23 Lis

Uroczystość Chrystusa Króla Rok B

 

ŻYĆ W PRAWDZIE .                                 

Piłat powiedział do Jezusa: „Czy Ty jesteś Królem żydowskim?”.  Jezus odpowiedział: „Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie?”.  Piłat odparł: „Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Coś uczynił?”. Odpowiedział Jezus: „Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd”. Piłat zatem powiedział do Niego: „A więc jesteś Królem?”. Odpowiedział Jezus: „Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu” (J 18,33b-37).

W ostatnią niedzielę roku liturgicznego Kościół obchodzi uroczystość Chrystusa Króla. O godności królewskiej Chrystusa mówi ewangeliczna scena procesu Jezusa przed Piłatem, podczas, którego Jezus oznajmia: „Królestwo moje nie jest z tego świata”, a na pytanie Piłata: „A więc jesteś Królem?” Jezus odpowiada: „Tak jestem Królem”. Piłat z Pontu był prefektem rzymskim Judei w latach 26 – 38 po narodzeniu Chrystusa. Był on faktycznym władcą Judei i miał władzę wydawania wyroków śmierci. W czasie swoich rządów brutalnie tłumił opór Żydów i lekceważył ich uczucia religijne. Dla Piłata sprawa Jezusa, była jednym z wielu żydowskich sporów religijnych, a tym Piłat gardził i nie chciał się zajmować. To nie podlegało osądowi prawa rzymskiego. Dlatego przeciwnicy oskarżyli Jezusa przed Piłatem o chęć przejęcia władzy w sensie politycznym. Po przeprowadzeniu procesu Piłat upewnił się, że oskarżenie Jezusa ma charakter religijny a nie polityczny, dlatego oznajmia: „Ja nie znajduję w nim żadnej winy”. Wtedy oskarżyciele Jezusa posuwają się do szantażu, i wołają: “Jeżeli go uwolnisz, nie jesteś przyjacielem Cezara. Każdy, kto się czyni królem, sprzeciwia się Cezarowi”. Pod wpływem tego szantażu Piłat wydaje Jezusa na ukrzyżowanie, nie mógł sobie pozwolić na podejrzenie nielojalności wobec Cezara, od którego zależała nie tylko jego kariera, ale i życie. Na znak, że nie ma nic wspólnego z tym niesprawiedliwym wyrokiem, Piłat umywa ręce.

Królestwo Chrystusa jest Królestwem prawdy. Chrystus przyszedł na ziemię, aby dać świadectwo prawdzie. I w tym momencie rodzi się pytanie, które zadał Piłat w czasie procesu Jezusa: „Cóż to jest prawda?” Bardzo często człowiek kieruje się relatywizmem w podejściu do rzeczywistości, w konsekwencji prawda ma wartość relatywną. Każdy ma swoją prawdę, o prawdzie decyduje sytuacja. Swoją prawdę ma złodziej, który kradnie, aby żyć. Może temu procederowi nadać szlachetne motywy. Nie tak dawno rozmawiałem z mężczyzną, którego głównym zajęciem była kradzież. Mówiąc o tym wcale nie odczuwał wstydu, a wręcz przeciwnie mówił, że kradnie bogatym a sprzedaje po niskiej cenie biednym. Uważa, że jest to szlachetne postępowanie, coś w rodzaju nowojorskiego Janosika. Swoją prawdę ma także człowiek, który krzywdzi bliźniego, zawsze znajdzie wystarczające uzasadnienie dla swego postępowania. Swoją prawdę ma pijak, uzasadniając potrzebę sięgnięcia po kieliszek. Swoją prawdę miał faszyzm i w imię tej prawdy wojska faszystowskie, paląc i mordując skazywały na zagładę całe narody. Swoją prawdę miał komunizm, a ci, którzy nie zgadzali się z komunistyczną prawdą ginęli z wycieńczenia i tortur w sowieckich Gułagach itd.

Ale czy rzeczywiście jest to prawda? Jest to pytanie raczej retoryczne. Prawda jest jedna dla wszystkich, niezależna od sytuacji. Tak rozumianą prawdę przynosi Chrystus. Za taką prawdą tęskni człowiek. Dostojewski w „Braciach Karamazow” wkłada w usta niewierzącego Dymitra takie słowa: „Widzisz, Aliosza, są chwile w życiu, w których nawet ci, którzy nie wierzą w Boga, wzdychają i modlą się, aby On istniał, aby zstąpił na świat, ponieważ niesprawiedliwość jest tak krzycząca, bunt tak głęboki, że się woła o istnienie Kogoś, kto by przyszedł, zrobił porządek i obwieścił prawdę”. Prawda Chrystusa wprowadza ład wewnętrzny w człowieku i porządek na świecie. Nie przychodzi ona do nas drogą przemocy, ale miłości. Wyznawcy Chrystusa winni żyć wg tej prawdy, niezależnie od sytuacji, w jakiej się znaleźli.

Jan Kanty urodził się 24 czerwca 1390 w Kętach. Jako chłopiec był podziwiany za inteligencję, a przede wszystkim za dobre serce. Jako kapłan nauczał Pisma św. na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Pełnił tam też posługę duszpasterską. Znany był z wielkiej pobożności i życzliwości dla ubogich, którym spieszył z pomocą. W swym życiu odbył cztery, piesze pielgrzymki do Rzymu, niosąc na plecach cały swój bagaż. W czasie jednej z tych pielgrzymek napadli go rozbójnicy. Zabrali mu cały bagaż i zapytali czy nie ma jeszcze pieniędzy. Święty Jan odpowiedział, że nie. Wtedy rabusie pozwolili mu odejść. Po pewnym czasie św. Jan przypomniał sobie, że ma kilka złotych monet zaszytych w ubraniu. Szybko zawrócił i zaczął biec za złodziejami. Przepraszał ich za kłamstwo i chciał oddać im złote monety. Złodzieje byli kompletnie zaskoczeni. Nie przyjęli złotych monet, co więcej, oddali wszystkie, wcześniej zrabowane rzeczy. Czyn świętego mówi, co to znaczy żyć w prawdzie. W prawdzie, która może zatriumfować już w tym życiu, a pełnią swego blasku zabłyśnie, gdy spotkamy Chrystusa Króla w czasach ostatecznych.

Kiedyś opowiedziałem tę historię na zebraniu rodziców. Po skończonym spotkaniu jedna z matek, nawiązując do czynu św. Jana przytoczyła historię ze swego życia. Wychowywała swoje dzieci w poczuciu uczciwości i prawdy. Pewnego razu jej 7 letni syn Artur znalazł na ulicy 20 dolarów. Wiedział, że znalezione rzeczy trzeba oddać właścicielowi. Stanął bezradny i wzrokiem szukał człowieka, zgubił pieniądze. Wreszcie dojrzał dwóch kilkunastoletnich chłopców, podszedł do nich i zapytał, czy nie zgubili pieniędzy. Tamci bez zmrużenia oka powiedzieli, że tak. Artur bez zastanowienia oddał im znalezione pieniądze, a że był inteligentnym dzieckiem zorientował się wkrótce, że został oszukany. W zdumionych oczach rodziło się pytanie: Czy warto mówić prawdę i być aż tak uczciwym?. Matka musiała długo tłumaczyć mu, że warto.

Jeśli Artur pozostanie wierny prawdzie i uczciwości wszczepionej przez rodziców wyrośnie na przyzwoitego człowieka. W swej uczciwości nieraz przyjdzie mu zmierzyć się z oszustami, ale to on będzie budował bardziej ludzki świat, będzie budował Królestwo prawdy Chrystusowej. To dzięki takim ludziom świat nie staje się dżunglą walczących bestii. A ci dwaj nieletni oszuści, jeśli będą wzrastać w „prawdzie”, która pozwala na oszustwo to może i uzbierają w swoim życiu wiele nieuczciwych dwudziestodolarówek. I nawet wtedy, gdy uda się im uniknąć kratek więziennych, czy będą zadowoleni ze swego życia, gdy trzeba będzie z niego rozliczyć. Czy znajdą usprawiedliwienie w oczach bożych, gdy staną przed Nim w dniu ostatecznym? (z książki Ku wolności).

 

 

ŚWIADECTWO DAWANE PRAWDZIE

Jezus Chrystus jest Świadkiem Wiernym, Pierworodnym umarłych i Władcą królów ziemi. Tym, który nas miłuje i który przez swą krew uwolnił nas od naszych grzechów, i uczynił nas królestwem i kapłanami Bogu i Ojcu swojemu: Jemu chwała i moc na wieki wieków. Amen. Oto nadchodzi z obłokami i ujrzy Go wszelkie oko i wszyscy, którzy Go przebili. I będą Go opłakiwać wszystkie pokolenia ziemi. Tak: Amen. Jam jest Alfa i Omega, mówi Pan Bóg, który jest, który był i który przychodzi, Wszechmogący (Ap 1,5-8).

Cesarz chiński zwołał do siebie młodzieńców swego cesarstwa. Był wśród nich Young Ling. Każdy młodzieniec, który przybywał do pałacu cesarza otrzymywał przy wejściu maleńkie ziarnko. Cesarz zwrócił się do zebranych młodzieńców tymi słowami: „Następca mojego tronu stoi między wami. Każdy z was otrzymał ziarenko. Ono zadecyduje o waszej przyszłości. Posadzicie to ziarenko i pielęgnujcie je tak, aby wydołało owoc, z którym po ro­ku czasu wrócicie do mojego pałacu”.

Ling wrócił do domu i napełnił doniczkę najlepszą ziemią i zasiał w niej otrzymane ziarnko. Każdego dnia podlewał swój za­siew i wystawiał doniczkę na najbardziej nasłonecznione miejsce. Rankiem biegł do doniczki z nadzieją, że zobaczy wybijającą się z ziemi roślinkę. Dni mijały a z ziarenka nic nie wyrastało. Ling stosował różnego ro­dzaju nawozy. Wszystko jednak zdało się na nic, po miesiącach wytrwałej pracy w do­niczki nic nie wyrosło.

W końcu przyszedł dzień stawienia się młodzieńców u cesarza z owocem, jaki wy­dało powierzone im ziarno. Ling nie miał żadnego owocu i trochę wstydził się stanąć przed cesarzem z pustymi rękami. Ale mat­ka nalegała, mówiąc: „Ling nie masz się czego wstydzić. Zrobiłeś wszystko, o co cię proszono. Idź do pałacu i powiedz uczciwie, jaki jest rezultat twojej pracy”.

Kiedy Ling przybył do pałacu, zdumiony patrzył na wspaniałe kwiaty i dorodne owo­ce jakie przynieśli pozostali młodzieńcy. Zmieszany i zawstydzony stanął w kącie, z tyłu zgromadzonego tłumu. Cesarz prze­glądał dokładnie przyniesione doniczki z różnorodnymi roślinami. Ling znierucho­miał ze strachu, gdy wzrok cesarza zatrzy­mał się na nim. „Ej, ty tam kącie, podejdź bliżej”- powiedział cesarz. Zawstydzony Ling niechętnie podszedł do cesarza. Nie­którzy młodzieńcy podśmiewali się z niego, widząc pustą doniczkę. „Jak masz na imię”- zapytał cesarz. „Ling, wasza wysokość”- odpowiedział zalękniony chłopiec. Cesarz ukłonił się Lingowi i powiedział: „Rok temu, każdemu z was dałem ugotowane ziar­no, które nie mogło wydać owocu. Ale dzi­siaj widzę w waszych doniczkach wszelkie rodzaje roślin, jakie rosną w naszym kraju. Jedynie Ling w swej prawości i uczciwości przyniósł pustą doniczkę, narażając się na wyśmianie i kpiny. Ta prawość i szacunek dla prawdy są znakiem jego szlachetności. Oddajcie pokłon Lingowi, przyszłemu cesarzowi królestwa”. (ze strony internetowej Afterhours Inspirational Stories).

Sądzę, że większość ludzi pochwala postawę tego chłopca i jest przekonana, że ta­kie wartości jak uczciwość i prawda są ko­nieczne w życiu społeczności ludzkiej, bez nich świat zamienia się w dziką dżunglę, w której toczy się nieustanna walka, w któ­rej ciągle ktoś kogoś pożera. Zaś świat opar­ty na uczciwości i prawdzie staje się bar­dziej przyjazny, bardziej ludzki. Takie przekonanie nie idzie w parze z codzienną prak­tyką. Uczciwość i prawda przegrywają nieraz z prozą codziennego życia. Ryszard Ka­puściński w książce „Autoportret reportera” pisze: „Mój kolega, reporter brytyjski Philip Knighdey napisał książkę o respondentach wojennych pod tytułem „The First Casu­alty” – „Pierwsza ofiara”. Co jest pierwszą ofiarą wojny? Prawda. Autor dokonał przeglądu wydarzeń od wojny krymskiej, od połowy XIX wieku, do czasów wojny wietnamskiej i porównał to z tym, co o tych wydarzeniach pisała prasa angielska. Otrzymał dwa różne obrazy: ten prawdziwy, historyczny i ten zupełnie odmienny, nakreślony przez prasę”.

Wojna jest zwycięstwem nienawiści nad miłością. Dlatego też wszystkie szlachetne wartości są jej pierwszymi ofiarami, a wśród nich jest prawda. Każda z walczących stron chce przekonać świat o swych szlachetnych intencjach, demonizując przy tym przeciwnika, przeciwnik to diabeł. Wiadomości docierające do nas z wojny, to naj­częściej kłamliwa propaganda, która często otumania i antagonizuje ludzi. Ulegają jej nawet dziennikarze, którzy bezmyślnie powtarzają slogany propagandy wojennej, może z wyjątkiem sprzedajnych dziennikarzy, którzy świadomie handlują kłamstwem.

Wojna może się toczyć w zacisznych ga­binetach, ubierając się w eleganckie garnitury. Jest to walka o pieniądze, stanowiska, sławę, wpływy i jest jeszcze walka wypły­wająca ze zwykłej ludzkiej głupoty. W tej walce także pierwszą ofiarą jest prawda. Przekręcone słowa, zatajone fakty zastępują prawdę. Te walki wciągają ludzkość, jak gdyby do ciemnego tunelu kłamstwa. Z tej ciemności może wyprowadzić człowieka Ten, który powiedział o sobie, że jest prawdą i, że ta prawda nas wyzwoli. Jest nim Ten, którego dzisiaj czcimy jako Króla prawdy. „Tak jestem Królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie”.

Gandhi, wielki przywódca Indii był za­uroczony nauką Chrystusa, chociaż nigdy nie został chrześcijaninem. Przez prawdę i unikanie wszelkiej przemocy walczył o wyzwolenie swojej ojczyzny spod pano­wania Brytyjczyków. Ten sposób walki przyniósł mu powszechny szacunek jak i też wolność ojczyzny. Wymowna w tym wzglę­dzie jest scena z filmu pt. „Gandhi”. Gdy Gandhiego wprowadzono do sali rozpraw stała się rzecz niebywała. Brytyjski sędzia Judge Broomfield, który reprezentował rząd, którego nie uznawał Gandhi i chciał, aby opuścił on Indie, wstał. Nigdy do tej pory sędzia nie wstawał, gdy wchodził oskarżony i nigdy dotąd sędzia nie zawracał się do oskarżonego przez „pan”. Za przykładem sędziego poszli wszyscy obecni na sali rozpraw. Ten niepozorny człowiek. emanował godnością i spokojem. Przez niego przemawiała prawda i szacunek dla drugiego człowieka. Przez taką postawę odniósł zwycięstwo.

Nie zawsze jednak sukces tych, którzy za tarczę mają prawdę jest tak spektakularny. Nieraz wydaje się, że ci, którzy do ostatniego tchnienia dają świadectwo prawdzie po­noszą klęskę. Czyż scena sądu Chrystusa przed Piłatem nie była w ludzkich oczach klęską, nawet niektórzy z jego uczniów tak to odbierali. Cóż to za król, który upokorzony stoi przed namiestnikiem rzymskim Piłatem. Zapewne odpowiedź Chrystusa na pytanie Piłata o Jego królewskość: „Tak jestem Królem” była dla wielu powodem kpin, które przybrały konkretny kształt, gdy Jezusa ubrano w płaszcz szkarłatny, na głowę włożono koronę cierniową a do ręki trzcinę. Przyklękano przed nim drwiąc z Jego królewskości. Chrystus do końca pozostał wierny głoszonej przez siebie prawdzie. Za tę prawdę oddał życie. Gdyby krzyż był ostatnim zdaniem w historii Jezusa rzeczywiście byłaby to klęska głoszonej przez Niego prawdy. Okoliczności śmierci Jezusa spra­wiły, że setnik, uczestniczący w ukrzyżowaniu Chrystusa wyznał: „Prawdziwie, Ten był Synem Bożym”. To była tylko zapowiedz tego, co miało się stać trzy dni później w wielkanocny poranek. Prawda, którą przyniósł Chrystus i który sam nią był, odniosła zwycięstwo. Zmartwychwstanie objawiło, że Chrystus jest Panem życia i śmierci, jest Królem i Panem Wszechrzeczy.

Prefacja z Uroczystości Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata mówi o królestwie chrystusowym: „Wieczne i powszechne Królestwo: królestwo prawdy i życia, królestwo świętości i łaski, królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju”. Wierność prawdzie Chrystusowej przyczynia się do zwycięstwa Królestwa Chrystusowego w świecie i w nas samych (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

CZY JEST TO KRÓLESTWO?

Patrzyłem w nocnych widzeniach, a oto na obłokach nieba przybywa jakby Syn Człowieczy. Podchodzi do Przedwiecznego i wprowadzają Go przed Niego. Powierzono Mu panowanie, chwałę i władzę królewską, a służyły Mu wszystkie narody, ludy i języki. Panowanie Jego jest wiecznym panowaniem, które nie przeminie, a Jego królestwo nie ulegnie zagładzie (Dn 7,13-14).

Dwudziestoletnia Karolina studiowała medycynę. Mieszkała w akademiku, a na weekendy przyjeżdżała do rodzinnego domu w Nowym Jorku. Była jedynaczką. Cała miłość rodziców skupiała się na niej. Karolina odwzajemniała te miłość. Często mówiła jakich wspaniałych ma rodziców, jaki ma wspaniały dom. I w tym domu bardzo często spędzała weekendowe wieczory. Nie wychodziła zbyt chętnie na spotkania z koleżankami, bo jak sama mówiła, często rozmawiano o sprawach, które ją zawstydzały. W czasie tych spotkaniach miało miejsce także picie alkoholu. W czasie jednego z weekendów jak zwykle Karolina przyjechała do rodziców. Tym razem postanowiła wyjść z koleżankami na dyskotekę. Jej tata był w łazience, stąd też Karolina postanowiła zaczekać na niego, aby się pożegnać prze wyjściem. To pożegnanie było trochę inne niż te poprzednie. Karolina mocno wyściskała tatę, mówiąc jak wspaniałym jest ojcem, jak ciężko pracuje dla całej rodziny, jak bardzo go kocha. Pożegnała się także z mama i wyszła.

Gdy nie wróciła przez druga w nocy rodzice zaczęli się niepokoić. W miarę upływu czasu jakiś dziwny lęk i obawa zakradały się do ich serca. Aż w końcu dotarła do nich tragiczna wiadomość, że córka zginęła w wypadku samochodowym. Wracali z dyskoteki. Kierowca stracił panowanie nad kierownica i samochód uderzył w przydrożną latarnię. Karolina zginęła na miejscu. Było to o godz. 3:14. Odeszła z tego świata w godzinie swoich narodzin. Dla rodziców zawalił się cały świat. Jakże trudny był pogrzeb, jakże było odnaleźć rodzicom promyk nadziei, który odnajdujemy w Chrystusie. W tej rozpaczy pobrzmiewały słowa Jezusa na krzyżu: „Boże mój, Boże mój czemuś mnie opuścił”.

Trzy tygodnie po pogrzebie przyszła do mnie na rozmowę matka Karoliny. Trudna była to rozmowa. Matka powiedziała: „Tak bardzo chciałabym być z nią. Nic mnie już tu nie trzyma”. Razem z matką płakałem, gdy opowiadała ona, jak wspaniałym dzieckiem była Karolina. Wspominała, że codziennie rano i wieczorem prosiła Matkę Bożą, aby okryła swoim płaszczem Karolinę, chroniła ją przed wszelkimi niebezpieczeństwami. „Dlaczego nie zostałam wysłuchana?”- pytała. A ja milczałem. Bo każda odpowiedź jaka przychodziła mi na myśl wydawała mi się mała, nieporadna wobec ogromnego cierpienia matki. Po chwili milczenia zbolała matka powiedziała: „A może zostałam wysłuchana. Może Karolinę mogło dotknąć większe nieszczęście?” Byłem zaskoczony nie tyle treścią tej odpowiedzi, ale tym, że powiedziała to matka, która straciła swoje ukochane, jedyne dziecko.

Ta wypowiedź matki przenosi nas w inny wymiar rzeczywistości. W wymiar wieczny, nadprzyrodzony. Jakże ogromna musi być wiara, która w takim momencie dźwiga nas ku wieczności. Tylko z tej perspektywy możemy się zmierzyć z największą tragedią życiową jaką jest utrata dziecka. Chrystus mówi, że może być większa tragedia niż utrata ziemskiego życia: „Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?”

Ośmielony jej słowami zacząłem mówić o życiu wiecznym, o zmartwychwstaniu, o świętych obcowaniu. W pewnym momencie matka przerwała mi i zadała mi rozpaczliwe pytanie: „Czy ja na pewno tam spotkam?” Odpowiedziałem, że ja nie mam żadnych wątpliwości, że tam spotkam swoich rodziców, którzy zmarli przed laty, że i dzisiaj czuje ich obecność przy mnie. I nie jest to wytwór mojej wyobraźni, ale jest owocem mojej wiary w Jezusa Chrystusa, który jest Panem życia i śmierci. Któremu w dzisiejszą niedzielę oddajemy cześć jako Królowi Wszechświata. Prefacja na tę uroczystość mówi, że jest to królestwo „prawdy i życia, królestwo świętości i łaski, królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju”.

Ewangelia na dzisiejszą uroczystość zawiera proklamację królestwa Jezusa w szczególnym momencie. Przed swoją męką i ukrzyżowaniem Chrystus wyznaje, że jest Królem. Sama ta sytuacja mówi, że królestwo Jezusa nie jest z tego świata, przekracza ten świat. Bo cóż to za król wiszący na krzyżu. Z takiego króla można się tylko naigrawać, jak to czynili oprawcy Jezusa. Jezus potwierdza słowami, że jest Królem. Na pytanie Piłata, czy jest Królem Jezus odpowiedział: „Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu”. I wyjaśnia, że Jego królestwo nie jest z tego świata: „Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd”.

Jego Królowanie zajaśniało pełnym blaskiem, gdy zmartwychwstał i wstępował do nieba. Jezus wstępując do nieba mówi swoim uczniom: „Dana mi jest wszystka władza na niebie i na ziemi. Idźcie i nauczajcie wszystkie narody chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego i uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata”. Można powiedzieć, że w tym momencie spełniła się wizja proroka Daniela, zacytowana na wstępie: „Powierzono Mu panowanie, chwałę i władzę królewską, a służyły Mu wszystkie narody, ludy i języki. Panowanie Jego jest wiecznym panowaniem, które nie przeminie”. Jezus daje nam udział w swoim Królestwie. A jest to królestwo życie, nie śmierci, a zatem nawet gdy śmierć dotknie nas swoim ościeniem, w mocy Chrystusa przejdziemy ze śmierci do życia i znajdziemy się w jego Królestwie. I w tej tajemnicy kryje się odpowiedź na tragiczne pytanie matki Karoliny: „Czy ja na pewno tam spotkam?”

W liście pasterskim biskupów polskich na dzisiejszą uroczystość czytamy: „Od momentu przyjścia Chrystusa urzeczywistnia się w świecie królestwo Boże. Nie ma ono nic wspólnego z jakąkolwiek formą panowania człowieka w świecie. Oznacza – jak usłyszymy w dzisiejszej prefacji – „wieczne i powszechne Królestwo: królestwo prawdy i życia, królestwo świętości i łaski, królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju”.

Przede wszystkim królestwo Jezusa już się realizuje. Chrystus Król każdemu oferuje możliwość udziału w nim. Natomiast od nas zależy, na ile z łaski królestwa Bożego korzystamy i w jakim zakresie rozwijamy je w sobie i pośród nas, czyli na ile postępujemy jak Jezus, służąc Bogu i ludziom.  Bóg Ojciec wywyższył Chrystusa ponad wszystko. Trzeba natomiast uznać i przyjąć Jego królowanie, poddać się Jego władzy, która oznacza moc obdarowywania nowym życiem, z perspektywą życia na wieki. Realizacja zadania zakłada przyjęcie tego, co Jezus daje, domaga się życia Jego miłością i dzielenia się Nim z innymi. Chodzi o umiłowanie Jezusa do końca, oddanie Mu swego serca, zawierzenie Mu naszych rodzin, podjęcie posługi miłości miłosiernej i posłuszeństwo tym, których ustanowił pasterzami.

Konieczne jest szerokie otwarcie drzwi Jezusowi, oddanie mu swego życia. Gdy dokonamy tego w naszych domach i parafiach, zmieni się oblicze naszej Ojczyzny i Kościoła. Szczególną drogą może być uznanie królowania Jezusa poprzez umiłowanie Jego Najświętszego Serca. Początkiem tej drogi niech będzie odnowienie dziś, we wszystkich świątyniach, aktu poświęcenia rodziny ludzkiej Jezusowi Chrystusowi Królowi wszechświata” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

KRÓLUJ NAM CHRYSTE

 Pod koniec roku liturgicznego, częściej niż zwykle, czytania liturgiczne przypominają  o końcu świata. Jest on nieodłącznie związany z powtórnym przyjściem Jezusa. I to jest najważniejsza sprawa tych ostatnich dni. Przyjście Chrystusa będzie ostatecznym zatriumfowaniem Królestwa Bożego.  Na pytanie Piłata, czy jest królem żydowskim, Jezus odpowiada: „Tak, jestem królem”. Piłat rozumiał to królowanie bardzo po ludzku, ziemsku. Zaś dla Żydów miało ono głębsze znaczenie. Stąd też najwyższy kapłan zapytał o to samo inaczej sformułowanym pytaniem: Czy Ty jesteś Mesjaszem? Na co usłyszał odpowiedź: „Ujrzycie Syna Człowieczego, siedzącego po prawicy Wszechmocnego i nadchodzącego z obłokami niebieskimi’ .  Jest nawiązanie do wizji proroka Daniela z pierwszego czytania, które było zapowiedzią przyjścia Mesjasza i Jego królestwa: „Patrzyłem w nocnych widzeniach, a oto na obłokach nieba przybywa jakby Syn Człowieczy. Podchodzi do Przedwiecznego i wprowadzają Go przed Niego. Powierzono Mu panowanie, chwałę i władzę królewską, a służyły Mu wszystkie narody, ludy i języki. Panowanie Jego jest wiecznym panowaniem, które nie przeminie, a Jego królestwo nie ulegnie zagładzie”.

Dla Izraelitów pojęcie „król żydowski” miało przede wszystkim znaczenie religijne, chociaż wiązało się także z pewnymi implikacjami politycznymi. Stwierdzeniem „Królestwo moje nie jest z tego świata”, Chrystus odcina się od politycznego pojmowania Jego królestwa. Jego królestwo nie rządzi się prawami tego świata, ale jego prawa mają przemieniać ziemskie królestwa na miarę Królestwa Bożego. Prefacja na Uroczystość Chrystusa Króla mówi, że jest to królestwo prawdy i życia, świętości i łaski, sprawiedliwości, miłości i pokoju. Budując takie królestwo w nas samych i w społecznościach, w których żyjemy przygotowujemy się na spotkanie z Chrystusem, gdy powtórnie przyjdzie w czasach ostatecznych.

Jedną z dróg budowania tego królestwa i tym samym przygotowaniem się na czasy ostateczne jest tak zwana intronizacja Chrystusa Króla. W znaczeniu ziemskich intronizacja opiera się niejako na dwóch aktach: ustanowienia króla i uznania go przez poddanych. Chrystus, będąc Bogiem ze swej natury jest Królem i Panem: „Dana Mi jest wszelka władza w Niebie i na ziemi”. Dlatego w akcie intronizacji Chrystusa Króla najważniejsza jest nasza decyzja uznania Chrystusa za Króla, który kieruje naszym życiem. Dla Chrystusa intronizacja jest ważna, ze względu na miłość jaką nas umiłował. Z miłości umarł za nas na krzyżu. A zatem zależy Mu, abyśmy w czasach ostatecznych znaleźli się w Jego sieci. Przyjmując Chrystusa za swego Króla, inaczej intronizując Go w swoim sercu wybieramy najpewniejszą drogę do uszczęśliwiającego spotkania z Nim w czasach ostatecznych.

Motyw intronizacji Chrystusa Króla jest mocno akcentowany w oficjalnej nauce Kościoła.  W roku 1925 papież Pius XI ustanowił specjalną uroczystość ku czci Chrystusa Króla Wszechświata.  Z tej okazji w encyklice  „Miserentissimus Redemptor” papież napisał: „Gdy jednak w ubiegłym wieku, a także i w naszych czasach podstępne machinacje bezbożnych ludzi doprowadziły do tego, że zaczęto się wyłamywać spod najwyższej władzy Jezusa Chrystusa i wypowiedziano otwartą wojnę Kościołowi wydając prawa oraz ustawy niezgodne z Prawem Boskim i naturalnym, gdy na publicznych zebraniach wołano: ‘nie chcemy, żeby On był naszym Królem’  wtedy akt poświęcenia stał się jakby jednym głosem wszystkich czcicieli Bożego Serca, ostro występujących w obronie Jego chwały i dochodzących Jego praw, głosem wołającym: Trzeba ażeby Chrystus Królował!. Przyjdź Królestwo Twoje!”

Zaś papież Pius XII w encyklice „Summi pontificatus” napisał: „Głównym złem, z powodu którego świat współczesny popadł w duchowe i moralne bankructwo oraz ruinę, jest niegodziwe i zaiste zbrodnicze usiłowanie, by pozbawić Chrystusa Jego Królewskiej władzy, a także nieprzyjęcie nadanego przez Chrystusa Prawa Prawdy oraz odrzucenie Prawa Miłości, które jako Boskie tchnienie jest życiodajną treścią i mocą Jego władania. Ratunek i zbawienie dla współczesnego człowieka znajduje się tylko w czci Chrystusa jako Króla, w uznaniu uprawnień wynikających z władzy, jaką On sprawuje, oraz w doprowadzeniu do powrotu poszczególnych ludzi i całej ludzkiej społeczności do chrześcijańskiego Prawa Prawdy i Miłości”. Papież Jan Paweł II kontynuuje tę myśl: „Królestwo jest łaską, miłością Boga do świata, dla nas źródłem spokoju i ufności: ‘Nie bój się, mała trzódko – mówi Jezus – gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam Królestwo’. Lęki, strapienia i koszmary znikną, gdyż Królestwo Boże jest pośród nas w Osobie Jezusa Chrystusa. Człowiek nie jest więc biernym świadkiem wkraczania Boga w historię. Jezus zaprasza nas, abyśmy szukali aktywnie Królestwa Bożego i Jego sprawiedliwości oraz uczynili to poszukiwanie naszą podstawową troską”. A do młodzieży na Polach lednickich skierował te słowa: „Jeżeli dziś pragniecie przyjąć Chrystusa Króla Wieków za swego Pana, nie możecie zapomnieć o tej Jego stałej i wiecznej obecności. Żyjecie w obecności Chrystusa. Uczyńcie Go Panem każdej chwili. Każdej chwili waszej codzienności. Uczyńcie Go Panem waszej przyszłości”.

Szczególną orędowniczką intronizacji Chrystusa Króla była, żyjąca w latach 1901-1944 Służebnica Boża Rozalia Celakówna, o której, jej ostatni kierownik duchowy ks. Kazimierz Dobrzycki, napisał: „Chrystus powołał Rozalię na ukrytą apostołkę osobistego poświecenia się Jego Najświętszemu Sercu oraz uroczystej Intronizacji, podobnie jak św. Małgorzatę Marię. Wybrał ją za narzędzie, za pośrednictwem którego nie tylko Polska, lecz cały Kościół na kuli ziemskiej, ma się dowiedzieć zarówno o tymże osobistym poświęceniu się, jak i o konieczności Intronizacji we wszystkich narodach.”  W uroczystość Zesłania Ducha Świętego roku 1939 , Rozalia miała wizję Jezusa cierpiącego, który powiedział: „Popatrz, jaki ból zadają Mi grzechy; te rany są zadane przez grzechy zmysłowe: korona cierniowa za pychę, zarozumiałość, bunt przeciw Bogu; dalej wzgarda i inne grzechy. Nie ma dusz, które by Mnie kochały i pocieszały. Dziecko, Maria Małgorzata dała poznać światu Moje Serce, wy zaś kształtujcie dusze na modłę Mojego Serca. Intronizacja to nie jest tylko formułka zewnętrzna, ale ona ma się odbyć w każdej duszy”. W innym miejscu Służebnica Boża pisze: „Intronizacja w duszy  to konieczny warunek i nieodzowna podwalina dla jakiejkolwiek Intronizacji w szerszym zakresie, czy to w rodzinie, zgromadzeniu, stowarzyszeniu, parafii, diecezji czy w narodzie lub państwie. Intronizacja w duszy to logiczna podstawa, bez której wszelka inna Intronizacja z gruntu jest słaba. Jeśli dotąd tego fundamentu nie uwzględniano, np. przed poświęceniem się rodziny czy parafii Sercu Pana Jezusa, to po prostu dlatego, że był niedostrzeżony, chociaż dziś jest jasne, że powinien być z całym zdecydowaniem i najchętniej stosowany.”

Ci, którzy intronizowali Chrystusa w swoim sercu winni dzielić się z  innymi tym dobrodziejstwem przez przygotowanie uroczystości intronizacyjnych:  „Co do danych, że Intronizacja ma być przeprowadzona uroczyście, to mogę powiedzieć, że tak widziałam i takie otrzymałam zrozumienie, że tak ma być. Trzeba oddać zewnętrzną cześć Panu Jezusowi, która wiele dusz przez to zwróci do Niego” – pisze Rozalia Celakówna.. Uroczysta Intronizacja jest pewną jest pewną formą apostolstwa, która może przyprowadzić człowieka do uznania Chrystusa za swego Pana i Króla. Służebnica Boża Rozalia Celakówna mówi o różnych nieszczęściach, jakie spadną na ludzkość, gdy zamiast intronizacji będzie detronizować Chrystusa w życiu osobistym i społecznym. Z doświadczenia wiemy do jakich zbrodni i nieszczęścia doprowadziły społeczeństwa, gdzie zrzucono z tronu Chrystusa a na jego miejsce postawiono bożków komunizmu lub nazizmu. Wiemy także do jakich nieszczęść prowadzi „intronizowanie” w swoim życiu bogactwa, przyjemności, władzy, samolubstwa itd. Jedynym lekarstwem na te choroby jest Intronizacja Chrystusa w swoim życiu (z książki w Poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

ŚWIĘTY JAN KANTY  

 Królestwo Boże jest królestwem prawdy. Budujemy je przez poznawanie i wcielanie w życie prawdy objawionej w Chrystusie. Prawda ta domaga się prawego postępowania nawet w najdrobniejszych sprawach bez względu na konsekwencje i ludzkie oceny. Przykład takiej postawy widzimy w życiu świętego Jana Kantego. Ks. Piotr Skarga w żywotach świętego Jana opisuje wydarzenie, które jest wspaniałym przykładem zwycięstwa prawdy. W czasie pielgrzymki do Rzymu Jan został napadnięty przez rozbójników, którzy zażądali od niego pieniędzy. Święty oddał wszystko i powiedział, że już więcej niema. Kiedy rozbójnicy odeszli, Jan przypomniał sobie nagle, że w płaszczu ma zaszyte złote monety. Natychmiast ruszył w kierunku opryszków, prosząc o wybaczenie za nieumyślne kłamstwo. Chciał im oddać znalezione pieniądze. Zaskoczeni rozbójnicy nie tylko nie przyjęli pieniędzy, ale oddali wcześniej zrabowane. Pod wpływem tego wydarzenia nawrócili się i rozpoczęli nowe życie. W życiu nie zawsze sprawy przybierają taki obrót. Ale takie świadectwo wierności prawdzie jak to jest potrzebne, gdyż jest ono przebłyskiem bożej prawdy, która ostatecznie zatryumfuje w królestwie Bożym, gdzie króluje Chrystus. To tylko jeden z epizodów życia Świętego, życia które jest jednym wielkim świadectwem prawdy Chrystusowej.

Jan przyszedł na świat 24 czerwca 1390 roku w zamożnej rodzinie mieszczańskiej w niewielkim miasteczku Kęty koło Oświęcimia. Ojciec jego, Stanisław przez pewien czas był burmistrzem Żywca. Pierwsze nauki, pod czujnym okiem pobożnej matki Anny Jan pobierał w domu. Następnie uczęszczał do stojącej na wysokim poziomie miejscowej szkoły w Kętach. Dosyć późno, bo w wieku 23 lat zapisał się na wydział filozofii Akademii Krakowskiej. W rejestrach Akademii zachowała się wzmianka o wpłacie 6 groszy przez Jana Kantego, jest to suma, którą uiszczali za studia zamożniejsi żacy. Święty należał do najzdolniejszych studentów, o czym świadczy szybkie uzyskanie tytułu bakałarza i magistra sztuk wyzwolonych, W takim czasie tylko 10 procent studentów je zdobywało. Około roku 1420 Jan przyjął święcenia kapłańskie i podjął wykłady na Akademii. Funkcja wykładowcy była wtedy bezpłatna stąd też Jan zarabiał na utrzymanie i dzieła charytatywne prywatnymi lekcjami oraz pracą duszpasterską. W roku 1421, na prośbę zakonników, bożogrobców, w Miechowie koło Krakowa został kierownikiem tamtejszej szkoły klasztornej, gdzie kształcono kleryków zakonnych. Pełnił również funkcję kaznodziei przy klasztornym kościele. Przepisywał także różne dzieła teologiczne, szczególnie św. Augustyna, gdyż bożogrobcy opierali się na regule zakonnej opracowanej przez tegoż świętego.

W roku 1429 Jan  wrócił do Krakowa i zamieszkał w Kolegium, gdzie profesorowie Akademii Krakowskiej prowadzili wspólnotowe życie na wzór zakonny. Jan objął wykłady w Akademii Krakowskiej na wydziale filozoficznym, równocześnie rozpoczął studia teologiczne uwieńczone w roku 1438 tytułem bakałarza teologii. Rok później Jan został kanonikiem i kantorem kapituły św. Floriana w Krakowie oraz proboszczem w Olkuszu. Po kilku miesiącach zrzekł się jednak kanonii i probostwa. Liczne zajęcia sprawiły, że dopiero po siedmiu latach w roku 1443 zdobył tytuł magistra teologii, który był wówczas jednoznaczny z doktoratem. Święty podjął wykłady z teologii i prowadził je do aż  końca życia. Liczne tytuły naukowe stawiają Jana Kantego w szeregu najbardziej wykształconych polskich świętych i błogosławionych. Pośród rozlicznych zajęć Jan znajdował jeszcze czas na przepisywanie manuskryptów. Niemal każdy manuskrypt zaczynał inwokacją: „W imię Boże!”, a kończył: „Bogu dzięki i Matce Bożej, chwalebnej Dziewicy wraz z całym zastępem niebieskim aż po wszystkie wieki. Amen. Ku chwale Boga.”  W niektórych kodeksach zamieszczał swoje uwagi, przez które przebija ogromna troska o czystość wiary. Oto jedna nich: „O tej rzeczy trzeba czytać ostrożnie, spoglądając ze czcią ku Kościołowi, aby nie brać fałszu za prawdę. Powaga bowiem Kościoła jest wyższa nad te argumenty. Przy niej należy pozostać, aby mieć życie ze świętymi”. Przepisał łącznie ponad 18 000 stron. Pieniądze otrzymane z tej pracy przeznaczał na dzieła miłosierdzia i pielgrzymki.

Kierując się głęboką pobożnością, Jan pielgrzymował do Ziemi Świętej. Odbył także kilka pielgrzymek do Rzymu. Przebywający tam Polacy, sądzili, że Jan tak często nawiedza Wieczne Miasto, aby zdobyć jakąś godność. Na co Święty im odpowiadał: „To mój czyściec, w którym me grzechy obmywam i stąd biorę ochotę do dobrego życia chrześcijańskiego, cisnąc się do radości niebieskich, które wierzącym i pracującym obiecał dobrotliwy nasz Pan”. Jan był znany z wielkiego serca dla ubogich. Pomagał ubogim studentom. Nigdy nie przeszedł obojętnie wobec biednych, sierot i potrzebujących. Pewnego razu nie mając nic do dania żebrakowi, ofiarował mu swoje ubranie i buty. Na widok biedaka, proszącego o posiłek, miał zwyczaj wstawać ze swojego miejsca i mówić: „Chrystus przychodzi”. Dbał także o dobre imię bliźniego. Nie pozwalał, by w jego obecności obmawiać kogokolwiek. Na ścianie swojej celi wypisał dla przestrogi gości słowa: „Strzeż się obrazić kogo, bo przepraszać jest nie błogo”. Ks. Piotr Skarga napisał o nim: „W zachowaniu postów był pilny, w cierpliwości łaskawy, w wierze stateczny, w miłości gorący, w pokorze niski, w rozmyślaniu tajemnic Bożych wysoki, w oczekiwaniu mocny, w wstrzemięźliwości osobliwy”.

Jan Kanty dożył sędziwego wieku. Umarł w opinii świętości w Krakowie w wigilię Bożego Narodzenia roku 1473, mając 83 lata. Wyrazem powszechnego przekonania o jego świętości było pochowanie go pod amboną w kościele św. Anny. Grób Świętego nawiedzali liczni wierni, doznając tam za jego wstawiennictwem rozlicznych łask. Sława jego świętości i wielkich czynów przybierała formę legendy i ku zbudowaniu wiernych docierała do najdalszych zakątków Polski. Można było usłyszeć o tym jak Jan idąc świtem w Boże Narodzenie do kościoła ujrzał na śniegu skostniałego żebraka. Bez zastanowienia zdjął swój płaszcz i ofiarował mu. Po powrocie znalazł w domu ten sam płaszcz. Innym razem Święty usłyszał płacz dziewczyny. Była to służąca, która przez nieuwagę opuściła dzbanek z mlekiem. Dzbanek się rozbił a mleko wylało. Zrozpaczona dziewczyna bała się wracać do swojej surowej pani. Święty pozbierał skorupy złożył je i cały dzbanek oddał dziewczynie i nakazał zaczerpnąć do niego wody z pobliskiej rzeki Rudawy. Gdy to uczyniła, dzbanek napełnił się mlekiem. W roku 1603 biskup krakowski Bernard Maciejowski w śmiertelnej chorobie złożył ślub, że odbędzie pielgrzymkę do grobu Jana i na ołtarzu poświęconym Świętemu odprawi Mszę św. Po wypełnieniu tego ślubu doznał natychmiastowego uzdrowienia i na pamiątkę tego zdarzenia ofiarował kosztowny kielich.

Świętość życia, jak i też liczne cuda dokonane za wstawiennictwem Jana Kantego sprawiły, że w roku 1628 rozpoczęto przygotowania do procesu beatyfikacyjnego. Beatyfikacja miała miejsce 27 września 1680 r. Dokonał jej papież bł. Innocenty XI. Kanonizował go Klemens XIII 16 lipca 1767 roku. Święty Jan Kanty jest czczony przede wszystkim jako patron uczącej się i studiującej młodzieży (z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

KTO JEST TWOIM ALFĄ I OMEGĄ

W graficzny kształt moich coniedzielnych rozważań w Kurierze Plus wpisane są dwie litery alfa i omega (Α i Ω) – pierwsza i ostatnia litera klasycznego alfabetu greckiego. Jest to nawiązanie do starotestamentalnych tekstów, między innymi do proroka Izajasza: „Tak mówi Pan, Król Izraelski i jego Odkupiciel, Pan Zastępów: Ja jestem pierwszy i Ja jestem ostatni, a oprócz mnie nie ma Boga.” Św. Jan w Apokalipsie dosłownie przytacza słowa Izajasza: „Toteż gdy go ujrzałem, padłem do nóg jego jakby umarły. On zaś położył na mnie swoją prawicę i rzekł: Nie lękaj się, Jam jest pierwszy i ostatni, i żyjący. Byłem umarły, lecz oto żyję na wieki wieków i mam klucze śmierci i piekła.” Zaś w zacytowanym na wstępie fragmencie Apokalipsy św. Jan mówi: „Oto nadchodzi z obłokami i ujrzy Go wszelkie oko i wszyscy, którzy Go przebili. I będą Go opłakiwać wszystkie pokolenia ziemi. Tak: Amen. Jam jest Alfa i Omega, mówi Pan Bóg, który jest, który był i który przychodzi, Wszechmogący”. Powyższe słowa mówią o wszechmocy Boga i przypominają, że wszystko jest w Bogu i do Niego należy pierwsze i ostatnie słowo.

Słowa „początek i koniec” bardziej odnoszą się do naszej relacji z Bogiem, niż samego Boga. Bóg nie miał początku i nie będzie miał końca, Jego chwała jest odwieczna. To ze względu na nas, ludzi Bóg wcielił się i w konkretnym czasie i tak rozpoczęła się nasza historia zbawienia. I w konkretnym czasie ta nasza ziemska historia będzie miała swój koniec. Ale ten koniec stanie się początkiem naszej chwały, chwały jaką został otoczony Chrystus. A będzie to miało miejsce wtedy, gdy Chrystus stanie się Alfą i Omegą naszego życia, naszym początkiem i naszym końcem. Dzisiejsza Uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata przypomina nam, że najskuteczniejszym sposobem wpisania swego życia w tajemnicę alfy i omegi jest przyjęcie Chrystusa jako Króla naszych serc.

Papież Pius XI Encykliką „Quas Primas” ustanowił powyższą uroczystość. We wspomnianej Encyklice czytamy między innymi: „Przeto, jeżeliby kiedy ludzie prywatnie i publicznie uznali nad sobą władzę królewską Chrystusa, wówczas spłynęłyby na całe społeczeństwo niesłychane dobrodziejstwa, jak należyta wolność, jak porządek i uspokojenie, jak zgoda i pokój. Jak bowiem królewska godność Pana naszego otacza powagę ziemską książąt i władców pewną czcią religijną, tak też uzacnia obowiązki i posłuszeństwo obywateli. (…). Doroczny obchód tej uroczystości napomni także i państwa, że nie tylko osoby prywatne, ale i władcy i rządy mają obowiązek publicznie czcić Chrystusa i Jego słuchać”. W ostaniem czasie polscy biskupi w liście do wiernych zwracają uwagę na to, aby uczynić w pierwszym rzędzie Chrystusa Królem naszych serc: „Nie trzeba więc Chrystusa ogłaszać Królem, wprowadzać Go na tron. Bóg Ojciec wywyższył Go ponad wszystko. Trzeba natomiast uznać i przyjąć Jego królowanie, poddać się Jego władzy, która oznacza moc obdarowywania nowym życiem, z perspektywą życia na wieki. Jezus domaga się życia Jego miłością i dzielenia się Nim z innymi. Chodzi o umiłowanie Jezusa do końca, oddanie Mu swego serca, zawierzenie Mu naszych rodzin, podjęcie posługi miłości miłosiernej i posłuszeństwo tym, których ustanowił pasterzami”.

W jednym ze swoich listów św. Piotra Klawer ukazuje, co to znaczy w praktyce uznanie Chrystusa z Króla swojego życia. „Wczoraj, 30 maja tego roku 1627, w uroczystość Trójcy Przenajświętszej, zeszło na ląd z okrętu bardzo wielu Murzynów schwytanych nad afrykańskimi rzekami. Pobiegliśmy do nich, dźwigając w dwóch koszach pomarańcze, cytryny, słodycze i inne rzeczy. Udaliśmy się do ich baraków. Mieliśmy wrażenie, że znaleźliśmy się w drugiej Gwinei. Trzeba się było przepychać przez środek tej rzeszy, zanim dotarliśmy do chorych, których była wielka liczba. Leżeli na wilgotnej, a raczej na błotnistej ziemi. Aby im ulżyć, udało się nam z odłamków cegieł i szczątków dachu zrobić lekkie wzniesienie, dzięki temu nie musieli leżeć na mokrej ziemi. I to było także ich posłanie, niestety bardzo nieprzyjemne, zwłaszcza że byli nadzy, pozbawieni jakiegokolwiek przyodziewku. Po zdjęciu płaszczy zabraliśmy się do robienia pryczy, korzystając z tego, co znaleźliśmy w składzie. W ten sposób przygotowaliśmy miejsca dla chorych, gdzie ich przenieśliśmy, przedzierając się przez zbity tłum. Następnie podzieliliśmy się na dwie grupy: do jednej poszedł mój towarzysz z tłumaczem, a do drugiej ja sam. Dwaj Murzyni byli bliscy śmierci, niemal zimni, trudno było nawet uchwycić puls. Z zebranych resztek dachu przygotowaliśmy ognisko i rozpaliliśmy je pośrodku chorych. Potem do ogniska wrzuciliśmy wonności, jakie mieliśmy w kieszeniach, zużywając wszystkie. Następnie przykryliśmy ich naszymi płaszczami, oni sami bowiem nie mieli nic, a nie udało się nam uzyskać czegokolwiek od ich panów. To ich rozgrzało i ożywiło. Można było dostrzec w ich oczach radość, z jaką na nas patrzyli. W taki sposób przemówiliśmy do nich – nie słowem, lecz czynami naszych rąk. Jakakolwiek inna mowa nie dotarłaby do nich, gdyż byli przekonani, że ich przywieziono na pożarcie. My zaś siadaliśmy lub klękaliśmy przy nich, myjąc winem ich twarze i ciała, starając się ich rozweselić dobrym słowem oraz nawiązać do różnych naturalnych sytuacji, mogących chorych jakoś pobudzić do radości”.

Możemy nie dostrzegać Chrystusa Króla w koronie czy bez, ale On istnieje i czeka, abyśmy go postawili w naszym sercu na pierwszym miejscu. Aby był dla Drogą, Prawdą i Życiem. Dla ilustracji tej prawdy przytoczę anegdotę, możliwe, że nie jest to anegdota, tylko prawdziwe zdarzenie. Wędrowny kaznodzieja wstąpił do fryzjera i zaczął go ewangelizować. Zdziwiony fryzjer spojrzał na niego i powiedział: „Ja nie wierzę w Boga, bo On nie istniej. Bo gdyby On był, to świat byłby lepszy, nie byłoby tyle zła. Bóg nie pozwoliłby aby zabijano niewinnych ludzi w tym także dzieci. Nie byłoby obozów koncentracyjnych, umierających uchodźców. Kaznodzieja zaczął tłumaczyć, że to zło nie pochodzi od Boga, ale od ludzi, którym Bóg dał wolną wolę. Ale fryzjer nie chciał słuchać. Kaznodzieja grzecznie przeprosił go za najście i powiedział, że przyjdzie następnym razem. Rzeczywiście przyszedł następnego dnia, ale tym razem z zarośniętym bezdomnym. Wszedł do zakładu i powiedział do fryzjera: „Wie pan, że na świecie niema fryzjerów”. Fryzjer spojrzał na niego i odpowiedział: „Plecie pan bzdury, przecież ja jestem fryzjerem”. Widzi pan, gdyby byli na świecie fryzjerzy, to nie byłoby tak zaniedbanych i zarośniętych ludzi”. Po tych słowach kaznodzieja wyszedł, zostawiając zdumionego fryzjera z refleksją, może rzeczywiście Bóg istnieje, trzeba go tylko odnaleźć i przyjść do Niego.

Tacy ludzie jak św. Piotr Klawer, którzy obrali Chrystusa za Króla swego serca upewniają nas, że jest Chrystus Król, jest Jego Królestwo i jest w nim miejsce dla każdego z nas. Musimy jednak przyjąć Chrystusa jako alfę i omegę naszego życia (Kurier Plus, 2014r).

 

 

KRÓLESTWO MARZEŃ

 Sanitariuszka Wanda Łokietek tak wspomina Powstanie Warszawskie: „5 sierpnia od godzin rannych Niemcy atakowali nasz szpital od ul. Wolskiej. Około godz. 18-ej wtargnęli na teren szpitala. Zdrowym kazali opuścić budynek, ciężko chorych pozostawili na łóżkach. Ustawiono nas pod murem. Było nas 15 w wieku 15 – 18 lat. Niemcy w bestialski sposób zaczęli rozstrzeliwać na naszych oczach – najpierw lekarzy, strzelając najczęściej w tył głowy. I tak doszli do nas. Kazali wystąpić kilka kroków naprzód, a sami strzelali do nas grupami. Wystąpiłam razem ze wszystkimi, śpiewając „Jeszcze Polska nie zginęła…”. Na odgłos strzałów upadłam, a obok mnie z roztrzaskanymi głowami dziewczęta…Na samym końcu z ostatniego pawilonu wyprowadzili siostry zakonne, było ich 10. Wyszły odmawiając ‚Pod Twoją obronę’. Niemcy strzelali do nich pojedynczo. Następnie podpalili szpital do piwnic, dobijając chorych na łóżkach”. Podobnych obrazów można przytoczyć tysiące. Tak Niemcy budowali swoje królestwo, które nazywali Tysiącletnią Rzeszą. Każde ziemskie imperium pławi się we krwi i ludzkim nieszczęściu. Wojny to najczęstsza droga budowania ludzkich królestw. W Królestwie Chrystusowym nie ma miejsca na wojny: „Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom”.

 Św. Jakub wyjaśnia, skąd biorą się wojny: „Nie skądinąd, tylko z waszych żądz, które walczą w członkach waszych. Pożądacie, a nie macie, żywicie morderczą zazdrość, a nie możecie osiągnąć. Prowadzicie walki i kłótnie, a nic nie posiadacie, gdyż się nie modlicie. Modlicie się, a nie otrzymujecie, bo się źle modlicie, starając się jedynie o zaspokojenie swych żądz”. Żądze dochodzą do głosu, dlatego, jak pisze św. Jakub, bo człowiek stracił kontakt z Bogiem, przestał się modlić albo źle się modli. Wsród wielu żądz, jedną z najbardziej zabójczych jest żądza władzy. Świetnie to obrazuje William Szekspir w dramacie Makbet. Tytułowy bohater był wyjątkowym człowiekiem. Wzorem rycerza i szlachetności. Odznaczał się głębokim oddaniem dla swego króla, honorem, walecznością i sprawiedliwością. Jednak pod wpływem żądzy władzy, ze wzoru cnót przeistoczył się w zimnego mordercę i okrutnego władcę. Żądza władzy popychała go do najpodlejszych zbrodni, jak zamordowanie synka Makdufa, który mógłby zagrozić jego władzy.

Wielu z nas pamięta ludobójczą wojnę w Ruandzie, w roku 1994. Ks. Bazan z zakonu pallotynów wspomina: „Trupy leżały na drogach, nikt ich nie grzebał, rozkładały się i powstawało wielkie zatrucie powietrza. Ludzie chodzili w maskach, bo trudno było oddychać tym powietrzem. Większość ofiar ginęła z rąk swoich sąsiadów. Zabijano bezbronne kobiety i dzieci, zwykle na oczach członków rodziny. Nie wahano się przed paleniem domów pełnych ludzi, dochodziło nawet do masakr w kościołach”. W tej pożodze wojennej, królestwie szatana byli ludzie, którzy siali ziarna innego Królestwa, o którym prefacja na Uroczystość Chrystusa Króla, którą dziś obchodzimy mówi: „wieczne i powszechne Królestwo: królestwo prawdy i życia, królestwo świętości i łaski, królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju”. Pisze o tym Clemantine Wamariya w książce „The Girl Who Smiled Beads”.

Sześcioletnia Clemantine Wamariya, jej siostra, brat i rodzice uciekli przed ludobójstwem w Rwandzie. W czasie niespodziewanej masakry Clemantine i jej siostra Claire straciły kontakt z rodzicami i przez kolejne sześc lat szukały bezpiecznego miejsca w siedmiu krajach afrykańskich. Cierpiały głód, znęcano się nad nimi, więziono, były świadkami ludzkiego okrucieństwa. W tym piekle docierało do nich także światło innego Królestwa i w jego blaskach doświadczały dobroci i łaski. W końcu członkowie rodziny odnaleźli się i uzyskali status uchodźcy w Stanach Zjednoczonych. Clemantine ukończyła Uniwersytet Yale i została aktywną obrączynią praw człowieka. W wspomnianej wcześniej książce pisze między innymi o wychowaniu w domu rodzinnym.

„Moja mama w praktyczny sposób uczyła nas wrażliwości na drugiego człowieka i  sprawiedliwego podejścia do dóbr materialnych. Mimo, że w ogrodzie rosły drzewa pomarańczowe pełne owoców, to w celach dydaktycznych, pod koniec posiłku mama dzieliła jeden owoc na wiele części, dwie, cztery, sześć.… Po czym kazała nam je spożywać, patrząc czy my sprawiedliwie dzielimy je między sobą. Czy któreś z nas nie wzięło więcej, kosztem brata czy siostry. Moja mama była radykalna w słowach i czynach. Dzielenie się z innymi było filozofią jej życia. Wpajała nam przekonanie, że ta pomarańcza nie jest moja, ale nasza i dzielimy się tym co nie jest moje, ale nasze, wspólne. Często wracam do matczynej pomarańczy i w tej perspektywie staram się zrozumieć świat, w którym obok ludzi opływających w bogactwa są umierający z głodu. Często staram się połączyć te dwa światy, bogactwa i ubóstwa oraz uświadomić ludziom że wszystko jest twoje, ale zarazem nie twoje. Chcę, aby ludzie zrozumieli, że zamykanie się w małych grupach opartych na zamożności, rasie, pochodzeniu etnicznym, religii, czy na czymkolwiek innym pochodzi z ubóstwa umysłu, ubóstwa wyobraźni. . . Jedyną drogą do równości, poczucia wspólnego człowieczeństwa, pokoju między ludźmi jest spojrzenie na świat przez pryzmat „dzielenia się pomarańczą mojej matki”.

Matka Clemantine nie nazywając rzeczy po imieniu ukazuje swoim córkom istotę królestwa Bożego. Ono istnieje nie w narodach, plemionach, ale w ludzkich sercach. Jego źródlem nie jest potęga militarna, czy gospodarcza, ale ludzka sprawiedliwość, miłość, pokój. Matka Clemantine, doświadczając horroru w swojej ojczyźnie, ogarniętej niejako ideałami królestwa szatana zdaje sobie sprawę, że Królestwo Chrystusowe budujemy na przekonaniu, że wszyscy ludzie stanowią wielką rodzinę, w której każdy jest stworzony na obraz Boży i w Chrystusie wszyscy stają się braćmi i siostrami. Realizujemy to Królestwo w duchu solidarności, sprawiedliwości, współczucia, które są inspirowane najważniejszym przykazaniem Chrystusa, przykazaniem miłości. Ta miłość zaprowadziła Chrystusa na Golgotę, gdzie na Jego krzyżu umieszczono informujący napis, że jest On królem żydowskim. Szyderczy napis przybrał formę świetlistej, przekonywującej prawdy w zmartwychwstaniu Chrystusa.

Z pewnością w ten obraz Królestwa Chrystusa, pod pewnymi aspektami wpisują się pierwsze obchody święta Dziękczynienia, które będziemy przeżywać w najbliższy czwartek. W roku 1620 na słynnym statku Mayflower przypłynęli do Ameryki osadnicy z Europy i założyli kolonię Plymouth. Jesienią następnego roku, po przetrwaniu ciężkiej zimy, która zabiła ponad połowę osadników, wspólnie z Indianami, przy suto zastawionym stole dziękowali za obfite plony. Na stole były lokalne przysmaki: indyk, kukurydza i ciasto z dyni. Na pierwszą ucztę przyszło dziewięćdziesięciu Indian, którzy pomagali kolonistom przezimować. Ta piękna harmonia dzielenia się, solidarności trwała bardzo krótko, a to za sprawą żądzy, która przybierała także formę „gorączki złota”. Piękno pierwszej braterskiej uczty stało się legendą, która przenosi nas do piękniejszego świata, który wpisuje się w szerzenie Królestwa Chrystusa. Marzymy o takim Królestwie. Aby je jednak urzeczywistniać, konieczne jest wprowadzanie w życie zasad tego Królestwa (Kurier Plus, 2018).

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *