4 styczeń

Uroczystość Chrztu Pańskiego – Rok C

 

“TY JESTEŚ MÓJ SYN UMIŁOWANY”

Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem. Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego, w postaci cielesnej niby gołębica, a nieba odezwał się głos: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie.  (Łk 3,15-16.21-22).

W naszym życiu jest wiele miejsc, do których chętnie wracamy. Są one ważne dla nas ze względu na ich piękno, jak i też ze względu na nasze przeżycia, których tam doświadczyliśmy. Często jedno z drugim jest ściśle związane. Te miejsca tworzą naszą historię i są ważne dla naszej teraźniejszości. Powroty do nich mają nie tylko sentymentalne odniesienia; niosą one nieraz pokój i moc ducha. Czasami wystarczy wrócić, tylko myślą, do takiego miejsca, aby odnaleźć ukojenie w burzy codziennego zabiegania.

Dla chrześcijanina miejsce chrztu ma wiele, nie tylko religijnych, odniesień. Jest ono ważne bardziej ze względu na wydarzenie aniżeli piękno otoczenia. Swym wymiarem przekracza rzeczywistość materialną. Samo wydarzenie dokonało się poza naszą świadomością. Dopiero następstwa chrztu wpisywały się w naszą pamięć. A wszystko to rozgrywało się w świątyni, która bez względu na piękno architektoniczne zawsze jest piękna, bo jest nasza. Tam przyjęliśmy I Komunię św., tam było bierzmowanie, tam stawaliśmy przy ołtarzu, aby ślubować miłość małżeńską, tam gromadziliśmy się w gronie rodziny i najbliższych, aby obchodzić uroczystości kościelne albo rodzinne, tam też żegnaliśmy naszych bliskich, gdy śmierć dotykała naszej rodziny. Te ostatnie uroczystości niosą smutne wspomnienia. Ale rzeczywistość chrztu, nawet w te smutne wspomnienia wnosi nadzieję.

Papież Jan Paweł II w czasie swej pielgrzymki do Polski odwiedził miejsce swego chrztu i w homilii nawiązał do tego tymi słowami: „Kiedy patrzę wstecz, widzę jak droga mojego życia poprzez środowisko tutejsze, poprzez moją rodzinę prowadzi mnie do jednego miejsca; do chrzcielnicy w wadowickim kościele. Przy tej chrzcielnicy zostałem przyjęty do łaski bożego synostwa i wiary Odkupiciela mojego, do wspólnoty Jego Kościoła. Chrzcielnicę tę już raz uroczyście ucałowałem w roku tysiąclecia chrztu Polski jako ówczesny biskup krakowski. Potem uroczyście po raz drugi na 50 rocznicę mojego chrztu jako kardynał, dzisiaj po raz trzeci ucałowałem tę chrzcielnicę, przybywając z Rzymu jako następca św. Piotra.” Droga wiary Papieża rozpoczęła się w tej wadowickiej chrzcielnicy. W chrzcielnicy, a raczej w tajemnicy chrztu kryje się potężna siła, która dla wierzącego jest niewyczerpanym źródłem inspiracji i mocy w kształtowaniu dojrzałej osobowości i uświęcenia się. A zatem skąd jest ta moc?

W ubiegłym roku odbyłem wycieczkę do Ziemi Świętej. Przepiękne krajobrazy, zabytki mówiące tysiącami lat sprawiały, że była to jedna z najpiękniejszych pielgrzymek w moim życiu. Pielgrzymka miała podwójny wymiar. Patrząc na niepowtarzalne krajobrazy i poznając cenne zabytki, myślą przedzierałem się przez historię i doświadczałem bliskości Boga, który na tej Ziemi pozostawił wiele śladów swojej obecności. Ta duchowa podróż sprawiała, że pielgrzymka stawała się drogą prowadzącą do spotkania i doświadczenia obecności Boga w wybranych i świętych miejscach.

W czasie tej pielgrzymki nie mogło zabraknąć miejsca chrztu Jezusa. Mijaliśmy po drodze skaliste pastwiska, gaje oliwkowe i soczystą zieleń, przytkaną kwiatami. Zatrzymaliśmy się na parkingu otoczonym plantacjami drzew palmowych. Każdy z pośpiechem wysiadał z autobusu, aby jak najszybciej zobaczyć miejsce chrztu Jezusa. Nie jest ono podobne do tych, które znamy z obrazów sławnych malarzy. Spokojne wody Jordanu obudowano kamiennymi wzmocnieniami i przystosowano do dzisiejszego użytku. Do tego miejsca przybywa wielu ludzi, aby przyjąć tu chrzest. Dotykam wody; nie jest to ta sama woda, której dotykał Jezus, tylko miejsce jest to samo. Dotknięcie płynącej rzeki pomaga mi przywołać na pamięć i doświadczyć wydarzenia, które miało tu miejsce prawie dwa tysiące lat temu. Jezus stoi w wodach Jordanu a z nieba dał się słyszeć głos: „Tyś mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”. W tym momencie Jezus objawia światu, że jest Bogiem. A zatem moc, jaką otrzymujemy w sakramencie chrztu ma swe źródło w Bogu. Przez chrzest mamy uczestnictwo w mocy Bożej Jezusa Chrystusa.

Chrystus ustanawia sakrament chrztu, gdy kieruje swe słowa do apostołów: „Idźcie, więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (Mt 28, 19). Chrzest Jezusa w Jordanie jest innej natury niż ten, który my przyjmujemy. Przez chrzest stajemy się uczestnikami śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, stajemy się dziećmi Bożymi. Można powiedzieć, że podczas chrztu otwiera się nad nami niebo, i głos z nieba mówi: „Tyś jest mój syn umiłowany, w tobie mam upodobanie”. Zjednoczenie z Bogiem, synostwo boże jest niezgłębionym źródłem siły w kształtowaniu człowieka. Uruchomienie tej siły zależy od nas. Chrzest jest, jak gdyby ziarnem synostwa bożego zasianym w nas. Od nas jednak zależy, jakie wyda ono owoce. Jesteśmy wolni możemy z tym zrobić, co chcemy.

Wracając myślą do naszego chrztu warto zapytać, czy dzisiaj, tak jak w czasie naszego chrztu, Bóg mógłby powiedzieć: „Tyś jest mój syn umiłowany, w tobie mam upodobanie”? Odpowiedź na to pytanie każdy z nas może odnaleźć w głębi swojego serca (z książki Ku wolności).

 

 

BYĆ PROROKIEM

To mówi Pan: „Oto mój Sługa, którego podtrzymuję, Wybrany mój, w którym mam upodobanie. Sprawiłem, że Duch mój na Nim spoczął; On przyniesie narodom Prawo. Nie będzie wołał ni podnosił głosu, nie da słyszeć krzyku swego na dworze. Nie złamie trzciny nadłamanej, nie zagasi knotka o nikłym płomyku. On z mocą ogłosi Prawo, nie zniechęci się ani nie załamie, aż utrwali Prawo na ziemi, a Jego pouczenia wyczekują wyspy. Ja, Pan, powołałem Cię słusznie, ująłem Cię za rękę i ukształtowałem, ustanowiłem Cię przymierzem dla ludzi, światłością dla narodów, abyś otworzył oczy niewidomym, ażebyś z zamknięcia wypuścił jeńców, z więzienia tych, co mieszkają w ciemności” (Iz 42,1-4.6-7).

W historii zbawienia człowieka prorocy odgrywają bardzo ważną rolę. Słysząc o nich często kojarzymy ich z ludźmi przepowiadającymi przyszłość. Takie myślenie nie jest do końca słuszne. Jeśli prorok zapowiada przyszłość, to czyni to w kontekście zbawienia. Ukazuje boży plan zbawienia i sposób jego realizacji w życiu człowieka. Taką misję do spełnienia miał prorok Izajasz, który zapowiadał przyjście Mesjasza tymi słowami: To mówi Pan: „Oto mój Sługa, którego podtrzymuję, Wybrany mój, w którym mam upodobanie. Sprawiłem, że Duch mój na Nim spoczął; On przyniesie narodom Prawo. Nie będzie wołał ni podnosił głosu, nie da słyszeć krzyku swego na dworze. Nie złamie trzciny nadłamanej, nie zagasi knotka o nikłym płomyku. On z mocą ogłosi Prawo, nie zniechęci się ani nie załamie, aż utrwali Prawo na ziemi, a Jego pouczenia wyczekują wyspy”. Spełnienie tego proroctwa ogłasza Jan Chrzciciel, ostatni prorok Starego Testamentu. Scena Chrztu Jezusa w wodach Jordanu jest jednym z wielu wydarzeń, które wskazują na Jezusa, jako obiecanego Zbawcy. Jan udzielając chrztu nawrócenia mówił o przychodzącym Mesjaszu: „On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem. Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego, w postaci cielesnej niby gołębica, a nieba odezwał się głos: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”.

Przepowiadanie zbawczych wydarzeń nieodłącznie wiąże się z wzywaniem do nawrócenia, przemiany grzesznego życia. Jest to konieczne, aby przyjąć dar zbawienia. Upominanie, wzywanie do nawrócenia jest najważniejszą, a zarazem najtrudniejszą częścią misji prorockiej. Prorok ma wytykać błędy, które zrywają naszą więź z Bogiem i pozbawiają nas łaski zbawienia.

Trafnie to ujmuje jeden z polskich humorów. Otóż na gałęzi drzewa siedzi baca i obcina ją piłą. Przechodzi turysta i mówi: „Baco spadniecie”. „E tam” – odpowiada z lekceważeniem baca. Nagle podpiłowana gałąź łamie i baca spada na ziemie. Ze zdumieniem patrzy na turystę i mówi: „Prorok, czy co”. Tak, turysta był on w pewnym sensie prorokiem, który ostrzegał, że takie postępowanie doprowadzi do upadku. Ta anegdota przywodzi na pamięć skojarzenie z przypowieścią o winnym krzewie. Chrystus jest winnym krzewem, a my latoroślami. Możemy owocować dobrem, zbawieniem, jeśli tkwimy w winnym krzewie, z którego czerpiemy życiodajne soki. Jeśli przez grzech podcinamy, „przepiłowujemy” gałązkę latorośli możemy „spaść”. Tylko, że ten upadek może być o wiele groźniejszy niż upadek bacy, bo może decydować o naszej wieczności.

Prorocy doskonale zdawali sobie sprawę, że upominanie ludzi, piętnowanie zła, wzywanie do nawrócenia jest bardzo niebezpieczne. Bo człowiek nieraz tak mocno przylgnie do zła i swojej wizji zbawienia, że nie chce słuchać głosu proroka wyzywającego do nawrócenia. Woli go uwięzić a nawet zabić niż go usłuchać. To był chleb powszedni proroków Starego Testamentu. Doświadczył tego także prorok Izajasz oraz Jan Chrzciciel. Ten ostatni upomniał króla Heroda, że nie wolno zabierać żony swemu bratu. Herod uwięził Jana i za podpuszczeniem swojej konkubiny, kazał go ściąć. Jan Chrzciciel do końca pozostał wierny swojej misji prorockiej, którą przypieczętował męczeńską śmiercią.

Chrystus powołuje dwunastu Apostołów i przekazuje im misję prorocką. Mają iść na cały świat, głosić Ewangelią zbawienia i wzywać do nawrócenia. Była to misja także niebezpieczna. Wszyscy doświadczyli prześladowania, a jedenastu z nich poniosło śmierć męczeńską. Misja prorocka nie skończyła się wraz ze śmiercią Apostołów. Dalej kontynuuje ją Kościół Chrystusowy, w którym pojawiają się prorocy gotowi oddać swoje życie dla Ewangelii. Wielu z nas pamięta prześladowanie Kościoła w czasach Polski Ludowej. Kościół wyraźnie głosił, że nie można zbudować sprawiedliwego społeczeństwa z pominięciem prawa bożego. Nie można lekceważyć godności człowieka i nie wolno go zniewalać. Nie było to na rękę komunistycznej władzy. Rozpoczęła się walka z Kościołem. Do akcji antykościelnej zachęcał pierwszego prezydenta Polski Ludowej, Bolesława Bieruta w osobistej rozmowie w Moskwie Józef Stalin. Dawał wskazówki, jak można skutecznie walczyć z Kościołem: „Nie zrobicie nic dopóki nie dokonacie rozłamu na dwie odrębne i przeciwstawne sobie grupy”. I od samych starano się podzielić, poróżnić duchownych i świeckich. Podejmowano nawet śmieszne i karkołomne próby przeciwstawienia kardynała Wyszyńskiego kardynałowi Wojtyle. Inna forma walki z Kościołem było szerzenie oszczerstw o Kościele. Między innymi esbecy rozpowszechniali plotkę, że ks. kardynał Wojtyła kupił sobie doktorat.

Komisja Nadzwyczajna do Zbadania Działalności MSW stwierdziła, że duchowieństwo katolickie do końca istnienia PRL w oczach funkcjonariuszy SB postrzegane było w kategoriach wroga, dlatego działania prowadzone przeciwko niemu charakteryzowały się szczególną intensywnością i brutalnością. „Księża katoliccy byli bowiem wyodrębnioną przez MSW grupą osób, które przez sam fakt znalezienia się w tej grupie znajdowały się automatycznie w zasięgu działań operacyjnych MSW. W stosunku do każdego księdza prowadzono tzw. teczkę ewidencji operacyjnej księdza, próbowano pozyskać go na współpracownika, oceniano przy pomocy działalności operacyjnej jego stosunek do PRL, interesowano się jego życiem prywatnym”. Wielu głosicieli Ewangelii swoją bezkompromisowość przepłaciło wwiezieniem a nawet śmiercią. W samych latach osiemdziesiątych, gdy zelżał komunistyczny terror stwierdzono 7 zabójstw duchownych.

Ofiarami terroru organów bezpieczeństwa byli: ks. Jerzy Popiełuszko, ks. Stefan Niedzielak, ks. Sylwester Zych, ks. Stanisław Suchowolec, ks. Stanisław Palimąka, ks. Antoni Kij i ks. Stanisław Kowalczyk. Dzięki niezłomności tych proroków wartości ewangeliczne zwyciężyły, doprowadzając między innymi do upadku nieludzkiego komunizmu.

Na mocy chrztu świętego, każdy z nas ma udział w misji prorockiej Kościoła, na mocy której mamy głosić Ewangelię, upominać i wzywać do nawrócenia. Pierwszym miejscem pełnienia misji prorockiej jest nasza rodzina. Gdy widzimy, że któryś z członków naszej rodziny przecina gałąź łączącą go z Bogiem, mamy przed tym ostrzegać, upominać. Nie można dla świętego spokoju lekceważyć nawet najmniejszego łamania bożych przekazań. Bo ten święty spokój zaowocuje w przyszłości burzą i upadkiem. Nieraz trzeba wywołać w domu niepokój, o którym Chrystus mówi: „Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową; i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy”. Chrystusowa burza, niepokój rodzą prawdziwy i stały pokój i prowadza do zbawienia (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

TYŚ MÓJ SYM UMIŁOWANY

Gdy Piotr przybył do Cezarei, do domu Korneliusza, przemówił: „Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie. Posłał swe słowo synom Izraela, zwiastując im pokój przez Jezusa Chrystusa. On to jest Panem wszystkich. Wiecie, co się działo w całej Judei, począwszy od Galilei, po chrzcie, który głosił Jan. Znacie sprawę Jezusa z Nazaretu, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą. Przeszedł On, dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła, dlatego że Bóg był z Nim” (Dz 10,34-38).

Siedem lat temu Magda poślubiła Wojtka. Mają dwójkę pięknych dzieci. Jednak w małżeństwie coś zaczęło się psuć. Zauważyła to matka Magdy i w czasie najbliższej okazji powiedziała do córki: „Mam ci coś ważnego do powiedzenia, coś, co powiedziała mi moja mama, przykazując mi, abym to także powiedziała swojej córce, gdy przyjdzie ku temu czas. Są to trzy wskazówki, co należy robić, aby być szczęśliwym w małżeństwie: 1. Nigdy nie licytować się w małżeństwie. Nie mów współmałżonkowi, że więcej dajesz w małżeństwie. To jest nie w porządku. Gdy zaczniecie się licytować, przyjdzie dzień, kiedy wasze małżeństwo zacznie umierać. 2. Miej zawsze czas dla swoich dzieci. Nigdy nie mów, że nie masz czasu dla nich, bo jesteś zajęta, niech przyjdą później. Jeśli tak się stanie, to wiedz, że jest to początek umierania więzi, jaka łączy cię z nimi.  3. Niech nie będzie dnia, w którym zapomniałabyś o modlitwie. Dzień, w którym zaniedbasz rozmowy z Bogiem o swojej rodzinie, jest dniem, kiedy pozbawiasz swojej rodziny największego daru, jaki może dać matka swoim bliskim”.

Gdy matka skończyła. Magda wzięła jej rękę i ze łzami w oczach powiedziała: „Mamo, to wspaniale rady, jakich mi udzieliłaś. Dlaczego nie powiedziałaś mi ich siedem lat temu? One pomogłyby mi bardzo”. Matka odpowiedziała: „Drogie dziecko, chciałam bardzo powiedzieć ci to w dniu, w którym poślubiłaś Wojtka. Chciałam to powiedzieć z całego serca. Ale wiedziałam, że to nie był właściwy czas, nie byłaś wtedy jeszcze gotowa na przyjcie tej mądrości. Zaczekałam do czasu, aż będziesz w stanie zrozumieć, o czym ja mówię”.

Ta pouczająca historia o życiu rodzinnym może w pewnym sensie przybliżyć nam tajemnicę, dzisiaj przeżywanej uroczystość Chrztu Pańskiego. Wczytując się uważnie w Ewangelię może rodzić się pytanie, dlaczego Jezus tak późno zaczął publiczne nauczać? W odpowiedzi możemy przytoczyć dwie racje. W ciszy nazareńskiego domku, z dala od ludzkiego zgiełku Jezus wzrastał, dojrzewał, przygotowując się do swojej misji. Ta atmosfera jest konieczna, gdy chodzi o rzeczy najważniejsze. Pośpiech bardzo źle wpływa na wypełnienie zadania. Wiele dobrych inicjatyw runęło z powodu pośpiechu. Dom, szkoła, synagoga były miejscami, gdzie Chrystus dojrzewał w mądrości. Ten czas spędzony w Nazarecie nie był czasem straconym. Od strony ludzkiej, czas spędzony w Nazarecie był czasem przygotowania Jezusa do objawienia światu prawdy, że jest Mesjaszem i Synem Bożym. Jeszcze bardziej tego czasu na przyjęcie tej prawdy potrzebowała ludzkość. Potrzebny był Jan Chrzciciel, który zapowiadał przyjście Mesjasza. Wzywał on do prostowania dróg życia. A chrzest nawrócenie, którego udzielał w rzece Jordan był znakiem gotowości przyjęcia Mesjasza. Ważna była nauka o Mesjaszu, lecz najważniejsze było wewnętrzne przygotowanie na to przyjęcie. Człowiek, który odwraca się od zła i grzechu przygotowuje swoją duszę na przyjęcie Mesjasza.

Wielu uwierzyło Janowi Chrzcielowi, że Mesjasz wkrótce nadejdzie. Jak mówi Ewangelia, ciągnęła do niego cała okolica, wyznawano grzechy i przyjmowano chrzest nawrócenia. Jednak nie wszyscy byli w stanie przyjąć prawdę objawioną w czasie chrztu Jezusa, że jest On Synem Bożym i prawdziwym Bogiem. Zapewne za krótki był dla nich czas przygotowania na przyjęcie tej tajemnicy, a może ten czas nie był należycie wykorzystany, za mało było otwarcia serca na słowo Boże. Zapewne nie byli oni gruntownie przygotowani do przyjęcia janowego chrztu nawrócenia, a w konsekwencji nie byli w stanie przyjąć jeszcze większej tajemnicy o synostwie bożym Mesjasza, a później wiary w chrzest, który dokonuje się w Imię Trójcy św. i jest włączeniem w tajemnicę śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Świadome włączenie się w tajemnicę tego chrztu wymaga czasu, mądrości, mocy i łaski bożej. Dlatego pierwsi chrześcijanie przez długi czas przygotowali się do przyjęcia chrztu. A dzisiaj, gdy udzielamy chrztu dzieciom obowiązek przygotowania spada na rodziców i wspólnotę wierzących. Chrzest włączający nas w misterium śmierci i zmartwychwstania Chrystusa jest zarazem wyznaniem wiary w bóstwo Chrystusa

W czwartym wieku Ariusz głosił błędną naukę, że Jezus nie jest równy Ojcu, nie jest prawdziwym Synem Bożym. Zwolennikiem tej nauki stał się cesarz Teodozjusz. W tym samym czasie cesarz uczynił swego sześcioletniego syna Arkadiusza współdziedzicem tronu, równym cesarzowi. Wśród wielu zaproszonych na tę uroczystość był znany biskup Amphlocus. Podszedł on do cesarza, aby go pozdrowić i złożyć gratulacje. Powiedział do niego kilka zdań, po czym zamierzał odejść. Rozwścieczony cesarz powiedział: „Zignorowałeś mojego syna, czy nie wiesz, że go uczyniłem równym sobie?” Nieustraszony biskup odpowiedział: „Panie, czy obraziłeś się na mnie za to, że nie oddałem równych honorów twojemu synowi, jakie tobie? Co musiałby pomyśleć wieczny Bóg o tobie, który pozwoliłeś, aby Jego równego w istocie i wieczności Syna uznać za niższego jako Syna Bożego?”

Każdy, kto świadomie i odpowiedzialnie wyzna, że Jezus jest Panem, Bogiem ten będzie zbawiony. Do takiego wyznania ciągle dorastamy. Bóg daje nam czas i łaskę, do wyznania, że Panem jest Jezus. Nie zawsze jednak człowiek wykorzystuje darowany czas i darowaną łaskę i tak rozmija się ze swoim Mesjaszem. Św. Jan Chryzostom w mowie chrzcielnej tak mówił do wiernych w pierwszych wiekach chrześcijaństwa: „Zaufajmy więc- zaklinam was- Bogu. Całym sercem dążmy do rzeczy duchowych, wszystko zaś inne uważajmy za drugorzędne w porównaniu z rzeczami przyszłymi, abyśmy obficie otrzymali i rzeczy doczesne i dobra wieczne, i uniknęli kar piekielnych. Nie traćcie czasu na rozrywki, próżne zabawy, złe zebrania, uczty i pijaństwo. Nie obracajmy lekkomyślnie na marne tego, cośmy z trudem zbierali, ale ceńmy i zachowajmy z miłosierdzia Bożego otrzymane dary” (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

SYNOWIE WIARY

Pierwszego stycznia tego roku odwiedziłem z Komunią św. naszą parafiankę Stanisławę Marunowską, którą opiekuje się kobieta z Gany, wyznania hinduistycznego. W czasie rozmowy, opiekunka opowiedziała ciekawą historię o swoim bracie Davo, który był także wyznania hinduistycznego, zaś jego żona chrześcijanką. Davo zachorował na raka. Diagnoza kilku lekarzy była druzgocąca. Szanse wyleczenia były prawie zerowe. Cała rodzina szukała ratunku w Bogu. Szczególny charakter miały wieczorne modlitwy. Wszyscy domownicy trzymali się ręce i ze łzami w oczach żarliwie modlili się o uzdrowienie. Wspólnie zaczęli uczęszczać do kościoła. Natarczywa modlitwa została wysłuchana. Stał się cud. Ku zdumieniu lekarzy, badania wykazały, że nie ma śladu choroby nowotworowej. Davo przyjął chrzest, stał się chrześcijaninem i dzisiaj nie tylko głosi słowo boże, ale stara się śpieszyć z pomocą potrzebującym.

Początki naszej wiary zapewne były trochę inne. Nasi rodzice przynieśli nas do świątyni, gdzie na nasze głowy spłynęła woda chrztu świętego i zostały wypowiedziane słowa: Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Otrzymaliśmy dar, łaskę wiary – moc, aby wierzyć Bogu, nawet, gdy jest to bardzo trudne, nawet, gdy rozum się buntuje a inni prześladują i wyśmiewają nas z powodu wiary. Otrzymaliśmy dar, łaskę nadziei – moc, aby ufać Bogu, gdy wydaje się nam, że wszystko zawodzi, wszelkie światła dla nas pogasły, a ludzie nas opuścili. Otrzymaliśmy łaskę, dar miłości – moc, która uzdalnia nas do kochania, nawet wtedy, gdy jest to bardzo trudne, miłowania nawet tych, którzy nie darzą nas sympatią, a Chrystus powie, że mamy miłować nawet nieprzyjaciół.  Aby te wszystkie dary otrzymane na chrzcie świętym wydały godny owoc zbawienia, muszą mieś spełnienie nie tylko w słowie, ale przede wszystkim w czynie. W zacytowanym na wstępie fragmencie z Dziejów Apostolskich czytamy o Jezusie: „Przeszedł On, dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła, dlatego że Bóg był z Nim”. Słowo Jezusa zawsze owocowało dobrym czynem, który przybierał nieraz formę cudu. Jakże często w życiu doświadczamy rozbieżności między słowem modlitwy a czynem wiary i to w sytuacjach, które zdają się być klarownie moralnie, jak w poniższej historii.

Na cmentarzu, w sektorze dla bezimiennych żegnało go kilku podchmielonych bezdomnych i kilku woluntariuszy. Wszystkie pogrzeby są smutne, ale ten był wyjątkowo przygnębiający. Jedna z wolontariuszek powiedziała: „Wszystko mogło potoczyć się inaczej, śp. Roman mógł żyć”. I tu rozpoczęła się opowieść, którą z dużymi skrótami chcę przytoczyć. Roman w wieku trzydziestu kilku lat przyjechał do Ameryki w poszukiwaniu swojej ziemi obiecanej. Był człowiekiem uzdolnionym, wrażliwym, z duszą poety. Na początku pracował na budowie, później w dużym biurze adwokackim. Razem z nim pracowała Donata, której zachowanie względem niego zakończyło się dla obojga ogromnym zaangażowaniem uczuciowym. Problem w tym, że Donata była mężatką i miała dzieci. W pewnym momencie zauważyła, że mąż coś podejrzewa. Przestraszona komplikacjami rodzinnymi postanowiła całkowicie zerwać z Romanem. Na domiar złego mąż wiedział o jej poprzedniej zdradzie. Roman zdawał sobie sprawę, że to uczucie trzeba wykorzenić z siebie, ale nie był przygotowany na tak, brutalne, odczłowieczone przecięcie. Potrzebował więcej czasu i więcej ludzkich rozmów. Ale to nie obchodziło Donaty, dla niej to była przelotna zabawa, odskocznia od małżeńskiej nudy.

Donata konsekwentnie przecinała wszystko, nawet takie normalne międzyludzkie relacje. Roman czuł się poniżony, zdeptany. Nie mógł zrozumieć, skąd w człowieku taka bezduszność. Donata, aby „wyleczyć’ go z tego zaczęła adorować i zalecać się do drugiego kolegi z pracy i działać na szkodę Romana. Roman nie wytrzymywał tego psychicznie. Często przychodził do pracy pijany, za co został z niej wyrzucony. Rozpił się jeszcze bardziej. W niedługim czasie stracił mieszkanie i znalazł się ulicy, dzieląc swój los z bezdomnymi. Pewnego zimowego poranka znaleziono go martwego pod schodami z niedopitą butelką wódki. W tym czasie, gdy Roman staczał się na dno, Donata odczuła potrzebę pogłębienia życia religijnego. Brała udział w różnych rekolekcjach, udzielała się w różnych grupach modlitewnych. Wiedziała, co się dzieje z Romanem, ale wołała odmówić w jego intencji modlitwę niż z nim porozmawiać. Niewykluczone, że od takiej rozmowy mogło zależeć życie Romana. Prawdopodobnie, gdy staniemy przed Bogiem, pytanie o modlitwę będzie daleko za pytaniem o miłość bliźniego, miłość, o której św. Augustyn pisze: „Miłując bliźniego i troszcząc się o niego, przemierzasz drogę. Jaką drogę? Drogę wiodącą do Boga, którego mamy miłować całym sercem, całą duszą i całym umysłem. Nie doszliśmy jeszcze do Boga, ale mamy z sobą naszego bliźniego. Weźmij więc na siebie tego, który ci towarzyszy w drodze, abyś doszedł do Tego, z którym pragniesz przebywać”.

Wróćmy do chrztu. Ewangelia na dzisiejszą niedzielę takimi słowami opisuje chrzest Jezusa w rzece Jordan: „Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego w postaci cielesnej niby gołębica, a z nieba odezwał się głos: ‘Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie’”. W czasie naszej ostatniej pielgrzymki do Ziemi Świętej zatrzymywaliśmy się w miejscowości Wadi Charrar identyfikowanej z Betanią, miejscem chrztu Jezusa. Spoglądałem z wysokiego brzegu na wartko płynący Jordan i przywoływałem wspomnieniami mój rodzinny kościół pw. Św. Tomasza Apostoła. Stoi on podobnie, jak ten w Betanii na wysokim brzegu rzeki Sopot. To w tym kościele na moją głowę spłynęła woda chrztu świętego, a wtedy niebo się otwarło i dał się słyszeć głos: „To jest mój syn umiłowany”. Nad każdym z nas, w czasie chrztu otwiera się niebo i w duszy możemy usłyszeć te słowa. Bowiem przez chrzest stajemy się dziećmi bożymi. A czy dziś możemy być pewni tych słów? To zależy od naszej wiary wyrażanej w słowie i czynie. Ale nawet, gdy coś jest nie tak z naszą wiarą, na mocy chrztu wypowiadane są nad nami inne słowa: „I ja ciebie rozgrzeszam w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego”. W tym momencie tajemnica chrztu łączy się z tajemnicą sakramentu pojednania z Bogiem oraz bliźnimi i odzyskujemy ponownie blask dzieci bożych (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

ŚWIĘTY AUGUSTYN

25 kwietnia 387 roku, w uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego św. Augustyn wraz ze swoim 14- letnim synem Adeodatem przyjął chrzest z rąk biskupa Ambrożego. Używając daleko posuniętej przenośni możemy powiedzieć, że wtedy nad Augustynem otwarło się niebo i dał się słyszeć głos: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”. Na mocy chrztu Augustyn stał się dzieckiem Bożym. Stał się szczególnie umiłowanym dzieckiem, bo po długim błądzeniu wracał do Boga, do którego przylgnął całą swoją duszą i całym swoim umysłem.

Św. Augustyn urodził się 13 listopada 354 roku w Tagaście, dzisiejszej Algierii. Ojcem jego był poganin, matką – chrześcijanka. Matka pragnęła, aby syn przyłączył się do grona katechumenów i po odpowiednim przygotowaniu przyjął chrzest. Jednak Augustyn zafascynowany kulturą rzymską opierał się prośbom matki. Monika, matka Augustyna żaliła się przed starym biskupem Tagasty, który pocieszył ją słowami: „Zostaw mnie, idź w pokoju. Nie może się to stać, żeby syn takich łez miał zginąć”. Monika płakała i modliła się o nawrócenie syna jeszcze 20 lat.

Jednak słowo zasiane przez matkę w dzieciństwie zapadało głęboko w duszę Augustyna i po latach wydało zbawienny owoc. W „Wyznaniach” Augustyn napisał: „Na szczęście już jako mały chłopiec dowiedziałem się o życiu wiecznym obiecanym nam przez naszego Pana, który pokornie zstąpił do nas, grzeszników, pełnych pychy. Od samego urodzenia żegnano mnie znakiem krzyża i kosztowałem jego soli, bo matka moja gorąco w Ciebie wierzyła. Już wtedy wierzyłem, jak i matka i cały nasz dom, oprócz jednego tylko ojca, który jednak nie zdołał udaremnić wpływu pobożnej matki i odwieść mnie od wiary w Chrystusa. On sam jeszcze w Niego nie wierzył. Matka ze wszystkich sił starała się, żebyś Ty, Boże mój, raczej niż on był moim ojcem”.

Podczas studiów w Kartaginie, z dala od swojej matki, siedemnastoletni Augustyn zakosztował w złudnych przyjemnościach. Zamieszkał z młodą, prostą dziewczyną. Z tego związku narodził się syn , któremu Augustyn nadał imię Adeodat, czyli Bogdan, co znaczy „dany od Boga”. Igrzyska, cyrk, walki gladiatorów, teatr wypełniały życie przyszłego Świętego. W „Wyznaniach” czytamy: „Przybyłem do Kartaginy i od razu znalazłem się we wrzącym kotle erotyki. Jeszcze się nie zakochałem, a już kochałem samą myśl o zakochaniu… Szukałem przedmiotu miłości. Samo, bowiem kochanie kochałem, a gardziłem bezpieczeństwem, drogami bez wilczych dołów… To było moim marzeniem: kochać i być kochanym wzajemnie, i radować się ciałem owej istoty kochającej… Pogrążyłem się też wreszcie w takim romansie, jakiego szukałem… Byłem wtedy kochany wzajemnie i w ukryciu dałem się spętać łańcuchami wypełnienia…”  Wkrótce jednak znudzony powierzchownym życiem zaczął szukać wartości nieprzemijających. Stał się członkiem sekty manichejczyków. Po dziesięciu latach doszedł do wniosku, że wewnętrznie skłócona doktryna manicheizmu nie jest w stanie zaspokoić jego pragnień.

Po ukończeniu studiów podjął pracę nauczyciela retoryki w Tagaście, potem w Kartaginie. W roku 383 udał się do Rzymu i tam założył własną szkołę. Następnie przybył do Mediolanu, który był wówczas stolicą cesarstwa zachodnio-rzymskiego, aby objąć funkcję oratora. Oprócz prowadzenia szkoły miał obowiązek wygłaszania mów podczas różnych uroczystości państwowych. W Mediolanie spotkał biskupa Ambrożego, który zaważył na jego przyszłości. Augustyna pociągał ten wzniosły umysł, który był mu bliski i tak przekonywująco wychodził naprzeciw jego pragnieniom wieczności. Wtedy to miało miejsce wydarzenie, o którym w „Wyznaniach” pisze: „W bezmiernej skrusze serca płakałem. I nagle słyszę dziecięcy głos z sąsiedniego domu, nie wiem, czy chłopca, czy dziewczyny, jak co chwila powtarza śpiewnie taki refren: ‘Weź to, czytaj! Weź to, czytaj!’…Zdusiwszy w sobie łkanie, podniosłem się z ziemi, znajdując tylko takie wytłumaczenie, że musi to być nakaz Boży, abym otworzył księgę i czytał ten rozdział, na który najpierw natrafię”. Augustyn wziął księgę z pismami św. Pawła, otworzył przypadkowo i przeczytał fragment z Listu do Rzymian: „Noc się posunęła, a przybliżył się dzień. Odrzućmy, więc uczynki ciemności, a przyobleczmy się w zbroję światła. Żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień: nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom”.

Umarł w nim człowiek zmysłowy i w jednej chwili zrodził się człowiek duchowy. Augustyn przyoblekł się w Jezusa Chrystusa. W okresie tej przemiany spotykał się ze swoją matką Moniką, która marzyła o tym, by ujrzeć syna żyjącego w dobrym chrześcijańskim małżeństwie. Augustyn zaś wszedł na drogę jeszcze radykalniejszą. Rozstał się ze swoją konkubiną i postanowił wrócić w rodzinne strony, aby poświęcić się mniszemu życiu i głoszeniu Ewangelii swoim ziomkom. W międzyczasie, po odpowiednim przygotowaniu i przyjęciu chrztu, w sierpniu 387 roku Augustyn wraz z matką opuścił Mediolan. Po przybyciu do Ostii, czekali na statek, który odpływał w ich rodzinne strony. Wtedy to Monika powiedziała do syna: „Synu mnie już nic nie cieszy w tym życiu. Niczego się po nim nie spodziewam, więc nie wiem, co ja tu jeszcze robię i po co tu jestem. Jedno było tylko życzenie, dla którego chciałam trochę dłużej pozostać na tym świecie: aby przed śmiercią ujrzeć ciebie chrześcijaninem. Obdarzył mnie Bóg ponad moje życzenie, bo widzę, jak wzgardziwszy szczęściem doczesnym stałeś się Jego sługą. Co ja tu jeszcze robię?” Po 5 dniach Monika rozchorowała się. Przeżywając radość wysłuchanej modlitwy, w wieku 56 lat odeszła do Pana. Augustyn pochował ją w Ostii z dala od rodzinnych stron. Jeszcze przez rok pozostał w Rzymie, a potem z synem Adeodatem wyjechał do rodzinnej Tagasty w północnej Afryce. Po powrocie do Tagasty rozdzielił pomiędzy biednych swój majątek i założył ubogi klasztor, gdzie zamieszkał z przyjaciółmi i Adeodatem. Mała wspólnota oddała się modlitwie, postom, rozmyślaniu nad Słowem Bożym. Augustyn w wolnych chwilach pisał traktat o muzyce. W tym czasie zmarł wybitnie uzdolniony i promieniujący pobożnością Adeodat. Boleśnie doświadczony Augustyn napisał: „Przedwcześnie, Panie, odebrałeś mu życie, lecz myślę o nim jako o duchu ogarniętym pokojem.”

Chcąc umknąć przed coraz bardziej natarczywymi głosami Kościoła w Tagaście, wzywającymi go do przyjęcia kapłaństwa, Augustyn ze swymi mnichami potajemnie udał się do Hippony. Po przybyciu na miejsce, w czasie niedzielnej Mszy św. usłyszał kazanie biskupa Waleriusza, w którym biskup mówił o dramatycznym braku kapłanów w diecezji. Nagle w czasie homilii biskupa ktoś zawołał z tłumu: „Augustyn – kapłanem!” Sława nawróconego retora rozeszła się wbrew niemu!  Wierni szczycili się nawróceniem znanego pisarza. Augustyn nie oparł się woli ludu. Przyjął święcenia kapłańskie z rąk biskupa Waleriusza, a cztery lata później święcenia biskupie. Po śmierci biskupa Waleriusza na stolicy biskupiej w Hipponie zasiadał św. Augustyn i pozostał na niej 34 lata. Będzie to czas niezwykły dla kościoła w Hipponie, dla kościoła w Afryce i całego świata chrześcijańskiego.

Pod koniec życia św. Augustyn przeżył tragedię. Namiestnik rzymski zaprosił do Afryki północnej Wandalów dla obrony przeciwko dzikim szczepom mieszkańców Sahary. Kiedy dostrzegł, że Wandalowie są nie mniej barbarzyńscy od tamtych, wypowiedział im wojnę. Ale było już za późno, bo Wandalowie weszli do Afryki i po odniesionym zwycięstwie zajmowali kolejne miasta. Hippona broniła się przez trzy miesiące, aż Wandalowie zrobili wyłom w murze i podpalili miasto od środka, ale tego nie doczekał św. Augustyn. W trzecim miesiącu oblężenia Augustyn zachorował. Prawdopodobnie stał się ofiarą epidemii, dla której wilgotne i ciepłe powietrze oraz rozkładające się zwłoki były dobrą pożywką. Do chorego Augustyna przyprowadzano chorych, którzy za jego wstawiennictwo odzyskiwali zdrowie. 5 sierpnia 430 roku, otoczony kapłanami i michami umierający Augustyn szeptał słowa psalmu: „Moja dusza pragnie Boga, Boga żywego. Kiedyż, więc ujrzę Jego oblicze?” (z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

NIE BĄDŹ BŁAZNEM, JESTEŚ DZIECKIEM BOŻYM

Dawniej przy tronach królewskich, przy tronach władzy można było spotkać błaznów. Błazen tamtych czasów był szanowany za dowcip, a przede wszystkim za intelekt. Pierwszy sławę błazna intelektualisty zdobył służący kanclerzowi Krzysztofowi Szydłowieckiemu niejaki Bieńko. Podczas jednej z uczt na Wawelu zaimponował samemu królowi Zygmuntowi Staremu. Ale wielu wysokiej rangą dostojników szydziło z niego. Na co ten odezwał się poważnym głosem: „Znaj, Waszmość, iż nie lada pan ze mnie i większy od kanclerza; on ma jednego błazna do zabawy, ja zaś mam tylu, ilu tu was jeno”. Jednak najbardziej znanym polskim trefnisiem był Stańczyk, błazen nadworny Jana Olbrachta, Aleksandra Jagiellończyka, Zygmunta Starego i Zygmunta II Augusta. Słynął z ciętego dowcipu, nie oszczędzał władców w ocenie decyzji politycznych. Był wykształcony, zamożny, miał powodzenie u kobiet, cenili go politycy. Miał poważanie u największych intelektualistów tamtych czasów. Sławny Marcin Kromer zadedykował mu nawet dzieło „Rozmowy dworzanina z mnichem”. Nie spodobało się to kardynałowi Stanisławowi Hozjuszowi, który w liście do Kromera pisał: „Dziwię się, że jego towarzystwo jest ci miłe, stracił przecież to wszystko, co niegdyś było w nim ujmujące. Lata niecofnione pozbawiły go żartów, wdzięku, zdolności towarzyskich i kawałów: co więcej, ludzie sądzą, że brak mu piątej klepki”. Krytyczne słowa jednego czy drugiego zazdrośnika nie były w stanie uszczknąć sławy Stańczyka. W rękopisie z czasów Stefana Batorego nieznany autor wspomina, że błazen „mówił zawsze gorzką prawdę zarówno królowi, jako panom i dworzanom”.

Przyszedł jednak czas, kiedy to błazen się zbłaźnił. Zamiast mówić prawdę, nawet gorzką zaczął powtarzać wyświechtane frazesy, płaszczyć się, podlizywać, prawić fałszywe komplementy, aby się przypodobać swojemu władcy, czy mówiąc slangiem polonijno-nowojorskim swojemu bossowi. Zamiast być sobą, wyrażać swoje myśli, za wszelką cenę chce się przypodobać innym, przypodobać władzy. Oczywiście jeśli ktoś jest osłem, to nie musisz mówić mu tego wprost, ale nie mów mu, że jest „orłem” bo ten „osioł” uwierzy, że ma zdolność latania, co może stać się powodem tragedii nie tylko „osła”. Błazen przestał być sobą i stał się synonimem wszystkiego co niskie i obrzydliwe w człowieku. I dzisiaj widzimy nieraz tabuny błaznów, szczególnie przy tronach władzy politycznej, ekonomicznej i wszelkiej innej. Chociaż dzisiejszy błazen nie nosi błazeńskiej czapki Stańczyka, to i tak każdy wie, że jest to błazen. Fragment z Dziejów Apostolskich, zacytowany na wstępie tych rozważań rzuca pewne światło na powyższy problem: „Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie”. Błazen kieruje się względem na osoby, a nie ich sprawiedliwym postepowaniem.

Powyższy fragment rozważań przeczytałem znajomej, która powiedziała, że w takim razie każdy z nas jest trochę błaznem. To prawda, każdy z nas chce się przypodobać drugiemu człowiekowi, ale wcale nie musi być to błazenadą. A zatem, czy jest jakaś granica pragnienia przypodobania się drugiemu człowiekowi, po przekroczeniu której możemy powiedzieć, że jest to błazen? Oczywiście, w subiektywnym odczuciu możemy wyznaczać takie granice. W tych rozważaniach postaram się ją ukazać. Ktoś może powiedzieć, że jest to też subiektywna granica. Pozornie tak, ale gdy wytyczanie jej oparte jest o prawdę Bożą, to możemy mówić o pewnym obiektywizmie. W dokumencie Soboru Watykańskiego II Gaudium et spes  – Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym czytamy: „W głębi sumienia człowiek odkrywa prawo, którego sam sobie nie nakłada, lecz któremu winien być posłuszny i którego głos wzywający go zawsze tam, gdzie potrzeba, do miłowania i czynienia dobra, a unikania zła, rozbrzmiewa w sercu nakazem: czyń to, tamtego unikaj. Człowiek bowiem ma w swym sercu wypisane przez Boga prawo, wobec którego posłuszeństwo stanowi o jego godności i według którego będzie sądzony”.

Prorok Izajasz w pierwszym czytaniu zapowiada, kto w pełni objawi to prawo: „On z mocą ogłosi Prawo, nie zniechęci się ani nie załamie, aż utrwali Prawo na ziemi, a Jego pouczenia wyczekują wyspy. Ja, Pan, powołałem Cię słusznie, ująłem Cię za rękę i ukształtowałem, ustanowiłem Cię przymierzem dla ludzi, światłością dla narodów, abyś otworzył oczy niewidomym, ażebyś z zamknięcia wypuścił jeńców, z więzienia tych, co mieszkają w ciemności”. To proroctwo wypełniło się w Jezusie, który powiedział o sobie: „Ja jestem drogą i prawdą i życiem”. Ewangelia na dzisiejszą uroczystość Chrztu Pańskiego w sposób obrazowy ukazuje wypełnienie się tej prawdy. Pewnego dnia Jezus przyszedł do Jana Chrzciciela, aby przyjąć chrzest: „Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego w postaci cielesnej niby gołębica, a z nieba odezwał się głos: ‘Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”. Ten głos z nieba wyznacza ostateczną granicę naszego błazeństwa. A odpowiedź na pytanie: Komu bardziej chcesz się przypodobać Bogu czy człowiekowi, podpowiada nam, czy już mam sięgnąć po błazeńską czapkę, czy jeszcze nie. Gdy bardziej chcesz się przypodobać ludziom niż Bogu możesz być pewny, że jesteś stuprocentowym błaznem. A ci co nie nazywają Boga po imieniu stają przed wartościami, które mają swe ostateczne źródło w Bogu. Stając przed nimi dokonują wyboru błazeńskiej czapki.

Dla każdego chrześcijanina też otwarło się niebo i sercem wiary mogliśmy usłyszeć głos z nieba: „Tyś jest moim dzieckiem umiłowanym, w tobie mam upodobanie”. Nasi rodzice pierwsi to zauważyli, gdy mówili, jak to często słyszę w czasie chrztu: „nasz aniołek”. Papież Franciszek powiedział w czasie chrztu: „Chrzest włącza nas w ciało Kościoła, w święty Lud Boży. W tym ciele, w tym ludzie pielgrzymującym, wiara jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Jest to wiara Kościoła. Wiara Maryi, naszej Matki, wiara świętych Józefa, Piotra, Andrzeja, Jana, wiara Apostołów i Męczenników, która dotarła aż do nas poprzez chrzest. Łańcuch wiary. To bardzo piękne. Jest to przekazywanie sobie z ręki do ręki pochodni wiary. Wyrazimy to za chwilę gestem zapalenia świecy od paschału. Wielki paschał wyobraża Chrystusa zmartwychwstałego, żywego pośród nas. Wy, rodziny, od Niego bierzecie światło wiary, by przekazać je swoim dzieciom. To światło bierzecie w Kościele, w Ciele Chrystusa, ludzie Bożym, który pielgrzymuje przez wszystkie czasy i miejsca. Nauczcie własne dzieci, że nie można być chrześcijaninem poza Kościołem, że nie można iść za Jezusem Chrystusem bez Kościoła, bo Kościół jest matką i sprawia, że możemy wzrastać w miłości i w Jezusie Chrystusie”.

Upraszczając sprawę, można powiedzieć, że w Kościele i nie tylko w nim są dwie kategorie ludzi: błazny i święci. Błazen w pierwszym rzędzie robi wszystko, aby przypodobać się ludziom, nie pytając czy to się podoba Bogu. Święty chce się przede wszystkim przypodobać Bogu, nie lekceważąc przy tym ludzkiej opinii. Postępowanie świętego nie zawsze jest święte, jednak ze względu na Boga powstaje z upadku i pragnie żyć według Jego przykazań. Szczere pragnienie podobania się Bogu, wcześniej czy później zaowocuje dobrem i nawet błazna może zamienić w świętego (Kurier Plus, 2014).

 

 

W JAKIM KIERUNKU ZDĄŻASZ?

Pielgrzymka do Ziemi Świętej za każdym razem jest jedyna i niepowtarzalna. Odwiedzamy miejsca, które szczególną mocą wpisują się obecnością Chrystusa w nasze życie. Należy do nich miejsce chrztu Jezusa, gdzie zanurzeni w wodach Jordanu odnawiamy przyrzeczenia chrzcielne. Wg. Ewangelii św. Jan udzielił Jezusowi chrztu w Jordanie około 8 km od Jerycha, jednak z powodu waśni terytorialnych miejsce to zostało zmilitaryzowane i pielgrzymi mieli utrudniony dostęp do niego. Ustanowiono tam zamkniętą strefę wojskową. Armia izraelska położyła miny w okolicy i zbudowała zasieki znajdujące się pod prądem, aby uniemożliwić wejście z Jordanii na terytorium państwa żydowskiego. Stąd też Żydzi, by interes turystyczny i pielgrzymkowy kwitł wybrali inne miejsce chrztu Jezusa. W czasie moich pierwszych pielgrzymek nawiedzaliśmy to miejsce, Yardenit nad Jordanem, nie opodal Jeziora Galilejskiego. Ośrodek został wybudowany przez mieszkańców pobliskiego kibucu Kinneret. Jest tam możliwość zanurzenia się w wodach Jordanu, przyjęcia chrztu, czy też odnowienia przyrzeczeń chrzcielnych.

Po podpisaniu traktatu pokojowego między Izraelem i Jordanią w roku 1994 pielgrzymi i turyści mogą przybywać do Betanii nad Jordanem, miejsca chrztu Jezusa. W marcu 2000 r. Jan Paweł II odprawił tu Mszę Świętą, w której uczestniczyło 25 tysięcy wiernych. Również kolejni papieże nawiedzali to miejsce. Obecność papieży w tych miejscach jest niejako potwierdzeniem badań archeologicznych, które wskazują na Betanię w Jordanii, jako miejsce chrztu Jezusa. Na tym terenie różne wspólnoty katolickie zbudowały lub budują aż dwanaście nowych kościołów. Powstająca tam świątynia rzymskokatolicka, która będzie największą w Betanii i na całym Bliskim Wschodzie. Stając tam w wodach Jordanu doświadcza się w sposób szczególny, prawie na samym sobie słów dzisiejszej Ewangelii: „A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch święty zstąpił na Niego w postaci cielesnej niby gołębica, a z nieba odezwał się głos: ‘Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie’”.

Katechizm Kościoła Katolickiego mówi: „Owoc chrztu lub łaski chrztu jest bogatą rzeczywistością, która obejmuje przebaczenie grzechów pierworodnych i grzechów osobistych, narodziny w nowe życie, w którym człowiek staje się przybranym synem Ojca, członkiem Ciała Chrystusa i świątynią Ducha Świętego”. Chrystus był bez grzechu takiego chrztu nie potrzebował, a zatem, dlaczego go przyjął? W odpowiedzi posłużę się słowami George Cairda: „Jezus przyszedł wtedy, aby zostać ochrzczonym, nie z powodów prywatnych, ale jako człowiek z publicznym powołaniem. Jan Chrzciciel wezwał cały Izrael do skruchy, a wraz z Izraelem Jezus musi odejść. Jezus mieszkał pośród grzesznego ludu i nie mógł się od nich odłączyć. Przeciwnie, musi być w pełni utożsamiany z nimi w ich ruchu ku Bogu”.

Chrzest jest u początku drogi naszego zbawienia, które to zbawienie Katechizm Kościoła Katolickiego określa tymi słowami: „Zbawienie, to znaczy odpuszczenie wszystkich grzechów i dar nowego życia”. Jednak wejście na te drogę nie gwarantuje bożego i uczciwego życia, czy nawet zbawienia. Można przytoczyć dziesiątki ludzi, którzy przyjęli chrzest a stali się największymi zbrodniarzami. Dla ilustracji przytoczę poniższą historię. Kierowca jechał samochodem, gdzie nie było za wiele znaków drogowych. Dla pewności zatrzymał się i zapytał rolnika, który prowadził krowy na pastwisko: „Czy ta droga jest do Lublina”. Rolnik odpowiedział twierdząco. Upewniony kierowca dodał gazu i ruszył w drogę. Usłyszał jednak wołanie rolnika: „Ale pan jedzie w złym kierunku”. Dopełnieniem tej historii może być anegdota o turyście, który zdążał do Zakopanego. Po drodze zapytał górala, jak daleko jest do miasta. „Siedem kilometrów” – odpowiedział góral. Po godzinie wędrówki turysta spotyka tego samego górala i znowu pyta, jak daleko do Zakopanego. „Dziesięć kilometrów” – odpowiada góral. „Jak to dziesięć, przed godziną pan powiedział, że siedem” – mówi zaskoczony turysta. „Ale wy, panocku idziecie w przeciwnym kierunku” – odpowiedział góral.

Nie wystarczy stanąć na drodze zbawienie, ważniejsze jest, aby podążać we właściwym kierunku. Wiele jest sposobów rozpoznawania kierunku naszego wędrowania na drodze zbawienia. Jednym z nich są przyrzeczenia chrzcielne, które bardzo często są składane w naszym imieniu przez rodziców i chrzestnych. To oni twierdząco odpowiedzieli na następujące pytania zadane w czasie chrztu: „Czy wyrzekasz się grzechu, aby żyć w wolności dzieci Bożych? Czy wyrzekasz się wszystkiego, co prowadzi do zła, aby cię grzech nie opanował? Czy wyrzekasz się szatana, który jest głównym sprawcą grzechu? Czy wierzysz w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi? Czy wierzysz w Jezusa Chrystusa, Jego Syna jedynego, Pana naszego, narodzonego z Maryi Dziewicy, umęczonego i pogrzebanego, który powstał z martwych i zasiada po prawicy Ojca? Czy wierzysz w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny, obcowanie świętych, odpuszczenie grzechów, zmartwychwstanie ciała i życie wieczne?” Oczywiście to wyznanie w naszym życiu ma przybierać formę czynu. Św. Jakub mówi: „Tak też i wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie”.

Przez chrzest jesteśmy włączeni do wspólnoty Kościoła, o którym św. Paweł w Liście do Rzymian pisze: „Jak bowiem w jednym ciele mamy wiele członków, a nie wszystkie członki spełniają tę samą czynność – podobnie wszyscy razem tworzymy jedno ciało w Chrystusie, a każdy z osobna jesteśmy nawzajem dla siebie członkami”. Chrystus jako Głowa wyznacza kierunek. Chrystusowy depozyt wiary w Kościele katolickim został powierzony Urzędowi Nauczycielskiemu Kościoła. W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Zadanie autentycznej interpretacji słowa Bożego, spisanego czy przekazanego przez Tradycję, zostało powierzone samemu tylko żywemu Urzędowi Nauczycielskiemu Kościoła, który autorytatywnie działa w imieniu Jezusa Chrystusa, to znaczy biskupom w komunii z następcą Piotra, Biskupem Rzymu. Urząd Nauczycielski nie jest ponad słowem Bożym, lecz jemu służy, nauczając jedynie tego, co zostało przekazane. Z rozkazu Bożego i przy pomocy Ducha Świętego pobożnie słucha on słowa Bożego, święcie go strzeże i wiernie wykłada. I wszystko, co z tego jednego depozytu wiary czerpie, podaje do wierzenia jako objawione przez Boga. Pamiętając o słowach Chrystusa skierowanych do Apostołów: ‘Kto was słucha, Mnie słucha’, wierni z uległością przyjmują nauczanie i wskazania, które są im przekazywane w różnych formach przez ich pasterzy”.

Jeśli znalazłem się na tej drodze zbawienia przez chrzest w kościele katolickim, to właśnie w nim odnajdujemy wskazówki co do kierunku naszej drogi, a jeśli szukamy tam własnej drogi, negującej powyższe nauczanie, to warto się zastanowić, czy zdążam we właściwym kierunku (Kurier Plus, 2019).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *