29 grudzień

„Taki byłem szczęśliwy” 

„Najgorsze było to, że nie mogłem się podrapać po twarzy, na której miałem uczulenie. Nie byłem w stanie przekręcić głowy, aby twarzą dotknąć poduszki. Znalazłem jednak sposób dmuchania na swędzące miejsce, to przynosiło chwilową ulgę”- powiedział Paweł do Eryki. A miało to miejsce, gdy Krystyna – matka Pawła zostawiła go samego na kilka godzin w szpitalu, bo sama musiała udać się do lekarza. Gdy to usłyszałem przypomniałem sobie słowa Pawła, wypowiedziane w wigilię Bożego Narodzenia. Mówił, że jest naprawdę szczęśliwy. Jak wiele ma on wewnętrznej mocy i światła z nieba, że w takiej sytuacji jest w stanie dojrzeć piękno życia i dziękować za nie Bogu. Poprosiłem wtedy Pawła, aby napisał o swojej wigilii, tak jak napisał o sobie w świątecznym numerze „Niedzieli”. Tak jak poprzednio, tak i tym razem Paweł dyktował a mama spisywała. Oto jego słowa: „Mamusiu, dzisiaj miałem chyba najpiękniejszą wigilię Bożego Narodzenia w swoim życiu. Jestem tak szczęśliwy, że Bóg daje mi tyle radości i siły w moim i waszym cierpieniu. Stawia na naszej drodze tylu wspaniałych ludzi, którzy okazują nam wielkie serce i pomagają nam w miarę swoich możliwości.

Dzisiejszy dzień jest dla mnie szczególny, przyjedzie do mnie mój tatuś i jak co tydzień przywiezie kogoś z naszych kochanych przyjaciół; może panią Martę z Andrzejem, a może Eryka z Ritą, a może Grażynę, albo jeszcze kogoś innego. Mamusia udekorowała świątecznie nasz kącik szpitalny, jest to cząstka naszego domu, w którym spożyjemy razem wieczerzę wigilijną. Przy moim łóżku połamiemy się opłatkiem. Te święta, w oprawie polskiej tradycji mają niepowtarzalne piękno. W tych dniach czujemy się najbliżsi sobie. Wracam myślą do czasów, gdy byłem ministrantem w parafii św. Ducha w Mielcu. Kiedy na własnych nogach chodziłem z kolegami po kolędzie, odwiedzając rodziny naszej parafii. Tutaj od pierwszej klasy szkoły podstawowej aż do czasu początku mojej choroby służyłem do Mszy św. Tutaj w każdą niedzielę, a także w dni powszednie po Mszy św., przed kościołem czekali na mnie rodzice, kiedy ja z komeżką w siatce wyjdę z kościoła. Wydaje mi się, że było to tak niedawno, a to już minęły dwa lata jak zostałem przykuty do szpitalnego łóżka.

Z wielką wdzięcznością patrzę na moją kochaną, cudowną mamę, która od samego początku mojego paraliżu haruje przy mnie i nie poddaje się przeciwnościom losu, który dla mnie i dla moich rodziców okazał się tak okrutny. Czasem zastanawiam się skąd ona ma tyle siły. Tak długo na mnie czekała, aż dziewięć lat… Tak sobie mnie wymarzyła, aż tu nagle taka tragedia.

W ciągu trzech dni, mając 14 lat straciłem w dziwny sposób całkowitą władzę nad sobą. To był wielki szok dla całej rodziny. Zacząłem się buntować przeciwko wszystkiemu. Pytałem dlaczego akurat mnie to spotkało? Za co? Tak trudno było znaleźć odpowiedź na te pytania.

Potrzebowałem wiele czasu i cierpienia, aby odnaleźć sens tego, co mnie spotkało i zawierzyć Bożej tajemnicy. Teraz moje myślenie jest inne, czuję, że obecnie jestem bardziej bogaty, bo mam szczególny udział w cierpieniu Chrystusa. Chrystus nie musiał, ale z miłości do człowieka przyjął cierpienie. I zwyciężył. Głęboko wierzę, że w łączności z Chrystusem ja również zwyciężę, choć dziś nie wiem, kiedy i w jakim kształcie przyjdzie do mnie to zwycięstwo.

Na wigilię tatuś przyjechał z księdzem Ryszardem, który przywiózł między innymi świąteczne wyrazy pamięci od wielu wspaniałych ludzi, którzy dowiedzieli się o nas ze świątecznego numeru „Niedzieli” i „Kuriera Plus”. Ksiądz Ryszard udzielił nam wszystkim Komunii świętej. A później, dzieląc się opłatkiem składaliśmy sobie życzenia. Słuchaliśmy przepięknych polskich kolęd i spożywaliśmy wieczerzę wigilijną przygotowaną przez moją najlepszą mamusię. Taki byłem szczęśliwy.

Paweł Szkutnicki

Tygodnik Niedziela 2003 r.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *