4 Cze

Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa Rok A

 

BOŻE CIAŁO. 

Jezus powiedział do Żydów: „Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje Ciało za życie świata”. Sprzeczali się więc między sobą Żydzi mówiąc: „Jak On może nam dać swoje Ciało na pożywienie?” Rzekł do nich Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywać Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim. Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie. To jest chleb, który z nieba zstąpił, nie jest on taki jak ten, który jedli wasi przodkowie, a pomarli. Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki” (J 6,51-58).

Teresa wybierała się na nieplanowany wcześniej wyjazd do Polski. Kilka dni wcześniej otrzymała wiadomość o chorobie ojca. Okazało się, że jest to białaczka. Lekarze dają mu od kilku do kilkunastu miesięcy życia. Teresa chce spędzić jak najwięcej czasu razem z ojcem; może to będą ostatnie wspólne wakacje. Zabiera ze sobą trójkę dzieci i leci do Polski. Ma już za sobą radość powitania. Chce teraz okazać ojcu jak najwięcej serdeczności, pokazać mu jak najwięcej pięknych miejsc, ale ojciec woli zostać w domu, jest już za słaby na podróże. Widzi to także Teresa. Ojciec z córką cieszą się każdym wspólnym dniem. Jednak na dnie duszy potężnieje ból; to są nasze ostatnie wspólne wakacje. Nikt o tym nie mówi, choć każdy to wie. W końcu przyszedł najtrudniejszy moment, moment pożegnania. Po pożegnaniu w mieszkaniu cała rodzina wyszła na, zewnątrz, aby jeszcze pomachać na odjazd. Wśród żegnających na zewnątrz nie było ojca, był już za słaby, aby przekroczyć próg. Teresa wróciła do mieszkania i jeszcze raz mocno go przytuliła. A wtedy ojciec słabym głosem powiedział: „Nigdy nie zapomnij mnie”. Teresie nie trzeba było tego przypominać. Minęło już wiele lat od tamtego momentu, a te ostatnie słowa, „Nigdy nie zapomnij mnie” zapadły najgłębiej w świadomość Teresy.

Przez pryzmat powyższej historii spójrzmy na Ostatnią Wieczerzę w czasie, której Jezus ustanowił Eucharystię. Św. Paweł w Liście do Koryntian tak pisze o tym wieczorze: „Ja, bowiem otrzymałem od Pana to, co wam przekazałem, że Pan Jezus tej nocy, której został wydany, wziął chleb i dzięki uczyniwszy, połamał i rzekł: To jest Ciało za was wydane. Czyńcie to na moją pamiątkę! Podobnie skończywszy wieczerzę, wziął kielich, mówiąc: Kielich ten jest Nowym Przymierzem we Krwi mojej. Czyńcie to, ile razy pić będziecie, na moją pamiątkę”. Mocą słów samego Boga kawałek białego chleba i odrobina wina nie tylko stają się miejscem obecności Boga, ale stają się samym Bogiem. Ewangelia zacytowana na wstępie mówi, że ta tajemnicza obecność Boga staje się naszym pokarmem na drodze ku wieczności: „Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki”. Eucharystyczna przemian, która dokonała się w Wieczerniku dokonuje się w czasie każdej Mszy, św., gdy kapłan w imieniu Chrystusa bierze chleb i wypowiada słowa konsekracji. Jest to tajemnica, którą można po części zrozumieć i przyjąć tylko na płaszczyźnie wiary. Bez wiary w Chrystusa można tę tajemnicę zrozumieć bardzo opacznie, tak jak ją rozumieli Żydzi z zacytowanej Ewangelii jak i też niektórzy prześladowcy chrześcijan w pierwszych wiekach. Posądzali oni chrześcijan o kanibalizm; chrześcijanie jedzą ludzkie ciało. Jeśli wierzę w wszechmoc bożą to nie ma problemu z wiarą, że Bóg swoją mocą może ukryć się pod postaciami chleba i wina. Chrystus nakazuje pamiętać o Jego eucharystycznej obecności i ją przywoływać. „Czyńcie to na moją pamiątkę”. Ta pamięć jest bardziej potrzebna nam aniżeli Chrystusowi. Ponieważ Chrystus obecny w Eucharystii staje się dla nas chlebem zaspakajającym nasze różne głody.

Dla głodnych na pustkowiu rozmnożył chleb i zaspokoił ich głód fizyczny. Trędowatemu, który był skazany na cierpienie i izolację ofiarował chleb uzdrowienia. Kobiecie przy studni Jakuba ofiarował chleb życzliwości i łaskę nawrócenia. Grzesznikowi ofiarował chleb wybaczenia, aby zaznał radości i pokoju jakie daje czyste sumienie. Wdowie z Naim, opłakującej swego jedynego zmarłego syna oraz Marcie i Marii opłakującym śmierć swego brata ofiarował chleb pocieszenia ukazując, że w Bogu możemy przezwyciężyć śmierć. Celnikowi Zacheuszowi, który okradał innych dał chleb nawrócenia, dzięki czemu Zacheusz zasycił głód za lepszym życiem. Złoczyńcy, który umierał na krzyżu ofiarował chleb oczyszczenia, pojednania z Bogiem, zaspakajając jego głód wieczności i zbawienia. Te wszystkie zdarzenia prowadzą do Eucharystii, w której odnajdujemy pod postaciami chleba i wina żywego i prawdziwego Chrystusa. A On mówi wtedy do nas: „Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki”. Jest to, zatem pokarm, który zaspakaja najważniejszy głód człowieka, głód Boga, głód zbawienia, głód wieczności.

Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa ma nam przypomnieć tę jedyną i niepowtarzalną tajemnicę naszej wiary, abyśmy nie tyle ją adorowali, co godnie spożywali. W tym dniu w całej Polsce, ale również i tu w Nowym Jorku w parafiach polonijnych, wystrojonymi ulicami maszerują barwne procesje. Dziewczynki z koszyczkami pełnymi kwiatów sypią pachnące płatki. Ludzie klękają na widok zbliżającego się baldachimu, który osłania Przenajświętszy Sakrament. Pan Jezus wychodzi niejako z kościoła, wędruje drogami i ulicami naszych miast i wiosek, aby błogosławić swojemu ludowi, który towarzyszy Mu modlitwą i śpiewem. Każdy z nas, żyjąc daleko od ojczyzny swego dzieciństwa serdeczną pamięcią wraca do przepięknych procesji Bożego Ciała w Polsce. Ale te nawet najpiękniejsze procesje są tylko lichą oprawą dla małego kawałka chleba, w którym zamknięte jest piękno Wszechmocnego Boga (z książki Ku wolności).

 

CZYM SIĘ KARMISZ?

Mojżesz powiedział do ludu: „Utrapił cię, dał ci odczuć głód, żywił cię manną, której nie znałeś ani ty, ani twoi przodkowie, bo chciał ci dać poznać, że nie samym tylko chlebem żyje człowiek, ale wszystkim, co pochodzi z ust Pana. Nie zapominaj twego Pana Boga, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli. On cię prowadził przez pustynię wielką i straszną, pełną wężów jadowitych i skorpionów, przez ziemię suchą, bez wody, On ci wyprowadził wodę ze skały najtwardszej. On żywił cię na pustyni manną, której nie znali twoi przodkowie” (Pwt 8,3.14b-16a).

Niemiecki filozof Ludwig Andreas Feuerbach w materialistycznej wizji świata określił człowieka aforyzmem: „Człowiek jest tym, co zje”. Feuerbach wierzył, że człowiek jest bytem materialnym i nie ma w nim miejsca na element duchowy. To stwierdzenie sprawdza się po części w sferze materialnej, ale także ją przekracza. Jeśli ktoś będzie pochłaniał ogromne ilości tłustych potraw, to będzie grubasem. Jeżeli głównym jego „pożywieniem” będzie alkohol – stanie się pijakiem. Jeśli jego życie zdominuje pogoń za przyjemnościami seksualnymi, to stanie się rozpustnikiem. Jeśli będzie się karmił rządzą posiadania władzy – stanie się despotą. Jeśli dla kogoś chlebem powszednim jest pomoc człowiekowi potrzebującemu, wtedy przemienia się on w altruistę. Wyliczając „towary” konsumpcyjne zauważamy, że w pewnym momencie wymykają się one kategoriom materialnym i otwierają człowieka na rzeczywistość pozamaterialną. W uzupełnieniu wypowiedzi Feuerbacha zacytuję polską pisarkę Zofię Nałkowską: „Człowiek jest tym, czym miejsce, w którym żyje”. To stwierdzenie sprawdza się w sferze materialnej, ale także ją przekracza. Jeśli ktoś zamknięty jest w więzieniu jest więźniem zniewolonym przez rygory obozowe, czy więzienne. Doświadczenie jednak wskazuje, że człowiek może czuć się wolny nawet w obozie koncentracyjnym. Przykładem tego jest św. Maksymilian Kolbe. Nie zniewoliły go potworne warunki obozowe, ani perspektywa własnej śmierci, którą sam wybrał dla ratowania bliźniego. To wskazuje, że człowiek to coś więcej niż byt materialny uformowany i zdeterminowany przez środowisko, w którym żyje.

Przez pryzmat powyższych rozważań spójrzmy na czytania z Księgi Powtórzonego Prawa, której fragment zacytowałem na wstępie tych rozważań. Bóg wyprowadził Naród Wybrany z niewoli egipskiej, obiecując im Ziemię Obiecaną, do której wędrowali pustynnymi drogami przez czterdzieści lat. W drodze doświadczali różnego rodzaju pustynnych niedogodności, jak brak wody, chleba, czy mięsa. Szemrali wtedy przeciw Mojżeszowi i Bogu. Gdy pewnego razu zabrakło chleba, Bóg zesłał im pokarm, który nazwano manną. Słowo „manna” pochodzi od pytania w języku hebrajskim „man hu” (co to jest?). Według Biblii manna „była ona biała jak ziarno kolendra i miała smak placka z miodem, coś drobnego, ziarnistego, niby szron na ziemi”. Bóg postawił Izraelitom warunek – nie mogli zbierać więcej manny niż potrzebowali na jeden dzień. Jeśli zebrali więcej, to ulegała ona zepsuciu. Zapewne to ograniczenie miało charakter wychowawczy. Winni bardziej ufać Bogu niż swej zapobiegliwości. Po dojściu do Ziemi Obiecanej Bóg przestał zsyłać mannę swojemu ludowi. Izraelici, spożywając mannę na pustyni przybywali na wadze, ale nie to było najważniejsze. Manna umacniała ich wiarę w Boga. Za cudem zesłania manny widzieli rękę Boga i Jego miłość. Możemy powiedzieć, że spożywając mannę z nieba stawali się bardziej boży, bardziej niebiescy. Spożywanie manny niebieskiej przemieniało ich w dzieci Boże.

Ewangelia na uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej mówi o chlebie, który jak manna zstąpił z nieba, ale w innej postaci. Jezus powiedział: „Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki”. W realność tego chleba trudno było uwierzyć słuchającym Jezusa. Z niedowierzaniem zadawali pytanie: „Jak On może nam dać swoje Ciało na pożywienie?”  A Jezus niezrażony niedowiarstwem kontynuował: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywać Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym”. Mówiąc o sobie, Jezus nawiązał także do manny, którą Bóg zesłał Izraelitom na pustyni: „To jest chleb, który z nieba zstąpił, nie jest on taki jak ten, który jedli wasi przodkowie, a pomarli”. Ten temat ma swoją kontynuację w czasie Ostatniej Wieczerzy. Jezus bierze w swoje ręce chleb, błogosławi, łamie i daje swoim uczniom, mówiąc: Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało Moje”. Następnie dodał: „To czyńcie na moja pamiątkę”. Możliwe, że te słowa nie były do końca zrozumiałe dla samych Apostołów. I jeśli mieli wątpliwości, to zapewne zostały one rozwiane po zmartwychwstaniu Chrystusa. Ten, który pokonał śmierć z pewnością ma moc urzeczywistnić słowa wypowiedziane w wieczerniku o swojej tajemniczej obecności pod postacią eucharystycznego chleba. Ożywieni tą wiarą do dziś łamiemy chleb Eucharystyczny i spożywamy go, wierząc, że przyjmujemy samego Boga, który przemienia nas na miarę dzieci bożych. I tu możemy zacytować słowa Feuerbacha: „Człowiek jest tym, co zje”. Spożywając samego Boga, stajemy się na wieczność Jego domownikami.

Błogosławiony Jan Paweł II w liście o tajemnicy i kulcie Eucharystii napisał: „Eucharystia, będąc źródłem miłości, znajdowała się i znajduje zawsze w samym środku życia uczniów Chrystusa. Ma Ona postać chleba i wina, czyli pokarmu i napoju, jest więc tak bliska człowiekowi, tak ściśle związana z jego życiem, jak pokarm i napój. Zawsze zaś musimy czuwać, ażeby to wielkie spotkanie z Chrystusem-Hostią nie stało się dla nas zwyczajne, abyśmy nie przyjmowali Go niegodnie i w stanie grzechu, zwłaszcza śmiertelnego. Praktykowanie cnoty pokuty i sakrament Pokuty są nieodzowne w tym celu, aby podtrzymywać w sobie i stale pogłębiać ducha tej czci, którą człowiek winien jest Bogu samemu i Jego Miłości tak przedziwnie objawionej”.

Rzeczywiście człowiekowi może „spowszednić” obecność Chrystusa pod postaciami eucharystycznymi, dlatego co jakiś czas słyszymy o cudach Eucharystycznych, które w sposób dramatyczny przypominają niedowiarkom o obecności Chrystusa w odrobinie białego chleba. Przypomnijmy sobie zatem jeden z takich mniej znanych cudów eucharystycznych. W przeddzień uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w 1730 r. złodzieje włamali się do tabernakulum w bazylice św. Franciszka i skradli puszkę z konsekrowanymi komunikantami. Po pewnym czasie znaleziono tę samą puszkę z komunikantami w kościele Matki Bożej w Provenzano przeniesiono do kościoła św. Franciszka. Mimo upływu czasu komunikanty nie uległy zepsuciu. Po 50 latach oficjalnie potwierdzono autentyczność cudu. Generał franciszkanów o. Carlo Vipera spożył jedną z Hostii i potwierdził jej świeżość. Przeprowadzono też eksperyment: w zamkniętej puszce złożono niekonsekrowane komunikanty, które po latach uległy zepsuciu, podczas gdy cudowne komunikanty zachowały swój początkowy wygląd. Włoski fizyk Enrico Media napisał: „Fakt ten trwa na przekór wszystkim najbardziej znanym i prostym prawom natury”.

Fakt ten trwa, bo w nim jest nadprzyrodzona moc. Spożywając „Chleb anielski”, jak nazywał Eucharystię Tomasz z Akwinu mamy moc trwania przy Bogu, który przemienia nas w swoje dzieci (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

EUCHARYSTIA

Bracia: Kielich błogosławieństwa, który błogosławimy, czy nie jest udziałem we Krwi Chrystusa? Chleb, który łamiemy, czyż nie jest udziałem w Ciele Chrystusa? Ponieważ jeden jest chleb, przeto my, liczni, tworzymy jedno ciało. Wszyscy bowiem bierzemy z tego samego chleba (1 Kor 10,16-17).

W nadbrzeżnych górach Oregonu i Kalifornii rosną niebosiężne sekwoje. Osiągają wysokość do stu metrów, zaś średnica w pniu dochodzi do dziewięciu metrów. Należą one do najstarszych roślin. Najpotężniejsze z nich liczą sobie ponad dwa tysiące lat. Aż trudno sobie wyobrazić, że niektóre z nich rosły już w czasach Jezusa, a może nawet proroka Izajasza. Pamiętają czasy Tyberiusza i Nerona, nie mówiąc już o polskim księciu Mieszku I.

Z doświadczenia wiemy, że im wyższy budynek tym solidniejszy powinien mieć fundament. Wydaje się, że to odnosi się także do najwyższych drzew jakimi są sekwoje. Powinny mieć bardzo solidne i głębokie korzenie, aby nie ulec wiatrom. A jednak jest inaczej. Korzenie sekwoi są bardzo płytkie i nie byłyby w stanie uchronić przed upadkiem samotnie rosnącego drzewa. Dlatego sekwoje rosą blisko siebie, a ich korzenie są ze sobą ściśle splecione i dzięki temu mogą przeciwstawić się groźnym dla nich siłom natury. Dzięki temu mogą przetrwać i żyć tysiące lat.

Gdyby człowiekowi udało się dożyć takiego wieku, czy byłby usatysfakcjonowany? Prawdopodobnie, przeżywając tysięczne urodziny myślałby podobnie jak ja, gdy przeżywałem pięćdziesiąte. Zastanawiałby się mianowicie, kiedy minęły te lata? Wydaje się, że to było wczoraj, jak biegałem po zielonych łąkach i polowałem na najbardziej kolorowe motyle. Ten ciągły niedosyt życia nie jest wybrykiem natury, ale sensownym głosem, aby człowiek sięgał po wieczność i szukał dróg prowadzących do niej.

W uroczystość Bożego Ciała słyszymy słowa Chrystusa: „Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który ja dam, jest moje ciało, wydane za życie świata”. Zaś w czasie Ostatniej Wieczerzy Chrystus wziął chleb w swoje ręce połamał go i dawał swoim uczniom mówiąc: „Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy: To jest bowiem Ciało moje, które za was będzie wydane (…) To czyńcie na moją pamiątkę”. Wiemy zatem o jakim chlebie mówi Chrystus. Zanim wyruszy procesja Bożego Ciała na ulice naszych wiosek i miast, kapłan posłuszny nakazowi Chrystusa weźmie kawałek białego chleba i wypowie słowa z Ostatniej Wieczerzy, a wtedy mocą samego Boga ten chleb stanie się pokarmem na drodze ku wieczności.

Chrystus użył bardzo wymownego znaku swojej obecności wśród nas i jedności z nami. W jednej z pieśni eucharystycznych śpiewamy:

„Jeden chleb, co zmienia się w Chrystusa Ciało,

Z wielu ziaren pszenicznych się rodzi.

Jak ten chleb co złączył złote ziarna,

Tak niech miłość złączy nas ofiarna”.

Znakiem obecności Chrystusa jest codzienny chleb, pokarm dla naszego ciała, który z woli Bożej staje się pokarmem dla duszy. Spoiwem chleba Eucharystycznego jest miłość, jednocząca nas z Bogiem i bliźnim. To zjednoczenie staje się źródłem naszej mocy i naszej wieczności. Dla ilustracji tej prawdy spójrzmy jeszcze raz na drzewa sekwoi. Mają one siłę do przetrwania, bo rosną blisko siebie a splecionymi korzeniami wzajemnie się wspierają. Podobnie my, wspólnie spożywając pokarm Eucharystyczny wykorzeniamy się  w Ciało Chrystusa, przez co mamy moc wiecznego trwania. Św. Paweł w Liście do Koryntian pisze: „Chleb, który łamiemy, czyż nie jest udziałem w Ciele Chrystusa? Ponieważ jeden jest chleb, przeto my, liczni, tworzymy jedno ciało. Wszyscy bowiem bierzemy z tego samego chleba” (1 Kor. 10, 16). Do tego nawiązuje także Ewangelia zacytowana na wstępie: „Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim”. „Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym”.

Kto raz zasmakował tego chleba, ten zawsze będzie go pragnął. Mówi o tym poniższe wydarzenie, które miało miejsce w obozie, liczącym ponad 10 tysięcy więźniów politycznych. Część z nich postanowiła odprawić w dzień Wielkanocny Mszę św. Nie mieli jednak chleba, wina, kielicha, mszału, Biblii, nie było także kapłana. Mimo tak istotnych braków nie zrezygnowali ze swego zamiaru. Współwięzień, który nie był katolikiem zaproponował im: „My pomożemy wam. Będziemy cicho rozmawiać, a wy w tym czasie odprawicie Mszę św., nie zwracając uwagi strażników”. A zatem przystąpili do sprawowania Eucharystii. Przewodniczący tego zgromadzenia powiedział na wstępie: „Nie mamy chleba, nie mamy nawet wody, którą moglibyśmy użyć jako wina, ale mimo tych braków będziemy celebrować Pamiątkę Wieczerzy Pańskiej ”. Po czym, z pamięci zaczął prowadzić liturgię. Był zaskoczony, że pamięta tyle słów z Mszy św., w której uczestniczył za czasów wolności. Gdy doszedł do słów wypowiedzianych przez Jezusa w czasie Ostatniej Wieczerzy, odwrócił się do więźniów, podniósł do góry puste dłonie i powiedział: „To jest bowiem Ciało moje, które za was będzie wydane”. Następnie, poczynając od pierwszego wszyscy zwracali się ku sobie z życzliwie otwartymi dłońmi i powtarzali: „To jest bowiem Ciało moje, które za was będzie wydane” (Nora Gallagher: „Pentecost : We have the Spirit , we are the body”, Episkopal Life, June 2000). We Mszy św. chleb i wino są przemieniane w sakrament Ciała i Krewi Chrystusa, który przyjmowany przez nas staje się znakiem obecności Bożej miłości w nas samych, naszych rodzinach i społeczności, w której żyjemy. Obozowa celebracja Eucharystii, mimo istotnych braków, po części spełniała taką rolę.

W Uroczystość Bożego Ciała będziemy głosić tę tajemnicę na ulicach wiosek i miast. W wielu polskich kościołach, każdego dnia w oktawie Bożego Ciała odbywają się na placach przykościelnym procesje Eucharystyczne. Okres eucharystycznego świętowania kończy, przypadająca następnego dnia po oktawie Bożego Ciała Uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego. Symbol Serca Jezusowego w sugestywny sposób ukazuję Bożą miłość, którą niesie w sobie Eucharystia. W tej zbieżności świąt kryje się myśl Boża, gdyż Bóg objawił tajemnice Serca Jezusowego św. Małgorzacie, gdy trwała ona na adoracji Najświętszego Sakramentu (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

PRAWDZIWY POKARM 

Jed­na z fran­cus­kich baś­ni mó­wi o męż­czyź­nie miesz­ka­ją­cym na pus­tej i ja­ło­wej zie­mi po­mię­dzy Al­pa­mi a Pro­wans­ją. Po śmier­ci żo­ny i sy­na męż­czyz­na zbu­do­wał nie­wiel­ki do­mek, w któ­rym za­miesz­kał. Ho­do­wał też nie­wiel­kie sta­do owiec. Oprócz pil­no­wa­nia sta­da, każ­de­go dnia zbie­rał w oko­li­cy żo­łę­dzie. Wieczo­rem wy­bie­rał oko­ło stu naj­do­rod­niej­szych oka­zów i na­stęp­ne­go dnia sadził je na pus­tych te­re­nach. Co pią­ty za­sa­dzo­ny dę­bo­wy żo­łądź wy­ras­tał na piękne drze­wo. Pas­terz na­wet nie wie­dział do ko­go na­le­ży ta zie­mia. Nie by­ło to dla nie­go waż­ne. Chciał po pros­tu wnieść ży­cie w pust­ko­wie na którym mieszkał. Po dzie­się­ciu la­tach z za­sa­dzo­nych żo­łę­dzi wy­ro­sło dzie­sięć ty­się­cy drzew. Pasterz nie usta­wał w swej pra­cy. Sa­dził na­sio­na bu­ków, brzóz i in­nych drzew. Po­ma­gał mu w tym wiatr, któ­ry roz­no­sił na­sio­na. A gdy drze­wa i in­ne roś­li­ny ocie­ni­ły dno do­li­ny, wte­dy po­ja­wi­ła się wo­da, a wraz z nią zwie­rzę­ta i pta­ki, dla któ­rych las stał się do­mem. Po pew­nym cza­sie, le­żą­ca tam w ru­i­nie, wyludniona wios­ka zos­ta­ła od­bu­do­wa­na przez mło­de ro­dzi­ny, któ­ry ur­ze­czo­ne pięk­nem te­go miejs­ca po­sta­no­wi­ły się tu osied­lić. Prze­mia­ny za­cho­dzi­ły po­wo­li, stąd też nikt ich nie za­u­wa­żył. Osta­tecz­nie las ten zos­tał prze­ję­ty przez miejs­co­we wła­dze, któ­re są­dzi­ły, że po­wstał on w spo­sób na­tu­ral­ny. A w rze­czy­wis­toś­ci sta­ło się to dzię­ki wy­sił­ko­wi i wiz­ji jed­ne­go pas­ter­za, któ­ry przez dzie­siąt­ki lat cier­pli­wie i spo­koj­nie prze­mie­niał pus­ty­nię w uro­dzaj­ną zie­mię Ka­naan (Jean Gio­no: The Man Who Plan­ted Trees).

Tę baśń mo­że­my wy­ko­rzys­tać do zob­ra­zo­wa­nia sta­nu czło­wie­ka, któ­ry przez od­wró­ce­nie się od Bo­ga utra­cił raj­ski ogród. Je­go gle­ba, nie ty­le ma­te­rial­na co du­cho­wa sta­ła się ja­ło­wa i pus­ta. Bóg jed­nak, jak pas­ter­z z po­wyż­szej opowieś­ci, chciał oży­wić tę gle­bę, dać jej ży­cie. Opie­ko­wał się swo­im lu­dem, ożywiał go swo­im sło­wem, pro­wa­dził na „zie­lo­ne pas­twis­ka”. Bóg do­pusz­czał także utra­pie­nia, aby czło­wiek nie za­pom­niał o swo­im Stwór­cy i pa­mię­tał, że potrze­bu­je cze­goś wię­cej niż tyl­ko ziem­skie­go chle­ba. W Księ­dze Pow­tór­zo­ne­go Pra­wa sły­szy­my sło­wa Moj­że­sza skie­ro­wa­ne do lu­du: „Pa­mię­taj na wszyst­kie dro­gi, któ­ry­mi Cię pro­wa­dził twój Pan Bóg przez te czterdzieś­ci lat na pus­ty­ni, aby cię utra­pić, wy­pró­bo­wać i po­znać, co jest w twym ser­cu; czy strze­żesz Je­go po­le­ce­nia, czy też nie. Utra­pił cię, dał ci od­czuć głód, ży­wił cię man­ną, któ­rej nie zna­łeś ani ty, ani twoi przod­ko­wie, bo chciał ci dać po­znać, że nie sa­mym tyl­ko chle­bem ży­je czło­wiek, ale wszyst­kim, co po­cho­dzi z ust Pa­na”.

Sło­wo Bo­że w Chrys­tu­sie sta­ło się cia­łem i po­kar­mem na ży­cie wiecz­ne. Je­zus po­wie­dział do zgro­ma­dzo­nych tłu­mów: „Ja jes­tem chle­bem ży­wym, któ­ry zstą­pił z nie­ba. Jeś­li kto spo­ży­wa ten chleb, bę­dzie żył na wie­ki. Kto spo­ży­wa mo­je Cia­ło i pi­je mo­ją Krew, ma ży­cie wiecz­ne, a ja go wskrze­szę w dniu ostatecz­nym”. Dla wie­lu by­ły to sło­wa nie­zro­zu­mia­łe i gor­szą­ce, za­kra­wa­ją­ce na ka­ni­ba­lizm. Niek­tór­zy z nich opuś­ci­li Je­zu­sa. Po­zos­ta­li tyl­ko ci, któr­zy tak­że do koń­ca nie ro­zu­mie­li tych słów, ale bez­gra­nicz­nie ufa­li Chrys­tu­so­wi. I to oni zsiad­li z Chrys­tu­sem do Ostat­niej Wie­czer­zy, pod­czas któ­rej Je­zus wziął chleb, po­ła­mał go i po­dał im, mó­wiąc: Bier­zcie i jed­zcie to jest Cia­ło mo­je. Na­stęp­nie wziął kielich z wi­nem i po­wie­dział: Bier­zcie i pij­cie, to jest Krew mo­ja. Te sło­wa rzu­ca­ły pew­ne świa­tło na wcześ­niej­szą mo­wę Je­zu­sa. Łat­wiej by­ło im to przy­jąć ponieważ zna­li cu­dow­ną moc Chrys­tu­sa i wie­rzy­li, że jest w sta­nie tą cu­dow­ną mo­cą przy­jąć ta­jem­ni­czą po­stać chle­ba i wi­na. Ta wia­ra zos­ta­ła ugrun­to­wa­na, gdy uj­rze­li zmar­twych­wsta­łe­go Je­zu­sa. Chrys­tus na­ka­zał ucz­niom, aby to czy­ni­li na Je­go pa­miąt­kę. Po­słusz­ni te­mu po­le­ce­niu gro­ma­dzi­li się na wspól­ną Eucharys­tię, wie­rząc głę­bo­ko, że na mo­cy słów Chrys­tu­sa, sta­je się On obec­ny wśród nich pod po­sta­cia­mi chle­ba i wi­na. My spra­wu­je­my tę pa­miąt­kę w każ­dej Mszy św., a w uro­czys­tość Bo­że­go Cia­ła wy­cho­dzi­my w bar­wnych pro­ces­jach na uli­ce na­szych wio­sek i miast, aby pu­blicz­nie od­dać chwa­łę Je­zu­so­wi i wy­znać swo­ją wia­rę, że w tej bia­łej okru­szy­nie chle­ba jest ży­wy i prawdzi­wy Bóg.

Ocie­ra­jąc się o tę ta­jem­ni­cę, nie­ja­ko od­ru­cho­wo spo­glą­da­my na Bo­ga ocze­ku­jąc zna­ku po­twierdza­ją­ce­go tę praw­dę. Te ocze­ki­wa­nia nie po­zos­ta­ją bez od­po­wie­dzi. Bóg da­je zna­ki, któ­re przy­bie­ra­ją nie­raz ma­te­rial­ny kształt. Jed­nym z nich są wy­dar­ze­nia z ży­cia ko­bie­ty imie­niem Ale­xan­dri­na Ma­ria da Cos­ta. Urodziła się 30 mar­ca 1904 r. w Ba­la­sar, w ma­łej por­tu­gal­skiej wios­ce, le­żą­cej 250 km na pół­noc od Fa­ti­my. Przez po­nad 13 lat nic nie jad­ła ani nie pi­ła, spożywa­jąc je­dy­nie co­dzien­ną Ko­mu­nią św. Przez dłu­gie la­ta w każ­dy pią­tek prze­ży­wa­ła Mękę Pa­na. Szcze­gól­ne­go związ­ku z Eu­cha­rys­tią do­świad­cza­ła od najmłodszych lat. W swo­jej au­to­bio­gra­fii pi­sze: „W Po­voa de Var­zim przy­stą­pi­łam do pier­wszej Ko­mu­nii św. Mia­łam wte­dy siedem lat. Przy­ję­łam Ko­mu­nię św. na kolanach. Mi­mo nis­kie­go wzros­tu mog­łam wi­dzieć Hos­tię. Wy­dar­ze­nie to wy­ry­ło się w mo­jej du­szy. Są­dzi­łam, że zjed­no­czy­łam się z Je­zu­sem tak, że już wię­cej się od Nie­go nie od­łą­czę. Wy­da­je mi się, że On za­wład­nął moim ser­cem. Radości, któ­ra mnie prze­peł­ni­ła, nie spo­sób wy­ra­zić. Wszyst­kim ogło­si­łam tę dob­rą no­wi­nę”.

W wie­ku 15 lat mia­ło miejs­ce wy­dar­ze­nie, któ­re zwią­za­ło jej ży­cie z tajemni­cą krzy­ża Chrys­tu­sa. Pew­ne­go dnia, ona, jej sios­tra i jesz­cze jed­na dziewczy­na by­ły za­ję­te szy­ciem, gdy nag­le za­u­wa­ży­ły trzech męż­czyzn zdążających do drzwi do­mu. Ale­xan­dri­na prze­czu­wa­jąc ich złe za­mia­ry zam­knę­ła drzwi na klucz. Mężczyź­ni wy­wa­ży­li je i wte­dy dziew­czy­ny za­czę­ły ucie­kać a Alexandrina wys­koczy­ła przez ok­no. Po­czu­ła wte­dy ogrom­ny ból w krę­gos­łu­pie, który z cza­sem się po­głę­biał, aż w koń­cu zos­ta­ła zmu­szo­na po­zos­tać w łóż­ku, któ­re­go nie opuści­ła aż do śmier­ci. Zma­ga­jąc się z cier­pie­niem wzras­ta­ła do coraz dos­ko­nalszej jed­noś­ci z cier­pią­cym Chrys­tu­sem. W 1934 ro­ku po Ko­mu­nii św. usły­sza­ła Je­zu­sa za­pra­sza­ją­ce­go ją do uczest­nic­twa w Je­go mę­ce: „Daj mi twe rę­ce, uk­rzy­żu­ję je; daj mi twe sto­py, chcę przy­bić cię do krzy­ża ze mną; daj mi twą gło­wę, uko­ro­nu­ję ją cier­niem tak jak uczy­ni­li to ze mną; daj mi twe ser­ce, prze­bi­ję je włócz­nią, jak i mo­je prze­bi­li, ofia­ruj mi two­je cia­ło, ca­ła ofia­ruj mi siebie”.

W cza­sie ko­lej­nej wiz­ji usły­sza­ła sło­wa Je­zu­sa: „Jes­teś wy­bra­nym prze­ze Mnie ta­ber­na­ku­lum, abym mógł w nim miesz­kać i wy­po­cząć. Chcę za­spo­ko­ić twój głód do mo­je­go Sa­kra­men­tu mi­łoś­ci. Jes­teś jak ka­nał, przez któ­ry przej­dą łas­ki, ja­kich chcę udzie­lić du­szom. Po­przez ten ka­nał du­sze przyj­dą do mnie. Posłu­gu­ję się to­bą, aby wie­le dusz przysz­ło do mnie. Two­je po­śred­nic­two pobudzi licz­ne du­sze do umi­ło­wa­nia mnie w Naj­święt­szej Eu­cha­rys­tii. Przyj­mij teraz, mo­ja cór­ko, Krew z Mo­je­go Bos­kie­go Ser­ca: to jest ży­cie, ja­kie­go potrzebu­jesz, to jest ży­cie, ja­kie­go udzie­lam du­szom”.

W tym cza­sie Ale­xan­dri­na nie przyj­mo­wa­ła żad­nych po­kar­mów ani napojów, spo­ży­wa­ła tyl­ko Ko­mu­nię św. Stąd też ro­dzi­ły się po­dej­rze­nia o oszustwo, dla­te­go w ro­ku 1943 od 10 czer­wca do 20 lip­ca de­cyz­ją bis­ku­pa Bra­gi, Alexandrinę pod­da­no w szpi­ta­lu w Por­to ob­ser­wac­ji. Trze­ba by­ło udo­wod­nić że Ale­xan­dri­na w tym cza­sie nic nie jad­ła, nie pi­ła oraz nie wy­da­la­ła. Umiesz­czo­no ją w spec­jal­nie wy­bra­nym szpi­ta­lu. Po­zos­ta­wa­ła tam sa­ma, jej sios­trze nie wol­no by­ło wcho­dzić do po­ko­ju. Strzeg­ły jej ca­ły czas dwie pie­lęg­niar­ki. Ob­ser­wac­ja szpi­tal­na wy­ka­za­ła, że Ale­xan­dri­na ży­wi się tyl­ko Ko­mu­nią św. Po po­wro­cie ze szpi­ta­la Ale­xan­dri­na ofia­ro­wa­ła swo­je cier­pie­nia mię­dzy in­ny­mi w in­ten­cji wynagro­dze­nia Je­zu­so­wi, za Je­go opusz­cze­nie w wie­lu ta­ber­na­ku­lach świa­ta.

12 kwiet­nia ro­ku 1954, w 12 rocz­ni­cę trwa­ją­ce­go na­dal po­stu, usły­sza­ła sło­wa Je­zu­sa: „Cór­ko, umieś­ciłem cię w świe­cie i spra­wi­łem, że kar­misz się jedynie Mną, aby udo­wod­nić świa­tu, co mo­że Eu­cha­rys­tia, czym jest Mo­je ży­cie w du­szach: świa­tłem i zba­wie­niem ludz­koś­ci”.

13 paź­dzier­ni­ka 1955 r. o 6 ra­no mod­li­ła się sło­wa­mi: „Mój Bo­że, mój Boże, ko­cham Cię! Ca­ła na­le­żę do Cie­bie! Mu­szę odejść! Nie chcę umie­rać nocą, by­ła­bym tak szczęś­li­wa mo­gąc dziś um­rzeć!” Bóg jej wy­słu­chał. Odesz­ła do Pana 13 paź­dzier­ni­ka 1955 ro­ku (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

BŁOGOSŁAWIONA JULIANNA Z MONT CORNILION 

Uroczystość Bożego Ciała skupia naszą uwagę na tajemnicy eucharystycznej obecności Chrystusa pod postaciami chleba i wina. Pamiątkę ustanowienia Eucharystii Kościół obchodził od samych początków w Wielki Czwartek. Jednak w tych dniach w liturgii dominuje motyw Męki Chrystusa i kładzie się jakby cieniem nad radosnym wspomnieniem ustanowienia Eucharystii, stąd też zrodziła się potrzeba nowego święta eucharystycznego, kiedy to wierni z niezmąconą radością i należną czcią mogliby wielbić Chrystusa obecnego w postaciach eucharystycznych. Ta potrzeba z upływem czasu coraz bardziej się konkretyzowała. Do przyśpieszenia tego procesu przyczyniła się w pewnym sensie błędna nauka o Eucharystii, żyjącego w XI wieku Berengarjusza z Tours. Twierdził on, iż w trakcie konsekracji zachodzi przemiana nie rzeczy, a znaczenia tzn. chleb i wino nie zmieniają się rzeczywiście w Ciało i Krew Jezusa Chrystusa, ale stają się symbolami Jego obecności. Po raz pierwszy w dziejach Kościoła ktoś zanegował realną obecność Chrystusa w Eucharystii. Te poglądy wywołały wielkie poruszenie w całym świecie chrześcijańskim. Zostały potępione przez synody. W obronie Eucharystii wystąpili nie tylko hierarchowie i teologowie, ale także wierni, którzy w reakcji na te poglądy domagali się, aby wiarę w realną obecność Chrystusa w Eucharystii mogli wyznawać głośno i publicznie. W odpowiedzi na te pragnienia wiernych Kościół zapoczątkował nabożeństwa do Najświętszego Sakramentu oraz wprowadził zwyczaj podnoszenia hostii i kielicha podczas przemienienia we Mszy Świętej. Był to krok w kierunku odrębnego święta eucharystycznego. Zaś bezpośrednią przyczyną wprowadzenia obchodów Uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej przez papieża Urban IV w 1264 roku dla całego kościoła były objawienia błogosławionej Julianny z Mont Cornillon.

Julianna urodziła się w roku 1192 w Retinne koło Liege. Mając zaledwie 5 lat straciła rodziców. Wychowaniem sieroty zajęły się siostry augustianki z klasztoru Mont Cornillon w pobliżu Liege. Tutaj Julianna ukończyła szkołę zakonną. Okazała się bardzo zdolnym dzieckiem. Jak mówią jej żywoty, bardzo szybko nauczyła się na pamięć całego psałterza. Czytała ze zrozumieniem i wielkim szacunkiem Pismo święte, jak i też dzieła św. Augustyna i św. Bernarda. Zadziwiała siostry swoją pracowitością i pobożnością. Od najwcześniejszych lat żywiła szczególną pobożność do Najświętszego Sakramentu. Zanim jeszcze przyjęła pierwszą Komunię, błogosławiona Julianna podejmowała posty, które według sióstr były zbyt surowe. Kiedy siostry zachęcały ją do posiłku, ona odpowiadała, że bardziej pragnie pokarmu Eucharystycznego. Gdy Julianna osiągnęła odpowiedni wiek, zwróciła się prośbą o przyjęcie do zakonu augustianek, w którym przebywała. Prośbie tej uczyniono zadość. Jako zakonnica poczyniła jeszcze większe postępy w mądrości bożej, pobożności i w ascetycznym trybie życia. To sprawiło, że po śmierci przeoryszy klasztoru w Mont Cornillon powierzono Juliannie ten urząd.

Julianna, z macierzyńską dobrocią kierowała powierzoną sobie wspólnotą zakonną. Wspomagała siostry radą, modlitwą, a najbardziej przykładem swojego postępowania. Otrzymała także od Boga wiele darów, między innymi dar przewidywania przyszłości, znajomości wydarzeń, które działy się daleko, jaki też dar czytania ludzkich myśli. Jej dusza dojrzewała do wielkich dzieł, do których Bóg ją wybrał. Już od szesnastego roku życia miała nadprzyrodzone wizje, w których poznawała coraz bardziej niezgłębioną dobroć Boga. Podczas jednej z najważniejszych wizji ujrzała księżyc w pełni, który na swej tarczy miał ciemne miejsce, jakby ktoś ułamał jego kawałek. Ilekroć klękała do modlitwy to widzenie się powtarzało. Myślała, że jest to pokusa, która zakłóca jej modlitewne skupienie, stąd też chciała pozbyć się tego widzenia, ale bezskutecznie. Ostatecznie zaczęła usilnie prosić Boga o wyjaśnienie sensu tej wizji. Prosiła także siostry, aby modliły się w tej samej intencji. Modlitwy zostały wysłuchane. W widzeniu, Chrystus powiedział Juliannie: „Księżyc oznacza Kościół katolicki, czarna plama na tarczy wyraża brak uroczystości na cześć Najświętszego Sakramentu, którą to uroczystość pomiędzy wiernymi na całym świecie zaprowadzić należy. Wolą Moją jest, aby na pamiątkę zaprowadzono szczególnie uroczyste święto, albowiem w Wielki Czwartek wierni więcej rozmyślaniem Męki Mojej są zajęci”. Chrystus objawił także Juliannie, że uroczystości Bożego Ciała ma być obchodzona w czwartek po niedzieli Świętej Trójcy.

Julianna kierowana pokorą wymawiała się od wypełnienia tego polecenia Chrystusa, prosząc Go, aby wybrał jakiegoś uczonego lub świętego kapłana do wypełnienia tej misji. W milczeniu czekała długie lata na odpowiedź Jezusa. I w końcu, po dwunastu latach objawień zdecydowała się opowiedzieć o tym biskupowi i teologom. Biskup Liege, Robert, po naradzie ze swoją kapitułą i po szczegółowym zbadaniu objawień, postanowił wypełnić życzenie Pana Jezusa. W roku 1246 biskup Robert ustanowił święto Bożego Ciała dla diecezji w Liège. Wkrótce, biskupi sąsiednich diecezji wzięli przykład z niego. Jednak po śmierci biskupa Roberta, duchowieństwo miasta za namową teologów uznało krok zmarłego ordynariusza za przedwczesny, a wprowadzenie święta pod taką nazwą za niewłaściwe. Co więcej, omalże nie oskarżono św. Julianny o herezję. Karnie została przeniesiona z klasztoru w Mont Cornillon na prowincję. Jednak sprawa zapoczątkowana przez Juliannę pochodziła od Boga i nie mogła zaginąć. Na interwencję archidiakona katedry w Liege, Jakuba, kardynał Hugo z Saint – Cher po ponownym zbadaniu sprawy zatwierdził to święto. W roku 1251 archidiakon Jakub ponownie przewodniczył uroczystościom eucharystycznym w Liege. A ręka boża była nad nim i nad tym świętem, gdyż wkrótce ten syn szewca z Troyes został biskupem w Verdum, patriarchą Jerozolimy i w końcu papieżem, przybierając imię Urbana IV. I to on w roku 1264 wprowadził obchód uroczystości Bożego Ciała w całym Kościele.

Juliana nie doczekała tego dnia. Zamknięta w klasztorze na prowincji, z całą uległością woli Bożej poddała się temu, co ją spotkało. W duchu dziękczynienia Bogu przyjęła chorobę i inne cierpienia, których doświadczała w ostatnich latach swojego życia. Tak jak wcześniej przepowiedziała, odeszła do Pana w klasztorze sióstr cysterek w Fosses 5 kwietnia 1258 roku, w piątek o tej samej godzinie, w której umierał Jezus Chrystus. Pochowano ją w Villiers. Wkrótce na jej grób zaczęli przybywać pielgrzymi, którzy doznawali wielu łask i cudów za jej wstawiennictwem (z książki Wypłynęli na głębię).

 

„SZCZĘŚCIE ZALEŻY OD NAS SAMYCH”

W okresie Świąt Bożego Narodzenia 2013 roku zdiagnozowano u Atheny Orchard z brytyjskiego Leicester nowotwór złośliwy. Przeszła operację kręgosłupa i wielomiesięczną chemioterapię. Przegrała jednak roczną walkę z rakiem. 4 czerwca tego roku odeszła do Pana. To co odkryto po jej śmierci przeczy niejako stwierdzeniu „przegrała walkę”, i ukazuje nowy wymiar naszego życia, nawet gdy dotyka nas śmierć. W jej pokoju stało duże lustro, na odwrocie którego, napisała markerem coś w rodzaju duchowego testamentu. Napis ten odkryli rodzice, porządkując pokój po jej śmierci. Ojciec Atheny powiedział dla „Daily Mail”: „Lustro zawsze stało przy ścianie w jej pokoju. Nigdy nie widzieliśmy, co jest na odwrocie. Ona nigdy o tym nie mówiła. Była bardzo uduchowionym i inteligentnym dzieckiem. Nieraz nawet jej nie rozumiałem do końca. Kiedy przesunąłem lustro w jej pokoju po jej śmierci, nie mogłem uwierzyć, w to co zobaczyłem. Na odwrocie lustra był tekst liczący około trzech tysięcy słów. To było tak wzruszające, że nie mogłem powstrzymać łez. Zacząłem czytać, ale nie mogłem dokończyć. Moje serce łkało z bólu”. Matka powiedziała, że Athena straciła włosy, ubyło jej sił fizycznych, jednak to nie pozbawiło jej pozytywnego spojrzenia na życie, nawet w obliczu nieuchronnie zbliżającej się śmierci. W swoim „testamencie” Athena napisała między innymi: „Szczęście zależy od nas samych. Może w moim przypadku nie będzie szczęśliwego zakończenia, ale pamiętajcie, że każde życie ma cel. W tej perspektywie nie ma większej różnicy między tym co zwyczajne a tym co nadzwyczajne. Każdy dzień jest wyjątkowy, więc wykorzystajcie go jak najlepiej. Jutro możecie się dowiedzieć, że jesteście śmiertelnie chorzy. Życie jest złe, jeśli takie je sami uczynicie. Miłość nie jest pragnieniem kogoś, z kim możesz spędzić przyszłość, ale pragnieniem kogoś, bez którego nie wyobrażasz sobie życia. Życie jest grą dla każdego z nas, miłość jest tylko nagrodą”. Athena kierowała te słowa do swoich rodziców i dziewięciorga rodzeństwa. Te słowa mogą być pouczające i inspirujące dla nas. Jednak w poszukiwaniu jeszcze głębszej tajemnicy naszego życia przenieśmy się w czasie i przestrzeni.

Dwa tysiące lat temu, w Jerozolimie, w Wieczerniku, Jezus przed swoją męką spożywał z uczniami paschalną wieczerzę. Przez znak umycia uczniom nóg, nasycił to wydarzenie miłością. W atmosferze miłości, wziął chleb i powiedział: „Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje”, podobnie uczynił z winem, mówiąc: „Bierzcie i pijcie, to jest Krew Moja”. A później dodał: „To czyńcie na moją pamiątkę”. Posłuszni temu poleceniu czynimy to w każdej Mszy św. A w Uroczystość Ciała i Krwi Pańskiej wychodzimy procesjonalnie na zewnątrz kościoła, aby w ten sposób głosić tajemniczą obecność Chrystusa pod postaciami Chleba i Wina. W tym uroczystym dniu Chrystus mówi do nas: „Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje Ciało za życie świata. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim”. Dla nas wyznawców Chrystusa, te słowa są dopełnieniem ludzkich historii, podobnych do historii Atheny. Przez Eucharystię mamy udział w tajemnicy życia i zmartwychwstania Chrystusa. Św. Paweł w Liście do Koryntian pisze: „Chleb, który łamiemy, czyż nie jest udziałem w Ciele Chrystusa? Ponieważ jeden jest chleb, przeto my, liczni, tworzymy jedno ciało. Wszyscy bowiem bierzemy z tego samego chleba”.

Wielu z nas powraca wspomnieniami do uroczystości kanonizacyjnej Jana Pawła II. Powracamy nie tylko ze względów sentymentalnych, ale przede wszystkim, aby słuchać nauki naszego Świętego. On to w roku 2000, w jerozolimskim Wieczerniku powiedział: „Posłuszny Chrystusowemu poleceniu Kościół codziennie powtarza te słowa podczas sprawowania Eucharystii. Słowa, które wypływają z głębi tajemnicy Odkupienia. Sprawując ucztę paschalną w Górnej Izbie, Jezus wziął kielich napełniony winem, pobłogosławił go i dał go swoim uczniom. Była to część starotestamentowego obrzędu paschalnego. Lecz Chrystus, Kapłan nowego i wiecznego Przymierza posłużył się tymi słowami, by głosić zbawczą tajemnicę Jego Męki i Śmierci. Pod postaciami chleba i wina ustanowił On sakramentalne znaki Ofiary swego Ciała i Krwi. ’Ty nas wybawiłeś przez Krzyż i Zmartwychwstanie Twoje. Ty jesteś Zbawicielem Świata’. Podczas każdej Mszy Świętej głosimy tę ‘tajemnicę wiary’, która od dwóch tysięcy lat karmi i podtrzymuje Kościół w jego pielgrzymowaniu wśród prześladowań świata i pociech Bożych, zwiastując Krzyż i Śmierć Pana, aż przybędzie. W pewnym sensie Piotr i Apostołowie w osobie ich Następców powrócili dzisiaj do Górnej Izby, aby wyznać niezmienioną wiarę Kościoła: ‘Chrystus umarł. Chrystus zmartwychwstał. Chrystus powróci’”.

W pierwszym czytaniu słyszymy słowa Mojżesza skierowane do Ludu Bożego: „Nie zapominaj twego Pana Boga, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli. On cię prowadził przez pustynię wielką i straszną, pełną wężów jadowitych i skorpionów, przez ziemię suchą, bez wody, On ci wyprowadził wodę ze skały najtwardszej. On żywił cię na pustyni manną, której nie znali twoi przodkowie”. Był to chleb z nieba. Sycił on głód fizyczny, ale także głód bliskości Boga. Manna na pustyni upewniała Izraelitów, że Bóg jest z nimi, troszczy się o nich. Chleb był znakiem miłości Boga. Do tych słów nawiązuje Chrystus w dzisiejszej Ewangelii: „To jest chleb, który z nieba zstąpił, nie jest on taki jak ten, który jedli wasi przodkowie, a pomarli. Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki”. Chleb, którym jest sam Jezus jest pokarmem na życie wieczne. Dlatego w tym uroczystym dniu stajemy przy ołtarzu, aby sprawować pamiątkę Wieczerzy Pańskiej i sycić się chlebem wieczności. W czasie Mszy św. po słowach: „Oto wielka tajemnica wiary” odpowiadamy: „Chrystus umarł. Chrystus zmartwychwstał. Chrystus powróci”. Wiele razy uczestniczyliśmy w tajemnicy przeżywania śmierci Chrystusa, szczególnie w Wielki Piątek, podobnie przygotowywaliśmy się na do tajemnicy zmartwychwstanie Chrystusa. W poranek wielkanocny z radością śpiewaliśmy wesołe Alleluja, Chrystus zmartwychwstał. Przed nami przygotowanie do uczestnictwa w tajemnicy, którą wyrażamy słowami: „Chrystus powróci”. I ten moment w naszym życiu będzie najważniejszy, bo będzie decydował o naszej wieczności. Pokarmem w drodze na to spotkanie jest Eucharystia.

Bernard Margueritte, znany dziennikarz i publicysta w wywiadzie dla tygodnika „Niedziela” powiedział: „Niedzielna Eucharystia jest mi potrzebna jak Chleb Chrystusowy, jak powietrze, jak nowe oddychanie. Bez niej nie mógłbym nawet próbować prowadzić życia chrześcijańskiego. Jestem za słaby! Co bym zrobił bez Eucharystii? Jest ona w cudownej dialektyce źródłem, początkiem oraz centrum naszej wiary, motywem do działania, a także celem, do którego dążymy. Przecież w tym momencie dotykamy tego, czego nie da się wypowiedzieć. Bóg jest tu, stał się człowiekiem i jest we mnie! A więc i ja (ty, każdy) od tego momentu jestem poniekąd Boski. To święto miłości. Chrystus do końca nas umiłował: „To jest Ciało moje, które za was będzie wydane…” (Kurier Plus, 2017).

 

USŁYSZEĆ NAJWAŻNIEJSZE

Chiński król Ts’ao, panujący na przełomie drugiego i trzeciego wieku wysłał swojego syna, który miał odziedziczyć jego tron na studia do słynącego z mądrości wielkiego mistrza Pana Ku. Tu miał zdobywać postawy bycia dobrym władcą. Książe przybył do klasztoru, w którym mieszkał mistrz Pan Ku. Następnego dnia mistrz wysłał księcia T’ai do lasu Ming-Li. Po roku chłopiec miał wrócić do świątyni i opisać głosy jakie tam usłyszał. Po upływie wyznaczonego czasu T’ai wrócił i stanął przed swoim mistrzem, który poprosił go o opisanie wszystkich głosów jakie usłyszał w lesie. „Mistrzu, słyszałem głos kukułki, szelest liści, szelest skrzydeł kolibrów, głosy świerszczy, szum trawy, brzęk pszczół, cichy powiew wiatru i ryk gwałtownej burzy” -powiedział książe. Jednak to nie zadowoliło Pana Ku. Mistrz ponownie polecił wrócić księciu do lasu i uważniej się wsłuchiwać w głos puszczy. Książę był zaskoczony poleceniem mistrza. Przecież wymienił wszystkie głosy jakie usłyszał w lesie. Niczego nie przegapił. Jednak zgodnie z poleceniem mistrza książe wrócił do lasu.

Przez wiele długich dni i nocy młody książę siedział samotnie w lesie i nasłuchiwał. Ale nie słyszał innych dźwięków niż te, o których mówił wcześniej mistrzowi. Jednak pewnego poranka, gdy siedział w milczeniu pod drzewem, zaczął wyczuwać delikatne dźwięki, niepodobne do niczego, co kiedykolwiek wcześniej słyszał. Im uważniej wsłuchiwał się w nie, tym bardzie stawały wyraźniejsze. Chłopca ogarnęło poczucie oświecenia, zrozumienia świata. To muszą być dźwięki, które mistrz miał na myśli, powiedział do siebie książę i postanowił wrócić. Po powrocie mistrz zapytał go, czy usłyszał coś więcej. Na co książę T’ai odpowiedział: „Mistrzu, kiedy słuchałem uważnie, usłyszałem niesłyszalne: odgłos otwierających się kwiatów, odgłos słońca ogrzewającego ziemię i odgłos trawy pijącej poranną rosę”. Mistrz Pan Ku z aprobatą skinął głową i pochwalił młodego księcia, że usłyszał to co jest niesłyszalne, ale najważniejsze w życiu.

Przez pryzmat powyższej przypowieści spójrzmy na dzisiejszą Uroczystość

Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Załóżmy, że Chrystus mówi do nas: „Idź w Uroczystość Bożego Ciała do kościoła na Mszę św. i powiedz mi co widziałeś, co jest najważniejsze, co zapadło w twoją pamięć?” Po powrocie z kościoła, zapewne wielu z nas mogło by powiedzieć: „Uroczystość była trochę przydługa, ale piękna i podniosła. Warto było wybrać się w tym dniu do kościoła, który był pięknie udekorowany symbolami eucharystycznymi. Dziewczynki i chłopcy byli ubrani w piękne pierwszokomunijne stroje, ministrantów było więcej niż zwykle. Chór przygotował piękne śpiewy a kapłan wygłosił płomienne kazanie o Twojej obecności w białym kawałku chleba. Oprócz organów, orkiestra dęta miejscowej Ochotniczej Straży Pożarnej uświetniała dzisiejszą liturgię. Święty obrazy i feretrony zostały na tę okazję specjalnie udekorowane. Na zakończenie Mszy św. kapłan postawił złotą, najbardziej ozdobną monstrancję, gdzie umieszczono Ciebie pod postacią chleba.

Uformowała się uroczysta, przepiękna procesja. Wyruszyliśmy na ulice naszego miasta. Procesja była tak długa jak nigdy dotąd. Może pół kilometra. Domy na trasie procesji były przepięknie udekorowane, podobnie jak ołtarze na tę uroczystość. Każdy inny w swej dekoracyjnej wymowie, dostosowany do Twoich słów, które były czytane przy każdym z ołtarzy. Na wietrze powiewały feretrony, wierni nieśli przyozdobione na tę okazję święte obrazy, głos orkiestry dętej i pieśni eucharystycznych roznosił się po okolicy. Ministranci podsypywali do kadzielnicy wonne kadzidło, którego zapach rozchodził się po opłotkach domów, jak ofiara pochwalna, jak Twoje błogosławieństwo, które ogarnia każdego. Dziewczynki w nieskazitelnie białych szatach sypały pod Twoje stopy płatki różnorakich kwiatów. Ulica stawała się barwnym i pachnącym dywanem. To wszystko było ukierunkowane na złotą monstrancję, gdzie byłeś obecny pod postacią Eucharystyczną.

Chrystus zapewne z wielką uwagą wysłuchałby nas, ale nasza opowieść prawdopodobnie do końca by Go nie zadowoliła. Wysłałby nas ponownie, abyśmy poszli i usłyszeli to, co jest najważniejsze w ogromnej tajemnicy naszej wiary, tajemnicy obecności Chrystusa pod postaciami chleba i wina. To zewnętrzne piękno musiałoby być dopełnione istotnymi wartościami, które kryją się w tej białej okruszynie chleba. Zapewne trzeba by w najgłębszej ciszy tej wewnętrznej i tej zewnętrzne, w postawie pokory uklęknąć przed Najświętszym Sakramentem i w wsłuchiwać się w głos Chrystusa, który mówi do nas. Takie momenty nazywamy często adoracją Najświętszego Sakramentu. Święty Jan Paweł II w adoracji odnajdywał moc do świętego życia: Za św. Alfonsem Marią Liguorim uważał, że: „Wśród różnych praktyk pobożnych adoracja Jezusa sakramentalnego jest pierwsza po sakramentach, najbardziej miła Bogu i najbardziej pożyteczna dla nas. Eucharystia jest nieocenionym skarbem: nie tylko jej sprawowanie, lecz także jej adoracja poza Mszą św. pozwala zaczerpnąć z samego źródła łaski”.

W czasie homilii w Tarnowie św. Jan Paweł II przypomniał, że adoracja jest autentycznym i bardzo ważnym spotkaniem z Bogiem: „Prawdopodobnie sobie myślicie: co ten papież – przyjechał, wyszedł tu na górę, tak stoi i się patrzy. Właśnie, to ja tu przyjechałem się napatrzeć. Jak się spotkać inaczej? Żeby się spotkać, trzeba się sobie przypatrzeć. Więcej, trzeba się siebie napatrzeć. I temu właśnie w zgromadzeniu wiernych pragnę się napatrzeć nie tylko wzrokiem, nie tylko oczami ciała, ale właśnie wzrokiem serca, wzrokiem wiary”. W nawiązaniu do tych słów można powiedzieć, że adoracja polega na napatrzeniu się na Jezusa ukrytego w Hostii. Dla św. Jana Pawła II wzorem takiej postawy była Maryja: „Jej spojrzenie było zawsze pełne adorującego zadziwienia”. W kontemplacji otrzymujemy łaskę coraz głębszego poznania Pana Jezusa, co pomaga nam bardziej Go kochać i naśladować. Wiele tutaj zależy od naszej wiary.

W adoracji ważne są myśli słowa płynące naszego serca. Ale inspiracją mogą być dla nas rozważania tytanów duchowych, jak św. Jan Paweł II. A zatem adorujmy Chrystusa eucharystycznego, korzystając z refleksji św. Jana Pawła II: „Panie Jezus, stajemy przed Tobą, wiedząc, że nas wzywasz i nas kochasz, takimi, jakimi jesteśmy. Ty masz słowa życia wiecznego, a myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga. Przez Ciebie i Ducha Świętego, którego nam przekazujesz, pragniemy dotrzeć do Ojca, aby wypowiedzieć Mu nasze ‘tak’ złączone z Twoim. Z Tobą możemy teraz wyznać: Ojcze nasz. Idąc za Tobą, Drogą, Prawdą i Życiem pragniemy przeniknąć pozorne ‘milczenie’ ‘nieobecność’ Boga, rozpędzając chmury nad górą Tabor, aby słuchać głosu Ojca, który mówi: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie. Jego słuchajcie’”.

Słowa nie są konieczne w adoracji św. Jan Vianney mówił: „Kiedy jesteśmy przed Najświętszym Sakramentem, zamknijmy oczy i usta, otwórzmy nasze serca, a Bóg otworzy swoje; wejdziemy do Niego, On przyjdzie do nas, jedno, aby prosić, drugie, aby otrzymać; będzie to jak tchnienie z serca do serca” (Kurier Plus, 2020).

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *