6 Mar

Po wigilijnej wieczerzy    

W moim rodzinnym domu bezpośrednio po wieczerzy wigilijnej tata szedł do obory, aby obdzielić zwierzęta specjalnym, kolorowym opłatkiem. Dla ułatwienia tej czynności opłatek wkładano w kromkę chleba. W ten wieczór zwierzęta otrzymywały lepszą paszę, ale na kromkę chleba dały się jeszcze skusić. Opłatek otrzymywały konie, krowy i owce. Pomijano świnie mimo, że najgłośniej upominały się o swoją dolę. Nie dostępowały one opłatkowego zbratania z człowiekiem. Zapewne ma to swoje biblijne korzenie. Dla Izraelitów świnia była zwierzęciem nieczystym. Nie było jej także w stajence betlejemskiej. Ten zaszczyt omijał także psa, mimo że przymilnie merdał ogonem w czasie obdzielania zwierząt opłatkiem. Pies w Starym Testamencie traktowany był także pogardliwie, jako zwierzę nieczyste. Talmud określa go jako najnędzniejsze ze zwierząt, a nawet wróg człowieka Obdzielanie zwierząt opłatkiem przypominało, że w ten jedyny i nadzwyczajny wieczór następuje zbratanie całego stworzenia. I w pewnym sensie było wezwaniem do poszanowania bożych stworzeń.

Według ludowych wierzeń zwierzęta tej świętej nocy rozmawiają ludzkim głosem. Dlatego towarzysząc tacie przy obdzielaniu zwierząt opłatkiem z uwaga wsłuchaliśmy się w pomruk zwierząt, ale nigdy to nie przypominało ludzkiej mowy. Tata nam mówił, że trzeba poczekać do północy. Nim jednak wybiła północ smacznie spaliśmy w domu lub drzemaliśmy na Pasterce. Mówiono także, że o północy woda w studni zamienia się w wino. L. Stomma w książce „Słońce” pisze: „Gmin nadrabski twierdzi, że o samej północy z willi na Boże Narodzenie przemienia się woda we wszystkich studniach w wino; trudno jednak na ten czas natrafić, aby wiadro wyciągnąć, gdyż ‘prosty człek’ nie może wiedzieć jak ‘zegary w niebie chodzą’, a zresztą to szczęście może spotkać tylko takiego z ludzi, który w życiu nie dopuścił się żadnego grzechu”. Te piękną naukę możemy odnieść do naszego życia, która w ten wieczór dociera do nas w tak cudowny sposób. Aby doświadczyć radości zbawienia trzeba nam wsłuchiwać się w rytm zegarów niebieskich i wieść życie nieskalane.

Z wieczorem wigilijnym wiąże się wiele wróżebnych zwyczajów. Jednym z nich był obrzęd, który miał przepowiedzieć lub niejako wymusić obfite plony. W czasie spożywania wigilijnej wieczerzy rzucano kutię na sufit. Jeśli przyczepiło się do sufitu wiele ziaren, była to zapowiedź obfitych urodzajów. Najczęściej tajemnica przyczepności kutii leżała w ilości i konsystencji miodu, który dodawano do tej wigilijnej potrawy. Zaś pszczoły, które dostarczały miód na wigilijny stół w ten wieczór także były zauważane. Gospodarz szedł do pasieki i lekko stukał do ula oznajmiając radosną nowinę o narodzeniu Jezusa: „Chrystus Pan się narodził”. A że tej nocy wszelkie stworzenie mówi ludzkim głosem, to i pszczoły zapewne rozumiały tę mowę. Pszczoły są także wspomniane w Wigilię Paschalną, w czasie poświęcenia paschału, który jest owocem „pracy pszczelego roju”.

Koniecznie po Wigilii trzeba było odwiedzić sad, z którego jabłka były zawieszone na choince. Gospodarz trzymając w rękach siekierę zadawał pytanie drzewom owocowym: „Będziesz rodzić?” I gdyby nie było pozytywnej odpowiedzi, to gospodarz był gotów wyciąć to drzewo. Ale nie było takiej obawy. Za płotem ktoś z rodziny odkrzykiwał: „Będę, będę”. Na znak pozytywnej odpowiedzi gospodarz obwiązał drzewo powrósłem, wykonanym ze słomy, którą był wyścielony dom. Słomiane powrósła miały także praktyczne znaczenie. Niektóre szkodniki szukały w tej słomie schronienia. Na wiosnę wystarczyło zebrać tę słomę i spalić, aby uchronić dorodne jabłka przed różnymi robakami. W ten wieczór można było zobaczyć wysłane słomą ścieżki między niektórymi domami. Wyścielano je między domami młodych ludzi, którzy mieli się ku sobie, ale chcieli to utrzymać w tajemnicy. Najczęściej ta wigilijna ścieżka w niedługim czasie prowadziła ich do ołtarza. Oj, nie dobrze było, gdy taka ścieżka prowadziła do mężatki. Ale ci co mieli coś do ukrycia w tym względzie, byli bardzo czujni w ten wieczór i na ile było to możliwe natychmiast sprzątali słomę ze ścieżki.

Po dopełnieniu ludowych obyczajów zdążaliśmy od wigilijnego stołu do ołtarza w miejscowym kościele, który był stołem całej wspólnoty parafialnej. Szliśmy na Pasterkę jak pasterze do Betlejem, którym anioł ogłosił narodzenie Mesjasza i wezwał do oddania pokłonu Nowonarodzonemu. Nazwa „Pasterka nawiązuje do wędrówki pasterzy do stajni betlejemskiej, gdzie spotkali Nowonarodzonego i oddali Mu pokłon. Z takimi samymi intencjami i my wędrowaliśmy na Mszę św. pasterską. A droga była nieraz daleka. Moi dziadkowie z rodzinnego domu szli 8 kilometrów do parafialnego kościoła w Józefowie. Moi rodzice już tylko 4 kilometry do Majdanu Sopockiego, a dzieci mojego brata tylko pół kilometra, ponieważ wybudowano kaplicę w mojej rodzinnej wiosce Oseredek. Pozostała tylko ta sama duchowa droga, prowadząca na spotkanie ze Słowem, które stało się Ciałem.

Najczęściej szliśmy ośnieżonymi drogami. Naokoło sosny, jodły i świerki uginające się pod czapami białego śniegu. W tej baśniowej scenerii szliśmy gromadami. Radość, śmiech i kolędowanie. Niektórzy wybierali się na Pasterkę sańmi. Słychać było głos dzwonków i pokrzykiwania woźniców, którzy nieraz urządzali wyścigi. Niejednokrotnie kończyły się one w przydrożnym rowie. Upadki łagodził puszysty i głęboko śnieg. W końcu docieraliśmy do kościoła. Dzieci tłoczyły się przy szopce. Każdy chciał być jak najbliżej żłóbka. Nawet, gdy szopka nie była ruchoma, to i tak swoją atrakcyjnością nie pozwalała zasnąć dzieciom w czasie przydługiej pasterki.

Szopki mają bardzo starą historię. Od VI wieku w Bazylice Santa Maria Maggiore Rzymie czczono relikwie żłóbka, uważane za autentyczne, pochodzące z groty betlejemskiej. Tam również znajduje się częściowo zachowana marmurowa rzeźba postaci z szopki betlejemskiej, uważana za pierwowzór szopki. Pierwszą szopkę betlejemską w dzisiejszym stylu zbudował św. Franciszek z Asyżu. Regularnie szopki w kościołach zaczęto jednak urządzać znacznie później. Zwyczaj budowania szopek w kościołach w końcu XVI wieku, był już znany we wszystkich krajach katolickich, w tym także i w Polsce. Można dyskutować, która szopka jest najpiękniejsza. A mnie się wydaje, że najpiękniejsze, to te zapamiętane z lat dzieciństwa, kiedy to nasza wiara była tak prosta i ufna, że figurki ze stajenki były tak samo realne jak wszystko inne w wypełnionym po brzegi kościele. A gdy kapłan wychodził o północy do ołtarza i zagrzmiały ograni i śpiew kolędy; „Bóg się rodzi” wzbijał się ku niebu, to nam dzieciom wydawało się, że śpiewają z nami nieprzeliczone rzesze niebieskich aniołów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *