4 Sty

Uroczystość Trójcy Przenajświętszej . Rok C

 

TAJEMNICA TRÓJCY PRZENAJŚWIĘTSZEJ

Jezus powiedział swoim uczniom: Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz [jeszcze] znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi. Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego weźmie i wam objawi (J 16,12-15).

Wiele lat temu żyła księżniczka. Rodzice zapewnili jej dobrych nauczycieli, którzy wśród wielu wartości przekazali jej także wiarę w Boga. Księżniczka po osiągnięciu samodzielności znalazła się w towarzystwie przyjaciół, którzy żyli tylko dla przyjemności, zapominając o Bogu. Podobnie jak oni zaniedbywała swoje obowiązki wobec siebie i bliźnich, także jej wiara w Boga wystawiona została na próbę i tak inni niewierzący mówiła, że nigdy nie uwierzy w to, czego nie może zobaczyć lub zrozumieć.

Pewnej nocy śniła, że samotnie przechodzi przez gęsty, ciemny las. Nagle dostrzegła mały domek. Drzwi były otwarte, bez wahania wchodzi do środka i spostrzega tam niewidomego mężczyznę. Podchodzi do niego i mówi: „Dobry człowieku, widzę, że jesteś niewidomy; powiedz mi czy jesteś niewidomy od urodzenia, czy też miałeś nieszczęśliwy wypadek?” „Moja pani, urodziłem się niewidomy” – pada odpowiedź. „Jakie to musi być smutne dla ciebie” – mówi księżniczka. Nigdy nie widziałeś cudownego słońca i nie wiesz, co to jest światło.” “Nie”- odparł niewidomy. „Ja nigdy nie widziałem słońca i nie mam wyobrażenia o tym, czym jest światło, ale głęboko wierzę, że jest to coś wspaniałego.” Następnie niewidomy mężczyzna zmieniając tonację głosu bardzo poważnie kontynuował: „Mówisz, że nie wierzysz w to, czego nie widzisz i nie rozumiesz. Ucz się, zatem na moim przykładzie. Jest wiele wspaniałych rzeczy, nieporównywalnych z niczym, których ty nie możesz zrozumieć ani zobaczyć, a które są tak realne i prawdziwe jak te, które widzisz i rozumiesz.” Księżniczka obudziła się; a sen, który zapamiętała nie dał jej ponownie usnąć tej nocy. Był on dla niej lekcją, która uwrażliwiła ją na Boga i prawdy, jakie On objawił.

W tej bajce zawarta jest prawda o człowieku doby współczesnej, który nie jest skłonny uwierzyć w to, co przekracza jego zmysłowo- rozumowe możliwości poznawcze. A jeśli odkrywa w sobie nieuświadomione do końca pragnienie Boga, to w szukaniu Go jest podobny do św. Augustyna ze znanej legendy zapisanej w pobożnych życiorysach świętych.

Pewnego razu św. Augustyn spacerował brzegiem morza i rozmyślał nad tajemnicą Trójcy Świętej. W pewnej chwili ujrzał małego chłopca, który bawił się przelewaniem wody z morza do małego dołka, który wykopał w piasku. Patrząc na tę zabawę św. Augustyn przerwał swe rozmyślania i zapytał: „Chłopcze, co ty robisz?” „Chcę przelać wodę z morza do tego dołka”- usłyszał odpowiedź. Św. Augustyn w pierwszej chwili roześmiał się na tę dziecinną odpowiedź, a wtedy mały chłopiec dodał: „Łatwiej jest przelać wodę z morza do tego dołka aniżeli zrozumieć tajemnicę Trójcy Świętej.”

Boga możemy poznać na tyle na ile się on objawia. A objawia się dla nas na tyle na ile możemy Go przyjąć. Chrystus w Ewangelii mówi: „Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie.” W Starym Testamencie Bóg objawia prawdy najprostsze, najłatwiejsze takie jak: istnieje tylko jeden Bóg, Bóg jest sprawiedliwy, wymaga od nas czci, jest Panem życia i śmierci itd. W Nowym Testamencie Jezus objawia prawdy trudniejsze; tak jak tajemnica Trójcy Świętej czy Eucharystii. Nie wszyscy słuchacze byli gotowi na przyjęcie tych prawd. Chrystus mówi, że da swe ciało na pożywienie, dla wielu uczniów była to gorsząca prawda, dlatego odeszli. Wypełniły się w tym słowa Jezusa:, “ale teraz znieść nie możecie”.

Nie tylko w skali dziejów całej ludzkości, ale także w skali historii indywidualnego człowieka, Boże objawienie przybiera różny kształt. Inaczej Bóg dociera do dziecka, inaczej do młodego człowieka, a jeszcze inaczej do człowieka w podeszłym wieku. Albo też patrząc z perspektywy człowieka, człowiek w zależności od swego wieku inaczej przyjmuje Boże objawienie. Człowiek w podeszłym wieku wie lepiej, co może świat mu ofiarować; widzi jego ograniczone możliwości i jest bardziej pewny, że te najgłębsze jego tęsknoty mogą znaleźć spełnienie tylko w Bogu. Jest to z pewnością zamysł Boży, aby człowiek idąc przez życie coraz bardziej otwierał się na Jego objawienie i tym samym był przygotowany na spotkanie ze swoim Stwórcą.

Na drodze naszej wiary staje przed nami Tajemnica Trójcy Świętej, której uroczystość dziś obchodzimy. Wierzymy, że jest jeden Bóg, ale w trzech osobach; Bo Ojciec, Syn Boży i Duch Święty. Nowy Testament wiele razy mówi o tajemnicy Trójcy Świętej. Oto niektóre fragmenty. Przed swoim wniebowstąpieniem Jezus powiedział swoim uczniom: „Idźcie, więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.” A w czasie chrztu nad Jordanem, zstępuje na Jezusa Duch Święty w postaci gołębicy, a z nieba dał się słyszeć głos: „Tyś jest mój syn umiłowany.” Nawet gdybyśmy zebrali wszystkie wypowiedzi na temat Trójcy Świętej to i tak będzie to za mało, aby zaspokoić naszą intelektualną ciekawość, a to z prostej przyczyny; ta prawda przekracza możliwości poznawcze naszego rozumu. Ale jest wystarczające, aby zaspokoić najgłębsze pragnienie naszego serca.

Tajemnica Trójcy Świętej jest tajemnicą miłosnego związku trzech Osób Boskich. Bóg nie jest „odwiecznym samotnikiem” jak pisał Voltaire. W tę tajemnicę miłości został włączony człowiek. Z miłości Boga Ojca został stworzony, z miłości Syna został odkupiony i z miłości Ducha bożego życie staje się w nim realną rzeczywistością. Tę wiarę wyznajemy ilekroć kreślimy znak krzyża i mówimy: „W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego” (z książki Ku wolności).

 

ZOBACZYĆ BOGA

To mówi Mądrość Boża: „Pan mnie stworzył, swe arcydzieło, przed swymi czynami, od dawna. Od wieków jestem stworzona, od początku, zanim ziemia powstała. Jestem zrodzona, gdy jeszcze bezmiar wód nie istniał ani źródła, co wodą tryskają, i zanim góry stanęły. Poczęta jestem przed pagórkami, nim ziemię i pola uczynił, początek pyłu na ziemi. Gdy niebo umacniał, z Nim byłam, gdy kreślił sklepienie nad bezmiarem wód, gdy w górze utwierdzał obłoki, gdy źródła wielkiej otchłani umacniał, gdy morzu stawiał granice, by wody z brzegów nie wyszły, gdy kreślił fundamenty pod ziemię. Ja byłam przy Nim mistrzynią, rozkoszą Jego dzień po dniu, cały czas igrając przed Nim, igrając na okręgu ziemi, znajdując radość przy synach ludzkich” (Prz 8,22-31).

Przed laty żył król, który zbliżając się do kresu swego życia popadł w melancholię i smutek. Pewnego dnia powiedział: „W moim życiu doświadczyłem prawie wszystkiego, czego może doświadczyć śmiertelny człowiek, z wyjątkiem jednej rzeczy; nigdy nie widziałem Boga. Umarłbym szczęśliwie, gdybym chociaż na chwilę Go ujrzał”. Rozwiązania swego problemu szukał u największych mędrców swego królestwa. Obiecał ogromną nagrodę dla tego, kto pomoże mu ujrzeć Boga. Wszyscy byli bezradni, nikt nie mógł pomóc królowi.

O królewskim pragnieniu usłyszał ubogi pasterz. Przybył do króla i powiedział: „Prawdopodobnie jestem w stanie pomóc Waszej Wysokości”. Król się bardzo ucieszył. Pasterz zaprowadził króla na wzgórze, a gdy ten zobaczył jak biedny jest jego przewodnik zrodziło się w nim współczucie dla niego. Król przepełniony tym uczuciem rozejrzał się dookoła, sądząc, że zobaczy coś co doprowadzi go do Boga. A wtedy pasterz powiedział: „Jeśli Wasza Wysokość chce zobaczyć Boga, oczy fizyczne nie są tak ważne, jak ważne jest czyste serce”.

Wspinając się na wzgórze stanęli na szczycie. Pasterz wskazując ręką na słońce powiedział: „Patrz tam”. Król wzniósł oczy i próbował patrzeć prosto w słońce. „Czy ty chcesz mnie oślepić?” – powiedział. „Ależ mój królu, to jest tylko niewielki odblask chwały samego Boga, który jest Stwórcą wszystkiego. Jak ty mógłbyś widzieć chwałę samego Boga swymi słabymi i niedoskonałymi oczyma? Musisz szukać Boga innymi oczyma niż te fizyczne” – odpowiedział pasterz.

Królowi spodobało się to wyjaśnienie. „Dziękuję ci, że pomogłeś mi otworzyć oczy mojego umysłu. Ale teraz odpowiedz mi na inne pytanie: Gdzie Bóg mieszka?” Pasterz jeszcze raz wskazał na niebo, na który można było dojrzeć ptaki. „Patrz na te ptaki- powiedział- szybują one po przestworzach niebieskich dzięki powietrzu, które je otacza. Podobnie my żyjemy znużeni w Bogu. Przestań szukać. Otwórz swoje oczy i patrz. Otwórz swoje uszy i słuchaj. Nie możesz nie zauważyć Boga. Niebo jest tak samo pod twoimi stopami, jak i nad twoją głową”.

Król zatrzymał się, otworzył swoje oczy i swoje uszy, a wtedy jego smutna twarz rozpogodziła się pokojem i szczęściem. „Jest jeszcze jedna rzecz, która pomoże ci ujrzeć pełniej Boga” – powiedział pasterz, prowadząc króla na spokojną i cichą głębię studni. „Kto tam żyje?” – zapytał król. „Bóg” – odpowiedział pasterz. „Czy mógłbym Go zobaczyć?” „Oczywiście. Tylko patrz”. Król z wielką uwagą wpatrywał się w studnię. Widział tam tylko swoje odbicie.  Podniósł głowę i powiedział: „Ale ja widzę tam tylko siebie”. „Teraz Wasza Wysokość wie, gdzie Bóg żyje. Bóg żyje w tobie, królu”.

Król zrozumiał, że ten prosty pasterz był bogatszy i mądrzejszy niż on sam. Dziękując, król powrócił do swego pałacu. Nikt nie wie, czy zobaczył Boga, ale wszyscy mogli powiedzieć, że w sercu króla nastąpiła ogromna zmiana. Znikła melancholia, a król zachowywał się tak, jakby zobaczył Boga.

Najwłaściwszym jednak miejscem szukania Boga jest Biblia. Jest ona jak szczyt góry, z którego możemy zobaczyć wszechobecność Boga i jak głębia studni, gdzie możemy doświadczyć prawdy, że Bóg żyje w nas i naszych bliźnich. W tym poznaniu najważniejsze są oczy naszej duszy. Chociaż nasze zmysły i nasz umysł mogą wyprowadzić na szczyt, gdzie oglądać będziemy Boga. Doświadczył tego rosyjski pisarz Tołstoj, gdy pewnej nocy wyszedł na balkon i spojrzał na rozgwieżdżone niebo. Napisał wtedy: „To była cudowna noc. Jak mogą niektórzy nie wierzyć w nieśmiertelność duszy, kiedy ja czuję w sobie majestat Boga. Mogę umrzeć. I usłyszałem wewnętrzny głos: On jest tutaj. Upadnij na kolana i zamilcz”.

Wiele jest tajemnic naszej wiary, niektóre z nich są bardziej przystępne dla poznania rozumowego, ale są takie, wobec których nasz rozum jest bezradny, a nawet się buntuje. I wtedy może najlepiej usłuchać głosu, który mówił do Tołstoja: „Upadnij na kolana i zamilcz”. Do takich tajemnic należy prawda o Bogu w Trójcy Jedynym. Wierzymy, że jest jeden Bóg, ale w trzech osobach; Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty. Wspominam tę tajemnicę z racji Uroczystości Trójcy Przenajświętszej, którą obchodzimy w tę niedzielę. Piszę nie po to, aby rozwiązać tę tajemnicę, lecz, aby się nią zachwycać i adorować Tego, który jest miłością, najpierw wewnątrztrynitarną, a następnie miłością ku stworzeniu.

Zajrzyjmy zatem do Biblii, szukając bliskości tej tajemnicy.  Stary Testament mówił zawsze o jednym Bogu, którego wyznawali Izraelici. Tej wiary bronili prorocy. Jest tam znane określenie Boga jako Ojca. To określenie wskazywało na to, że Bóg jest początkiem wszystkiego, jest dobrocią, jest miłującą troską, obejmującą wszystkie swoje dzieci. Ponadto w Starym Testamencie pojawiają się pewne idee, które w świetle późniejszego Objawienia mogą być uważane, jakby przeczucie Trójcy Świętej. Jest tam mowa o mądrości Bożej, o której mówi się w sposób bardzo osobowy co rodzi pewne skojarzenia ze Słowem- imieniem drugiej Osoby Bożej w Nowym Testamencie. Mówi się też o Duchu Bożym, który ma zstąpić na przyszłego Mesjasza, na ten tekst powoływał się będzie sam Jezus. Prawda o Trójcy Świętej wcześniej sygnalizowana, wyczuwana, w pełni została objawiona przez Jezusa Chrystusa.

A na koniec popatrzmy na matkę, która weszła do kościoła z małym dzieckiem. Tuli z miłością maleństwo i bierze jego małą rączkę i kreśli na czole znak krzyża. Wygląda to, jakby chciała przekazać swemu dziecku najcenniejszy skarb. Cóż takiego chce przekazać? Boga w Trójcy Jedynego, którego, jakby wewnętrzną strukturą i istotą jest miłość. Miłość, która rozlewa się na stworzenia. Przez Boga Ojca stwarza i podtrzymuje świat w istnieniu, przez Syna zbawia człowieka, przez Ducha Świętego niesie moc i pocieszenie. Tym prostym gestem matka otwiera przed swoim dzieckiem niezgłębioną miłość zbawiającego Boga (Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

ŚWIĘTY ATANAZY

Bracia: Dostąpiwszy usprawiedliwienia przez wiarę, zachowajmy pokój z Bogiem przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, dzięki któremu uzyskaliśmy przez wiarę dostęp do tej łaski, w której trwamy i chlubimy się nadzieją chwały Bożej. Ale nie tylko to, lecz chlubimy się także z ucisków, wiedząc, że ucisk wyrabia wytrwałość, a wytrwałość wypróbowaną cnotę, wypróbowana cnota zaś nadzieję. A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany (Rz 5,1-5).

IV wiek w dziejach Kościoła znany jest jako wiek wielkich herezji i wielkich obrońców Kościoła oraz wiek krystalizowania się niektórych dogmatów wiary, w tym dogmatu Trójcy Przenajświętszej. Święty Atanazy należał do najwybitniejszych postaci tamtych czasów. Nadano mu tytuł Wielki i uważano go za prawdziwą kolumnę Kościoła. Atanazy niestrudzenie i skutecznie walczył z herezjami: gnostycyzmu, manicheizmu oraz najgroźniejszą z nich – arianizmem. Arianie głosił, że Syn Boży jest niższy od Ojca co do natury, bo jest tylko stworzeniem, a zatem nie jest równy Ojcu. Atanazy stając w obronie bóstwa Chrystusa stworzył przesłanki do dalszego rozwoju dogmatu Trójcy Świętej. W oparciu o tę naukę Ojcowie Kapadoccy przybliżyli zrozumienie Trójcy Świętej i wykrystalizowali teologię trynitarną.

Oto fragment nauki św. Atanazego o tajemnicy Boga w trójcy jedynego: „Wiara zaś katolicka polega na tym, abyśmy czcili jednego Boga w Trójcy, a Trójcę w jedności, nie mieszając Osób ani nie rozdzielając istoty; inna jest bowiem osoba Ojca, inna Syna, inna Ducha Świętego, lecz Ojca i Syna, i Ducha Świętego jedno jest Bóstwo, równa chwała, współwieczny majestat. Jaki Ojciec, taki Syn, taki Duch Święty: nie stworzony Ojciec, nie stworzony Syn, nie stworzony Duch Święty; niezmierzony Ojciec, niezmierzony Syn, niezmierzony Duch Święty; wiekuisty Ojciec, wiekuisty Syn, wiekuisty Duch Święty, a jednak nie trzej wiekuiści, lecz jeden wiekuisty, jak i nie trzej nie stworzeni ani trzej niezmierzeni, lecz jeden nie stworzony i jeden niezmierzony. Podobnie wszechmocny jest Ojciec, wszechmocny Syn, wszechmocny i Duch Święty: a jednak nie trzej wszechmocni, lecz jeden wszechmocny. Podobnie Bogiem jest Ojciec, Bogiem Syn i Bogiem Duch Święty: a jednak nie trzej bogowie, lecz jeden jest Bóg. Tak też Panem jest Ojciec, Panem Syn, Panem i Duch Święty a jednak nie trzej panowie, lecz jeden jest Pan. Ponieważ jak każdą z osób osobno Bogiem i Panem prawda chrześcijańska wyznawać nam każe, tak katolicka religia zabrania nam mówić o trzech bogach lub trzech panach”.

Odczytywanie prawd zawartych w Piśmie świętym przybierało nieraz formę gwałtownych dyskusji teologicznych, które w czasach Atanazego miały burzliwe przełożenie na życie osobiste dyskutujących. Władza świecka wtrącając się do tych dyskusji i podejmując decyzje administracyjne sprawiała jeszcze większe zamieszanie w Kościele. Doświadczył tego w całej rozciągłości Święty, o którym jest mowa. Atanazy, z pochodzenia Grek urodził się w roku 295  w Aleksandrii, która była w tamtym czasie znaczącym centrum życia chrześcijańskiego w Egipcie. Dzieciństwo i młodość Atanazego przypadła na czas krwawych prześladowań chrześcijan, głównie za panowania cesarza rzymskiego Dioklecjana. Świadectwa wiary chrześcijańskich męczenników umacniały młodego chłopca w wierze. Atanazy zdobył gruntowne wykształcenie hellenistyczne, znany był ze swojej wielkiej wiedzy w naukach klasycznych, potrafił także czytać i pisać w języku koptyjskim. Duży wpływ na jego życie miał św. Antoni opat, którego był uczniem i przyjacielem. Już około roku 318 Atanazy napisał dwa małe dzieła apologetyczno-teologiczne: „Przeciwko poganom” i „O wcieleniu Słowa”.

Biskup Aleksandrii św. Aleksander doceniając głęboką wiarę, inteligencję i wykształcenie Atanazego, mianował go osobistym sekretarzem, po uprzednim udzieleniu świeceń diakońskich. Atanazy towarzyszył swojemu biskupowi na pierwszym soborze powszechnym w Nicei w roku 325, gdzie przez mądre i odważne wystąpienia przyczynił się do potępienia nauki Ariusza. Pod wpływem mów Atanazego cesarz Konstantym I Wielki skazał na wygnanie Ariusza, twórcę herezji arianizmu. Arianie zrozumieli wówczas, że Atanazy jest bardzo groźnym przeciwnikiem, który przeniknął ich mentalność i nie da się zwieść żadnymi argumentami. Wypowiedzieli mu wtedy walkę, która trwać będzie prawie przez całe życie Atanazego.

Po śmierci biskupa Aleksandra w roku 328 wybrano Atanazego na jego następcę. Początki posługi pasterskiej były bardzo trudne. Arianie wszystkimi możliwymi sposobami starali się usunąć prawowiernego pasterza Aleksandrii. Oskarżyli go przed cesarzem, że objął stolicę biskupią nie mając wymaganego wieku kanonicznego i że sprzyja przeciwnikom cesarza. Atanazy udał się do Nikomedii, gdzie urzędował wtedy cesarz i całą sprawę wyjaśnił, tak, że zdobył przychylność cesarską. Wtedy arianie oskarżyli Świętego, że przyczynił się do zamordowania ariańskiego biskupa, Arseniusza. Atanazy zażądał sądu, który odbył się na synodzie w Cezarei Palestyńskiej. Wykazano niewinność Atanazego, a cesarz wysłał do niego list pochwalny.

Arianie nie ustawali w swych atakach. Udało się im zjednać cesarza i dzięki jego poparciu Ariusz zdołał pozyskać wielu biskupów na Wschodzie, których zebrał na synodzie w Tyrze. Przeprowadzono na nim bezwzględny atak na Świętego. Groziła mu śmierć, dlatego salwował się ucieczką. Zaś cesarz, za podszeptem arian skazał Atanazego w roku 335 na wygnanie do Trewiru, gdzie przebywał dwa lata, aż do śmierci cesarza. Po powrocie Atanazego do Aleksandrii, jego przeciwnicy wnieśli skargę do papieża, że nieprawnie objął stolicę biskupią. Święty zwołał synod w Aleksandrii, który wykazał jego niewinność. Przeciwnicy jednak korzystając z poparcia ariańskiego cesarza Konstansa I usunęli Atanazego a na jego miejsce obsadzili ariańskiego biskupa Grzegorza.

Po dwuletnim pobycie w Aleksandrii Atanazy znów musiał udać się na wygnanie, tym razem do Rzymu, gdzie był gościem papieża Juliusza I. Papież zwołał synod dla rozpatrzenia zaistniałego konfliktu, na którym wykazano niewinność Atanazego. Papież wystosował także list do biskupów Egiptu, w którym obłożył klątwą Grzegorza zasiadającego na stolicy biskupiej w Aleksandrii. Tym razem cesarz poparł papieża i nakazał namiestnikowi Egiptu, aby przyjął z należnymi honorami Atanazego. Biskup Atanazy w roku 346 opuścił Rzym i powrócił do Aleksandrii entuzjastycznie witany przez wiernych. Miał teraz dziesięcioletni okres względnego spokoju i ten czas poświęcił na odnowienie wiary i życia chrześcijańskiego nie tylko w swojej stolicy, ale także w całym Egipcie. Zabiegał również o rozszerzenie chrześcijaństwa w Etiopii i Arabii, poświęcał też swój czas na pisanie dzieł teologicznych.

Na tron biskupi w Aleksandrii nadciągnęła burza, gdy cesarz Konstancjusz II jawnie przeszedł na arianizm. Zwoływał on synody, na których potępiono uchwały Soboru Nicejskiego I oraz samego Atanazego. Cesarz nalegał także na papieża, aby uczynił to samo. Kiedy papież zdecydowanie odmówił, cesarz skazał go na wygnanie jako heretyka. Zaś Atanazy siłą został zdjęty z urzędu i skazany na wygnanie. Święty opuścił Aleksandrię w roku 356 i przez kilka lat ukrywał się na pustyni, wykorzystując czas na pisanie dzieł teologicznych.

Po śmierci cesarza Konstancjusza II tron cesarski objął Julian Apostata. Na początku rządów chciał pokazać, że jest władcą tolerancyjnym, dlatego wydał dekret zwolnienia z więzień i banicji wszystkich prawowitych biskupów. Na mocy tego dekretu Atanazy wrócił do Aleksandrii. Niedługo trwała radość chrześcijan. Cesarz wyraźnie zaczął sprzyjać pogaństwu i prześladować chrześcijan. Nakazał usunięcie Atanazego nie tylko ze stolicy biskupiej, ale także z Egiptu. Wkrótce cesarz uwikłał się w przegraną wojnę z Persami, w której zginął. Jego następca Jan sprzyjał chrześcijanom. Atanazy wrócił na stolice biskupią. Jednak po roku cesarz Jan umarł, a tron objął cesarz ariański, który wydał dekret banicji Atanazego, ale tym razem lud wierny mocno stanął przy swoim pasterzu i cesarz odwołał dekret banicji.

W ostatnich latach życia Atanazy mógł w spokoju duszpasterzować i pisać. Napisał wtedy dzieła o osobie Jezusa Chrystusa i o Trójcy Świętej. Doczekał się także upadku arianizmu. Umarł w nocy z 2 na 3 maja roku 373. Na Soborze Konstantynopolitańskim II w roku 553, w obecności papieża Wirgiliusza, zaliczono św. Atanazego do nauczycieli Kościoła. Historia nadała mu tytuł Wielki (z książki Wypłynęli na głębię).

 

W POSZUKIWANIU MĄDROŚCI

Często stosujemy uproszczony podział ludzi na głupich i mądrych. Cenimy mądrych i za takich chcielibyśmy być uważani. Cenimy mądrość wyżej niż dobra materialne. Mówi o tym polskie przysłowie: „Lepiej z mądrym zgubić, niż głupim znaleźć”. Bułat Okudżawa chyba miał rację, gdy w „Balladzie o głupcach” pisał: „Jest jakiś porządek na świecie tym, jest / Na każdy wiersz dobry jest zły wiersz / Na każdych trzech mądrych i głupich jest trzech”. Ale, że nie jest to głupim w smak, dlatego jak pisze wspomniany autor: „Każdemu mądremu stempelek na łeb / Przybiło się razu pewnego / Od lat te stempelki w użyciu są i / Ten system i później się przyda / Bo mądrym dziś mówią – ech, durni żesz wy / A głupich, jak zwykle, nie widać”. Nie widać ich, bo często kryją się pod maską mądrości. Ta maska dodaje im pewności i tupetu, co trafnie zauważył laureat nagrody Nobla Bertrand Russell: „To smutne, że głupcy są tak pewni siebie, a ludzie mądrzy tak pełni wątpliwości”. W ludzkich ocenach zdolności intelektualne, wykształcenie zdają się wysuwać w tych ocenach na pierwsze miejsce. Z biblijnej perspektywy, wspomniane wartości są w cenie, ale to nie one decydują o głupocie, czy mądrości  człowieka. A zatem szukajmy tej prawdziwej mądrości, mądrości z Wysoka. 

W dzisiejszym świecie, tak rozbieżnych wartości, relatywizmu, to co jedni uważają za mądrość inni mają za głupotę. Mówią o niektórych, że mądrze się urządzili, bo przewrotnie wykorzystując prawo, wykorzystując innych ludzi dorobili się majątku i pozycji społecznej. Dla jednych może to wyglądać na mądrość życia, dla innych jest to po prostu zwykłe złodziejstwo. Jeśli unikniemy konsekwencji tego złodziejstwa przed trybunałem ziemskich, to na pewno nie unikniemy tego przed trybunałem, do którego śmierć otwiera drzwi. Prawdziwa mądrość polega na tym, aby stając przed tym ostatecznym trybunałem nie mieć poczucia głupio przeżytego życia. Cesarz rzymski Marek Aureliusz, nazywany filozofem na tronie napisał: „Doskonale mądrym jest tylko ten, kto przeżywa każdy dzień, jakby to był jego ostatni”. Poeta Owidiusz ujął tę myśl w słowach: „Cokolwiek czynisz, czyń roztropnie i patrz na koniec!” Podobnie mówi o mądrości życia jeden z najwybitniejszych myślicieli, Sokrates: „Cokolwiek czynisz, czyń rozważnie i patrz końca”. A naszym końcem nie jest śmierć. A zatem szukania mądrości nie może zamknąć się w ziemskich granicach. Trzeba spojrzeć w niebo, a odbicie mądrości nieba możemy odnaleźć na kartach Biblii.

Cała Biblia jest słowem bożej mądrości, a takie księgi, jak Księga Hioba, Księga Psalmów, Księga Przysłów, Pieśń nad Pieśniami, Księga Koheleta, Księga Mądrości, Księga Syracha w sposób szczegóły zwracają uwagę na mądrość, która znajduje odbicie w rzeczywistości  ziemskiej.  W Księdze Mądrości czytamy o niej: „Jest bowiem tchnieniem mocy Bożej i przeczystym wypływem chwały Wszechmocnego, dlatego nic skażonego do niej nie przylgnie. Jest odblaskiem wieczystej światłości, zwierciadłem bez skazy działania Boga, obrazem Jego dobroci. Jedna jest, a wszystko może, pozostając sobą, wszystko odnawia, a przez pokolenia zstępując w dusze święte, wzbudza przyjaciół Bożych i proroków.  Bóg bowiem miłuje tylko tego, kto przebywa z Mądrością. Bo ona piękniejsza niż słonce i wszelki gwiazdozbiór. Porównana ze światłością – uzyska pierwszeństwo”. Zaś żydowski filozof Filon nazywa mądrość po prostu „córką Boga”.

Ojcowie Kościoła nauczali, że mądrość Boża jest wiedzą o rzeczach Boskich i ludzkich. Jest to wiedza, która pozwala człowiekowi poznanie i doświadczenie wszystkich rzeczy, które ostatecznie maja swe źródło w Bogu. Mędrzec widzi, że wszystko co go otacza jest zorganizowane według odwiecznego planu i doskonałego porządku i że za tym stoi Bóg. W świetle bożym odkrywają cel wszystkiego oraz środki prowadzące do osiągnięcia tego celu. W tym sensownie ułożonym świecie, człowiek poznaje przede wszystkim sens swojego życia. I to sens w najgłębszym wymiarze miłości Boga i bliźniego. Ta mądrość napełnia człowieka pokojem i poczuciem szczęścia. Księga mądrości mówi, że boża mądrość nie zamieszka w duszy przewrotnej i skażonej grzechem. A zatem pozostawanie w grzechu jest kroczeniem drogą głupoty, człowiek pogrążony w grzechu nie zazna w sobie bożego pokoju i radości na ziemi i ryzykuje osiągnięciem celu wiecznego, do którego prowadzi boża mądrość.

Mądrość Boża objawiła się w Chrystusie w całej pełni. Św. Paweł w Liście do Koryntian nazywa Chrystusa „Mądrością Bożą”. A zatem każdy kto poznaje Chrystusa odnajduje Mądrość Przedwieczną, najpełniejszą i najwyższą. Jest to mądrość zbawiającej miłości, która w pełni zjaśniała w tajemnicy krzyża. Bł. Matka Teresa z Kalkuty powiedziała: „Pamiętajmy, że męka Chrystusa kończy się zawsze radością zmartwychwstania. Toteż, kiedy czujesz we własnym sercu cierpienie Chrystusa, pamiętaj, że nadejść musi zmartwychwstanie, musi zajaśnieć radość Wielkanocy. Nie pozwól, aby smutek tak zawładnął tobą, że zapomnisz o radości zmartwychwstania Chrystusa”. Jest to mądrość pozwalająca odkrywać sens i radość nawet w najtrudniejszych momentach naszego życia. A któż z nas nie doświadcza tego w swoim życiu. Czasami chciałoby się tylko siąść i płakać. Może trzeba zapłakać, ale nie wolno nam zwątpić. Wpatrywać się trzeba w Chrystusa od którego odwrócili się fałszywi przyjaciele, jeden uczeń zdradził, drugi się zaparł, a pozostało Go opuścili. A na krzyży Golgoty wołał: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. Nawet gdy dziś jesteś na swojej Golgocie i wołasz jak Chrystus, w mądrości krzyża, to wołanie możesz przekuć w łaskę radości i pokoju zmartwychwstania.

Bł. Jan Paweł II powiedział w sanktuarium Świętego Krzyża w Mogile: „Wspólnie pielgrzymujemy do krzyża Pańskiego. Od niego bowiem rozpoczął się nowy czas w dziejach człowieka. Jest to czas łaski, czas Zbawienia. Poprzez krzyż człowiek zobaczył na nowo perspektywę swojego losu, swego na ziemi bytowania. Zobaczył, jak bardzo go umiłował Bóg”. Cień tego krzyża pada na naszą zwykłą codzienność.

Dzień Matki, obchodzony dzisiaj w Polsce przywołuje na pamięć pierwszy krzyż jaki kreśliłem z pomocą mamy. Ten znak miłości Chrystusa wpisywał się w moje serce miłością matczyną, która jest pierwszą po miłości Chrystusa. Ta spleciona miłość porządkowała wszystko i napełniała dziecięce serce radością i pokojem i do dziś jest źródłem mocy, gdy muszę stawiać czoła ludziom złym. Kreśląc znak krzyża wypowiadałem wtedy za mamą: „W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego”. W ten sposób wyznawałem Tajemnicę Trójcy Przenajświętszej, objawionej najpełniej przez Chrystusa. Ta tajemnica, jest także tajemnicą miłości Bożej, która jest mądrością naszego życia. Rozważania zakończę najstarszym świadectwem objawienia tej tajemnicy w Nowym Testamencie w Liście św. Pawła do Koryntian: „Łaska Pana Jezusa Chrystusa, miłość Boga i dar jedności Ducha Świętego niech będą z wami wszystkimi” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

W OBJĘCIACH TRYNITARNEJ MIŁOŚCI

Janina 20 lat temu przyjechała do Nowego Jorku. Życie układało się różnie. Jedne zdarzenia wpisywały się złotymi zgłoskami w pamiętnik wspomnień, a inne do dziś boleśnie ranią jej serce. Z wielkim wzruszeniem wspomina swój wyjazd z Polski i pożegnanie z rodzinnym domem. Wcześniej nie myślała, że to pożegnanie będzie tak trudne. Czekały spakowane walizki a na podwórku samochód, który miał ją odwieźć na lotnisko, a tu tak trudno wyjść z domu. Zapłakana mama tuliła ją do siebie i polecała bożej opiece. Najbardziej jednak zapadło w jej pamięć pożegnanie z ojcem. Kochała go bardzo. Wiedziała, że jest jego oczkiem w głowie. Była pewna jego miłości, mimo, że tata tego nie okazywał. Był twardym mężczyzną, nie skorym do wylewności. Ale przy pożegnaniu coś w nim pękło. Janina po raz pierwszy zobaczyła w jego oczach łzy. Przytulił ją bardzo mocno. Po czym, kreśląc znak krzyża na jej głowie, powiedział łamiącym się głosem: „Córeczko, jedź szczęśliwie. Niech cię prowadzi i błogosławi Bóg Wszechmogący, Ojciec, Syn i Duch Święty”. Te ostatnie słowa bardzo głęboko zapadły w serce Janiny. Czuła jakby ojciec nie tylko obejmował ją swoją ludzką miłością, ale także powierzał miłości Boga w trójcy jedynego, miłości, która nie zna żadnych granic i jest, jak mówi Biblia silniejsza aniżeli śmierć.

Znak czyniony w imię Trójcy Świętej od pierwszych dni aż po ostatnie wpisuje się w nasze życie. Udzielając chrztu z wielkim wzruszeniem patrzę jak rodzice z ogromną czułością tulą w swych ramionach kwilące niemowlę. A ileż jest miłości w spojrzeniu rodziców, którzy nie mogą oderwać oczu od swego maleństwa. W atmosferze tak skondensowanej miłości, polewam główkę dziecka wodą i wypowiadam sakramentalne słowa: „Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego”. A wszyscy zebrani, w duchu dziękczynienia i uwielbienia Boga za łaskę chrztu świętego, odpowiadają: „Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu. Jak była na początku, teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen”. Przez ten sakrament powierzamy dziecko tajemniczej i wszechpotężnej miłości zamkniętej w kręgu Trójcy Świętej. Ten znak w imię Trójcy Świętej będzie się wpisywał w życie dziecka na różne sposoby, nie tylko do ostatniego momentu życia ziemskiego, ale także i później. W czasie pogrzebu, wychodząc z kościoła zatrzymujemy się przy drzwiach i wtedy kładę rękę na trumnie i błogosławię zmarłego: „Niech cię błogosławi Bóg Wszechmogący, Ojciec, i Syn, i Duch Święty”. Jakby bezradni wobec odejścia naszych bliskich zmarłych powierzamy ich miłości, która łączy w doskonałej jedności trzy osoby boskie: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Pięknie wyraża tę prawdę wybitny pisarz i myśliciel rosyjski Lew Tołstoj: „Boga poznajesz nie tyle rozumem, nawet nie sercem, ale poczuciem całkowitej zależności od Niego, podobne jest to do tego uczucia, którego doznaje niemowlę w rękach matki. Nie wie ono, kto je trzyma, kto ogrzewa, kto karmi; ale wie, że jest ktoś, i mało tego, wie, że ten ktoś – kocha go”.

Dzisiaj stajemy w postawie uwielbienia przed jedną z najważniejszych tajemnic naszej wiary. Jest jeden Bóg, ale w trzech osobach: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty. Stając przed dogmatem Trójcy Świętej chcemy chociaż trochę uszczknąć jego tajemnicy. A nasze, nawet najmądrzejsze pytania wobec tej tajemnicy przypominają nieraz nieporadność pytań małych dzieci kierowanych do Boga. Oto kilka z nich: „Czy Ty stworzyłeś żyrafę taką jaką jest, czy też jest ona po wypadku? Drogi Boże, mój starszy brat powiedział mi o moim narodzeniu. Ale to nie wygląda prawdziwie. Czy oni ze mnie nie żartują? Kochany Boże czy zabijanie czasu niszczy wieczność? Drogi Boże, myślę, że jest Ci bardzo trudno kochać wszystkich ludzi na całym świecie. W mojej rodzinie są tylko cztery osoby i nie zawsze udaje mi się je kochać”…

Mimo nieporadności w poznawaniu Tajemnicy Trójcy Świętej, winniśmy to czynić, gdyż poznanie jest nieodzownym elementem wzrastania w miłości do kochanej osoby. Ale w tym poznaniu powinniśmy pamiętać, że poznajemy tylko rąbek tajemnicy, bo jej wspaniałość i wielkość przekracza nasze ziemskie możliwości poznania. W piosence ze znanego filmu rysunkowego „The Lion King” są słowa: „Od dnia, kiedy pojawiliśmy się na Ziemi i ogarnęło nas słoneczne światło, więcej jest do zobaczenia niż przez całe życie jesteśmy w stanie zobaczyć, więcej jest do zrobienia, niż do tej pory zostało uczynione”. Słowa tej piosenki mówią o tajemnicy naszego życia, której do końca nie zgłębimy. Zawsze rzeczywistość jest bogatsza niż jesteśmy w stanie zobaczyć czy zrozumieć. Jeśli w tej sferze życia ocieramy się ciągle o tajemnice, to tym bardziej w sprawach odnoszących się do Boga w Trójcy Jedynego.

Bóg jednak objawia się nam na tyle, abyśmy mogli zanurzyć się w tajemnicy zbawiającej miłości trynitarnej. W Biblii znajdziemy wiele fragmentów, które wskazują na istnienie Trójcy Świętej. Widzimy to w czytaniach mszalnych na dzisiejszą niedzielę. Pierwsze czytanie mówi o Bogu Ojcu Stwórcy wszechświata. „Gdy niebo umacniał, z Nim byłam, gdy kreślił sklepienie nad bezmiarem wód, gdy w górze utwierdzał obłoki, gdy źródła wielkiej otchłani umacniał, gdy morzu stawiał granice, by wody z brzegów nie wyszły, gdy kreślił fundamenty pod ziemię”. W drugim czytaniu słyszymy o Synu Bożym, który jest naszym Zbawcą , przez którego mamy przystęp do chwały Ojca. „Dostąpiwszy usprawiedliwienia przez wiarę, zachowajmy pokój z Bogiem przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, dzięki któremu uzyskaliśmy przez wiarę dostęp do tej łaski, w której trwamy i chlubimy się nadzieją chwały Bożej”. Zaś Ewangelia mówi o Duchu Świętym, który coraz głębiej wprowadza nas w tajemnice wiary i umacnia nas w miłości: „Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch prawdy, doprowadzi was do całej prawdy”.

W pierwszych wiekach chrześcijaństwa dyskusje na temat Trójcy Przenajświętszej były bardzo żywe. Święty Grzegorz z Nyssy przybył do Konstantynopola na sobór, gdzie nie mógł załatwić najprostszych spraw, bo wszyscy rozprawiali na temat Trójcy. „Pytasz o to, gdzie można wymienić pieniądze, a tu ci odpowiadają rozprawą o zrodzonym i niezrodzonym; pytasz o cenę chleba – odpowiadają, że Ojciec jest większy od Syna i Syn jest mu podległy, pytasz, czy kąpiel gotowa – a on ci zaczyna wykładać, że Syn został stworzony z niczego”. Św. Augustyn wskazuje, że tajemnicę Trójcy Świętej trzeba zgłębiać w kontekście miłości: „Wszystko to, co powiedziano, wskazuje, że w kwestii poświęconej Trójcy Świętej i poznaniu Boga najważniejsze jest pytanie: co to jest prawdziwa miłość?”

Jeżeli Bóg uchyla rąbka tajemnicy, że jest jeden, ale w trzech osobach, to nie po to, aby komplikować naszą wiarę, ale chociaż trochę przybliżyć nam tajemnicę swego życia wewnętrznego, którego istotą jest miłość, łącząca trzy Osoby boskie. Bóg jest miłością samą w sobie. Tą miłością ogarnia każdego z nas. Chrystus wskazuje drogę realizacji tej miłości i jej spełnienia: „Jeżeli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego i będziemy u niego przebywać”. Bez miłości wiedza o Trójcy Świętej, potwierdzona nawet doktoratem z teologii pozostanie w nas jałowa i pusta (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

DAĆ DZIECIOM WSZYSTKO

Cyklamen w jednej ze swoich piosenek śpiewa: „Z pamiętnika wspomnień powraca niczym film / rodzinny dom na wzgórzu i ty matulu w nim. / Jak czule chroniłaś mnie zapłakanego w swych ramionach, / by móc mi dać beztroski świat. / Dziękuję Ci droga Mamo za to, że byłaś przez te wszystkie lata / dziękuję ci drogi Tato za to, że nauczyłeś mnie jak mam żyć. / Dziękuje Ci droga mamo za najpiękniejszą miłość tego świata. / Niech dobry Bóg będzie z wami przez resztę dni”. Niejeden z Czytelników może pomyśleć, że nadworny kurierowy kaznodzieja ma discopolowe upodobania, co w pewnych kręgach muzycznych uważne jest za kompletny obciach. Nie kryję, że ten typ muzyki lubię czasami słuchać, chociaż w samochodzie mam włączoną prawie zawsze stację radiową z muzyką klasyczną. Jest to moja ulubiona muzyka. Jednak piosenki discopolowe prostą rytmiką melodyjną trafiają do serc, podobnie i słowa. Moi Czytelnicy przez ponad dwadzieścia pięć lat zapewne zdążyli zauważyć, że bardzo często piszę sercem i do serca się odwołuję. To tyle tytułem usprawiedliwienia.

A wracając do zacytowanej piosenki możemy powiedzieć, że każdy z nas ma swój własny pamiętnik wspomnień, z którego najczęściej wyłania się cudowny obraz rodziców, zatroskanych o los swoich dzieci, zabezpieczenie materialne, wykształcenie i wszystkie inne sprawy. Pragną oni całym sercem, aby ich dzieci były bezpieczne i szczęśliwsze. Mówimy często, że chcą oni uchylić swoim dzieciom nieba. W tej przenośni możemy dopatrzeć się realnej rzeczywistości nieba. Jedna z utalentowanych polskich aktorek Dominika Figurska powiedziała: „Jeśli rodzice dają dzieciom Boga, dają wszystko”. Do takiego przekonania doszła po wielu doświadczeniach życiowych. Rodzice jej nie byli praktykującymi katolikami, mimo to Dominika w każdą niedzielę uczestniczyła we Mszy św. Przyszłego męża Michała spotkała w szkole teatralnej w Krakowie. Była to miłość od pierwszego wejrzenia. Po ukończeniu studiów, przed ołtarzem ślubowali sobie dozgonną miłość. Aktorka wyznała, że życie religijne było dla niej gwarantem trwałości małżeństwa. Jednak, jak sama mówi jej wiara nie była jednak głęboka i nagle się wypaliła, bo Bóg chciał nauczyć ją pokory. Przyszedł kryzys małżeństwa. Planowali rozwód. Poznała także innego mężczyznę. Z czasem jednak zaczęły w niej narastać wątpliwości. Tęskniła za sakramentami. Pewnego dnia poszła do kościoła. Patrzyła, jak inni przyjmują Komunię św. Po mszy przypadkowo zobaczyła na jednym ze stoisk „Dzienniczek” siostry Faustyny. Nie znała go wcześniej. Na przypadkowej stronie przeczytała zdanie o Bożym Miłosierdziu i przebaczeniu grzesznikom, które odniosła do samej siebie. Słowa te tak nią wstrząsnęły, że postanowiła ratować swoje małżeństwo. Odeszła od nowego partnera. Ale Michał zaczął już układać sobie życie z inną kobietą. Modliła się o jego powrót. Pojechała na rekolekcje Odnowy w Duchu Świętym. Potem, już oboje wybrali się do grobu św. Jana Pawła II. Uratowanie swojego małżeństwa Dominika uważa za cud. Ostatni ich syn nosi imię świętego Jana Pawła II, przy którego grobie w Watykanie modlili się o uratowanie małżeństwa. Urodził się on dwa dni po kanonizacji Ojca Świętego. Dominika dba o religijne wychowanie dzieci, bo wierzy, że jeśli zaszczepi im te wartości, to odnajdą to co jest najważniejsze w życiu i po drodze nie pobłądzą.

Piszę o tym nie bez powodu w Uroczystość Trójcy Przenajświętszej. Bo najczęściej w tę tajemnicę naszej wiary wprowadzali nas rodzice, którzy trzymając naszą małą rączkę kreślili z nami znak krzyża, bardzo ważny znak naszej wiary. Później te krzyże rodzicielskiego błogosławieństwa wpisywały się w nasze życie na różne sposoby. Niektóre do dziś są tak wyraziste, że aż prawie czuje się łaskę spływającą z nieba przez ręce rodziców. Dla mnie takim znakiem jest błogosławieństwo prymicyjne. Za nim ja udzieliłem wiernym błogosławieństwa, wcześniej pochyliłem głowę przed rodzicami, a oni kreślili krzyż na mojej głowie, znacząc go kropelkami łez wzruszenia. Krzyż to znak nasze wiary o wielorakiej wymowie. Ojcowie Kościoła podkreślali, że krzyż jest symbolem, w którym streszczają się najistotniejsze prawdy wiary chrześcijańskiej. Św. Jan Damasceński pisze: „Krzyż Pana naszego Jezusa Chrystusa, a nie cokolwiek innego, zwyciężył śmierć, zgładził grzech praojca, pokonał piekło, darował nam zmartwychwstanie, udzielił siły do wzniesienia się ponad doczesność i ponad samą śmierć, zgotował powrót do dawnej szczęśliwości, otworzył bramy raju, umieścił naturę naszą po prawicy Boga, uczynił nas Jego dziećmi i dziedzicami”.

Znak krzyża i słowa jemu towarzyszące to to także wyznanie wiary w jedną z największych tajemnic, że jest jeden Bóg, ale w trzech osobach: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty. Św. Ignacy Loyola pisał: „Czyniąc znak krzyża świętego, dotykamy ręką głowy; co oznacza Boga Ojca, który od nikogo nie pochodzi. Kiedy potem dotykamy ręką ciała (poniżej piersi), oznacza to Syna Jego, Pana naszego; który pochodzi od Ojca i zstąpił do łona Najświętszej Dziewicy Maryi. Kiedy znów kładziemy rękę na jednym i drugim ramieniu, oznacza to Ducha Świętego, który pochodzi od Ojca i Syna. A kiedy nasze ręce składamy razem, oznacza to, że Trzy Osoby Boskie są jedną Istotą. Kiedy zaś znaczymy krzyżem nasze usta, oznacza to, że w Jezusie Chrystusie, (w Słowie Bożym), Zbawicielu naszym i Odkupicielu, jest Ojciec, Syn i Duch Święty, jeden, jedyny nasz Bóg, Stwórca i Pan, i że Bóstwo nigdy nie było oddzielone od Ciała Chrystusa w czasie Jego śmierci”.

Bóg jest miłością, a trzy Osoby Trójcy są odwiecznie zjednoczone wzajemną miłością, która ogarnia każdego człowieka i jest wezwaniem każdego z nas, aby nasza ludzka miłość była jej odbiciem. Chodzi tu o miłość wyrażaną greckim słowem „agape”. Celem takiej miłości jest dawanie, sprawianie przyjemności i zadowolenia osobie miłowanej. Nie ogranicza się ona do miłości tych, którzy naszym zdaniem są jej warci, ale ogarnia również tych, którzy według nas na taką miłość nie zasługują. Jest ona bezinteresowna, ma na celu dobro i korzyść miłowanego. Właśnie taką miłością obdarza nas Bóg. Św. Pawła pisze, że ta miłość pragnie dobra tych, którzy na tę miłość nie zasługują i nie okazują miłości względem Boga. Jakże jest ona odmienna od miłości ludzkiej, która bardzo często nie jest wolna od szukania własnej korzyści. Miłość „agape” odnajdujemy niejako w łonie Trójcy Przenajświętszej, która doprowadziła do stworzenia wszechświata, a następnie, po upadku człowieka, sprowadziła na ziemię Syna Bożego, by zgubionych na nowo pozyskać do radosnej i uszczęśliwiającej jedności z Bogiem.

Miłość ludzka, rodzicielska dotknięta miłością Boga chce nam uchylić nieba. A czyni to przez włączenie nas w krąg miłości trynitarnej Boga, czego znakiem jest krzyż. Ta miłość staje się źródłem radosnej nadziei, że kiedyś, w kręgu bożej miłości znajdziemy spełnienie naszych najgłębszych pragnień. O tej nadziei piszę św. Paweł w zacytowanym na wstępie Liście do Rzymian: „A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Kurier Plus, 2014).

 

POZORNY TRIUMF SZATANA

Znak krzyża świętego jest najważniejszym symbolem wiary w Chrystusa i zarazem wyznaniem wiary w tajemnicę Trójcy Przenajświętszej. Ten znak wpisuje się w nasze życie od najmłodszych lat, najczęściej ręką naszych rodziców i dziadków. Prowadzi on nas na Golgotę, gdzie umierał Chrystus. Po krzyżem, w większości stali oprawcy i wrogowie Chrystusa, którzy triumfowali jako zwycięzcy. Była także niewielka grupa wiernych wyznawców Chrystusa – Maryja, św. Jan, nawróceni łotr i celnik i może jeszcze inni, których nie zauważyli ewangeliści. Wyglądali na przegranych, jak i Ten, który wisiał na krzyżu. Jednak to nie do śmierci należało ostanie słowo, ale do zmartwychwstania i życia. Przegrani na Golgocie świętowali zwycięstwo przy pustym grobie Chrystusa.

Chrystus jest obecny w swoim Kościele, stąd też Kościół nazywamy Mistycznym Ciałem Chrystusa. Św. Paweł w Liście do Rzymian pisze: „Jak bowiem w jednym ciele mamy wiele członków, a nie wszystkie członki spełniają tę samą czynność podobnie wszyscy razem tworzymy jedno ciało w Chrystusie, a każdy z osobna jesteśmy nawzajem dla siebie członkami”. Chrystus w swoim Kościele nie jeden raz staje na Golgocie, a wokół Niego wierni uczniowie oraz zgraja szyderców, jest to tym boleśniejsze, że wśród tej zgrai są ludzie mieniący się wiernymi uczniami Chrystusa. W dzisiejszych czasach zgraja szyderców zdaje się przewyższać liczbę prawdziwych uczniów Chrystusa. Jest to jednak w przedziwny sposób wpisane w Boży plan zbawienia, który przewija się w wizjach wielu mistyków Kościoła.

Żyjący na przełomie 4 i 5 wieku św. Nil pisał. „Ludzie po 1900 roku, w połowie XX stulecia, zmienią się nie do poznania. Kiedy nadejdzie czas nadejścia Antychrysta, cielesne namiętności zaćmią umysły ludzi, hańba i bezprawie będzie rosnąć w siłę. Wtedy to świat będzie się zmieniać nie do poznania. Wygląd ludzi się zmieni tak, że nie można będzie odróżnić mężczyzn od kobiet, z powodu bezwstydności w ubiorze i uczesaniu. Ludzie ci będą okrutni i podobni do dzikich zwierząt z powodu pokus Antychrysta. Nie będzie żądnego szacunku dla rodziców i starszych ludzi, miłość będzie gasnąć, a katoliccy duchowni, biskupi i księża, będą stawać się próżnymi ludźmi, zupełnie nie odróżniającymi prawdy od fałszu. W tym czasie zmieni się moralność i tradycje chrześcijan i Kościoła. Ludzie porzucą skromność i zapanuje rozwiązłość. Żądza, cudzołóstwo, homoseksualizm, tajemne niegodziwości i zbrodnia zapanują w społeczności. Antychryst udzieli też nieszczęśliwemu człowiekowi zdeprawowanej inteligencji tak, że odkryje on sposób w jaki jeden człowiek będzie mógł prowadzić rozmowę z innym z jednego końca ziemi do drugiego. W tym czasie ludzie będą latać jak ptaki i docierać do dna morskiego jak ryby. Antychryst tak napełni naukę próżnością, że zboczy ona z prawdziwej drogi i spowoduje, że ludzie stracą wiarę w istnienie Boga i w tajemnicę Trójcy Przenajświętszej. Wtedy to dobry Bóg zobaczy upadek ludzkiego rodu i skróci te dni przez wzgląd na tych niewielu, którzy będą zbawieni”.

Oto kolejna przepowiednia, którą odkrywałem w czasie przygotowywania podróży do Ekwadoru w lutym tego roku. Słyszałem wcześniej o objawieniach w Quito, stolicy Ekwadoru i koniecznie chciałem z grupą podróżników nawiedzić to miejsce tych. Wiele czasu zajęło mi sprawdzenie autentyczności tych objawień, tzn. odnalezienie dokumentów Kościoła potwierdzających ich autentyczność. Po czym starałem się zlokalizować miejsce, gdzie jest przechowywana cudowna figura Matki Bożej, która została, bez udziału człowieka cudownie pomalowana. Lokalizacja dokonana przez Internet okazała się błędna. Dopiero po przybyciu do Quito, wraz z grupą podróżników udało się nam odnaleźć Klasztor Niepokalanego Poczęcia, w którym znajduje się cudowna figura Najświętszej Maryi Pani Dobrego Zdarzenia. Jest ona wystawiana do publicznej adoracji dwa razy w roku. Dzięki życzliwości przełożonej zakonu mogliśmy oddać cześć Pani Dobrego Zdarzenia w prywatnej kaplicy sióstr. Dla nas wszystkich było to ogromne przeżycie, a to także dlatego, że dzięki dziwnemu zbiegowi okoliczności, za pisemną zgodą arcybiskupa Quito mieliśmy łaskę sprawowania Mszy św. w tym świętym miejscu.

W roku 1579 roku Marianna Franciszka Torres złożyła uroczyste śluby zakonne i zaraz potem miała wizję, w której Chrystus powtórzył słowa przełożonej wypowiedziane do niej w czasie ślubowania: „Jeśli będziesz temu wierna, przyrzekam ci życie wieczne”. Przez kolejne lata życia, pośród cudownych wydarzeń siostra Marianna miała wiele objawień Matki Bożej Dobrego Zdarzenia. Oto fragmenty objawień, które według siostry Marianny zaczną się spełniać w XX wieku: „Inni zaś, zachęceni przez diabła, zbuntują się przeciw Kościołowi i pozbawią ogromną liczbę dusz niezliczonych łask pocieszenia i sił, których potrzebują, aby wykonać wielki krok w wieczność. Sakrament małżeństwa, symbolizujący związek Chrystusa z Kościołem, będzie przedmiotem ataków i profanacji. Duch chrześcijański szybko upadnie, drogocenne światło wiary zgaśnie do tego stopnia, że nastąpi niemal całkowite zepsucie obyczajów. Skutki zeświecczonego wychowania będą się nawarstwiać, powodując m.in. brak powołań kapłańskich i zakonnych.

Sakrament kapłaństwa będzie ośmieszany, lżony i wzgardzony, wraz z nim Kościół Boży i sam Bóg będzie odrzucony i wzgardzony, bo Bóg jest reprezentowany przez kapłanów. Diabeł prześladować będzie szafarzy Pańskich we wszelki możliwy sposób. Będzie działać z okrutną i subtelną przebiegłością, odwodząc ich od ducha powołania i uwodząc wielu. Ci zdeprawowani kapłani, którzy zgorszą chrześcijański lud, wzbudzą nienawiść złych chrześcijan oraz wrogów rzymskiego, katolickiego i apostolskiego Kościoła, którzy zwrócą się przeciwko wszystkim kapłanom. Ten pozorny triumf szatana przyniesie ogromne cierpienia dobrym pasterzom Kościoła, dobrym księżom i najwyższemu na ziemi Wikariuszowi Chrystusa, który niczym więzień Watykanu wylewać będzie gorzkie łzy potajemnie w obecności Boga i Pana, błagając o światło, świętość i doskonałość dla duchownych całego świata, dla których jest ojcem”.

Przypomniałem sobie powyższe objawienia w czasie oglądania filmu „Tylko nie mów nikomu” i czytania do niego komentarzy. Zobaczyłem krzyż na Golgocie a pod nim zgraję bluźnierców, a wśród nich tych, do których odnoszą się w pierwszym rzędzie słowa Chrystusa: „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie. Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi”. Krzywda ofiar pedofilii jest niewyobrażalna i porażająca. Wygląda to na triumf Szatana. Dobrze, że taki film powstał, mimo tendencyjności, ukrytemu przesłaniu uogólnienia, wyczuwalnej niechęci twórców filmu do całego Kościoła i przekłamaniu pewnych faktów. Zapewne film zmobilizuje jeszcze bardziej Kościół do zmierzenia się z bolesnym problemem. Głęboko wierzę, że to przyczyni się do oczyszczenia Kościoła, tak że stanie się On jeszcze bardziej klarownym i przekonywującym świadkiem Ewangelii i ożywiony Duchem Świętym wyjdzie do świata, o którym w swojej wizji mówiła siostra Marianna odnowiony i umocniony świętością Kościół i będzie przekonywująco wzywał do nawrócenia między innymi środowiska gejowskie, rodzinne, gdzie zjawisko pedofilii występuje najczęściej. Odnowiony kościół będzie przekonywująco kierował wezwanie do nawrócenia dzisiejszego świata, który w majestacie prawa zabija swoje dzieci nienarodzone i chore, zabija ludzi starych i niedołężnych, chce uczyć dzieci od najmłodszych lat masturbacji, niszczy fundamenty rodziny, odrzuca odwieczne prawa moralne. Wierzę, że gdy wszystko się to stanie, wtedy triumf Szatana okaże się pozorny.

Może wydawać się, że Szatan ma jeszcze jeden powód do triumfu. A mianowicie, dał wrogom Kościoła, skuteczne narzędzie walki z nim. Obrzydliwe przypadki pedofilii są tak przedstawiane, że rzucają cień na cały Kościół, na wszystkich duchownych i są wykorzystywane do walki z Kościołem. Wielu mniej refleksyjnych ludzi ulega tej propagandzie. Wystarczy przeczytać komentarze, w których niema współczucia dla ofiar, ale słowa nienawiści do Kościoła i duchownych, które przybierają często taka formę: „Eksterminować wszystkich księży”. Przeciwnicy Kościoła mają do dyspozycji wsparcie finansowe w środowiskach liberalnych całego świata. Pieniędzy na ten cel im nie zabraknie. Ale to także jest pozorne zwycięstwo Szatana. Siostra Marianna w swojej wizji usłyszała głos Maryi: „Źli ludzie będą przekonani, że zdołają go zniszczyć, ale Bóg istnieje i ja też istnieję: sprawimy, że pojawią się silni obrońcy, a nieprzyjaciołom ześlemy przeszkody nie do przezwyciężenia i wtedy zatriumfujemy”.

I tu chciałbym przytoczyć słowa polskiej mistyczki Alicji Lenczewskiej. Jej wizje nie są przez Kościół oficjalnie potwierdzone. Jednak są tak bardzo aktualne: „Celem działania sług szatana w świecie jest zwiedzenie jak największej liczby dusz i wtrącenie ich do czeluści Złego. Działania ich obejmują wszystkie dziedziny życia ludzkiego od narodzin do ostatnich chwil na tym świecie. Obejmują wszystko, co stworzył Bóg, aby zniszczyć, zniekształcić i rzucić pod nogi Lucyfera żądnego władzy i zemsty na Bogu i Jego stworzeniach. Kościół Mój w bólu odda to, co wziął ze świata. I będzie wydawało się, że umarł. I uraduje się szatan i sługi jego – jak uradowali się wtedy w Jeruzalem. Lecz krótki będzie czas ich pozornego zwycięstwa, bo nadejdzie poranek Zmartwychwstania Kościoła Świętego, nieśmiertelnego, rodzącego nowe życie na ziemi – świętość dzieci Moich”.

Powyższa wizja wpisują się w słowa Jezusa, które są dla nas ostateczną wykładnią naszej wiary: „Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą” (Kurier Plus, 2019).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *