastowego leczenia. Domagały się tego władze diecezji przemyskiej i adwokat. Ale komunistyczna prokuratura i sąd celowo zwlekły, aby uniemożliwić przeprowadzenie wcześniej zaplanowanej operacji nowotworu i leczenia. Postępująca choroba, znęcanie się fizyczne i psychiczne komunistycznych oprawców doprowadziły do skrajnego wyczerpania więźnia. I w takim stanie, 29 lutego 1964 roku ks. Władysław został warunkowo zwolniony z więzienia. Powrócił do Nowego Żmigrodu, jednak nie było już dla niego ratunku. Zmarł po kilku miesiącach, 21 sierpnia. Nikt nie miał wątpliwości, że został zamęczony przez komunistów.

Pogrzeb świętego kapłana zgromadził tysiące ludzi i stał się publicznym wyznaniem wiary i wyrazem sprzeciwu wobec bezprawia komunistów. Na grobie swego proboszcza parafianie umieścili motyw Jezusa Dobrego Pasterza. Ks. Władysław Findysz 19 czerwca 2005 roku został ogłoszony pierwszym polskim błogosławionym męczennikiem – ofiarą systemu komunistycznego (z książki Wypłynęli na głębię).

 

SUMIENIE W OBLICZU MONETY

Przed kilku laty uczestniczyłem w spotkaniu kapłańskim, na którym jeden z młodych wikariuszy mówił o swoich inicjatywach duszpasterskich, które nie podobały się jego proboszczowi. Poczynania młodego kapłana, według zgromadzonych były jak najbardziej słuszne, a jednak są pewne regulacje pracy duszpasterskiej, o czym przypomniał jeden z kapłanów, mówiąc, że to proboszcz decyduje o całokształcie duszpasterstwa w parafii. W wymiarze czysto ludzkim jest to jak najbardziej słuszne. Gdy zlekceważymy tę zasadę, to wtedy może się zrodzić wielkie zło. Pamiętam taką sytuację z moich rodzinnych stron. W sąsiedniej parafii, w Józefowie biłgorajskim doszło do konfliktu między proboszczem a wikariuszem. Zostali wciągnięci w to parafianie. Pewnego razu znalazłem się w tłumie skłóconych ludzi. Nigdy w życiu nie doświadczyłem tak skondensowanej wzajemnej nienawiści i wrogości wobec siebie jak wtedy. Bóg był na wargach tych ludzi, a diabeł chichotał w ich sercach. Owocem tego sporu był podział parafii. Oprócz rzymsko – katolickiej parafii powstała nowa polsko- katolicka. To co łączyło te wspólnoty to była wzajemna nienawiść i wrogość. Ten podział dotknął także rodziny, z moją włącznie.

Mając na uwadze te doświadczenia powiedziałem młodemu kapłanowi, aby wykonywał jak najlepiej swoją pracę w granicach wyznaczonych przez niezbyt rozsądnego szefa, ale powinien także napisać o tych problemach do biskupa, a nawet papieża, wtedy on będzie miał spokojne sumienie, że zrobił co do niego należało, a przełożeni gdy staną na sądzie ostatecznym nie będą mogli się tłumaczyć, że nie wiedzieli o złu, czy zaniedbanym przez nich dobru. Trzeba sobie uświadomić, że to nie przed biskupem, czy nawet papieżem, ale przed samym Bogiem i własnym sumieniem, którego miarą są boże przykazania musimy kiedyś zdać sprawę ze swego życia. Po tych słowach ktoś powiedział: „Nie można czekać sądu ostatecznego”. To prawda. Czekanie sądu ostatecznego, to ostateczność. Nieraz trzeba przeczekać, przecież ludzka władza trwa tylko chwilę. I tu wrócę do wcześniej wspomnianego Józefowa; skłóceni ze sobą proboszcz i wikariusz stanęli już na sądzie Bożym, a zło rozbicia dalej trwa. Nieraz jednak trzeba działać bez zwłoki, gdyż bezczynność może zaowocować jeszcze większym złem. Trzeba pójść za głosem sumienia, nie zważając na konsekwencje, tak jak w poniższej historii.

W dniu święta narodowego Austrii, 26 października 2007 roku, został beatyfikowany austriacki męczennik Franz Jägerstätter. Aktu beatyfikacji dokonał papież Benedykt XVI w Rzymie, w obecności dziewięćdziesięcioczteroletniej żony Franza i czterech córek. Żona niosąc złoty relikwiarz, zawierający fragment kości męża, ze łzami w oczach ucałowała go, a zgromadzeni mogli usłyszeć jej słowa: „Teraz on należy do nas wszystkich”. Franz Jägerstätter urodził się 20 maja 1907 roku w Sankt Radegund w Austrii. Młody chłopiec był wychowywany przez babcię, kobietę głębokiej wiary i prostej pobożności. W 1936 roku Franz poślubił równie pobożną Franziskę. Małżeństwo było niezwykle szczęśliwe. Franziska pisała: „Byliśmy jednym z najszczęśliwszych małżeństw w parafii – wielu ludzi nam zazdrościło”. Franz był oddanym mężem i czułym ojcem.

11 marca 1938 roku wojska Adolfa Hitlera przekroczyły granicę i zaanektowały Austrię. Miesiąc później Austriacy udali się do urn wyborczych i niemal jednogłośnie zaaprobowali aneksję. W Sankt Radegund, Jägerstätter był jedynym, który głosował przeciw. Smuciło go to, że jego współbracia katolicy – w tym większość kleru – nie usłuchała wcześniejszych ostrzeżeń płynących od takich ówczesnych proroków, jak biskup Johannes Gfollner z Linzu, który głosił, że niemożliwe jest bycie zarazem dobrym katolikiem i hitlerowcem. Przez taką postawę Frantz narażał siebie i swoją rodzinę. Prosił zatem kapłanów i biskupów o radę, co ma robić. A oni przypominali mu o obowiązkach względem rodziny, a nawet ojczyzny. A Franz bardziej słuchał własnego sumienia aniżeli ich. Mówił: „Nie wierzę, że człowiek ma prawo obrażać Boga tylko dlatego, że ma żonę i dzieci”. Odrzucał także argumenty, że to rządzący ponoszą odpowiedzialność za swoje decyzje, a nie zwyczajni obywatele. Tak tłumaczyło się wielu zbrodniarzy hitlerowskich w czasie procesu norymberskiego.

Pierwszego marca 1943 roku Franz został powołany do armii hitlerowskiej. Odmówił złożenia przysięgi wojskowej, która brzmiała: „Składam wobec Boga tę świętą przysięgę iż wodzowi Niemieckiej Rzeszy i Narodu Adolfowi Hitlerowi, naczelnemu dowódcy sił zbrojnych, bezwzględnie będę posłuszny i jako dzielny żołnierz gotowy będę za tę przysięgę w każdej chwili życie swoje poświęcić”. Zapewne, odmawiając przysięgi wspinał swój sen z roku 1938, w którym zobaczył „lśniący pociąg okrążający górę” oraz ludzi usiłujących dostać się do środka. I wtedy usłyszał ostrzeżenie: „Ten pociąg zmierza do piekła”. Wiemy, że pociąg nazizmu był pociągiem do piekła. Wcześniej proponowano Franzowi alternatywną służbę w oddziałach sanitarnych, powołując się na jego odpowiedzialność za losy żony i małych córeczek. Jägerstätter nie poszedł na żaden kompromis, argumentując, że wierność Bogu wyklucza jakąkolwiek możliwość jego współpracy z hitlerowskim reżimem. Za tę odmowę osadzono Franza najpierw w więzienia Wehrmachtu, znajdującego w Linzu, potem przewieziono go do więzienia w Berlinie. Przebywał tam pięć miesięcy. Kilka godzin przed wykonaniem wyroku w liście do żony napisał: „Oby Bóg mógł przyjąć dar mojego życia jako ofiarę przebłagalną nie tylko za moje grzechy, ale także za grzechy innych”. Kończąc swój list podkreślił: „Kochajmy naszych nieprzyjaciół, błogosławmy tych, którzy nas przeklinają, módlmy się za tych, którzy nas prześladują. Albowiem miłość zatriumfuje i będzie trwała przez całą wieczność. Szczęśliwi ci, którzy żyją i umierają w miłości Boga”. Dziewiątego sierpnia 1943 roku został ścięty.

Franz oddał swoje życie będąc wiernym słowom Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: „Oddajcie więc cezarowi to, co należy do cezara, a Bogu to, co należy do Boga”. Jezus wypowiedział te słowa, gdy faryzeusze zastawili na Niego misternie uknutą zasadzkę. Była to bardzo niebezpieczna prowokacja, gdyż dotyczyła relacji religia – polityka. Zapytali Go: „Czy wolno płacić podatek cezarowi, czy nie?”. Jeżeli Jezus odpowie pozytywnie, poprze znienawidzonego wroga i narazi się swoim współziomkom, jeśli zaś negatywnie, wystąpi przeciw władzy. Prowokatorzy prawdopodobnie byli pewni, że Jezus udzieli negatywnej odpowiedzi, popierając tym samym walczących o wolność Żydów. Jezus, mając naturę Bosko-ludzką, nie dał się wciągnąć w intrygę polityczną. Jego odpowiedź jest jasna: „Oddajcie Cezarowi, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga”. Jezus rozdziela religię od polityki, ale nie na zasadzie przeciwieństw: wróg-przyjaciel. Religia i polityka są odrębnymi rzeczywistościami, ale są także powiązane ze sobą. Potrzebujemy zatem zdolności rozróżniania pomiędzy tym, co światowe, a tym, co Boskie, pomiędzy tym co należy do Boga, a co należy do cezara. Tę zdolność zdobywamy przez właściwie uformowane, zgodne z przykazaniami Bożymi sumienie. A św. Paweł w zacytowanym na wstępie Liście do Tesaloniczan wskazuje na modlitwę, która jest nie tylko uwielbieniem Boga, ale także zdobywaniem mądrości, której źródłem jest sam Bóg, Stwórca świata zarówno materialnego jak i duchowego: „Zawsze dziękujemy Bogu za was wszystkich, wspominając o was nieustannie w naszych modlitwach, pomni przed Bogiem i Ojcem naszym na wasze dzieło wiary, na trud miłości i na wytrwałą nadzieję w Panu naszym, Jezusie Chrystusie.” (Kurier Plus, 2020).

 

POWINNOŚĆ WOBEC BOGA I PAŃSTWA

Okres, kiedy to kardynał Karol Wojtyła był biskupem Krakowa możne być wymowną ilustracją dzisiejszej Ewangelii. W tym to czasie bardzo często dochodziło do sytuacji, kiedy to władza komunistyczna sięgała po to co należy do Boga. Ks. Marecki pisał: „Wojtyła jako biskup nie miał oporów przed spotkaniami z przedstawicielami władz, wręcz zabiegał o to. Swoje racje wyjaśniał spokojnie, bez krzyków i pyskówek, dowodząc, że ludzie wierzący mają swoje prawa, które nabyli przez tysiąc lat, więc nie można Kościołowi np. zabronić budowania świątyń czy organizowania procesji”. Komuniści od lat 50 utrudniali organizowanie w Krakowie procesji Bożego Ciała z Wawelu na Rynek. W liście do prezydenta Krakowa z 1974 r. kardynał Wojtyła tak pisał: „Odmowa tradycyjnej procesji jest przez społeczeństwo rozumiana jako wyraźna dyskryminacja wierzących obywateli naszego Miasta, jako systematyczne okazywanie, że są oni obywatelami drugiej kategorii. Nawet hodowcy psów mogli odbyć swój pochód po Rynku Głównym”. Ks. Marecki dodaje: „Nie wypowiadał się publicznie o jego złu. Ale kiedy powtarzano w kółko w radiu i telewizji, że komunizm jest jedyną słuszną drogą, to on z ambony stawiał pytanie: kto człowiekowi daje szczęście? Tylko Bóg. Jego polemika z tezami marksistów polegała na dawaniu przeciwwagi. Dawał antidotum na truciznę komunizmu i w ten sposób zabierał systemowi ludzi”.

16 października 1978 r. wieczorem w mieszkaniu Edwarda Gierka odezwał się telefon. Dzwonił jego zastępca, Stanisław Kania, który właśnie przeczytał depeszę Reutera o wyniku konklawe. „O rany boskie!” – wyrwało się pierwszemu sekretarzowi KC PZPR. Obawy Gierka był uzasadnione. Z pozycji Watykanu kardynał Wojtyła jako papież mógł skuteczniej głosić Ewangelię w tym także naukę o powinności wobec Boga i cezara, z czym miała wyraźny problem władza komunistyczna. Z historii dobrze wiemy, że władza komunistyczna czy jakaś inna sięgała po to co boskie. Siebie stawiali na miejscu Boga, ustanawiając swoje prawa stojące w opozycji do bożych. Ot chociażby prawo aborcji czy eutanazji.  Władza komunistyczna, która przez lata walczyła z Kościołem w Polsce i robiła wszystko, aby go sobie podporządkować, otrzymała w 1978 roku niespodziewany cios. Na tronie Stolicy Apostolskiej zasiadł Polak, który dla PZPR okazał się nie lada problemem, dla społeczeństwa zaś ogromnym wsparciem.

Wieczór 16 października 1978 roku zapewne każdy z nas pamięta. W trzecim dniu konklawe, kardynał Karol Wojtyła został wybrany na papieża. Po godz. 19 papież Jan Paweł II wyszedł na balkon i wygłosił pierwsze przemówienie do wiwatujących tłumów, którym był niemal całkowicie nieznany. Powiedział między innymi: „Najdostojniejsi kardynałowie powołali nowego biskupa Rzymu. Powołali go z dalekiego kraju, z dalekiego, lecz zawsze tak bliskiego przez łączność w wierze i tradycji chrześcijańskiej”. Zaś w słynnej homilii wygłoszonej w czasie Mszy św. inauguracyjnej 22 października 1978 r. powiedział: „Nie lękajcie się! Otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi! Otwórzcie drzwi jego zbawczej władzy, otwórzcie jej granice państw, systemy ekonomiczne i polityczne, szerokie obszary kultury, cywilizacji i rozwoju. Nie lękajcie się!”.

10 lat później, 22 października 2017 papież wygłosił homilię na temat Ewangelii, którą słyszymy w czasie dzisiejszej niedzieli. Wysłuchajmy kilku fragmentów z tej homilii: „Wzmianka o wizerunku cezara wyrytym na monecie mówi, że mamy prawo czuć się w pełni obywatelami państwa — z prawami i obowiązkami; ale symbolicznie skłania do zastanowienia się nad innym obrazem, który jest odciśnięty w każdym człowieku: obrazem Boga. On jest Panem wszystkiego, a my, którzy zostaliśmy stworzeni ‘na Jego obraz’, należymy przede wszystkim do Niego. Jezus wykorzystuje pytanie zadane Mu przez faryzeuszy do postawienia pytania bardziej radykalnego i podstawowego dla każdego z nas — pytania, które możemy sobie zadać: do kogo należę? Do rodziny, miasta, przyjaciół, szkoły, pracy, polityki, państwa? Tak, oczywiście. Ale przede wszystkim — przypomina nam Jezus — należysz do Boga. To jest przynależność fundamentalna. To On dał ci to wszystko, czym jesteś i co masz. Zatem możemy i powinniśmy przeżywać nasze życie dzień po dniu, uznając tę naszą podstawową przynależność i z wdzięcznością serca wobec naszego Ojca, który stwarza każdego z nas osobno, niepowtarzalnych, ale zawsze na podobieństwo swego umiłowanego Syna, Jezusa. Jest to wspaniała tajemnica”.

W czasach Jezusa istniał regularny podatki, które ściągał rzymski okupant. Był on płacony częściowo w naturze, a częściowo w ekwiwalencie pieniężnym. Jeśli Jezus powiedziałby, że nie trzeba płacić tych podatków, wtedy faryzeusze donieśliby władzy rzymskiej, że jest On rewolucjonistą lub powstańcem. A to groziło więzieniem lub śmiercią. Jezus nie tylko uniknął tej pułapki, ale dał pozytywy wykład nauki o naszej podwójnej przynależności do świata materialnego i świata duchowego. Jesteśmy obywatelami dwóch światów – świata, który widzimy, i świata niewidzialnego. Wobec tych światów mamy określone obowiązki. Nasze obowiązki wobec cezara obejmują nie tylko to, co jesteśmy winni rządowi, takie jak płacenie podatków i lojalność, ale także to, co jesteśmy winni innym. Należą do nich: dbanie o zdrowie, edukacja, dawanie czasu na wypoczynek i relaks, zwłaszcza robotników. Chrześcijanin, z racji tego, że jest chrześcijaninem, musi być odpowiedzialnym obywatelem własnego kraju, to znaczy, jeśli nie jest dobrym obywatelem, nie wypełniasz również swojego chrześcijańskiego obowiązku.

Rozważania zakończę bardzo osobistym akcentem. 18 października rano usłyszałem w słuchawce słowa: „Szykuj się do drogi, Mama zmarła”. Tego samego dnia znalazłem się w samolocie lecącym do Warszawy. Czas wspomnień. Każde wspomnienie o Mamie spada kropelkami łez. Poprzez te kropelki staram się odkrywać nową jej obecność przy mnie. Mam pewność, że jest obecna wśród żywych mocą Miłości ocalającej nas od śmierci. Pamiętam, jak zabierała nas – mnie, brata i siostrę – do parafialnego kościoła w Majdanie Sopockim. Prawie cztery kilometry piaszczystej drogi. Nieraz dziecięce nogi nie wytrzymywały tego trudu, wtedy Mama brała nas na ręce. Skąd było w niej tyle siły? Pracowała bardzo ciężko, zawsze była zajęta jakąś pracą. Wstawała przed wschodem słońca i pracowała jeszcze po jego zachodzie, szyjąc wieczorami ubrania dla nas czy robiąc swetry na drutach. Chciała, aby nam niczego nie brakowało. W tym zapracowaniu nigdy nie traciła radości i Boga sprzed oczu.

Wpatrując się w rozgwieżdżone niebo za oknem samolotu wspominam pobyt Mamy w Nowym Jorku i nasze wspólne przygotowanie do pielgrzymki do Ziemi Świętej w Roku Jubileuszowym, na którą już nie zdążyła pojechać. W ostatnich latach przed śmiercią Mama miała więcej czasu na podróże. Wcześniej przez długie lata pielęgnowała swojego chorego tatę, a później swojego męża. Chciałem to wszystko jej wynagrodzić, ale ta moja nagroda jest niczym w porównaniu z nagrodą, jaką Bóg dla niej przygotował. Ta wiara rodzi się także z tego, że Mama potrafiła umiejętnie oddawać Bogu to co należy do Boga, nie zaniedbując przy tym swojej powinności wobec „cezara” (Kurier Plus, 2020).

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *