5 mar

Śródpoście  

Śródpoście

W miarę mijania dni Wielkiego Postu potęgowało się oczekiwanie na koniec tego okresu, ale nie tyle ze względu na surowe praktyki wielkopostne, co raczej ze względu na radość jaką niosły święta Wielkanocne. Święta te przemieniały wielkopostne umartwienia w radość świętowania. Przełomowym momentem było śródpoście, które wyznaczała czwarta niedziela Wielkiego Postu. Można powiedzieć, że do tej niedzieli było pod górkę, a po niedzieli z górki. Poprzez umartwienia wielkopostne już się odczuwało nastrój świąt Wielkanocnych. Czwartą niedzielę nazywa się mediana, co znaczy w języku łacińskim „polowa” lub laetare, od pierwszego słowa łacińskiej antyfony mszalnej, zaczerpniętej z Księgi Proroka Izajasza: Laetare, Jerusalem, „Raduj się, Jerozolimo.” Jest to niedziela radości, a jej powód odnajdujemy modlitwie mszalnej, która zachęca nas abyśmy z „żywą wiarą i szczerym oddaniem spieszyli ku nadchodzącym świętom”. Radość tę w kościele podkreśla różowy kolor szat liturgicznych, który znany jest w liturgii papieskiej już w X wieku i wywodzi się prawdopodobnie od zwyczaju poświęcenia w tym dniu róży, która symbolizowała zwycięstwo wiosny nad odchodzącą zimą

W tradycji ludowej IV Niedzielę Wielkiego Postu nazywano Czarną Niedzielą lub Śmiertelną Niedzielą. Jest to wyraźne nawiązanie do obrzędów przedchrześcijańskich przywoływania wiosny. Lud miał już dosyć zimy, kończyły się skromne zapasy w spiżarni i głód zaglądał do niejednej chaty. W moich stronach ten czas nazywano przednówkiem i był zawsze kojarzony z niedostatkiem pożywienia. Czekano zatem z utęsknieniem wiosny. Pojawiały się wtedy różne rośliny w tym także szczaw, zwany w moich stronach kwaśnikiem, z którego można było ugotować jakąś marną zupę. Aby jednak bezczynnie nie czekać na przyjście wiosny starano się przez różne obrzędy przepędzić zimę i przywołać wiosnę. W czasach chrześcijańskich obrano Niedzielę Czarną na sprawowanie tych obrzędów. W tym dniu pory roku walczyły z sobą na śmierć i życie – stąd nazwa Niedziela Śmiertelna. Zima przegrywała tę walkę, stąd też czarny kolor żałoby i nazwa niedzieli. Zawsze zwyciężała wiosna. Kolorem zwycięstwa jest biel, stąd też nazywano nieraz tę niedzielę Niedzielą Białą. Jednak tutaj z czasem tradycja chrześcijańska przeważyła. Białą Niedzielą zaczęto nazywać pierwszą niedzielę po Wielkanocny. Prawdziwym zwycięzcą jest Chrystus. Zwycięża nie tylko mrok grzechu, ale także śmierć.

Ludowa tradycja związała z niedzielą śródpościa obrzęd topienia Marzanny. Dzisiaj ten obrzęd, najczęściej ma miejsce 21 marca, w pierwszy dzień wiosny. Kukła zwana Marzanną, Moreną, Marzaniokiem, śmiercią, śmiertką była wyobrażeniem zimy i śmierci, chorób, różnorakiego zła i udręk nękających ludzi. I jak tu lubić takiego stwora. Stąd też przy uśmiercaniu Marzanny nie szczędzono jej udręk. Kościół oficjalnie zakazywał tego zwyczaju, ale tradycja ludowa okazywała się silniejsza, ale tylko zewnętrznie. Zdrowa nauka kościoła zwyciężała przez to, że wierni traktowali ten obrzęd jako zabawę. Ożywieni nauką kościoła, poprzez obrzęd topienia Marzanny możemy dostrzec prawdziwe niebezpieczeństwo w życiu i Tego, w którym możemy te wszystkie niebezpieczeństwa, łącznie ze śmiercią przezwyciężyć. W uchwałach synodu poznańskiego z roku 1420, skierowanych do duchowieństwa czytamy: „Nie dozwalajcie, aby w niedzielę, którą zwie się Laetare albo Biała Niedziela odbywał się zabobonny zwyczaj wynoszenia jakowejś po¬staci, którą śmiercią nazywają i w kałuży topią”. Z pewnością ten nakaz wprowadzano w życie, ale efekty nie były oszałamiające. Żyjący w tym czasie znakomity polski kronikarz Jan Długosz pisze, że w niedzielę zwaną Laetare wynoszono ze wsi bałwana umieszczonego na wysokiej tyce i topiono go w wodzie. Dodaje, że jest to starodawny zwyczaj. Długosz sugerował, że ten obrzęd miał przypominać niszczenie pogańskich bożków czasów Mieszka.

Zaś żyjący w XVI wieku Joachim Bielski pisze: „Za mojej jeszcze pamięci był on obyczaju nas po wsiach, że na Białą Niedzielę w poście topili bałwana, jeden ubra-wszy snop konopi albo słomy w odzienie człowiecze, który wszystką wieś prowadził gdzie najbliżej było jakieś jeziorko albo kałuża, tamże zebrawszy z niego odzienie, wrzucali do wody, śpiewając żartobliwie: ‘Śmierć się wije u płotu, szu¬kający kłopotu’, potem co prędzej do domu od miejsca tego biegali; który albo która się wówczas powaliła albo powalił, wróżbę tę mieli, iż tego roku umrze; zwali tego bałwana ‘Marzana’”. Szczątki Marzanny rozrzucano często po polach, wierząc, że przyniesie to obfite plony. Bo ze tej śmierci narodzi się nowe życie. Wiara ta rodziła się niejako w obliczu tajemnicy zbliżających się świąt. Chrystus umierając zmartwychwstał, uwiarygadniając naszą wiarę w zmartwychwstanie.

Przez obrzęd niszczenia i topienia Marzanny przepędzano z wioski zimę i śmierć, otwierając szeroko bramy dla zielonego i radosnego nowego latka. Przypominało o tym ludowe powiedzenie: „Marzanna ze wsi a lateczko do wsi”. Symbolem tego lateczka był najczęściej świerk wystrojony bibułą, a czasami pisankami. Chłopcy obnosili drzewko po wsi i śpiewali:

„Wynieśliśmy już z wioski śmierć, niesiemy nowe lato.

Kłaniamy się majowym dniom i kolorowym kwiatom”.

Za tę radosną wieść „wiosenni kolędnicy” otrzymywali od gospodarzy różne podarki. Czasami obnoszono zamiast drzewka wystrojona lalę, które nadano imię słowiańskiej bogini wiosny, Dziewanna. Nieraz przedstawiano walkę Marzanny z Dziewanną. Dziewanna zawsze wygrywała. Nie mogło być inaczej. A jeszcze inny zwyczaj związany ze śródpościem pozwalał na odrobinę luzu w surowych postach. Pieczono specjalne obwarzanki i zawieszano na drzewach w sadzie. Temu obrzędowi towarzyszył komentarz: „Gdy dobiega ważenie postu, czyli jego połowa, aniołki zsyłają na ziemię obwarzanki. To znak, że już coraz bliżej do świąt”.

Dystansując się od pogańskiego znaczenia tych obrzędów możemy powiedzieć, że jako znaki innej rzeczywistości w sposób bardzo prosty, mocno zakotwiczony w rytmie polskiej przyrody mogą przybliżać istotę zbliżających się świąt. Przez praktyki wielkopostne przygotowujemy się do przyjęcia zmartwychwstałego Chrystusa, który pokonuje mrok i chłód śmierci i staje się źródłem nowego wiecznego życia, którego budząca się do życia wiosną przyroda jest wymownym znakiem.Najważniejsze obrzędy Wielkiej Soboty mają miejsce wieczorem. Niezwykle bogata w symbolikę wieczorna liturgia Wielkiej Soboty rozpoczyna Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego. Na zewnątrz kościoła rozpala się ognisko. Kapłan poświęca ogień i zapala od niego paschał, symbol Chrystusa zmartwychwstałego, mówiąc: „Chrystus wczoraj i dziś, Początek i Koniec, Alfa i Omega. Do niego należy czas i wieczność. Jemu chwała i panowanie przez wszystkie wieki wieków”. Następnie podnosi zapalony Paschał i śpiewa: „Światło Chrystusa”, a wszyscy odpowiadają: „Bogu niech będą dzięki”. Z zapalonym paschałem procesja wchodzi do ciemnego kościoła, w którym są wygaszone wszystkie światła. Wierni zapalają od paschału świece. Kościół napełnia się światłem. Ciemność został przezwyciężona. Wspaniały symbol przezwyciężenia ciemności grzechu i śmierci przez zmartwychwstanie Chrystusa, który jest prawdziwym światłem naszego życia. Symbolikę światła wyjaśnia orędzie Wielkanocne inaczej exultet: „Raduj, się ziemio, opromieniona tak niezmiernym blaskiem, a oświecona jasnością Króla wieków, poczuj, że wolna jesteś od mroku, co świat okrywa! Zdobny blaskiem takiej światłości, raduj się, Kościele święty, Matko nasza! Ta zaś świątynia niechaj zabrzmi potężnym śpiewem całego ludu. A zatem proszę was, bracia najmilsi, którzy stoicie tutaj, podziwiając jasność tego świętego płomienia, byście razem ze mną wzywali miłosierdzia Wszechmogącego Boga. Niech Ten, który bez moich zasług raczył mnie uczynić swoim sługą, zechce mnie napełnić światłem swojej jasności i pozwoli godnie wyśpiewać pochwałę tej świecy”. Po odśpiewaniu orędzia wielkanocnego zapala się w kościele wszystkie światła i biją wszystkie dzwony. Radość wielkanocna wdziera się do naszych serc. Napełnieni tą radością odnawiamy przyrzeczenia chrzcielne, bowiem chrzest włącza nas w tajemnicę śmierci i zmartwychwstania Chrystusa.

W niektórych kościołach liturgię Wielkiej Soboty kończy procesja rezurekcyjna. W moim rodzinnym kościele, w latach mojego dzieciństwa z procesją rezurekcyjna trzeba było czekać świtu Niedzieli Wielkanocnej. Niektórzy wierni zostawali w kościele i do Rezurekcji na adorację Najświętszego Sakrament w ołtarzu Grobu Pańskiego. Oczywiście tej nocy nie mogło zabraknąć strażaków czuwających przy grobie Jezusa. Większość jednak wracała do domu. Do tej większości należałem także i ja. Z kościoła zabieraliśmy święconą wodę, do której wrzucaliśmy węgielki z poświęconego ognia. W dawnych czas przynoszono do domu także poświęcony ogień, nazywając go „nowym ogniem”. W domu wygaszano ogień i rozpalano nowy od przyniesionego z kościoła. Do przeniesienia ognia najczęściej używano huby. Zofia Kossak w „Roku polskim” pisze: „Z żadnego komina nie snuje się dym, wygaszone paleniska, bo ogień trzeba rozpalić na nowo, nowym, poświęconym płomieniem, przyniesionym z kościoła. Do przenosin należy używać woskowej świecy lub smolaków. Trzymając garść trzasek smol¬nych za pazuchą, chłopaki biegną z ogniem święconym do chaty, osłaniając dłonią płomyk, podsycając go pośpiesznie nowym smolakiem, gdy poprzedni sie, dopala. A tak wszystko staje sie, nowe na jutrzejszą niedzielę. Ogień i woda, i chaty, i jadło, i serce…” Od tego ognia zapalano w domu świecę, lampę, ogień w kuchni, wypowiadając słowa: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, na co obecni odpowiadali: „Na wieki wieków. Amen”.

Po powrocie do domu szykowaliśmy na następny dzień nowe ubrania, nowe pantofle, wszystko nowe. Ubranie i buty letnie były kupowanie przed Wielkanocą i pierwszy raz wkładało się je na rezurekcję. Myśląc o tym wieczorze nie mogę się powstrzymać od wspomnień kulinarnych. Otóż mama pozwalała nam spożyć najsmaczniejszą potrawę na świecie.. Była to kaszanka. Przed wyjściem do kościoła na liturgię wielkosobotnią często „pomagałem” mamie robić kaszankę. Trzymałem kiszkę, do której mama wlewała farsz z krwi, podrobów, kaszy gryczanej i doprawiony różnymi przyprawami. Następnie wkładała do chlebowego pieca. Po powrocie z kościoła, w domu cudownie pachniało upieczoną kaszanką. Najbardziej nam smakowała chrupiąca skórka. Pozwolenie na spożywanie kaszanki usprawiedliwiały dwa względy. Po pierwsze: Po odśpiewaniu Alleluja w kościele kończył się post, chociaż tradycja ludowa kazała pościć do rezurekcji. Ale w ten wieczór, w moim domu tradycja przegrywała nieco z liturgicznym obchodem. I po drugie: Kaszanka, to ani mięsna potrawa ani bezmięsna. Ale jakby to nie było nie oddałbym tamtej kaszanki za żadną inną potrawę. Po zaspokojeniu głodu, pełni wrażeń kładliśmy się spać, prosząc rodziców: „Tata, mama, obudź nas rano na Rezurekcję”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *