Pzykłady

100. Zakurzona lampa

W zapadłej wiosce zabrakło prądu. Mieszkania pogrążyły się w ciemności. Jeden z gospodarzy znalazł na strychu starą naftową lampę. Jej stan był fatalny. Knot dawał nikły płomień, ale za do dużo kopcił, zapach nafty stawał się nieznośny. Gospodarz wyrzucił lampę, jako nieużyteczną, z postanowieniem, że kupi nową. A gdy włączono prąd ponownie gospodarz zapomniał o kupnie nowej lampy. Przypomniał sobie o tym kilka tygodni później, gdy znowu wyłączono prąd. Tym razem żona przyniosła piękną naftową lampę, która działała bez zarzutu. „Wspaniała lampa. Gdzieś ty ją znalazła”- pyta mąż. „Jest to ta sama lampa, którą wyrzuciłeś”- odpowiada żona. „To niemożliwe”- z niedowierzaniem stwierdza mąż. Po dokładniejszych oględzinach powiedział: „Odnowienie tej lampy musiało wiele kosztować”. „Nie, kupiłam tylko nowy knot. Ale za to musiałam się dużo napracować, aby doprowadzić ją do tego stanu”- odpowiada żona.

Łatwiej było kupić nową lampę, niż starą doprowadzić do takiego stanu. Historia o lampie może być przypowieścią o człowieku. Łatwiej potępić, odrzucić człowieka zbrukanego grzechem, zagubionego, niż pomóc mu, aby oczyścił się z grzechów i zabłysnął nowym blaskiem. Chrystus zawsze podnosi zagubionych i tego oczekuje od swoich uczniów.

99. Światło wybaczenia

Ks. Mark Link w jednym ze swoich kazań przytacza opowieść chłopca imieniem Matt. Matt, po jednej z nauk rekolekcyjnych przyszedł do księdza i zaczął opowieść tymi słowami: „Mój ojciec opuścił dom, gdy miałem 11 lat. Cała moja rodzina była załamana. Przez kilka tygodni wszyscy płakali, z wyjątkiem mnie. Ja zacząłem nienawidzić ojca, szczególnie dlatego, że tak boleśnie zranił moją kochaną mamę. Zacząłem chuliganić i brać narkotyki. Brałem udział w kradzieży trzech samochodów. Moja mama jest gorliwą  chrześcijanką. Pod jej presją zdecydowałem się wziąć udział w tych rekolekcjach. Nic nie wiedziałem o rekolekcjach, chciałem się tylko zapisać, aby mieć spokój ze strony mamy. Po jednym ze spotkań w dużej grupie cały dzień myślałem o Bogu. Po czym uklęknąłem przed Chrystusem wiszącym na krzyżu. Przygniotło mnie ogromne poczucie winy. Zacząłem błagać o wybaczenie. Gdy szlochałem , Bóg wybaczył mi… On kocha mnie. On kocha mnie mimo mojej grzeszności. Otarłem łzy i otworzyłam oczy. Nie miałem żadnych wątpliwości, że Bóg istnieje. Po zakończeniu rekolekcji, po raz pierwszy w życiu nie sięgnąłem po papierosy, narkotyki i alkohol.

Następnego dnia miałem dzień wolny od pracy. Dużo rozmyślałem i modliłem się. W czasie lektury Biblii zacząłem myśleć o moim ojcu. Nie chciałem, aby cokolwiek oddzielało mnie od Chrystusa, dlatego zadzwoniłem do mojego ojca. Umówiliśmy się na spotkanie. Po przybyciu do jego domu usiedliśmy i rozmawialiśmy o niczym. Aż w końcu ojciec zapytał: <Dlaczego przyjechałeś do mnie?> Byłem zadowolony, że zadał to pytanie, ale nie byłem w stanie wyrazić słowami tego co czułem. Nieskładnie zacząłem mówić o rekolekcjach, gdzie uświadomiłem sobie, że nie powinienem nikogo bezlitośnie osądzać, niezależnie od tego jak poważna jest sprawa. Następnie poprosiłem go o wybaczenie za to, że go nienawidziłem, ostro osądzałem. Ojciec opuścił pokój i przyniósł zapisaną kartkę papieru. Był to list, który przed laty napisałem do niego. Oto treść tego listu: <Bill: Kim ty jesteś, co ty robisz? Nienawidzę cię i nie chcę mieć nigdy nic wspólnego z tobą w moim życiu. Twój ex- syn Matt>. Uświadomiłem sobie, jak bardzo to było bolesne dla niego. Przez lata zachowywał ten list. Rzuciłem mu się na szyję a z oczu popłynęły łzy wybaczenia i miłości.

To spotkanie było jak przejście przez bramy więzienia. Wyzwoliłem się z kajdanów nienawiści. Porozmawialiśmy jeszcze trochę, poczym ucałowałem go w oba policzki i odjechałem. Wziąłem taksówkę, ale wysiadłem kilka ulic wcześniej, aby mieć czas na rozmyślanie. Ogromna radość wypełniła moje serce. W podskokach biegłem do domu. Rozłożyłem ramiona i w duchu krzyczałem: Kocham Boga. Doznałem od Niego tej nocy nieogarnionego błogosławieństwa i łaski”.

98. Przywrócić życie

Bryan MacMahon w książce pt. „The Master” wspominając lata, gdy był nauczycielem w Listowel opisuje takie wydarzenie. Pewnego dnia przyszedł do niego zrozpaczony rolnik. Powiedział, że tego zimowego poranka urodziło mu się dziecko. Przy porodzie był arogancki i nieuprzejmy lekarz, który wychodząc z pokoju żony powiedział obojętnie, bez cienia współczucia: „Twoja żona jest w porządku, ale dziecko zmarło”. Bryan przejął się tym i chciał coś zrobić, aby pocieszyć nieszczęśliwe małżeństwo.  „Poszedłem do pokoju i zobaczyłem sine dziecko . Wyglądało jak martwe. Żona była prawie nieprzytomna. Wziąłem zatem dziecko i poszedłem do kuchni, w której płonął ogień. Rozgrzałem małe ciałko i namaściłem olejem. Nie było widać śladu życia. Masowałem dwadzieścia minut. Naglę dziecko westchnęło. Ciało zaczęło zmieniać kolor. Uradowany, nie przestawałem masować. Nagły krzyk dziecka oznajmił, że wyrwało się ono z objęć śmierci. Teraz jest on dla ciebie Mistrzu, zostawiam go w Twoich dobrych rękach”.

97. Jesteś moim bratem

Przed kilkunastu laty w telewizji amerykańskiej przedstawiono historię, która miała miejsce w Meksyku.  Przedstawia ona los  12-letniego chłopca imieniem Alfredo. Chłopiec stracił całą rodzinę w pożarze. Sam się uratował, ale płomienie zeszpeciły jego twarz. Aż trudno uwierzyć, że nikt nie zaopiekował się osieroconym i zranionym chłopcem. Stał się dzieckiem ulicy. Nocował pod gołym niebem, a żywił się najczęściej tym, co znalazł na śmietniku. Pewnego dnia Alfredo zatrzymał się przed domem dla sierot. Patrzył na roześmianych chłopców, którzy wspólnie się bawili. Zazdrościł im.

Ksiądz odpowiedzialny za sierociniec stworzył chłopcom  namiastkę rodzinnego domu. Wpajał im poczucie wzajemnej odpowiedzialności i troski o siebie. Alfredo pragnął przynależeć do tej wspólnoty. Zmagając się wewnętrznie, zdobył się ostatecznie na odwagę i zastukał do bramy sierocińca. Kapłan okazał współczucie chłopcu, gdy zobaczył jego zdeformowaną twarz i usłyszał wstrząsająca historię jego życia. Jednak nie mógł podjąć decyzji przyjęcia do wspólnoty, o tym  decydowali chłopcy zamieszkujący sierociniec.

Alfredo czekał, gdy tymczasem ksiądz zgromadził chłopców, pytając ich o zdanie. Przypomniał im, że gdy zdecydują się przyjąć do swej wspólnoty Alfredo to muszą go traktować jak brata. Gorszą rzeczą byłoby przyjęcie go do wspólnoty, a później nie zaakceptowanie. Po naradzie ksiądz przyprowadził do zgromadzonych chłopców zalęknionego Alfredo.

Kamerzysta wspaniale uchwycił tę dramatyczną scenę. Ukazał zszokowane twarze chłopców, którzy zobaczyli zniekształconą oblicze Alfredo. Zmieszani chłopcy spoglądali wzajemnie na siebie. Ten moment trwał jak wieczność. Poczym chłopcy, jeden po drugim zaczęli podchodzić do Alfredo ściskać jego dłoń i mówiąc: „Jesteś moim bratem”. Następnie film ukazuje wieczorne spotkanie wspólnoty, która przy muzyce i zastawionym stole świętowała powiększenie rodziny. Alfredo miał na sobie nowe ubranie. Był umyty i uczesany. Kamera kieruje się na chłopca i ukazuje najważniejszą rzecz. Na zniekształconej twarzy pojawił się po raz pierwszy od wielu lat cudowny uśmiech.

Alfredo zaczął znowu żyć. Można powiedzieć, że był martwy uczuciowo, duchowo i społecznie. Dla wielu był on praktycznie nikim, kimś martwym, kto może żyć lub też nie. Stał się cud, gdy wyciągnęły się do niego życzliwe ręce. Poczuł smak miłości, zrozumiał, że jest dla kogoś kimś ważnym. I z pewnością w tej wspólnocie odkrył Tego, kto z miłości do niego oddał swoje życie. Poznał tego, który jest źródłem życia, Który powiedział do martwego młodzieńca z Naim: „Młodzieńcze, tobie mówię, wstań”.

96. Nowa nadzieja

Na początku lat 70, grupa małżeństw założyła wspólnotę. Chcieli oni stworzyć dla swoich dzieci środowisko wolne od narkotyków i innych dewiacji. Byli to ludzie obojętni religijnie, chociaż kiedyś należeli do różnych grup wyznaniowych. Z czasem jednak odczuli potrzebę wartości religijnym w swoim życiu. Zaczęli wspólnie studiować różne religie. W czasie tych studiów doszli do wniosku, że jeśli Bóg tak bardzo kocha ludzi to powinien stać się jednym z nich, tak jak uczą chrześcijanie. A zatem zaczęli żyć według nauki Chrystusa, nie nazywając siebie chrześcijanami. Kiedy Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych zalegalizował aborcję, wspólnota ta ceniąca życie ludzkie i wartości rodzinne, była zaszokowana. Doszli wtedy do wniosku, że ci chrześcijanie, którzy najbardziej zdecydowanie stają w obronie poczętego życia,  najpełniej prezentują Kościół założony przez Chrystusa. Po długich poszukiwaniach zdecydowali się stać członkami Kościoła Katolickiego. Zaczęli współpracować z zakonem dominikanów. I stworzyli Dominikańską Wspólnotę Św. Marcina de Porres „Nowa Nadzieja”.

95. „Nie ma Go tutaj”

Siostra Marta  pracująca w Anglii opisuje takie wydarzenie. Kilka tygodni przed Wielkanocą Bill robił porządki w ogrodzie. Zbierał śmieci, suche gałęzie i składał je na jednym miejscu. Wieczorem, po uporządkowaniu ogrodu podpalił wielką pryzmę śmieci i gałęzi. Nagle nieszczęśliwie potknął się i wpadł w środek rozżarzonego ogniska. Udało mu się wyjść z ognia, ale poparzenia były tak rozległe, że z powodu nich zmarł tego samego dnia. Dla żony i trójki dzieci był to ogromny szok. Ból i rozpacz ogarnęły dom. Z upływem czasu, zamiast ulgi w cierpieniu, potęgowała się udręka. Żona Billa nie była w stanie wyjść do ogrodu, gdzie dokonała się tragedia. Nie mogła także spojrzeć tam przez okno swego domu. Każde spojrzenie na ogród przywoływało na pamięć to tragiczne wydarzenie i rozpacz wracała ze zdwojoną siłą.

Dnie mijały, a Wielkanoc była coraz bliżej. Siostra Marta ponownie odwiedziła tę rodzinę. Spodziewała się, że zastanie w domu smutek i rozpacz. Jakże była mile zaskoczona, gdy zobaczyła całkiem inną atmosferę. Nie było śladu po rozpaczy, smutku. Dało się odczuć głęboki pokuj, a nawet cichą radość. „Nie mogę uwierzyć. Czy coś się wydarzyło?”- zapytała siostra. Matka odpowiedziała: „Dzisiaj rano odwiedziła mnie moja siostra i sąsiadka. Zapytały mnie, czy nie wyszłabym na ogród, aby zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Popadłam w panikę na samą myśl wyjścia do ogrodu. Z wewnętrznymi oporami zdecydował się jednak na wyjście. Bardzo powoli szłam na miejsce tragedii. Cała się trzęsłam, gdy patrzyłam na miejsce gdzie płonęło ognisko. Lecz nagle, nie wiem jak to się stało, na myśl przyszły mi słowa z Ewangelii: <Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych. Niema Go tutaj. Zmartwychwstał>. I w tym momencie poczułam, jakby z mego serca spadł ogromny ciężar. I ogarnął mnie wtedy wewnętrzny pokój i cicha radość” (Ks. Flor McCarthy).

94. Moc krzyża

Anthony Padovano w książce, “Kim jest Chrystus” pisze:

„Cierpienie krzyża nic nie znaczy w sobie samym

swym znaczeniem sięga ono wyżej.

Chrystus nie cierpiał, dlatego, że cierpienie ma wartość samą w sobie

ale dlatego, że bezinteresowna miłość wymaga nieraz cierpienia.

Jesteśmy zbawieni

nie przez fizyczną śmierć Chrystusa

lecz bezgraniczną miłość

dla której śmierć

nie jest za wysoką ceną”.

Moc tajemnicy krzyża kryje się w tajemnicy bezgranicznej miłości

93. Spojrzenie na krzyż

Po zamachu terrorystycznym na Stany Zjednoczone 11 września 2002 r., w przypływie patriotyzmu wielu ludzi w Ameryce dekorowało swoje domy flagami narodowymi. W tym to czasie, jeden z mężczyzn wracając z pracy zauważył, że na jego parafialnym kościele nie ma flagi. Natychmiast pojechał do najbliższego sklepu i kupił wielką amerykańską flagę. Po drodze wstąpił do domu i zabrał potrzebne narzędzia do zamocowania flagi. Przyjechał przed kościół i zaczął instalować flagę przy głównych drzwiach kościoła. Na odgłos kucia w ścianie pojawił się proboszcz. Zaskoczony i zdziwiony zapytał, co on tu robi. Mężczyzna odpowiedział niegrzecznie: „A co mam robić. Nikt nie zadbał, aby zawiesić flagę, więc ja to robię”. Zbulwersowany proboszcz zaczyna go przekonywać, że kościół jest świętym miejsce i powinien być wolny od jakichkolwiek deklaracji, manifestacji politycznych. Mężczyzna, nie przestając wiercić dziury w ścianie odpowiedział, że kościół jest zobowiązany do modlitwy za państwo, które broni wolności wyznania. Emocje zaczęły brać górę a rozmowa stawała się coraz bardziej ostra. Zdenerwowany mężczyzna mówi, że jego dwaj synowie służą obecnie w wojsku. Jeśli nie będę mógł się modlić za nich w kościele, to nie chcę należeć do takiego kościoła. Proboszcz tłumaczy, że zawsze może przyjść do kościoła i modlić się za swoje dzieci, ale do tego nie jest potrzebna flaga. Mężczyzna pozostał nie przekonany. W końcu ksiądz mocą proboszczowskiej władzy nie dopuścił do zawieszenia flagi. Trzęsący się ze złości mężczyzna wszedł do kościoła. Stanął przy ołtarzu i zaczął powtarzać modlitwę „Ojcze nasz”, aż do momentu, gdy przyszło uspokojenie. Gdy powtarzał tę modlitwę dziewiąty czy dziesiąty raz usłyszał, że ktoś usiadł w ławce za nim. Wiedział, kto to był, ale się nie odwrócił. Obydwaj siedzieli przez kilkanaście minut, wpatrując się w krzyż stojący przy ołtarzu. W końcu mężczyzna usłyszał jak proboszcz mówił cichym i załamanym głosem: „Jakie są imiona twoich dzieci? Jeśli mi powiesz, to przyrzekam ci, że będę modlił się za nie każdego dnia, aż do czasu ich powrotu do domu”. Później mężczyzna powiedział, że była to jedyna walka w jego życiu, w której tracąc zwyciężył. Zapewne to samo mógł powiedzieć proboszcz. Spojrzenie na krzyż zniweczyło wzajemną wrogość. I mimo pozornej utraty przyniosło zwycięstwo, zarówno jednemu, jak i drugiemu. (Na podstawie opowieści Barbary Brown Taylor w „The Christian Century” z 12 grudnia 2001 r.).

92. Tam jest tylko miłość

Eugene O’Neill’s w sztuce „The Great God Brown” przedstawia taką scenę. W łóżku leży umierający mężczyzna na twarzy, którego maluje się przerażenie. Siedzi przy nim kobieta, która dla umierającego jawi się jako matka. Mówi do niego, tak jak mówią matki do swoich usypianych dzieci: „Uśnij już. Wszystko jest w porządku”. „Tak mamo” – odpowiada umierający mężczyzna. Następnie zaczyna opowiadać o swoim życiu. “W moim życiu panował mrok i nieraz nie wiedziałem, dokąd trzeba iść, czasami ogarniała mnie ciemność”. Na to kobieta: „Ja wiem, ale teraz jesteś zmęczony. Zaśnij już spokojnie”. A wtedy mężczyzna pyta: “Kiedy się znowu obudzę?” „Wtedy, gdy wzejdzie słońce”- pada odpowiedź. Mężczyzna ożywia się i bardzo poważnie mówi: „Sądzić żywych i umarłych”. I z wielkim lękiem dodaje: „Ja nie chcę sprawiedliwości, ja chcę miłości”. Kobieta cicho mówi: „Tam jest tylko miłość, tam jest tylko miłość”. Wtedy mężczyzna powtarza jedyną modlitwę, jaką znał: „Ojcze nasz, który jesteś w niebie…”

Chrystus jest naszym światłem w mrokach śmierci. On dodaje blasku i pełni naszym poczynaniom w przemijającym świecie. On jest miłością, która wychodzi na naprzeciw nam, gdy przyjdzie czas naszego odejścia z ziemi.