31 Gru

Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi – Rok A

 

„CZAS JEST WIECZNOŚCIĄ”.    

Pasterze pospiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie Matki (Łk 2,16-21).

Sylwestrowe zabawy będą pożegnaniem starego roku i powitaniem nowego. A tak naprawdę pożegnamy 364 dni, które wpisały się do kalendarza naszego życia. Pożegnanie jest zarazem pewnym rozrachunkiem, oceną. Cygańskie przysłowie mówi: „Przychodzi czas, kiedy zima zapyta nas, co zrobiliśmy przez całe lato”.

Życie nasze przebiega wytartymi koleinami i czas, jaki przechodzimy bywa różny. Mędrzec biblijny Kohelet pisze: „Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem. Jest czas rodzenia i umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono, czas zabijania i czas leczenia, czas burzenia i czas budowania, czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów, czas rzucania kamieni i czas ich zbierania, czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich, czas szukania i tracenia, czas zachowania i wyrzucania, czas rozdzierania i czas zszywania, czas milczenia i czas mówienia, czas miłowania i czas nienawiści, czas wojny i czas pokoju” (Koh 3, 1-8). Ten czas, nie pytając nas o pozwolenie, staje się naszym udziałem. Tę prawdę o życiu możemy zamknąć w banalnym stwierdzeniu: „Takie jest życie”. Jednak to stwierdzenie nie zwalnia nas od odpowiedzialności za czas, obojętnie czy jest to czas „rodzenia” czy „umierania”. Nawet czas „umierania” może się stać czasem zbawiennym. Tak było na Golgocie. Jest pewna wartość, która niezależnie od czasu, jaki przeżywamy nadaje mu sens. O jaką wartość tu chodzi?

„Czas jest:

Za wolny dla czekających,

Zbyt gwałtowny dla lękających się,

Zbyt długi dla cierpiących,

Zbyt krótki dla tych, którzy się weselą,

Ale dla tych, którzy kochają,

Czas jest Wiecznością”. (Henry Van Dyke)

A zatem miłość jest tą wartością, która niezależnie od czasu, jaki przeżywamy wypełnia życie treścią i chroni przed jałowością mijające dni, co więcej, przekuwa je w wieczność.

Narodzenie Jezusa w stajni betlejemskiej utwierdza nas w takim myśleniu. W nowonarodzonym Dziecięciu Miłość boża zstąpiła na ziemię, i w niej nasza niedoskonała miłość ludzka ma szansę stania się wiecznością. W tym wielkim dziele odkupienia człowieka Maryja odegrała i odgrywa ważną rolę, stąd też Kościół obchodzi w pierwszy dzień Nowego Roku Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki. Tak jak kiedyś, tak i dziś Maryja jest obecna w naszym życiu i przynosi ludzkości Jezusa, który jest samą miłością. Oto jeden z wielu przykładów doświadczenia obecności Maryi w życiu.

12 października, 1972 roku czarterowy samolot leciał z Montewideo do Santiago. Na pokładzie samolotu było 45 pasażerów, a wśród nich zespół rugby. Przelatując nad Andami samolot zaczął tracić wysokość i gwałtownie spadać w dół. Kilka minut później uderzył w ziemię pokrytą grubą warstwą śniegu. Samolot rozpadł się na kilka części. Ocalało 28 młodych mężczyzn, niektórzy z nich ubrani byli tylko w koszulki z krótkimi rękawami. Pierwszą noc, przytuleni do siebie, spędzili we wraku samolotu. W ósmym dniu dowiedzieli się przez radio w samolocie, które naprawił jeden z ocalałych, że zaniechano poszukiwania zaginionego samolotu. Zrozumieli wtedy, że muszą liczyć tylko na samych siebie. W ciągu następnych kilku dni zmarło 12 z ocalałych. Zostało jeszcze 16, którzy podjęli ważną decyzję, która zaważyła o ich dalszym losie. Zdecydowali się prowadzić nocne modlitwy. Około godz. 21:00, we wraku samolotu milkły wszystkie rozmowy i jeden z nich rozpoczynał różaniec. Nocne modlitwy były dla chłopców ogromnym źródłem siły. Niektórzy z nich dalecy od wiary, doświadczyli w czasie modlitw szczególnej obecności Boga. Artur, który był znany z trudnego charakteru poprosił jednej nocy o przewodnictwo w modlitwach. Wszyscy byli zaskoczeni tą prośbą. Artur prowadził modlitwy z wielkim zaangażowaniem. Po ich zakończeniu wszyscy milczeli, tylko Artur szlochał. „Dlaczego płaczesz” – pytają koledzy- „Ponieważ czują bardzo blisko Boga”- odpowiedział Artur. Po ośmiu tygodniach pogoda się zmieniła. Dwóch najsilniejszych chłopców zdecydowało się zejść z gór. Wkrótce sprowadzili pomoc. W czasie tych 70 dni w górach doświadczyli, że Maryja jest Matką Boga i ich Matką.

Maryja zajmuje niepowtarzalne miejsce w realizacji planu naszego zbawienia, stąd też wielki szacunek, jakim obdarzają ją wierni. Norweska powieściopisarka Sigird Undset , laureatka nagrody Nobla pisze o czci Maryi: „Jeżeli wierzymy, że Bóg zbawił nas, biorąc nasze ciało i naszą krew, to względem Tej, w której łonie ukształtował ciało, powinniśmy mieć szczególną cześć, powinniśmy żywić uczucie jedyne, niepodobne do żadnego innego uczucia. Powinniśmy być względem Niej pełni respektu, delikatności, współczucia wobec Jej niewypowiedzianych cierpień, a równocześnie pełni radości płynącej z faktu, że w Królestwie Bożym zajmuje Ona szczególne miejsce”.

Katolicy rozpoczynają Nowy Rok powierzając Bogu za wstawiennictwem Matki Bożej nadchodzące dni. Nie wiemy, jakie one będą i co nam przyniosą, możemy być jednak pewni, że nie będą spisane na straty, gdy je powierzymy tak potężnym Orędownikom (z książki Ku wolności).

 

UJRZEĆ W TWARZY CHRYSTUSA BLIŹNIEGO

Pan mówił do Mojżesza tymi słowami: «Powiedz Aaronowi i jego synom: Tak oto macie błogosławić Izraelitom. Powiecie im: „Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku tobie oblicze swoje i niech cię obdarzy pokojem”. Tak będą wzywać imienia mojego nad izraelitami, a Ja im będę błogosławił» (Lb 6, 22-27).

Mijające sekundy, minuty, godziny, dnie, miesiące i lata przypominają nam prawdę, którą wyśpiewujemy w rzewnej piosence „Jak szybko mija życie”. Wśród tych miar czasu najstarszą i najbardziej przemawiającą do naszej wyobraźni jest rok, który jest równy obiegowi Ziemi wokół Słońca- 365 dni, 5 godzin, 48 minut i 46 sekund. Zaś księżyc wyznacza miesiące. Wzrastające tempo życia zmusiło ludzi do podzielenia czasu na mniejsze jednostki. Miesiące podzielono na dekady i tygodnie, dni na godziny a później na minuty i sekundy. Wskazówka na zegarach, w którą wpatrujemy się uważnie w noc sylwestrową pojawiła się dopiero w XIX wieku.

W roku 45 przed narodzeniem Chrystusa Juliusz Cezar, po konsultacji z greckim astronomem-filozofem Sozygenesem, wprowadził nowy kalendarz. Ustalał on 1 stycznia początkiem 365 dniowego roku, mającego 12 miesięcy po 30 i 31 dni (luty 28/29), a co czwarty rok miał mieć 366 dni. Zaś pod wpływem tradycji chrześcijańskiej prawie w całym świecie przyjęło się liczenie lat od narodzenia Chrystusa. Stąd też rzeczywistość świecka i kościelna spotykają się w tym dniu, aby go wspólnie świętować. Podczas gdy Kościół obchodzi oktawę Bożego Narodzenia, świat świętuje pierwszy dzień nowego roku kalendarzowego.

Czas zamknięty między dniami Bożego Narodzenia i Trzech Króli, w tradycji polskiej wypełniony jest śpiewem kolęd, jasełkami, kolędnikami chodzącymi z gwiazdą i rodzinnymi spotkaniami. Wśród jasełek nie może zabraknąć sceny pożegnania Starego i powitania Nowego Roku. W wieczór sylwestrowy kolędnicy odwiedzają domy. Przygarbiony, ubrany w obszarpane szaty Stary Rok wchodzi do mieszkania i prosi domowników o ukrycie, ponieważ nadchodzący Nowy Rok chce go przepędzić i zająć jego miejsce. W czasie tego błagalnego monologu wchodzi Nowy Rok i zaczyna okładać kijem staruszka, wypędzając go z domu. Zadowolony ze zwycięstwa Nowy Rok zaczyna śpiewać kolędę:

„Nowy rok bieży; w jasełkach leży:

A kto kto? Dzieciątko małe ,

dajcież mu chwałę na ziemi.”

W ludzkie zmaganie się z czasem i przemijaniem wszedł Ten, który ” w jasełkach leży”. I On daje człowiekowi udział w swojej wieczności. A w obliczu wieczności upływ czasu nabiera innego znaczenia. Wszystko to co przemija, w Chrystusie ma szansę wydać owoc wieczności. To w Nim rodzimy się dla wieczności. Papież Jan Paweł II homilii noworocznej w 1988 r. powiedział: „Przyjście Chrystusa na świat jest ważne z punku widzenia dziejów człowieka, jednakże nade wszystko jest ważne z punktu widzenia zbawienia człowieka. Jezus z Nazaretu poddał się ograniczeniom ludzkiego czasu i zarazem ten czas zdecydowanie otworzył w stronę wieczności. Przez swoje życie, a w szczególności przez swoją śmierć i zmartwychwstanie Chrystus jednoznacznie ukazał, że człowiek nie jest tylko istnieniem «ku śmierci», które musi się skończyć. Człowiek żyje nie «ku śmierci», ale «ku nieśmiertelności». Dzięki dzisiejszej liturgii ta podstawowa prawda o odwiecznym przeznaczeniu człowieka pojawia się zawsze na początku nowego roku, ażeby ukazać, jaką wartość, jaki właściwy wymiar ma każda ludzka epoka i nieubłagany upływ czasu”.

Narodzenie Pana życia i śmierci obwieszczają pasterzom aniołowie. Pasterze rozpoznają w małym Dziecięciu zapowiadanego Mesjasza, oddają mu pokłon i z radością wracają do swoich obowiązków. W tajemnicy wcielenia Maryja zajmuje niepowtarzalne miejsce, tak że ją nazywamy Bożą Rodzicielką, Matką Boga. I to właśnie w tajemnicy tej godności oddajemy cześć Maryi w pierwszy dzień Nowego Roku. Obchodzimy dzisiaj bowiem Uroczystość Bogurodzicy Maryi. Po raz pierwszy nazwała tak Maryję święta Elżbieta, gdy wypowiedziała słowa przy pozdrowieniu: „A skądże mi to, że Matka Pana mego przychodzi do mnie?” Po paru wiekach w r. 431 tytułem tym obdarzył Matkę Jezusa Sobór Efeski i to wśród ogromnego entuzjazmu tamtejszej ludności. Przewodniczący soboru, św. Cyryl Aleksandryjski, widząc tę wielką miłość do Maryi zawołał: „Święta Mario, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej”. Od XVI wieku powtarzamy te słowa złączone z pozdrowieniem anioła Gabriela w modlitwie Zdrowaś Maryjo. Na progu Nowego roku uświadamiamy sobie, że w Chrystusie dany nam czas możemy przekuć na wieczność, a niezawodną patronką w tym zmaganiu jest Maryja.

Kończący się rok przymusza jakby do obejrzenia się wstecz, a wtedy możemy dostrzec, że niektóre dni są puste, nie wydały owocu wieczności. I jest to odpowiedni czas poczynienia noworocznych postanowień. O jednym z nich pisze Richard A. Jensen w książce pt. „Lectionary Tales”. Tom Stone wracał z balu sylwestrowego do domu. Przechodząc prze opustoszałą dzielnicę, zauważył na ulicy leżącego mężczyznę, który został napadnięty i dotkliwie pobity. Nie wiedział w pierwszej chwili co ma robić. Najwygodniej byłoby zostawić go, nie udzielając pomocy, ale wewnętrzny głos nie pozwalał mu na to. Ponadto przypomniał sobie rozmowę na balu sylwestrowym. Ktoś go zapytał, jakie poczynił postanowienia na Nowy Rok, a on odpowiedział, że chciałby poświęcić więcej troski o innych ludzi. A to wydarzenie wyglądało, jak gdyby Bóg chwycił go za słowo. Postawił na jego drodze pobitego mężczyznę, aby mógł wypełnić swoje postanowienia. Przynaglony tymi myślami pochylił się na leżącym mężczyzną, który nie mógł nawet mówić, tylko błagalnie patrzył na Toma. Tom zatrzymał nadjeżdżającą taksówkę i zawiózł rannego do szpitala. Po czym wrócił do domu.

Następnego dnia Tom obudził się po południu. Pierwsze jego myśl była o napadniętym mężczyźnie, był ciekawy jak się on czuje. Postanowił zatem udać się do szpitala. Wszedł do pokoju, gdzie leżał ranny mężczyzna. Poznał on Toma i wyszeptał: „Rozpoznałem twoją twarz. Ty jesteś tym mężczyzną, który pomógł mi ostatniej nocy. Gdy zobaczyłem twoją twarz, pomyślałem, to jest twarz Chrystusa”. Tom słysząc te słowa poczuł się trochę zmieszany, nie wiedział co powiedzieć. Po dłuższej chwili mężczyzna ów powtórzył: „Gdy zobaczyłem twoją twarz, pomyślałem, to jest twarz Chrystusa”. „Nie” – odpowiedział Tom- „To było całkiem inaczej. Gdy ja zobaczyłem twoją zmasakrowaną twarz, zranione ciało, porwane ubranie i usłyszałem jęk bólu, pomyślałem ty na pewno jesteś Jezusem”.

W uroczystość Bogurodzicy Maryi cały Kościół modli się o pokój na świecie. Postanowienie jakie poczynił Tom jest drogą prowadzącą do pokoju. Gdy ujrzymy w twarzy bliźniego twarz Chrystusa, wtedy rodzi się pokój i wieczność staje się naszym udziałem. (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

SPEŁNIONY CZAS

Bracia: Gdy nadeszła pełnia czasu, Bóg zesłał swojego Syna, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo. Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: „Abba, Ojcze”. A zatem nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem. Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej (Ga 4,4-7).

Czym jest pełnia czasu?  Odpowiedź na to pytanie rozpocznę od zwykłych naszych spraw, opowiadając historię Marii i Andrzeja. Spotkałem ich kilkanaście lat temu w Nowym Jorku. Przyjechali do Stanów Zjednoczonych, jak to się mówi na wakacje. Ale nie odpoczynek był im w głowie. Pracowali ciężko i wiele godzin dziennie. Ale nie narzekali. Poświęcenie i upływ czasu były ukierunkowane na jeden cel. Chcieli pomóc swoim dzieciom, jak i też zabezpieczyć się na starość. Mijające dni wykorzystywali, aby osiągnąć ten cel. To było źródłem radości i nadawało sens znojnym dniom.  „Wakacje” zakończyli w Stanach Zjednoczonych po kilkunastu latach. W międzyczasie otrzymali obywatelstwo amerykańskie i emeryturę. Wyjechali do Polski. Po pewnym czasie spotkałem ich ponownie w Nowym Jorku. Opowiedzieli mi o najradośniejszych dniach w swoim życiu. A były to dni po powrocie do domu. Dzieci nie zmarnowały ich poświęcenia. Miło było patrzeć jak mądrze urządzili się w życiu. Maria i Andrzej dorobili się pięknego domku z ogródkiem, kupili samochód i jak mówią mają teraz wiele czasu dla siebie dla rodziny. Wiele podróżują, poznają Polskę i inne kraje. Jednym słowem cieszą się życiem. Można powiedzieć, że ich czas poprzedzony znojną pracą i poświeceniem dopełnił się, gdy osiągnęli zamierzony cel.

Jeszcze jedna historia. Ewelina i Marek w niedługim czasie po ślubie dowiedzieli się, że będą rodzicami. Początkowe zaskoczenie przerodziło się w ogromną radość. Rozpoczęło się czekanie na przyjście maleństwa, które spokojnie drzemało pod sercem mamy. To czekanie wypełnione było aktywnością. Oboje się rozczytywali w książkach, jaką dietę powinna zachować mama w ciąży, jakie wykonywać ćwiczenie, czego unikać, a by nie zaszkodzić poczętemu dziecku. Marek wyręczał Ewelinę w różnych pracach, aby się nie przemęczała. Był świadomy, że troszczy się teraz o dwie najbardziej kochane istoty. Przykładał ucho, aby usłyszeć jak bije serduszko nienarodzonego skarbu. Rozmawiali o imieniu dziecka. Kupili łóżeczko, ubranka, zabawki i wszystko, co może przydać się niemowlakowi. Aż przyszedł z niecierpliwością oczekiwany dzień, dzień narodzin. Gdy Ewelina usłyszała po raz pierwszy płacz swego dziecka czuła, jakby niebo otwarło się dla niej. Trudno sobie wyobrazić większego szczęście.  A Marek trzymając dziecko na rękach jak bóbr płakał ze szczęścia. Dopełnił się dla nich radosny czas oczekiwania. Doświadczyli niejako pełni czasu.

Nasze ludzkie pragnienia i oczekiwania sięgają poza horyzont doczesności. I tam będzie ostateczne dopełnienie naszego czasu oczekiwania, tam będzie nasza pełnia. Nasz czas się dopełni w Chrystusie, o którym św. Paweł w liście do Galatów pisze: „Gdy nadeszła pełnia czasu, Bóg zesłał swojego Syna, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo”. Maryja pierwsza doświadczyła tej pełni. Tak po ludzku doświadczyła jej, gdy usłyszał kwilenie swego Dziecka w stajence betlejemskiej. Ale to dziecię przynosiło nadzieję wiecznego spełnienia. Ewangelii z dzisiejszej uroczystości mówi: „Pasterze pospiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu”.

Sługa Boży Jan Paweł II tak pisze o tym wydarzeniu: „Liturgia mówi o ‘pełni czasu’ i wyjaśnia nam znaczenie tej ‘pełni’. W dzieje wielkiej ludzkiej rodziny Bóg zechciał wprowadzić swoje odwieczne Słowo, które przyjęło ludzką naturę taką jak nasza. Właśnie przez wzniosłe wydarzenie wcielenia czas ludzki i kosmiczny osiągnął pełnię: ‘Gdy nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo’. Oto wielka tajemnica: odwieczne Słowo Boże stało się obecne w wydarzeniach, z których składa się ziemska historia człowieka. Przez wcielenie Syna Bożego wieczność weszła w czas, a historia człowieka otwarła się na transcendentne spełnienie w Bogu. Człowiekowi została w ten sposób ofiarowana niewiarygodna szansa: może ubiegać się o godność syna w Synu, dziedziczącego razem z Nim to samo chwalebne przeznaczenie. Pielgrzymka ziemskiego życia jest zatem wędrówką, która dokonuje się w czasie Bożym. Celem jest sam Bóg, pełnia czasu w wieczności”.

Gdy umilkną huczne sylwestrowe zabawy przychodzi czas zastanowienia, refleksji i podsumowania minionych dni. Liczenia zysków i strat. Najłatwiej wychodzi nam to rozliczenie w sferze materialnej. Wystarczy spojrzeć na konto bankowe lub majątek, który posiadamy. Trudniej, gdy oceniamy nasze relacje międzyludzkie, czy nie roztrwoniliśmy miłości, przyjaźni. Jeszcze trudniej oceniać nasze zyski i straty w sferze rozwoju naszej osobowości. Czy staliśmy się mądrzejsi, roztropniejsi, czy może jeszcze bardziej zgłupieliśmy, podejmując niewłaściwe decyzje. Jednak najważniejsze, bo bezpośrednio sięgająca wieczności i pełni czasu w wieczności jest ocena wykorzystania czasu w sferze ducha. Czy był to czas umocnienia wiary, spotęgowania miłości Boga i bliźniego? A może był to czas utraty jednego i drugiego.  Po tych ocenach powinien nastąpić czas podejmowania decyzji na przyszłość, pytając jak najpełniej i najlepiej wykorzystać darowany nam przez Boga. Maryja jest dla nas wzorem wykorzystania ziemskiego czasu. Przez wiarę i miłość osiągnęła tu na ziemi pełnię czasu, pełnię, która znalazła ostateczne spełnienie w wieczności. Dla tego dobrze się stało, że Uroczystość Bożej Rodzicielki Maryi rozpoczyna rok kalendarzowy. Tym sposobem obieramy Ją za patronkę czekających nas dni, mając pewność, że poprowadzi nas pewną i bezpieczną drogą do swojego Syna, w który odnajdujemy pełnię czasu, odnajdujemy zbawienie (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

PATRONKA NASZYCH DNI

Jednym z najstarszych świąt, obchodzonych przez człowieka jest Nowy Rok. Zachowane dokumenty mówią, że człowiek świętował ten dzień już ponad pięć tysięcy lat temu. Starożytni Rzymianie celebrowali Nowy Rok, wręczając sobie nawzajem gałązkę świętego drzewa wypowiadali życzenia: „Szczęśliwego Nowego Roku”. W późniejszych czasach, życzeniom towarzyszyła wymiana między sobą monet z podobizną boga Janusa, który był czczony jako opiekun czasu, strażnik bram i drzwi, pan wszelkiego początku i końca. Od niego pochodzi łacińska nazwa stycznia „Ianuarius” i angielska „January”, pierwszego miesiąca po przesileniu zimowym. Niejako pod patronatem tego boga światło słońca zaczynało zwyciężać ciemność nocy. Tradycyjnie przedstawiano go jako boga o podwójnym obliczu, jedno było zwrócone do tyłu, drugie do przodu. Takie wyobrażenie boga przypominało człowiekowi na przełomie czasu o spojrzeniu wstecz i ocenie swojego życia i po wyciągnięciu odpowiednich wniosków spojrzenia do przodu z postanowieniem unikania błędów minionego czasu i jak najlepszego wykorzystania dni Nowego Roku.

My również kończymy stary rok i zaczynamy nowy wznosząc myśli do Boga, który jest Panem czasu. Nie jest to jednak Bóg nieokreślonego czasu, stworzony przez ludową mitologię, jest to Bóg, który w konkretnym miejscu i konkretnym czasie wszedł widzialnie w historię człowieka. Miało to miejsce ponad dwa tysiące lat temu w niewielkim mieście Betlejem. Św. Paweł w liście do Galatów pisze: „Gdy nadeszła pełnia czasu, Bóg zesłał swojego Syna, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo”. Zaś Ewangelia na dzień dzisiejszy mówi o pasterzach, którzy zgodnie z poleceniem anioła udali się do Betlejem i w małym Dziecięciu rozpoznali Boga i Mesjasza: „Udali się też pośpiesznie i znaleźli Maryję, Józefa oraz leżące w żłobie Niemowlę. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, zdumieli się tym, co im pasterze opowiedzieli”.

Nieprzypadkowo świętujemy Nowy Rok w blaskach stajenki betlejemskiej. Ważniejsze święta katolickie, a do takich należy Boże Narodzenie mają oktawę, osiem dni poświęconych tej uroczystości. Nowy Rok obchodzimy w ostatni dzień oktawy Bożego Narodzenia, a zatem jest on ściśle związany tajemnicą wcielenia Jezusa. Na progu Nowego Roku spoglądamy wstecz, aby ocenić mijające dni. Oceniamy w perspektywie sukcesów i strat materialnych, osobistych przeżyć związanych z naszymi relacjami do innych ludzi. Może zyskaliśmy kogoś a może straciliśmy. W tej wielowymiarowej perspektywie ocen minionego czasu jest jedna, najważniejsza. Perspektywa ta przekracza wymiar ziemski i sięga wieczności. Ta ocena dokonuje się świetle prawdy, którą przynosi Jezus Chrystus. Patrząc przez pryzmat Jego nauki możemy właściwie ocenić, co jest realna stratą, a co rzeczywistym zyskiem. Ta perspektywa daje nam szansę skorzystania z bożego miłosierdzia, które uwalnia nas od poczucia winy za zmarnowany czas i daję szanse rozpoczęcia wszystkiego od nowa w blaskach prawdy emanującej z betlejemskiej stajenki.

W tym dniu Kościół oddaje cześć Maryi jak Matce Boga. To Ona staje się patronką naszych dobrych poczynań, które prowadzą nas do jej Syna Jezusa Chrystusa. Dogmat o Bożym Macierzyństwie Maryi jest najstarszym dogmatem dotyczącym Maryi. Św. Jan Damasceński pisał: „Dlatego też słusznie i zgodnie z prawdą nazywamy Świętą Maryję Matką Boga. A ten tytuł zawiera w sobie całą tajemnicę Wcielenia. Bo jeśli rodzącą była Matka Boga, to niewątpliwie narodził się z Niej Bóg, lecz także oczywiście i człowiek. Jakżeby bowiem ‘z niewiasty’ mógł narodzić się Bóg istniejący przedwiecznie, jeśliby się nie stał człowiekiem? Poza tym, jeśli to syn ludzki, to i człowiek. A jeśli znów ten zrodzony z niewiasty jest Bogiem, to oczywiście jest On Tym samym, który z Ojca zrodził się do natury Boskiej i nie mającej początku, i tym samym, który w ostatnich czasach narodził się z Dziewicy co do natury mającej początek i podległej czasowi, to jest ludzkiej”. W roku 431 Sobór w Efezie ogłosił jako dogmat, prawdę, że Maryja jest Matką Bożą. 1500 lat później, Święto Boskiego Macierzyństwa wprowadził do liturgii Kościoła papież Pius XI i wyznaczył dzień jego obchodzenia na 11 października. Reforma liturgiczna w roku 1969 podniosła do rangi uroczystości świąt nakazanych i przeniosła je na 1 stycznia, koniec oktawy Bożego Narodzenia, aby po wyśpiewaniu hymnów dziękczynnych Wcielonemu Słowu, złożyć odpowiedni hołd Jego świętej Rodzicielce.

Wracając myślą do minionego roku wspominam pielgrzymkę do Guadalupe w Meksyku. Dla wszystkich pielgrzymów było to ogromne przeżycie. Po raz kolejny doświadczyliśmy przemożnego wstawiennictwa Maryi w naszej drodze do Chrystusa. Jej cudowne objawienia zbliżyły do Chrystusa cały naród meksykański. Dzisiaj przybywa tu rocznie ponad 20 milionów pielgrzymów, którzy niejako pod płaszczem Maryji, znajdują moc do uporania się z najtrudniejszymi zdarzeniami mijającego czasu i odnajdują nadzieję i siłę na czekające ich dni. Maryja potwierdza swoją miłosną obecność wśród ludu licznymi cudami. Ostatni taki cud miał miejsce 30 kwietnia 2007 roku. Podczas mszy św. odprawianej w intencji dzieci nienarodzonych, z łona Matki Bożej przedstawionej na Wizerunku zaczęło emanować jasne światło, które utworzyło kształt nienarodzonego dziecka, podobny do obrazu widzianego podczas badań ultrasonograficznych. Cud dokonał się na oczach tysięcy pielgrzymów. To niezwykle zjawisko sfotografowano. Powiększenie fotografii wykazało, że dziwny blask pochodzi bezpośrednio z wnętrza Obrazu, a białe intensywne światło ma formę i rozmiary ludzkiego embrionu. Więcej, widać na nich strefy cienia, charakterystyczne dla ultrasonograficznego obrazu dziecka w łonie matki.

Na progu Nowego Roku przyzywajmy naszą Orędowniczkę słowami jednej z najstarszych modlitw, pochodzącej z III wieku: „Pod Twoją obronę uciekamy się, święta Boża Rodzicielko, naszymi prośbami racz nie gardzić w potrzebach naszych, ale od wszelakich złych przygód racz nas zawsze wybawiać, Panno chwalebna i błogosławiona. O Pani nasza, Orędowniczko nasza, Pośredniczko nasza, Pocieszycielko nasza. Z Synem swoim nas pojednaj, Synowi swojemu nas polecaj, swojemu Synowi nas oddawaj. Amen” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚWIĘTY LUDWIK MARIA

W pierwszy dzień roku kalendarzowego Kościół obchodzi Uroczystość Bogurodzicy Maryi, która odegrała ogromną rolę w dziejach naszego zbawienia. Jako Matka Jezusa była uczestnikiem wszystkiego, co działo się wokół Niego. I jak mówi Ewangelia: „… zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu”. Stąd też będąc blisko Maryi mamy jeszcze jedną szansę zbliżenia się do Chrystusa i zgłębienia wszystkich spraw, których świadkiem była Maryja. A zatem szukając bliskości Maryi zbliżamy się do samego Zbawcy. Z tego też powodu w życiu świętych Maryja zajmowała bardzo ważne miejsce. Święty Ludwik Maria Grignion de Montfort należy do jej szczególnych czcicieli i jest wielkim propagatorem kultu maryjnego.

Święty Ludwik Maria Grignion de Montfort był jednym z osiemnaściorga dzieci adwokata Jana Baptysty i Joanny, zamieszkujących w bretońskim miasteczku Montfort we Francji. Ludwik przyszedł na świat, jako drugie dziecko 31 stycznia 1673 roku. Po ukończeniu miejscowej szkoły kontynuował naukę w kolegium jezuickim w Rennes. W tym czasie odkrył swoje powołanie kapłańskie. Aby je zrealizować, jesienią roku 1692 wyruszył do odległego prawie 300 km. Paryża, aby w Seminarium św. Suplicjusza studiować teologię. Połowę drogi przejechał dyliżansem, a drugą połowę potraktował jako pielgrzymkę i pokonał ją pieszo. Wydarzenie, jakie miało miejsce w drodze ukazuje osobowość tego niezwykłego młodzieńca. Otóż spotkał na drodze żebraka. Ulitował się nad nim i oddał mu wszystkie pieniądze jakie posiadał. Nie uszedł daleko, gdy następny żebrak poprosił go o jałmużnę. Ludwikowi pozostało tylko nowe ubranie, które miał na sobie. Nie zastanawiając się zdjął je i oddał żebrakowi, a sam przywdział strzępy łachmanów żebraka. Po czym ruszył w dalszą drogę, radując się, że mógł coś uczynić dla Chrystusa.

Po przybyciu de Seminarium św. Suplicjusza Ludwik zamieszkał w pomieszczeniu dla synów z ubogich rodzin. Z wrodzonym sobie rygoryzmem realizował przyjętą dewizę życia: „Tylko Bóg”. Ważną rolę w jego religijności odgrywała, wyniesiona z domu pobożność Maryjna. Dwa największe dzieła, które opublikuje później są poświęcone Maryi: „Tajemnica Maryi” oraz „Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny”.  Daje w nich wykładnię o prawdziwym kulcie Matki Bożej. Maryja wybrana na Matkę Zbawiciela, stała się Matką wszystkich odkupionych. Miłość do Maryi prowadzi nas do Jezusa. Maryja pragnie, aby jej dzieci upodabniały się do jej Syna przez realizację polecenia: „Zróbcie wszystko cokolwiek wam powie”. Kto poświęca się Maryi wybiera najkrótszą i najpewniejszą droga do Chrystusa. Prowadzi Ona swe dzieci do Jezusa tak pewnie jak koryto rzeki prowadzi wody do oceanu.

5 czerwca 1700 roku Ludwik Maria otrzymał upragnione kapłaństwo. Przed święceniami pisał: „Gdy widzę zagrożenie Kościoła nie mogę nie błagać niestrudzenie, by powstała mała, uboga grupa dobrych kapłanów, pod sztandarem i opieką Najświętszej Dziewicy. Chodziliby od parafii do parafii i ogłaszali Ewangelię ubogim, ufając Bożej Opatrzności”. Realizując tę wizję kapłaństwa, Ludwik przyłączył się do grupy misjonarzy z Nantes. Radykalizm młodego kapłana, gorliwość oraz płomienne słowa trafiały do wiernych. Jednak nie zostało to docenione przez współbraci kapłanów. Ludwik opuścił tę wspólnotę i na wezwanie biskupa Poitiers podjął pracę w szpitalu dla ubogich. Okazało się, że chorzy są lekceważeni, leczeni niewystarczająco, zaniedbani duchowo. Święty chciał to wszystko zmienić w imię cierpiącego Chrystusa, którego widział w każdym chorym. Gromadził przy sobie oddanych sprawie ludzi i wspólnie zmieniali atmosferę szpitala. Wśród bliskich współpracowników była Maria Ludwika Trichet, córka prokuratora królewskiego. Przy jej pomocy Święty założył żeńskie zgromadzenie Córek Bożej Mądrości, przeznaczając je do opieki nad chorymi. Jednak i tutaj pełne oddanie się Świętego chorym stało się wyrzutem dla opieszałych i zrodziło opozycję, w konsekwencji Ludwik musiał wyjechać do Paryża. Ale i tutaj gorliwość Świętego była solą w oku opieszałych. Po 5 miesiącach podziękowano mu za pracę. Święty znalazł schronienie pod schodami, gdzie żył jako pustelnik przez 6 miesięcy. Pod naciskiem chorych ponownie wezwano go do szpitala w Poitiers. Jednak po roku czasu musiał znowu, z tych samych powodów opuścić to miejsce.

W roku 1703, już poza wspólnotą św. Sulpicjusza Ludwik rozpoczął działalność duszpasterską. Natchniony kaznodzieja z różańcem w ręku i krzyżem wzniesionym nad głową gromadził ogromne rzesze wiernych. Jego kazania wywoływały płacz słuchaczy nad Jezusem Ukrzyżowanym i nad własnymi nędzami. Przemieniały i nawracały największych grzeszników. Sława kaznodziei zataczała coraz szersze kręgi. Proszono go o przybycie do najodleglejszych zakątków zachodniej Francji. Święty wędrował z jednego miejsca do drugiego, zbierając po drodze na targowiskach i innych miejscach datki dla ubogich. Zachodził do melin pijackich i domów rozpusty i błagał, aby się nawrócili i nie zatracali na wieczność swoich dusz, bo dusza jest więcej wart niż wszystkie skarby świata. Nie ma nic cenniejszego dla Chrystusa jak uratowanie zbłąkanej duszy. Duszpasterstwo św. Ludwika nie budziło zachwytu miejscowych księży, a nawet biskupów. Traktowano go nieraz jako konkurenta i intruza.

Wiosną 1706 roku Ludwik Maria udał się pieszo do Rzymu. 6 czerwca przyjął go Papież Klemens XI i uznał jego działalność misyjną, nadając mu tytuł „misjonarza apostolskiego”. Po powrocie do Francji, Ludwik Maria na nowo przemierzał wioski i miasta, niosąc światło Ewangelii. Wygłosił w swoim kapłańskim posługiwaniu blisko 200 misji i rekolekcji. Poszczególne misje trwały około 5 tygodni. Św. Ludwik głosił kazania, uczył religijnych śpiewów, spowiadał, zapisywał uczestników misji do bractw: Różańca Świętego, Pokutników, 44 Dziewic, Milicji św. Michała i Przyjaciół Krzyża. Na zakończenie misji budował z uczestnikami drogę krzyżową. Z wielkim entuzjazmem włączali się w to zarówno szlachta, jak i mieszczanie oraz chłopi. Św. Ludwik założył męskie zgromadzenie Towarzystwo Maryi, polecając mu nauczanie ubogiej młodzieży, pielęgnowanie chorych w szpitalach i przytułkach oraz niesienie pomocy tym, którzy o nią poproszą. Mimo aprobaty papieskiej, niektórzy biskupi zakazali mu wstępu na teren swoich diecezji, a proboszczowie przepędzali ze swoich parafii.

Św. Ludwik odnajdywał sens tych wszystkich cierpień w Mądrości Bożej, którą można posiąść tylko przez podjęcie krzyża Chrystusowego. Ludwik Maria odnajdywał radość w krzyżach, jakie nakładali na niego nie tylko wrogowie Chrystusa, ale także Jego wyznawcy. „Jestem bardziej niż kiedykolwiek doprowadzony do nędzy, upokorzony, ukrzyżowany. A jednak ludzie i demony wydają mi wojnę bardzo miłą i słodką. Niech rzucają na mnie oszczerstwa, niech mnie wyśmiewają, niszczą mi opinię, niech mnie zamykają w wwiezieniu – to są drogocenne dary! To wykwintne dania! Ach, kiedyż zostanę ukrzyżowany dla świata i zgubiony?”- napisał Święty.

Krzyż cierpienia nie opuszczał go do samej śmierci, która przyszła w czasie głoszenia misji w St.Laurent-sur-Sevre. Jak zwykle misje ściągnęły ogromne rzesze wiernych. Płomienne kazania i przykład życia Świętego czyniły cuda przemiany serc. Ludwik miał wtedy dopiero 43 lata, ale ciało wyczerpane nadludzkim wysiłkiem i srogą ascezą słabło coraz bardziej. Przezwyciężając niemoc ciała Ludwik zakończył misje i wieczorem 28 kwietnia 1716 roku odszedł po nagrodę do swego Pana. Do chwały ołtarza Ludwik Maria Grignion de Montfort został wyniesiony w roku 1947 przez papieża Piusa XII. Sarkofag Świętego znajduje się w Bazylice w St.Laurent-sur-Sevre (z książki Wypłynęli na głębię).

 

ABY NIE STRACIĆ ŻADNEGO DNIA

Chińskie przysłowie mówi: „Nie możesz zatrzymać żadnego dnia, ale możesz go nie stracić”. Prawda o nieuchronnym przemijaniu w sposób szczególny dociera do nas na początku Nowego Roku. Wobec rzeczywistości przemijania człowiek może zajmować różne postawy. Mędrzec biblijny w Księdze Mądrości pisze o jednej z nich: „Czas nasz jak cień przemija, śmierć nasza nie zna odwrotu: pieczęć przyłożono i nikt nie powraca. Nuże więc! Korzystajmy z tego, co dobre, skwapliwie używajmy świata w młodości! Upijmy się winem wybornym i wonnościami i niech nam nie ujdą wiosenne kwiaty: uwijmy sobie wieniec z róż, zanim zwiędną. Nikogo z nas braknąć nie może w swawoli, wszędzie zostawmy ślady uciechy: bo to nasz dział, nasze dziedzictwo! Udręczmy sprawiedliwego biedaka, nie oszczędźmy wdowy ani wiekowej siwizny starca nie uczcijmy! Nasza siła będzie nam prawem sprawiedliwości, bo to, co słabe, gani się jako nieprzydatne. Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny: sprzeciwia się naszym sprawom, zarzuca nam łamanie prawa, wypomina nam błędy naszych obyczajów”. Ten tekst został napisany setki lat temu, a odnosi się wrażenie, że to współczesny autor kieruje te słowa dzisiejszego człowieka.

Ten sam mędrzec ocenia tych, którzy wybrali powyższą drogę życia tymi słowami: „Tak pomyśleli – i pobłądzili, bo własna złość ich zaślepiła. Nie pojęli tajemnic Bożych, nie spodziewali się nagrody za prawość i nie docenili odpłaty dusz czystych. Bo dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka – uczynił go obrazem swej własnej wieczności. A śmierć weszła na świat przez zawiść diabła i doświadczają jej ci, którzy do niego należą”. A zatem nieprawi i przewrotni należą do diabła, a ich mijające dni są wieczną zatratą. Może jesteś dzisiaj młody i silny, masz władzę i układy, wydaje ci się, że nie musisz się z nikim liczyć, należysz do wpływowej kliki, może jesteś bogaty i to bogactwo stało się twoim bożkiem. Jeśli tak to jest, to z pewnością boleśnie doświadczysz przemijania, a minione dni wrócą do ciebie jako zmarnowany i stracony czas, zmarnowane życie.

Amerykański pisarz Oliver Wendell Holmes powiedział „To, co za nami, i to co przed nami, ma niewielkie znaczenie w porównaniu z tym, co jest w nas”. To co jest dzisiaj w nas decyduje o tym jakie będą nasze minione dni, czy będą stratą, czy zyskiem. Gdy mamy za sobą stracone dni, od dziś może być inaczej. Bardzo często w Nowy Rok czynimy dobre postanowienia. Wystarczy tylko w nich wytrwać, a poczucie utraty zamieni się poczucie zysku. Doświadczył tego Darek, jeden z nowojorskich bezdomnych, który w wieku 25 lat przyjechał do Nowego Jorku. W krótkim czasie, przy pomocy kolegów udało się mu szybko znaleźć dobrze płatną pracę. Mógł sobie na wiele pozwolić, a pozwolił sobie na więcej niż powinien. Z kolegami coraz częściej sięgał po alkohol, odwiedzał nocne lokale. Równocześnie coraz bardziej oddalał się od Boga. W poczuciu fałszywie pojętej wolności zaniedbał modlitwę, uczęszczanie do kościoła. W Polsce przypominali mu o tym rodzice, a tu o wszystkim sam decydował i z nikim nie musiał się liczyć. Zresztą życie jakie prowadził nie pasowało, do tego co było głoszone w kościele i co wyniósł z domu. W końcu przez pijaństwo i hulaszczy tryb życia stracił pracę. W niedługim czasie znalazł się na ulicy jako bezdomny. Aby zdobyć pieniądze na wódkę zaczął kraść. Ale później nawet do tego nie był zdolny. W skrajnym upodleniu wegetował na nowojorskich ulicach przez osiemnaście lat. Pewnego razu spadł ze schodów i wybił sobie obojczyk. Nie chciał jednak iść do szpitala, bo bał się, że straci cały swój „majątek”, starą walizkę z jakimiś rupieciami. Skulony z bólu dalej koczował na nowojorskich ulicach.  Aż pewnego dnia zwróciła na niego uwagę Teresa, woluntariuszka, pracująca wśród bezdomnych. Mówił o niej, że jest to anioł przysłany do niego przez Boga. Teresa zadbała nie tylko o pomoc materialną, ale także duchową. Mówiła mu o Bogu i zabierała go ze sobą do kościoła. Na początku Darek nie mógł wytrzymać nawet do kazania. Po prostu wychodził w trakcie Mszy św. Powoli jednak wszystko zaczęło się zmieniać. Po pewnym czasie poprosił Teresę o modlitewnik. Ważnym momentem dla Darka były ostatnie, przed jego wyjazdem do Polski święta Bożego Narodzenia. Wiele czasu spędził w kościele przy stajence betlejemskiej. Może wtedy powracały do niego wspomnienia domu rodzinnego z lat dzieciństwa. Faktem jest, że po tych świętach Darek ostatecznie zerwał z trudna przeszłością i postanowił wrócić do rodzinnego domu.

Zapewne w tej przemianie Darka odegrała ważną rolę modlitwa jego matki. Gdy dowiedziała się o powrocie syna nie mogła powstrzymać łez. Łkając powiedziała: „Już wszystkie łzy wylałam za nim. To jest najmłodszy, z pięciu synów, ma już 45 lata. Osiemnaście lat go nie widziałam. Nie było dnia abym o nim nie myślała i nie modliła się za niego. Klękałam przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej i błagałam o odnalezienie go i powrót do domu. Nareszcie moje modlitwy zostały wysłuchane. W tym roku, po 18 latach Darek zasiadł ze swoją rodziną do wigilijnego stołu. Dla wszystkich były to najpiękniejsze święta. Ogarnęła ich miłość spływająca z betlejemskiego nieba. Kilka dni przed wigilią Darek zadzwonił do Teresy, mówiąc: „Tobie zawdzięczam życie i modlę się każdego dnia w twojej intencji”. Czy może być piękniejsze podziękowanie dla tych, którzy niosą światło betlejemskie tam, gdy króluje ciemność zła i upadku?

Na początku Nowego Roku, Kościół wskazuje nam drogę, na której mijający czas nie jest stratą, ale zyskiem. Tę drogę odnajdujemy w blaskach stajenki betlejemskiej. Jeśli napełnimy się tym światłem, to nie zależnie od tego, co nas spotka w życiu będziemy przekuwać to na radość i pokój, które zaowocują w wieczności pełnią szczęścia. Znamy zapewne popularne powiedzenie: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Sądzę, że wielu z nas doświadczyło prawdziwości tego powiedzenia na własnej skórze. Gdy zostałeś skrzywdzony i zawierzyłeś to Bogu, wyszedłeś z tego nie tylko umocniony, ale mądrzejszy. Zostałeś zdradzony, możesz z tym się szarpać całe lata, ale gdy zawierzysz to Bogu, to wyjdziesz z tego silny i spokojny, dziękując Mu, że to nie ty jesteś zdrajcą. I tak jest ze wszystkim.

Okres oktawy Bożego Narodzenia, to czas rodzinnych spotkań i przemyśleń życiowych w bliskości Nowonarodzonego. Ostatni dzień oktawy jest pierwszym dniem Nowego Roku. Ewangelia z dzisiejszej uroczystości po raz kolejny maluje sielankowy obraz stajenki betlejemskiej. Widzimy w niej Maryję pochyloną nad Dzieciątkiem. Nie wszystko rozumiała z tego co się działo, ale jak mówi Ewangelia: „zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu”. Może dziś wiele spraw jest trudnych i niezrozumiałych dla nas. Trzeba zatem, jak Maryja w modlitewnym zamyśleniu pochylić się nad Dzieciątkiem, a z pewnością spłynie na nas światło rozświetlające najgłębsze mroki naszego życia, nawet mrok śmierci.

W pierwszy dzień Nowego Roku obchodzimy uroczystość Bogarodzicy Maryi. Jest ona dla nas nie tyko wzorem pochylenia nad Dzieciątkiem Jezus, ale także naszą orędowniczką przed Bogiem i tak jak matka Darka, tylko w stopniu nieskończenie doskonalszym wstawia się za nami u swojego Syna. A zatem gdy zawierzymy swoje życie tajemnicy emanującej z betlejemskiego żłóbka, wtedy nie utracimy mijających dni (Kurier Plus, 2015).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *