29 paź

31 niedziela zwykła Rok A

 

W ZWIERCIADLE BOŻEJ PRAWDY.  

Jezus przemówił do tłumów i do swych uczniów tymi słowami: „Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów. Lubią zaszczytne miejsce na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi. Otóż wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus. Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony” (Mt 23,1-12).

Czytając pamiętnik więźnia obozu koncentracyjnego zapamiętałem epizod, który miał miejsce tuż po jego uwolnieniu. Otóż więzień ów znalazł się ze swoimi towarzyszami niedoli w pięknym dużym salonie, którego jedna ściana była wyłożona lustrami. Wszyscy z zaciekawieniem patrzyli w lustro. Więzień opisujący to wydarzenie był zaskoczony. Co się dzieje? Widzi w lustrze innych więźniów, tylko nie widzi siebie samego. Ale to nie możliwe. W lustrze musi być także moje odbicie- wspomina. Celem sprawdzenia, wykonuje ruchy ręką, nogą, głową. Postać w lustrze zachowuje się tak samo. Teraz był pewien, że to jego odbicie. Przeraził się swoim wyglądem. Od ponad dwóch lat nie miał okazji spojrzeć w lustro. W jego wyobraźni tkwił obraz jego samego z okresu wolności, stąd też nie rozpoznawał samego siebie.

Lustro mówi prawdę o naszym wyglądzie zewnętrznym. Koryguje nasze błędne wyobrażenia o nas samych. Jest ono w swoim osądzie bezlitosne, ale dzięki temu człowiek ma szansę poznać prawdę o sobie i poprawić swój wygląd. Przypominam sobie jedną panią, której makijaż oka spływał czarną strugą po policzku. Jej znajomi spoglądali na nią, uśmiechali się, ale nikt jej o tym nie powiedział. Dopiero, gdy wróciła do domu i spojrzała w lustro, wtedy zrozumiała powód uśmiechów znajomych. Miała cichy żal do nich, że nikt jej nie zwrócił uwagi. Prawda o naszym wyglądzie zewnętrznym jest potrzebna, lecz potrzebniejsza jest prawda o naszym duchowym wyglądzie. Mówi o tym także polskie porzekadło: „Uroda przemija, głupota zostaje”. A zatem więcej trzeba poświęcić troski temu, co nie przemija.

Duchowy wymiar człowieka, dusza ludzka jest nieśmiertelna, a zatem troska o jej wygląd jest najważniejsza. Człowiek kryje nieraz przed innymi swoje wnętrze. Wie, że jego dusza nie jest taka, jaka powinna być. Zakłada różnego maski, które mają przykryć oszukańczym pięknem brzydotę duszy. Ileż to razy w życiu daliśmy się nabrać człowiekowi w masce, którego słowa słodkie jak miód okazały się palącym jadem. Przed laty spotkałem nadzwyczaj uprzejmego człowieka, który swoich zachowaniem, słowem sprawiał wrażenie najuczciwszego człowieka na świecie. Pośredniczył on w sprzedaży działek na Florydzie. Później okazało się, że był to zwyczajny oszust, który sprzedawał bagniste tereny, dobre tylko do zamieszkania aligatorów. Jeszcze gorzej się dzieje, gdy człowiek oszukuje samego siebie. Tworzy fałszywy obraz samego siebie i zaczyna w niego wierzyć. Czy jest takie lustro, w którym można się przejrzeć i zobaczyć jak wygląda nasza dusza?

Czy takim lustrem mogą być ludzkie opinie? Z pewnością nie. Człowiek, bardzo często osądza subiektywnie bliźniego i patrzy na niego przez pryzmat własnych interesów. Ludzkie opinie, ludzkie zwierciadło może być bardzo mylące. Stalin, wierząc swoim pochlebcom miałby prawo czuć się największym dobroczyńcą ludzkości, najlepszym człowieka, prawie świętym. A jednak, gdy go postawiono w świetle, lustrze prawa Bożego, to można było zobaczyć w nim jednego z największych zbrodniarzy świata. Tylko prawo Boże ukazuje obiektywny obraz człowieka. Gdy przed tym lustrem stanie ten, kto propaguje aborcję i eutanazję to na pewno zobaczy odbicie zbrodniarza, chociażby to czynił w majestacie zbrodniczego prawa państwowego. Dlatego zdeprawowany człowiek nie lubi spoglądać w to lustro, aby nie poraziła go własna nikczemność. Nie chce o nim słyszeć. Uważa za nietakt mówienie w towarzystwie o bożych przykazaniach. A gdy już nie ma wyboru i musi stanąć przed tym lustrem, to mówi, że jest to krzywe lustro i najlepiej byłoby go zniszczyć. Zniszczyć lustro bożej prawdy.

W dzisiejszych czasach czyni się to na różne sposoby. Może to przybierać formę walki z kościołem, który głosi prawdę bożą. W Stanach Zjednoczonych, niektóre środowiska czynią to przez wyśmiewanie nauk, instytucji i praktyk katolickich. Ted Turner w jednym z programów proaborcyjnych szydził z nauki katolickiej na ten temat, nazywając papieża Jana Pawła II „polskim wykrywaczem min”. Stacja ABC w audycji, “That’s Life” pozwoliła sobie na półgodzinne kpiny z krzyża, a w dramatycznej scenie ukrzyżowania wyeksponowała prezerwatywę. Podobnie w „Condom Communion Mass” grupa homoseksualistów przebrana za zakonnice profanowała i wyszydzała Eucharystię, największą świętość katolików. W ostatnim czasie Narodowa Fundacja Sztuki sponsorowała sztukę teatralną „Papież i czarownica”, która w niewybredny sposób wyśmiewa papieża, kapłanów i zakonnice. W masmediach dziennikarze, pisząc i mówiąc o ludziach, którzy się dopuścili zbrodni, przestępstwa dodają: „były ministrant”, „uczeń katolickiej szkoły”, „były ksiądz”. Nawet w jednej z polonijnych gazet, bodajże w ubiegłym roku jeden z dziennikarzy opublikował artykuł pod krzykliwym tytułem: „Katolicy i Polacy skatowali czarnego”. Katolickość i polskość do meritum sprawy w tym wypadku miały się jak pięść do nosa. Prawdopodobnie autorowi chodziło tylko o zdyskredytowanie Kościoła. Podobnie poprzez pochopne osądzanie i uogólnienie wykorzystuje się błędy duchownych. Nie tak dawno nagłośniono sprawę nieżyjącego już kard. Josepha Bernardina. Oskarżono go o seksualne wykorzystywanie nieletnich. Ta wiadomość podawana była wielkimi literami na pierwszych stronach gazet. Później okazało się, że były to fałszywe posądzenia. Opublikowano w prasie przeprosiny, ale bardzo małym drukiem. Jest to powtórzenie historii, o której mówi fragment Ewangelii zacytowany na wstępie.

W Chrystusie prawda Boża objawiła się najdoskonalej. Dlatego przeglądając się w Nim człowiek odnajduję najważniejszą prawdę o sobie. Do Jezusa przychodzili grzesznicy i celnicy. W Jego świetle odkrywali swoja grzeszność, widzieli jak bardzo wykoślawili obraz Boży w sobie, na podobieństwo, którego zostali stworzeni. W konsekwencji, zmieniali swoje życie i szli za Chrystusem. Do Jezusa przychodzili także faryzeusze, którzy się uważali za najuczciwszych, najpobożniejszych. Jednak w świetle Chrystusa okazywało się, że pobożność i prawość były tylko na pokaz. Nie chcieli uznać tej prawdy o sobie, dlatego Chrystus publicznie nazywa ich grobami pobielanymi, które na zewnątrz są piękne, ale wewnątrz pełne zgnilizny. Lecz faryzeusze tak bardzo byli zadufani w sobie, że woleli obwołać Chrystusa fałszywym prorokiem, krzywym lustrem, które trzeba odrzucić. Woleli zniszczyć lustro bożej prawdy, wołali; na krzyż z Nim. I tak, unikając poznania prawdy o sobie rozminęli się ze zbawiającym Bogiem (zksiążki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

PRECZ Z MASKAMI

Pan Zastępów mówi: „Ja jestem potężnym Królem, a imię moje będzie wzbudzać lęk między narodami. Teraz zaś do was, kapłani, odnosi się następujące polecenie: Jeśli nie usłuchacie i nie weźmiecie sobie do serca tego, że macie oddawać cześć mojemu imieniu, mówi Pan Zastępów, to rzucę na was przekleństwo.  Zboczyliście z drogi, wielu doprowadziliście do sprzeniewierzenia się Prawu, zerwaliście przymierze Lewiego, mówi Pan Zastępów. A przeto z mej woli jesteście lekceważeni i macie małe znaczenie wśród całego ludu, ponieważ nie trzymacie się moich dróg i stronniczo udzielacie pouczeń” (Ml 1,14b—2,2b.8-9).

Dzisiaj w kalendarzu liturgicznym Kościoła katolickiego wypada 31 niedziela zwykła. Tu w Ameryce, zbiega się ona często z obchodami Halloween. Dzieci, a czasami dorośli przebierają się w dziwaczne stroje i zakładają maski. Każdy udaje kogoś innego niż jest w rzeczywistości. Najczęściej przebierańcy mają odrażający wygląd. Najlepsza maska to taka, którą można najbardziej przestraszyć bliźniego. W czasie mojego pierwszego Halloween w Stanach Zjednoczonych naprawdę się przestraszyłem, gdy wieczorem, bez pukania, drzwi mojego pokoju otworzyła jakaś przerażająca diabelska postać. Szybko się jednak zorientowałem, że to przebrany mój współpracownik. Zwyczaj przebierania się w odrażające stroje wywodzi się z celtyckiego obrządku Samhain. Był to dzień pożegnania lata i powitania zimy, w którym to dniu wspominano zmarłych. Wierzono, że w tym czasie łatwiej duszom zmarłych, zarówno dobrym jak i złym dostać się do świata żywych. Czczono duchy przodków i zapraszano do domów, zaś dusze złe, zabłąkane starano się odpędzić, między innymi przez przebieranie się w dziwaczne stroje i nakładanie masek. Dzisiaj dla dzieci to tylko zabawa, trochę przygłupawa, ale zabawa.

Pałeczkę przebierania się, udawania kogoś innego niż się jest naprawdę, zakładania masek przejęli od dzieci dorośli. Tylko dla nich nie jest to zabawa, ale realne kreowanie rzeczywistości, sposób życia. Czasami widzę wymodelowane maski ludzi ubiegających się o jakieś odznaczenia, chociażby w dziedzinie aktywności polonijnej. Gdyby tak przeczytać opinię dla potrzeb odznaczanej osoby i porównać z realnie prowadzoną pracą polonijną, ale nie bankietową i paradową, to nieraz wydawałoby się, że jest tu mowa o dwóch różnych osobach. I tak pomyślałem, gdyby Kurier Plus ustanowił Superdiamentowy Order Supernajbardziej Zasłużonych dla Polonii, to wtedy przybyłoby uszczęśliwionych ludzi, a Kurier Plus, rozdając na lewo i prawo te odznaczenia może podreperowałby swój budżet. Bo już wyższego odznaczenie chyba nie można sobie wymyśleć. I tak przeszliśmy do świata groteski i absurdu, a właściwie tam zaprowadziło nas udawanie, hipokryzja. W świecie doczesnym udawanie, zakładanie masek, w pewnych okolicznych, na jakiś czas może przynosić wymierne korzyści, chociaż prawdę mówiąc zdarcie maski i odkrycie, że król jest nagi, to tylko kwestia czasu.

To, co funkcjonuje w świecie doczesnym, przynosząc nieraz ułomne korzyści, absolutnie nie sprawdza w sferze nadprzyrodzonej, w naszych relacjach z Bogiem. Z Biblii, historii i naszego codziennego życia wiemy, że i w tej sferze człowiek potrafi udawać i zakładać najprzeróżniejsze maski. Może po części udaje mu się wprowadzić bliźniego w błąd i oszukać, ale nie Boga. A przecież w życiu nasze relacje z Bogiem powinny zajmować najważniejsze miejsce. Ten problem jest tematem dzisiejszych czytań mszalnych.  W pierwszym z nich Bóg przez proroka Malachiasza kieruje ostre słowa do kapłanów, wzywając ich do opamiętania i nawrócenia. Prorok uzasadnia, dlaczego kapłani mają być święci i nienaganni. Ponieważ Bóg jest święty, jest królem budzącym uznanie wszystkich narodów, dlatego jego słudzy winni być nienaganni i strzec Jego prawa. Jest to obowiązek, który powinni sobie wziąć do serca. Winni się także nawrócić, bo zaniedbywanie obowiązków, złe ich wypełnianie sprawia, że kapłani są lekceważeni i spada ich autorytet i to jest powodem mniej skutecznego głoszenia słowa bożego. Niektórzy jednak ze sług bożych znaleźli i na to sposób. Bóg zszedł niejako na drugi plan, a dobre uczynki zaczęli wykonywali na pokaz, aby się ludziom przypodobać. Synonimem tego udawania stali się faryzeusze. W polskim języku do dziś określamy fałszywego człowieka faryzeusz.

W Ewangelii na niedzielę dzisiejszą Chrystus kieruje słowa do słuchaczy: „Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią”. Faryzeusze w oczach ludu chcieli uchodzić za pobożnych, mnożyli znaki zewnętrznej pobożności: „Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów. Lubią zaszczytne miejsce na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi”.  To udawanie, tak ich zaślepiło, że nawet nie zauważali, że Boga nie da się oszukać. Każdy kto usiłuje oszukać Boga oszukuje samego siebie. A jednak Chrystus mówi, aby lud ich słuchał. Mimo swej grzeszności przekazują słowo Boże. Niepoprawność sług świątyni nie może być usprawiedliwieniem mojego odstępstwa od Boga i złego postępowania. Bo za to trzeba będzie odpowiedzieć przed Bogiem, tak jak sługa świątyni odpowie za swoje postępowanie. Spotkałem kiedyś człowieka, który odwrócił się od Boga, bo został źle potraktowany przez księdza w konfesjonale.  Można usłyszeć wiele innych historii prawdziwych i wymyślonych o sługach ołtarza, którzy stali się powodem odejścia od Kościoła. Tu jednak warto dodać, że w znamienitej większości są to ludzie, którzy wcześniej roztrwonili swoją wiarę i zeszli na rozdroża moralne, a w przytaczaniu błędów fałszywych lub prawdziwych sług świątyni szukają usprawiedliwienia dla wcześniej podjętej decyzji.

Można pomyśleć, że historia opisana w Ewangelii, jak ulał pasuje do księży. Stają na ambonie i nauczają. Zajmuję najważniejsze miejsca w kościele. Wdziewają różne, coraz wymyślniejsze szaty liturgiczne. Każą się nazywać nauczycielami, ojcami. Chcą by ich pozdrawiano na ulicy. Jeden z pierwszych proboszczów w parafii św. Krzyża w Maspeth, potrafił na ulicy zdzielić batem swojego parafianina, który nie pozdrowił Pana Boga i pośrednio kapłana słowami: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Ale to już historia. Jednak myli się ten, kto sądzi, że opowieść ewangeliczna odnosi się do tylko do kapłanów. Przeanalizujmy ją w kontekście historycznym, przenosząc się do czasów Jezusa. Jezus kieruje te słowa do faryzeuszy, trzeba jednak pamiętać, że tylko nie liczni z tej grupy byli sługami świątyni, kapłanami. Używając dzisiejszego języka możemy powiedzieć, że większość z nich należała do laikatu, ludzi świeckich. Również słowa użyte przez Jezusa zostały użyte w innym kontekście znaczeniowym. Chrystus przestrzega przed używaniem słowa „ojciec”, „nauczyciel”, „mistrz” w znaczeniu absolutnym. Tylko Bóg jest Ojcem, stwórcą wszystkiego, początkiem wszelkiego bytu. Tylko Bóg jest nauczycielem, to znaczy jest źródłem ostatecznej prawdy. Tylko Bóg jest mistrzem, jest sama doskonałością. Człowiek o tyle może mieć tylko udział w tych tytułach na tyle na ile jest jasnym klarownym znakiem wskazującym na Boga, jako jedynego Ojca, Nauczyciela i Mistrza. Zarówno duchowny, jak i świecki, może „wyskakiwać” przed szereg i zasłaniać prawdziwego Boga. I przed tym przestrzega nas Chrystus (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

CZŁOWIEK Z TEGO I TAMTEGO ŚWIATA

Stanęliśmy pośród was pełni skromności, jak matka troskliwie opiekująca się swoimi dziećmi. Będąc tak pełni życzliwości dla was, chcieliśmy wam dać nie tylko Bożą Ewangelię, lecz nadto dusze nasze, tak bowiem staliście się nam drodzy. Pamiętacie przecież, bracia, naszą pracę i trud. Pracowaliśmy dniem i nocą, aby nikomu z was nie być ciężarem. Tak to wśród was głosiliśmy Ewangelię Bożą. Dlatego nieustannie dziękujemy Bogu, bo gdy przejęliście słowo Boże, usłyszane od nas, przyjęliście je nie jako słowo ludzkie, ale jako to, czym jest naprawdę – jako słowo Boga, który działa w was, wierzących (1 Tes 2, 7b-9. 13),

Po rozpadzie Związku Sowieckiego świat ujrzał tragiczny obraz Kościoła Katolickiego i innych wyznań; spalone i zniszczone świątynie, tysiące zamordowanych kapłanów i wiernych, a jeszcze więcej skazanych na sowieckie gułagi. Wydawało się, że chrześcijaństwo zostało wyrwane z korzeniami. Gdy jednak opadły komunistyczne okowy Kościół zaczął się błyskawicznie odradzać. A to dzięki niezłomnej wierze i męczeństwu kapłanów i wiernych. Bardzo często w tej wierze umacniały wiernych zdarzenia, które odczytywano jako znak z nieba. Jeden z takich znaków przytacza Teresa Siedlar- Kołyszko w książce „Byli, są. Czy będą…?” „Ale zanim Pani odejdzie, chciałbym Pani opowiedzieć o cudzie, jaki tu był. Pani widziała na zdjęciu figurę naszej Matki Bożej, otóż w 1958 roku, jak strzelali do naszego kościoła z drugiego brzegu Dźwiny, żeby kościół zawalić, to jeden obrał sobie za cel właśnie tę figurę i do niej celował z działa. Potem przeprawili się na nasz brzeg, żeby obejrzeć swoje dzieło i ocenić celność, oraz to, jak długo jeszcze trzeba się wstrzeliwać, żeby zburzyć świątynię całkiem i zrzucić lub rozstrzelać Matkę Bożą. Obejrzeli, podeliberowali, wsiedli w łódź i wracali, kiedy w biały i słoneczny dzień niebo rozświetliła dodatkowo błyskawica, strzelił piorun i zabił na łodzi jednego z Rosjan, specjalistę od figury Matki Bożej. O tym mówił mi batiuszka tutejszy, a ludzie też często wspominali, opowiadając ze szczegółami, pamiętają tego człowieka, pamiętają ten dzień, jakby to było wczoraj”.

Z pewnością takie znaki odgrywały ważną rolę w zachowaniu wiary, ale ważniejsze było świadectwo kapłanów i wiernych, którzy owiani duchem bożym nie wahali się oddać życia za wiarę. Dzisiaj, gdy kościół odradza się na terenach posowieckich nie brakuje kapłanów wielkich duchem, którzy dokonują cudów duszpasterskich. Ks. Aszkiełowicz, bo o nim mowa mówi o sobie i o innych kapłanach: „Nie możemy sobie pozwolić, na coś, co mogłoby dawać zły przykład, co byłoby niezgodne z powołaniem, służbą Bogu i ludziom”. A o swoim powołaniu mówi: „Urodziłem się w Wilnie w 1955 roku. Powołanie przyszło w wojsku sowieckim – trzysta kilometrów za Moskwą służyłem, niedaleko od Ostaszkowa, gdzie mordowano naszych oficerów. Wtedy tego nie wiedziałem. Służyłem na lotnisku. Takie całodobowe czuwanie. Miałem dużo czasu, bo nie służyłem w koszarach razem z wszystkimi. Korzystając z tego, czytałem książki. Zadecydował o decyzji kapłaństwa przypadek. Spacerowałem po pasie startowym wieczorem, to chyba było w święto Zesłania Ducha Świętego. I nagle poczułem, wyraźnie Zesłanie Ducha Świętego na mnie. Raptownie staje się człowiek bardzo pobożny. Ogarnęła mnie miłość do Pana Jezusa, do Boga, ogarnęła mnie radość i chęć modlenia się. Uklękałem, pamiętam, pełny księżyc był na niebie, ogarnęła mnie rzewność jakaś, zacząłem się modlić i zdałem sobie sprawę, że Pan Bóg mnie wybrał, że muszę iść do seminarium, choć wtedy kojarzyło mi się to z ogromną ofiarą. Trzeba było zmienić wszystkie dotychczasowe plany. (…). I wtenczas aż płakałem. Panie Boże, czego Ty ode mnie chcesz? Przecież są lepsi ode mnie, świętsi, zdolniejsi, a ze mnie co za ksiądz będzie. Teraz widzę z perspektywy czasu, że z pomocą Bożą można stać się dobrym księdzem i że Pan Bóg, jeśli powołuje, to On i pomaga”.

Przytoczyłem dłuższy cytat o powołaniu, gdyż zawiera on bardzo istotne myśli o kapłaństwie. Bóg powołuje kapłanów. Na powołanie trzeba odpowiedzieć całą gorliwością serca i duszy. Bóg nie patrzy na zdolności powołanego, bo skuteczność posługi duszpasterskiej bardziej zasadza się na mocy bożej niż ludzkiej mądrości. Przykładem tego jest święty proboszcz Jan Maria Vianney, który przy ograniczonych możliwościach intelektualnych potrafił porwać tysiące ludzi dla Chrystusa. Bóg powołując do kapłaństwa daje także łaskę sprostania temu zadaniu. Kapłan ma być ważnym elementem budowania mostów między Bogiem a ludźmi. W starożytnym Rzymie nadawano tytuł Pontifex najwyższemu kapłanowi świątyni Jowisza. Słowo to oznacza budowniczego mostów. Kościół zaadoptował to symboliczne określenie dla papieży. Jezus Chrystus, Bóg-Człowiek jest tym najważniejszym mostem, który łączy w sobie to, co ludzkie, z tym, co boskie. Każdy, kto ma udział w kapłaństwie Chrystusa ma pełnić taką rolę. W tym kryje się godność kapłaństwa, którą angielski pisarz Chesterton, wyraził w słowach skierowanych do jednego ze swoich przyjaciół: „Cenię cię za to, że jesteś człowiekiem z tego i z tamtego świata”.

W pierwszym czytaniu Prorok Malachiasz piętnuję kapłanów Starego Przymierza, którzy sprzeniewierzyli się swemu powołaniu: „Jeśli nie usłuchacie i nie weźmiecie sobie do serca tego, iż macie oddawać cześć memu imieniu, mówi Pan Zastępów, to rzucę na was przekleństwo i przeklnę wasze błogosławieństwo, a przeklnę je dlatego, że sobie nic nie bierzecie do serca. Wy zaś zboczyliście z drogi, wielu doprowadziliście do sprzeniewierzenia się Prawu, zerwaliście przymierze Lewiego, mówi Pan Zastępów. A przeto z mojej woli jesteście lekceważeni i macie małe znaczenie wśród całego ludu, ponieważ nie trzymacie się moich dróg i stronniczo udzielacie pouczeń”. Prorok wzywa kapłanów do pokuty, którą winni podjąć ze względu na godność Boga i skuteczność głoszenia nauki bożej. Utrata szacunku i uznania wiernych pozbawia wiarygodności.  W Ewangelii Chrystus również kieruje zarzuty pod adresem przywódców religijnych, faryzeuszy i uczonych w Piśmie. Wytyka im wiele konkretnych spraw: „Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi”. Ale nawet, gdy przywódcy religijni nie stają na wysokości zadania, to Chrystus nie wzywa do odrzucenia ich, ale słuchania: „Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie”.

Zarzuty proroka Malachiasza jak i Jezusa są aktualne w każdym okresie historii, także i dzisiaj. Nie można ich ograniczyć tylko do kapłaństwa hierarchicznego. Każdy z nas przez chrzest ma udział w misji kapłańskiej Chrystusa głoszenia Ewangelii. Oczywiście więcej wymaga się od kapłaństwa hierarchicznego, bo jak mówi Chrystus komu więcej dano od tego więcej się wymagać będzie. Jakość kapłaństwa hierarchicznego zależy także od całej wspólnoty wiary. Święty Augustyn w kazaniu o pasterzach mówi: „Niewątpliwie, jeśli owce są dobre, dobrzy są także i pasterze, ponieważ dobrzy pasterze wywodzą się z dobrych owiec. Wszyscy jednak dobrzy pasterze są w Jednym i jedno stanowią. Gdy oni pasą, Chrystus pasie. Przyjaciele oblubieńca nie przemawiają własnym głosem, ale radują się na głos oblubieńca. Dlatego gdy oni pasą, Chrystus pasie i mówi: To Ja pasę”.

Na koniec warto sobie uświadomić, że nauka Chrystusa, Kościół zawsze miały przeciwników. Dzisiaj ludzie nieprzychylni nauce Kościoła często mają duży wpływ w mediach, które wykorzystują walce. Oczywiście, atak kierowany jest w pierwszym rzędzie w kapłanów. Schemat tych działań jest zawsze podobny, a mianowicie jakiś jednostkowy przypadek, stanowiący ułamek procenta w skali całego Kościoła jest tak nagłaśniany, że cień pada na cały Kościół i wszystkich kapłanów, Warto tu także przytoczyć porównanie kapłana do znaku drogowego, który wskazuje drogę do nieba, niezależnie od tego czy jest obrzucony błotem czy też nie. A na koniec módlmy się o kapłanów, aby byli czystymi i czytelnymi znakami w naszym wspólnym pielgrzymowaniu do nieba (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚWIĘTY KAZIMIERZ KRÓLEWICZ

Słowa Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii można odebrać jako przyganę dla tych, którzy dążą do zajęcia pierwszych miejsc w społeczności ludzkiej. Wiemy jednak, że Chrystus nie burzył hierarchicznego porządku świata. Nie nawoływał na przykład do obalania tronów królewskich. A zatem słowa Chrystusa winniśmy odbierać na płaszczyźnie duchowej. Chodzi tu o wewnętrzną postawę człowieka, który bardziej szuka możliwości służenia bliźniemu niż pysznego wyniesienia się nad niego. Jest to możliwe nawet wtedy, gdy na głowie nosi się królewską koronę lub tiarę papieską. Przy takiej postawie wyniesienie, pierwsze miejsce stwarza jeszcze większą możliwość służby bliźniemu. Mówi o tym jeden z tytułów papieskich; „Sługa sług bożych”. Gdy jesteśmy owiani duchem nauki Chrystusowej, to piastując nawet najwyższy urząd, możemy stanąć w szeregu najbardziej ubogich i potrzebujących i służyć im swoim wyniesieniem. Przykładem takiej postawy jest św. Kazimierz królewicz.

Kazimierz urodził się 3 października 1458 r. na Wawelu jako drugi syn króla Kazimierza Jagiellończyka i Elżbiety, córki cesarza Albrechta II Habsburga. Według podań, przed oknami komnaty, przez które królewicz po raz pierwszy ujrzał świat, zakwitła jabłoń, mimo że była jesień. Według wiary ludu było to zapowiedzią przyszłej sławy niemowlęcia. Bogobojni rodzice byli wspaniałym przykładem dobroci, mądrości i wiary dla swoich dzieci. Do dziewiątego roku życia Kazimierz pozostawał pod opieką matki. Po czym na wychowawcę królewskich synów został powołany najwybitniejszy w swojej epoce dziejopisarz ksiądz Jan Długosz. Gdy Kazimierz miał 17 lat, król włączył do grona wychowawców swych synów włoskiego humanistę Filipa Buonacorsi zwanego Kallimachem. Jan Długosz napisał o Kazimierzu: „Był młodzieńcem szlachetnym, rzadkich zdolności i godnego pamięci rozumu”. Kazimierz oprócz nadzwyczajnych zdolności odznaczał się także niespotykaną pobożnością i duchem pokory. Wiele czasu spędzał na modlitwie, a nieraz wymykał się świtem z zamku do kościołów, gdzie razem z zakonnikami odmawiał poranne modlitwy.

W 1471 roku Władysław, najstarszy brat Kazimierza został uroczyście koronowany na króla Czech. W tym czasie pojawiła się szansa uzyskania tronu królewskiego Węgier dla Kazimierza. Otóż, na Węgrzech wybuchł bunt przeciw królowi Maciejowi Korwinowi. Niezadowoleni możnowładcy i biskupi węgierscy wysłali poselstwo do polskiego króla Kazimierza Jagiellończyka o wsparcie. Król posłał na Węgry swojego syna Kazimierza na czele 12-tysięcznej armii. Ale wbrew zapewnieniom poselstwa węgierskiego, prawie nikt nie witał entuzjastycznie polskiej armii, a wręcz przeciwnie, zamykano przed nią bramy miasta. A możnowładcy węgierscy bardzo rzadko przyłączali się do Polaków. W takich warunkach polska armia dotarła do Pesztu i stanęła naprzeciw armii węgierskiej pod wodzą Macieja Korwina. Po krótkich utarczkach i rozmowach królewicz zdecydował się na odwrót. Kazimierz bardzo przeżywał tę porażkę, ale nie z względu na osobiste poniżenie, ale ze względu na sprawę jaka mu przyświecała w czasie tej wyprawy. Bardzo serdecznie wspominał swojego stryja, Władysława Warneńczyka, 20- letniego królewicza polskiego i węgierskiego, który poległ w roku 1444 w bitwie z wojskami muzułmańskiej Turcji. Kazimierz marzył o stworzeniu międzynarodowej koalicji, która uwolniłaby południowo- wschodnie ludy słowiańskie spod panowania muzułmańskiego. Niepowodzenie wyprawy węgierskiej przekreślało te plany. Kazimierz z wielką pokorą przyjął to niepowodzenie. Powiedział: „Nie była mi przeznaczona przez Boga korona św. Stefana. Nie chcę korony okupionej przelewem krwi chrześcijańskiej, bo moim celem było zjednoczenie Węgier z Polską a nie wywołanie bratobójczej walki wewnętrznej”.

Po kilkumiesięcznym odpoczynku Kazimierz wraz z całą rodziną królewską i dworem udał się na pielgrzymkę do Częstochowy. W czasie drogi orszak zatrzymywał się przed każdym kościołem, aby królewicz Kazimierz mógł nawiedzić Najświętszy Sakrament lub uczestniczyć we Mszy św. W kaplicy Matki Bożej Częstochowskiej królewicz ślubował czystość i postanowił jeszcze intensywniej pracować nad rozwojem wewnętrznym. Równocześnie coraz bardziej angażował się w sprawy polityczne. Począwszy od roku 1475 król zaczął obarczać Kazimierza i jego brata Jana Olbrachta obowiązkami publicznymi. Uczestniczyli obaj w uroczystościach państwowych i kościelnych, sejmach, przyjęciach poselstw zagranicznych. Kazimierz będąc ciągle przy ojcu poznawał tajniki i mechanizmy funkcjonowania władzy, a jednocześnie oddawał się ascezie i działalności charytatywnej. Prowadził bardzo proste, surowe życie, unikał noszenia bogatych szat. Nosił włosiennicę. Sypiał na podłodze. Wiele czasu poświęcał na modlitwę, darząc szczególnym kultem Matkę Bożą. Pragnął jak najwierniej naśladować Chrystusa. Pod względem moralnym był wymagający dla siebie i otoczenia. Walczył na dworze z wszelkimi przejawami zła, szczególnie z zakłamaniem i lizusostwem.

W roku 1481 król rezydując w Wilnie powierzył rządy nad Koroną 23- letniemu Kazimierzowi. Na rezydencję wybrano Radom, miasto leżące na drodze Wilno- Kraków. W czasie swoich dwuletnich rządów królewicz zasłynął jako namiestnik roztropny i sprawiedliwy, umiłowany przez poddanych. Miał ogromne serce dla biednych i potrzebujących. Polecił, aby biedacy mieli wstęp do niego o każdej porze dnia. A ponad to sam odwiedzał nędzarzy. A kiedy mu zwracano uwagę, że nie wypada królewiczowi tak się poniżać, odpowiadał, że posługuje samemu Chrystusowi. W roku 1482 z racji 100-lecia kultu obrazu Matki Bożej Częstochowskiej wraz z ojcem i braćmi odbył pielgrzymkę na Jasną Górę, a po przybyciu na miejsce nałożył proste szaty i nierozpoznany przez nikogo modlił się z prostym ludem. Podania mówią, że królewicz wstawał często przed świtem, aby adorować Najświętszy Sakrament. A nieraz widziano go klęczącego lub leżącego krzyżem na progu świątyni, która z powodu wczesnej pory była jeszcze zamknięta.

Królewicz zaczął podupadać na zdrowiu. Lekarze stwierdzili gruźlicę i nakazali natychmiastową zmianę klimatu. Aby wypełnić zalecenia lekarzy, wiosną 1483 r. król wezwał syna do Wilna, gdzie powierzył mu urząd podkanclerzego. Po podreperowaniu zdrowia królewicz aktywnie włączył się życie społeczno- religijne. Zbierał fundusze na budowę klasztorów i kościołów. Sprowadził także bernardynów, aby nie tylko ewangelizowali, ale także uczyli właściwej uprawy roli, pracowali nad podniesieniem oświaty wśród ludu. Królewicz sam żył bardzo skromnie, niemal wszystkie swoje osobiste dochody przeznaczał na biednych i budowę kościołów. Bardzo wnikliwie rozpatrywał skargi ubogich i nieszczęśliwych tak, że w krótkim czasie lud wileński nazwał go obrońcą biedaków. Pod koniec grudnia 1483 r. król Kazimierz Jagiellończyk wyjechał na sejm do Lublina, zostawiając rodzinę w Grodnie. I tutaj po Nowym Roku, nawrót choroby przykuł Kazimierza do łóżka. Pod koniec lutego stan chorego był beznadziejny. Kazimierz zdawał sobie sprawę, że odchodzi do Pana, którego umiłował całym życiem. Przed śmiercią przyjął Wiatyk i do końca świadomie rozmawiał o sprawach Bożych i życiu wiecznym. Poprosił także, aby włożono mu do trumny zwitek pergaminu z hymnem maryjnym „Omni die dic Mariae”. Kazimierz zmarł 4 marca 1484 roku. Miał wtedy 25 lat. Po jego śmierci Kallimach z żalem powiedział: „Powinien się albo nie narodzić, albo pozostać wiecznym”.

Królewicz Kazimierz narodził się i pozostał wiecznym. Jego ciało pochowano w kościele katedralnym św. Stanisława w Wilnie. Wierni od początku otaczali jego grób wielką czcią, czcią jaką oddajemy świętym. Podania mówią o wielu cudach dokonanych za wstawiennictwem Świętego. Oficjalnie, świętość Kazimierza została ogłoszona w roku 1520 bullą kanonizacyjną papieża Leona X (z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *