7 Lis

32 niedziela zwykła Rok A

 

PŁOMIEŃ MIŁOŚCI. 

Jezus opowiedział swoim uczniom tę przypowieść: „Królestwo niebieskie podobne będzie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie oblubieńca. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych. Nieroz¬sądne wzięły lampy, ale nie wzięły z sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w naczyniach. Gdy się oblubieniec opóźniał, zmorzone snem wszystkie zasnęły.Lecz o północy rozległo się wołanie: »Oblubieniec idzie, wyjdźcie mu na spotkanie«. Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do roztropnych: »Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną«. Odpowiedziały roztropne: »Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie«. Gdy one szły kupić, nadszedł oblubieniec. Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną i drzwi zamknięto. W końcu nadchodzą i pozostałe panny, prosząc: »Panie, panie, otwórz nam«. Lecz on odpowiedział: »Zaprawdę powiadam wam, nie znam was«. Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny” (Mt 25,1–13).

Ks. Flor McCarthy w jednej ze swoich książek opisuje sen. „Szedłem drogą prowadzącą do bram nieba. W ciemności przemykały obok mnie zrozpaczone postacie. Zapytałem ich: ‘Dlaczego płaczecie?’. ‘Płaczemy, ponieważ Pan nie chce nam otworzyć bram nieba, powiedział także, że nas nie zna’- odpowiedziały. Stanąłem przed zamkniętą bramą nieba. Z bijącym sercem nacisnąłem dzwonek, wiedząc, że sam Pan odpowie na moje wołanie. W czasie czekania, niepokojące pytanie rodziło się w mojej myśli: Czy On mnie pozna? Oczywiście, że mnie pozna. Ale czy mnie rozpozna jako swojego ucznia? To jest pytanie. Nic teraz nie mogę zrobić, za późno jest na jakąkolwiek zmianę. Zaczęła mnie dręczyć myśl, że może mnie nie przyjąć. Czego On będzie oczekiwał ode mnie? Pytałem samego siebie. Wtedy przypomniałem sobie przypowieść o płonących lampach. Zapewne będzie szukał jasno płonącej lampy. Co ja zrobiłem ze swoją lampą? O dobrze, ciągle ją mam. Ale ku wielkiemu przerażeniu zauważyłem, że nie płonie. W tym momencie obudziłem się i uświadomiłem sobie, że to jest tylko sen. Ten sen dał mi wiele do myślenia. Uświadomił mi, że będzie on kiedyś rzeczywistością, a pytanie o płonącą lampę zadane będzie na jawie.

O jakiej lampie, o jakim płomieniu jest tutaj mowa? Nie trudno się domyśleć. W codziennym języku używamy wyrażeń: ogień miłości, płomień miłości. A zatem chodzi tu o miłości. Całe nasze życie ma swój cel i kierunek. Chcemy czy nie chcemy, ostatecznie przyjdzie nam zapukać do bram nieba. Płonąca lampa naszej miłości będzie przepustką do jej przekroczenia. Mówiąc o oliwie, zatrzymajmy się jeszcze na płaszczyźnie przenośni. Oliwa to dobre czyny, bez których miłość jest martwa, a jej płomień gaśnie. Staniemy, zatem przed Chrystusem z całym dotychczasowym życiem. Czy wystarczy wtedy oliwy, aby płomień płonął na tyle mocno, by w jej świetle Chrystus dostrzegł w nas swego ucznia? Nie wiemy, kiedy wypadnie nam zapukać do bram nieba, Chrystus mówi: „Nie znacie ani dnia ani godziny”. W tej sytuacji logiczną konsekwencją jest życie w stanie gotowości na to spotkanie. Nie jest to trwożna gotowość przed śmiercią, lecz najpełniejsze i najpiękniejsze życie, życie wypełnione bezgraniczna miłością.

Interpretując tę przypowieść często umieszczamy ją na płaszczyźnie relacji Bóg i ja, pomijając relację ja i mój bliźni. A ta jest bardzo ważna. Często śmierć naszych bliskich uświadamia nam nasze zaniedbania wobec nich. Nie odwiedziliśmy ich, gdy tego potrzebowali. Nie okazywaliśmy im czułości, i nie pamiętamy, kiedy ostatni raz powiedzieliśmy im, że ich kochamy. Gdy żyli wśród nas wydawało się nam, że mamy jeszcze wiele czasu, jeszcze będzie wiele możliwości okazania im swojej miłości. A dziś jest za późno, i tylko cichy wyrzut sumienia przypomina o naszym zaniedbaniu. A mogło być inaczej, gdybyśmy z większą uwagą słuchali Jezusa, że nie znamy ani dnia ani godziny naszego odejścia, gdybyśmy uzmysłowili sobie, że dzień dzisiejszy może być ostatnim.

Gdybyśmy uważnie wsłuchiwali się w słowa Jezusa, wtedy więcej byłoby miłości i dobra między nami, które są „oliwą” podtrzymującą płomień lampy w świetle, której, w dniu ostatecznym rozpozna nas Chrystus, jako swojego umiłowanego ucznia ( Z książki „Ku wolności”).

 

NIE ZNACIE DNIA ANI GODZINY

Mądrość jest wspaniała i niewiędnąca: ci łatwo ją dostrzegą, którzy ją miłują, i ci ją znajdą, którzy jej szukają, uprzedza bowiem tych, co jej pragną, wpierw dając się im poznać. Kto dla niej wstanie o świcie, ten się nie natrudzi, znajdzie ją bowiem siedzącą u drzwi swoich. O niej rozmyślać to szczyt roztropności, a kto z jej powodu nie śpi, wnet się trosk pozbędzie: sama bowiem obchodzi i szuka tych, co są jej godni, objawia się im łaskawie na drogach i popiera wszystkie ich zamysły (Mdr 6 12-16).

W staropolskim tłumaczeniu Biblii,  ks. Jakub Wujek , na określenie ewangelicznych panien użył słów „głupie” i  „mądre”. „Pięć z nich było głupich, a pięć mądrych”. Ten ewangeliczny podział często stosujemy w życiu codziennym. Dzielimy ludzi na głupich i mądrych. W tym ocenianiu panuje wielki zamęt. Nawet największy głupek, stawiając się po stronie mądrych, bez żadnego zawahania dzieli swoich znajomych na mądrych i głupich. Nie ma także zgody, co to znaczy postępować mądrze, być mądrym. Kolega radzi koledze: „Nie bądź głupi, to jest dla ciebie niepowtarzalna okazja, weź tę pracę. Nie miej skrupułów, wprawdzie Franek zaprosił cię do Stanów, ale takie jest życie. Dobrze wiesz, że zarzuty przeciw Frankowi są kłamstwem, ale to nie twoja sprawa. Milczeniem potwierdzisz te kłamstwa i dzięki temu zajmiesz jego miejsce”. Jest to „mądrość” łachudrów i złodziei. Tylko nieliczni przechwalają się taką „mądrością”, liczniejsi są ci, którzy hołdują jej potajemnie.

W poszukiwaniu mądrości, o której mówi Biblia możemy pytać, czy nie kryje się ona w posiadanej wiedzy, czy jej miarą nie są tytuły naukowe? Odpowiedź na te pytania daje samo życie. Iluż to utytułowanych ludzi o ogromnej wiedzy zmarnowało swoje życie w sensie doczesnym, nie mówiąc już o wymiarze nadprzyrodzonym, wiecznym.

Mądrość, oprócz wiedzy posiada doświadczenie życiowe i umie je przełożyć na fakty, dostosować do konkretnych potrzeb, wytyczać kierunek postępowania, i uzasadniać jego podstawy. Biblijna mądrość bierze pod uwagę materialny i duchowy wymiar człowieka i jest na usługach dobra i prawdy, wynika ze znajomości zbawczego planu Bożego i na nim się opiera. Taką mądrość człowiek odkrywa w Bogu, od którego wyszedł i do którego ma powrócić. Mądrość ta staje się udziałem tych, którzy podejmują trud jej poszukiwania. Mędrzec biblijny pisze: „Mądrość jest wspaniała i niewiędnąca: ci łatwo ją dostrzegą, którzy ją miłują, i ci ją znajdą, którzy jej szukają, uprzedza bowiem tych, co jej pragną, wpierw dając się im poznać. Kto dla niej wstanie o świcie, ten się nie natrudzi, znajdzie ją bowiem siedzącą u drzwi swoich. O niej rozmyślać- to szczyt roztropności, a kto z jej powodu nie śpi, wnet się trosk pozbędzie: sama bowiem obchodzi i szuka tych, co są jej godni, objawia się im łaskawie na drogach i wychodzi naprzeciw wszystkim ich zamysłom” (Mdr 6, 12-16).

Chrześcijan tę mądrość odkrywa w Jezusie Chrystusie, który powiedział o sobie, że jest drogą, prawdą i życiem. Naszym przeznaczeniem jest ostateczne zjednoczenie z Nim. Życie ziemskie jest drogą prowadzącą do tego spotkania. Nie wiemy w jakim momencie Chrystus stanie na naszej drodze i zaprosi do swojej chwały. Dlatego mądrość przypomina nam, abyśmy byli zawsze gotowi przyjąć to zaproszenie. O tej gotowości mówi przypowieść ewangeliczna o pannach. Uczta weselna, płonące lampy i oliwa to symbole. Uczta weselna jest symbolem radosnego spotkania z Chrystusem. Aby jednak ta radość stała się naszym udziałem, musimy mieć w ręku płonące lampy, które symbolizują życie ożywiane miłością. Oliwa to czyny miłości, które sprawiają, że lampa płonie. Są nią takie zwykle rzeczy, czyny jak dobro słowo, uśmiech, życzliwie wyciągnięta ręka, grosik dany ubogiemu, dobra rada, współczucie itp. Dzięki temu nasza lampa płonie. A gdy tego zabraknie, to może być tak jak głupimi pannami; staniemy przed zatrzaśniętymi drzwiami uczty weselnej i wtedy usłyszymy głos: „Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was”.

Mądrość bożą człowiek może odkrywać w różnych okolicznościach, tak jak to było w życiu Michała, który został osadzony w więzieniu za poważne wykroczenie. Po ośmiu latach odosobnienia zadano mu pytanie: „Jeśli w pierwszych dniach więzienia, ktoś zaproponowałby ci narkotyk po zażyciu którego zapadłbyś w sen, trwający przez cały okres twojej kary, czy przyjąłbyś ten narkotyk?”  „Dzisiaj mogę odpowiedzieć, że wtedy zażądałbym podwójnej dawki, aby się nigdy nie obudzić. Ale teraz nie zażyłbym tego narkotyku”. „Dlaczego nie?” „Ponieważ okres więzienia był dla czasem zdobywania mądrości. Zmieniłem się. Myślę, że jestem teraz człowiekiem bardziej pokornym i mądrzejszym”.

Michał na początku chciał zażyć narkotyki, bo nie wytrzymywał presji czynu, którego dokonał oraz perspektywy długich lat spędzonych w celi więziennej. Teraz zrozumiał, że byłby to niemądry czyn, który zniweczyłby doświadczenie więzienne, które doprowadziło go do nadziei i gotowości spotkania z Bogiem. Gdyby zażył narkotyki byłby podobny do głupich panien, które nie przygotowały się na spotkanie Chrystusem. W odkryciu nowej jakości życia pomogła Michałowi jego wiara. Nawiązując do tego, powiedział: „Bez wiary w Boga mogłem utracić nadzieję, a bez nadziei załamałbym się”. W bliskości Boga odnalazł Jego mądrość.

Katarzyna Konarzewska w swojej książce  „Moje spojrzenie na śmierć” opisuje swoją trudną drogę życia, która ostatecznie doprowadziła ją do pełnego nadziei oczekiwania na spotkanie z Chrystusem. Zmarła w 2002 r.  w wieku 25 lat. W styczniu, tuż przed śmiercią, zdała ostatnie egzaminy w Studium Terapii Zajęciowej. Napisała pracę o swoim umieraniu. Oto fragmenty z jej książki.  „Gdy byłam dzieckiem, nie zdawałam sobie sprawy, że ta choroba jest śmiertelna. Kiedy miałam 7 lat zaczęły się bardzo poważne kłopoty z moim zdrowiem (krwotoki z głównych dróg oddechowych). Rodzice zaczęli mnie przygotowywać do I Komunii św., a równocześnie rozglądać się z trumną i grobem. (…) Minęło 16 lat od tego czasu i jeszcze żyje.  (…) Gdy miałam prawie 18 lat , mój świat legł w gruzach. Wiedziałam, że rówieśnicy będą zdawać maturę, wybiorą kierunek studiów, pójdą droga swego powołania, będą pracować… A ja tego nie będę mogła mieć. Chciałam popełnić samobójstwo . Nie zrobiłam tego z różnych względów. Chyba najbardziej z tchórzostwa i z uwagi na V przykazanie Dekalogu. (…) Bóg postawił na mej drodze ludzi pracujących w hospicjum, z którymi zaczęłam rozmawiać o śmierci. (…) Chciałabym odczuć, że moment śmierci już się zbliża , by w tym czasie był u mnie ksiądz z Jezusem, rodzice, brat i przyjaciele. Bym mogła trzymać ich za ręce. Może Bóg da mi tę łaskę… Jeżeli zaś nie, to chciałabym umrzeć we śnie. Zresztą jakkolwiek byłaby ta śmierć, chciałabym być w stanie łaski uświęcającej”.

Płonąca lampa to symbol łaski uświęcającej, która sprawia, że jesteśmy gotowi na spotkanie z przychodzącym Panem /Nie ma innej Ziemi Obiecanej/.

 

BRAK OLEJU W GŁOWIE

Nie chcemy, bracia, waszego trwania w niewiedzy co do tych, którzy umierają, abyście się nie smucili jak wszyscy ci, którzy nie mają nadziei. Jeśli bowiem wierzymy, że Jezus istotnie umarł i zmartwychwstał, to również tych, którzy umarli w Jezusie, Bóg wyprowadzi wraz z Nim. To bowiem głosimy wam jako słowo Pańskie, że my, żywi, pozostawieni na przyjście Pana, nie wyprzedzimy tych, którzy pomarli. Sam bowiem Pan zstąpi z nieba na hasło i na głos archanioła, i na dźwięk trąby Bożej, a zmarli w Chrystusie powstaną pierwsi (1 Tes 4,13–16).

W mojej posłudze duszpasterskiej dzielę z wiernymi radość narodzin dziecka lub ślubu małżeńskiego. Dzielę także smutek związany z chorobą i umieraniem. Łatwiejsze jest jednak dzielenie radości niż smutku.  A najtrudniejsze jest wspólne przechodzenie przez mrok śmierci. Wprawdzie przychodzę wtedy z nadzieją spływającą z nieba, to jednak nadzieja ta rodzi się w sercu w ogromnym cierpieniu i rozciąga się w czasie. Nieraz pozostaje tylko trwanie w bólu i czekanie, aż serce zacznie przenikać nadzieja, którą przynosi zmartwychwstały Chrystus.  Odejścia z tego świata bywają różne. Czasami są tak nagłe, że zabrakło czasu na pożegnanie. Nieraz jest to czekanie na wyzdrowienie, które powoli, w wielkim bólu zamienia się w czekanie na śmierć, która przynosi wyzwolenie z cierpienia. Jedni spokojnie, inni z wielkim lękiem oczekują tego ostatniego momentu. Łatwiej jest odchodzić ludziom z poczuciem dobrze spełnianego życia. Takim odejściom najczęściej towarzyszy wewnętrzny spokój. Trudniej odchodzić ludziom, którzy mają poczucie zmarnowanego życia. Nie zostało po nich wiele dobra, a wręcz przeciwnie- zostawiają po sobie złe wspomnienie. W takiej sytuacji odnosi się wrażenie, że ci ludzie przeżyliby inaczej, lepiej kolejne lata, gdyby były im darowane. Jednak tych darowanych lat najczęściej nie ma i trzeba odchodzić z niedosytem, zawierzając to niedopełnienie Bożemu Miłosierdziu. 

Moment odejścia z tego świata w całej ostrości odpowiada na pytanie: czy darowany nam przez Boga czas przeżyliśmy mądrze. W tej bowiem chwili widzimy złudność rzeczy przemijających, materialnych, a dostrzegamy prawdziwą wartość rzeczywistości natury duchowej jak wiara, miłość, szlachetność. Jakże inaczej odchodzi człowiek otoczony miłością. W tym momencie wraca do niego miłość, którą siał za życia. Jakże inaczej odchodzi człowiek, skoncentrowany na gromadzeniu bogactw materialnych. Ma przy sobie wspaniałą opiekę medyczną, brakuje jednak kochających serc, bo zabrakło mu czasu, aby tę miłość przekazać nawet swoim dzieciom. Dla człowieka, który złożył swoją ufność w Bogu, miłość, którą rozsiewał w życiu przekracza próg śmierci i sięga wieczności. Biblia mówi, że taka „Miłość jest silniejsza aniżeli śmierć”. Miłować trzeba Boga i bliźniego, ale także trzeba umiłować mądrość bożą, bo ona poprowadzi nas do Boga i bliźniego oraz uzdalnia nas do mądrego wykorzystania życia. W pierwszym czytaniu słyszeliśmy słowa o mądrości:, „… którzy ją miłują, i ci ją znajdą”, „znajdzie ją bowiem siedzącą u drzwi swoich”.  „O niej rozmyślać to szczyt roztropności”. Jest to pochwała mądrości, która nie zamyka się w doczesnym, materialnym świecie, ale sięga dalej, tak jak całe nauczanie Biblii, sięga wieczności i Boga.

Mówi się, że młodość ma swoje prawa i niby w tych ramach trzeba tolerować głupie zachowanie. I dodaje się, że na stare lata zmądrzeje. Może zmądrzeje, albo i nie. Najczęściej w takiej sytuacji sprawdza się polskie powiedzenie: „Czym skórka nasiąknie za młodu, tym na starość trąci”. Za odkładanie zdobywania mądrości życia możemy słono zapłacić, o czym mówi poniższe historia. Do mechanika samochodowego przyjechał klient, mówiąc, że coś z jego samochodem jest nie tak. Mechanik starannie obejrzał samochód i powiedział, że już wie, w czym jest problem. „Ile to będzie kosztować?”- zapytał klient. „Dzisiaj 200 dolarów a jutro 2000”- odpowiedział mechanik.  Widząc zdziwienie i zirytowanie klienta mechanik dodał: „Trzeba naprawić hamulce, co będzie kosztować 200 dolarów. Gdy tego nie zrobimy dzisiaj, to prawdopodobnie wróci pan tutaj jutro, tylko z rozbitym samochodem z powodu zepsutych hamulców. I wtedy naprawa może kosztować 2000 dolarów”. Gdy człowiek odkłada na później zdobywanie mądrości bożej, to w pewnym momencie może nie wyhamować i doprowadzić do wypadku. I to wypadku śmiertelnego, który w perspektywie biblijnej sięga wieczności. Na różne sposoby możemy zdobywać mądrość ogarniającą narodziny, życie, śmierć i życie wieczne. To jest cała prawda o życiu. Prawda uwzględniająca tylko narodziny, życie i śmierć jest cząstkową prawdą. Pełną prawdę o życiu zdobywamy w bliskości Boga.

W drugim czytaniu św. Paweł w Liście do Tesaloniczan pisze: „Nie chcemy, bracia, waszego trwania w niewiedzy co do tych, którzy umierają, abyście się nie smucili jak wszyscy ci, którzy nie mają nadziei. Jeśli bowiem wierzymy, że Jezus isto-tnie umarł i zmartwychwstał, to również tych, którzy umarli w Jezusie, Bóg wyprowadzi wraz z Nim”. Mądre życie, to takie, które prowadzi do spełnienia nadziei, o której pisze św. Paweł w powyższym liście. Nie wiemy, w którym momencie Chrystus powie: Twój czas mądrego wypełniania tej nadziei na ziemi dobiegł końca, dlatego winniśmy mądrością bożą przesączać każdą minutę, każdy dzień, miesiąc i rok naszego życia, a wtedy głos Chrystusa nie będzie dla nas bolesnym zaskoczeniem. Tego nie można odkładać. Z doświadczenia wiemy, że śmierć nie względu na wiek. W ostatnim czasie odprawiałem pogrzeby ludzi młodych.  29, 30, 45, 53 lat to tak niewiele według ludzkiej miary, ale młyny boże mielą czas inaczej. O mądrym życiu i gotowości na spotkanie Pana i wejściu na ucztę królestwa niebieskiego mówi Chrystus w dzisiejszej Ewangelii w przypowieści o pannach głupich i mądrych.

Chrystus mówi, że królestwo niebieskie jest podobne do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie oblubieńca. Mądre panny wraz z lampami wzięły także oliwę, a głupie wybrały się bez oliwy. Czekając na oblubieńca panny posnęły. O północy przyszedł oblubieniec. Panny wychodząc na jego spotkanie zapaliły lampy. Głupim pannom zabrakło oliwy, poszły zatem kupić oliwy. Gdy były na zakupach, przyszedł oblubieniec i zamknięto drzwi uczty weselnej. Gdy wróciły głupie panny, zaczęły stukać do drzwi, a oblubieniec im powiedział: „Zaprawdę powiadam wam, nie znam was”. Dla pełniejszego zrozumienia przypowieści wróćmy do czasów Jezusa. W dniu ślubu pan młody przychodził do domu rodziców panny młodej otoczony krewnymi, przyjaciółmi i drużbami, aby w tym orszaku weselnym przy śpiewach, tańcach przeprowadzić pannę młodą do swego domu. I właśnie do tego domu stukały bezskutecznie głupie panny. Chrystus użyl tego obrazu, wprowadzając pewne elementy alegoryczne, jak zakupy o północy, czy zamknięcie drzwi domu weselnego.

Oliwę możemy potraktować, jako symbol mądrości bożej. Oliwa podtrzymuje światło, które może być symbolem gotowości na spotkanie z Chrystusem lub  symbolem samego Chrystusa, który powiedział o sobie, że jest światłością świata i kto chodzi za Nim nie będzie chodził w ciemnościach.  W tym świetle zawsze rozpoznamy Chrystusa obojętnie, o której porze dnia zastuka do naszych drzwi. Ewangeliczne głupie panny, na zakupach rozminęły się z oblubieńcem. Zakupy możemy odczytać jako alegorie konsumpcyjnego stylu życia człowieka dzisiejszej doby. A symbolem tego konsumpcjonizmu są sklepy urządzane w taki sposób, że można w nich spędzić cały dzień na zakupach. Niektórzy całą niedzielę potrafią spędzić w sklepie zamiast szukania bożej mądrości Boga w jego świątyniach. I przez to nieraz rozmijają się z Bogiem. Mówiąc językiem alegorii głupim pannom zabrakło oleju w głowie.  To samo można powiedzieć o tych, którzy rozmijają się z mądrością bożą (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

ŚMIERTELNY BRAK ROZUMU

W czasie nabożeństwa na rozpoczęcie roku szkolnego w szkole im. Jana Pawła II w Maspeth zapytałem uczniów, kto z nich chciałby być mądry. W odpowiedzi podniósł się las rąk. Dla pewnej proporcji zadałem także pytanie, czy ktoś z nich chciałby być głupi. W kościele zaległa martwa cisza, a dzieci z ciekawością rozglądały się dookoła wypatrując podniesionej ręki, ale takiej nie ujrzały. Jak widzimy mądrość jest w cenie od najmłodszych lat. Wydaje się, że natura obdarzyła rozumem bardzo hojnie każdego człowieka. Spotkałem ludzi, którzy utyskują na brak pieniędzy, powodzenia, a nawet wykształcenia i urody, ale nie spotkałem człowieka, który skarżyłby się na brak rozumu i nawet, gdy widać jego ewidentną nieobecność w postępowaniu to jest to tłumaczone brakiem szczęścia. A tak prawdę mówiąc, to tylko mądry człowiek jest w stanie przyznać się, że w pewnych dziedzinach jest niekompetentny, że inni są mądrzejsi. Głupiec uważa, że nigdy się nie myli i że zawsze ma rację.

Kontynuując z dziećmi rozważania na temat mądrości dowiedziałem się, kto według nich jest mądrym uczniem, człowiekiem. Mądry to ten, kto ma szkole same piątki, kto dużo przeczytał książek, kto wygrał konkurs wiedzy, kto pięknie recytuje wiersze i pięknie śpiewa i tak dalej. Oczywiście dzieci wskazały także na dorosłych, którzy według nich są mądrzy. Piosenkarz lub aktor, który zdobył sławę, pisarz uhonorowany nagrodą, biznesmen, który zdobył wielki majątek, gadająca głowa w telewizji i tak dalej. Jednym słowem ludzie, którzy umieli się urządzić w tym życiu, zdobyli wykształcenie, sławę i pieniądze. Gdyby zadać dorosłym takie pytanie prawdopodobnie odpowiedzi byłyby podobne tylko wyrażone innymi słowami. Powyższe wartości, w rozsądnych granicach są godne pożądania i ich zdobywanie może być wyrazem mądrości człowieka, ale to nie wystarczy, aby być uznanym za mądrego według biblijnej miary.

Zajęło mi trochę czasu, aby naprowadzić dzieci na mądrość, która sięga poza horyzont ziemskiego życia, na mądrość, która rozsądnie prowadzi nas drogami ziemskiego życia do jego pełni w wieczności. Na mądrość, która uchroni człowieka przed czapką błazna, gdy stanie u kresu swoich dni, tak jak w poniższej anegdocie z książki J. A. Feehana „Opowiadania na niedzielę”. Otóż nadworny błazen został wezwany do umierającego króla, aby swoim dowcipem i humorem rozweselił go i rozjaśnił ostanie godziny jego życia. Błazen użył wszystkich swoich możliwości błazeńskich, aby chociaż na chwilę pojawił się uśmiech na strapionym obliczu króla. Jednak wszystkie te sztuczki okazały się bezużyteczne. Król nadal siedział smutny i załamany. Niezrażony błazen zapytał króla: „Panie dlaczego jesteś taki smutny, dlaczego nic cię nie cieszy?” „Bo wkrótce wyruszam w podróż”- odparł król. „Czy to będzie długa podróż, panie?”– zapytał błazen. „To najdłuższa z tych, jakie kiedykolwiek odbyłem”- powiedział król. Błazen rozejrzał się po pokoju i rzekł: „Jeśli wybierasz się w tak długą drogę, dlaczego nie jesteś przygotowany do tej podróży? Gdzie twoje bagaże, ubiory, konie?” „Z tym właśnie jest problem. Całe życie byłem zajęty innymi sprawami, wszystko inne wydawało mi się ważniejsze niż myśl o tej ostatniej podróży, do której nie zdążyłem się przygotować. I teraz sam staję przed tym problemem zupełnie nieprzygotowany”- odrzekł król. Na co błazen z kpiącym uśmiechem, zdjął swoją błazeńską czapkę z dzwoneczkami i podając królowi powiedział: „Weź to panie, bo widzę, że większy z ciebie głupiec niż ja, udajesz się w tę podróż zupełnie do niej nie gotowy, możesz jedynie wziąć jeszcze mnie, bym cię zabawiał”.

A zatem, gdzie się uczyć takiej mądrości, aby nie skończyć życia w czapce błazna? Jest takie powiedzenie: Mądrzy ludzie uczą się na doświadczeniach i błędach innych, przeciętni na własnych, a głupcy nie uczą się ani na własnych ani na cudzych. W perspektywie biblijnej, możemy powiedzieć, że tej ostatecznej mądrości uczymy się od samego Boga i ludzi, którzy doświadczyli Jego obecności. I tu przytoczę jeszcze jedną myśl ze zbioru Douga Larsona: „Mądrość jest nagrodą dla tych, którzy mieli przemożną chęć mówienia, ale wybrali słuchanie”. Szczególnie się to odnosi do sytuacji, gdy mówi do nas Bóg, a mówi On do nas na różne sposoby; przez piękno świata stworzonego, różne doświadczenia życiowe, cuda i najważniejsze przemawia do nas z kart Biblii. Możemy powiedzieć, że na tyle jesteśmy mądrzy na ile wsłuchujemy się w mądrość zawartą w Biblii. W pierwszym czytaniu z Księgi Mądrości słyszymy słowa: „Mądrość jest wspaniała i niewiędnąca: ci łatwo ją dostrzegą, którzy ją miłują, i ci ją znajdą, którzy jej szukają, uprzedza bowiem tych, co jej pragną, wpierw dając się im poznać. Kto dla niej wstanie o świcie, ten się nie natrudzi, znajdzie ją bowiem siedzącą u drzwi swoich”. Zaś w drugim czytaniu z Listu św. Pawła do Tesaloniczan czytamy: „Nie chcemy, bracia, waszego trwania w niewiedzy co do tych, którzy umierają, abyście się nie smucili jak wszyscy ci, którzy nie mają nadziei. Jeśli bowiem wierzymy, że Jezus istotnie umarł i zmartwychwstał, to również tych, którzy umarli w Jezusie, Bóg wyprowadzi wraz z Nim”. A zatem, motywem wiodącym mądrości bożej jest znajomość naszego ostatecznego celu życia. Końcem nie jest śmierć, ale chwalebne zmartwychwstanie. W Chrystusie odnajdujemy ostateczną mądrość życia. Kto zanurzy się w Nim, zanurzy się nieskończonej mądrości, która przekracza granice śmierci. Dominantą mądrości odkrywanej w Chrystusie jest miłość.

Nie wystarczy jednak uznać, że Jezus jest ostatecznym celem świata i pełnią mądrości. Trzeba tą mądrością żyć i w niej zdążać na spotkanie z Chrystusem. Mówi o tym dzisiejsza przypowieść o pannach mądrych i głupich, które były druhnami zaproszonymi na żydowskie wesele. Tworzyły one orszak towarzyszący pannie młodej w drodze na ucztę w domu pana młodego Odbywało się to zawsze wieczorem, dlatego konieczne były lampy. Uroczystości trwały długo stąd też konieczność posiadania odpowiedniego zapasu oliwy. Tego pięknego obrazu uczty weselnej Jezus użył, aby nam powiedzieć o swoim zaproszeniu na ucztę weselną, gdzie On sam jest Oblubieńcem. Mądrość życia polega na tym, aby być przygotowanym na to spotkanie, aby nasze lampy płonęły jasnym płomieniem w chwili spotkania. Oliwa z oliwek, używana w kulcie świątynnym, symbolizuje mądrość i moc, radość i święto. Rabini nauczali, że oliwa oznacza także dobre czyny, które biorą początek w mądrości Tory. Zaś w Nowym Testamencie możemy odnaleźć trop, który wskazuje na oliwę jako symbol Ducha Świętego, który przynosi nam miłość Ojca i Syna. W tej mądrości opromienionej miłością odnajdujemy moc uzdalniająca nas godnego przygotowania się na spotkanie z Oblubieńcem. Przedtem jednak trzeba wyjść na spotkanie Oblubieńca, czekać i czuwać. Wszyscy jesteśmy zaproszeni na tę Ucztę Weselną. I z pewnością spotkamy na niej Oblubieńca, jeśli będziemy czuwać, aby w naszej lampie zapalonej na chrzcie świętym nie zabrakło oliwy wiary, nadziei i miłości (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚWIĘTA GEMMA GALGANI

Bożymi drogami zdążamy do Królestwa Bożego, którego pełnię ujrzymy, gdy staniemy twarzą w twarz z Chrystusem. W tym wędrowaniu i oczekiwaniu jesteśmy podobni do ewangelicznych panien. Jak one, różnimy się między sobą sposobem czekania i przygotowania. Nierozsądne panny zabrały ze sobą lampy, zapominając o oliwie. Przyjęły piękne nauczanie Chrystusa, w tym najważniejsze o miłości, ale nie znalazło to wyrazu w ich życiu codziennym. Przy spotkaniu z panem młodym miały lampy nie dające światła, w którym oblubieniec mógłby je rozpoznać. Panny roztropne, zabierając lampy, pamiętały także o oliwie dobrych czynów. I gdy przyszedł czas spotkania z oblubieńcem ich lampy płonęły ogniem miłości. O wszystkich świętych i błogosławionych możemy powiedzieć, że w chwili spotkania z Chrystusem ich lampy, pełne oliwy płonęły jasnym ogniem miłości. Popatrzmy jak roztropność ewangelicznych panien realizowała w swoim życiu św. Gemma Galgani.

Gemma urodziła się 12 marca 1878 roku w niewielkiej miejscowości kolo miasta Lucca we Włoszech. Nazajutrz po narodzinach udzielono jej chrztu, nadając imię Gemma, Humberta, Pia. Pierwsze imię znaczy w języku włoskim „klejnot”. Matka była nieco zmartwiona, że tego imienia nie nosiła żadna ze świętych. Zaprzyjaźniony z rodziną ksiądz, pocieszając ją powiedział, że pewnego dnia córka może stać się „rajskim klejnotem”. Gemma już jako dziecko ze zrozumieniem i umiłowaniem klękała do modlitwy. W wieku pięciu lat odmawiała już oficjum ku czci Najświętszej Maryi Panny, a także za zmarłych. Jest to duża zasługa matki, która przedwcześnie umierając zdążyła jeszcze wszczepić swoim dzieciom ducha pobożności. Pierwsze przeżycia mistyczne 8-letniej Gemmy związane są z matką. Pisze o nich tak: „Uczestniczyłam najlepiej jak potrafiłam we Mszy św. i modliłam się za mamę, kiedy nagle jakiś głos powiedział mi w sercu: Czy zechcesz mi dać twoją mamę? Tak, odpowiedziałam, pod warunkiem, że mnie też weźmiesz, razem z nią. Nie – mówił dalej głos – ty na razie musisz zostać z tatą. Ja ją zaprowadzę do nieba. Oddaj mi chętnie twoją mamę”. Gemma w duszy przytaknęła, ale po powrocie do domu na widok chorej mamy rozpłakała się.

W niedługim czasie, chorująca na gruźlicę 39-letnia matka zmarła. Gemma przez jakiś czas była wychowywana przez ciotkę Helenę. Mimo, że ze strony ciotki doświadczała wiele życzliwości, to jednak czuła się duchowo osamotniona. Jak się okazało, ten czas osamotnienia był okresem umacniania więzi z Chrystusem. W przeddzień przyjęcia I Komunii św. napisała do swego ojca: „Mój drogi ojcze, jesteśmy w przededniu mojej pierwszej Komunii Świętej, dla mnie dnia nieskończonego szczęścia. Proszę cię o przebaczenie za troski, jakich ci przysporzyłam i proszę cię dziś wieczór, abyś o wszystkim zechciał zapomnieć”. Zaś po przyjęciu Komunii zanotowała: „Nie sposób opisać tego, co w owym momencie zaszło pomiędzy mną a Jezusem. Sprawił, że tak silnie odczułam Go w mej duszy. Uświadomiłam sobie wtedy, że rozkosze niebieskie różnią się od ziemskich, i ogarnęło mnie pragnienie utrwalenia tego mojego związku z Bogiem wiecznotrwałym”. Gemma coraz mocniej jednocząc się z Chrystusem jeszcze bardziej stawała się wrażliwa na ludzką nędzę. W jej notatkach czytamy: „Za każdym razem, kiedy wychodziłam z domu prosiłam mojego ojca o pieniądze, a gdy odmawiał prosiłam, aby mi pozwolił zabrać chleb, mąkę albo inne rzeczy. Zawsze na swojej drodze spotykałam biedaków. Tym, którzy przychodzili do domu dawałam ubrania i wszystko, co miałam pod ręką, lecz szybko mój spowiednik mi tego zakazał… Kiedy wychodziłam z domu spotykałam samych biedaków i oni wszyscy biegli za mną. Nie miałam im co dać. Płakałam z tego powodu stale ze smutku”.

Gemma uczyła się w prowadzonym przez siostry Instytucie św. Zyty. Była lubiana przez nauczycielki i koleżanki. Jedna z sióstr powiedziała, że Gemma wyróżniała się inteligencją, pobożnością i wrażliwością na ludzką niedolę. W tym czasie Gemma pragnęła coraz bardziej poznawać Chrystusa i mieć udział w Jego Męce. Pisała: „Czuję, jak rodzi się w mojej duszy wielkie pragnienie poznania w szczegółach całego życia i Męki Jezusa”. Wnikając w Mękę Chrystusa pragnęła z Nim cierpieć. A cierpienia w jej życiu nie brakowało. Gdy zachorował na gruźlicę jej brat-kleryk, Gemma opuściła szkołę i internat sióstr i pielęgnowała go, czuwając przy nim dzień i noc. Wyczerpana tą opieką sama zachorowała i przez trzy miesiące musiała się leczyć. Do pełni zdrowia już nigdy nie wróciła. Niedługo potem wywiązała się u niej choroba nóg. To był dopiero początek przykrych doświadczeń. W roku 1897 zachorował jej ojciec Henryk. Wcześniej z wielkim powodzeniem prowadził interesy, przy tym był bardzo hojny dla biednych, udzielał pożyczek, nie spodziewając się zwrotu. Powoli rodzina popadała w coraz większą nędzę. Sytuacja stała się beznadziejna po śmierci ojca. Gemma napisała: „Po śmierci mojego ojca zostaliśmy bez niczego. Nie mieliśmy już za co żyć.” Dziewiętnastoletnia Gemma zastąpiła siostrom i braciom matkę i ojca.

Gemma zmagając się z trudnościami życia, z powodu ciasnoty musiała opuścić własny dom. Na prośbę spowiednika przyjęła ją pewna pobożna niewiasta. Z wielkim poddaniem i cierpliwością Gemma przyjmowała cierpienia. W wigilię uroczystości Serca Pana Jezusa, 8 czerwca 1899 roku została naznaczona stygmatami, które wskazywały, że jej cierpienie ma szczególny związek z Męką Chrystusa. O tym wydarzeniu Gemma pisze: „Był wieczór, ogarnął mnie ogromny żal za grzechy, jakiego dotąd nie odczuwałam. Uświadomiłam sobie równocześnie wszystkie cierpienia, jakie Pan Jezus poniósł dla mego zbawienia. I oto znalazłam się w obecności mej Matki. Po Jej prawej ręce stał Anioł Stróż. Kochająca Matka nakazała mi wzbudzić żal serdeczny za grzechy, a gdy to uczyniłam, zwróciła się do mnie ze słowami: ‘Córko, w imię Jezusa masz odpuszczone grzechy. Jezus, mój Syn, bardzo cię ukochał i pragnie dać ci dowód swojej szczególnej łaski. Czy zechcesz okazać się jej godną? Ja ci będę Matką. Czy chcesz mi się okazać prawdziwą córką?’ Po czym rozchyliła swój płaszcz i okryła mnie nim. W tej chwili ukazał mi się Pan Jezus. Jego wszystkie rany były otwarte, lecz zamiast krwi wydobywały się z nich płomienie. Natychmiast te płomienie dotknęły moich dłoni, stóp i serca. Miałam wrażenie, że z bólu umieram, i gdyby mnie nie podtrzymała Matka Boża, byłabym upadła na ziemię. Gdy przyszłam do siebie, stwierdziłam, że klęczałam na podłodze. W rękach, w stopach i w sercu wciąż odczuwałam przejmujący ból. Kiedy się podniosłam, zauważyłam, że miejsca, w których odczuwałam ból, silnie krwawią. Okryłam je, jak mogłam i przy pomocy Anioła Stróża dowlekłam się do łóżka”. Odtąd rany te odnawiały się u Gemmy w każdy piątek.

Na kilka lat przed śmiercią Gemma nawiązała kontakt z zakonem pasjonistów, którego charyzmatem było rozważanie męki Pana Jezusa i rozpowszechnianie tego nabożeństwa wśród wiernych Kościoła. Na ręce jednego z pasjonistów Gemma złożyła cztery śluby, właściwe temu zakonowi. W roku 1902, w uroczystość Zesłania Ducha Świętego, Gemma zachorowała. Jej stan gwałtownie się pogarszał. Wezwany spowiednik udzielił jej ostatnich sakramentów. Jednak agonia trwała kilka miesięcy. W Wielką Sobotę 11 kwietnia 1903 roku, jak roztropna, ewangeliczna panna z zapaloną lampą, Gemma poszła na spotkanie ze swoim Oblubieńcem. Miała wtedy 25 lat. Miejscowy kapłan obecny przy jej śmierci napisał: „Wielokrotnie stawałem przy łożu śmierci, nigdy jednak nie widziałem nikogo, kto by umierał tak jak Gemma; nie zapowiadając tego żadnym gestem, żadną łzą ani nawet urywanym oddechem. Umarła z uśmiechem, który pozostał na jej wargach; nie mogłem uwierzyć, że naprawdę nie żyje”.

Papież Pius XI zaliczył Gemmę do grona błogosławionych w 1933 roku, a papież Pius XII w roku 1940 dokonał aktu jej kanonizacji (z książki Wypłynęli na głębię).

 

„WIERZYSZ W TO?”     

W listopadowe dni, często powracam myślą w rodzinne strony i spaceruję cmentarnymi alejkami. Pod nogami szeleszczą liście, a w nagich gałęziach drzew wiatr wygrywa smętne melodie. Zapach wieńców jodłowych i płonących zniczy niczym dym kadzidła w kościele wznosi się ku niebu. W modlitewnym skupieniu przymykam oczy i powraca wtedy do mnie świat beztroskiego dzieciństwa oraz ufna wiara, że życie jest piękne, bezpieczne i nic mu nie grozi. Wśród ogromnej liczby znajomych widzę rodziców, dziadków, krewniaków, przyjaciół, jak życzliwie uśmiechają się i z miłością wyciągają do mnie ręce. Ogrania mnie cudowny świat, którego żal opuszczać. Jednak trzeba otworzyć oczy i zmierzyć się z rzeczywistością, którą przywołują nagrobne, krzyże, złociste chryzantemy i płonące znicze. Przypominają one, że czasu nie da się cofnąć, że lata beztroskiego dzieciństwa bezpowrotnie przeminęły. Jednak cmentarne krzyże rodzą nadzieję, że te lata minęły bezpowrotnie, ale nie bezowocnie. Tak wiele zawdzięczamy dobra tym, za których szepczemy modlitwy: „Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie”. A wraz z tą modlitwą przychodzi pytanie o wieczną nagrodę, o wieczny owoc. Szukając odpowiedzi spoglądamy na krzyże, które echem słów Chrystusa powracają do nas pytaniem: “Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?”

W różnego rodzaju obrzędowości, człowiek stara się „oswoić” z przemijaniem i śmiercią. Jednym z tych obrzędów jest, powstały w Stanach Zjednoczonych Halloween. Przybiera on formę zabawy z kościotrupami, duchami i innymi maszkarami. Niektórzy mówią, że jest to tylko świetna zabawa. Może i tak, ale trzeba pamiętać, że zabawa jest bardzo skutecznym sposobem wychowania dzieci. A zatem przypatrzmy się najgłębszej treści ukrytej pod zabawową formą Halloween. Pogański obrzęd, sięgający korzeniami wiele tysięcy lat wstecz wywodzi się z celtyckiego święta ku czci boga śmierci. W tym dniu druidzcy kapłani sprawowali obrzędy, w czasie których składali również krwawe ofiary z ludzi. Po 835 roku, pod wpływem chrześcijaństwa zwyczaj ten zaczął zanikać, ustępując miejsca celebrowaniu Uroczystości Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego. Irlandzcy imigranci sprowadzili tradycję Halloween do Ameryki Północnej w połowie XIX wieku. Zaś 31 października 1920 roku w mieście Anoka w stanie Minnesota odbyła się pierwsza w Stanach Zjednoczonych parada z okazji Halloween. Włączając się te obchody trzeba pamiętać, w jakim towarzystwie świętujemy ten dzień. Anton Szandor LaVey, autor „Biblii szatana”, pisze, że Halloween dla satanistów jest najważniejszym dniem w roku, jest bowiem czasem niezwykłej potęgi szatana. Dlatego sataniści odprawiają wtedy swoje „czarne msze”, podczas których składają krwawe ofiary oraz dokonują rytualnych zabójstw.

Ciekawy zwyczaj ku czci zmarłych kultywują Meksykanie. W ich obchodach zaduszkowych religia katolicka miesza się z indiańskimi rytuałami. Dzień 1 listopada poświęcony jest duszom dzieci, zaś dzień 2 listopada dorosłym zmarłym. Według tych wierzeń, 31 października na ziemię przychodzą dusze zmarłych dzieci. W tym dniu wystawiane są w domach na specjalnych ołtarzach ulubione zabawki dla dzieci. Często zostawia się dla nich puste miejsce przy stole. Dusze dzieci odchodzą w południe następnego dnia, robiąc miejsce duszom dorosłych. Wtedy rozpoczynają się obchody drugiego dnia Święta Zmarłych. Na ulicach organizowane są festyny i parady. Około północy Meksykanie udają się na cmentarze, gdzie urządzają biesiady i palą ogniska, towarzyszą temu występy mariachis, którzy grają ulubione piosenki zmarłych. Wracając z cmentarza Meksykanie wstępuje do kościołów, aby zapalić świece i pomodlić się w intencji zmarłych. Świętowanie dnia zmarłych ma miejsce także w domu, gdzie stawiany jest ołtarz ozdobiony kwiatami, świecami oraz zdjęciami zmarłych. Na stole są także ulubione potrawy zmarłych. Meksykanie wierzą, że przychodzą oni na ziemię, aby się posilić. W 2003 roku UNESCO, Święto Zmarłych w Meksyku uznało za dziedzictwo światowej kultury. Ten zwyczaj, chociaż „ubogacony” pogańskimi zwyczajami, w sposób radosny ukazuje chrześcijańską wiarę w życie po śmierci; nasi zmarli żyją i są bardzo blisko naszego życia, co chrześcijanie wyznają w „świętych obcowaniu”.

Najbliższe jest mi jednak świętowanie Dnia Zmarłych w tradycji polskiej, kiedy to cmentarze zapełniają się wiernymi, którzy zatrzymują się nad grobami swoich bliskich zmarłych i szepczą modlitwy w ich intencji, wypisują ich imiona na kartkach wspominkowych, uczestniczą w mszach świętych odprawianych w intencji zmarłych oraz wyruszają w procesjach zaduszkowych cmentarnymi alejkami. Palą także znicze, kładą kwiaty na grobach bliskich jako znak miłości silniejszej aniżeli śmierć. Dzień poświęcony zmarłym wprowadził opat benedyktynów w Cluny we Francji, św. Odylon, który w roku 998 zarządził modlitwy za dusze wszystkich zmarłych w dniu 2 listopada. W XIII w. zwyczaj ten w Kościele rzymskim stał się powszechny. 1 listopada Kościół oddaje cześć zmarłym, którzy cieszą się chwałą zbawionych w niebie. Zaś drugiego dnia modli się za zmarłych, którzy są w tak zwanym czyśćcu. A więc jeszcze nie są na tyle czyści i dokonali, aby stanąć przed obliczem Boga. Potrzebują oczyszczenia. W tym oczyszczeniu my możemy ich wspomóc naszymi modlitwami, a oni zaś mogą zanosić modlitwy do Boga w naszej intencji. A zatem Wspomnienie Zmarłych rodzi radość, że nasi bliscy żyją, zdążają na spotkanie Boga, i tak jak za życia jesteśmy duchowo blisko siebie, aby się wspierać w naszej drodze na spotkanie Boga, Pana życia i śmierci.

Powyższe obrzędy nie zwalniają nas od osobistej odpowiedzi o naszą wiarę w obliczu śmierci. To pytanie dociera do nas w całej ostrości, gdy stajemy przy trumnie kogoś bliskiego. Możemy się posiłkować wtedy mądrością wybitnych ludzi na temat życia i śmierci. Oto kilka z nich: „Śmierć nie jest kresem naszego istnienia. Żyjemy w naszych dzieciach i następnych pokoleniach. Albowiem to dalej my, a nasze ciała to tylko zwiędłe liście na drzewie życia” /Albert Einstein/. „Nie ma lepszej śmierci, jak w chwili szczęścia” /Sokrates/. „Nikomu jeszcze prócz śmierci nie udało się zatrzymać czasu” /Stefan Kisielewski/. /„Śmierć jest jedynie przebudzeniem ze snu” /Platon/. „Umiera się nie po to, by przestać żyć, lecz po to, by żyć inaczej” /Paulo Coelho/. „Kochać kogoś, to jakby powiedzieć mu: nie umrzesz” /Gabriel Marcel/. „Można odejść na zawsze, by stale być blisko” /ks. Jan Twardowski/. Są to mądre myśli, ale niewystarczające, aby zmierzyć się ze śmiercią. Dlatego w swoim szukaniu mądrości spoglądamy w niebo. Mędrzec biblijny w pierwszym czytaniu mówi o tej mądrości: „Mądrość jest wspaniała i niewiędnąca: ci łatwo ją dostrzegą, którzy ją miłują, i ci ją znajdą, którzy jej szukają, uprzedza bowiem tych, co jej pragną, wpierw dając się im poznać”. Zaś św. Paweł w Liście do Tesaloniczan wskazuje na Chrystusa, w którym ta mądrość ma spełnienie: „Jeśli bowiem wierzymy, że Jezus istotnie umarł i zmartwychwstał, to również tych, którzy umarli w Jezusie, Bóg wyprowadzi wraz z Nim” (Kurier Plus, 2017).

 

CO JEST W TWOIM KAGANKU?

W pierwszym czytaniu z Księgi Mądrości słyszymy słowa: „Mądrość jest wspaniała i nie więdnie, ci łatwo ją dostrzegą, którzy ją miłują, ci ją znajdą, którzy jej szukają, uprzedza bowiem tych, co jej pragną, wpierw dając się im poznać”. Chyba każdy chciałby być mądrym i mądrze przejść przez życie. Wielu sądzi, że mądre życie przypomina trochę sielankę. W swojej mądrości trzeba tak poukładać wszystko w życiu, aby mieć szansę pełnymi garściami korzystać z przyjemności światowych. To nic złego, że tak chcemy urządzić życie. Jednak ta nasza ziemska mądrość, którą nieraz można nazwać przebiegłością powinna być wkomponowana w mądrość przekraczającą granice doczesności. Starożytny mędrzec Seneka mówił: „Cokolwiek czynisz, czyń roztropnie i patrz na finał”. Prawdopodobnie Seneka miał na myśli ostateczny cel mieszczący się w ramach doczesności. Jednak to powiedzenie sprawdza się także, gdy bierzemy pod uwagę wieczność.  Dla chrześcijanina ostateczny cel człowieka mieści się w niebie, skąd wychodzi na spotkanie Boski Oblubieniec – Jezus Chrystus. A zatem naszym ostatecznym celem jest Królestwo niebieskie.

Święty Paweł w Liście do Tesaloniczan wskazuje Mądrość, która prowadzi nas w tym kierunku: „Nie chcemy, bracia, byście trwali w niewiedzy co do tych, którzy umierają, abyście się nie smucili jak wszyscy ci, którzy nie mają nadziei. Jeśli bowiem wierzymy, że Jezus istotnie umarł i zmartwychwstał, to również tych, którzy umarli w Jezusie, Bóg wyprowadzi wraz z Nim”. Chrystus jest uosobieniem Mądrości Bożej, która prowadzi nas do zmartwychwstania i życia wiecznego. Tę mądrość Chrystus obrazuje przypowieścią o uczcie weselnej i mądrych pannach oraz nieroztropnych. Z doświadczenia wiemy, ile zachodu kosztuje przygotowanie się do uczty weselnej. Odwiedziny sklepów, kosmetyczki, salonu fryzjerskiego itd. W świetle tej przypowieści całe nasze życie jest przygotowaniem na ucztę Królestwa Bożego. Nie wiemy, kiedy Chrystus przybędzie do nas. Wiemy jednak jak potrafi ludzi zaskakiwać. Dlatego jak te mądre panny winniśmy mieć zapalone lampy, mieć w nich oliwę. Lampą zapaloną jest serce człowieka wypełniane bezgraniczną wiarą,  nadzieją i miłością. Kiedy to będzie w naszym sercu, wtedy nasza lampa płonąć będzie łaską uświęcającą, która jest zadatkiem życia wiecznego.

Mądrość prowadząca nas na tę ucztę ma swoją cenę, a rachunek wystawiają nieraz ci, od których spodziewamy się tego najmniej. W takiej sytuacji potrzebujemy jeszcze większej mocy, aby w naszych lampach płonęło światło wiary, nadziei i miłości, gdy staniemy u drzwi uczty niebieskiej. Doświadczył tego w całej pełni św. Ojciec Pio. Wszystkie doświadczenia jakie przeszedł sprawiły, że przy spotkaniu z Oblubieńcem jego lampa płonęła nadzwyczajnym blaskiem co podkreśli Kościół przez akt beatyfikacji i kanonizacji. 2 maja 1999 roku na Placu św. Piotra w Rzymie we Mszy beatyfikacyjnej wzięło udział ponad 500 tysięcy osób. Nie wszystkich pomieścił plac Bazyliką św. Piotra, dlatego wielu pielgrzymów zgromadziło na placu przez kościołem św. Jana na Lateranie, a część pojechała bezpośrednio do San Giovanni Rotondo, by w tym dniu modlić się przy grobie Ojca Pio, śledząc przebieg Mszy św. beatyfikacyjnej na telebimie. Św. Jan Paweł II powiedział w czasie tej Mszy św.: „Ten pokorny zakonnik – kapucyn zadziwił świat swoim życiem, całkowitym oddaniem modlitwie i słuchaniu braci. Niezliczone rzesze wiernych spotykały go w San Giovanni Rotondo i to pielgrzymowanie nie ustało nawet po jego śmierci. Gdy byłem studentem w Rzymie i ja miałem okazję poznać go osobiście. Dziękuję Bogu Najwyższemu, że dzisiaj daje mi możliwość wpisania go w poczet błogosławionych…”

Droga do świętości najeżona była różnymi przeszkodami, cierpieniem. Prawdopodobnie największym źródłem cierpienia Ojca Pio były sprawy, o których pisze dziennikarz Renzo Allegri w książce „Zniszczyć świętego. Śledztwo w sprawie prześladowania o. Pio”. Renzo Allegri mówi: „Ojciec Pio cierpiał i wiele płakał nie z powodu stygmatów, lecz prześladowań przez niektórych hierarchów Kościoła. To były szatańskie pułapki”. Renzo Allegri dotarł do nieznanych faktów z życia ojca Pio, uwypuklając okres, gdy był prześladowany przez wpływowych ludzi Kościoła. Po przeczytaniu książki odkrywamy w obliczu ojca Pio obraz cierpiącego Chrystusa. Dowiadujemy się o kierowanych przeciw Ojcu Pio oskarżeniach, na które nie odpowiadał, i o pomówieniach, wobec których przyjął postawę milczenia. Przez to Ojciec Pio uczy nas, że nie jest ważna opinia innych ludzi, ale wierność Bogu, i że cierpienie znoszone w milczeniu staje się największą modlitwą, bo wie o nim tylko sam Bóg.

Do San Giovanni Rotondo przybywało tysiące osób spragnionych spotkania z ojcem Pio, tymczasem Watykan, słuchając donosicieli z terenu przygotowywał kolejne oskarżenia, aby zakazać wiernym jakichkolwiek kontaktów z zakonnikiem. Allegri twierdzi, że problem pojawił się dość niespodziewanie. Gdy Ojciec Pio otrzymał dar stygmatów, wtedy do San Giovanni Rotondo przyjeżdżały tysiące ludzi, spragnionych spowiedzi, Eucharystii i spotkania z kapucynem. Nie spodobało się to lokalnemu duchowieństwu, a szczególnie to, że na klasztor, w którym przebywał Ojciec Pio składano spore ofiary. Pieniądze spowodowały wybuch zazdrości i zawiści. Lokalny kler, pod przywództwem biskupa Manfredonii, któremu podlegało San Giovanni Rotondo, postanowił położyć temu kres. Do Świętego Oficjum zaczęto słać listy z licznymi oskarżeniami wymierzonymi w Ojca Pio. Święte Oficjum, na podstawie fałszywych doniesień doszło do wniosku, że ojciec Pio jest… oszustem. Nałożono na niego liczne kary. Nie mogli wstawić się za nim jego współbracia, bo im też groziły podobne kary. W dokumentach Świętego Oficjum jest szczegółowy raport biskupa Manfredonii, który oczernia Ojca Pio, pisząc między innymi, że stygmaty są owocem mistyfikacji i fanatyzmu Raport kończy się słowami biskupa: „Albo o. Pio opuści moją diecezję, albo uczyni to biskup”.

W roku 1959, pod wpływem fałszywych oskarżeń na starszego i schorowanego Ojca Pio została nasłana wizytacja apostolska ze strony Watykanu. W jej trakcie wizytator oskarżył go między innymi o utrzymywanie relacji seksualnych z kobietami. Ojciec Pio bronił się, ale ostatecznie został uznany winnym, a także oszustem i krzywoprzysięzcą. Na najsłynniejszym obecnie świętym XX wieku do końca życia ciążyło aż pięć zarzutów Świętego Oficjum. To było między innymi powodem, że urząd watykański nie dawał zgody na rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego. Dopiero, gdy pojawił się Boży Człowiek, św. Jan Paweł II ruszyła sprawa beatyfikacji Ojca Pio.  Renzo Allegri nie obwinia Kościoła, chce go raczej oczyścić ze zła: „Trudno mówić o jakiejś zbiorowej winie Kościoła. Za ataki na ojca Pio odpowiedzialni było konkretni ludzie”.

Mimo takich burz życiowych w kaganku Ojca Pio nie zabrakło oliwy bezgranicznej wiary, nadziei i miłości, które podsycały płomień światła, który jest konieczny, aby rozpoznać Chrystusa i wejść na ucztę Królestwa Bożego. W obliczu tej rzeczywistości rodzi się pytanie o nasze światło i nasz kaganek z oliwą wiary, nadziei i miłości (Kurier Plus, 2020).

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *