5 Gru

Uroczystość Bożego Narodzenia Rok A

 

ŚWIĄTECZNA KARTKA      

W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz. Wybierali się więc wszyscy, aby się dać zapisać, każdy do swego miasta. Udał się także Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego, zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida, żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna. Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie. W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoim stadem. Naraz stanął przy nich anioł Pański i chwała Pańska zewsząd ich oświeciła, tak że bardzo się przestraszyli. Lecz anioł rzekł do nich: „Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu; dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz Pan. A to będzie znakiem dla was: Znajdziecie Niemowlę, owinięte w pieluszki i leżące w żłobie”.  I nagle przyłączyło się do anioła mnóstwo zastępów niebieskich, które wielbiły Boga słowami: „Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój  ludziom, w których ma upodobanie” (Łk 2,1-14).

Kolejny już raz słyszymy ewangeliczną opowieść o narodzeniu Jezusa. Prawie od dwóch tysięcy brzmi ona identycznie. Noc, gwiazdy na niebie, a wśród nich najjaśniejsza zwana betlejemską, anielskie zjawienie, zadziwienie pasterzy i uboga stajnia, a w niej Niemowlę, dla Którego niebo gorzało nad Betlejem, i dla Którego nasze świąteczne czekanie.

W miarę upływu lat, może zmienia się zewnętrzna sceneria przeżywania bożonarodzeniowych dni. Odchodzą w zapomnienie niektóre zwyczaje świąteczne, przy wigilijnym stole zmienia się „warta pokoleń”, albo najzwyczajniej w świecie pozostają puste miejsca. Zmienia się także wewnętrzne przeżywanie tych świąt. Odkrywamy nowe i coraz bogatsze treści świątecznych tajemnic, a nawet, gdy zagubiliśmy po drodze wiarę pierwszych dni to pozostają w naszej pamięci wspomnienia, które poruszają najczulsze struny naszego serca.

Cyprian Norwid w jednym ze swoich wierszy powraca pamięcią do tych świąt i odnajduje w nich „najtkliwsze uczucia”.

„Jest w moim Kraju zwyczaj, że w dzień wigilijny,

Przy wzejściu pierwszej gwiazdy wieczornej na niebie,

Ludzie gniazda wspólnego łamią chleb biblijny,

Najtkliwsze przekazując uczucia w tym chlebie”.

Dzielenie się opłatkiem jest jednym ze wielu zwyczajów świątecznych, w którym polska tradycja tak cudownie wyraża tajemnicę przyjścia Syna Bożego na świat. Jest to teologia pisana sercem. Skąd bierze się taki ogrom uczuć i piękna tych świąt?

W odpowiedzi na to pytanie posłużę się opowieścią Roberta Smitha spisaną przez Williama J. Bausha. Robert wspomina Święta Bożego Narodzenia z lat swego dzieciństwa. W świąteczne wspomnienia wpleciona jest, mieszkająca samotnie w sąsiedztwie pani Hildebrant, 95 letnia staruszka. Powykręcane przez reumatyzm ręce i nogi uniemożliwiały jej swobodne poruszanie się. Robert jako mały chłopiec lubił słuchać opowieści starszej pani. Z wielkim sentymentem wspominała dawne czasy, kiedy to nie było elektryczności, a do kościoła jeździło się saniami. Rodzinny, drewniany kościółek zajmował szczególne miejsce w jej wspomnieniach. Robert robił dla niej także zakupy. Pani Hildebrant za tę przysługę dawała mu zawsze 10 centów ( dawniej 10 centów miało o wiele większą wartość niż dzisiaj). Pieniądze te Robert zamieniał na ulubione cukierki w pobliskim sklepie. Przed Bożym Narodzeniem, po zrobieniu zakupów dla starszej pani Robert postanowił nie brać więcej od niej tych 10 centów, miał to być prezent gwiazdkowy. Z takim postanowieniem Robert przyniósł świąteczne zakupy. W bliskości tych świąt uświadomił sobie jak pani Hildebrant jest samotna. Jej mąż zmarł dwadzieścia lat temu. Nie miała dzieci. Jej krewni mieszkali w niedalekim mieście, ale nigdy jej nie odwiedzili, ani nie zadzwonili nawet z racji świąt Bożego Narodzenia. W pokoju nie było choinki, ani prezentów. Boże Narodzenie było dla niej tylko jeszcze jedną datą w kalendarzu. Robert pozostał w domu starszej pani, mimo że za oknem był biły śnieg, jedna z niewielu okazji wspaniałej zabawy z kolegami. Słuchał jej świątecznych wspomnień. Po godzinie pani Hildebrant powiedziała: „Zapewne chcesz już wyjść, aby bawić się na śniegu”. Po czym sięgnęła do portfela. „Nie, nie pani Hildebrand. Ja nie mogę przyjąć teraz tych pieniędzy. Ma pani wiele innych ważnych wydatków”- powiedział chłopiec. Starsza pani uśmiechnęła się i powiedziała: „Czy może być coś ważniejszego jak przeznaczenie pieniędzy na prezent świąteczny dla swoich przyjaciół?” Włożyła do ręki Roberta 25 centów. Robert wstrzymywał się z ich przyjęciem, ale bezskutecznie. Po wyjściu chłopiec pobiegł do pobliskiego sklepu rozglądając się, co by tu kupić. Wzrok jego zatrzymał się na kartce świątecznej ze starym drewnianym kościołem, takim samym, jaki znał z opowieści starszej kobiety. Zapłacił za nią 25 centów, pożyczył pióro, aby się podpisać. Poczym udał się do domu pani Hildebrand. „Wesołych Świąt”- powiedział, wręczając staruszce kartkę. Jej ręce trzęsły się, gdy wolno otwierała kartkę. W czasie jej czytania zaczęła szlochać. „Dziękuję ci, dziękuję bardzo. Życzę ci także wesołych świąt”- wyszeptała.

Chłodnym i wietrznym popołudniem, kilka tygodni później przed dom staruszki podjechała karetka pogotowia. Znaleziono ją w łóżku, spokojnie zmarła nocą. W ręku trzymała świąteczną kartkę ze starym drewnianym kościółkiem, otrzymaną od Roberta.

Opuszczona i zapomniana jakby czekała na odrobinę ludzkiej życzliwości i miłości. A gdy jej doświadczyła zabrała ją ze sobą jak najcenniejszy skarb. Święta Bożego Narodzenia są świętami, które wyzwalają w człowieku ogromny potencjał miłości. Skłóceni zasiadają przy wspólnym wigilijnym stole i dzielą się opłatkiem, wrogowie w dawnych czasach zawieszali wojny, życzenia i prezenty niosą ze sobą miłość. W tym dniu gospodarz idzie do obory, aby obdzielić opłatkiem nawet zwierzęta. Według tradycji, drzewa w sadzie mówią ludzkim głosem. Następuje zbratanie całego świata.

Czy może być inaczej, gdy wpatrujemy się w miłość, jaką Bo nas obdarzył? Zstąpił z nieba, aby dzielić nasz los i nas zbawić. Poza miłością nie dopatrzymy się innego motywu cudownych narodzin Pana. Tę tajemnicę w sposób szczególny odkrywamy w rozświetlonych kościołach, przy stajence betlejemskiej, śpiewając niezapomniane polskie kolędy. Odkrywamy wtedy także, że Bóg oczekuje od nas, abyśmy byli pośrednikami Jego miłości, aby nasze ręce wyciągały się do bliźniego w geście życzliwości, nie tylko z okazji świąt Bożego Narodzenia (z ksiązki Ku wolności”).

 

POWROTY DO WIARY BEZTROSKIEGO DZIECIŃSTWA

Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło. Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele. Rozradowali się przed Tobą, jak się radują w żniwa, jak się weselą przy podziale łupu. Bo złamałeś jego ciężkie jarzmo i drążek na jego ramieniu, pręt jego ciemięzcy, jak w dniu porażki Madianitów. Albowiem dziecię nam się narodziło, Syn został nam dany, na Jego barkach spoczęła władza. Nazwano Go imieniem: «Przedziwny doradca, Bóg Mocny, odwieczny ojciec, Książę Pokoju». Wielkie będzie Jego panowanie w pokoju bez granic na tronie Dawida i nad jego królestwem, które on utwierdzi i umocni prawem i sprawiedliwością, odtąd i na wieki. Zazdrosna miłość Pana zastępów tego dokona (Iz 9, 1-3. 5-6).

Noel Regney, muzyk i kompozytor spędził dzieciństwo we Francji tam też odbywał studia muzyczne, które przerwała II wojna światowa. Został wcielony do hitlerowskiej armii, z której jednak udało mu się zbiec i przyłączyć się do francuskiego ruchu oporu. Po wojnie wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Tutaj w jednym z hoteli zwrócił uwagę na grającą na fortepianie młodą dziewczynę. Była nią dobrze zapowiadająca się artystka Gloria Shayne. Po krótkiej znajomości postanowili się pobrać. Byli dobraną parą. Muzyka, której poświęcili swoje życie bardzo zbliżała ich do siebie. Gloria w niedługim czasie zdobyła wielką popularność, szczególnie po nagraniu piosenki „Goodbye Cruel World” („Żegnaj okrutny świecie”). Tymczasem Noel popadł w depresję. Pracował nadal jako muzyk, ale powracające koszmary z czasów wojny burzyły wewnętrzny pokój i utrudniały twórczą pracę. Na różne sposoby starał się odnaleźć spokój duszy, wewnętrzną radość i optymizm. Jednak wszelkie usiłowania oraz pomoc innych nie przynosiły większych efektów.

W tym wewnętrznym zmaganiu Noel zaczął wracać myślą do lat swego dzieciństwa. Ze szczególnym upodobaniem wspominał lata, które spędził przy wypasaniu owiec. W okresie bożonarodzeniowym mały Noel, jak każde dziecko z radością oczekiwał pierwszego dnia świąt Bożego Narodzenia. Spoglądał na pasące się owce i oczyma wyobraźni widział pasterzy, którzy zdążali do Betlejem, aby oddać pokłon Dziecięciu. Słyszał śpiew aniołów nad betlejemską stajenką: „Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli”. Noel wracając do pięknych dziecinnych wspomnień koncentrował się na słowach: „…a na ziemi pokój ludziom dobrej woli”.

Bożonarodzeniowe powroty do wiary z lat dzieciństwa przywróciły Noelowi wewnętrzny pokój i stały się inspiracją do napisania utworu, który ofiarował żonie. Ta zaś skomponowała muzykę. I tak powstała piosenka, która spotkała się z entuzjastycznym odbiorem słuchaczy. Piosenka przenosi nas do stajenki betlejemskiej, z której emanuje pokój, radość i nadzieja. Piosenka zachęca do wzajemnego obdarowywania się tymi wartościami. Oto fragment piosenki: „Powiedział nocny wiatr do małego baranka, czy słyszysz to, co ja słyszę? Powiedział mały baranek do małego pasterza, czy słyszysz to, co ja słyszę? Powiedział mały pasterz do potężnego króla, czy ty wiesz to, co ja wiem? Powiedział król do ludzi na całym świecie, słuchajcie, co mówię: módlcie się o pokój dla każdego człowieka. Słuchajcie, co mówię: Dziecko pogrążone we śnie, tej nocy przynosi nam dobro i światło”.

W okresie Bożego Narodzenia częściej niż zwykle wracamy wspomnieniami do lat dzieciństwa. Z pewnością kierujemy się względami sentymentalnymi, ale nie tylko. Są to powroty do wiary z dzieciństwa, która był taka prosta i ufna. Dawała poczucie bezpieczeństwa i przenosiła nas jakby w inny, zaczarowany świat. Wiara w Boga była tak samo realna jak nasza ufność pokładana w rodzicach, którzy mieli odpowiedź na każde pytanie, i jak się nam wydawało, byli w stanie obronić nas przed każdym niebezpieczeństwem. A zatem takie powroty mogą ubogacić ufnością dziecka naszą dorosłą wiarę. Takiej dziecięcej ufności oczekuje od nas Bóg.

Kiedy zapada adwentowa noc i za oknami pojawiają się gwiazdy, a na wietrze zaczynają tańczyć delikatne płatki śniegu, wtedy wracają wspomnienia, tym bardziej serdeczne i wzruszające, gdy myślą pokonujemy bezkresne przestrzenie oceanu. W dzisiejszych rozważaniach pozwolę sobie na podróż wspomnień do dziecięcej wiary, która była ufna i prosta, z nadzieją, że ubogaci ona dzisiejszą bardziej dojrzałą wiarę. Moje wspomnienia są głęboko zakotwiczone w rodzinnym krajobrazie pięknej przyrody. Pola dojrzewające zbożem, kolorowe łąki, przepastne puszcze roztoczańskie, rzeki i jakby zagubione pośród tego piękna chaty kryte strzechą. W miarę zbliżania się świąt przybywało śniegu i naokoło robiło się weselej i jaśniej.

W adwentowym czasie na wsi bielono wapnem mieszkania. Wszystko trzeba było wynieść z domu. Przy okazji wyrzucano śmiecie, które miesiącami gromadziło się w niedostępnych kątach. I tak przygotowany dom bielono wapnem przy użyciu pędzla wykonanego ze słomy prosa. Dla nas dzieci był to trochę niedogodny czas. Powynoszone stoły, łóżka, ławy, zimna kuchnia. Czekaliśmy aż się to skończy. Warto było czekać. Gdy po bieleniu wszystko wracało na swoje miejsce, dom pachniał czystością. Robiło się radośniej na sercu.

Nasze mieszkanie było już przygotowane na święta Bożego Narodzenia. Często z przygotowaniami domu zbiegały się rekolekcje adwentowe, które miały przygotować nasze serce na przyjęcie Chrystusa. Z rekolekcjami było trochę tak jak z bieleniem domu. Trzeba było zrobić rachunek sumienia, oczyści swoje serce z grzechów, które jak śmiecie zalegały w zakamarkach naszej duszy. Było to trochę przykre, ale później, jaka radość, gdy odkrywaliśmy na nowo nasze serce oczyszczone i „wybielone” łaską Bożego Narodzenia. To był najważniejszy element duchowego przygotowania się do świąt. Pozostawało już tylko radosne czekanie na Wigilię. Nie sposób opisać w kilku zdaniach bogactwa i radości wigilijnego dnia, dlatego ograniczę się tylko do kilku wspomnień, które zawsze poruszają moje serce.

Od samego rana dzień wigilijny był wyjątkowy, inny od pozostałych dni roku. Czuło się wokół więcej miłości i pokoju. Każdy starał się być dobry, życzliwy i przeżyć ten dzień jak najlepiej i to nie tylko dlatego, że ludzie mówili, że jaka Wigilia taki cały rok. Rano wyruszaliśmy z tatą do lasu po choinkę. Wśród ośnieżonych drzew szukaliśmy najpiękniejszego drzewka. Nieraz wracaliśmy do domu zmarznięci i przemoczeni, ale szczęśliwi, bo mieliśmy przepiękną jodłową choinkę. Stawialiśmy ją w kuchni, aby opadł z niej lód. Zapach żywicy i potraw przyrządzanych przez mamę mógł doprowadzić do zawrotu głowy. Później stroiliśmy choinkę i pomagaliśmy mamie w przygotowaniu wigilijnego stołu. Gdy wszystko było już gotowe, tata przynosił duży snopek słomy i rozścielał na podłodze. Pod obrus kładł pachnące siano. W domu robiło się jak w stajence betlejemskiej, a nam dzieciom wydawało się, że aniołowie wykonani z papieru uśmiechają się do nas i śpiewają z nami przepiękne polskie kolędy.

Przełamany opłatek, życzenia, przytulenie rodziców, najsmaczniejsze potrawy na stole, wspólne kolędowanie, a później pasterka w parafialnym kościele ożywiały wiarę i czyniły słowa Pisma Świętego czytane w kościele tak oczywiste i pewne jak cały wigilijny wieczór Bożego Narodzenia. Spełniały się wtedy słowa, które wiele lat przed narodzeniem Jezusa głosił prorok Izajasz: „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków zabłysło światło. Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele. Rozradowali się przed Tobą, jak się radują we żniwa, jak się weselą przy podziale łupu (…). Albowiem Dziecię nam się narodziło, Syn został nam dany, na Jego barkach spoczęła władza. Nazwano Go imieniem: Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju”. Dla nas dzieci spełnienie tego proroctwa było tak samo oczywiste jak dla pasterzy, którzy pobiegli do Betlejem, aby oddać pokłon Dziecięciu i słyszeli głosy aniołów, wielbiących Boga słowami: „Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom, w których ma upodobanie”. Wracajmy zatem świątecznymi śladami do wiary z dzieciństwa. Te powroty z pewnością pogłębią naszą wiarę i napełnią nas radością i pokojem, który głosili aniołowie przy stajence betlejemskiej ponad dwa tysiące lat temu /W poszukiwaniu mądrości życia/.

 

BOŻE WOŁANIE

Umiłowany: Ukazała się łaska Boga, która niesie zbawienie wszystkim ludziom i poucza nas, abyśmy wyrzekłszy się bezbożności i żądz światowych, rozumnie i sprawiedliwie, i pobożnie żyli na tym świecie, oczekując błogosławionej nadziei i objawienia się chwały wielkiego Boga i Zbawiciela naszego, Jezusa Chrystusa, który wydał samego siebie za nas, aby odkupić nas od wszelkiej nieprawości i oczyścić lud wybrany sobie na własność, gorliwy w spełnianiu dobrych uczynków (Tt 2, 11-14).

Nad niewielką wioską Oseredek na Roztoczu zapadła wigilijna noc. Nadciągające chmury z zachodu zakryły migocące gwiazdy na niebie. Na świat drzemiący pod grubą warstwą białego puchu zaczęły spadać wirujące płatki śniegu. Opustoszał wiejski gościniec i ucichła krzątanina w wiejskiej zagrodzie. Nabożną i świętą ciszę wigilijnego wieczoru przerywało tylko szczekanie psów, ale i ono brzmiało dzisiaj jakoś przyjaźnie. Przez rozświetlone okna domów promieniowało niezwykłe ciepło, radość i tajemnica. Poczucie szczęścia nie omijało tych, którzy w gronie najbliższych zasiadali do stołu wigilijnego. Zapach słomy rozścielonej na podłodze i siana pod obrusem mieszał się zapachem wigilijnych potraw i jodłowej choinki. Wyciągnięta ręka z opłatkiem drżała ze wzruszenia i radości. Zwykła ludzka radość opleciona kolędami nabierała nadprzyrodzonego wymiaru. Bóg przychodzący do nas w ludzkiej postaci stawał się tak bliski, jak niemowlę dla matki pochylonej nad kołyską.

Ta radość nie ominęła Wojciecha, dla którego tajemnica Wcielenia budziła wiele wątpliwości i była trudna do zaakceptowania. Jak to możliwe, że wszechpotężny i wszechmocny Bóg przyjmuję ludzką postać i rodzi się w ubogiej stajni betlejemskiej? Dlaczego Bóg wybrał taką formę objawienia się człowiekowi? Zadając sobie takie i inne pytania Wojciech z wielkim pietyzmem pielęgnował polskie tradycje związane ze świętami. Poddawał się przemożnemu urokowi wieczerzy wigilijnej. Tym razem, tak jak i w poprzednich latach po wieczerzy żona wraz z dziećmi udała się do kościoła na pasterkę, zaś Wojciech został w domu. Tak, jak nakazuje polska tradycja poszedł z opłatkiem do obory. W ten wieczór wyjątkowej dobroci nawet zwierzęta domowe cieszyły się szczególnymi wzglądami. Dla nich to był przygotowany specjalny, kolorowy opłatek. Wojciech po obdzieleniu zwierząt opłatkiem zatrzymał się na podwórku, patrząc na stado wróbli, które szukały schronienia przed wzmagającą się śnieżną wichurą. Kierowany dobrocią tego wieczoru, szeroko otworzył drzwi stodoły, zapalił światło i rozsypał ziarno dla skrzydlatych stworzeń. Ale wróble nie kwapiły się do korzystania z gościny. Aby je zachęcić, Wojciech rozsypał ziarno na ścieżce prowadzącej do stodoły. Ale i to nie pomogło; wróble nadal pozostawały na zewnątrz. Wtedy Wojciech zaczął okrążać stado wróbli, próbując gestami rąk zapędzić je do stodoły. Skutek był odwrotny. Przestraszone wróble błyskawicznie odleciały. I wtedy Wojciechowi nasunęła się myśl: „Widocznie w ich oczach jestem obcym, przerażającym stworzeniem. Przestraszyły się mnie. Czy jest jakaś sposób, aby one zaufały mi, abyśmy mogli się porozumieć?” Z zamyślenia wyrwały go głosy dzwonów z pobliskiego kościoła. Radośnie obwieszczały one światu, że Bóg zstąpił z nieba i narodził się w Betlejem. „A słowo ciałem się stało i zamieszkało między nami”. Pośród wigilijnej nocy i szalejącej śnieżycy serce Wojciecha napełniło się ogromną jasnością, a wzruszone usta wyszeptały: „Boże teraz rozumiem, dlaczego stałeś się człowiekiem, jednym z nas”.

Bóg przyjął ludzkie ciało i stał się człowiekiem. Pismo święte mówi, że Chrystus był podobny do nas we wszystkim oprócz grzechu. W Chrystusie dokonała się pełnia objawienia. W Nim mamy przystęp do Boga, bo On doświadczył w pełni człowieczeństwa. Tak jak my zmagał się z cierpieniem, doświadczył trwogi umierania. Jest to Bóg, pod krzyżem, którego można uklęknąć ze swoim cierpieniem i lękiem śmierci. Jest to Bóg, który wyciąga bezradne ręce niemowlęcia. Przez to wszystko jest tak bliski człowiekowi. Ośmiela i przyciąga do siebie. Wcielenie jest wielkim darem Boga. Święty Augustyn pisze: „Bóg przyjął ludzkie ciało i stał się synem człowieczym, abyśmy my mieli moc przemiany w synów bożych. Czy mogliśmy otrzymać od Boga większy dar niż dar wcielenia?”

Bóg wzywa wszystkich do przemiany w synów bożych. Pasterze stawili się pierwsi na boże wezwanie. Przybyli do stajni betlejemskiej oddali pokłon Dziecięciu, po czym, jak mówi Ewangelia: „pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to zostało przedtem powiedziane”. To boże wołanie ciągle się rozlega, wołanie do przemiany w synów bożych, których udziałem jest zbawienie. Chrystus przychodzi do nas i puka do naszych serc i domów.

Katolicy Ameryki Łacińskiej kultywują piękny zwyczaj bożonarodzeniowy zwany „Las Posadas”. Poczynając od 16 grudnia, przez 9 dni trwają wieczorne „święte pielgrzymki”. Maria i Józef w drodze do Betlejem szukają noclegu. W niektórych regionach rolę Maryi i Józefa gra młode małżeństwo. Józef prowadzi osiołka, na którym siedzi Maryja. Parze towarzyszy procesja z lampionami. Wszyscy śpiewają i modlą się. Stukają do domów i proszą o gościnę. Gospodarze z wielką radością otwiera szeroko drzwi i wita ich słowami: „Witamy was, wejdźcie do naszego skromnego domu, i niech Bóg da schronienie mojej duszy, kiedy opuszczę ten świat”. To serdeczne powitanie jest zadośćuczynieniem za niegościnność betlejemskich mieszkańców sprzed dwóch tysięcy lat i znakiem gotowości przyjęcia Chrystusa, którzy przychodzi do nas w gościnę, aby ją przemienić, gdy przyjdzie na to czas, w ucztę niebieską. „Święte pielgrzymowanie” kończy się pasterką.

Nie sposób nie wspomnieć w tym miejscu o przepięknym polskim zwyczaju dzielenia się opłatkiem. Ten zwyczaj, bez słów ukazuje, co to znaczy przyjmować przechodzącego Chrystusa w naszym codziennym życiu. Trzymamy w ręku biały kawałek chleba. Dziękujemy Bogu za dar chleba, który jest symbolem wszelkiego innego dobra otrzymywanego od Boga. Bożonarodzeniowy opłatek to także symbol Chrystusa, które staje się pokarmem dla naszej duszy. Z tymi wielkimi darami wyciąga się nasza ręka do bliźniego. Chcemy się dzielić chlebem powszednim, jak i też wartościami duchowymi. Nasze usta wypowiadają słowa życzeń. Ten obrzęd jest wymownym znakiem miłości, a tam, gdzie się rodzi miłość, rodzi się Bóg, nasz Zbawca (Nie innej Ziemi Obiecanej).

 

ŚWIATŁO POŚRÓD CIEMNOŚCI         

W wigilię Bożego Narodzenia nawet, gdy nocne niebo zaciągnięte jest ciemnymi chmurami i sypie gesty śnieg nasze serca wypełnia jasność i radość innego rodzaju. Rodzi się ona, gdy złączeni wzajemną miłością zasiadamy do wigilijnego stołu. Bierzemy biały opłatek i wyciągamy rękę do bliźniego z najlepszymi życzeniami. Śpiewamy kolędę, która mówi skąd ta radosna jasność: „Gdy się Chrystus rodzi i na świat przychodzi, /Ciemna noc w jasności promienistej brodzi; /Aniołowie się radują, pod niebiosy wyśpiewują;/ Gloria, gloria, gloria in excelsis Deo”. W tej świętej nocy nie może zabraknąć pasterki. Pamiętam ją z lat dzieciństwa. Do kościoła parafialnego mieliśmy ponad cztery kilometry. Szliśmy przeważnie polami i lasami. Nawet gdy było bardzo dużo białego śniegu, to gęsta ciemność rozmazywała drogi. Szliśmy z latarkami, czasami ktoś miał płonącą pochodnię, od czasu do czasy iskrzyły się zimne ognie. Te światełka rozsypane po bezkresnych ośnieżonych polach zdążały w jednym kierunku – do parafialnego kościoła. Im bliżej byliśmy świątyni, tym było jaśniej. Aż w końcu wchodziliśmy do kościoła, ogarniała nas wtedy ogromna jasność. W kościele paliły się wszystkie światła. A najjaśniejsze były te ze stajenki betlejemskiej.  Kapłan odczytywał fragment Ewangelii, który jeszcze raz wskazywał na źródło nieziemskiego światła i nieziemskiej radości. Do pasterzy pilnujących owiec na betlejemskich pastwiskach anioł powiedział: „Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu; dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz Pan”.

Wędrowanie do parafialnego kościoła na pasterkę kojarzy mi się z oczekiwaniem, czy raczej zdążaniem ludu Bożego na spotkanie z Mesjaszem, który się narodził w Betlejem. Każdy zdążał do swojego Betlejem, które w Chrystusie stało się wspólnym Betlejem. Bardzo często człowiek wędrował niejako po omacku, rozświetlając sobie drogę różnymi lampami, pochodniami. Nie znając Bożego objawienia zawartego na kartach Biblii rozpoznawał Boga z Jego dzieł. Patrząc na wspaniałość i piękno świata oddawał cześć Bogu i szukał Jego obecności i bliskości na różne sposoby. I w tym szukaniu mylił nieraz stworzenie ze Stwórcą i oddawali cześć słońcu, gwiazdom, drzewom. Każda religia wskazywała na swój sposób drogę prowadzącą do Boga. Aż w końcu Bóg wkroczył namacalnie w historię człowieka. A człowiek zapisał to na kartach Starego Testamentu. Słowa te wychylają się daleko w przyszłość i zapowiadają przyjście na świat szczególnej jasności, szczególnego światła. Mówi o tym prorok Izajasz: „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków zabłysło światło. Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele”. Tej światłości nie można zamknąć w jednym słowie, dlatego prorok Izajasz nadaje jej różne imiona: „Nazwano Go imieniem: Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju”. Jakże łatwo pobłądzić, potknąć się w ciemności. Przyjdzie jednak światłość, która wskaże człowiekowi jasny cel i poprowadzi do niego bezbłędną drogą.

Zapowiadana jasność zapłonęła nad Betlejem, gdzie aniołowie wyśpiewywali pieśń radości: „I nagle przyłączyło się do anioła mnóstwo zastępów niebieskich, które wielbiły Boga słowami: ‘Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom, w których ma upodobanie’”. Ta sama światłość ogania nas, gdy zasiadamy do stołu wigilijnego, gdy zdążamy na pasterkę. Aby jednak to światło zapłonęło w naszym sercu i stał się cud naszego zbawienia winniśmy otworzyć swoje serca i dusze i napełnić się światłością spływającą z nieba. Okres świąteczny jest szczególnym i błogosławionym czasem, aby to uczynić. W urzeczywistnianiu tego cudu mogą na okazać się użyteczne wskazania w jednej z gazetek parafialnych, ujęte w formie dziesięciu przykazań:

  1. Nie będziesz zapominał o Chrystusie, świętując Boże Narodzenie.
  2. Przygotujesz swoją duszę na Boże Narodzenie, bacząc, aby prezenty nie utrudniły ci tego.
  3. Nie będziesz zastępował Chrystusa Dziadkiem Mrozem, odzierając te dni z prawdziwej duchowej realności.
  4. Nie będziesz męczył w tych dniach sprzedawców, listonoszy swoimi narzekaniami i wymaganiami.
  5. Wraz z prezentem ofiaruj samego siebie, a wtedy twój dar pomnożony się i stanie się czymś bezcennym dla obdarowanych.
  6. Nie będziesz oceniał prezentów według ich wartości materialnej. Cenniejsza od srebra i złota jest zawarta w nich miłość.
  7. Nie będziesz zapominał o potrzebujących. Nakarm głodnego i przyodziej zmarzniętego.
  8. Nie zapominaj o kościele. Nabożeństwa w nim odprawiane pozwolą nam odkryć prawdziwe znaczenie tych świąt.
  9. Stań się jak małe dziecko. Nie tyle w radosnym przeżywaniu tych dni ile całkowitym zaufaniu Bogu, bowiem wiara i zaufanie otwierają nam drogę do nieba.
  10. Oddaj serce Chrystusowi. Na liście świątecznych spraw umieść Go na pierwszym miejscu.

A przede wszystkim nie zapominajmy o najważniejszym. Pewnego razu studenci zadali pytanie znanemu teologowi protestanckiemu Karlowi Barth: „Który z teologicznych tematów, nad którymi pan pracował jest najważniejszy”. Profesor na chwilę przymknął oczy, zadumał się, po czym odpowiedział: „Najważniejszą kwestią teologiczną jest ta prawda: ‘Jezus kocha mnie, jestem tego pewien, bo poucza mnie o tym Biblia’”.  Święta uświadamiają nam, że z miłości do nas Bóg zstąpił na ziemię, aby nas zbawić. A zbawienie staje się naszym udziałem, gdy na miłość Bożą odpowiadamy naszą miłością (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

NAJŚWIĘTSZA MARYJA PANNA

Opromienieni blaskiem stajenki betlejemskiej pochylamy się nad Dzieciątkiem, w którym odnajdujemy naszego Pana i Zbawcę. Stajamy obok matki Jego Maryi, która nie zatrzymuje naszej uwagi na sobie, ale wskazuje na swojego Syna i mówi: „Czyńcie, co wam mówi Syn”. Oddając chwałę Bogu pójdźmy śladami Maryi, która jest pierwszym świadkiem spełniającej się obietnicy mesjańskiej.

Głównym źródłem wiedzy o Maryi jest Nowy Testament, nie jest on jednak życiorysem Matki Bożej, ponieważ interesuje się głównie osobą i nauką Jezusa. Nie mniej jednak znajdziemy w tych księgach wiele faktów historycznych z życia Maryi, Matki Jezusa. Spoglądając oczyma wiary, przez pryzmat Nowego Testamentu możemy odnaleźć w Starym Testamencie proroctwa odnoszące się pośrednio do Maryi. Pierwsza księga Starego Testamentu, Księga Rodzaju zawiera jedno z nich. „Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje i potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę” (Rdz. 3, 15). Inne proroctwa jeszcze precyzyjniej wskazują na Maryję. Prorok Izajasz przepowiada: „Dlatego Pan sam da wam znak: Oto Panna pocznie i porodzi Syna i nazwie Go imieniem Emmanuel” (Iz 7, 14). Prorok Micheasz wskazuje miejsce narodzin: „A ty, Betlejem Efrata, najmniejsze jesteś wśród plemion judzkich! Z ciebie mi wyjdzie Ten, który będzie władał w Izraelu, a pochodzenie Jego od początku, od dni wieczności. Przeto Pan wyda ich do czasu, kiedy porodzi mająca porodzić” (Mi 5, 1-2).

Liczne proroctwa Starego Testamentu odnośnie Mesjasza zaczęły się wypełniać w konkretnym czasie i konkretnym miejscu wraz z narodzeniem Maryi. Maryja pochodziła z rodu królewskiego, rodu Dawida. Św. Łukasz w Ewangelii pisze o Jezusie: „Będzie on wielki i zostanie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca Dawida”. W Piśmie Świętym nie znajdziemy konkretnych informacji o narodzinach i dzieciństwie Maryi. Wiedzę na ten temat czerpiemy z apokryfów, które nie stanowią miarodajnego źródła wiedzy, jednak nie jest wykluczone, że znajduje się w nich okruchy prawdy przekazane przez tradycję. Do tych apokryfów należy „Ewangelia Jakuba”, napisana około roku 150. Według apokryfów rodzicami Maryi byli św. Joachim św. Anna. Joachim pochodził z zamożnej i znakomitej rodziny galilejskiej. Zaś dom rodzinny Anny znajdował się w Betlejem. Joachim i Anna długie lata prosili Boga o dziecko. I gdy po ludzku wydawało się, że już nie mają szans, wtedy Joachim udał się na pustynię i tam przez 40 dni postem i modlitwą błagał Boga o potomka. W odpowiedzi na natarczywą modlitwę ukazał się anioł, który oznajmił mu, że jego małżonka Anna porodzi dziewczynkę. Obietnica Boża wypełniła się. Maryja przyszła na świat w Betlejem, a inna tradycja mówi, że w Jerozolimie. Piętnaście dni po narodzeniu, według zwyczaju nadano jej imię Miriam (Maryja). Według apokryfów, 3- letnia Maryja została oddana do Świątyni, gdzie wychowywała się wśród swoich rówieśnic, poświęcając swój czas i zdolności modlitwie, śpiewom, poznawaniu Pisma Świętego i haftowaniu szat kapłańskich.

Gdy Maryja miała 14 lat, kapłan odesłał ją do domu, aby wyszła za mąż. Maryja wspomniała kapłanowi o swoim ślubie dziewictwa. Zaskoczony kapłan postanowił tę sprawę rozważyć przed Bogiem. Po czym zwołał wszystkich wdowców z rodu Dawida i przyrzekł Maryję za żonę temu, którego wskaże Bóg. Wszyscy otrzymali różdżki i tylko z różdżki Józefa wyleciał gołąbek, symbol Ducha Świętego i usiadł na jego głowie. I to było znakiem jego wybrania. Małżeństwo Maryi było poprzedzone zaręczynami, które w tradycji żydowskiej miało moc wiążącą. Zaręczeni już należeli do siebie, ale nie mieszkali razem, a nawet się nie widywali. Po roku odbywał się ślub i małżonkowie zamieszkiwali razem. W okresie między zaręczynami a ślubem Maryja stała się brzemienną. Tajemnicze poczęcie i dalsze dzieje Maryi znamy z miarodajnego źródła jakim jest Nowy Testament. Są to skąpe wiadomości, ale wystarczające, aby dostrzec ogromną rolę Maryi w dziejach naszego zbawienia.

Anioł Gabriel ukazał się Maryi i oznajmił, że będzie matką Syna Bożego, który pocznie się z Ducha Świętego. Zdumiona i zalękniona Maryja odpowiedziała Bogu całkowitym posłuszeństwem: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego”. Brzemienna Maryja wybrała się do swojej krewnej Elżbiety, aby podzielić się radosną nowiną. Na tę wiadomość Elżbieta wielbiła Boga za cudowne dzieła Jego, zaś Maryja wyśpiewała pieśń uwielbienia, Magnificat. Zapewne problem tajemniczego poczęcia był obecny w rozmowach Maryi i Józefa. Maryja opowiadała o swoich objawieniach, św. Józef wierzył jej, ale całkowitą pewność uzyskał, gdy w czasie snu anioł oznajmił mu, że rzeczywiście Dziecię, które się poczęło jest Synem Bożym. Nadszedł dzień narodzin. Wszyscy znamy ten fragment Ewangelii, który mówi o dekrecie cesarskim nakazującym spis ludności, i o tym jak Józef i Maryja udali się do Betlejem, aby się poddać spisowi. I tam właśnie- jak przepowiadał ongiś prorok – nadszedł czas narodzenia Mesjasza.

Po narodzinach Jezusa, Maryja i Józef dopełnili przepisu religijnego, ofiarując swoje Dziecko w świątyni. Tu spotkali Symeona, który wypowiedział proroctwo zapowiadające cierpienie Maryi, patrzącej na śmierć swojego Syna. Ewangelie wspomną jeszcze o pielgrzymce do Świątyni Jerozolimskiej. W czasie tej pielgrzymki 12-letni Jezus „zgubił się”. Po długim szukaniu Maryja i Józef odnaleźli Go w świątyni. Na wyrzut, dlaczego im to zrobił, Jezus odpowiedział, że musi „być w sprawach Ojca”. Maryja zaczęła zdawać sobie sprawę, że jej misja opiekunki Chrystusa zaczyna się kończyć.

Później nastąpiły lata, o których Ewangelie milczą. Ponownie widzimy Maryję w Kanie Galilejskiej, gdzie Chrystus dokonał pierwszego cudu. O cud prosi Maryja. W czasie rozmowy Chrystus zwraca się do Matki „niewiasto”. W tym zwrocie jest wiele szacunku, ale wskazuje on na to, że Jezus jest poddany Ojcu i przyszedł pełnić Jego wolę. Maryja musiała z tym się zgodzić i stać z boku. Później, w czasie trzyletniej publicznej działalności będzie tylko jedyna wzmianka o Maryi. Otóż, za Jezusem chodziły wielkie tłumy. Niektórzy, słuchając Jego nauki mówili, że oszalał. W tej sytuacji Maryja wraz z rodziną postanowiła sprowadzić Go do domu, lub przynajmniej z nim porozmawiać. Wówczas to Jezus powiedział: „Któż jest moją matką i którzy są braćmi? (…) Kto pełni wolę Bożą, ten mi bratem, siostrą i matką” (Mk 3,35). W tym momencie więzy rodzinne zeszły na plan drugi, pierwsze miejsce zajęła konieczność wypełnienia woli Bożej.

Następnie Ewangelie ukazują Maryję na Golgocie. Stała pod krzyżem a jej serce pękało z bólu, gdy bezradnie patrzyła na cierpienia Syna. Zapewne wiele pytań rodziło się w jej myśli. Mimo, że nie znajdywała na wszystkie odpowiedzi ufała swojemu Synowi. I tą ufnością promieniowała, gdy przebywała z zalęknioną gromadką uczniów w okresie między Golgotą a Zmartwychwstaniem. Ostatni raz spotykamy Maryję w Wieczerniku w dniu Pięćdziesiątnicy, gdzie miało miejsce zesłanie Ducha Świętego. Maryja napełniona Duchem Świętym, zjednoczona ze wspólnotą wierzących dalej wypełniła swoją rolę w planie Bożym.

Maryja niepokalanie poczęta, ze względu na swe szczególne zasługi w dziele zbawienie została wzięta z duszą i ciałem do nieba. Ten dogmat naszej wiary jest tematem wielu legend. Oto jedna z nich: „Gdy Najświętsza Maryja skonała w tym samym domu i w tej samej komnacie, w której ustanowiono Przenajświętszy Sakrament Ołtarza. Kró¬tko przed Jej śmiercią Duch Boży zgromadził wszystkich Apostołów prócz Tomasza w Jerozolimie. Gdy Najświętsza Dziewica skonała, Apostołowie i wielka ilość wiernych z zapalonymi świecami odprowadzili święte zwłoki do grobu. Spuszczano tedy ciało do nowego grobu w Getsemani. ¬Tam zabawili Apostołowie trzy dni, odmawiając modlitwy i śpiewając psalmy na Jej cześć. Wtórował im śpiew Aniołów, który rozkoszą napawał zdumionych, słuchaczów. Trzeciego, dnia przybył nareszcie i Tomasz Apostoł do Jerozolimy i wyraził życzenie oglądania jeszcze raz świętego oblicza Błogosławionej Dziewicy. Przychylono się do żądania Jego, ale gdy odwalono kamień, zwłok w grobie nie było, lubo nikt z Apostołów od grobowca nie był odszedł. Stąd domyślono się, że Aniołowie ciało święte do Nieba unieśli i że śpiew ich towarzyszył wniebowzięciu tej niezrównanej Dziewicy, która począwszy się bez zmazy, nie mogła też ulec zepsuciu” (z książki Wypłynęli na głębię).

 

USŁYSZEĆ BOGA

Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna. Jego to ustanowił dziedzicem wszystkich rzeczy, przez Niego też stworzył wszechświat. Ten Syn, który jest odblaskiem Jego chwały i odbiciem Jego istoty, podtrzymuje wszystko słowem swej potęgi, a dokonawszy oczyszczenia z grzechów, zasiadł po prawicy Majestatu na wysokościach. On o tyle stał się wyższym od aniołów, o ile odziedziczył wyższe od nich imię. Do którego bowiem z aniołów powiedział kiedykolwiek: „Ty jesteś moim Synem, Jam Cię dziś zrodził?” I znowu: „Ja będę Mu ojcem, a On będzie mi synem (Hbr 1,1-5).

Autor Listu do Hebrajczyków pisze, że Bóg przemawiał na różne sposoby do naszych ojców przez proroków, a w ostatnich dniach przemówił do nas przez swojego Syna. Słowo stało się ciałem. W Chrystusie najpełniej dociera do nas głos samego Boga. Najczęściej w domu naszych ojców, rodzinnym domu, w niepowtarzalnej atmosferze i oprawie polskiej tradycji bożonarodzeniowej, po raz pierwszy wsłuchiwaliśmy się w głos objawiającego się Boga. Z wielkim sentymentem wracamy do tych początków naszej wiary, do beztroskich dni dziecięcego oczekiwania pierwszej gwiazdy na wigilijnym niebie. Mówiąc o wigilii używamy słów, które są jak klucz, otwierający drzwi do świata, którego piękna i głębi ogarnąć nie sposób. Moje pierwsze dziecięce wspomnienia wigilijne przenoszą mnie do niewielkiej miejscowości, zagubionej pośród przepaścistych lasów zasypanych puszystym śniegiem. Magia i tajemnica wigilijnego dnia wdzierała się nieogarnioną radością do naszych dziecięcych serc. Pośród baśniowego krajobrazu, zasypanego śniegiem lasu szukaliśmy najpiękniejszej choinki. A później wieszaliśmy na niej bombki, łańcuchy, cukierki, gwiazdy, włosy anielskie, świeczki i wszelkie inne ozdoby. Mama w kuchni przygotowała pyszne i pachnące potrawy wigilijne, tata zaś krzątał się w zagrodzie, bo nawet zwierzęta w tym dniu cieszyły się szczególnymi względami. A gdy już wszystko było gotowe, tata wnosił do domu słomę i siano. Pachniało betlejemską stajenką. A mały Jezus, leżący w żłóbku, dla nas dzieci był tak samo realny, jak nasza chata wyścielona słomą i sianem. Odświętnie ubrani zasiadaliśmy do najbardziej uroczystego stołu. Siano, biały obrus, wigilijne potrawy, płonące świece, puste miejsce dla nieobecnych, biały opłatek w ręku, pasterka i szopka w parafialnym kościele wyczarowywały świat, którego się nigdy nie zapomina. W tej odświętności mówił do nas Bóg przez Dzieciątko w żłobie, aniołów na betlejemskim niebie, Maryję, Józefa. Mieszały się sprawy niebieskie ze sprawami ziemskimi. W tej cudownej atmosferze docierał do nas głos Boga i rodziła się bezgraniczna wiara. Wracając do wigilijnych wspomnień wracamy do ufnej wiary tamtych dni. Szczęśliwi ci, którzy mają takie miejsce powrotu.

Ludwik Kamiński w swoich pamiętnikach tak wspomina ostatnią wigilię na zesłaniu: „W ten wieczór każdy z sobą coś przyniósł. Były to skromne dary zaoszczędzone z paczek Czerwonego Krzyża i Polonii amerykańskiej. Jedna z najstarszych Polek przyniosła własnego wyrobu opłatek, a nasz senior, zacny i szanowany pan Antoni pobłogosławił go. Przy łamaniu opłatka byliśmy wszyscy do głębi wzruszeni. Przypomniał mi się wtedy obraz naszego malarza Jacka Malczewskiego ‘Wigilia na Syberii’. Serca nasze i myśli wyrywały się w jedną stronę, na zachód do ziemi ojczystej, przez łzy wypowiadaliśmy wszystko, co na obczyźnie Polak czuć może. Siedzieliśmy, gdzie się dało, na ławach, na pryczy, skrzyniach. Jedliśmy tę naszą wigilijną ‘ucztę’ w malutkich kawałeczkach, marząc o chwili, kiedy będziemy mogli najeść się do syta, ogrzać, zobaczyć bliskich. Jedną myślą zjednoczeni uklękliśmy, aby się pomodlić niezapomnianymi słowami zesłańców: ‘O Panie, który jesteś w niebie, błagamy Ciebie z syberyjskich stron, o Twoją opiekę i pomocną dłoń’. Modlitwę jak zawsze kończyliśmy słowami: ‘Boże! – Zbaw Polskę’. Słowa te tak nam weszły w krew, że nawet teraz my Sybiracy, przy wieczornej modlitwie powtarzamy te same słowa. Ciężko nam było żyć w tych latach w głębi syberyjskiej tundry, lecz zachowaliśmy wiarę i gorące serca”.

Do atmosfery polskiej wigilii wracał także nasz wielki rodak bł. Jan Paweł II. Kardynał Stanisław Dziwisz w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” mówi: „Wigilia z Ojcem Świętym była wydarzeniem niepowtarzalnym. Czekało się na nią zawsze z tęsknotą pełną wspomnień i przeżyć wyniesionych z domu rodzinnego. Sama Wigilia Bożego Narodzenia u Jana Pawła II odbywała się według tradycji polskiej. Przede wszystkim był to dzień wielkiej modlitwy i skupienia, a także praktycznych przygotowań zarówno dla domowników, jak i dla gości, których Gospodarz zawsze chętnie zapraszał. Obowiązywał post aż do wieczerzy wigilijnej. Ojciec Święty cieszył się wszystkim, co Mu przypominało lata młodzieńcze, dom rodzinny, zwyczaje polskie, których zawsze pilnował, widząc ich wielką treść. Gdy zbliżał się czas wieczerzy, Ojciec Święty udawał się do kaplicy, aby w modlitwie polecać Bogu wszystkich biednych, opuszczonych, bezdomnych, którzy tego wieczoru nie mogli się cieszyć ciepłem rodzinnego ogniska. Na stole wigilijnym zawsze znajdowało się sianko i jedno nakrycie dodatkowe. Wieczerzę wigilijną rozpoczynała wspólna modlitwa, której przewodniczył Ojciec Święty. Po niej następowało dzielenie się opłatkiem i składanie życzeń. Tradycyjne potrawy wigilijne spożywaliśmy w poważnym, uroczystym nastroju tego wyjątkowego wieczoru, podczas którego serce każdego człowieka napełnione jest miłością i wspomnieniami. Oświetlona choinka dopełniała nastroju ciepła rodzinnego. Pod koniec wieczerzy Ojciec Święty intonował pierwsze słowa kolędy ‘Wśród nocnej ciszy’, po której śpiewane były następne, zwiastujące radość przyjścia Boga na świat”.

W roku 2005 ukazał się album znanego polskiego fotografa Adama Bujaka pt. „Opłatek ze świętym”. Teraz, gdy wybieram się z pielgrzymami na kanonizację bł. Jana Pawła II, ten tytuł mnie nie dziwi, ale w roku 2005 był niejako proroctwem. Pięknym fotografiom towarzyszą słowa bł. Jana Pawła II. Szczególną uwagę zwraca uwagę fotografia na okładce albumu. Kard. Franciszek Macharski powiedział, że „cudowne zdjęcie” z okładki albumu zostało zrobione 6 stycznia 1979 r., podczas pierwszego spotkania opłatkowego Jana Pawła II z rodakami. Na fotografii widzimy pogodną pełną dobroci postać papieża. To co budzi zdziwienie, to niezwykła, świetlista aureola wokół postaci świętego, która jest najbardziej widoczna wokół głowy, ramion oraz dłoni. Jest to zjawisko niewytłumaczalne z punktu widzenia naukowego. Sam autor albumu we wstępie pisze: „Oglądaliśmy slajd bardzo wnikliwie i nie znajdowaliśmy wytłumaczenia tego zjawiska. Na pewno nie widziałem aureoli czy poświaty wtedy, gdy fotografowałem – coś takiego na pewno bym pamiętał. Nie ma też mowy o poruszeniu zdjęcia czy postaci ani o podświetleniu z tyłu. Opracowywaliśmy wiele tysięcy fotografii i naprawdę sporo na ten temat wiemy – tego zjawiska nie jesteśmy jednak w stanie wytłumaczyć (…) ‘Opłatek ze świętym’. Tak – właśnie ze świętym. Oczywiście nie z powodu naszego cudownego zdjęcia, choć dla nas jest ono kolejnym potwierdzeniem tego, co czuliśmy i myśleliśmy jeszcze za życia Jana Pawła II, i to gdy był jeszcze kardynałem. Spotkanie z Nim, a już w szczególności opłatek był zawsze głęboko poruszającym przeżyciem i to nie tylko duchowym lub intelektualnym. Także fizycznym. Sam uścisk Jego dłoni napawał ludzi niezwykłą lekkością, człowiek stawał się jakby eteryczny – wielu to opowiada, sam tego doznawałem”.

Przeżywamy kolejne święta Bożego Narodzenia, po raz kolejny bierzemy biały opłatek do ręki, niech one będą głębokim i poruszającym przeżyciem duchowym, intelektualnym i fizycznym. Niech areola świętości ogarnie stół wigilijny i każdego z nas osobiście (Kurier Plus, 2015).

 

POKÓJ ZAKORZENIONY W NIEBIE

Zapewne pamiętamy postać Rzędziana, który opowiada Skrzetuskiemu o sąsiedzkim sporze: „Dalibóg wrócić kiedy do Rzędzian, na Podlasie, gdzie rodziciele mieszkają, to im oddam, bo oni tam mają proces z Jaworskimi, co już pięćdziesiąt lat trwa, a nie ma za co go dłużej prowadzić. Więc nakupiłem, mój jegomość, tyle wszelakiego dobra, żem na dwa konie ładować musiał, mając to sobie za pocieszenie w smutkach moich, bo mi za jegomością okrutnie było tęskno. Przyjechałem do rodzicielów, którzy radzi mnie widzieli i oczom nie chcieli wierzyć, gdym im wszystko, com zebrał, pokazał. Musiałem dziadusiowi przysiąc, żem uczciwą drogą do tego przyszedł. Dopieroż się ucieszyli, bo trzeba waszmościom wiedzieć, że oni mają tam proces z Jaworskim o gruszę, co na miedzy stoi i w połowie nad Jaworskich gruntami, a w połowie nad naszymi ma gałęzie. Owóż jak ją Jaworscy trzęsą, to i nasze gruszki opadają, a dużo idzie na miedzę. Oni tedy powiadają, że te, co na miedzy leżą, to ich, a my…”.

Dzieciństwo spędziłem na wsi i nie dziwią mnie takie spory, chociaż nie były one rozstrzygane w sądzie. Przy odrobinie złej woli zawsze znalazł się powód do sąsiedzkiej kłótni, jak w filmie „Sami swoi”. Ale gdy przychodził święty czas wigilii Bożego Narodzenia, to nawet najbardziej skłóceni sąsiedzi zaczynali przez płot zagadywać do siebie. Odwiedzali się wzajemnie, częstowali różnymi potrawami, łamali się opłatkiem i składali sobie życzenia. Wigilijna zgoda niosła wiele radości. Czasami ten wigilijny pokój trwał rok albo dłużej, a nieraz kończył się wraz ze świętami Bożego Narodzenia. To wszystko zależało od tego na ile adwersarze otwarli się na światło pokoju spływające z nieba. Autentyczne przyjęcie sercem i duszą Nowonarodzonego gwarantowało przetrwanie tego pokoju. Jeśli zabrakło tego zakotwiczenia, to pokój najczęściej kończył się wraz z wyrzuceniem wyschniętej choinki.

W czasie II wojny światowej w Europie grupa żołnierzy amerykańskich straciła kontakt ze swoim oddziałem. Błądzili po lesie, szukając drogi powrotnej. Wieczorem natknęli się na mały domek. Zaczęli podążać w jego kierunku. Na ich spotkanie wyszła kobieta, właścicielka domu. Powiedziała im, że skoro są głodni i zagubieni, to mogą odpocząć i posilić się w jej domu, ale pod warunkiem, że uszanują jej gości. Chciała, aby nikt nie zakłócił spokoju świąt Bożego Narodzenia. Gdy Amerykanie weszli do mieszkania zobaczyli przy stole żołnierzy niemieckich, którzy nerwowo zareagowali na widok swoich wrogów. Ale podporządkowali się życzliwej właścicielce domu, która wcześniej powiedziała żołnierzom niemieckim, aby uszanowali nowych gości. Jak się okazało, żołnierze niemieccy, podobnie jak Amerykanie zagubili się w zawierusze bitewnej.

W świątecznym domu atmosfera pokoju i radości bożonarodzeniowej zdominowała wrogość walczących ze sobą żołnierzy. Światło pokoju i radości spływającej z betlejemskiego nieba wypełniło serca żołnierzy, przywołując nostalgiczne wspomnienia z rodzinnych domów. Orędzie betlejemskiej przemieniło żołnierzy wrogich sobie armii w przyjaciół. Zaczęli wspominać najpiękniejsze chwile związane ze świętami Bożego Narodzenia. Wspólnie śpiewali kolędy i wymieniali się drobnymi prezentami. Tej nocy, w tym ubogim domku zapanował pokój Chrystusowy. Pośród wojennej nienawiści i zła narodził się Chrystus. Żołnierze widzieli w sobie nie wrogów, ale podobnych sobie ludzi, którzy pragną żyć w pokoju i radości. Następnego dnia, dzieląc się informacjami udali się do swoich oddziałów. Czy ten pokój, który się zrodził w ich sercach tej nocy przetrwa, czy utonie w wojennej nienawiści, która da o sobie znać jazgotem wojennego zgiełku? Jeśli żołnierze zakorzenią mocno pokój spływający z nieba, to na pewno on przetrwa piekło wojny.

W Ewangelii na Boże Narodzenie czytamy, że Jezus narodził się w czasach Cezara Augusta, który w morskiej bitwie pod Akcjum pokonał Marka Antoniusza i egipską królową Kleopatrę, stając się niekwestionowanym władcą Cesarstwa Rzymskiego. On to zamknął bramy świątyni Janusa, które zamykano na czas pokoju a otwierano na czas wojny. Każdy konsul obejmujący swój urząd wzywał boga słowami: „Janusie, uczyń wiecznymi pokój i zsyłających pokój!”. Pax Augusta, pokój Augusta opierał się na przemocy, dominacji nad narodami, grabieży, niewolnictwie, strachu. Czy pokój oparty na takich zasadach jest prawdziwym pokojem, czy ma szansę przetrwania? Z pewnością nie. Prawdziwy pokój rozpoczyna się od przemiany ludzkich serc, a siłą tej przemiany jest miłość. O takim pokoju śpiewali aniołowie na betlejemskim niebie, ogłaszając narodzenie Jezusa: „Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli”. Dawca tego pokoju narodził się w Betlejem w ubogiej stajni. Jego rządy będą naznaczone miłością i przebaczeniem, współczuciem i wolnością. Pax Christi – pokój Chrystusowy, to zawołanie benedyktyńskie. Święty Benedykt w Prologu Reguły wzywa: „szukaj pokoju, idź za nim”.

Piękna kolęda podpowiada nam, gdzie możemy odnaleźć ten pokój: „Cicha noc, święta noc, / Pokój niesie ludziom wszem, / A u żłóbka Matka Święta/ Czuwa sama uśmiechnięta / Nad dzieciątka snem, / Nad dzieciątka snem”. Z dzieciństwa pamiętam atmosferę cichej nocy, świętej nocy. A najmocniej wpisywały się w serca wigilijne wieczory, kiedy to białe płatki śniegu, jak gwiazdki betlejemskie spływały na ziemię. Puszysty śnieg otulał wszystko i wyciszał rozkrzyczany świat. Wszystko naokoło stawało się takie czyste i białe, jak lniany obrus na wigilijnym stole, jak opłatek dzielony sercem i miłością. Wszystko było takie piękne, święte, magiczne. Złączeni miłością i oświeceni światłem betlejemskiego nieba z radością śpiewaliśmy kolędy: „Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi: / Wstańcie, pasterze, Bóg się wam rodzi / Czym prędzej się wybierajcie, / Do Betlejem pośpieszajcie, / Przywitać Pana”.

Po wieczerzy wigilijnej wybieraliśmy się do kościoła na pasterkę, kościoła, który tej nocy stawał się dla nas Betlejem. Z uroczego kościółka zasypanego śniegiem przez okna skoczyło się przyjazne światło. Wchodziliśmy do środka i zatrzymywaliśmy się przy uroczej stajence betlejemskiej, gdzie dokonał się cud, jak to śpiewamy w innej kolędzie: „Cicha noc, święta noc, / Pastuszkowie od swych trzód / Biegną wielce zadziwieni / Za anielskim głosem pieni / Gdzie się spełnił cud, / Gdzie się spełnił cud”. Ta parafialna stajenka przenosiła nas do Betlejem, gdzie dotkał się cud Wcielenia, narodził się Jezus, Mesjasz. To tu rodzi się nasz pokój, radość i nadzieja wiecznego zbawienia.

W syryjskim apokryfie „Ody Salomona” z II wieku nieznany autor pisał: „Podobnie jak słońce jest radością dla tych, którzy tęsknią za jego dniem, tak Pan jest radością moją. On bowiem jest moim słońcem. Jego promienie pozwoliły mi powstać. Porzuciłem drogę błędu, Jego światło odpędziło wszelką ciemność z mojego oblicza, do Niego poszedłem i otrzymałem od Niego zbawienie bez zawiści.”  W blaskach stajenki betlejemskiej życzmy sobie i prośmy o to Nowonarodzonego, aby stał się On dla nas pokojem, radością i światłem na drogach naszego życia (Kurier Plus, 2019).

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *