28 gru

Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi . Rok C

 

WYKORZYSTAĆ CZAS .                            

Pasterze pośpiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie Matki (Łk 2,16-21).

Dianna Neal w wierszu „Nie mam czasu na zabawę”, w piękny i wzruszający sposób mówi jak ważne jest właściwe wykorzystanie czasu. Wiersz, po pewnych uproszczeniach przytoczę w formie opowiadania: Mój cudowny synek ze złotymi włosami przyszedł do mnie i stanął obok krzesła. Położył głowę na moich kolanach i powiedział: „Mamusiu, proszę, pobaw się ze mną”. „Nie teraz. Idź pobaw się sam”- odpowiedziałam. Smutno uśmiechnął się, a w jego błękitnych oczach pojawiły się łzy. Wtedy powiedziałam: „Pobawimy się później, gdy skończę pracę”. Jednak domowa krzątanina zajęła mi cały dzień. Nie znalazłam czasu na zabawę. Po kolacji zmyłam naczynia. Byłam zbyt zmęczona na zabawę z synkiem. Położyłam go do łóżeczka, ucałowałam w policzek i patrzyłam jak mój śliczny anioł zasypia. Zmęczona położyłam się do łóżka, a w głowie dźwięczały mi słowa: „ Nie teraz synku, idź pobaw się sam. Dzisiaj tak wiele miałam pracy”. Szybko ogarnął mnie sen. Nagle ujrzałam syna, jako dorosłego mężczyznę. W pokoju na podłodze nie było porozrzucanych zabawek. Nie było śladów brudnych palców na drzwiach. Nikt nie prosił o kanapkę. Nie było łez do otarcia. Uświadomiłam sobie jak szybko minął czas. Nie ma już mego maleńkiego synka. Z krzykiem bólu obudziłam się. Jak to dobrze, że był to tylko sen. Pobiegłam do łóżeczka mojego synka. Maleństwo beztrosko spało. Delikatnie położyłam rękę na jego głowie. Praca może zaczekać do następnego dnia. Teraz muszę znaleźć trochę czasu na zabawę.

Na początku roku częściej niż zwykle towarzyszy nam myśl o przemijaniu i wykorzystaniu czasu. Ten wspaniały dar otrzymujemy od Boga. Gdy jesteśmy młodzi i zdrowi bardzo często nie doceniamy i trwonimy go. Wydaje się nam, że mamy go tak wiele. Kiedy jednak rysuje się perspektywa jego końca, wtedy każda minuta nabiera szczególnej wartości. Chcemy ją wypełnić sensem i treścią. Trwonienie czasu może przybrać nieraz formę kołowrotu zabiegania. Sądzimy, że przez ciągłą aktywność i zabieganie dobrze wykorzystujemy czas. Tymczasem jest odwrotnie. Istota rzeczy leży nie w zbieganiu, ale mądrym wykorzystaniu czasu. A to z kolei obliguje nas do poznania najważniejszych wartości życia i czasu ich realizacji. W powyższym opowiadaniu, matka dzięki wizji sennej zobaczyła, że w tym momencie najważniejszy jest czas poświęcony dziecku. Gdyby nie to, nigdy by nie nadrobiła zmarnowanego czasu.

Jakże często towarzyszy nam poczucie straconego czasu. Gdy odchodzą nasi bliscy żałujemy, że coś zaniedbaliśmy. Nie wysłaliśmy kartki świątecznej do tęskniącej matki, nie odwiedziliśmy jej, bo tyle innych spraw mieliśmy na głowie. Nie pomogliśmy naszemu bliźniemu, bo uważaliśmy, że będzie na to jeszcze czas. Sprawy religii zostawialiśmy na stare lata, bo teraz trzeba pracować, aby dzieciom zapewnić byt materialny. Rzeczywiście, pomogliśmy dzieciom dobrze ustawić się pod względem materialnym, ale zabrakło nam czasu, aby nauczyć je miłości Boga i bliźniego, dziesięciu przykazań, w tym przykazania czcij ojca i matkę. W konsekwencji siedzimy nieraz w pustym domu lub domu starców, czekając na odwiedziny dzieci, które są zbyt zajęte swoimi sprawami. Odkładanie spraw religii na stare lata jest nielogiczne, bo właśnie na początku potrzebujemy kontaktu z Bogiem, aby całe życie ułożyć według mądrości bożej. Boża mądrość mówi o pełnym wykorzystaniu czasu, które bierze pod uwagę wieczność. Teraźniejszość ma być wzrastaniem ku wieczności. Pełnia czasu przynosi nam zbawienie.

Święty Paweł w liście do Galatów pisze o dopełnieniu się czasu w dziejach ludzkości: „Gdy nadeszła pełnia czasu, Bóg zesłał swojego Syna, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo”. Pełnia nie jest rzeczywistością czysto kosmiczną, ale historio-zbawczą, nie decydują o niej ruchy ciał niebieskich, ale Bóg. Wybrał on najodpowiedniejszy moment w dziejach ludzkości na zesłanie swojego Syna, zrodzonego z niewiasty. Ten dopełniony czas w dziejach ludzkości stwarza dla każdego z nas możliwość dopełnienia się go w naszym życiu osobistym. Tej osobistej pełni czasu nie mierzymy ilością przeżytych lat, ale wykorzystaniem czasu według zamysłu bożej mądrości i mocy Jego łaski.

Święty Augustyn wyraża tę prawdę w słowach: „Czemuż więc tak uparcie brniecie przez drogi trudne i mozolne? Nie ma spokoju tam, gdzie go szukacie. Możecie szukać bez końca: tam, gdzie chcielibyście znaleźć spokój, tam go być nie może. Szukacie szczęśliwego życia w krainie śmierci. Nie ma go tam! Jakże mogłoby być szczęśliwe życie tam, gdzie w ogóle żadnego życia nie ma? A właśnie tu zstąpiło do nas Życie nasze, pokonało naszą śmierć, zabiło ją mocą swojej żywotności i zawołało wielkim głosem, abyśmy wrócili stąd do Niego, do tej odrębnej dziedziny, z której Ono zstąpiło do nas. Najpierw wstąpiło do łona Dziewicy, gdzie zaślubiło naszą ludzką, cielesną i śmiertelną naturę, aby nie pozostała śmiertelną na zawsze. A potem ‘jak oblubieniec wychodzący z komnaty swej, rozradowało się jak olbrzym widzący przed sobą drogę, którą ma przebiec’. Nie ociągnęło się, lecz pobiegło wołając słowami, czynami, śmiercią, życiem, zstąpieniem do otchłani, wstąpieniem do nieba, byśmy do Niego wrócili. I zniknęło z naszych oczu, abyśmy zwrócili się do serc naszych i tam je odnaleźli”.

To dopełnienie czasu dokonało się przez Maryję, dlatego Kościół w pierwszy dzień roku kalendarzowego czci ją jako Bogarodzicę i obiera za patronkę naszego wzrastania do pełni zbawienia, w jej Synu Jezusie Chrystusie. W Maryi spełniły się nadzieje Narodu Wybranego, wyrażone w słowach proroka Izajasza: „Oto Panna pocznie i porodzi Syna, i nazwie Go imieniem Emmanuel”. Emanuel to znaczy „Bóg z nami”. Pierwszymi naocznymi świadkami spełnionej nadziei byli pasterze, którzy usłuchawszy aniołów udali się do Betlejem, gdzie znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie.

Od samych początków Maryja była czczona jako Matka Boga. Po raz pierwszy nazwała tak Maryję święta Elżbieta, gdy wypowiedziała słowa przy pozdrowieniu: „A skądże mi to, że Matka Pana mego przychodzi do mnie?” W roku 431 Sobór Efeski, wśród niebywałego wiernych entuzjazmu ogłosił Maryję Matką Boga. Przewodniczący soboru, św. Cyryl Aleksandryjski, widząc tę wielką miłość do Maryi zawołał: „Święta Mario, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej”. Do dziś odmawiamy te słowa złączone z pozdrowieniem anioła Gabriela w modlitwie „Zdrowaś Maryjo”. Prosimy, aby Maryja orędowała za nami, aż do naszego ostatniego tchnienia. (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

PEŁNIA CZASU

Pan mówił do Mojżesza tymi słowami: „Po wiedz Aaronowi i jego synom: tak oto macie błogosławić synom Izraela. Powiecie im: «Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku tobie swoje oblicze i niech cię obdarzy pokojem». Tak będą wzywać imienia mojego nad synami Izraela, a Ja im będę błogosławił” (Lb 6,22-27).

Przez całą oktawę Bożego Narodzenia koncentrujemy swoją uwagę na stajence betlejemskiej. W małym Dziecięciu adorujemy Mesjasza i Boga. Nie do pomyślenia jest stajenka bez obecności Maryi, matki Jezusa. A jeden z dni oktawy Bożego Narodzenia jest poświęcony Maryi. Ten dzień jest pierwszym dniem Nowego Roku. Dlaczego Maryja zajmuje tak szczególne miejsce w tajemnicy Wcielenia? Odpowiedzią na to pytanie może być wydarzenie, jakie miało miejsce w jednym amerykańskich małych miasteczek. Otóż katolicki ksiądz i protestancki pastor doszli do wniosku, że dobrze byłoby dla miasta, gdyby na okres Bożego Narodzenia postawić na rynku miasta szopkę betlejemską. Znaleźli się sponsorzy, którzy zaofiarowali pieniądze na to przedsięwzięcie, wśród nich był wydawca miejscowej gazety. W czasie spotkania z wydawcą ks. katolicki powiedział: „Dzieci naszego miasta będą zbudowane, widząc jak my oddajemy honorowe miejsce na rynku Jezusowi, Maryi i Józefowi”. „Zgadzam się”- odpowiada wydawca- „Ale zostawmy Maryję poza szopką, ponieważ, dając jej tak eksponowane miejsce na rynku, dzieci mogą pomyśleć, że faworyzujemy religię katolicką”. Kapłan katolicki odpowiedział: „Zgodzę się na usuniecie Maryi z szopki betlejemskiej, jeśli potrafi pan wytłumaczyć naszym dzieciom, jak Jezus mógł się narodzić bez Niej”. Na taką propozycję wydawca zamilkł, a na rynku stanęła piękna szopka a w niej znalazło się eksponowane miejsce dla Maryi, adorującej swego Syna. Maryja nie przesłania Jezusa, ale wskazuje na Niego i mówi: „Czyńcie, co wam każe Syn”. Ona często staje na naszej drodze, prowadzącej nas do jej Syna, w którym odnajdujemy pełnię czasu i obiecane zbawienie.

Ks. M. Link w jednym ze swoich kazań przytacza wyznanie młodej dziewczyny. W czasie rekolekcji spisała je na kartce i wręczyła rekolekcjoniście. Były tam m.in. słowa: „Tylko kilka osób wie o tym, że przez ostatnie osiem miesięcy przechodziłam przez psychoterapię. Jak dziecko doświadczyłam przemożnego lęku spowodowanego patologiczną sytuacją rodzinną, gdzie obecna była przemoc i nienawiść. Ze wszelkich sił starałam się w swoim życiu przezwyciężyć ten lęk. Mówiąc o sytuacji rodzinnej nie chcę wchodzić w szczegóły, chcę tylko powiedzieć, że głównym źródłem tego lęku była moja matka. Pod wpływem tego obrazu matki, świadomie odrzuciłam miłość do Maryi, matki Jezusa. Po jednej z konferencji rekolekcyjnych wyszłam na zewnątrz z poczuciem tragicznej samotności. Prosiłam Boga łaskę, która by zburzyła mur uniemożliwiający mi zaufanie. Chciałam płakać, ale nie mogłam.

Może ksiądz zauważył mały, okrągły budynek w pobliżu cmentarza. Kierowana ciekawością weszłam do środka tego budynku. Rozejrzałam się wokoło i poczułam lęk. Stała tam wielka statua Matki Bożej. Pierwszy odruch, to chęć ucieczki. Lecz jakaś wewnętrzna siła zatrzymała mnie i przymusiła do uklęknięcia u jej stóp. Łkając zaczęłam się modlić. A gdy skończyłam poczułam się oczyszczona i odnowiona. Wróciła mi ufność małego dziecka… Co ważniejsze, poczułam, że dotknęła mnie miłość Maryi, która zrodziła we mnie pragnienie wybaczenia mojej ziemskiej matce”. Maryja sprawiła, że ta zgubiona kobieta odnalazła drogę do pojednania z ludźmi, a przez to zyskała szansę pełniejszego zjednoczenia z Bogiem.

Wiemy, jak był rok, który minął. Pytamy, jaki będzie ten, który dziś rozpoczynamy. Nikt z nas nie zna odpowiedzi na to pytanie. Ale wpatrując się w Maryję możemy odnaleźć natchnienie i siłę to tego, aby te dni stające przed nami przybliżały nas do pełni czasu, który jest czasem zbawienia. Życie Maryi nabrało głębszego sensu, gdy zgodziła się urodzić Jezusa Chrystusa. Odpowiedziała Gabrielowi: „Oto ja służebnica Pańska, nich mi się stanie według słowa twego” (Łk 1, 38). Słowa Maryi są kluczem w naszych poszukiwaniach pełni życia, pełni czasu. Nasze życie może nabrać głębszego sensu, gdy się zgodzimy, aby w nas narodził się Jezus Chrystus. Dzień, w którym, z pełnym przekonaniem powtórzymy za Maryją: “Oto ja służebnica Pańska, nich mi się stanie według słowa twego” będzie dniem, w którym odnajdziemy najpełniejszy wymiar naszego życia.

Na początku roku, częściej niż zwykle zastanawiamy się nad naszym życiem szukając mądrości, która pozwoli nam przeżyć jak najpiękniej, jeszcze jeden darowany nam rok. Tę mądrość możemy odnaleźć w naśladowaniu Maryi, z której narodził się Jezus. I gdy w nas narodzi się Jezus, wtedy razem z Maryją będziemy powtarzać słowa jej modlitwy: „Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej. Oto, bowiem błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny; a święte jest Jego imię- i miłosierdzie Jego z pokoleń na pokolenia dla tych, co się Go boją” (Łk 1 57- 50) (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

NIECH CIĘ OBDARZY POKOJEM

 Bracia: Gdy nadeszła pełnia czasu, Bóg zesłał swojego Syna, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo. Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: „Abba, Ojcze”. A zatem nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem. Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej (Ga 4,4-7).

Jedna z młodych matek żartobliwie wypomina mi czasami słowa, które powiedziałem do niej kilkanaście lat temu, gdy była jeszcze bardzo młodą dziewczyną: „A skąd ty wiesz, że dożyjesz starości”. Moje słowa były reakcją na jej młodzieńczą pewność w kontekście starości. Odebrałem jej słowa, jako wartościowanie stawiające wyżej młodość niż starość oraz poczucie dumy, z tego, że jest się młodym. A prawda jest taka, że każdy starszy człowiek miał młodość, a nie każdy młody doczeka starości. I jakby nie wykręcić w ziemskiej rzeczywistości życie człowieka starszego jest pełniejsze i bogatsze niż młodzieńca, który nie jest pewny swojej starości. Chociaż z perspektywy wiecznej wygląda to zapewne inaczej. My płaczemy, że tak wcześnie odeszli, a oni z wysokości nieba litują się nad nami, że nam tak ciężko w porównaniu z tym, czego oni doświadczają.

Na początku Nowego Roku z nostalgią, a może z poczuciem żalu mówimy, że kolejny rok jest już za nami, jesteśmy o rok starsi. To prawda, ale to nie powód do żalu tylko radości, że jeszcze jeden rok nam został darowany. Bo czas, to wielki dar Boga. Jest on niejako ramą doczesności, w której wykuwamy wieczność. Mówi się, że czterech rzeczy nie da się cofnąć. Czasu, który minął, Słowa, które zostało wypowiedziane. Kamienia, który został rzucony. Okazji, której nie wykorzystano. Stąd też w naszym życiu jest tak ważna rozwaga i roztropność w rzeczach, których cofnąć nie możemy, a szczególnie czasu, który minął.  Janusz Leon Wiśniewski, naukowiec i pisarz powiedział: „Marzę o cofnięciu czasu. Chciałbym wrócić na pewne rozstaje dróg w swoim życiu, jeszcze raz przeczytać uważnie napisy na drogowskazach i pójść w innym kierunku”.

Na początku Nowego Roku zazwyczaj spoglądamy wstecz i zauważamy, że mamy za sobą wiele rozstajnych dróg. I nieraz rodzi się pytanie, czy na tym rozstaju poszedłem we właściwym kierunku? W sferze materialnej odpowiedź jest o wiele prostsza. Na początku roku zainwestowałeś swoje pieniądze, a pod koniec roku obliczasz i wiesz, czy to była właściwa lokata. I tak jest prawie zawsze w sferze życia materialnego. Jest to ważny wymiar naszego ziemskiego życia, ale to nie on ma decydujący wpływ na nasze szczęście i radość. Św. Matka Teresa z Kalkuty powiedziała: „Myślę, że odwrócony porządek i ogromne cierpienie współczesnego świata pochodzi stąd, iż tak mało jest miłości w naszych domach i w życiu rodzinnym. Nie mamy czasu dla naszych dzieci, nie mamy czasu jedni dla drugich, nie mamy czasu, by cieszyć się sobą nawzajem”. Zaś nasze relacje międzyludzkie łatwiej nam poukładać, jeśli naszą miłość oprzemy o mocny fundament wiary i Miłości, która zstąpiła w Betlejem na ziemię. Ewangelia na dzisiejszą uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi kieruje nasza uwagę nowonarodzonego Jezusa i pochłoną na Nim jego matkę: „Pasterze pospiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. „Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu”.

W perspektywie mijającego czasu, w tych świątecznych dniach częściej niż zwykle odbywamy podróże serca do betlejemskiej stajenki, aby pełniej odnajdywać Miłość zstępującą z nieba. Takie podróże są potrzebne, ale niewystarczające. Uradowało się niebo i ziemia, gdy Jezus narodził się w Betlejem.  Aniołowie wyśpiewywali tę radość słowami: „Chwała na wysokości, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli”. Aby ta radość i ten pokój zagościły w naszym życiu, konieczne jest narodzenie Jezusa w naszym sercu. W jednej z piosenek religijnych śpiewamy: „ubi caritas et amor / ubi caritas Deus ibi est”, co przekładamy na język polski: „tam, gdzie miłość jest i dobroć / tam, gdzie miłość jest tam mieszka Bóg”. Bóg zstąpił na ziemię jako człowiek, abyśmy w jego mocy uporządkowali nasze ludzkie sprawy według Jego przykazań, w tym najważniejszego, przykazania miłości. Można pobożnie rozczulać się w blaskach szopki betlejemskiej, ale jeśli nasze sprawy z bliźnimi nie są poukładane w duchu miłości, to nasze poczucie bliskości Boga jest złudzeniem, po prostu Bóg w nas się jeszcze nie narodził, a więc radość i pokój są złudne i znikną kiedyś jak bańka mydlana, bo nie miały fundamentu sięgającego wieczności. Na niewiele zdadzą się pobożne wzruszenia, jeśli nie przybiorą konkretnego kształtu miłości.

Na początku roku, gdy upływ czasu przemawia do nas wyraziściej warto sobie uświadomić, że czas darowany nam przez Boga winniśmy wykorzystać w przekuwaniu naszych wzruszeń religijnych na konkretny czyn miłości bliźniego. Potrzebna jest religijna refleksja, potrzebna jest modlitwa, aby zrodził się czyn miłości. Maryja zachowywała i rozważała wszystko, co słyszała i widziała: „Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu”. Zachowywać i rozważać w sercu słowa, to otwierać się na światło Ducha Świętego, aby dokonywać właściwych wyborów, które czynią nasze życie i życie bliźnich lepszym i otwierają nas na rzeczywistość wieczną.

Zwieńczeniem refleksji nad upływem czasu i jego dobrego wykorzystania niech będzie historia Andrzeja Czerneckiego, polskiego biznesmena, który cały majątek przeznaczył na fundację wspierającą edukację dzieci z ubogich rodzin wiejskich. W biznesie Andrzej Czernecki osiągnął niebywały sukces. Jeden z jego przyjaciół powiedział o nim: „Andrzej miał poczucie, że skoro w jednym pokoleniu dorobił się fortuny, to jest coś dłużny innym, w domyśle biedniejszym. Dlatego dużo pomagał”. Biznesmen od kilkunastu lat walczył z białaczką. W 2009 roku lekarze oznajmili, że ma przed sobą góra trzy lata życia. Danego sobie czasu nie zmarnował. Znalazł prawników i pedagogów, którzy zgodzili się zorganizować i poprowadzić jego fundację. Biznesmen zmarł 18 maja 2012 roku w wieku 72 lat. Dziś jego fundacja ma już 160 podopiecznych. Dysponując kapitałem o wartości kilkuset milionów złotych fundacja może spokojnie podejmować zobowiązania na wiele lat.  Igor Czernecki, syn przedsiębiorcy. Pytany, dlaczego to nie on lub jego brat Andrzej odziedziczyli schedę po ojcu odpowiedział: „My już swoje otrzymaliśmy. Jesteśmy dorośli i pracujemy na własny rachunek. Więcej nam nie trzeba. A majątek ojca? Hmm. Cały tata, nigdy nie zwracał uwagi na kwestie materialne a pieniądze traktował przede wszystkim jako kapitał pod kolejne inwestycje”.

Nowy rok przypomina nam o najważniejszej inwestycji życia, gdy czas przeminie, a zostanie tylko wieczność. A tej świadomości niech towarzyszy nam błogosławieństwo boże z Księgi Liczb zacytowanej na wstępie: „Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku tobie swoje oblicze i niech cię obdarzy pokojem” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

PEŁNIA CZASU

Dianna Neal w wierszu „Nie mam czasu na zabawę”, w piękny i wzruszający sposób mówi jak ważne jest właściwe wykorzystanie czasu. Wiersz, po pewnych uproszczeniach przytoczę w formie opowiadania: Mój cudowny synek ze złotymi włosami przyszedł do mnie i stanął obok krzesła. Położył głowę na moich kolanach i powiedział: „Mamusiu, proszę, pobaw się ze mną”. „Nie teraz. Idź pobaw się sam” – odpowiedziałam. Smutno uśmiechnął się, a w jego błękitnych oczach pojawiły się łzy. Wtedy powiedziałam: „Pobawimy się później, gdy skończę pracę”. Jednak domowa krzątanina zajęła mi cały dzień. Nie znalazłam czasu na zabawę. Po kolacji zmyłam naczynia. Byłam zbyt zmęczona na zabawę z synkiem. Położyłam go do łóżeczka, ucałowałam w policzek i patrzyłam jak mój śliczny anioł zasypia. Zmęczona położyłam się do łóżka, a w głowie dźwięczały mi słowa: „Nie teraz synku, idź pobaw się sam. Dzisiaj tak wiele miałam pracy”. Szybko ogarnął mnie sen. Nagle ujrzałam syna jako dorosłego mężczyznę. W pokoju na podłodze nie było porozrzucanych zabawek. Nie było śladów brudnych palców na drzwiach. Nikt nie prosił o kanapkę. Nie było łez do otarcia. Uświadomiłam sobie jak szybko minął czas. Nie ma już mego maleńkiego synka. Z krzykiem bólu obudziłam się. Jak to dobrze, że był to tylko sen. Pobiegłam do łóżeczka mojego synka. Maleństwo beztrosko spało. Delikatnie położyłam rękę na jego głowie. Praca może zaczekać do następnego dnia. Teraz muszę znaleźć trochę czasu na zabawę.

Na początku roku częściej niż zwykle towarzyszy nam myśl o przemijaniu i wykorzystaniu czasu. Ten wspaniały dar otrzymujemy od Boga. Gdy jesteśmy młodzi i zdrowi bardzo często nie doceniamy i trwonimy go. Wydaje się nam, że mamy go tak wiele. Kiedy jednak rysuje się perspektywa jego końca, wtedy każda minuta nabiera szczególnej wartości. Chcemy ją wypełnić sensem i treścią. Trwonienie czasu może przybrać nieraz formę kołowrotu zabiegania. Sądzimy, że przez ciągłą aktywność i zabieganie dobrze wykorzystujemy czas. Tymczasem jest odwrotnie. Istota rzeczy leży nie w zbieganiu, ale mądrym wykorzystaniu czasu. A to z kolei obliguje nas do poznania najważniejszych wartości życia i czasu ich realizacji. W powyższym opowiadaniu, matka dzięki wizji sennej zobaczyła, że w tym momencie najważniejszy jest czas poświęcony dziecku. Gdyby nie to, nigdy by nie nadrobiła zmarnowanego czasu.

Jakże często towarzyszy nam poczucie straconego czasu. Gdy odchodzą nasi bliscy żałujemy, że coś zaniedbaliśmy. Nie wysłaliśmy kartki świątecznej do tęskniącej matki, nie odwiedziliśmy jej, bo tyle innych spraw mieliśmy na głowie. Nie pomogliśmy naszemu bliźniemu, bo uważaliśmy, że będzie na to jeszcze czas. Sprawy religii zostawialiśmy na stare lata, bo teraz trzeba pracować, aby dzieciom zapewnić byt materialny. Rzeczywiście, pomogliśmy dzieciom dobrze ustawić się pod względem materialnym, ale zabrakło nam czasu, aby nauczyć je miłości Boga i bliźniego, dziesięciu przykazań, w tym przykazania czcij ojca i matkę. W konsekwencji siedzimy nieraz w pustym domu lub domu starców, czekając na odwiedziny dzieci, które są zbyt zajęte swoimi sprawami. Odkładanie spraw religii na stare lata jest nielogiczne, bo właśnie na początku potrzebujemy kontaktu z Bogiem, aby całe życie ułożyć według mądrości bożej. Boża mądrość mówi o pełnym wykorzystaniu czasu, które bierze pod uwagę wieczność. Teraźniejszość ma być wzrastaniem ku wieczności. Pełnia czasu przynosi nam zbawienie.

Święty Paweł w liście do Galatów pisze o dopełnieniu się czasu w dziejach ludzkości: „Gdy nadeszła pełnia czasu, Bóg zesłał swojego Syna, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo”. Pełnia nie jest rzeczywistością czysto kosmiczną, ale historio-zbawczą, nie decydują o niej ruchy ciał niebieskich, ale Bóg. Wybrał on najodpowiedniejszy moment w dziejach ludzkości na zesłanie swojego Syna, zrodzonego z niewiasty. Ten dopełniony czas w dziejach ludzkości stwarza dla każdego z nas możliwość dopełnienia się go w naszym życiu osobistym. Tej osobistej pełni czasu nie mierzymy ilością przeżytych lat, ale wykorzystaniem czasu według zamysłu bożej mądrości i mocy Jego łaski.

Święty Augustyn wyraża tę prawdę w słowach: „Czemuż więc tak uparcie brniecie przez drogi trudne i mozolne? Nie ma spokoju tam, gdzie go szukacie. Możecie szukać bez końca: tam, gdzie chcielibyście znaleźć spokój, tam go być nie może. Szukacie szczęśliwego życia w krainie śmierci. Nie ma go tam! Jakże mogłoby być szczęśliwe życie tam, gdzie w ogóle żadnego życia nie ma? A właśnie tu zstąpiło do nas Życie nasze, pokonało naszą śmierć, zabiło ją mocą swojej żywotności i zawołało wielkim głosem, abyśmy wrócili stąd do Niego, do tej odrębnej dziedziny, z której Ono zstąpiło do nas. Najpierw wstąpiło do łona Dziewicy, gdzie zaślubiło naszą ludzką, cielesną i śmiertelną naturę, aby nie pozostała śmiertelną na zawsze. A potem ‘jak oblubieniec wychodzący z komnaty swej, rozradowało się jak olbrzym widzący przed sobą drogę, którą ma przebiec’. Nie ociągnęło się, lecz pobiegło wołając słowami, czynami, śmiercią, życiem, zstąpieniem do otchłani, wstąpieniem do nieba, byśmy do Niego wrócili. I zniknęło z naszych oczu, abyśmy zwrócili się do serc naszych i tam je odnaleźli”.

To dopełnienie czasu dokonało się przez Maryję, dlatego Kościół w pierwszy dzień roku kalendarzowego czci ją jako Bogarodzicę i obiera za patronkę naszego wzrastania do pełni zbawienia, w jej Synu Jezusie Chrystusie. W Maryi spełniły się nadzieje Narodu Wybranego, wyrażone w słowach proroka Izajasza: „Oto Panna pocznie i porodzi Syna, i nazwie Go imieniem Emmanuel”. Emanuel to znaczy „Bóg z nami”. Pierwszymi naocznymi świadkami spełnionej nadziei byli pasterze, którzy usłuchawszy aniołów udali się do Betlejem, gdzie znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie.

Od samych początków Maryja była czczona jako Matka Boga. Po raz pierwszy nazwała tak Maryję święta Elżbieta, gdy wypowiedziała słowa przy pozdrowieniu: „A skądże mi to, że Matka Pana mego przychodzi do mnie?” W roku 431 Sobór Efeski, wśród niebywałego wiernych entuzjazmu ogłosił Maryję Matką Boga. Przewodniczący soboru, św. Cyryl Aleksandryjski, widząc tę wielką miłość do Maryi zawołał: „Święta Mario, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej”. Do dziś odmawiamy te słowa złączone z pozdrowieniem anioła Gabriela w modlitwie „Zdrowaś Maryjo”. Prosimy, aby Maryja orędowała za nami, aż do naszego ostatniego tchnienia (z książki w Poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

ŚWIĘTY MAKSYMILIAM KOLBE

W roku 1917 masoneria na całym świecie obchodziła dwustolecie istnienia organizacji. W Rzymie obchody te połączono z uroczystościami rocznicowymi ku czci Giordano Bruna. I wtedy to miało miejsce wydarzenie, które w znacznym stopniu wpłynęło na życie młodego studenta teologii z Polski, Maksymiliana Kolbego. W październiku tego roku na ulicach Wiecznego Miasta zorganizowano demonstrację pod znakiem Szatana. Jej uczestnicy niejako w reakcji na katolicyzm głosili otwarcie, że ukoronowaniem ich działań ma być panowanie diabła, a zwłaszcza jego panowanie w Watykanie. W trakcie demonstracji rozwinięto czarny sztandar giordano-brunistów przedstawiający postać Archanioła Michała, uchwyconą szponami Lucyfera i powaloną na ziemię.

Potężna demonstracja antykatolicka zrobiła ogromne wrażenie na młodym zakonniku z Polski. Pod jej wpływem Maksymilian zamierzał udać się do wielkiego mistrza masonów. Jednak po rozmowie ze przełożonymi zaniechał tego pomysłu. Ale od tamtej pory jego przeciwstawianie się złu przybierze różnorakie formy. Jedną z nich będzie zawiązanie 16 października 1917 r. wraz z siedmioma klerykami Międzynarodowego Kolegium Franciszkańskiego „Seraphicum” w Rzymie związku „Militia Immaculatae, znanego pod nazwą”, „Rycerstwo Niepokalanej lub też Milicja Niepokalanej”. Maksymilian Kolbe wybrał Maryję za patronkę swojej misji szerzenia Królestwa Bożego. Jej zawierzył całe swoje posługiwanie kapłańskie. Tak będzie do końca jego dni. Tę szczególną miłość do Matki Bożej Maksymilian wyniósł z domu rodzinnego.

Maksymilian Kolbe urodził się 8 stycznia 1894 r. w Zduńskiej Woli, niedaleko Łodzi. Ochrzczony tego samego dnia otrzymał imię Rajmund. Miał także dwóch braci: starszego Franciszka i młodszego Józefa. W domu rodziny Kolbów był ołtarzyk Matki Bożej Częstochowskiej. Często cała rodzina modliła się przy tym ołtarzyku. I jak później napisze Maksymilian, te modlitwy miały wielki wpływ na jego życia. Marianna Kolbe, matka Maksymiliana należała do Żywego Różańca, a ojciec Juliusz rokrocznie odbywał piesze pielgrzymki do Częstochowy. W okresie dzieciństwa miało miejsce zdarzenie, które jakby zapowiadało przyszłość Świętego. Rajmund był pełnym energii chłopcem i miał zawsze wiele przeróżnych pomysłów, nie zawsze, jak to w dzieciństwie, dobrych. Pewnego dnia, kiedy znowu nabroił, matka użalając się powiedziała do niego: „Mundziu, nie wiem, co z ciebie będzie”. To pytanie matki zapada głęboko w wrażliwą duszę chłopca. Szukając odpowiedzi na nie zwracał się do Najświętszej Marii Panny. Pewnego razu matka zastała go klęczącego przed domowym ołtarzykiem Matki Bożej. Był bardzo poważny i smutny. Obawiając się, że może jest chory, matka zapytała go, co się z nim dzieje. A wtedy wzruszony Rajmund ze łzami w oczach wyznał: „Jak mama mi powiedziała ‘Co to z ciebie będzie’, to ja bardzo prosiłem Matkę Bożą, żeby mi powiedziała, co ze mnie będzie. I potem, gdy byłem w kościele, to znowu ją prosiłem, wtedy Matka Boża ukazała mi się, trzymając dwie korony: jedną białą a drugą czerwoną. Z miłością na mnie patrzyła i spytała, czy chcę, te korony. Biała znaczy, że wytrwam w czystości, a czerwona, że będę męczennikiem. Odpowiedziałem, że chcę… wówczas Matka Boża mile na mnie spojrzała i znikła”.

W 1907 r. trzynastoletni Rajmund wstąpił do Małego Seminarium Duchownego ojców Franciszkanów we Lwowie, gdzie dał się poznać jako wybitnie utalentowany uczeń. Rajmund ze swoim bratem Franciszkiem żywo interesował się dziejami Polski. Kierowani duchem patriotyzmu planowali wstąpić do wojska, aby walczyć o wolność ojczyzny. Rajmund na przechadzkach po Lwowie z zapałem planował różne sposoby obrony miasta i ataki na pozycje wojsk austriackich. Interesował się także podróżami kosmicznymi. Przekonywał kolegów, że podróż na księżyc przy pomocy rakiety jest jak najbardziej realna. Twierdził, że jest to tylko sprawa czasu, co uzasadniał ścisłymi obliczeniami. Niektóre swoje pomysły wysyłał do Ministerstwa, pisząc: „Ja niżej podpisany, ośmielam się przedłożyć Wysokiemu Cesarsko-Królewskiemu Ministerium moje samodzielne pomysły: telegraf piszący, aparat zapisujący mowę i głosy natury, telegraf, w którym na stacji można tylko mówić, a na drugiej stacji będzie to zapisywał i odbierał aparat; i proszę o łaskawe zbadanie i oszacowanie ich pod względem praktyczności. Lwów 1907. Rajmund Kolbe uczeń V klasy gimnazjum”. Ta pasja naukowa szła w parze z pobożnością. W dzienniczku z tamtych lat zapisał: „W internacie na chórze, gdzie słuchaliśmy mszy świętej, z twarzą na ziemi obiecałem Najświętszej Marii Pannie królującej w ołtarzu, że będę walczył dla Niej. Jak – nie wiedziałem, ale wyobrażałem sobie walkę orężem materialnym”.

Ostatecznie, Rajmund podjął decyzję wstąpienia do zakonu. 4 września 1910 przywdziewał habit franciszkański i rozpoczął nowicjat. Przyjął także imię zakonne Maksymilian. W dwa lata później wyjechał na studia do Rzymu. W czasie pobytu w Rzymie coraz ściślej wiązał się z zakonem. W Uroczystość Wszystkich Świętych 1914 roku złożył uroczystą profesję zakonną i przyjął dodatkowe imię Maria. Przygotowując się do kapłaństwa napisał: „O Niepokalana Pani, dopomóż mi, abym się dobrze przygotował do tak ważnej chwili. Jak myśląc o tym, z jednej strony czuję jakiś strach przed tak wielką władzą; z drugiej zaś gorące pragnienie tak pożądanej chwili”. Pożądana chwila spełniła się 28 kwietnia 1918 r. Następnego dnia Maksymilian odprawił pierwszą Mszę świętą w kościele S. Andrea delle Fratte, przy ołtarzu Matki Bożej Niepokalanej, w kaplicy, gdzie kiedyś ukazała się Matka Boża Alfonsowi Ratisbonne.

Po ukończeniu studiów Maksymilian Maria Kolbe wrócił do Polski. Przeniósł na polski grunt założone w Rzymie stowarzyszenie „Militia Immaculatae”. A już w styczniu 1922 r. ukazał się pierwszy numer „Rycerza Niepokalanej”, organ tego stowarzyszenia. Wyprzedzając epokę o kilkadziesiąt lat, Kolbe w środkach przekazu upatrywał szansę dla uświęcenia świata i walki ze złem. W 1938 r. stworzył własną radiostację, a myślał również o uruchomieniu telewizji. Doceniając wielką rolę mediów w głoszeniu Ewangelii Maksymilian skoncentrował się głównie na działalności pisarskiej i wydawniczej. Ukazywały się nowe czasopisma. Centrum działalności stał się zbudowany od podstaw przez Maksymiliana Kolbego klasztor, nazwany na cześć Matki Bożej Niepokalanowem. Maksymilian wraz z innymi pracował przy jego budowie. Mimo że był przełożonym, dzielił ze wszystkimi uciążliwości dnia. Łóżko odstąpił słabszemu a sam spał na sienniku z wiórów drzewnych. Pokorą zdobywał serca swoich braci. Założony w 1927 r. Niepokalanów w przeddzień wybuchu II wojny światowej, z 700 zakonnikami i kandydatami, był największym klasztorem na świecie.

Trzydziestoletni ojciec Maksymilian nie zważając na problemy zdrowotne wyjechał na Bliski Wschód. W roku 1931 dotarł do Japonii, gdzie na przedmieściach Nagasaki nabył ziemię pod budowę klasztoru, któremu nadał poetycką nazwę Ogród Niepokalanej. Niektórzy naciskali, żeby kupić ziemię bliżej centrum miasta. Maksymilian uparcie trzymał się swojego wyboru. Po czterdziestu latach okazało się, że ten wybór był opatrznościowy. Kiedy w 9 sierpnia 1945 r. Amerykanie zrzucili bombę atomową na Nagasaki, miasto zostanie zniszczone, natomiast klasztor stracił tylko szyby i nikt w nim nie zginął. Zrozumiano wtedy, że to sama Niepokalana wybrała to miejsce na swoje centrum. Gdy japoński Niepokalanów zaczął już samodzielnie funkcjonować, ojciec Maksymilian, 23 maja 1936 r. wrócił do Polski. Tutaj jako przełożony Niepokalanowa bez reszty poświęcił się głoszeniu Ewangelii.

Wspaniałą działalność wspólnoty zakonnej z Niepokalanowa przerwała II Wojna Światowa. 19 września 1939 r. hitlerowcy zlikwidowali Niepokalanów. Bracia wraz z ojcem Maksymilianem zostali aresztowani i umieszczeni w obozie w Amtlitz, a następnie w Ostrzeszowie. W uroczystość Niepokalanej, 8 grudnia 1939 r. zwolniono ich z obozu. Kolbe wrócił do Niepokalanowa i zaczął organizować miejsca dla 3 tysięcy wysiedleńców z Poznańskiego, w tym dla 2 tysięcy Żydów. 17 lutego 1941 r. gestapo powtórnie zabrało Kolbego, tym razem na Pawiak. Według zeznań Edwarda Gniadka, na widok franciszkańskiej koronki z krzyżykiem u pasa habitu ojca Kolbego, esesman wpadł w furię. „Ty w to wierzysz?” – wrzeszczał. „Tak, wierzę” – odpowiedział spokojnie o. Maksymilian. Otrzymał cios w twarz. Pytania się powtarzały. Każdemu „wierzę” towarzyszyło uderzenie pięścią. Wreszcie esesman widząc, że ojciec Kolbe jest niewzruszony, trzasnął drzwiami i odszedł. Następnie ojciec Maksymilian został wywieziony do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu.

Pod koniec lipca 1941 r., z bloku ojca Kolbego uciekł jeden z więźniów. Wściekły komendant nakazał zwołać na plac cały blok i co dziesiątego więźnia skazał na śmierć w bunkrze głodowym. Wśród wyznaczonych na śmierć znalazł się Franciszek Gajowniczek.  „Zdrętwiałem cały i jak mi koledzy później powiedzieli, straszliwie jęknąłem, że mi jest żal żony i dzieci. Wtedy z szeregu wyszedł jakiś więzień przed Lagerführera i po niemiecku powiedział, że on chce za mnie pójść na śmierć do bunkra i na mnie wskazał ręką. Poznałem, że tym więźniem jest Ojciec Kolbe. Lagerführer zadał o. Kolbemu kilka pytań i zgodził się na tę zamianę. Wyszedłem z grupy dziesięciu skazanych i wróciłem do szeregu, a o. Kolbe zajął wśród nich moje miejsce” – relacjonował później ocalony.

Z celi, w której znajdowali się skazańcy, słyszano codziennie głośne odmawianie różańca i śpiew. Do modlitwy przyłączali się też więźniowie z sąsiednich cel. Gorące błagania i pieśni do Matki Najświętszej rozlegały się po wszystkich korytarzach bunkra. Skazani na śmierć głodową byli tak zatopieni w modlitwie prowadzonej przez o. Kolbego, że nie słyszeli nawet, gdy przeprowadzający inspekcję esesmani schodzili do bunkra. Przy każdej inspekcji widziano o. Maksymiliana Kolbego, jak stojąc lub klęcząc w środku z pogodnym wzrokiem wpatrywał się w esesmanów. Przyzwyczajony do głodu o. Kolbe przeżył w bunkrze dwa tygodnie bez kruszyny chleba i kropli wody. Esesmanom wydało się to za długo, cela była potrzebna dla nowych ofiar, toteż pewnego dnia przyprowadzili kierownika izby chorych, Niemca, przestępcę kryminalnego Bocka, który dobił jego i trzech innych więźniów zastrzykiem kwasu karbolowego.

W obozie koncentracyjnym wydawało się, że rzeczywiście Lucyfer pokonał Michała Archanioła, że zło zwyciężyło, jednak postawa ojca Maksymiliana była świadectwem zwycięstwa Michała Archanioła nad Lucyferem, dobra nad złem. Dokonał tego Święty Maksymilian Maria Kolbe, przez całkowite zawierzenie swego życia Matce Bożej, której oddajemy cześć w pierwszy dzień Nowego Roku.

17 października 1971 r. Maksymilian został ogłoszony błogosławionym przez papieża Pawła VI, a 10 października 1982 r. zaliczony przez papieża Jana Pawła II w poczet świętych jako męczennik (z książki W poszukiwaniu mądrości życia)

 

 

ZATRZYMAJ SIĘ NA CHWILĘ

Gdybyśmy w tych dniach, bez kalendarza, zegarka i telefonu znaleźli się na bezludnej wyspie, to z pewnością, tracąc rachubę czasu nie zauważylibyśmy, że skończył się stary rok, a zaczął nowy. Słońce przetaczałoby się na tropikalnym błękicie nieba, wyznaczając cieniem plamy na złocistej plaży pory dnia. I tak by mijałyby sielankowe dni mierzone szumem morskiej fali i krzykiem kolorowych papug tropikalnej dżungli. Może byłoby to i cudowny czas, ale z pewnością pośród monotonnie upływających dni zatęsknilibyśmy za kalendarzem, za zegarkiem, które wyznaczają czekanie, spełnienie, zatrzymanie. Zatęsknilibyśmy za balem sylwestrowym czy samą atmosferą tego dnia nasączonego nostalgią za czasem minionym i radością dni, które są przed nami. Zatrzymanie na rocznym przełomie czasu jest także potrzebne, aby zadać sobie pytanie postawione w jednej z piosenek religijnych: „Nikt dziś nie ma czasu, / każdy goni szczęście, / Na później zostawia to, / co najważniejsze. / Zatrzymaj się na chwilę / Odetchnij pięknem świata! / Zatrzymaj się na chwilę, / Zauważ swego brata / Zatrzymaj się na chwilę / Nad tym, co w sercu kryjesz! / Zatrzymaj się na chwilę / I pomyśl po co żyjesz!”

W refleksję nad minionym rokiem zapewne wpisuje się powyższe pytanie. Odpowiedzi jest wiele. Dziesiątki zadań stoi przed nami, które wpisują się w naszą odpowiedź na pytanie: Po co żyjesz? Przejdzie jednak taki moment, że to pytanie nie będzie już nas dotyczyć. Jeśli jeszcze będziemy zadawać jakieś pytanie, to będzie ono prawdopodobnie brzmieć: Po co żyłem? I wtedy odkryjemy, że najgłębszy sens naszemu życiu nadają wartości zawarte w błogosławieństwie, które słyszymy w pierwszym czytaniu na uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi, którą obchodzimy w pierwszy dzień Nowego Roku: „Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku tobie swoje oblicze i niech cię obdarzy pokojem”. A inni dodadzą: Wiecznym. Amen. W ramach podsumowania roku w wielu mediach zobaczymy fotografie i nazwiska ludzi, których nie dotyczy już pytanie: Po co żyjesz?

Nasze osobiste pytania wpisują się w publiczne wydarzenia minionego roku. Miały one przemożny wpływ na kształt życia społecznego, a niejednokrotnie także na nasze życie osobiste. Zapewne bardzo ważnym wydarzeniem minionego roku był problem imigracyjny w Europie. Setki tysięcy uchodźców szturmowało granice Unii Europejskiej. Stało się to źródłem wielu problemów, z zamachami terrorystycznymi włącznie. Te problemy mają także wymiar religijny. Marek Orzechowski, polski dziennikarz, od lat mieszkający w Belgii, autor książki „Mój sąsiad islamista” powiedział dla Wp.pl, że za niecałe 20 lat Belgia stanie się krajem muzułmańskim. A o integracji ludzi różnych kultur, którą od lat promowali nierozgarnięci europejscy politycy powiedział: „Integracja polega na tym, że człowiek, który przenosi się do innego kraju, wchłania jego kulturę poprzez nowy język, korzysta z niej, wzbogaca się jej wartościami, próbuje wnieść do niej własne, uniwersalne elementy. No tak, ale to piękna teoria. Praktyka wygląda inaczej. A dlaczego? Nasi współmieszkańcy w muzułmańskiej wierze uważają, że są u siebie, a nie w obcym kraju, reprezentują wyższy poziom cywilizacji, wyznają jedynie słuszną wiarę, więc integracji z nami nie potrzebują. To my musimy przejąć ich wzorce. I właśnie to prędzej czy później nastąpi. A ponieważ są naszymi obywatelami, nigdzie stąd nie pójdą”. Na tym samym portalu Dominika Ćosić cytuje marokańskiego taksówkarza: „Jak mam szanować Belgów, skoro swoich rodziców na starość oddają do domów starców albo uśmiercają, aborcja jest u nich normalna, kościoły są puste, za to burdele pełne? Za co mam ich szanować?” Po czym autorka dodaje: „I wielu muzułmanów tak myśli nie tylko o Belgii, ale i o całej zachodniej Europie, która ich zdaniem jest zdegenerowana i nie zasługuje na nic dobrego. A ta sama Belgia w imię poprawności politycznej nie walczy z np. radykalnymi imamami. Ci ostatni, których coraz więcej się pojawia, mówią wprost, że ich celem jest wprowadzenie w Belgii szariatu. Belgistanu”.

Europa, jakby pogrążona w jakimś amoku odchodzi od wartości, które dawały jej siłę przeciwstawienia się złu temu wewnętrznemu i zewnętrznemu. Wspomniany wcześniej Marek Orzechowski mówi: „Wystarczy dwoje, troje dzieci muzułmańskich w klasie, aby reszta musiała zmienić swoje obyczaje. Na przykład rodzicom zabrania się podawać dzieciom kanapki z szynką, ponieważ razi to ich muzułmańskich kolegów. Teraz, przed świętami, zaczynają się debaty, na przykład we Włoszech. Eksperci zastanawiają się, czy można używać nazwy ‘Boże Narodzenie’ dla naszych świąt i czy nie zamienić jej w ‘święto zimy, obchodzone w styczniu, aby nie urazić tysięcy muzułmańskich migrantów. Powraca także ‘problem’ choinek w miejscach publicznych, które się ‘źle kojarzą’ muzułmanom. Brzmi to wręcz surrealistycznie, ale to, niestety, twarda rzeczywistość. To jest zawłaszczanie naszej przestrzeni. Drugim pasmem podążają zabójcy, zamachowcy, aby nas przestraszyć i sparaliżować, pokazać, że nie mamy szansy i przyszłości. Nie brakuje głosów, że przegrywamy, ponieważ sami odeszliśmy od naszych wartości, także wywiedzionych z cywilizacji opartej na chrześcijaństwie. Zapewne jedną z reakcji na to, co się dzieje i narastające zagrożenie, będzie jakaś forma renesansu naszych korzeni.

Pośród tego zamętu i zgiełku świata tak jak w Betlejem ponad dwa tysiące lat temu tak i dzisiaj dociera do nas głos Boga przypominający o Mesjaszu, który zstąpił na ziemię, aby nas zbawić, a który jest samą Miłością. Z pewnością takim znakiem jest wydarzenie, które miało miejsce kilka tygodniu temu w Salt Lake City w stanie Utaha. To miasto jest światową siedzibą Mormonów, których jest w tym mieście 63%. Mormoni odwołują się do Chrystusa, ale z powodu odrzucenia dogmatu Trójcy Świętej nie są uznawani za chrześcijan zarówno przez Kościół katolicki, jak i Światową Radę Kościołów. Nie uznają oni Eucharystii, i to właśnie pośród nich miało miejsce wydarzenie, o którym donosiły amerykańskie media. Otóż w parafii św. Franciszka Ksawerego chłopiec, który nie był jeszcze u pierwszej Komunii św.  przyjął na rękę Komunię świętą. Po powrocie do domu matka chłopca zauważyła, że synek ma Komunię. Zadzwoniła do proboszcza parafii informując go o tym i przyniosła Komunię do kościoła. Ksiądz włożył ją do Vasculum, specjalnego pojemnika z wodą. Po rozpuszczeniu hostii wodę wylewa się do ziemi. Ta hostia po trzech dniach nie rozpuściła, ale przybrała kolor krwi. Ta wieść obiegła całą parafię. Wierni zaczęli się gromadzić w kościele na adoracji tej Hostii, uważając, że jest to cud. Powołano specjalną komisję, która po przebadaniu orzekła, że nie jest to krew czy tkanka ciała, mimo to dla wielu samo przebarwienie hostii niezależnie od przyczyn uważane jest za znak z nieba. Proboszcz parafii ks. prałat Francis Mannion jeszcze przed orzeczeniem komisji powiedział: „Niezależnie od wyników badań specjalnej komisji już dziś to cudowne wydarzenie może być dla nas impulsem odnowienia naszej wiary i adoracji największego cudu jakim jest realna obecność Chrystusa pod postaciami Eucharystycznymi w czasie sprawowania każdej Mszy świętej”.

Takich przypadków oraz udokumentowanych cudów eucharystycznych moglibyśmy przytoczyć tysiące. W tych świątecznych dniach prowadzą one do stajenki betlejemskiej. Bo tam jest źródło wszystkiego.  Św. Paweł w Liście do Galatów pisze: „Gdy nadeszła pełnia czasu, Bóg zesłał swojego Syna, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo”. Również Ewangelia na dzisiejszą uroczystość prowadzi nas do stajenki: „Pasterze pospiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu”. Za pasterzami udajmy się do stajenki, aby z Maryją rozważać tę tajemnicę: „Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu”. A wtedy wrócimy jak pasterze wielbiąc Boga: „A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane”.

Zatrzymanie się przy stajence, zamyślenie i modlitwa przyniosą odpowiedź na pytanie postawione na początku tych rozważań: Po co żyjesz? (Kurier Plus, 2014).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *