1 Lis

Uroczystość Wszystkich Świętych Rok B

 

NA DRODZE BŁOGOSŁAWIEŃSTW                                      

Jezus widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami:„Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy mówią kłamliwie wszystko złe na was z mego powodu. Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie” (Mt 5,1-12a).

Tom Dooley, lekarz na okręcie wojennym Stanów Zjednoczonych ze wzruszeniem wspomina wydarzenie, jakie miało miejsce u brzegów Wietnamu w roku 1950. Późnym popołudniem przyjęto na pokład tysiące rannych wietnamskich uciekinierów. Tom był jednym lekarzem na pokładzie. Rzucił się w wir pracy, chciał pomóc każdemu. Składał złamane ręce, robił okłady na spuchnięte miejsca, opatrywał rany. Widział jak ta prosta pomoc medyczna przynosiła ulgę i rozjaśniała uśmiechem twarze cierpiących. Mimo ogromnego zmęczenia, Tom powie później, że czuł się wtedy tak szczęśliwym, jak nigdy w życiu.

Kiedy Tom skończył swoją służbę w marynarce wojennej wrócił do Azji i pracował wśród biednych, mobilizując do tej pracy dużą grupę woluntariuszy. W nawiązaniu do swojej pracy, Tom powiedział, że zawsze, w sposób szczególny przyjmował kazanie z góry błogosławieństw, ponieważ obiecuje ono szczęście. „Błogosławiony” znaczy „szczęśliwy”- mówi Tom. „A ja tak chciałbym być szczęśliwym”- dodaje. Tłumaczy także, jak rozumie ewangeliczne pojęcie szczęścia: „Błogosławieni, którzy się smucą… Smucić, to nie to samo, co być nieszczęśliwym. To znaczy… bardziej zwracać uwagę na cierpienie bliźniego, niż pędzić za przyjemnościami… Jeśli jesteś wrażliwy na cierpienie i robisz coś, aby go było mniej- jeśli nawet nie możesz wystarczająco pomóc- to i tak będziesz szczęśliwy. I tak rozumiem szczęście płynące z błogosławieństw” (Guideposts).

W podobnym duchu możemy spojrzeć na pozostałe błogosławieństwa. Świat ma swoje recepty na szczęście, jednak ewangeliczna recepta każe nieraz połknąć gorzkie lekarstwo, które jest konieczne w uzdrowieniu duszy i osiągnięciu prawdziwego szczęścia. Dla pełniejszego zrozumienia ewangelicznych błogosławieństw porównajmy je z „błogosławieństwami świata”.

Świat mówi: „Błogosławieni bogaci, ponieważ mają wszystko czego dusza zapragnie”. A Chrystus mówi: „Błogosławieni ubodzy w duchu”. Ubodzy w duchu to ci, którzy bardziej pokładają swoją nadzieję w Bogu niż w bogactwach. To ci, którzy bardziej cenią człowieka, za to kim on jest niż za to ile posiada. Bardziej być niż mieć.

Świat mówi: „Błogosławieni, którzy w szukaniu radości życia nie zauważają cierpienia bliźnich”. A Chrystus przypomina: „Błogosławieni, którzy się smucą”. Błogosławieni, czyli szczęśliwi są ci, którzy potrafią prawdziwie kochać. Prawdziwa miłość zasmuca człowieka, gdy widzi on cierpienie bliźniego. Szczęśliwi ci, którzy mają otwarte serce dla bliźnich i gotowi są dzielić ich trudy i cierpienia.

Świat mówi: „Szczęśliwi, czyli błogosławieni, którzy są mocni i twardzi”. Zaś Chrystus mówi: „Błogosławieni cisi”. Delikatność i cichość nie są wyrazem słabości, ale wewnętrznej mocy, które jest początkiem wszelkich przemian w świecie. Chrystus, nie podnosił głosu, nie złamał trzciny nadłamanej, i ta cichość przemieniała i przemienia ludzkie serca i świat, ta siła kruszy potęgę śmierci. Szczęśliwi ci, którzy w mocy Chrystusa, bez rozgłosu przemieniają świat.

Świat mówi: „Szczęśliwi ci, którzy pragną i zdobywają władzę, sławę i pozycje społeczną”. Chrystus mówi: „Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości”. Najważniejsze jest prawe życie. I ci, którzy potrafią zrezygnować z materialnej wygody, władzy, stanowiska, aby bronić sprawiedliwości są najbardziej szczęśliwi. Są tak szczęśliwi jak, ci którzy pod długich latach więzienia za prawdę wychodzą na wolność, by budować sprawiedliwszy świat.

Świat mówi: „Szczęśliwi, którym obce jest miłosierdzie i współczucie”. Zaś Chrystus powtarza: „Błogosławieni miłosierni”. W więc szczęśliwi są ci, którzy są wyrozumiali dla ludzkich słabości i gotowi do wybaczenia grzechów bliźniemu. Którzy w swoim życiu realizują wskazania z modlitwy Ojcze nasz…. odpuść nam nasze winy jak i my odpuszczamy naszym winowajcom. Ci będą mieli radość odpuszczenia win, gdy staną przed Bogiem.

Świat mówi: „Błogosławieni ci, którzy mają zadbane ciało i ładnie się ubierają”. Chrystus mówi: „Błogosławieni czystego serca”. Z naszego serca, jak ze źródła wypływają myśli, słowa i czyny. Jeśli serce jest czyste, to wszystko, co z niego wypływa będzie dobre i czyste. Jakże szczęśliwy jest człowiek, który oglądając się wstecz widzi za sobą piękno i dobro.

Świat mówi: „Szczęśliwi ci, którzy przebojem zdobywają życie. Nie zważają na bliźnich, podbijają świat pieniędzmi, czy bronią, zostawiając za sobą zniszczone domy i osierocone dzieci”. Chrystus mówi: „Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój”. Szczęśliwi są ci, których życie wypełnione jest zrozumieniem dla innych, otwartością dla obcych. Szukają pojednania między ludźmi na drodze miłości. Ci są blisko Boga, który jest zdolny napełnić ludzkie serce największym szczęściem.

Świat mówi: „Szczęśliwi są ci, którzy potrafią kombinować, którzy są na tyle sprytni, że nie dają się przyłapać na oszustwach i dzięki temu urządzili się w życiu”. Zaś Chrystus przypomina nam: „Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości”. Jest szczęście ludzi, którzy nie zaparli się prawdy za marne grosze lub stanowisko. Którzy spędzili wiele lat w więzieniu za trwanie przy prawdzie. Którzy nie załamali się, gdy ich prześladowano za głoszenie prawdy. Rany życiowe, które im zadano w obronie prawdy dają im poczucie prawdziwego szczęścia, którego doświadczą w całej pełni, gdy dopełni się czas chrystusowych błogosławieństw.

Droga błogosławieństw jest drogą ku świętości. Jest to droga nieprzeliczonych rzesz uczniów Jezusa, o których św. Jan w Apokalipsie pisze: „Potem ujrzałem wielki tłum, którego nikt nie mógł policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języ¬ków, stojący przed tronem i przed Barankiem. Odziani są w białe szaty, a w ręku ich palmy. I głosem donośnym tak wołają: Zbawienie Bogu naszemu, Zasiadającemu na tronie, i Barankowi”.

W tym nieprzeliczonym tłumie, oczyma wiary możemy dostrzec znajome nam twarze. Może to będzie zatroskana miłością twarz matki, która gotowa była oddać swoje serce dzieciom. Może to będzie ojciec, który wracał utrudzony z pracy i miał jeszcze siłę brać nas na kolana i rozmawiać z nami. Można by mnożyć tę listę w listopadowych wypominkach. Tyle dobrych twarzy wyłania się z płomyków nagrobnych zniczy. Wszyscy zdążamy na spotkanie z nimi. Droga Błogosławieństw daje nam pewność, że kiedyś, razem znajdziemy się w nieprzeliczonej rzeszy świętych, o której pisze św. Jan w Apokalipsie (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

OJCIEC MARIAN ŻELAZEK 

Potem ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem. Odziani są w białe szaty, a w ręku ich palmy. I głosem donośnym tak wołają: Zbawienie u Boga naszego, Zasiadającego na tronie i u Baranka. A wszyscy aniołowie stanęli wokół tronu i Starców, i czworga Zwierząt, i na oblicza swe padli przed tronem, i pokłon oddali Bogu, mówiąc: Amen (Ap 7,9-11). 

W uroczystość Wszystkich Świętych czytamy fragment z Apokalipsy św. Jana o nieprzeliczonej rzeszy zbawionych, świętych stojących przed tronem Boga. Jeśli trudno zliczyć tę rzeszę, to ileż trudniej poznać każdego z osobna. Tylko niektórych z tego tłumu Kościół wskazuje po imieniu. A my w tym tłumie dostrzegamy wielu znajomych i bliskich. Znamy ich uczciwe i pobożne życie, a nasza wiara w Boże Miłosierdzie podpowiada nam, że oni również znaleźli się w tej ogromnej rzeszy. Trudno się oprzeć wrażeniu, że może być inaczej, gdy patrzymy na życie wielkiego misjonarza trędowatych Ojca Mariana Żelazka. Jego współbrat zakonny ojciec Alfons Labudda wspominając swoje spotkania z nim mówi: „Mamy nadzieję, że może po latach doczekamy się świętego o. Mariana”. Zaś ks. abp Stanisław Gądecki po śmierci Wielkiego Misjonarza powiedział: „Myślę, że jest szansa na jego beatyfikację, jeżeli będą prowadzone poważne starania werbistów w tej sprawie, i to jak najwcześniej”.

Marian Żelazek urodził się w Pałędziu pod Poznaniem 30 stycznia 1918 r. w tygodniu przed niedzielą, w którą obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Trędowatych. Jego rodzice Stanisława i Stanisław mieli szesnaścioro dzieci, on był siódmym z nich. W 1926 roku cała rodzina przeniosła się do Poznania, gdzie Marian rozpoczął szkołę. Już we wczesnych latach w chłopcu zrodziła się myśl pracy misyjnej. Stąd też wstąpił do Gimnazjum Misyjnego w Górnej Grupie, a po jego ukończeniu do nowicjatu Księży Werbistów w Chludowie koło Poznania. W dniu 4 września 1939 roku złożył pierwsze śluby zakonne. Studia seminaryjne przerwało w roku 1940 aresztowanie przez hitlerowców i osadzenie Mariana wraz ze współbraćmi zakonnymi w obozie koncentracyjnym Dachau. Potworne warunki obozowe, śmierć współtowarzyszy niedoli nie tylko nie osłabiły wiary Mariana, ale jeszcze umocniły w nim powołanie misyjne. W jednej ze swoich książek ojciec Marian napisze: „Ile razy jeden z moich kolegów seminaryjnych umierał w obozie, biorąc z sobą do obozowego krematorium niewypełnione pragnienie zostania kapłanem misjonarzem, stawałem się jakby spadkobiercą i jego powołania. W obozie mój ideał misjonarza wzrósł jeszcze silniej. Złożyłem ślub: jeśli Pan Bóg przedłuży moje ziemskie życie ponad czas kacetu, ofiaruję je dla ratowania życia wiecznego dusz nieśmiertelnych na misjach”.

Amerykanie wyzwolili obóz koncentracyjny 29 kwietnia 1945 roku, na cztery godziny przed planowaną przez Niemców likwidacją więźniów. Marian Żelazek był wolny i mógł wypełnić ślub złożony w obozie. Niezwłocznie wyjechał na studia teologiczne do Rzymu i w roku 1948 przyjął świecenia kapłańskie. Rok później ukończył studia, po czym przez rok pracował wśród polskich uchodźców koło Neapolu. W roku 1950 wyjechał na misje do Indii, gdzie rozpoczął pracę wśród Adibasów, pierwotnej ludności Indii, którą hinduiści pogardzali, nazywając ich z powodu skąpego ubioru ludźmi-małpami. Adibasi przyjmowali Chrystusa otwartymi sercami. Ojciec Marian bardziej czynem niż słowem głosił religię, która niosła miłość zamiast pogardy, bezinteresowność i poświęcenie zamiast wyzysku i krzywdy. Pochylał się z miłością nad najbardziej nieszczęśliwymi, dzieląc się z nim przysłowiową kromką chleba. Na owoce tej pracy nie trzeba było długo czekać. Całe wioski przyjmowały chrześcijaństwo. Nie była to jednak wiara powierzchowna, jakby się mogło wydawać przy tak licznych nawróceniach. Była to wiara głęboka i szczera. Świadczy o tym modlitwa podczas peregrynacji figury Matki Bożej Fatimskiej. Biedni Adibasi nie prosili o dobre plony, pieniądze czy inne dobra materialne ale o to, żeby w ich rodzinach były powołania kapłańskie. W tym wołaniu zostali wysłuchani. Ojciec Marian mówił, że wielu jego uczniów zostało kapłanami, w tym dwóch biskupami.

W roku 1975 ojciec Marian Żelazek został wysłany na misję do Puri, jednego z najświętszych miejsc hinduizmu. Znajduje się tam świątynia Dżagannathy (Pana Świata), którą nawiedza dziennie około 10 tysięcy pielgrzymów z całych Indii. W tym świętym mieście hinduizmu była ogromna rzesza ludzi odtrąconych, chorych, okaleczonych, bezbronnych w swojej samotności i otoczonych powszechną obojętnością. Byli to trędowaci. Szukali w tym świętym miejscu wsparcia u Dżagannathy i pielgrzymów hinduskich, ale pomoc przyszła z innej strony. Ojciec Marian Żelazek postanowił pomóc tym odtrąconym i pogardzanym ludziom. Na przedmieściach Puri zorganizował kolonię dla trędowatych. Mieszkańcy kolonii zdolni do pracy byli zatrudniani w warsztacie obuwniczym i wykonywali obuwie dla tych trędowatych, których stopy zostały okaleczone przez chorobę. Zorganizował warsztat produkujący sznurek, tkalnię materiałów, szwalnię i cegielnię. Założył także własny ogród warzywny, sad i fermę kurzą, których produkty służyły nie tylko samym kolonistom, ale również były sprzedawane na pobliskim rynku.

Trędowaci, wcześniej jakby wyklęci mogli teraz w miarę normalnie funkcjonować, leczyć się i w godnych warunkach umierać. Ojciec Marian założył własny szpital, w którym najbardziej okaleczeni byli pod stałą opieką oraz klinikę dentystyczną dla swoich podopiecznych. W sąsiedztwie kolonii ojciec Żelazek założył specjalną szkołę dla dzieci trędowatych. Wśród nauczycieli byli także trędowaci, którym udało się pokonać chorobę. Szkoła miała własny internat i plac zabaw. Dawniej te bezbronne dzieci umierały samotnie na ulicach, dzisiaj śmieją się i potrafią cieszyć się życiem. Ojciec Marian otaczany był miłością i szacunkiem nie tylko przez swoich podopiecznych, ale także przez elity społeczne.

Z okazji 50-lecia świeceń kapłańskich ojca Żelazka odwiedził go najwyższy kapłan świątyni Jagannatha, aby złożyć misjonarzowi gratulacje. Ojciec Żelazek, pracując wśród trędowatych, którzy należą do najniższej kasty, w pewnym sensie był zaliczany do niej, a mimo to uważny był przez lokalnych kapłanów hinduskich za bramina, a więc kogoś stojącego bardzo wysoko w hierarchii religijnej i społecznej. O jego wielkim autorytecie świadczy pozwolenie na wybudowanie w pobliżu hinduskiej świątyni Dżagannathy kościoła katolickiego. Co więcej, hinduscy duchowni przysłali mu swoich robotników do pomocy przy budowie świątyni. W czasie świąt katolickich, miejscowi Hindusi przychodzili do kościoła i składali Bogu ojca Mariana dary za to, że Bóg przysłał go do nich. Ojciec Marian, który cale swoje życie zawierzył Chrystusowi nie dzielił ludzi na katolików czy hindusów. Dla niego, wszyscy byli dziećmi Boga, tylko każdy inaczej Go nazywał.

Sam ojciec Marian żył bardzo skromnie. Mieszkał w jeden niewielkim pokoju, który był jego sypialnią, biurem, biblioteką i salonem. Spożywał skromne typowe indyjskie posiłki, na które składały się głównie ryż i warzywa. Często nie miał czasu, aby wrócić do domu na posiłek. Wtedy siadał z trędowatymi do stołu i spożywał, to co mu podano. Ojciec Marian Żelazek do ostatniej godziny życia był blisko swoich podopiecznych. Ostatnia godzina dla wielkiego Misjonarza wybiła 30 kwietnia 2006 roku. Tego dnia po odprawieniu Mszy świętej udał się do trędowatych, aby razem z nim świętować hinduski Nowy Rok. Po obiedzie podszedł do samochodu, z uśmiechem pożegnał otaczających go ludzi i osunął się na kolana. Trędowaci zanieśli go do miejscowego ambulatorium i zaraz zawieziono go do szpitala, gdzie lekarz stwierdził zgon.

W uroczystościach pogrzebowych ojca Mariana uczestniczyli nie tylko katolicy, ale także wyznawcy innych religii, nie wyłączając kapłanów centralnej świątyni Dżagannathy. Przybyli także przedstawiciele władz cywilnych. Po ceremoniach pogrzebowych ciało ojca Mariana przewieziono do domu prowincjonalnego werbistów w Jharsuguda do którego 56 lat temu ojciec Marian Żelazek przybył jako młody misjonarz i tam zgodnie z jego życzeniem został pochowany.  W Puri natomiast hinduiści wraz ze swymi kapłanami, przez trzy dni zgodnie ze zwyczajem pogrzebowym Puja, odprawiali modły za ojca Mariana. W trzecim dniu wzięli ogień z lampy oliwnej wraz z fotografią ojca Mariana Żelazka i ponieśli nad morze, a potem zabrali do własnych domów. Uroczystości zakończyła międzyreligijna uczta miłości (Z książki „Wypłynęli na głębię).

 

 

ŚLADY ŚWIĘTOŚCI

Najmilsi: Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i rzeczywiście nimi jesteśmy. Świat zaś dlatego nas nie zna, że nie poznał Jego. Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się to objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jaki jest. Każdy zaś, kto pokłada w Nim nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty (1 J 3,1-3).

W roku 64 w Rzymie wybuchł pożar. Tacyt wspomina, że trwał on pięć i pół dnia. Z czternastu ówczesnych dzielnic, tylko trzy uniknęły zniszczenia. Inny historyk Swetoniusz zapisał: „W szalonym kaprysie Neron całkiem otwarcie wysłał swoich ludzi, którzy podpalili miasto. Sam obserwował pożar z Wieży Mecenasa na Eskwilinie, śpiewając i grając na lirze”. Opinie historyków co do udziału cesarza Nerona w podpaleniu Rzymu nie są do końca zgodne. Powszechnie przyjęło się jednak, że za podpaleniem Rzymu stał sam cesarz, pragnął bowiem zbudować nowe piękne miasto, które było by pomnikiem jego panowania. Kiedy jednak podejrzenia ludu padły na niego,, uląkł się i wskazał na chrześcijan jako sprawców tego nieszczęścia. Lud Rzymu łatwo uwierzył w to oskarżenie, jako że chrześcijanie byli posądzani o najprzeróżniejsze przestępstwa. Tertulian, żyjący na przełomie drugiego i trzeciego wieku pisał: „Nie ma takiej klęski ani zła, które cierpiałby lud i za które nie byliby winni chrześcijanie. Kiedy Tyber wzbiera i wylewa się z brzegów, gdy Nil nie przybiera i nie nawadnia pól, gdy niebo nie daje deszczu, gdy panuje głód, gdy jest zaraza, natychmiast podnosi się ten sam okrzyk: chrześcijanie dla dzikich zwierząt!.”

Po pożarze Rzymu rozpoczęło się najbardziej krwawe prześladowanie chrześcijan. Wtedy to chrześcijanie zaczęli grzebać zmarłych, a szczególnie męczenników za wiarę w podziemnych korytarzach, które wcześnie wydrążono między innymi przy wydobywaniu skały wulkanicznej. Wydłużano nieraz korytarze i poszerzano, tworząc swoistego rodzaju kaplice. Nie wykluczone, że  w tych miejscach gromadzili się chrześcijanie na modlitwę. Korytarze te zwano katakumbami. Dzisiaj najbardziej zaznane i największe w Rzymie są katakumby św. Kaliksta. Zajmują one około 15 ha. Papież Zefiryn wyznaczył diakona Kaliksta jako administratora podziemnego kompleksu cmentarnego, stąd podchodzi nazwa Katakumb. Podziemne korytarze i krypty skrywają około pół miliona grobów. Spoczywa w nich 16 papieży i dziesiątki męczenników. W nekropolii zostali pochowani niemal wszyscy papieże, którzy zginęli w wyniku prześladowań chrześcijan w III wieku. Są tu groby między innymi św. Poncjana, św. Fabiana, św. Lucjusza I, św. Eutychiana, św. Cecylii.

Św. Hieronim pisał, że jako dziecko wraz z przyjaciółmi odwiedzał katakumby, wykorzystując je do zabawy, między innymi w chowanego. Wiele wieków później, w podobnym celu do katakumb wybrała się grupa chłopców. W pewnym momencie wypaliła się ostatnia pochodnia, którą posiadali. Ogarnęła ich nieprzenikniona ciemność. W labiryncie korytarzy czuli się zagubienie. Nie wiedzieli dokąd iść. Zaczęli panikować. Nagle jeden z uczestników tej wyprawy radośnie zawołał: „Wiem jak wyjść”. Okazało się, że rękami wyczuł na ziemi gładką ścieżkę. Została ona wydeptana przez tysiące chrześcijan w czasie rzymskich prześladowań. Ruszyli zatem śladami pierwszych świętych i męczenników. Dotykając wydeptanej ścieżki wyszli na powierzchnię ziemi. 

Powyższa opowieść jest pięknym obrazem, ukazującym sens Uroczystości Wszystkich Świętych. Chrystus powiedział o sobie: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie”. Święci szli tą drogą i osiągnęli chwałę nieba. Wielu z nich jak Chrystus przeszło przez Golgotę, ponieśli śmierć męczeńską. Niektórych z nich wspominamy po imieniu w ciągu roku liturgicznego. To jest niewielka garstka, pośród ogromnych tłumów świętych, o których pisze św. Jan w Apokalipsie: „Potem ujrzałem wielki tłum, którego nikt nie mógł policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem. Odziani są w białe szaty, a w ręku ich palmy”. Pośród tej ogromnej rzeszy możemy zobaczyć oczyma wiary naszych bliskich, o których mówiliśmy „ to dobry człowiek, to święty człowiek”. Droga, którą jest Jezus Chrystus jest naszą drogą. Jednak w dzisiejszym świecie możemy zagubić tę drogę. Przecież tak wielu chce ją rozmazać, ośmieszyć, wymazać z życia. Konsumpcyjny styl życia może nam przesłonić te drogę. Może jak ci chłopcy w katakumbach świetnie się bawimy przy naszych własnych „pochodniach”. Przychodzi jednak moment, kiedy te pochodnie zagasną i ogarnia nas ciemność. Czujemy się zagubieni. Zdezorientowani różnymi opiniami, zatracamy poczucie tego co jest dobre, a co jest złe. Szukamy dróg wyjścia, może szukamy światła, którym jest Chrystus. I tak jak chłopcy w katakumbach, idąc śladami świętych dotrzemy do słońca, którym jest Jezus Chrystus. Drogę świętości, wyznacza Chrystus w ośmiu błogosławieństwach, które słyszymy w Ewangelii na dzisiejszą uroczystość.

25 lipca 2002 roku uczestniczyłem z młodzieżą polonijną Nowego Jorku w XVII Światowym Dniu Młodzieży w Toronto. Całą noc koczowaliśmy pod gołym niebem. Czekaliśmy na słowa Jana Pawła II. Wielu młodych ludzi było zagubionych, jak wspomniani wcześniej chłopcy z rzymskich katakumb. Czekali oni z nadzieją na słowo papieża, które ukaże światło, prowadzące bezpieczną drogą życia. Wielu z nich po tym spotkaniu inaczej patrzyło na świat i na swoje życie. Zaczęli kroczyć drogą świętości. Św. Jan Paweł II mówił wtedy: „Wysłuchana przez nas strona Błogosławieństw jest wielką kartą chrześcijaństwa. Spójrzmy oczyma serca na scenę owego dnia: na górze otacza Jezusa tłum ludzi, mężczyźni i kobiety, młodzi i starzy, zdrowi i chorzy, przybyli z Galilei, ale także z Jerozolimy, Judei, miast Dekapolu, z Tyru i Sydonu. Wszyscy oczekują jednego słowa, jednego gestu, który mógłby przynieść im pociechę i nadzieję. W dzisiejszy wieczór my także zebraliśmy się, by oddać się słuchaniu Pana. Patrzę na was z wielką miłością: przybyliście z różnych regionów Kanady, Stanów Zjednoczonych, Ameryki Środkowej, Ameryki Południowej, Europy, Afryki, Azji i Oceanii. Słyszałem wasze radosne głosy, wasze okrzyki, wasze śpiewy i dostrzegłem głębokie pragnienie waszych serc: chcecie być szczęśliwi! Drodzy młodzi, liczne i nęcące są propozycje, które was zewsząd przyciągają: wielu mówi wam o radości, którą można osiągnąć przez pieniądze, przez powodzenie i władzę. Przede wszystkim mówią wam o radości, która wiąże się z powierzchowną i złudną przyjemnością zmysłową”.

„Osiem Błogosławieństw to drogowskazy, które wskazują nam kierunek wędrówki. Jest to droga pod górę, lecz Jezus pokonał ją jako pierwszy. I jest gotów przemierzyć ją ponownie z nami. Pewnego dnia oświadczył: ‘Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemnościach’ . A kiedy indziej dodał: ‘To wam powiedziałem, aby radość Moja w was była i aby radość wasza była pełna’. Tylko krocząc razem z Chrystusem można osiągnąć radość, prawdziwą radość! Właśnie z tego powodu jeszcze dzisiaj kieruje On do was wezwanie do radości: ‘Błogosławieni!’ Przyjmując teraz Jego chwalebny Krzyż, ten Krzyż, który wraz z młodymi przemierzył drogi świata, pozwólcie, aby w ciszy waszego serca zabrzmiało to pocieszające i wymagające słowo: ‚Błogosławieni!’” ( z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

ŚWIĘTYCH OBCOWANIE

Ilekroć odmawiamy Skład Apostolski, inaczej Wierzę w Boga Ojca powtarzamy: słowa: „Wierzę w świętych obcowanie”. Według nauki Kościoła Katolickiego jest to szczególna więź, która pozwala na wymianę darów duchowych, żyjących w niebie, czyśćcu i na ziemi. A przekładając na naszą zwykłą codzienność możemy powiedzieć, że wiara w świętych obcowanie, mocno osadzona na zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa pozwala nie tylko wierzyć, a nawet nieraz odczuwać obecność naszych bliskich, których Pan powołał do wieczności. Często mówimy na pogrzebie, że przybył nam w niebie opiekuńczy anioł. To prawda, że ci, którzy okazywali nam miłość na ziemi, mogą to czynić jeszcze skuteczniej w niebie, w bliskości Boga. Dlatego modlimy się do Boga za wstawiennictwem świętych. Odmawiamy najdłuższą litanię, jaką jest litania do Wszystkich Świętych. Ale nawet w tej litanii nie jesteśmy w stanie wymienić wszystkich świętych z imienia, jest ich bowiem o wiele więcej. Kościół uroczyście wyniósł ich na ołtarze i ustanowił liturgiczny dzień ich wspomnienia.  Ale świętych jest nieskończenie więcej. Św. Jan w Apokalipsie pisze, że trudno byłoby ich zliczyć: „Potem ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem”. Gdy myślę o tym wielkim tłumie to widzę w nim, jak wielu z was,  swoich bliskich. Widzę między innymi moją mamę. Dla każdego z nas wspomnienie mamy, to wspomnienie miłości, gotowej na największe poświęcenie. Podobnie i nasi ojcowie, miłością okazywaną trochę inaczej chcieli nam przychylić nieba. Czy taka miłość może być przez Boga zapomniana?. Ufni w boże miłosierdzie, wierzymy że ta miłość zaprowadziła naszych bliskich do nieba. I właśnie to dzisiaj oddajemy im cześć i prosimy o wstawiennictwo przed Bogiem.

Zgodnie z polską tradycją, idziemy na cmentarze już w Uroczystość Wszystkich Świętych, chociaż dzień zmarłych wypada następnego dnia. Zapalmy znicze, stawiamy chryzantemy, kładziemy wieńce, zatrzymujemy się w zadumie i szepczemy pacierze. Powracają najpiękniejsze wspomnienia, które często rani bezradne pytanie: Dlaczego tak wcześnie odeszli? Tak bardzo byli nam potrzebni tu na ziemi. Wobec tych bolesnych pytań słowa św. Jana z drugiego czytania wydają się nie przystawać do naszych odczuć: „Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy”. Aby jednak dostrzec miłość, o której pisze św. Jan winniśmy na drodze wiary przekroczyć granicę śmierci. Nie da się uratować tego, co zgodnie z porządkiem stworzonego świata skażone jest przemijaniem i śmiercią. Przemijamy bezpowrotnie w pewnym wymiarze naszej materialnej egzystencji. Tego się nie da uratować. A kto beznadziejnie rozpacza z tego powodu, jest podobny do człowieka, który w wybiegł z płonącego domu i zamiast cieszyć się, że udało mu się uratować  to co najważniejsze lamentuje, że ogień zniszczył mu piękne nowe ubranie. Tak patrzeć na śmierć może ten, kto bezgranicznie zaufał miłości bożej.  Jak pisze św. Jan, ta miłość czyni nas dziećmi Bożymi i jako dzieci Boże, przywdziewając szaty „wybielone we krwi Baranka”  ratujemy to co najważniejsze, ratujemy samych siebie. Ta wiara byłaby pusta, gdyby nie krzyż na grobach naszych bliskich. To nie tyle znak cierpienia i śmierci, ile znak Miłości, która zwyciężyła śmierć i dała nam moc stawania się dziećmi Bożymi, moc przezwyciężenia śmierci, moc wejścia do grona świętych, których jest nieprzeliczona rzesza.

Psalmista w czytaniach liturgicznych na dzisiejszą uroczystość  pyta i odpowiada, kto dołączy do grona świętych: „Kto wstąpi na górę Pana, kto stanie w Jego świętym miejscu? Człowiek rąk nieskalanych i czystego serca, który nie skłonił swej duszy ku marnościom. On otrzyma błogosławieństwo od Pana i zapłatę od Boga, swego Zbawcy”. Zaś Chrystus w  dzisiejszej Ewangelii wzywa nas do czegoś więcej.  Ukazuje najprostszą i najpewniejszą drogę prowadzącą do tego celu. Jest to droga błogosławieństw. Zanim jednak zamyślimy się nad tą drogą, opowiem historię młodej dziewczyny, która odkryła  w Chrystusie swojego Zabawcę i postanowiła przyłączyć się do miejscowej wspólnoty parafialnej. „Czy byłaś grzesznicą  zanim uwierzyłaś Chrystusowi” – zapytał starszy kapłan. „Tak”- odpowiedziała dziewczyna.  „Dobrze, a czy nadal jesteś grzesznicą?”- kontynuował kapłan.  „Muszę księdzu powiedzieć całą prawdę. Teraz czuję, że jestem większą grzesznica niż kiedykolwiek”- odparła dziewczyna.  „W takim razie, co się zmieniło w twoim życiu po przyjęciu Chrystusa?”- pytał kapłan. „Naprawdę, tak do końca nie mogę tego wytłumaczyć. Wiem tylko, że przed przyjęciem Chrystusa byłam grzesznicą, która goni za grzechem, a teraz po przyjęciu Chrystusa jestem nadal grzesznicą, ale uciekająca przed grzechem”- odpowiedziała dziewczyna. Kapłan pomyślał chwilę i zdecydował się na przyjęcie dziewczyny do wspólnoty kościoła. Uznał, że jej życie całkowicie się zmieniło i naprawdę nawróciła się.  (Our Daily Bread).

Na naszej drodze do nieba staje Chrystus. Przyjmując Go jesteśmy nadal grzesznikami, ale nie takimi, którzy szukają grzechu, ale odwracają się od niego i uciekają przed nim. Przez takie postępowanie,  jak mówi psalmista, ręce człowieka stają się nieskalane a serce czyste. A Chrystus mówi, że nie wystarczy, aby nasze ręce były nieskalane złem, one mają być pełne dobra, nie wystarczy, aby serce było czyste, ono ma być pełne miłości.  Chrystus zaprasza nas do zdobywania nieba na drodze błogosławieństw.

Błogosławieni ubodzy w duchu to ci, którzy znają wartość rzeczy materialnych, ale swoją ostateczną ufność pokładają w Bogu. Gdy stają przed wyborem Bóg lub wartości materialne bez zastanowienia wybierają Boga. Błogosławieni, którzy się smucą. Tylko prawdziwa miłość potrafi się otworzyć się na człowieka w nieszczęściu i razem z nim smucić się, a to jest nieraz bardziej potrzebne niż materialna pomoc. Błogosławieni cisi. Pokora, cichość są oznaką wewnętrznej mocy, która w Bogu ma swe źródło. Taki człowiek jest pewien swej wielkości dziecka bożego. Najczęściej ludzie pustej duszy robią najwięcej wrzawy wokół siebie, aby dostrzeżono ich pustą wielkość. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości. Którzy prowadzą uczciwe i prawe życie już tu na ziemi mogą doświadczyć ogromnego szczęścia. Błogosławieni miłosierni, to ci którzy potępiając zło nie przekreślając człowieka. Dają mu szansę przez gotowość przebaczenia. Błogosławieni czystego serca, ponieważ z niego wypływają nasze myśli, słowa i czyny. Z brudnego serca wszystko jest brudne. W czystym serce jest miejsce dla Boga. Z serca wypełnionego Bogiem wypływają boże myśli, słowa i czyny. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój. Są to ludzie, którzy gdziekolwiek się pojawią wnoszą  zgodę i pokój. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości. To ci, którzy postępują sprawiedliwie i tego oczekują od innych nawet za cenę wyśmiania, czy prześladowania. Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują. To ci, którzy nie usiłują przypodobać się ludziom za wszelką cenę, ale gotowi są do głoszenia prawdy bożej, wiedząc, że mogą narazić się na kpiny. 

Kto postępuje drogą błogosławieństw już teraz żyje w Królestwie Bożym, którego całej pełni doświadczymy, gdy znajdziemy się w nieprzeliczonej rzeszy świętych, o której pisze św. Jan w Apokalipsie (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

UŚWIĘCAJĄCA NADZIEJA

Zapewne wielu z nas słyszało piosenkę zespołu Hey  „Moja i Twoja nadzieja”. Oto jej fragment: „Moja i Twoja nadzieja / uczyni realnym krok w chmurach / Moja i Twoja nadzieja / pozwoli uczynić nam cuda / Nic, naprawdę nic nie pomoże / jeśli Ty nie pomożesz dziś miłości”. Piosenka mówi o nadziei, która znajduje spełnienie w miłości dwojga ludzi. Kto otworzy szeroko serce dla drugiego człowieka, doświadczy radości sięgającej nieba i będzie w stanie dokonać rzeczy graniczących z cudem. Ale ten cud nie stanie się bez naszego wysiłku, a nawet ofiary. Piosenka mówi, że nic nam nie pomoże, jeśli my nie pomożemy miłości. Nadzieja wynosi nas ku niebu, nadzieja wyciąga także nas z największego życiowego bagna. Grzesiek – alkoholik na stronie internetowej http://osrodekprzebudzenie.org wyznaje: „Kiedy przestałem pić, nie było jeszcze we mnie tej nadziei, która pomaga alkoholikowi stawiać pierwsze kroki na niełatwej drodze trzeźwienia. A dlaczego jej nie było? To proste, najpierw musiałem przyznać się szczerze przed samym sobą, że mam problem z alkoholem. To podstawowy warunek, aby w moim wnętrzu, w mojej duszy pojawiło się pragnienie zmiany swojego życia. I dopiero to pragnienie otwiera szeroko drzwi dla nadziei. Nadzieja, która pojawiła się we mnie, była swoistym kołem zamachowym do moich następnych działań. Dbałem o nią chodząc na mitingi Anonimowych Alkoholików a potem będąc na profesjonalnej, pięciotygodniowej terapii w Ośrodku Leczenia Alkoholizmu. Jeśli w Twoim sercu i w Twojej duszy jest szczere pragnienie zmiany swego życia, to jesteś tuż przed przywitaniem się z twoją nadzieją, a ona czyni cuda, zapewniam Chcę…”

Nadzieja wyjścia z nałogu ma większa szansę spełnienia jeśli połączymy ja z wiara w Boga. W sierpniowym numerze miesięcznika Egzorcysta Sławomir wyznaje: „Moja przemiana, w wyniku której od kilku miesięcy nie piję alkoholu, polega na zrozumieniu, że ja nie chcę pić. Gdybym słuchał Boga, bliskich i innych osób życzliwych, to może ten proces byłby dużo krótszy. Jestem na początku drogi do normalnego życia. Moi najbliżsi mają do mnie coraz więcej zaufania, ale może będzie trzeba jeszcze wielu miesięcy albo lat, by w pełni mi zaufali i mogli być spokojni. Jestem im bardzo wdzięczny, bo to oni byli przy mnie cały czas, także w tych najgorszych momentach, i uratowali mnie ze szponów nałogu. Bóg przez cały czas pomagał mi wstać, kiedy upadałem. Wysyłał do mnie osoby, które chciały mi pomóc. I w końcu osiągnął cel, mimo moich oporów. Dróg wyjścia z nałogu jest wiele, ale najpewniejsza jest przez Boga. I to On pomaga wytrwać w postanowieniach”. Nadzieja pokładana w Bogu pomaga wydobyć z nas najpiękniejszy kształt naszego człowieczeństwa, które przy stworzeniu zajaśniało podobieństwem do Boga: „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz”. To podobieństwo nazywamy świętością. Do człowieka, który na różne sposoby traci to podobieństwo, Bóg ciągle woła: „Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty”. Aby nas pociągnąć do tej świętości, aby nas uczynić świętymi na wszelkie możliwe ludzkie i boskie sposoby Bóg posyła do nas swego Syna Jezusa Chrystusa, o który św. Jan w zacytowanym na wstępie liście pisze: „Wiemy, że gdy się to objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jaki jest. Każdy zaś, kto pokłada w Nim nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty”. Święty Augustyn po długim życiowym błądzeniu odnalazł Chrystusa. W „Wyznaniach” napisał: „O Boże, szukałem drogi dla nabrania siły, która by mnie uczyniła zdolnym do rozkoszowania się Tobą, ale nic znajdowałem jej, dopóki nic rzuciłem się w objęcia Pośrednika między Bogiem i ludźmi, człowieka Chrystusa Jezusa, który jest nad wszystkim, Bóg błogosławiony na wieki. On nas woła i mówi nam: ‘Jam jest droga i prawda, i życie’… jeszcze nic miałem tej pokory, dzięki której mógłbym posiąść mego Boga, pokornego Jezusa, ani nic wiedziałem, czego nas uczy Jego słabość. A Słowo Twoje to wieczna Prawda… podnosi ku sobie tych, którzy się jej poddali… lecząc ich pychę i wzbudzając miłość”.

Dzisiaj przeżywamy Uroczystość Wszystkich Świętych, tych którzy całkowicie złożyli swoją nadzieję w Chrystusie i w tej nadziei zostali uświęceni, zostali świętymi. Jest ich nieprzeliczona rzesza. O nich to św. Jan w Apokalipsie pisze: „Potem ujrzałem wielki tłum, którego nikt nie mógł policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem”. Jest ich tak wielu, że kościół nie wymienia ich po imieniu, ale każdy z nas, ufając bożemu miłosierdziu może zobaczyć w tym tłumie ludzi, których zna po imieniu. Wracając do słów, zacytowanej na wstępie piosenki możemy powiedzieć, że święci swoją nadziej złączyli z Chrystusem i dzięki temu stał się cud zbawienia, Chrystus uczynił „realnym krok w chmurach”, inaczej realny krok w chwale niebieskiej. Nie dokonałby się ten cud, gdybyśmy, jak mówi wspomniana piosenka „naprawdę nic nie pomoże, jeśli ty nie pomożesz dziś miłości”. Nie stanie się cud zbawienia, jeśli nie odpowiemy miłością na miłość Chrystusa, a jest to miłość nie znająca granic. Na tej drodze ciągle powiększa się „wielki tłum”, o którym pisze św. Jan. A my żywimy nadzieję, że kiedyś dołączymy do tej ogromnej rzeszy zbawionych.

Chrystus w dzisiejszej Ewangelii wskazuje nam drogę do nieba, jest to droga błogosławieństw. Błogosławieni, inaczej szczęśliwi, zbawieni, którzy swoją nadzieję bardziej pokładają w Bogu niż bogactwach. Błogosławieni, którzy smucą się widząc cierpiących i okazując im zrozumienie, uprzejmość, współczucie i pomoc. Błogosławieni, którzy nie krzykiem, ale delikatnością i życzliwością zdobywają ludzkie serca. Błogosławieni, którzy pragną, aby boża sprawiedliwość kształtowała nasze życie i życie ludzkiej społeczności. Błogosławieni, którzy dają szansę nawrócenia grzesznikowi przez wybaczenie. Błogosławieni, którzy dbają o czyste serce, bo z czystego serca wszystko co wypływa jest czyste, jak woda z górskiego źródła. Błogosławieni, którzy łagodzą spory, szukają porozumienia między ludźmi, przyjmują obcych, traktują wszystkich jak braci. Błogosławieni, którzy za cenę cierpień i prześladowań idą za Chrystusem. Idąc tą drogą nie możemy być pewni, że któregoś dnia papież uroczyście ogłosi całemu światu nasze imię, że jesteśmy święci, że obrazy z naszą podobizną pewnego dnia znajdą się na ścianach kościołów, że wierni publicznie będą wzywać naszego imienia, abyśmy wstawiali się za nim przed Bogiem, że nasze ciało rozbiorą na relikwie. Ale to wcale nie jest takie ważne, najważniejsza będzie nasza obecność w nieprzeliczonym gronie zbawionych. Będziemy wtedy spoglądać na ziemskie procesy beatyfikacyjne i kanonizacyjne może z uśmiechem, rozbawienia, ale bez zazdrości. Może obok nas będzie stał kanonizowany i będzie mówił: „Co oni tam ze mną wyprawiają”.

Prawdopodobnie z punktu widzenia „tłumu świętych” ziemskie wyniesienia na ołtarze nie mają większego znaczenia, ważne są dla nas żyjących na ziemi. Kościół wskazuje nam ślady ludzi, którzy szli za Chrystusem i doszli do świętości. Obrzęd beatyfikacji, czy kanonizacja daje nam taką pewność. Możemy ich prosić o wstawiennictwo za nami u Boga. Oczywiście najważniejsze są ślady Chrystusa prowadzące do świętości, ale święci są dla nas wzorem, jak w różnych okolicznościach i stanach możemy pewnie kroczyć drogą świętości (Kurier Plus, 2014). 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *