18 cze

Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

 

ROŚNIE CHLEB- BOŻE CIAŁO

Jezus opowiadał rzeszom o królestwie Bożym, a tych, którzy leczenia potrzebowali, uzdrawiał. Dzień począł się chylić ku wieczorowi. Wtedy przystąpiło do Niego Dwunastu mówiąc: Odpraw tłum; niech idą do okolicznych wsi i zagród, gdzie znajdą schronienie i żywność, bo jesteśmy tu na pustkowiu. Lecz On rzekł do nich: Wy dajcie im jeść! Oni odpowiedzieli: Mamy tylko pięć chlebów i dwie ryby; chyba że pójdziemy i nakupimy żywności dla wszystkich tych ludzi. Było bowiem około pięciu tysięcy mężczyzn. Wtedy rzekł do swych uczniów: Każcie im rozsiąść się gromadami mniej więcej po pięćdziesięciu! Uczynili tak i rozmieścili wszystkich. A On wziął te pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo i odmówiwszy błogosławieństwo, połamał i dawał uczniom, by podawali ludowi. Jedli i nasycili się wszyscy, i zebrano jeszcze dwanaście koszów ułomków, które im zostały (Łk 9,11b-17).

Indianie z plemienia Inków w Peru wybudowali wspaniałą świątynię słońca w Cuzco. Świątynia ta miała tylko trzy ściany; północną, południową i zachodnią. Nie było w niej ściany wschodniej i dachu. Wewnętrzna zachodnia ściana wyłożona była złotem, które wypolerowane lśniło jak lustro. Wierni gromadzili się w świątyni przed wschodem słońca. Twarzami byli zwróceni ku zachodowi. Promienie wschodzącego słońca odbijały się od lustrzanej ściany. Świątynia wypełniała się nadzwyczajnym blaskiem. Światło swą intensywnością i złotem oszałamiało wiernych, których twarze opromienione tym blaskiem nabierały nadzwyczajnego wyrazu. Radość i ekstaza na twarzach wiernych zdawały się przenikać ich serca. Spojrzenie w twarz boga słońca przemieniało ludzi.

Ten blask w świątyni boga słońca pochodził od prawdziwego Boga, który poprzez wspaniałość swych stworzeń objawiał się człowiekowi. Indianie zauroczeni bożym dziełem- słońcem nie dostrzegli jego Stwórcy. I tak słońce stawało się bogiem. Taki były początki szukania Boga przez człowieka. Mijały długie wieki zanim człowiek był w stanie przyjąć objawienie Jedynego Boga, który jest Stwórcą wszechrzeczy. A jeszcze dłużej czekał na światło bijące od Jezusa Chrystusa, Syna Bożego i naszego Zbawcy.

W uroczystość Bożego Ciała, którą dzisiaj obchodzimy tysiące złotych monstrancji odbija i załamuje promienie słońca, które o tej porze roku przygrzewa najgoręcej. W tym dniu można zobaczyć złote monstrancje na ulicach polskich wiosek i miast. Odbite światło monstrancji zmienia wygląd ulic i przemienia ludzi. Domy są przystrojone zielenią i kwiatami. Barwne dekoracje zakrywają codzienną szarzyznę. Ulice stają się barwnym kobiercem. Dziewczynki ubrane w nieskazitelnie białe sukienki rzucają płatki kwiatów u stóp monstrancji i wołają: „Święty, święty Pan Bóg zastępów.” Kolorowe sztandary i chorągwie. Ministranci z dzwonkami i kadzidłem. Pamiętamy te procesje. Odświętność wypełniała wtedy nasze dusze. Poeci nastrój tego dnia wyrażali w najpiękniejszych strofach. Jednym z nich jest Tadeusz Makowiecki.

„Pod baldachimem z gorącej mgły i złota

(na wysokich drążkach niosą go anieli)

Słoneczna monstrancja rzęsiście migota,

Złociście się weseli.

Płatki, kwiatki, bławatki lecą u dróżek,

Dzwonią świerszcze dzwonkami dźwięcznej kapeli,

Monstrancja, świetlista, promienista w górze

Złociście się weseli.

A w dole chwieją się, chwieją aż do ziemi

Kłosy zbożne, pobożne, kornie, nieśmiało,

W chrzęście nie słyszą, jak w nich cicho, tajemnie

Rośnie chleb- Boże Ciało.

Cały ten przepych i splendor procesji Bożego Ciała jest ku czci małej okruszyny chleba zamkniętej w złotej monstrancji. Chleb, który rośnie na naszych polach, chleb, który Jezus rozmnożył na pustkowiu stał się nie tylko znakiem obecności Boga wśród nas, ale samą obecnością. Jezus przed swoją męką wziął w swoje ręce chleb, połamał go i dał swoim uczniom mówiąc: „Bierzcie i jedzcie to jest Ciało moje.” Na mocy cudownego zrządzenia Bóg jest obecny w małej okruszynie chleba, którą człowiek spożywając staje się domownikiem samego Boga. Ten blask bijący od złotej monstrancji jest jak gdyby tłem dla innego światła, które płynie od Boga utajonego pod postacią chleba, światła, które przenika najgłębsze ciemności i staje się światłością wiekuistą.

Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa obchodzimy w czwartek po uroczystości Trójcy Przenajświętszej. Uroczystość ta w niektórych krajach jest przenoszona na niedzielę, decyzja w tej sprawie należy do episkopatu. W Polsce obchodzimy Boże Ciało w czwartek, zaś w Stanach Zjednoczonych w niedzielę.

Uroczystość Bożego Ciała zaczęto obchodzić w XIII wieku pod wpływem ruchów pobożnościowych koncentrujących się na obecności Chrystusa w Eucharystii. Bezpośrednią przyczyną wprowadzenia święta Bożego Ciała były objawienia bł. Julianny, augustianki z klasztoru Mont- Cornillon w Belgii. Bł. Julianna miała tajemnicze widzenie jasnej tarczy księżyca z widoczną ciemną plamą na jego obwodzie. Objawienie to powtarzało się wiele razy. Bł. Julianna otrzymała także wyjaśnienie tego widzenia. Tarcza księżyca oznacza cykl świąt kościelnych w ciągu roku, a ciemna plama na jego obwodzie to brak wśród nich święta ku czci Chrystusa obecnego w Najświętszym Sakramencie.

Po zbadaniu tych objawień przez teologów i wydaniu o nich pozytywnej opinii, niektórzy biskupi wprowadzili to święto w swoich diecezjach. Papież Jan XXII w 1317 r. ogłosił tę uroczystość jako obowiązującą w całym Kościele. Pierwszą diecezją świętującą Boże Ciało w Polsce była diecezja krakowska. Nieco później wprowadzono procesje Bożego Ciała. W Polsce miały one i mają bardzo uroczysty charakter. Ta uroczysta oprawa nie może jednak przesłonić najistotniejszej prawdy tego święta, że Chrystus ukryty pod postacią chleba staje się naszym pokarmem na drodze zbawienia (z książki Ku wolności).

 

„JA BĘDĘ O TOBIE PAMIĘTAŁ”

Melchizedek, król Szalemu, wyniósł chleb i wino; a ponieważ był on kapłanem Boga Najwyższego, błogosławił Abrama, mówiąc: «Niech będzie błogosławiony Abram przez Boga Najwyższego, Stwórcę nieba i ziemi! Niech będzie błogosławiony Bóg Najwyższy, który w twe ręce wydał twoich wrogów!» Abram dał mu dziesiątą część ze wszystkiego (Rdz 14, 18-20).

Warto czasami odwiedzić cmentarz nawet ten, na którym nie spoczywa nikt z naszych bliskich. Jest to miejsce, którego unikają nierozsądni, zaś rozsądni uczą się tam mądrości. Perspektywa życia upamiętniona znakiem nagrobnym daje rozsądnym szansę spojrzenia na życie w ostatecznej perspektywie, co z kolei stwarza możliwość mądrzejszego wykorzystania każdej chwili naszego życia.

Możemy się tam wiele nauczyć między innymi o pamięci i zapomnieniu. Szczególnie stare cmentarze ukazują jak zawodne są ludzkie usiłowania zachowania o sobie pamięci. Po drewnianych krzyżach nie ma śladu, a groby, które one znaczyły już są rozdeptanie. Kamienne trzymają się lepiej, na niektórych można odczytać nadżarte czasem wyryte nazwiska, ale to tylko kwestia czasu, gdy staną się nieczytelne i zapomniane.

Czy pamięć o nas jest aż tak ważna? Jest to pytanie retoryczne. Odpowiedź jest oczywista. Nie tylko poprzez pomniki człowiek chce zachować jak najdłużej pamięć o sobie, ale także poprzez różnego rodzaju fundacje sygnowane swoim nazwiskiem, dzieła, w tym dzieła literackie itd. Zapomnienie to pewnego rodzaju śmierć, a któż z nas nie chciałby żyć, w każdym sensie, jak najdłużej.

Sądzę, że takie myślenie zmienia się, gdy człowiek staje po drugiej stronie życia. Z pewnością nie będzie tak ważna dla nas tego typu pamięć. Bardziej użyteczna okaże się pamięć, która w solidarnej jedności łączy wszystkich ludzi w dążeniu do Boga, który jest źródłem pełni życia. Ogólnie tę pamięć można nazwać pamięcią modlitewną. A zatem zapomnienie w pierwszym sensie ma nie wielkiego znaczenie w wieczności, chociaż bardzo boli, gdy żyjemy na ziemi

Kapłan może bardziej, niż kto inny spotyka się z ludźmi, którzy boleśnie przeżywają zapomnienie nawet przez najbliższych. Do nich należy Malwnina. Kiedyś była bardzo uczynna, wielu dzięki niej stanęło tutaj w Stanach na nogi. Wokół niej było wielu przyjaciół i znajomych. Dzisiaj przykuta do wózka inwalidzkiego czeka na telefon, odwiedziny dawnych znajomych czy przyjaciół. Czeka bezskutecznie. To zapomnienie boli, ale bardziej ją boli to, że zapomniały o niej własne dzieci. Odwiedzają ją bardzo rzadko i wygląda na to, że te odwiedziny są bardziej z obowiązku niż z potrzeby serca. Tym, który podtrzymuje ją na duchu, daje siłę do życia jest Ten, którego przynoszę jej w każdy pierwszy piątek miesiąca pod postacią chleba. On zdaje się jej mówić: „Nawet gdyby wszyscy o tobie zapomnieli, Ja będę o tobie pamiętał”. A ona Mu wierzy.

Jest to Ten, który nie zapomniał o rzeszy zgłodniałych na pustkowiu. Pamięć to przede wszystkim czyn. Rozmnożył, zatem dla nich chleb, aby każdy mógł zaspokoić swój głód. Ten cudownie rozmnożony chleb stał się zapowiedzią pokarmu, którym stanie się sam Chrystus. Gdy przyszedł czas pożegnania z apostołami przed śmiercią, Chrystus w Czasie Ostatniej Wieczerzy bierze chleb i mówi: „Bierzcie i jedzcie to jest ciało moje.” Podobnie bierze kielich z winem mówiąc: „Bierzcie i pijcie z niego wszyscy, to jest bowiem kielich krwi mojej.” Następnie dodaje, aby czynili to na Jego pamiątkę. Chrystus chce byśmy pamiętali o tym wydarzeniu, ale ta pamięć jest bardziej potrzebna nam niż Chrystusowi.

Pewnego razu ks. Piotr Zendzian został zaproszony przez młodych ludzi, którym przed wielu laty asystował przy ślubie małżeńskim. Była to okazja do wspomnień. Jak zwykle wyciągamy wtedy albumy, przeglądamy fotografie i inne pamiątki. Ks. Piotr przerzuca kartki pamiątkowego albumu, aż tu nagle na jednej ze stron wśród fotografii zobaczył zaklejony pod folią komunikant. „Co to jest?”- pyta zaskoczony ks. Piotr. „To? A, to kumania św., której ks. udzielił w czasie ślubnej mszy świętej”- odpowiada spokojnie matka dawnych nowożeńców.

Taka pamięć o Ostatniej Wieczerzy nic nie wnosi w nasze życie, a ponad to jest profanacją największej tajemnicy wiary. Pamięć, jakiej domaga się Chrystus ma przejawiać się w działaniu. Mówi On: „Bierzcie i jedzcie”. Aby spożywać ten chleb na uczcie Eucharystycznej trzeba być odpowiednio przygotowanym. Tak jak idziemy na uroczyste przyjęcie przygotowujemy odpowiedni strój, tak też musimy być przygotowani na tę ucztę, tylko, że tu najistotniejsze jest przygotowanie duchowe, czystość wewnętrzna. Wtedy spożywany chleb staje się dla nas pokarmem na życie wieczne. Wpisujemy się do księgi życia, jak często mówi Biblia o tych, którzy w Bogu zyskują wieczność. Przyjdzie czas, kiedy nasza krew zacznie krążyć wolniej, nasze ciało będzie obumierać, a wtedy ci, którzy przez spożywanie Ciała Chrystusa włączyli się w Jego organizm żyć będą Jego życiem. A pamięć o nich nigdy nie zostanie wymazana.

Porywające są słowa o pierwszych chrześcijanach, którzy w Eucharystii odnajdywali siłę, radość i nadzieję. Pismo św. mówi, że trwali oni w łamaniu chleba, tak określano sprawowanie Eucharystii. Każdy spożywał ten chleb i modlił się. Ci, którzy spożywali chleb i trwali na modlitwie czynili cuda i znaki. To miało wpływ na ich codzienne życie. „Sprzedawali majątki i dobra i rozdzielali je każdemu według potrzeby. Codziennie trwali jednomyślnie w świątyni, a łamiąc chleb po domach, przyjmowali posiłek z radością i prostotą serca. Wielbili Boga, a cały lud odnosił się do nich życzliwie. Pan zaś pomnażał im codziennie tych, którzy dostępowali zbawienia (Dz. 2,45-47).

Pewnego razu król odwiedził bardzo ubogą rodzinę. W czasie tej wizyty zapytał małe dziecko: „Czy chcesz zobaczyć mój pałac? Jest to najwspanialszy dom w całym królestwie”. Dziecko odpowiedziało: „Kiedy Wasza Wysokość jest w moim domu, wtedy mój dom jest najwspanialszy w królestwie”. Parafrazując to zdarzenie można powiedzieć, że Jezus przez Eucharystię w niepowtarzalny sposób bierze w posiadanie nasze serce, a wtedy staje się ono najpiękniejszym miejscem na świecie. Te prawdę będziemy głosić, gdy wyjdziemy na ulice miast i wsi w procesji Bożego Ciała (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

MOC ROZMNAŻANIA CHLEBA  

Bracia: Ja otrzymałem od Pana to, co wam przekazałem, że Pan Jezus tej nocy, kiedy został wydany, wziął chleb i dzięki uczyniwszy połamał i rzekł: „To jest Ciało moje za was wydane. Czyńcie to na moją pamiątkę”. Podobnie skończywszy wieczerzę wziął kielich, mówiąc: „Ten Kielich jest Nowym Przymierzeni we Krwi mojej. Czyńcie to, ile razy pić będziecie, na moją pamiątkę”. Ilekroć bowiem spożywacie ten chleb albo pijecie kielich, śmierć Pańską głosicie, aż przyjdzie (1 Kor 11,23-26).

Na zielonych galilejskich wzgórzach, przytykanych barwnymi kwiatami  rozsiadła się rzesza ludzi, którzy z uwagą słuchali Jezusa. Spoglądając na spokojną taflę Jeziora Galilejskiego, w którym odbijał się nieskazitelny błękit nieba z zapartym tchem słuchali nauki o królestwie Bożym. Dla ludzi umęczonych codziennymi troskami życia te piękne słowa były jak balsam dla utrudzonej duszy. Doświadczali oni rzeczywistości tego królestwa w bliskości Chrystusa, bo On nie tylko pięknie mówił, ale także uzdrawiał duszę i na ciało. Ewangelia na dzisiejszą niedzielę mówi, że uzdrawiał tych, którzy potrzebowali leczenia. Na ich oczach spełniały się słowa proroka Izajasza o Mesjaszu i królestwie Bożym: „W owym czasie otworzą się oczy ślepych, zostaną też otworzone uszy głuchych. Wówczas kulawy będzie się wspinał niczym jeleń, a język niemowy krzyknie wesoło”.  

W bliskości Chrystusa szybko mijał czas, nim się spostrzegli, dzień miał się już ku wieczorowi. Nie zdążyli zakupić żywności. Dostrzegł to Chrystus i powiedział do swoich uczniów, aby dali zebranym coś do zjedzenia, na co oni odpowiedzieli: „Mamy tylko pięć chlebów i dwie ryby; chyba że pójdziemy i nakupimy żywności dla wszystkich tych ludzi”. A wszystkich było pięć mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci. Jezus spojrzał w niebo i łaską nieba rozmnożył chleb i ryby, tak że wszyscy się nasycili, a ponad to zebrano jeszcze 12 koszów ułomków. Miłość Chrystusa sprawiła, że zebrani zaspokoili głód fizyczny. Miłość wyraża się także i w ten sposób. Chrystus jednak wiedział, że w człowieku są ważniejsze głody. Dlatego nakarmienie tłumu miało cudowny charakter i wskazywało na Boga, bo tylko Bóg może czynić takie cuda. Cud był dla wszystkich znakiem obecności Boga. Chrystus idzie jeszcze dalej, sprawia, że ten chleb stał się zapowiedzią pokarmu duchowego, pokarmu na drodze ku wieczności, zapowiedzią Eucharystii.

Gdy otworzymy się na miłość Chrystusa, będziemy w stanie dokonać „cudu” rozmnożenia chleba. Taki cud, w ostatnim czasie miał miejsce na Greenpoincie. A to za sprawą jednej z woluntariuszek, która pomaga bezdomnym, chorym dzieciom, jednym słowem potrzebujących. Swoimi kanałami dowiedziała się, że uliczni sprzedawcy pieczywa i innych artykułów spożywczych po zakończeniu pracy zwożą niesprzedane produkty w jedno miejsce i tam są wyrzucane na śmietnik. Wykorzystując życzliwość niektórych pracowników, woluntariuszka wyprosiła te produkty dla ludzi w potrzebie. Nakarmiła bezdomnych i jeszcze pieczywa zostało. Pojechała na tak zwaną „stójkę”, gdzie ludzie, czekając na wynajęcie do pracy. Tym razem było tam kilkudziesięciu Hiszpanów. Woluntariuszka przyjechała do nich, otworzyła samochód i powiedziała, że mogą brać świeże bułeczki, rogaliki … Zapewne byli głodni, myśleli także o swoich rodzinach. Samochód w mig został opróżniony z pieczywa. A woluntariuszka  straciła przy okazji buty i kurtkę, bo myśleli oni, że w samochodzie wszystko jest do wzięcia. Jak widzimy nie trzeba nieraz wołać do nieba o cud rozmnożenia chleba, sami możemy go dokonać. Miłość czyni cuda.

Praktykowanie takiej zwykłej ludzkiej miłości przygotowuje nas na spotkanie największej Miłości zamkniętej w Eucharystii. Na ostatniej wieczerzy, Jezus zanim wypowiedział słowa: „To jest Ciało moje za was wydane. Czyńcie to na moją pamiątkę” umył uczniom nogi. Ten tak wymowny znak miłości przypomina nam o dyspozycji duchowej, która czyni nas godnymi uczestnictwa w Eucharystii, przez którą najściślej łączymy się z Chrystusem, tak że Bóg mieszka w nas, a my w Nim, że przemieniamy się w Niego tak, że stajemy się niejako jednym ciałem i krwią z Nim. 8 czerwca 1987 roku bł. Jan Paweł II mówił w Warszawie: „Musimy wyzwalać się z dziedzictwa nienawiści i egoizmu, bo Eucharystia to sakrament miłości Boga do człowieka i człowieka do Boga, a równocześnie jest to sakrament miłości człowieka do człowieka, sakrament, który tworzy wspólnotę. Musimy więc wciąż przezwyciężać w sobie to widzenie świata, które towarzyszy dziejom człowieka od początku, widzenie takie, ‘jakby Bóg nie istniał – jakby ‘nie był Miłością. Wielu ludzi dziś żyje na progu frustracji wywołanych różnymi okolicznościami współczesnej egzystencji – nie tylko zresztą tu, na tej utrudzonej, doświadczonej ziemi – ale także i w klimacie komfortu i użycia, znamiennych dla krajów ‘postępu’ technicznego. Frustracja to poczucie bezsensu życia. Czy jest wyjście z tego stanu ducha? Czy jest dla człowieka jakaś droga? Drogą jest właśnie Ten, który ‘umiłował do końca’. Drogą jest Eucharystia – sakrament tej miłości”.

Jeżeli przyjmujemy Eucharystię, a ona nas nie przemienia na miarę miłości Chrystusowej, to znaczy, że koncentrujemy się na tym co zewnętrzne, co nie jest ważne. Rażącym tego przykładem jest wydarzenie, które miało miejsce w Górażdżach. W grupie dzieci przygotowujących się do przyjęcia Pierwszej Komunii św. był niepełnosprawny Paweł, który cierpiał na dziecięce porażenie mózgowe. Na dzień Pierwszej Komunii św. pięknie wystrojono kościół, dzieci ubrano w eleganckie stroje, nie zabrakło także rzewnych pieśni o miłości Jezusa i wzruszających wierszyków. Jednak wśród tych dzieci zabrakło niepełnosprawnego Pawła. Okazało się, że część rodziców uważała, że obecność Pawła mógłby popsuć podniosłą uroczystość, dlatego powinien przyjąć Pierwszą Komunię św. sam w innym czasie. I tak się stało. Gdzie się podziała miłość, która czyni nas godnymi uczestnictwa w Eucharystii. W drodze do ołtarza Eucharystii warto przypomnieć sobie słowa Jezusa:  „Zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj!”.

Dzisiaj, ze wszystkich kościołów wychodzimy z Eucharystią, sakramentem miłości na ulice naszych wiosek i miast. Chyba z jednym wyjątkiem. Otóż we włoskim mieście Orvieto w czasie procesji Bożego Ciała kapłan nie niesie monstrancji z Najświętszym Sakramentem, ale relikwiarz z zakrwawionym korporałem. A to za sprawą wydarzenia, które miało miejsce w Bolesna w roku 1263 r. Kapłan pielgrzymujący do Rzymu odprawiał Mszę świętą, po przeistoczeniu kapłan trącił kielich tak, że wylało się trochę konsekrowanego wina, Krwi Chrystusa. Przerażony kapłan ujrzał, że wino przyjęło postać krwi. Zawiadomiony o tym cudzie papież, który przebywał w pobliskim mieście Orvieto, zabrał ten zakrwawiony korporał. Do dnia obecnego znajduje się on w bogatym relikwiarzu w katedrze Orvieto. Dotąd widać na nim plamy krwi. To wydarzenie stało się bezpośrednim impulsem ustanowienia dzisiejszej uroczystości. A ta dzisiejsza uroczystość niech stanie się impulsem wzrastania w miłości chrystusowej (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

EUCHARYSTIA, POKARM MIŁOŚCI

Jean Vanier, syn gubernatora generalnego Korony Brytyjskiej w wieku 12 lat wstąpił do szkoły marynarki wojennej w Anglii. W roku 1950 opuścił ją i zmienił styl życia. W dużej mierze wpływ na tę decyzje miało zetknięcie się z osobami niepełnosprawnymi. Podczas pierwszego spotkania zauważył jak bardzo są oni spragnieni ludzkich odruchów miłości. Zobaczył w ich oczach błagalne wołanie: „Czy kochasz mnie? Czy mnie można kochać? Czy mam jakąkolwiek wartość dla innych? Dlaczego zostałem porzucony?” Pod wpływem tych przeżyć przyłączył się w Paryżu do studenckiej wspólnoty założonej przez dominikanina Thomasa Philippe’a. Z czasem O. Philippe, aby bardziej poświecić się niepełnosprawnym rezygnował z profesury w seminarium duchownym i został kapelanem w domu dla niepełnosprawnych psychicznie. Dawny mistrz pociągnął za sobą 36 letniego Vaniera, który kupił domek dla siebie i dwóch niepełnosprawnych. Wkrótce został dyrektorem tego domu opieki, który przekształcił się z czasem w pierwszy dom „Arki”. Takie były początki ruchu L’Arche (Arka), międzynarodowej federacji wspólnot, w których niepełnosprawni i „pełnosprawni” mieszkają i pracują razem. Tworzą swoistą partnerska wspólnotę rodzinną. Tu niepełnosprawni odnajdują miłość, czują się potrzebni i dowartościowani.

Czego szukały rzesze idące za Chrystusem. W zacytowanym na wstępie fragmencie Ewangelii jest mowa o pięciu tysiącach, nie licząc dzieci i kobiet. Jaki głód chcieli zaspokoić? Czego pragnęli? Chrystus nie posiadał majątku, a więc nie spodziewali się dóbr materialnych. Nie posiadał także ziemskiej władzy. A zatem nikomu nie mógł dać nawet najmniej ważnego stanowiska. Może szukali uzdrowienia z chorób ciała? Prawdopodobnie tak, bo wielu zostało uzdrowionych, a nawet wskrzeszonych z martwych. Jednak znakomita większość w tłumie idącym za Chrystusem, to ludzie zdrowi. W takiej sytuacji jedyna sensowna odpowiedź brzmi: Szukali zbawiającej miłości Boga. Szukali znaku, który by ich upewniał w wierze, że Bóg jest miłującym Ojcem, nie jest obojętny na los człowieka. O tym wszystkim nauczał Chrystus, a prawdziwość swoich słów potwierdzał cudami. W Nim Bóg zbliżył się do człowieka tak blisko, jak było to możliwe. Można powiedzieć, że ci ludzie byli podobni do niepełnosprawnych wśród których zamieszkał Jean Vanier, obdarzając ich swoją miłością. Chrystus zamieszkał wśród nas. Stał się podobny do nas. Obdarzył nas miłością. Dał nam łaskę i moc stawania się dziećmi bożymi.

Znakiem tej miłości było cudowne rozmnożenie chleba. Jednak pełną wymowę tego znaku odnajdujemy w wydarzeniach jakie miały miejsce podczas Ostatniej Wieczerzy. Cudownie rozmnożony chleb był zapowiedzią chleba, który stał się Ciałem Jezusa. Przed spożyciem Paschy, Chrystus umył nogi Apostołom. Ten niezwykły znak miłości był jakby zapowiedzią miłości najdoskonalszej, którą Chrystus zawarł w kawałku chleba. Św. Paweł w liście do Koryntian pisze: „Pan Jezus tej nocy, kiedy został wydany, wziął chleb i dzięki uczyniwszy połamał i rzekł: ‘To jest Ciało moje za was wydane. Czyńcie to na moją pamiątkę’. Podobnie skończywszy wieczerzę wziął kielich, mówiąc: ‘Ten Kielich jest Nowym Przymierzem we Krwi mojej. Czyńcie to, ile razy pić będziecie, na moją pamiątkę’”. W tym kawałku chleba została zawarta miłość do nas, która dopełniła się w śmierci Jezusa na krzyżu. Zawarte jest w nim także zmartwychwstanie Chrystusa, które staje się naszym udziałem, gdy spożywamy Chleb Eucharystyczny.

Kościół od samego początku sprawował Mszę św. na pamiątkę tamtych wydarzeń. Na mocy słów Chrystusa, ta pamiątka stawała się realną obecnością Jezusa pod postacią chleba. W czasie prześladowań, chrześcijanie z narażeniem życia gromadzili się na sprawowanie Eucharystii. W roku 304 w Kartaginie, 39 chrześcijan razem ze swym kapłanem stanęło przed sądem. Zostali aresztowani podczas sprawowania Eucharystii w domu Oktawiusza Feliksa. W czasie procesu miał miejsce następujący dialog. „Dlaczego przekroczyłeś zarządzenie cesarza?” – zapytano jednego z oskarżonych. „Jestem chrześcijaninem” – padła odpowiedź. „Nie o to pytam! Dlaczego zebraliście się w tym dniu?” – powiedział sędzia. „W niedzielę – odpowiedział inny męczennik – żaden chrześcijanin nie może żyć bez Zgromadzenia. Bez nas Uczta Pana nie może być odprawiana”. Wtedy prokonsul zwrócił się do właściciela domu: „Dlaczego ich przyjąłeś?” „To moi bracia i siostry” – padła odpowiedź. „Powinieneś ich powstrzymać” – powiedział sędzia. „Nie mogłem, my chrześcijanie nie możemy żyć bez Eucharystii”. Po tym wyznaniu wszyscy zostali skazani na męczeńską śmierć.

Szczególny głód Eucharystii towarzyszył wiernym w ekstremalnie trudnych warunkach. Mamy wiele opisów Mszy św. sprawowanych z narażeniem życia w sowieckich gułagach, czy hitlerowskich obozach. Tak było w obozie koncentracyjnym w Dachau, przeznaczonym głównie do eksterminacji duchowieństwa. Tak wspomina więzienną Eucharystię jeden z kapłanów: „Najjaśniejszym punktem w tej naszej więziennej doli była zakonspirowana Msza święta, którą niedługo po aresztowaniu mogliśmy zorganizować dzięki temu, że jedna młoda, sympatyczna dozorczyni nie bała się przemycać nam wina i komunikantów. Po wstaniu i umyciu się nad jedną miednicą, przywdziewaliśmy suknie – zostawili nam Niemcy ten znak zakonnej przynależności – i stawaliśmy murem od strony drzwi, żeby ktoś niepowołany zaglądając przez ‘judasza’, nie zorientował się, co się w celi dzieje. Na więziennym stole rozkładaliśmy zamiast korporału czystą białą chusteczkę, stawialiśmy na niej niewielką szklankę, nakrywaliśmy ją świętym obrazkiem, kładliśmy na talerzyku komunikanty podzielone na ćwiartki, bo nie wiadomo, kiedy otrzymamy następne i rozpoczynała się eucharystyczna ofiara. Cóż to było za przeżycie! Nie będę go opisywał: nie potrafię. Powiem tylko tyle: dla jednej takiej Mszy świętej warto było przeżyć siedem miesięcy w więzieniu”.

W tym samym obozie, czasie epidemii tyfusu, wszystkich chorych spędzono w jedno miejsce i pozwolono kapłanom ich odwiedzać . Kapłani byli dla chorych i umierających pielęgniarzami, opiekunami i najważniejsze- szafarzami Eucharystii.  Bp Józef Gawlina w jednym z swoich kazań, wspominając to wydarzenie powiedział: „Rozpoczęły się w tej części obozu rządy Jezusa. Nikt tam z władz nie zaglądał, nikt o nic nie pytał. Swobodnie więc dusza ‘z natury chrześcijańska’ nagrzewać się mogła promieniami łaski płynącej z Jezusa w Eucharystii. Codzienna Msza święta była radością dla umierających szkieletów ludzkich. Opuszczeni przez wszystkich, garnęli się tłumnie do Jezusa, który zamieszkał wśród nich w Eucharystii i w osobach kapłanów. Ze łzami szczęścia przyjmowali Jezusa Polacy i Belgowie, Francuzi i Holendrzy, Włosi, Niemcy, Czesi, Węgrzy, Rosjanie, Serbowie, Słoweńcy i Hiszpanie. Może pierwszy raz, odkąd istniało Dachau, pojawił się na ustach umierających ludzi uśmiech radości i szczęścia – szczęścia, jakie daje posiadanie Jezusa w Komunii świętej. Widząc uśmiech na ustach towarzyszów, których życie dogasało, wielu pogan prosiło o chrzest”.

Dzisiaj ulicami wiosek i miast idziemy za Chrystusem, ukrytym pod postacią chleba. Idziemy jak ci, dla których Chrystus rozmnożył chleb, jak Apostołowie na Ostatniej Wieczerzy, jak pierwsi chrześcijanie i więźniowie obozów. Idziemy, bo Chrystus jest chlebem miłości, który zaspokaja najgłębsze głody ludzkiej duszy (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

BŁOGOSŁAWIONY JAKUB ALBERIONE

W uroczystość Bożego Ciała adorujemy Chrystusa obecnego w postaciach eucharystycznych chleba i wina. Eucharystia stwarza niepowtarzalną szansę zbliżenia się do Boga i staje się źródłem ogromnej mocy duchowej. Błogosławiony ks. Jakub Alberione czerpał z Eucharystii moc, mądrość i odwagę w pełnieniu swojej misji wprzęgnięcia słowa pisanego i środków społecznego przekazu w służbę Ewangelii. Eucharystia była centrum jego życia kapłańskiego. O Mszy św. napisał: „Tu jest źródło wszelkiej łaski, wszystkie inne środki są strumykami do tego źródła”. Nie tylko sprawowanie Eucharystii, ale także adoracja Najświętszego Sakramentu w życiu błogosławionego odgrywała ważną rolę. W jego zapiskach czytamy: „Adoracja jest to spotkanie duszy i całego naszego jestestwa z Jezusem. Tu: Stworzenie spotyka się ze Stwórcą. Uczeń staje przy Boskim Mistrzu. Chory spotyka się z Lekarzem dusz. Ubogi ucieka się do Bogatego. Spragniony pije ze źródła. Słaby przedstawia się Wszechmocnemu. Kuszony szuka bezpiecznego Schronienia. Ślepy szuka Światła. Przyjaciel przychodzi do prawdziwego Przyjaciela. Zagubiona owca zostaje odnaleziona przez Boskiego Pasterza. Serce zdezorientowane odnajduje Drogę. Nieoświecony znajduje Mądrość. Oblubienica Odnajduje Oblubieńca duszy. Nicość odnajduje się w Tym, Który jest Wszystkim. Strapiony znajduje Pocieszyciela. Młody znajduje ukierunkowanie życia”.

Jakub Alberione urodził się 4 kwietnia 1884 r. w niewielkiej wiosce San Lorenzo di Fossano w północnych Włoszech jako piąte z siedmiorga dzieci Michała i Teresy. W dniu narodzin został ochrzczony w miejscowym kościele parafialnym. Zapowiedzią jego szczególnego związku z Eucharystią było wcześniejsze przyjęcie I Komunii św. Z domu rodzinnego Jakub Alberione wyniósł żarliwą religijność i pracowitość. W szkole podstawowej odznaczał się wielką pilnością, jednak wyniki osiągał przeciętne. Pewnego razu nauczycielka zapytała uczniów, kim chcieliby zostać, kiedy dorosną, Jakub odpowiedział: „Zostanę księdzem”. Koledzy Jakuba z niedowierzaniem przyjęli to wyznanie. Jednak ksiądz Montersino, proboszcz Cherasco był innego zdania, uważał Jakuba za chłopca skromnego i dobrego, pilnego w nauce i uprzejmego dla kolegów, a więc dobrego kandydata na kapłana. Dlatego też zachęcił Teresę i Michele Alberione, by posłali syna do pobliskiego niższego seminarium w Bra. Dzięki pomocy finansowej chrzestnego ojca, Tommaso Alberione, Jakub mógł kontynuować naukę. Młody seminarzysta był lubiany przez wszystkich ze względu na swoje łagodne usposobienie, pogodę ducha, życzliwość i poważne podejście do życia.

Punktem zwrotnym w życiu młodego kleryka była nocna adoracja z 31 grudnia 1900 roku na 1 stycznia 1901 w katedrze w Albie. W czasie modlitewnego czuwania przed Najświętszym Sakramentem Jakub zrozumiał, że rozpoczynający się wiek stawia przed Kościołem nowe wezwanie uzdrowienia i odrodzenia człowieka i całego społeczeństwa w Chrystusie. Uważał, że można tego dokonać przez rodzinę, szkołę, obyczaje, książkę, prasę, a także wykorzystanie nowych zdobyczy techniki w służbę Ewangelii. Jakub zdając sobie sprawę z wielkiej roli mediów w życiu społecznym, pisał: „Prasa, film, radio i telewizja ogarniają całe życie: osobiste, rodzinne, społeczne, umysłowe, moralne, artystyczne, gospodarcze, polityczne, międzynarodowe. Można wysnuć takie oto stosowne i wymowne porównanie: każdy z tych wielkich środków rozpowszechniania myśli można porównać do olbrzymiej ilości wody na wyższym poziomie, która jeżeli zostaje zamknięta przez potężne tamy i mądrze skierowana, częściowo do kanałów irygacyjnych i częściowo do maszyn wytwarzających elektryczność, może szerzyć dobrobyt i bogactwo we wsiach i miastach i nieść obfitość całemu regionowi czy nawet krajowi; jeżeli natomiast spływa nagle i nie powstrzymują jej żadne zabezpieczenia przeciwpowodziowe, albo jeśli zerwie tamy, rujnuje okoliczne regiony. Tak samo jest z prasą, kinem, radiem, telewizją. Każdy z tych środków wystarcza, aby przynieść wielkie korzyści, albo wyrządzić niezmierne szkody”. Jakub postanowił zatem wykorzystać media tak, aby przynosiły człowiekowi korzyść nie tylko duchową, ale i materialną. Zrodziła się wtedy myśl, założenia wspólnoty ludzi podobnie myślących, którzy wprzęgliby w służbę Ewangelii najnowsze osiągnięcia techniki medialnej.

Po otrzymaniu święceń kapłańskich, 29 czerwca 1907 roku ks. Jakub pracował jako wikariusz w kilku wiejskich parafiach. Następnie, pomimo bardzo młodego wieku, został ojcem duchownym w seminarium. W niedługim czasie, w roku 1913 biskup powierzył mu kierownictwo tygodnika diecezjalnego „Gazzetta d’Alba”. Młody ksiądz odczytał to jako znak woli bożej, wzywającej go do podjęcia misji włączenia prasy i innych mediów w służbę Ewangelii. Idea księdza Alberione zaczęła przybierać konkretny kształt w sierpniu 1914 roku, kiedy to założył szkołę typograficzną „Mały Robotnik”, uczącą chłopców sztuki drukarskiej, i która stała zalążkiem przyszłego zgromadzenia męskiego, Towarzystwa Świętego Pawła dla Apostolstwa Dobrego Druku. Rok później zgromadził grupę dziewcząt w „Pracowni żeńskiej”, które po trzech latach wysłał do Suzy dla przejęcia tygodnika diecezjalnego. Mieszkańcy Suzy nazwali je „Córkami Świętego Pawła”.

Wokół szkoły drukarskiej powstała wspólnota chłopców, którzy pracowali w drukarni, a wieczorami modlili się w prowizorycznej kaplicy, u wejścia, której postawiono figurę św. Pawła, Apostoła Narodów. W 1921 r. grupka uczniów ze szkoły drukarskiej wraz z ks. Alberione złożyła na ręce ordynariusza diecezji śluby posłuszeństwa, czystości i ubóstwa z intencją oddania swojego życia na rzecz apostolstwa dobrego druku. Ks. Alberione zachęcał swoich duchowych synów i córki słowami: „Jeśli Bóg pozwoliłby jakiemuś aniołowi zejść na ziemię i zdobyć sobie jakąś zasługę, ten bez wątpienia przyszedłby tu. Tu można zrobić dziś najwięcej dobra. Apostolstwo środków przekazu jest dziś najpilniejszym zadaniem w Kościele”. Przypominał im także: „Środki techniczne, maszyna drukarska, aparat do projekcji filmów, radioodbiornik itd., są przedmiotami świętymi ze względu na cel, jakiemu służą. Maszyna zamienia się w ambonę, biurko pisarza, pokój technika, księgarnie zamieniają się w świątynie”.

Sam Założyciel był przykładem gorliwości w pracy i odwagi w walce ze złem. Świadczy o tym zdarzenie z pierwszych lat faszyzmu, kiedy to Gazzetta d’Alba i biuletyny parafialne były cenzurowane. Pewnego dnia faszyści spalili cały nakład Gazzetta d’Alba. Ksiądz Alberione w ciągu dnia kazał wydrukować ten numer ponownie, a na pierwszej stronie dorzucił wyjaśnienie: „Przepraszamy czytelników za opóźnienie: pierwsze wydanie zostało spalone przez faszystów”.

Ks. Jakub Alberione prawie do końca życia prowadził bardzo intensywną i owocną pracę. W ostatnich latach, Błogosławiony ze względu na fizyczne wyczerpywanie ograniczył działalność zewnętrzną, a wszystkie swoje siły skoncentrował na życiu duchowym i modlitwie w intencji rozpoczętego przez siebie dzieła. Ks. Alberione zmarł w Rzymie 26 listopada 1971 roku w wieku 87 lat. Na godzinę przed śmiercią przybył do niego papież Paweł VI, który w swoim czasie nazwał ks. Alberione „jednym z cudów XX wieku”. Po przybyciu na miejsce papież ukląkł przy łożu umierającego i wraz z obecnymi księżmi i siostrami modlił się o szczęśliwą wieczność dla ks. Jakuba. Pół godziny po odejściu papieża, ks. Jakub Alberione umarł ze słowami na ustach: „Umieram. Raj!.. Modlę się za wszystkich”.

Ksiądz Alberione założył dziewięć instytutów, które razem z paulińskimi Współpracownikami tworzą Rodzinę Świętego Pawła, obecną we wszystkich zakątkach świata. O istocie więzi tej Rodziny ks. Alberione pisał: „Między nimi jest ścisłe pokrewieństwo, ponieważ wszystkie narodziły się z Tabernakulum. Wspólny jest duch: żyć Jezusem Chrystusem i służyć Kościołowi. Jedni reprezentują wszystkich przed Tabernakulum, inni szerzą jakby z wysokości naukę Jezusa Chrystusa, jeszcze inni zbliżają się do poszczególnych dusz. Jest wśród nich ścisła współpraca duchowa, intelektualna, moralna, ekonomiczna” (z książki Wypłynęli na głębię).

 

POTRZEBUJEMY CHLEBA

Nastał już czas rodzinnych i przyjacielskich spotkań, czas wspólnego grillowania. Lubię spacerować o wieczornej porze bliskimi mi uliczkami. Z niejednego „jardu”, jak to czasami mówimy w Nowym Jorku, wylewa się na ulicę apetyczny zapach przypiekanej kiełbasy, kaszanki, boczku i innych specjałów kuchni polskiej. Słychać ożywione i radosne rozmowy, a polskie piwo ośmiela nawet marnych śpiewaków do błąkania się między klawiszami. Można usłyszeć wtedy piękne i sentymentalne piosenki z dawnych lat. Nawet nizinni „górale” z Łomży i Białegostoku niejednokrotnie śpiewają piękną góralską piosenkę: „Góralu, czy ci nie żal / Odchodzić od stron ojczystych, / Świerkowych lasów i hal / I tych potoków srebrzystych? / Góralu, czy ci nie żal, / Góralu, wracaj do hal! / A góral na góry spoziera / I łzy rękawem ociera, / Bo góry porzucić trzeba, / Dla chleba, panie dla chleba”.

Tak wiele czasu i trudu poświęcamy na zdobycie chleba, który staje się synonimem wszelkich dóbr materialnych. Dobrze być sytym, zabezpieczonym materialnie. To daje poczucie szczęścia. Jednak do pełni szczęścia, to nie wystarcza. Ciekawe w tym względzie były badania brytyjskich naukowców z Uniwersytetu w Warwick. Wykorzystali oni informacje o PKB poszczególnych państw oraz dane z World Values Survey. Porównali oni kraje o dochodzie poniżej 6.700 dolarów na głowę mieszkańca z krajami, gdzie PKB wynosi ponad 18 tysięcy dolarów. Okazało się, że w krajach biedniejszych było aż 12% więcej ludzi deklarujących maksymalne szczęście. Wyniki tych badań upoważniają do stwierdzenia, że bogactwo nie daje pełni szczęścia. Na potwierdzenie tych badań mogę przytoczyć wspomnienia z lat mojego dzieciństwa. W tamtym czasie mięso na stole pojawiało się od święta, ubrania się cerowało a buty łatało i zelowało, jako dzieci pracowaliśmy w polu, a zabawki robiliśmy sobie sami. Mimo tego materialnego niedostatku byliśmy szczęśliwi. Radością tętniła cała wieś. Wieczorami słychać było śpiew na gościńcu, śpiew radości towarzyszył często wracającym z pola, ludzie mieli czas dla siebie, nikt nie czuł się samotny i niepotrzebny. Dzisiaj już nie usłyszysz beztroskiego śpiewu na wiejskim gościńcu, chyba że ktoś się upije, nie zobaczysz radosnej zabawy dzieci w chowanego i gry w pikora. Ten szczęśliwy świat ustąpił miejsca wygodnym domom, suto zastawionym stołom, plazmowym telewizorom, grom komputerowym. Jest dobrze, jest fajnie, ale gdzieś zgubiła się beztroska radość życia.

Te społeczne spostrzeżenia mają swoje przełożenie w życiu indywidualnym. Człowiek może mieć wszystko, a nie zaznać szczęścia. Życie może być udręką, a śmierć wyzwoleniem z niej. Można by to zilustrować wieloma przykładami. Oto jeden z nich. Ernest Hemingway, prozaik amerykański, jeden z najwybitniejszych pisarzy XX wieku. Laureat literackiej Nagrody Nobla w lipcu 1961 roku popełnił samobójstwo, strzelając sobie z dubeltówki w usta. Wymienia się wiele powodów tej decyzji. Niektórzy uważają, że jednym z nich był brak wizji życia, która przekraczałaby świat materialny. W życiu osiągnął prawie wszystko, co mógł osiągnąć. Zdobył sławę, bogactwo, miał powodzenie u kobiet, całymi garściami czerpał z przyjemności życia. Już więcej od życia nic nie oczekiwał, mogło go dotknąć tylko nieszczęście i może przed tym uciekł w nicość. A przecież, ta nicość mogłaby być wypełniona nieogarnioną pełnią życia, tam mógłby odnaleźć chleb, który zaspakaja najgłębsze głody ludzkiej duszy. A jest to chleb zstępujący z nieba.

W ewangelii na uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej Chrystus prowadzi nas nad Jezioro Galilejskie, abyśmy dotknęli tajemnicy niebiskiego chleba. Za Jezusem ciągnęły rzesze ludzi, aby Go słuchać i doświadczyć mocy nieba w cudach, które czynił. W Ewangelii czytamy: „Jezus mówił tłumom o królestwie Bożym, a tych, którzy leczenia potrzebowali, uzdrawiał. Dzień począł się chylić ku wieczorowi”. Było to cudowne popołudnie. Naokoło zachwycające piękno przyrody, śpiewające ptaki, zachodzące słońce srebrzyło się w falach jeziora, słowa Jezusa, jak balsam spływały do niejednej skołatanej duszy, a wyciągnięte ręce Jezusa przywracały zdrowie chorym. W tej rajskiej scenerii dały znać o sobie takie zwykłe ludzkie, przyziemne sprawy. Cały dzień trawili przy Jezusie nie mieli nic do jedzenia, po prostu byli głodni. I te zwykłe ludzkie sprawy Jezus wykorzystał, aby skierować uwagę słuchających na inny chleb. Mieli tylko pięć chlebów i dwie ryby, to zdecydowanie za mało, aby nakarmić tak wielki tłum. Powierzono chleb Jezusowi, a On dokonał cudu. W Ewangelii czytamy: „A On wziął te pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo i odmówiwszy nad nimi błogosławieństwo, połamał i dawał uczniom, by podawali tłumowi. Jedli i nasycili się wszyscy, a zebrano jeszcze z tego, co im zostało, dwanaście koszów ułomków”.

Ewangelia mówi, że nazajutrz tłumy szukały i odnalazły Jezusa. Chrystus nawiązując do cudu rozmnożenia chleba poucza zebrane tłumy o chlebie zstępującym z nieba: „Nie Mojżesz dał wam chleb z nieba, ale dopiero Ojciec mój da wam prawdziwy chleb z nieba. Albowiem chlebem Bożym jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu. Rzekli więc do Niego: ‘Panie, dawaj nam zawsze tego chleba!’ Odpowiedział im Jezus: ‘Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie’”. Ta zapowiedź przybrała konkretny kształt w wieczerniku. Św. Paweł w Liście do Koryntian pisze: „Pan Jezus tej nocy, której został wydany, wziął chleb i dzięki uczyniwszy, połamał i rzekł: ‘To jest Ciało moje za was wydane. Czyńcie to na moją pamiątkę!’” Posłuszni temu nakazowi czynimy to ilekroć sprawujemy Mszę św. A raz w roku na Boże Ciało wychodzimy w uroczystych procesjach na ulice naszych wiosek i miast. Św. Jan Paweł II mówił: „Szczególnie doniosłym, tradycyjnym wyrazem ludowej pobożności eucharystycznej są procesje z Najświętszym Sakramentem, które podczas dzisiejszej uroczystości odbywają się w Kościołach lokalnych we wszystkich regionach świata. Są one niezwykle wymownym świadectwem prawdy, że Pan Jezus, ukrzyżowany i zmartwychwstały, nadal idzie po drogach świata i przez tę swoją ‘wędrowną’ obecność przewodzi pielgrzymce kolejnych pokoleń chrześcijan: umacnia wiarę, nadzieję i miłość; pociesza w utrapieniach; podtrzymuje w dążeniu do sprawiedliwości i pokoju”.

Eucharystyczna obecność Chrystusa wśród nas jest wielką tajemnicą, którą możemy przyjąć w takim stopniu, w jakim uwierzymy wszechpotężnym słowom Jezusa. Gdy rodzą się w nas wątpliwości, to i dzisiaj wychodzi naprzeciw naszemu niedowiarstwu przez cuda Eucharystyczne, których jest bardzo wiele. Przytoczę jeden z ostatnich. 25 grudnia 2013 roku w parafii św. Jacka w Legnicy przy udzielaniu Komunii upadła na podłogę konsekrowana hostia, którą włożono do naczynia z wodą. Jednak hostia nie rozpuściła się, jak to zwykle bywa, tylko przebarwiła się na czerwono. Ówczesny Biskup Legnicki Stefan Cichy powołał Komisję, która zajęła się tą sprawą. Pobrano zabarwione fragmenty hostii i przekazano do zbadania naukowcom z Zakładu Medycyny Sądowej w Szczecinie.  Hostię wzięli pod lupę pracownicy zakładu medycyny sądowej w Szczecinie. Po przeprowadzeniu szczegółowych badań naukowych Zakład wydał orzeczenie następującej treści: „W obrazie histopatologicznym stwierdzono fragmenty tkankowe zawierające pofragmentowane części mięśnia poprzecznie prążkowanego. Całość obrazu jest najbardziej podobna do mięśnia sercowego” ze zmianami, które ‘często towarzyszą agonii’. Badania genetyczne wskazują na ludzkie pochodzenie tkanki”. Po ogłoszeniu tych wyników ks. biskup Zbigniew Kiernikowski w liście do parafian św. Jacka w Legnicy napisał między innymi: „Jako Biskup Legnicki podaję niniejszym wiadomość o wydarzeniu, jakie zaszło w parafii św. Jacka w Legnicy i które ma znamiona cudu eucharystycznego” (Kurier Plus, 2014).

 

EUCHRYSTIA ROZMNOŻENIA DOBRA

Na początku 2018 r. w Zachodniej Wirginii strajkowało 37 000 nauczycieli, żądając większego dofinansowania szkół przez rząd stanowy. Dla wielu rodzin pojawił się większy problem niż brak zajęć szkolnych. Może to wydawać się dziwne, ale w Stanach Zjednoczonych zdarzają się przypadki, że uczniowie mają tylko jeden normalny posiłek dziennie, a jest nim obiad w stołówce szkolonej. W czasie trwania tego strajku niewielki kościół w West Milford w Wirginii Zachodniej postanowił przygotowywać posiłki z myślą o niedożywionych uczniach. Parafianie poświęcili swój czas, pieniądze i energię na przygotowywanie posiłków w dolnych pomieszczeniach kościoła dla około 1100 osób: dzieci, rodziców i nauczycieli pikietujących długie godziny po drugiej stronie ulicy. Kościół nie tylko zastawiał stół pokarmami dla ciała, ale także dla ducha. Stał się miejscem wsparcia duchowego, pocieszenia, rozwiązywania problemów przez dziewięć gorączkowych dni strajku.

Debra Dean Murphy na łamach The Christian Century w artykule „Eucharystyczne zaskoczenie” pisała o tym wydarzeniu: „W kościele wierni gromadzą się regularnie na eucharystyczny posiłek, który wydaje się nie mieć związku z naszym codziennym spożywaniem posiłków dla wzmocnienia ciała. Jednak jest inaczej. Pokarm eucharystyczny sprawia, że w dolnych pomieszczeniach kościoła stoły zapełniają się pożywieniem dla ciała. Pokarm eucharystyczny przynagla nas i daje moc w praktykowaniu gościnności, której przykład dawał Jezus, kiedy karmił głodnych, zasiadał z grzesznikami do stołu, aby wskazać im drogę powrotu do Ojca. Czynił to bez osądzania i potępiania. Ogarniał wszystkich miłością, aby w jej blaskach rozkwitało dobro, które jest w stanie naprawić niesprawiedliwości społeczne. W ten sposób Eucharystia jest zawsze sprawiedliwością pośród niesprawiedliwości, pojednaniem pośród wyobcowania i rozbicia, wspólnotą życzliwości i serdeczności w czasie bólu i samotności”.

Przez pryzmat powyższej historii spójrzmy na wydarzenie, które miało miejsce nad Jeziorem Galilejskim, o którym papież Franciszek powiedział: „Po śmierci charyzmatycznego proroka, Jana Chrzciciela, powierzają się Jezusowi, o którym sam Jan powiedział: ‘Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie’. Zatem tłum podąża za Nim wszędzie, aby Go słuchać i przynosić mu chorych. A widząc to Jezus się wzrusza. Jezus nie jest zimny, nie ma oziębłego serca. Jezus jest zdolny do wzruszenia. Z jednej strony, czuje się związany z tym tłumem i nie chce, aby odszedł; z drugiej strony potrzebuje samotności, modlitwy z Ojcem. Wiele razy całą noc spędzał na modlitwie z Ojcem.  Zatem również tego dnia Nauczyciel poświęcił się ludziom. Jego współczucie nie jest mglistym uczuciem; okazuje natomiast całą siłę Jego woli, by być blisko nas i nas zbawić. Jezus nas bardzo miłuje i chce być blisko nas”.

Cud rozmnożenia chleba jest zapowiedzią jedynej i niepowtarzalne bliskości Boga, zapowiedzią, która spełniła się w jerozolimskim Wieczerniku. Przed swoją męką Jezus wziął chleb i powiedział: „To jest Ciało moje, które za was będzie wydane”. Ustanowił sakrament Eucharystii, w którym spełnia się Jego obietnica, że nie pozostawi nas samych, że pozostanie z nami do końca świata. Pozostał z nami w eucharystycznych postaciach, byśmy nie ustali na drodze czynienia dobra w miłości, bo Eucharystia znaczy tyle, co miłość. Msza święta jest naszą najważniejszą modlitwą, w czasie której składamy siebie w ofierze razem z Chrystusem, aby wraz z Nim służyć najbardziej potrzebującym. O tym przypomina nam dzisiejsza Ewangelia.

Ogromny tłum, liczący 5 tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci, słuchając słów Jezusa zapomniał o zakupieniu żywności. Byli głodni. Co robić? Apostołowie mieli prostą radę, niech idą i zrobią zakupy. Chrystus miał inny pomysł. Powiedział do uczniów: „Wy dajcie im jeść”. Apostołowie odnaleźli chłopca, który miał 5 chlebów i dwie ryby. Pięć chlebów, co to jest na tak wielki tłum ludzi. Okazało się, że to w zupełności wystarczy, aby wszyscy się nasycili. Chrystus pobłogosławił ludzki dar miłości i stał się cud rozmnożenia chleba. Uczniowie rozdają ten chleb ludziom, stając się sługami samego Jezusa, który dzieli ludzki chleb. Wezwanie Chrystusa „Wy dajcie im jeść” pozostaje aktualne i w naszych czasach. Zbawiciel przychodzi do ludzi, by zaspokoić głód miłości, głód prawdy, głód braterstwa, głód zwycięstwa nad śmiercią, ale także głód fizyczny. Chrystus obecny pod postaciami Eucharystycznymi wychodzi naprzeciw tym głodom. Te prawdę bardzo często uświadamiamy sobie w skrajnych sytuacjach. A szczególnie tam, gdzie prawo miłości jest deptane przez barbarzyńskie ludzkie instynkty, jak to miało miejsce w obozach koncentracyjnych.

Więzienną Eucharystię wspomina też jeden z jezuitów wileńskich, który został aresztowany 26 marca 1942 roku i osadzony w słynnym więzieniu na Łukiszkach, jednym z najbardziej okrutnych miejsc odosobnienia Polaków w rosyjskim i radzieckim systemie represji. Oto fragment tych wspomnień: „Najjaśniejszym punktem w tej naszej więziennej doli była zakonspirowana Msza święta, którą niedługo po aresztowaniu mogliśmy zorganizować dzięki temu, że jedna młoda, sympatyczna dozorczyni nie bała się przemycać nam wina i komunikantów. Po wstaniu i umyciu się nad jedną miednicą, przywdziewaliśmy suknie – zostawili nam Niemcy ten znak zakonnej przynależności – i stawaliśmy murem od strony drzwi, żeby ktoś niepowołany zaglądając przez ‘judasza’, nie zorientował się, co się w celi dzieje. Na więziennym stole rozkładaliśmy zamiast korporału czystą białą chusteczkę, stawialiśmy na niej niewielką szklankę, nakrywaliśmy ją świętym obrazkiem, kładliśmy na talerzyku komunikanty podzielone na ćwiartki, bo nie wiadomo, kiedy otrzymamy następne i rozpoczynała się eucharystyczna ofiara. Cóż to było za przeżycie! Nie będę go opisywał: nie potrafię. Powiem tylko tyle: dla jednej takiej Mszy świętej warto było przeżyć siedem miesięcy w więzieniu”.

Ogromny przeżyciem i umocnieniem dla więźniów były także procesje Eucharystyczne, nawet bez udziału kapłana. Oto fragment wspomnień procesji w obozie koncentracyjnym w Boże Ciało, która miała miejsce 8 czerwca 1944 r. w KL Stutthof: „Trzymałem Najświętszy Sakrament przy sobie a koledzy po drodze modlili się i doszliśmy do biura, gdzie w tym czasie pracowałem. Gdy byliśmy na miejscu, koledzy przygotowali się do przyjęcia Najświętszego Sakramentu, a ja obchodziłem od biurka do biurka, każdemu wręczając Komunię św.”

W Encyklice „Ecclesia de Eucharistia” św. Jan Paweł II Jan Paweł II pisze: „Gdy myślę o Eucharystii, patrząc na moje życie kapłana, biskupa i Następcy Piotra, wspominam spontanicznie wiele chwil i miejsc, w których dane mi było ją sprawować. Ta różnorodna sceneria moich Mszy św. sprawia, iż doświadczam bardzo mocno uniwersalnego – można wręcz powiedzieć kosmicznego charakteru celebracji eucharystycznej. Tak, kosmicznego!  Nawet wtedy bowiem, gdy Eucharystia jest celebrowana na małym ołtarzu wiejskiego kościoła, jest ona wciąż poniekąd sprawowana na ołtarzu świata. Jednoczy niebo z ziemią. Zawiera w sobie i przenika całe stworzenie” (Kurier Plus, 2019).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *