25 Paź

Uroczystość Wszystkich Świętych Rok C

 

DROGĄ BŁOGOSŁAWIEŃSTW KU ŚWIĘTOŚCI. 

Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami:

„Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.

Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.

Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.

Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.

Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.

Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi.

Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy mówią kłamliwie wszystko złe na was z mego powodu. Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie” (Mt 5,1-12a).

Piotr Jerzy Frassati był czczony w Kościele w Uroczystość Wszystkich Świętych przez 65 lat zanim papież Jana Paweł II 20 maja 1990 r. ogłosił go błogosławionym. W czasie beatyfikacji papież powiedział o nim: „Piotr Jerzy daje nam przykład, że ‘szczęśliwe’ jest życie w Duchu Chrystusa, w Duchu Błogosławieństw, i że tylko ten, kto staje się ‘człowiekiem Błogosławieństw’, umie darzyć braci miłością i pokojem. Powtarza nam, że naprawdę warto poświęcić wszystko w służbie Bogu. Zaświadcza, że świętość jest dostępna dla wszystkich i że tylko rewolucja Miłości może rozpalić w ludzkich sercach nadzieję na lepszą przyszłość. Wiara i wydarzenia codziennego życia zespalają się w nim w jedną całość tak, że przylgnięcie do Ewangelii wyraża się w praktyce przez pełne miłości poświęcenie się ubogim i potrzebującym. Zamiłowanie do sportu i gór nie stanowią dla niego przeszkody w kontakcie z Absolutem. Całkowicie pogrążony w Bożej tajemnicy, całkowicie oddany służbie bliźniemu: tak można pokrótce określić jego pobyt na ziemi”.

Piotr Jerzy szedł drogą bożych błogosławieństw, które realizował w zwykłym codziennym życiu. W szkole podstawowej uczył się przeciętnie, a nawet powtarzał jedną klasę. Za różnego rodzaju żarty w szkole lądował często za drzwiami. Na studiach oblewał nieraz egzaminy. Uprawiał alpinizm, świetnie pływał, jeździł na rowerze, nartach i konno. Przystojny student politechniki, był szczerze lubiany przez kolegów, których zabierał na górskie wędrówki i wspinaczki w pobliskich Alpach. To jednak mu nie przeszkadzało kroczyć drogą Ewangelicznych Błogosławieństw. Wręcz przeciwnie, Błogosławieństwa Ewangeliczne uskrzydlały go w pracy i nadawały jej nadprzyrodzony wymiar. Działał bardzo aktywnie w Akcji Katolickiej i Kongregacji Maryjnej oraz organizacji charytatywnej, Konferencji św. Wincentego a Paulo w Turynie.

W książce Luciany Frassati „La Carita” znajdziemy wiele przykładów świadectw, jak w życiu codziennym Piotr Jerzy, krocząc drogą błogosławieństw sięgał nieba. Oto kilka z nich. „Chodziliśmy razem odwiedzać trędowatych, do szpitala św. Łazarza. Pewnego dnia znaleźliśmy dwudziestoletniego chłopca z twarzą zeszpeconą od trądu. Piotr Jerzy był zaszokowany, widząc młodego biedaka z jego stanem fizycznym już całkowicie zrujnowanym. Widzisz- powiedział mi -jak ogromną wartością jest bycie zdrowym, jak my jesteśmy. I później dodał: Także zniekształcenia tamtego młodzieńca znikną, kiedy za kilka lat osiągnie Raj. Dlatego nasze zdrowie musi być oddane służbie temu, który go nie ma, w przeciwnym razie zmarnowałoby się dar samego Boga i swoją dobroć’” (Teresa Vigna). „Biedaka, który prosił o jałmużnę Piotr Jerzy zapytał, dlaczego nie pracuje. Gdy odpowiedział, że nie miał więcej narzędzi, aby ugotować i sprzedać kasztany, Piotr Jerzy kupił wszystko i dał mu, aby miał możliwość pracy. Innemu kupił wszystkie narzędzia, potrzebne do pracy w charakterze blacharza” (Giovanni Pilone). Pewnego dnia Piotr Jerzy idąc odwiedzić jednego ze swoich podopiecznych znalazł jednego z nich zapłakanego na podwórzu, ponieważ został eksmitowany. Piotr Jerzy pomyślał i chwilę potem przypomniał sobie, że widział małe pomieszczenie na strychu, i poprosił biedaka, aby zaczekał. Pobiegał i wrócił zwycięski, ponieważ znalazł mieszkanie, i nie poprzestał na tym; wynajął wózek i pomógł tamtemu biedakowi przenieść jego sprzęty domowe (Elisabetta Finello). „Pamiętam, że Piotr Jerzy dużo razy chodził po schodach Berlina, aby odwiedzić swoich biednych chorych. Sam wtedy robił zastrzyki zmęczonym protegowanym. Starał się o nich zadbać nie tylko siłą lekarstw, ale przede wszystkim przez swoje miłosierdzie i troskliwość (Franco Lequio). Ile razy widziałem go z dużą ilością paczek idącego z lombardu, gdzie poszedł, aby wykupić odzież, a potem zwrócić ją biednym (Marianna Cerutti). „Nie mogę zapomnieć zdarzenia, kiedy zobaczyłem go jak wracał bez butów, mając na sobie pantofle, takie które ja noszę mając 87 lat, dlatego że dał buty biedakowi” (Giuseppe Leone).

Podobnych wydarzeń z życia błogosławionego Piotra Jerzego Frassatiego można by przytaczać setki. Mówią one o drodze życia Błogosławionego, a była to droga Ewangelicznych Błogosławieństw, która prosto prowadzi do nieba, do grona zbawionych. Nie ważne, czy to zostanie zauważone przez ludzi i Kościół, to jest sprawa drugorzędna. Najważniejsze jest, że Bóg to zauważa i otwiera dla nas bramy nieba. Stąd też Uroczystość Wszystkich Świętych jest dniem radości. Radujemy się szczęściem zbawionych, którzy umacniają nasza nadzieję, że gdy przyjdzie czas znajdzie się tam i dla nas miejsce. Z tą nadzieją odwiedzamy także groby naszych bliskich. Ufamy, że dobro i miłość jakiej doświadczyliśmy od naszych zmarłych otworzyły dla nich bramy nieba. A jeśli są w drodze do niego, to nasza modlitwy, przyspieszają moment, aby stali się błogosławionymi. Ta Uroczystość przypomina nam, że każdy z nas jest powołany do świętości, która jest droga do nieba. Nie wiemy za ile lat zostawimy wiele bardzo ważnych spraw, które w jednym momencie staną się nieważne, bo wtedy liczyć się będzie jedno: znaleźć się w gronie błogosławionych, zbawionych. Nie jest paraliżującą perspektywa, wręcz przeciwnie, pozwala spokojnie przyjmować wszystkie życiowe przeciwności, które podjęte razem z Chrystusem przybliżają nas do wspólnoty świętych. (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

W KIM POKŁADASZ NADZIEJĘ?  

Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i rzeczywiście nimi jesteśmy. Świat zaś dlatego nas nie zna, że nie poznał Jego. Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się to objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jaki jest. Każdy zaś, kto pokłada w Nim nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty (1 J 3,1-3).

Bronisława mieszkała w niewielkiej wiosce niedaleko Leżajska. Prowadziła z mężem niewielkie gospodarstwo. Mieli wspaniałych czterech synów. W tej głęboko wierzącej rodzinie widać było wzajemną miłość i szczęście z bycia razem, nawet w najtrudniejszych momentach życia. Pewnego dnia 25 – letni syn Marek zaczął się skarżyć na ból głowy. Z każdym dniem ból się nasilał i już nie pomagały tabletki przeciwbólowe. Młodzieniec został skierowany na specjalistyczne badania. Diagnoza była druzgocząca: złośliwy nowotwór mózgu. Rozpoczęło się leczenie. Chemoterapie i naświetlenia zdawały się nie pomagać. Lekarzy przygotowywali rodzinę na najgorsze. Jednak rodzina się nie poddawała. Cała rodzina szturmowała modlitwą niebo, a szczególnie błagała Boga o uzdrowienie syna. Widocznie modlitwa dotarła do Boga, bo w chorobie Marka zaszły nieprzewidziane zmiany. Ku zaskoczeniu lekarzy zaczął on wracać do zdrowia, aż przyszedł moment, kiedy diagnoza lekarska wykazała, że nie ma śladu po chorobie nowotworowej. Ogromna radość i dziękczynienie Bogu wypełniły serca członków rodziny, a szczególnie matki. Niedługo jednak trwała ta radość. Maria zaczęła odczuwać problemy zdrowotne. Pojawiały się bóle brzucha, nudności. Zaczęła także chudnąć. Udała się do lekarza, który stwierdził raka trzustki. Rak był w już w zaawansowanym stadium, jako że w pierwszej fazie rozwija się on bezobjawowo i gdy da znać o sobie najczęściej jest za późno na leczenie. Rozpoczęto kurację, ale lekarze nie dawali prawie żadnych szans. I rzeczywiście po dwóch miesiącach Bronisława zmarła, mijając 59 lat.

Pogrzeb odbył się w Leżajsku. Na Mszy pogrzebowej kościół wypełnił się do ostatniego miejsca. Trudno było powstrzymać łzy wzruszenia, gdy czterech synów niosło trumnę swojej matki. Po pogrzebie siostra zakonna Agnieszka powiedziała niezwykłą rzecz o zmarłej. Bronisława sama modliła się o uzdrowienie syna, ale prosiła także siostrę zakonną o modlitwę w tej intencji. Zwierzyła się także siostrze, że prosi Boga, jeśli to możliwe, to niech choroba syna przejdzie na nią. A mówiła to z całą żarliwością serca. Za wielką łaskę poczytywałaby sobie oddanie swego życia za syna. Bóg wysłuchał jej prośby zapewne ze względu na żarliwość i natarczywość modlitwy. Wysłuchał jej prośby za jej piękne i bogobojne życie. Ci którzy ją znają mówią, że była wspaniałym człowiekiem. Mimo trudności i cierpień jakich życie jej nie szczędziło była zawsze pogodna i uśmiechnięta. Nigdy nie powiedziała złego słowa o bliźnim. Nawet w cierpieniu, gdy się z nią rozmawiało, to czuło się pokój Boży emanujący od niej, który udzielał się także rozmówcy. Przez żarliwą modlitwę, bogobojne życie i ofiarę swojego życia wybłagała cud uzdrowienia syna.

W czasie uroczystości Wszystkich Świętych Marek stanie nad grobem swojej bohaterskiej mamy. Będzie dziękował za nią Bogu. Będzie się modlił za nią nad jej grobem i w kościele, gdzie usłyszy słowa czytań mszalnych na dzisiejszą Uroczystość: „Potem ujrzałem wielki tłum, którego nikt nie mógł policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem. Odziani są w białe szaty, a w ręku ich palmy. I głosem donośnym tak wołają: ‘Zbawienie Bogu naszemu, Zasiadającemu na tronie, i Barankowi’”. Jest to nieprzeliczona rzesza świętych, którym w dniu dzisiejszym oddajemy chwałę i prosimy ich o wstawiennictwo za nami. Marek wśród tej rzeszy świętych będzie widział swoją mamę. Bo przecież inaczej być nie może. Taka miłość nie może zginąć bezowocnie. Chrystus powiedział, że nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś oddaje swoje życie za drugiego człowieka. Nie tylko Marek, ale wielu z nas w tym dniu, w modlitewnej zadumie pochyli się na grobami swoich bliskich, wierząc głęboko, że oni doświadczają radości nieba w gronie nieprzeliczonej rzezy świętych. Marek będzie spoglądał na swoją mamę także przez pryzmat innego fragmentu Pisma św. na dzisiejszą uroczystość: „To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku, i opłukali swe szaty, i wybielili je we krwi Baranka”. Jego mama przeszła przez ten „ucisk”, cierpienie choroby i wybieliła swoje szaty „we krwi Baranka”, aby godnie stanąć przed tronem Najwyższego, gdzie spełniają się nasze nadzieje, zgodnie ze słowami św. Jana: „Każdy zaś, kto pokłada w Nim nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty”.

W naszym życiu żywimy różne nadzieje. One nadają sens mijającym dniom. Świat tak do końca nie może spełnić naszych nadziei. A gdy je odrywamy od rzeczywistości ziemskiej, to pryskają nieraz jak bańki mydlane. W serialu telewizyjnym „Chirurdzy” główna bohaterka tego filmu Meredith Grey mówi o swoich nadziejach i marzeniach: „Kiedy byłyśmy małymi dziewczynkami, wierzyłyśmy w bajki, fantazjowałyśmy jakie będzie nasze życie. Biała suknia, królewicz, który zabierze nas do zamku na szczycie góry. Wieczorem w łóżku, zamykałyśmy oczy i wierzyłyśmy gorąco w to, że marzenie się spełni. Święty Mikołaj, Wróżka i Królewicz byli tak blisko, że czuło się ich smak. Ale człowiek dorasta. Któregoś dnia otwieracie oczy i bajka pryska. Zwracamy się do ludzi i rzeczy, którym ufamy. Sęk w tym, że trudno całkowicie uwolnić się od tej bajki, bo prawie każdy chowa w sobie ten promyk nadziei i wiary, że pewnego dnia otworzy oczy i marzenie się ziści.” Wśród tych pryskających baniek nieraz znajduje się nasza nadzieja o niebie życiu wiecznym. Dzieję się to dlatego, bo dla człowieka głęboko zanurzonego w materii wydaje się to niemożliwe, fantastyczne. I człowiek rezygnuję z szukania i zgłębiania rzeczywistości nadprzyrodzonej.

Nasza nadzieja jest głęboko i mocno osadzona w Chrystusie. Papież Franciszek powiedział: „Nadzieja jest darem. Dlatego też św. Paweł powie, że ‘nigdy nie zawodzi’. Dlaczego nadzieja nie może zawieść? Ponieważ jest darem pochodzącym od Ducha Świętego. Apostoł Paweł mówi nam, że nadzieja ma imię. Nadzieją jest Jezus. Nie możemy powiedzieć: ‘Pokładam nadzieję w życiu, pokładam nadzieję w Bogu’. Nie. Jeśli nie powiesz: ‘Pokładam nadzieję w Jezusie, w Jezusie Chrystusie, żywej Osobie, która przychodzi teraz w Eucharystii, która jest obecna w swoim Słowie’, to nie jest to nadzieja. To dobry nastrój, optymizm – powiedział papież Franciszek”. Jezus powiedział o sobie: „Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca jak tylko przeze mnie.” Zaś św. Jan Paweł II w Orędziu Wielkanocnym prosił, aby zmartwychwstały Chrystus pozostał z nami jako nasza nadzieja: „Potrzebujemy Ciebie, zmartwychwstały Panie, także i my, ludzie trzeciego tysiąclecia!  Zostań z nami teraz i po wszystkie czasy. Spraw, by materialny postęp ludów nigdy nie usunął w cień wartości duchowych, które są duszą ich cywilizacji. Prosimy Cię, wspieraj nas w drodze.  W Ciebie wierzymy, w Tobie pokładamy nadzieję, bo Ty jeden masz słowa życia wiecznego”.

Słowami Chrystusa prowadzącymi do życia wiecznego są słowa Ewangelii na dzisiejszą Uroczystość. Są nimi słowa kazania z Góry Błogosławieństw. Są słowami, które ukazują najdoskonalszą drogę do nieba. W roku 2002 uczestniczyłem z młodzieżą w XVII Światowym Dzieniu Młodzieży w Toronto z św. Janem Pawłem II. Papież modlił się w intencji młodzieży: „Ukazuj im nadal prawdę i piękno perspektyw, o których mówiłeś w Kazaniu na Górze. Uczyń ich ludem Błogosławieństw! Niech w nich zajaśnieje światło Twojej mądrości, aby mogli słowem i czynem rozprzestrzeniać w świecie światło i sól Ewangelii. Niech całe ich życie będzie jasnym odbiciem Ciebie, prawdziwego Światła, które przyszło na świat, aby każdy, kto w Ciebie wierzy, nie umarł, ale miał życie wieczne (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

DROGĄ BŁOGOSŁAWIEŃSTW KI ŚWIĘTOŚCI

Potem ujrzałem wielki tłum, którego nikt nie mógł policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem. Odziani są w białe szaty, a w ręku ich palmy. I głosem donośnym tak wołają: „Zbawienie Bogu naszemu, Zasiadającemu na tronie, i Barankowi”. A wszyscy aniołowie stanęli wokół tronu i Starców, i czworga Zwierząt, i na oblicze swe padli przed tronem, i pokłon oddali Bogu, mówiąc: „Amen. Błogosławieństwo i chwała, i mądrość, i dziękczynienie, i cześć, i moc, i potęga Bogu naszemu na wieki wieków. Amen!” A jeden ze Starców odezwał się do mnie tymi słowami: „Ci przyodziani w białe szaty kim są i skąd przybyli?” I powiedziałem do niego: „Panie, ty wiesz”. I rzekł do mnie: „To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku, i opłukali swe szaty, i wybielili je we krwi Baranka” (Ap 7,2-4.9-14).

Słowo „błogosławieni” powtarza się w Ewangelii jak refren. Błogosławiony, inaczej szczęśliwy to ten, kto niezależnie ziemskiej pomyślności osiąga szczęście wieczne, znajduje miejsce w gronie błogosławionych. Szczęśliwych jest ogromna rzesza. Św. Jan w Apokalipsie pisze o nich: „Potem ujrzałem wielki tłum, którego nikt nie mógł policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem. Odziani są w białe szaty, a w ręku ich palmy”. Niektórych z tej ogromnej rzeszy, Kościół ogłasza imiennie, że są zbawieni, są świętymi. Jednak większość z nich jest czczona bezimiennie w Uroczystość Wszystkich Świętych. Każdy święty ogłoszony imiennie przez Kościół, wcześniej odbierał część wraz z ogromną rzeszą zbawionych. Niektórzy święci byli ogłaszani świętymi po kilkudziesięciu, kilkunastu lub po kilku latach po ich śmierci, inaczej narodzin dla nieba.

Piotr Jerzy Frassati był czczony w Kościele w Uroczystość Wszystkich Świętych przez 65 lat zanim papież Jana Paweł II 20 maja 1990 r. ogłosił go błogosławionym. W czasie beatyfikacji papież powiedział o nim: „Piotr Jerzy daje nam przykład, że ‘szczęśliwe’ jest życie w Duchu Chrystusa, w Duchu Błogosławieństw, i że tylko ten, kto staje się ‘człowiekiem Błogosławieństw’, umie darzyć braci miłością i pokojem. Powtarza nam, że naprawdę warto poświęcić wszystko w służbie Bogu. Zaświadcza, że świętość jest dostępna dla wszystkich i że tylko rewolucja Miłości może rozpalić w ludzkich sercach nadzieję na lepszą przyszłość. Wiara i wydarzenia codziennego życia zespalają się w nim w jedną całość tak, że przylgnięcie do Ewangelii wyraża się w praktyce przez pełne miłości poświęcenie się ubogim i potrzebującym. Zamiłowanie do sportu i gór nie stanowią dla niego przeszkody w kontakcie z Absolutem. Całkowicie pogrążony w Bożej tajemnicy, całkowicie oddany służbie bliźniemu: tak można pokrótce określić jego pobyt na ziemi”.

Piotr Jerzy szedł drogą bożych błogosławieństw, które realizował w zwykłym codziennym życiu. W szkole podstawowej uczył się przeciętnie, a nawet powtarzał jedną klasę. Za różnego rodzaju żarty w szkole lądował często za drzwiami. Na studiach oblewał nieraz egzaminy. Uprawiał alpinizm, świetnie pływał, jeździł na rowerze, nartach i konno. Przystojny student politechniki, był szczerze lubiany przez kolegów, których zabierał na górskie wędrówki i wspinaczki w pobliskich Alpach. To jednak mu nie przeszkadzało kroczyć drogą Ewangelicznych Błogosławieństw. Wręcz przeciwnie, Błogosławieństwa Ewangeliczne uskrzydlały go w pracy i nadawały jej nadprzyrodzony wymiar. Działał bardzo aktywnie w Akcji Katolickiej i Kongregacji Maryjnej oraz organizacji charytatywnej, Konferencji św. Wincentego a Paulo w Turynie.

W książce Luciany Frassati „La Carita” znajdziemy wiele przykładów świadectw, jak w życiu codziennym Piotr Jerzy, krocząc drogą błogosławieństw sięgał nieba. Oto kilka z nich. „Chodziliśmy razem odwiedzać trędowatych, do szpitala św. Łazarza. Pewnego dnia znaleźliśmy dwudziestoletniego chłopca z twarzą zeszpeconą od trądu. Piotr Jerzy był zaszokowany, widząc młodego biedaka z jego stanem fizycznym już całkowicie zrujnowanym. Widzisz- powiedział mi -jak ogromną wartością jest bycie zdrowym, jak my jesteśmy. I później dodał: Także zniekształcenia tamtego młodzieńca znikną, kiedy za kilka lat osiągnie Raj. Dlatego nasze zdrowie musi być oddane służbie temu, który go nie ma, w przeciwnym razie zmarnowałoby się dar samego Boga i swoją dobroć’” (Teresa Vigna). „Biedaka, który prosił o jałmużnę Piotr Jerzy zapytał, dlaczego nie pracuje. Gdy odpowiedział, że nie miał więcej narzędzi, aby ugotować i sprzedać kasztany, Piotr Jerzy kupił wszystko i dał mu, aby miał możliwość pracy. Innemu kupił wszystkie narzędzia, potrzebne do pracy w charakterze blacharza” (Giovanni Pilone). Pewnego dnia Piotr Jerzy idąc odwiedzić jednego ze swoich podopiecznych znalazł jednego z nich zapłakanego na podwórzu, ponieważ został eksmitowany. Piotr Jerzy pomyślał i chwilę potem przypomniał sobie, że widział małe pomieszczenie na strychu, i poprosił biedaka, aby zaczekał. Pobiegał i wrócił zwycięski, ponieważ znalazł mieszkanie, i nie poprzestał na tym; wynajął wózek i pomógł tamtemu biedakowi przenieść jego sprzęty domowe (Elisabetta Finello). „Pamiętam, że Piotr Jerzy dużo razy chodził po schodach Berlina, aby odwiedzić swoich biednych chorych. Sam wtedy robił zastrzyki zmęczonym protegowanym. Starał się o nich zadbać nie tylko siłą lekarstw, ale przede wszystkim przez swoje miłosierdzie i troskliwość (Franco Lequio). Ile razy widziałem go z dużą ilością paczek idącego z lombardu, gdzie poszedł, aby wykupić odzież, a potem zwrócić ją biednym (Marianna Cerutti). „Nie mogę zapomnieć zdarzenia, kiedy zobaczyłem go jak wracał bez butów, mając na sobie pantofle, takie które ja noszę mając 87 lat, dlatego że dał buty biedakowi” (Giuseppe Leone).

Podobnych wydarzeń z życia błogosławionego Piotra Jerzego Frassatiego można by przytaczać setki. Mówią one o drodze życia Błogosławionego, a była to droga Ewangelicznych Błogosławieństw, która prosto prowadzi do nieba, do grona zbawionych. Nie ważne, czy to zostanie zauważone przez ludzi i Kościół, to jest sprawa drugorzędna. Najważniejsze jest, że Bóg to zauważa i otwiera dla nas bramy nieba. Stąd też Uroczystość Wszystkich Świętych jest dniem radości. Radujemy się szczęściem zbawionych, którzy umacniają nasza nadzieję, że gdy przyjdzie czas znajdzie się tam i dla nas miejsce. Z tą nadzieją odwiedzamy także groby naszych bliskich. Ufamy, że dobro i miłość jakiej doświadczyliśmy od naszych zmarłych otworzyły dla nich bramy nieba. A jeśli są w drodze do niego, to nasza modlitwy, przyspieszają moment, aby stali się błogosławionymi. Ta Uroczystość przypomina nam, że każdy z nas jest powołany do świętości, która jest droga do nieba. Nie wiemy za ile lat zostawimy wiele bardzo ważnych spraw, które w jednym momencie staną się nieważne, bo wtedy liczyć się będzie jedno: znaleźć się w gronie błogosławionych, zbawionych. Nie jest paraliżującą perspektywa, wręcz przeciwnie, pozwala spokojnie przyjmować wszystkie życiowe przeciwności, które podjęte razem z Chrystusem przybliżają nas do wspólnoty świętych (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

KS. JUKIAN JAKUBIAK

W uroczystość Wszystkich Świętych czcimy tych, którzy idąc drogą błogosławieństw dostąpili łaski nieba. A jest ich ogromna rzesza, tak że nie sposób w naszej kościelnej buchalterii przebadać ich życie i podać ich imiona do publicznego kultu. Czcimy ich zatem wszystkich razem. W polskiej tradycji tego dnia udajemy się także na cmentarze, aby ofiarować modlitwy za naszych bliskich zmarłych, którzy potrzebują jeszcze czasu, aby z pomocą naszej modlitwy oczyścić się i nieskalanymi stanąć przed obliczem Pana. Za każdym znajomym krzyżem cmentarnym kryje niepowtarzalne życie bliskiej nam osoby. Niejednokrotnie jesteśmy wewnętrznie przekonani, że oni są święci, jednak nie możemy mieć takiej pewności, dlatego ofiarujemy za nich modlitwę miłości, która trafia do bożego skarbca i wraca do nas i naszych zmarłych w różnorakiej formie. 

W tym dniu powracam serdeczną myślą w moje rodzinne strony i do parafii Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Chełmie, gdzie przez wiele lat pełniłem posługę duszpasterską. I to właśnie tam najstarsi parafianie wspominając pierwszego proboszcza ks. Juliana Jakubiaka dodawali „to był święty kapłan”. A na potwierdzenie tego jedna z parafianek wspomina bardzo trudny epizod z lat okupacji. Jej mąż został aresztowany przez gestapo. Z kilkorgiem dzieci została bez śródków do życia. Nie wie jaki byłby los jej i dzieci, gdy nie wyciągnięta, pomocna dłoń ks. Juliana. Sam będąc w trudnej sytuacji, wsparł duchowo i materialnie matkę z gromadką dzieci. Obecny kustosz Sanktuarium Maryjnego na Górze Chełmskiej ks. Infułat Kazimierz Bownik tak pisze o swoim poprzedniku: „Mimo nadzwyczajnej sytuacji, służył z całą gorliwością, zwłaszcza biednym i skrzywdzonym przez wojnę. Do dzisiaj żywe są wspomnienia jego samarytańskiej działalności”.

Julian Jakubiak urodzi się 6 lutego 1895 roku we wsi Olszowice koło Bychawy. Rodzice, Józef i Anna prowadzili spore gospodarstwo rolne, w którym Julian od dziecka zaprawiał się do ciężkiej pracy. Dom rodzinny był dla małego chłopca szkołą wiary i uczciwości. Tu rodziło się i umacniało powołanie kapłańskie. Duży wpływ na duchową sylwetkę przyszłego kapłana wywarł proboszcz ks. Antoni Kwiatkowski z Bychawy. Julian po ukończeniu miejscowej szkoły kontynuował naukę w Gimnazjum im. Stefana Batorego w Lublinie. Po zdaniu matury, w roku 1921 wstąpił do Lubelskiego Seminarium Duchownego. Zdolny i pracowity kleryk mądrze wykorzystując czas i warunki seminaryjne czynił duże postępy w nauce i życiu duchowym. Zwracał na siebie uwagę rozmodleniem i obowiązkowością. Aktywnie działał w Sodalicji Mariańskiej. Pełnił obowiązki dziekana seminaryjnego, najważniejszej funkcji jaką powierzano klerykom. Bardziej z osobistej potrzeby, niż pełnionej funkcji troszczył się o dobro kolegów, zwłaszcza duchowe.

Julian Jakubiak przyjął święcenia kapłańskie 21 maja 1921 r. w katedrze lubelskiej z rąk sufragana lubelskiego bpa Adolfa Jełowieckiego. Pełen entuzjazmu i zapału rzucił się w wir pracy duszpasterskiej. Zdawał sobie jednak sprawę, że o skuteczności pracy decyduję ciągła wewnętrzna formacja duchowa. Stąd też wstąpił do Związku Kapłanów Dobrego Pasterza. Członkowie tego Związku zobowiązywali się między innymi do praktykowania ubóstwa materialnego i bezwzględnego posłuszeństwa wobec ordynariusza i seniora Związku. Zrzeszeni kapłani nie posiadali osobistej własności. Wszystkie ich dochody stanowiły jeden fizyczny majątek Związku. Opiekowali się chorymi, biednymi, sierotami, samotnymi, służącymi. Wiele czasu poświęcali osobom zaniedbanym religijnie i niewierzącym. Przez różnego rodzaju spotkania i dyskusje starali się zbliżyć ich do Kościoła. W roku 1923 powierzono ks. Julianowi kierownictwo Związkiem.

Ks. Biskup posyłał ks. Juliana do dosyć ważnych placówek duszpasterskich jak Lubartów, Hrubieszów, Krasnobród, Lublin. W Lublinie pracował jako wikariusz parafii św. Pawła. Przez gorliwą i mądrą pracę, wraz ze współpracownikami sprawił, że parafia świętego Pawła stała się najaktywniejszym ośrodkiem duszpasterskim w mieście. Przybywali tu wierni z całego Lublina a nawet z okolicznych wiosek. Świątynia zawsze była wypełniona tłumami wiernych. Prowadząc na wysokim poziomie różnoraką działalność duszpasterską zorganizowano przy parafii czytelnię czasopism katolickich, dostępną dla każdego, kino parafialne, gdzie wyświetlano filmy nie tylko religijne. Znakomicie działały koła młodzieżowe i charytatywne. Ks. Julian prowadził ponadto koło ministrantów i kółka różańcowe. To tylko niektóre z form aktywności duszpasterskiej ks. Juliana.

Biskup ordynariusz zauważył gorliwość duszpasterską i zdolności organizacyjne młodego kapłana i powierzył mu w dziewiątym roku kapłaństwa administrację parafii św. Mikołaja w Lublinie. Ks. Julian z wielkim zapałem i nowymi pomysłami zmieniał oblicze duchowe i gospodarcze parafii. Planował między innymi zbudowanie domu parafialnego i podziemnego kościoła w skarpie na podobieństwo bazyliki z Lourdes. Nie zdołał jednak zrealizować tych planów, gdyż biskup powierzył mu inne bardzo ważne zadanie jakim było zorganizowania parafii przy odzyskanej z rąk prawosławnych katedrze pounickiej na Górze Chełmskiej. Biskup lubelski Marian Leon Fulman w roku 1919 depeszował do marszałka Piłsudskiego: „Katedra ta nadal będzie ostoją wiary ojców naszych dla przyszłych pokoleń i ogniskiem rozpalającym miłość i ducha poświęcenia dla obrony ojczyzny na wschodnich kresach Polski”. Po zwycięskiej wojnie z bolszewikami, biskup powierzył jezuitom zespół klasztorny na Górze Chełmskiej. Jednak wizja duszpasterska biskupa, co do wykorzystania tego ośrodka nie odpowiadała jezuitom, stąd też ks. Julian został posłany do Chełma, aby stworzyć nową parafię na miarę potrzeb wiernych i oczekiwań biskupa ordynariusza.

W dniu 17 VIII 1931 roku ks. Julian Jakubiak objął administrację w nowej parafii na Górze Chełmskiej. Świątynia i otaczające budynki były w opłakanym stanie. Wymagało to ogromnych nakładów finansowych. Odradzające się państwo polskie było zbyt biedne, aby wesprzeć finansowo nowo powstałą parafię. Podobnie Kuria biskupia. Wszystko spoczęło na barkach młodego proboszcza oraz wspólnoty parafialnej, którą trzeba było organizować. Na domiar złego nie wszyscy parafianie byli przekonani, co do konieczności tworzenia nowej parafii. Jednak charyzmatyczny kapłan uporał się z tymi problemami i parafia zaczęła tętnić życiem religijnym, zmieniając równocześnie zewnętrzne oblicze. W zadziwiającym tempie postępowały prace gospodarcze, dziesiątki nowych pomysłów czekało na realizację. Prężność tej parafii zasadzała się na aktywności duszpasterskiej ks. proboszcza. Przy parafii działały dziesiątki różnego rodzaju organizacji religijnych, charytatywnych, w tym Towarzystwo Miłosierdzia, wspierające biedne rodziny i prowadzące dożywianie najbiedniejszych dzieci. Ks. Julian był kapelanem więziennym w Chełmie. Jego staraniem urządzono w świetlicy więzienia kaplicę, gdzie odprawiano Mszę św. w niedziele i święta. Oprócz tej codziennej zwykłej pracy duszpasterskiej ks. Julian organizował uroczystości, które swym zasięgiem przekraczały ramy parafii a nawet diecezji. Przykładem tego był Kongres Eucharystyczny w roku 1934, sprowadzenie do Chełma relikwii św. Andrzeja Boboli oraz nadanie odpustowi parafialnemu 8 września wymiaru ogólnopolskiego. Uroczystości odpustowe były transmitowane przez radio na całą Polskę.

Wybuch II wojny światowej przerwał realizację jego pięknych i ambitnych planów dotyczących organizacji sanktuarium Matki Bożej Chełmskiej. W listopadzie 1939 roku ks. Julian razem ze swoimi wikariuszami i innymi kapłanami z Chełma został aresztowany przez Niemców i osadzony na Zamku lubelskim. Po kilku miesiącach dla ks. Juliana zakończył się więzienny koszmar. Po zwolnieniu udał się do szpitala Jana Bożego w Lublinie, gdyż w więzieniu pogłębiły się jego problemy zdrowotne, szczególnie związane z wcześniejszą chorobą nogi. Przebywając w szpitalu ks. Julian boleśnie przeżył decyzję przekazania przez gubernatora H. Franka katedry chełmskiej prawosławnym Ukraińcom. Proboszcz parafii mariackiej mobilizował ze szpitala kapłanów i wiernych do działań mających na celu odzyskanie świątyni. Jednak te zabiegi pozostały bezskuteczne. Po powrocie do Chełma ks. Julian stanął przed bramą wejściową do sanktuarium na Górze Chełmskiej, za którą zostawił 9 lat ofiarnej pracy i całe swoje serce. Ze ściśniętym gardłem przeczytał napis nad tą bramą: „Psom, Żydom i Polakom wstęp wzbroniony”.

Parafia mariacka funkcjonowała przy kościele sąsiedniej parafii pod wezwaniem Świętych Apostołów. W tej nadzwyczaj trudnej sytuacji ks. Julian z pełnym zaangażowaniem i poświęceniem pełnił posługę duszpasterską. A mając za sobą ciężkie doświadczenia więzienne z jeszcze większym zaangażowaniem i gorliwością pomagał biednym i skrzywdzonym wojną. Pełniąc samarytańską posługę zaraził się tyfusem. Nie pomogła interwencja lekarzy. Ks. Julian uporządkował swoje sprawy, wydał dyspozycje odnośnie funkcjonowania parafii, przyjął sakrament chorych i spokojnie, w opinii świętości, 11 lutego 1942 roku odszedł do Pana (z ksiązki Wypłynęli na głębię).

 

BOŻE, DLACZEGO?

Jesień maluje cudownymi kolorami pejzaże otaczającego nas świata. Złote liście w ostaniem tańcu życia spadają martwe na ziemię. Jeszcze chwila i ich piękno zabierze jesienna szaruga. Umilknie ich szelest pod nogami i tylko w nagich gałęziach drzew smętne melodie będzie wygrywał wiatr. Pamiętamy ten nastrój z zaduszkowych polskich cmentarzy. Z tym nastrojem przemijania zmagają się wieńce pachnące żywicą i igliwiem, chryzantemy, które bywają czasami złociste, migocące płomyki świec i nasze modlitewne spojrzenie ku niebu. Z tego zmagania rodzi się nadzieja uczepiona na krzyżu Chrystusa. W modlitewnej zadumie schodzimy z Golgoty i stajemy przy pustym grobie Chrystusa i w duszy słyszymy słowa aniołów: „Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał”. Wcześniej, przed cudem zmartwychwstania Chrystus powiedział: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki”. Te słowa skierował do Marty, która opłakiwała śmierć swojego brata Łazarza. Po czym zapytał ją: „Wierzysz w to?” Marta odpowiedziała twierdząco. A Jezus potwierdził swoje słowa cudem wskrzeszenia Łazarza. Ci, których groby znaczone są krzyżami i ci, którzy zatrzymują się nad nimi, tak jak Marta odpowiedzieli kiedyś Chrystusowi: „Tak Panie, wierzę”. Z tej wiary rodzi się radosna nadzieja ponownego spotkania z naszymi bliskimi w ojczyźnie niebieskiej.

Ożywiony taką wiarą spaceruję cmentarnymi alejkami. Kilka tygodni temu odwiedziłem cmentarz Mont Olivet w Maspeth. Zatrzymałem się między innym przy grobie 3-letniego Codiego. Wróciłem pamięcią 11 lat wstecz, kiedy to mały Cody zmagał się z nowotworem. Cody dźwigał swój krzyż z sercem przepełnionym ogromną miłością. W czasie choroby przygwożdżony cierpieniem do łóżka często powtarzał: „Kocham cię. Mamusiu, kocham cię. Tatusiu, kocham cię”. Maniek kocham cię” – szeptał do brata. Aż przyszedł piątkowy świt, 20 kwietnia. Cierpiący anioł miłości przytulony do mamy cichuteńko odszedł do domu Ojca. W niewielkiej białej trumnie pośród kwiatów jaśniała uśmiechnięta buzia małego anioła. W czasie liturgii pogrzebowej z sercami przepełnionymi bólem, ze łzami w oczach dziękowaliśmy Bogu za naszego pięknego anioła w niebie, któremu na imię Cody. Golgotę małego Codiego przypomina niewielki pomnik, na którym wykute są postacie aniołów, które przypominają Codiego, małego anioła boleści, który w mocy i tajemnicy krzyża Chrystusowego uleciał do nieba.

W czasie modlitewnego zatrzymania przy grobie Codiego zauważyłem pięknie pomalowany kamyk z serduszkami oraz napisem: „Od Michalinki dla Codiego. Odpoczywaj w pokoju aniele”. Kamyk pomalowała trzynastoletnia Michalinka, cioteczna siostra Codiego, która zmagała się z nowotworem w nowojorskim szpitalu. Przyjechała na leczenie z Polski. Mimo choroby, cierpienia cieszyła się przyjazdem do Nowego Jorku, tyle nowych rzeczy do zobaczenia, tyle nowych przeżyć. Michalinka była artystycznie uzdolnionym dzieckiem. W pierwszych dziecięcych rysunkach widzimy motywy religijne. W szpitalu w Prokocimiu, namalowała krzyż, który został umieszczony w albumie i ofiarowany papieżowi Franciszkowi. Uwielbiała rysować, malować, rzeźbić, szkicować. Jej wymarzonym zawodem było projektowanie biżuterii. Malowała kartki, którymi obdarzała swoich bliskich. Ostatnią podarowała swojemu bratu, Frankowi z racji jego imienin. W chorobie mimo bólu i cierpienia do końca była radosna, pełna wiary, ceniła każdą chwilę swojego życia. Miała piękne, anielskie serce. Ilekroć przechodziła obok potrzebujących, kalekich osób zatrzymywała się i mówiła do mamy: „Pomóżmy, pomódlmy się za tę chorą osobę”. W szpitalu myślała także o swoich koleżankach i kolegach klasowych w Polsce. Przygotowywała dla nich drobne upominki, które miała im wręczyć po powrocie do Polski. Nie zdążyła tego zrobić. Odeszła do Pana 7 października tego roku. Przed odejściem przyjęła Komunię św. złożyła ręce w modlitewnym geście, uśmiechnęła się i w niedługim czasie tym uśmiechem pożegnała swoich bliskich.

Zapewne ten uśmiech był uśmiechem powitania miłosiernego Chrystusa, w którego tak mocno wierzyła, Codiego, 13-letniego Krystianka, którego spotkała w szpitalu, a który odszedł do Pana w lipcu tego roku i wielu innych. Od śmierci Krystiana do śmierci Michalinki na oddziale onkologicznym tego szpitala zmarło ponad 20 dzieci. Jakże często padało wtedy pytanie pełne bólu: „Boże, dlaczego?” Gdzie znaleźć odpowiedź? Każde słowo wydaje się takie małe, takie niewystarczające. Słowa pociechy tak bardzo potrzebne wydają się bezużyteczne. Gdzie odnaleźć iskierkę nadziei, która złagodzi ból? Nieraz trzeba zamilknąć i razem zejść z naszej Golgoty i stanąć przy pustym grobie Chrystusa i stać tak długo w modlitewnej zadumie, aż usłyszymy w duszy słowa aniołów: „Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych, on żyje, jest blisko was, wstawia się za wami u Boga i z radością czeka na spotkanie”. Trzeba się zatopić w atmosferę uroczystości Wszystkich Świętych i wpatrywać się w ogromny tłum, o którym pisze św. Jan w Apokalipsie: „Potem ujrzałem wielki tłum, którego nikt nie mógł policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem”. Są to święci, szczęśliwi i radośni. Trzeba tak długo modlitewnie wpatrywać się w ten tłum, aż ujrzymy tam twarze naszych bliskich, za którymi płaczemy i tęsknimy. Wpatrywać się tak długo, aż ich radość i szczęście odbije się na naszej twarzy.

Jest to trudna droga, a jak trudna, to wie o tym bardzo dobrze Franek, brat bliźniak Michalinki. Pisze w swoim liście: „Droga Michalinko, Dziękuję ci. Za całe 13 lat mojego życia, które spędziłem z Tobą. Od samego początku byliśmy razem. Byliśmy nierozłączni. Tak naprawdę to ty jako pierwsza byłaś ze mną. Spędziłem z Tobą mnóstwo niesamowitych chwil. Bez Ciebie moje życie byłoby milion razy gorsze. Wszelkie stereotypy mówią, że rodzeństwo ciągle się, że sobą kłóci. U nas jednak nigdy tak nie było. Ostatnią dużą kłótnię mieliśmy chyba z półtora roku temu. Moje serce jest wypełnione czymś gorszym niż smutkiem. Czuję taką pustkę, że nie mogę płakać. Mam dziwne uczucie wyczekiwania na coś. Myślę, że jesteś tam w Niebie bardzo szczęśliwa. Bóg się Tobą opiekuje. Spotkałaś swoją babcię, dziadka i może malujesz już z nimi obrazy. Nic Cię nie boli. Jesteś wiecznie szczęśliwa. Umarłaś z półuśmiechem na twarzy. Już nic Cię nie bolało w twoich ostatnich dniach. Nowotworowi udało się dostać do serca. Wydaje mi się jednak, że tak czy inaczej wygrałaś z chorobą, kwestią było tylko to czy na Ziemi czy w Niebie… W tej chwili moje życie całkowicie się zmieniło. Jedyne co robię to z każdym dniem wyczekuję, aż dostanę się do Ciebie. Nie mam zamiaru popełniać samobójstwa. Po prostu każdy dzień wydaje mi się teraz krótszy, a ja czekam aż moje życie zaprowadzi mnie do innego świata, gdzie znowu się z Tobą spotkam. Podczas swojego życia na ziemi zrobię jak najwięcej. Będę na bieżąco dawać pieniądze na dzieci z chorobami nowotworowymi. Postaram się dostać do najlepszego liceum i skończyć studia biochemiczne. Może uda mi się dzięki temu tworzyć nowe leki na rzadkie nowotwory. Jeśli dam radę założyć firmę z elektronicznymi rzeczami, postaram się produkować urządzenia medyczne (pompy, monitory, CT i takie różne). Kochana Michalinko, tej luki nigdy nie uda się załatać. Ale nigdy o Tobie nie zapomnę. Jesteś najważniejszą osobą w moim życiu. Śpij Aniołku. Franek” (Kurier Plus, 2019).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *