31 Gru

Przez dziurkę od klucza  

 Jest jedną z, wielu, które sądziły, że los się do nich uśmiechnął – kiedy pojawiła się perspektywa wyjazdu do Ameryki. Dziś nie wie, czy to było szczęście czy też los zadrwił sobie z niej. Bez znajomości języka obraca się jakby po omacku, bezbronna wobec twardych realiów tutejszego życia. Podejmuje się nawet najgorszej pracy, bo dolar tak bardzo potrzebny jest dzieciom, które zostały w Polsce. Pracuje od świtu do nocy, znosząc z pokorą zniewagi. O jakiejś rozrywce nawet nie myśli, żal tych pieniędzy tak ciężko zapracowanych, a przeliczając je myśli, że w Polsce można za nie tyle jeszcze kupić. Zmęczona, wraca do przepełnionego mieszkania, gdzie nawet spokojnie nie można się wypłakać. A zdrowie z miesiąca na miesiąc słabnie, brakuje sił do tak cięż-kiej pracy, tęsknota wypala duszę.

Gotowa jest wrócić do Polski, do rodziny, tam, gdzie można odnaleźć miłość, bliskość i ciepło, bo dzisiaj już wie, że to jest najważniejsze w życiu człowieka. Dzwoni, więc de domu, by się trochę wyżalić i usłyszeć: „Niech mama wraca, bardzo czekamy”.

Z bijącym sercem, uwieszona na słuchawce, czeka na pierwsze wytęsknione słowa. Ale zamiast radości, w smutku opada głowa i wilgotnieją oczy. Nikt nie powiedział: niech mama wraca, my czekamy, a przeciwnie – usłyszała słowa, które jak nóż ugodziły w jej nadwątlone serce – „niech mama nie wraca, bo tu nie ma do czego, straszna bieda”. Tego było dla niej za wiele. Największe bogactwo zostało w domu. Nie wytrzymała i przyszła do księdza, by się wyżalić, przyszła do mnie, by choć trochę wyrzucić siebie tego bólu, który może zabić. Długo trwała ta rozmowa i nie jestem pewien, czy ona choć trochę umniejszyła ten ból, bo są takie rany, które może najskuteczniej wyleczyć ten, kto je zadał.

Opisałem to wydarzenie z mojej pracy duszpasterskiej między innymi dlatego, że ta pani prosiła, abym – gdy będę na wakacjach w Polsce – powiedział o tym w kazaniu; niech wiedzą, że nam tu bywa nieraz barjednego dnia kobieta w wieku około 60 lat, ze łzami w oczach zaczęła mnie całować po rękach. Speszony taką sytuacją, zacząłem pytać, co się stało. Łkając, opowiadała swoją historię. Przed kilkoma miesiącami przyjechała do USA, znajomi znaleźli jej pracę u jakiejś rodziny. Praca bardzo ciężka, a ponadto złe traktowanie ze strony gospodarzy. W niedzielę nie pozwalano jej na wyjście do kościoła, ponadto wyśmiewano jej piątkowe posty i zmuszano do jedzenia mięsa. Dopiero po pół roku udało się jej wyrwać na Mszę św. w języku polskim i stąd jej wzruszenie. – Dlaczego Pani nie zmieni miejsca? – zapytałem. Ale ona była tak zagubiona, tak bała się utraty tej nędznej pracy, że w ogóle nie brała pod uwagę takiej możliwości, a jej znajomi już o niej zapomnieli.

Dlaczego opisuję takie smutne historie? Być może dlatego, że ci ludzie przychodzą do księdza, gdy jest im bardzo ciężko i oczekują choć odrobiny serca. Również dlatego, że te historie głęboko zapadają w moje serce i trudno sobie nieraz z nimi poradzić. Piszę dlatego, by ci, którzy chcą wyjechać do Ameryki, wzięli pod uwagę i takie sytuacje. Piszę to także do tych, którzy mieszkają w Polsce, aby inaczej spojrzeli na swych bliskich mieszkających czasowo w Ameryce.

Ameryka to wielki i wspaniały kraj, kraj dużych możliwości i szans. Ale nie wystarczy tu tylko przyjechać. Od przyjazdu do sukcesu i zrealizowania marzeń – droga bardzo daleka. Wielu ustaje w drodze i powoli rozmywa się – rozdmuchany nieraz do granic absurdu – mit ziemi, gdzie spełniają się nasze marzenia. A że taki mit istnieje, chyba Czytelników Niedzieli nie trzeba przekonywać.

W czasie moich ostatnich wakacji w Polsce jedna z pań powiedziała, że gotowa jest wszystko zrobić, by przyjechać do USA, by, jak sama powiedziała: „choć przez dziurkę od klucza zobaczyć dobrobyt i wspaniałość tego kraju”, a w domyśle – zakosztować tego dobrobytu. Podobnie obiecywała sobie ta pani, która przyszła wyżalić się przede mną.

Tygodnik Niedziela 1994 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *