7 Kwi

Wielkanoc- Rok A

 

WIELKANOCNA RADOŚĆ. 

Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus miłował, i rzekła do nich: „Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono”. Wyszedł więc Piotr i ów drugi uczeń i szli do grobu. Biegli oni obydwaj razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy do grobu. A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka. Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim.  Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On ma powstać z martwych (J 20,1-9).

Wielkanoc jest najważniejszym, najstarszym i najbardziej radosnym świętem chrześcijańskim. Cały rok liturgiczny jest przygotowaniem do tego dnia. Chrześcijanie od samych początków czcili pamiątkę zmartwychwstania swego Boskiego Mistrza. Wiemy, że Chrystus powstał z martwych w pierwszy dzień po szabacie, a więc z soboty na niedzielę. W pierwszych wiekach był problem z ustaleniem konkretnego dnia zmartwychwstania. Stąd też Sobór Nicejski w roku 325 postanowił, że odtąd Paschę chrześcijańską obchodzić się będzie w niedzielę po pierwszej pełni księżyca, zaraz po zrównaniu wiosennym. Nie podał jednak obowiązującej daty zrównania wiosennego, co stało się powodem dalszych nieporozumień odnośnie daty obchodzenia Wielkanocy. Jedni, bowiem byli zwolennikami ustalenia dnia zrównania wiosennego na 18, inni na 21, a jeszcze inni na 25 marca. Ostatecznie za sprawą św. Bedy Czcigodnego i Karola Wielkiego przyjęto dzień 21 marca jako dzień zrównania wiosennego. A zatem najwcześniejszy możliwy termin Wielkanocy wypada na 22 marca. Zdarzyło to się w roku 1918 i ponownie zdarzy się w roku 2285. Najpóźniejszy możliwy termin to 25 kwietnia, ostatnio w roku 1943, powtórzy się zaś w roku 2038.

W domu mojego dzieciństwa wielkanocna radość zaczynała się już w Wielką Sobotę rano. Wielkopostne skupienie i rekolekcje zakończone spowiedzią wypełniały duszę radosną lekkością i odświętnym pokojem. Tę odświętność można było także zauważyć na zewnątrz, wyzierała ona z każdego zakątka zagrody i domu. Porządek wysprzątanego obejścia cieszył oko. Wybielone ściany domu świeciły nieskazitelną czystością i pachniały świeżym wapnem. A w przydomowym ogródku żółte żonkile były zwiastunami budzącego się życia i przychodzącej wiosny. Z komory rozchodził się zapach wędzonych kiełbas i szynek. Zaś kuchnia pachniała wielkanocnymi babami i innym ciastem. Mieszały się zapachy, gdy mama przygotowywał w dużym koszyku święconkę. Był w nim chleb, szynka, kiełbasa, sól, pisanki, chrzan, masło, cukrowy baranek, lukrowana drożdżowa baba- słowem całe paradne, świąteczne jadło. O wyznaczonej godzinie wszyscy z koszykami w ręku zdążali pod wiejską figurę, gdzie miało odbyć się poświecenie pokarmów. Kapłan przy akompaniamencie śpiewu skowronków odmawiał modlitwy i kropił świeconą wodą odkryte koszyki pełne pokarmów. W słowach, jakie kierował do wiernych wskazywał na religijny charakter tego typowo polskiego obrzędu.

Kapłan wspominał, że Jezus przed śmiercią kazał uczniom przygotować paschalną wieczerzę, w dzień Zmartwychwstania przyjął zaproszenie dwóch uczniów i zasiadł z nimi do stołu, a późnym wieczorem przyszedł do Apostołów, aby spożywać z nimi posiłek. A zatem nasz świąteczny posiłek jest upamiętnieniem i niejako kontynuacją, tamtych spotkań. Zmartwychwstały Chrystus będzie obecny wśród nas, gdy zasiądziemy do wielkanocnego stołu. Cieszyć się będziemy zmartwychwstaniem Chrystusa, który jest naszym życiem i zmartwychwstaniem. Poświęcony chleb jest pamiątką chleba, który Jezus po swoim zmartwychwstaniu przygotował nad jeziorem dla swych uczniów, oraz pamiątką chleba, który staje się Ciałem Chrystusa w Komunii Świętej. Jajka są symbolem nowego życia, które bierze swój początek w Chrystusie. Dzieląc się jajkiem chcemy dzielić się tym życiem z innymi. Pozostałe pokarmy są pamiątką baranka paschalnego i innych potraw, które Jezus spożywał z Apostołami w czasie Ostatniej Wieczerzy.

W taki to sposób polski zwyczaj przybliża nam tajemnicę świąt Wielkanocnych. Głębszy sens tych świąt ukaże Liturgia Wielkiej Soboty, na którą kapłan gorąco zaprasza wiernych w czasie poświecenia pokarmów. Po poświeceniu wracaliśmy do domu. W czasie drogi powrotnej zmagaliśmy się z pokusą, sięgnięcia do koszyczka i wyciągnięcia kawałka pachnącej kiełbasy. Powstrzymywał nas od tego zakaz rodziców, jak i też czujne ich oko. Poświecone pokarmy można będzie spożywać dopiero po Rezurekcji w czasie uroczystego śniadania. Ale wcześniej trzeba się wybrać na liturgię Wielkiej Soboty, podczas, której śpiewamy już wesołe wielkanocne alleluja. Bardzo wymowna jest liturgia światła. Na cmentarzu przykościelnym ministranci rozpalają duże ognisko. Następnie kapłan święci je i zapala od niego paschał, mówiąc: „Niech światło Chrystusa chwalebnie zmartwychwstałego rozproszy ciemności naszych serc i umysłów”. Po czym procesja z zapalonym paschałem wchodzi do pogrążonego w ciemnościach kościoła. Od paschału zapalają swoje świece wierni, zapala się także wszystkie światła w kościele. Wystrojony kościół tonie w powodzi świateł i wtedy kapłan albo diakom śpiewa orędzie wielkanocne, ogłaszające światu radość wielką. Podniosłe słowa orędzie ogłaszają światu zmartwychwstanie Chrystusa. „Weselcie się już, zastępy Aniołów, w niebie, weselcie się słudzy Boga. Niech zabrzmią dzwony głoszące zbawienie, gdy Król tak wielki odnosi zwycięstwo. Raduj się ziemio, opromieniona tak niezmiernym blaskiem, a oświecona jasnością Króla wieków, poczuj, że wolna jesteś od mroku, co świat okrywa”.

Świątynia wypełnia się wielkanocną radością. Ta radość nie przycichnie nawet wtedy, gdy po skończonej Liturgii Wielkiej Soboty nadal przy Grobie Pańskim będą stać straże. Straże i wierni pozostaną w kościele całą noc, aż do uroczystej procesji rezurekcyjnej, która o świcie wyruszy z kościoła. Barwna procesja ogłosi całemu światu: „Alleluja, Chrystus zmartwychwstał”.

W ten poranek cofamy się myślą prawie dwa tysiące lat wstecz i przenosimy się do Jerozolimy, do Grobu Jezusa, do którego w świtem, w pierwszy dzień po szabacie zdążały kobiety. Były one świadkami pustego grobu Jezusa i widziały anioła, który oznajmił im zmartwychwstanie Chrystusa, widziały także samego Chrystusa, który ukazał się im i jak i też swoim uczniom. Można im pozazdrościć tej łaski. My nie widzieliśmy, ale wierzymy. Nasza wiara w zmartwychwstanie Chrystusa opiera się na fakcie pustego grobu, świadectwie naocznych świadków, słowach Pisma świętego, naszej refleksji i łasce otrzymanej od Boga.

Mały chłopiec wraz ze swoim dziadkiem puszczał latawca. Latawiec szybował wysoko na niebie, gdy nagle nadciągnęła chmura i latawiec znikł im z oczu. Po kilku minutach dziadek mówi do wnuka: „Tomku, może złodziej ukradł ci w chmurach latawca”. Chłopiec zaprzeczył, potrząsając głowa. Kilka minut później dziadek ponownie powiedział: „Tomku, może złodziej ukradł ci w chmurach latawca”. Chłopiec ponownie zaprzeczył, potrząsając głową. „Ale Tomku- powiedział dziadek- jak ty możesz mieć pewność, że na końcu twego sznurka jest nadal uczepiony latawiec?” Chłopiec odpowiedział: „Ponieważ ja czuję to, czego ty nie możesz. Ja czuję jak latawiec szarpie mój sznurek”.

Idąc w procesji wielkanocnej czujemy nadprzyrodzone „szarpnięcie” z nieba i dlatego radujemy się i pozdrawiamy wzajemnie: „Chrystus zmartwychwstał- prawdziwie zmartwychwstał”.

La Reveilhere- Lepeaux (1743-1824), adwokat zajmujący się filozofią i jednocześnie jeden z przywódców rewolucji francuskiej, postanowił stworzyć nową religię republikańską, którą nazwał teofilantropią. W nowej religii odwoływał się do myśli dawnych filozofów, jak i też do Ewangelii. Sądził, że udało mu się stworzyć doskonałą religię. Jednak nowa religia nie znalazła wielu zwolenników. Skarżył się swym kolegom, że jego religia nie rozwija się tak jak chrześcijaństwo. Jeden z nich odpowiedział mu: „Daj się ukrzyżować, przez trzy dni pozostań w grobie, a potem zmartwychwstań, a zobaczysz ilu znajdziesz zwolenników” (z książki Ku wolności).

 

RADOŚĆ ZMARTWYCHWSTANIA

Gdy Piotr przybył do domu centuriona w Cezarei, przemówił: „Wiecie, co się działo w całej Judei, począwszy od Galilei, po chrzcie, który głosił Jan. Znacie sprawę Jezusa z Nazaretu, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą. Dlatego że Bóg był z Nim, przeszedł On dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła. A my jesteśmy świadkami wszystkiego, co zdziałał w ziemi żydowskiej i w Jerozolimie. Jego to zabili, zawiesiwszy na drzewie. Bóg wskrzesił Go trzeciego dnia i pozwolił Mu ukazać się nie całemu ludowi, ale nam, wybranym uprzednio przez Boga na świadków, którzyśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu. On nam rozkazał ogłosić ludowi i dać świadectwo, że Bóg ustanowił Go sędzią żywych i umarłych. Wszyscy prorocy świadczą o tym, że każdy, kto w Niego wierzy, w Jego imię otrzymuje odpuszczenie grzechów” (Dz 10,34a.37-43).

Minęło już prawie siedem miesięcy, a miejsce po byłym finansowym centrum świata na Manhattanie ciągle wygląda jak jedna wielka mogiła. Zapewne w świadomości wielu tak pozostanie do końca życia. Obecnie, platforma widokowa World Trade Center stała się miejscem zadumy, refleksji i modlitewnego skupienia. W tym miejscu częściej stają przed nami pytania o sens życia i śmierci. Pytania o los tych, których śmierć dopadła w tym miejscu. Pytania o najważniejsze wartości życia. Solidarność i miłość do tych, którzy tu zginęli jest jednym z najszlachetniejszych motywów odwiedzin tego miejsca. Jest to wyznaniem prawdy, że miłość jest silniejsza aniżeli śmierć. Ale tak naprawdę miłość zwycięża śmierć dopiero wtedy, gdy spocznie w cieniu krzyża, który teraz góruje nad miejscem po zburzonych wieżowcach. W nim jest także odpowiedź na pytania o sens cierpienia i śmierci. Krzyż ten wyłonił się ze zgliszcz po zniszczonych „bliźniakach”. Robotnik, który pierwszy go dostrzegł wypowiadał się na ten temat w radiu. Był zaszokowany. Nie mógł uwierzyć, jak to się stało. Pośród poskręcanych stalowych belek były trzy krzyże, jakby celowo przez kogoś wykonane z resztek stalowej konstrukcji po zniszczonych wieżowcach. Powiedział on: „Może dla innych to zwykły przypadek, ale dla mnie to znak z nieba”. Zaś 4 października, w czasie poświęcenia tego prawie siedmiometrowego krzyża, franciszkanin, ojciec Brian Jordan powiedział: „Jest to symbol naszej nadziei, symbol naszej wiary i symbol uzdrowienia”. Ci, którzy z wiarą przychodzą na to miejsce śmierci swoich bliskich, dzięki temu krzyżowi mogą usłyszeć w swej duszy słowa pełne nadziei: „Dlaczego szukacie żyjących wśród umarłych. Nie ma ich tutaj. Oni zmartwychwstali”. A ta wiara osadzona jest na mocnym fundamencie wydarzenia, jakie miało miejsce w poranek wielkanocny. Maria Magdalena i druga Maria udały się świtem do grobu Jezusa, aby namaścić Jego ciało. Ku swemu przerażeniu i zaskoczeniu zastały kamień od grobu odsunięty. Grób był pusty. A wtedy anioł im oznajmił: „Wy się nie bójcie! Gdyż wiem, że szukacie Jezusa Ukrzyżowanego. Nie ma Go tu, bo zmartwychwstał, jak zapowiedział. Przyjdźcie, zobaczcie miejsce, gdzie leżał”.

Podobnego przeżycia doznała kobieta, o której pisze pracująca w Anglii siostra Marta. Kilka tygodni przed Wielkanocą Bill robił porządki w ogrodzie. Zbierał śmieci, suche gałęzie i składał je na jednym miejscu. Wieczorem, po uporządkowaniu ogrodu podpalił wielką pryzmę śmieci i gałęzi. Nagle nieszczęśliwie potknął się i wpadł w środek rozżarzonego ogniska. Udało mu się wyjść z ognia, ale poparzenia były tak rozległe, że z powodu nich zmarł tego samego dnia. Dla żony i trójki dzieci był to ogromny szok. Ból i rozpacz ogarnęły dom. Z upływem czasu, zamiast ulgi w cierpieniu, potęgowała się udręka. Żona Billa nie była w stanie wyjść do ogrodu, gdzie rozegrała się tragedia. Nie mogła także spojrzeć tam przez okno swego domu. Każde spojrzenie na ogród przywoływało na pamięć to tragiczne wydarzenie i rozpacz wracała ze zdwojoną siłą. Dnie mijały, a Wielkanoc była coraz bliżej. Siostra Marta ponownie odwiedziła tę rodzinę. Spodziewała się, że zastanie w domu smutek i rozpacz. Jakże była mile zaskoczona, gdy zobaczyła całkiem inną atmosferę. Nie było śladu po rozpaczy, smutku. Dało się odczuć głęboki pokój, a nawet cichą radość. „Nie mogę uwierzyć. Czy coś się wydarzyło?”- zapytała siostra. Matka odpowiedziała: „Dzisiaj rano odwiedziła mnie moja siostra i sąsiadka. Zapytały mnie, czy nie wyszłabym na ogród, aby zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Popadłam w panikę na samą myśl wyjścia do ogrodu. Z wewnętrznymi oporami zdecydowałam się jednak na wyjście. Bardzo powoli szłam na miejsce tragedii. Cała się trzęsłam, gdy patrzyłam na miejsce gdzie płonęło ognisko. Lecz nagle, nie wiem jak to się stało, na myśl przyszły mi słowa z Ewangelii: ‘Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych. Niema Go tutaj. Zmartwychwstał’. I w tym momencie poczułam, jakby z mego serca spadł ogromny ciężar. I ogarnął mnie wtedy wewnętrzny pokój i cicha radość” (Flor McCarthy).

Pokój i radość, które stały się udziałem żony Billa ma to samo źródło, co radość kobiet przy grobie Chrystusa w poranek wielkanocny. Jakże trudno im było uwierzyć, że ten, który został złożony w grobie zmartwychwstał. Ale jak tu nie wierzyć faktom. Zabezpieczony grób okazał się pusty. Wysłannik z nieba oznajmił, że Chrystus zmartwychwstał. W Ewangelii czytamy: „Pospiesznie, więc oddaliły się od grobu, z bojaźnią i wielką radością, i pobiegły oznajmić to Jego uczniom”. Trudno się dziwić ich bojaźni, bo to, co się wydarzyło przechodziło ludzkie pojęcie i stawało się źródłem nieogarnionej radości. Ta radość będzie coraz bardziej pełna wraz z pełniejszym zrozumieniem tajemnicy śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Święty Paweł w liście do Rzymian pisze: „My wszyscy, którzy otrzymaliśmy chrzest zanurzający nas w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć. Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie, jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca”. A zatem jest to radość ze zmartwychwstania Chrystusa i radość, że to zmartwychwstanie jest także zapowiedzią naszego zmartwychwstania i życia wiecznego.

W poranek wielkanocny rozkołyszą się dzwony kościelne, głosząc światu radosną wieść o zmartwychwstaniu Chrystusa. Gdziekolwiek dopadnie nas ten głos myślą poszybujemy do naszych najpiękniejszych rezurekcyjnych wspomnień. Ożyje wspomnienie porannej krzątaniny w domu przed wyjściem na rezurekcję. Na dworze rześkie poranne powietrze. Poranny brzask rozpraszający nocy mrok. Kościół wypełniony nieprzebraną rzeszą ludzką. Przy grobie Pana Jezusa strażacy w mundurach z toporkami w ręku. Kapłan z orszakiem procesyjnym przychodzi do Grobu Pańskiego, a chór śpiewa: „Chrystus prawdziwie zmartwychwstał. Alleluja”. „Jemu chwała i panowanie przez wszystkie wieki. Alleluja”. Kapłan okadza Najświętszy Sakrament i śpiewa: „Niebo i ziemia się cieszą. Alleluja”. Wierni odpowiadają: „Ze zmartwychwstania Twojego, Chryste. Alleluja”. Rusza rozśpiewana procesja. Wschodzące słońce odbija się w złotej monstrancji. A po okolicy niesie się radosne Alleluja, Chrystus zmartwychwstał. Ten radosny głos dociera na cmentarz parafialny, ogarnia krzyże nagrobne i oznajmia światu: „Nie ma ich tutaj. Oni zmartwychwstali” (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

UJRZAŁ I UWIERZYŁ

Bracia: Jeśliście razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus zasiadając po prawicy Boga. Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi. Umarliście bowiem i wasze życie ukryte jest z Chrystusem w Bogu. Gdy się ukaże Chrystus, nasze życie, wtedy i wy razem z Nim ukażecie się w chwale (Kol 3, 1-4).

Film „The King’s Speech” zdobył wiele międzynarodowych nagród, w tym 4 Oskary. Przedstawia on historię księcia Alberta, który po zaskakującej abdykacji króla Edwarda VIII zasiadł na tronie angielskim, przyjmując imię Jerzego VI. Albert był dzieckiem słabego zdrowia, nieśmiałym, zakompleksionym i jąkającym się. Po napaści hitlerowskiej na Polskę, Anglia wypowiedziała Niemcom wojnę. Król powiedział wtedy do narodu: „Bądźcie spokojni, niezłomni i zjednoczeni”. Parze królewskiej zasugerowano wyjazd na czas wojny do Kanady. Na tę propozycje królowa odpowiedziała: „Dzieci nie mogą wyjechać beze mnie, ja nie mogę opuścić króla, a król nigdy nie opuści kraju”. Rodzina królewska pozostała w ojczyźnie, żyjąc podobnie jak wszyscy inni Brytyjczycy. Król mimo jąkania się często występował w radiu, podtrzymując na duchu swój naród zmagający się nawałą hitlerowską. Odegrał on bardzo ważną rolę w duchowym i moralnym umocnieniu Brytyjczyków w tym trudnym czasie.

W tej niezwykłej historii chciałem zwrócić uwagę na Davida Seidlera, autora scenariusza tego filmu. Podobnie jak książę Albert mały Dawid jąkał się niemiłosiernie. Przez otoczenie był postrzegany, jako dziecko upośledzone. W miarę dorastania uświadamiał sobie coraz bardziej, że ten defekt mowy odbierany jest przez innych, jako kalectwo, a to jeszcze bardziej potęgowało jąkanie, popychając młodego Dawida do jeszcze większej izolacji społecznej. Młodzieniec stronił od innych ludzi, aby uniknąć upokorzenia związanego z tym defektem mowy. Wszystko się odmieniło, gdy zaczął w czasie wojny słuchać przez radio przemówień króla Jerzego VI, który podobnie jak on miał taką samą wadę wymowy. Ze zdumieniem stwierdził, że ta wada w niczym nie przeszkadza królowi, aby normalnie funkcjonować w społeczeństwie i jeszcze odgrywać tak ważną rolę w życiu narodu poprzez swoje przemówienia. Zrozumiał, że jąkanie nie jest defektem osobowości, nie jest wyrazem ograniczenia umysłowego. Z tą przypadłością można się świetnie zrealizować, jako człowiek.

Z czasem Dawid stał się sławnym scenarzystą. Postanowił także napisać scenariusz do filmu o swoim bohaterze, który odmienił jego życie. Po wielu latach rodzina królewska zgodziła się na opisanie historii króla Jerzego, która stała się źródłem nadziei dla milionów ludzi, i to nie tylko tych, którzy doświadczają tej wady wymowy. Powyższa historia mówi o nadziei, o przekraczaniu granic pętających nasze życie. Historia o zmartwychwstaniu Chrystusa opowiadana w poranek wielkanocny jest także historią nadziei, mówiącą o przekraczaniu barier pętających nasze życie. W tym najważniejszych pęt, jakimi są pęta śmierci. A tego możemy dokonać tylko w Chrystusie.

Maria Magdalena spętana lękiem i okrutnym obrazem śmierci swego Mistrza, w pierwszy dzień po szabacie, rankiem, gdy na dworze było jeszcze ciemno poszła do grobu Jezusa i z przerażeniem stwierdzała, że grób jest pusty. Zalękniona pobiegła do uczniów Chrystusa, oznajmiając, co się stało. Piotr i Jan z pośpiechem udali się do grobu Jezusa. Piotr wszedł pierwszy do grobu: „Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu”. Po nim wszedł do grobu Jan. Wspominając później to wydarzenie napisze: „Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On ma powstać z martwych”. Pusty grób i fakt zmartwychwstania Chrystusa sprawił, że zrozumieli wszystkie poprzednie słowa Pisma św. o życiu, śmierci i zmartwychwstaniu Mesjasza. Zapewne wtedy zrozumieli także słowa Jezusa wypowiedziane przy wskrzeszeniu Łazarza: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we mnie wierzy, to choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we mnie, nie umrze na wieki”. Św. Piotr daje świadectwo temu, co zobaczył w drugim czytaniu: „A my jesteśmy świadkami wszystkiego, co zdziałał w ziemi żydowskiej i w Jerozolimie. Jego to zabili, zawiesiwszy na drzewie. Bóg wskrzesił Go trzeciego dnia i pozwolił Mu ukazać się nie całemu ludowi, ale nam, wybranym uprzednio przez Boga na świadków, którzyśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu”.

Świadectwo apostołów dociera do nas w sposób szczególny w poranek Wielkanocny. Radujemy się, że Chrystus zmartwychwstał, ukazując nam nadzieję zwycięstwa nad naszą śmiercią. Możemy z nadzieją i radością w sercu podążać cudowną drogą życia, mając nawet świadomość, że u jej ziemskiego kresu czeka na nas śmierć. W Chrystusie jest ona bezsilna wobec nas. Chrystus jest nie tylko wzorem, inspiracją tego zwycięstwa, ale jego realną mocą. Stąd też u kresu naszej ziemskiej wędrówki czekająca nas śmierć staje się w Chrystusie bramą naszego zmartwychwstania. Myśl o tym wędrowaniu na spotkanie z Chrystusem zmartwychwstałym zrodziła pewne skojarzenia z moim wędrowaniem w latach dzieciństwa na Mszę Rezurekcyjną do parafialnego kościoła.

W sobotę wieczorem, przed snem prosiliśmy, aby rodzice zbudzili nas rano. A gdy już przyszło do budzenia, to nie było tak łatwo wygrzebać się z wygodnego i ciepłego łózka. Tylko zdecydowana postawa rodziców stawiała nas na nogi. Po porannej toalecie ubieraliśmy się w najbardziej odświętne ubranie, bardzo często nowe. To samo było z butami. Po wyjściu z domu, byliśmy wdzięczni, że rodzice prawie siłą wyciągali nas łóżek. Droga do kościoła była długa, około 4 kilometrów. Wędrowaliśmy polami, lasami i łąkami. W to wędrowanie mocno wpisywało się piękno natury budzącej się wiosną do życia. Poranne zorze cudownymi kolorami malowały niebo na wschodzie, budząc ze snu skowronka, wiosennego śpiewaka. Unosił się on wysoko zieleniejącymi polami i dźwięcznym głosem towarzyszył nam w radosnej drodze.

W kościele ogarniał nas uroczysty nastrój. Dramaturgia liturgii rezurekcyjnej zaczynała się przy ołtarzu grobu Jezusa, przy którym umundurowani strażacy z toporkami w ręku pełnili całonocną straż. Gdy kapłan przychodził ołtarza Grobu Pańskiego i ogłaszał zmartwychwstanie Chrystusa padali oni z wielkim hukiem na twarz. Wyobrażaliśmy sobie, że tak było przy grobie Jezusa w Jerozolimie. Światłość zmartwychwstałego Pana oślepiła pilnujących grobu strażników. A nawet, gdyby tego światła nie widzieli, to i tak mieli powody do przerażenia. Grób Jezusa był pusty. Na nic zdały się straże, jak śpiewamy w jednej z pieśni wielkanocnych. Od grobu wyruszała barwna, radosna i najbardziej uroczysta procesja. Z radością śpiewaliśmy: „Otrzyjcie już łzy, płaczący, żale z serca wyzujcie. Wszyscy w Chrystusa wierzący, we-selcie się, radujcie!  Bo zmartwychwstał samowładnie, jak przepowiedział dokładnie. Alleluja, Alleluja, niechaj zabrzmi.  Alleluja. A później wracaliśmy do domu i zasiadaliśmy do wielkanocnego stołu.

Używając tego obrazu możemy powiedzieć, że przed laty zostaliśmy niejako, przez narodzenie wybudzeni z ciemnej nocy. Z wrzaskiem przychodziliśmy na świat. Później przez chrzest nasze życie zostało ukierunkowane na spotkanie ze zmartwychwstałym Chrystusem. Na to spotkanie wędrujemy cudownymi drogami pośród pól, łąk i lasów. A na końcu wędrówki na moment ogarnie nas ciemność, by rozbłysnąć blaskiem zmartwychwstania. A wtedy liturgia rezurekcyjna stanie się realna, tak jak Chrystus przy nas będzie realny. A stół wielkanocny stanie się stołem uczty niebieskiej (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

PUSTY GRÓB ZNAKIEM ŻYCIA

Filip, od dwóch miesięcy uczęszczał do trzeciej klasy szkoły podstawowej. Jako nowy uczeń, nie był do końca zaakceptowany przez klasę. Był trochę inny. Często przychodził do szkoły blady, zmęczony, nieskory do zabawy. Opuszczał czasami zajęcia lekcyjne. Nieraz siedząc samotnie, smutnym i zamyślonym wzrokiem patrzył przed siebie. Dzieci w tym wieku potrafią być okrutne wobec odmienności innych. Filip tego doświadczył ze strony klasy. Jednak dzięki nauczycielowi, uczniowie coraz bardziej go akceptowali.

Po Wielkanocy nauczyciel przyniósł na lekcję religii plastikowe pudełka w kształcie jajka. Każdy uczeń otrzymał jedno. Następnie nauczyciel polecił uczniom, wyjść na zewnątrz i znaleźć coś, co jest znakiem, symbolem nowego życia, następnie schować do pudełka i przynieść do klasy. Na zewnątrz, cała przyroda tętniła życiem. Dzieciaki rozbiegły się w poszukiwaniu symbolu nowego życia. A że takich znaków nie brakowało, to w bardzo krótkim czasie wszyscy uczniowie wrócili do klasy ze swymi zdobyczami i położyli plastikowe jajka na biurku nauczyciela, który zaczął je po kolei otwierać. Były w nich różne rzeczy: nabrzmiałe pąki kwiatów, kwiaty, zielone listki, motyle. Dzieci z zachwytem patrzyły na zawartość, kolejno otwieranych pudełek. Aż tu nagle jedno z nich okazało się puste. Dzieci z dezaprobatą mówiły: „To nie w porządku. Ktoś zlekceważył zadanie”. Wtedy wstał Filip i nieśmiało powiedział: „To jest moje pudełko”. „Ty wszystko robisz nie tak. Dlaczego twoje pudełko jest puste? Zlekceważyłeś zadanie”- mówiły dzieci. „Wypełniłem polecenie nauczyciela. To prawda, plastikowe jajko jest puste, ale grób Jezusa był także pusty”- bronił się Filip. W klasie zapanował cisza. Każdy wiedział, że puste pudełko Filipa było najbardziej wymownym znakiem nowego życia.

W niedługim czasie po tym wydarzeniu Filip nie pokazał się już w szkole. Od dłuższego czasu zmagał się z nowotworem. Po krótkim pobycie w szpitalu zmarł. Na pogrzebową mszę świętą przyszła cała jego klasa. Uczniowie zamiast kwiatów położyli przy trumnie Filipa puste plastikowe jajka, które były znakami nowego życia.

Wróćmy jednak do niesamowitego, pierwszego poranka wielkanocnego w Jerozolimie. Dla uczniów Jezusa nie należał on do łatwych. Ciążyło na nim wspomnienie minionych dni, pełnych bólu i cierpienia z powodu śmierci krzyżowej ich Mistrza. To bolesne wspomnienie zepchnęło jakby na drugi plan wcześniejsze zapowiedzi Jezusa o swoim zmartwychwstaniu. Niepomni, że te słowa, Jezus popierał cudami. Śmierć jednak w swojej okrutnej wymowie może zabić nawet najpiękniejsze nadzieje. Zapewne po nieprzespanej nocy, gdy jeszcze było ciemno na dworze, Maria Magdalena, wierna uczennica Jezusa udała się do grobu Pana. Może pamiętała w tym momencie zapowiedź Jezusa o zmartwychwstaniu i przyszła sprawdzić, czy to możliwe. Ale raczej nie myślała o zmartwychwstaniu, bo gdy zobaczyła pusty grób Jezusa pobiegła do uczniów i powiedziała, że zabrano Jego ciało. Prawdopodobnie szła do grobu Mistrza, kierowana miłością do Niego, jak my to czynimy odwiedzając groby naszych zmarłych. Pusty grób nie przekonał jej o zmartwychwstaniu. Ale stał się pierwszym impulsem do wiary w zmartwychwstanie. Apostołowie, Piotr i Jan z niedowierzaniem pobiegli do grobu. Rzeczywiście, był pusty. Nie wiemy czy Piotr od razu uwierzył w zmartwychwstanie Jezusa. Święty Jan, wspominając to wydarzenie nic na ten temat nie mówi. Pisze tylko o swoich przeżyciach. Gdy zobaczył pusty grób, uwierzył. Pusty grób Jezusa był u fundamentów wiary w zmartwychwstanie. Jednak wiara apostołów oparta na fakcie pustego grobu była umacniana przez liczne spotkania z Jezusem zmartwychwstałym, zgłębianie nauki Pisma świętego, tak jak miało miejsce w czasie spotkania Jezusa zmartwychwstałego z Apostołami zdążającymi do Emaus.

Również i nasza wiara zasadza się na fakcie pustego grobu Jezusa. Aby fakt pustego grobu zrodził w nas głęboką i żarliwą wiarę winniśmy zgłębiać tajemnice naszego zbawienia zapisane na kartach Pisma św. Jednak w umacnianiu wielkanocnej wiary w zmartwychwstanie, najważniejsze są nasze spotkania z Chrystusem, który jest obecny pośród nas na różnorakie sposoby. Najbardziej realną formę swojej obecności pozostawił nam Jezus w czasie Ostatniej Wieczerzy. Pozostał z nami pod postaciami Eucharystycznymi. Stąd też tak ważne jest uczestnictwo we Mszy świętej. Chrystusa spotykamy także poprzez inne formy modlitwy, jak i też praktykowanie najważniejszego przykazania, przykazania miłości. Chrystus powiedział, że cokolwiek czynimy potrzebującemu, czynimy to Jemu samemu. W tym procesie wzrastania w wierze ważne jest otwarcie się na rzeczywistość nadprzyrodzoną, którą możemy nazwać łaską wiary. Czasami, człowiek może tak szczelnie zamknąć się na tę łaskę, że nic do niego nie dociera. Problem ten porusza Carl Sagan w powieści „Contact”.

Eleanor „Ellie” Arroway był astronomem, który przy pomocy radioteleskopu szukał w kosmosie pozaziemskich cywilizacji. Udało mu się nawiązać kontakt z taką cywilizacją. Otrzymał stamtąd instrukcję jak zbudować wehikuł, którym można dotrzeć do cywilizacji, z której otrzymał wiadomość. W czasie przygotowań do podróży musiał zgłębić nie tylko pewne tajniki techniczne, ale problemy natury teologicznej. Na temat tych ostatnich rozmawiał z młodym pastorem, Palmerem Moss. Ellie. Astronom był zdania, że nic nie można powiedzieć na temat Boga, ponieważ naukowo nie da się udowodnić jego istnienia. A zatem jeśli nie ma przekonywujących naukowych dowodów, to jedynie słusznym wnioskiem jest odrzucenie Jego istnienia. Wiara w kogoś, kto nie istnieje nie ma sensu.

Po wybudowaniu wehikułu, Ellie został wybrany przez zespół do odbycia podróży na spotkanie nowej cywilizacji. Wehikuł przeniósł go do całkiem innej rzeczywistości. To co tam spotkał przechodziło ludzkie pojęcie i wyobrażenie. Wydawało mu się, że w tym świecie pozostał bardzo długo, a w rzeczywistości ziemskiej ta podróż trwała bardzo krótko. Po powrocie, podekscytowany Ellie opowiadał o swoich doświadczeniach w nowym świecie. Jednak nikt nie chciał mu uwierzyć, patrzono na niego z niedowierzaniem. A on nie był stanie udowodnić naukowo istnienia rzeczywistości, która istniała realnie, i której osobiście doświadczył. Uwierzył mu tylko jeden człowiek, który nie był poznawczo ograniczony tylko do rzeczywistości ziemskiej, materialnej, był otwarty na istnienie rzeczywistości pozamaterialne i pozaziemskiej. Był nim pastor Palmer.

Wierzymy w zmartwychwstanie Jezusa dzięki świadectwu naocznych świadków. Św. Łukasz w Dziejach Apostolskich pisze o Jezusie: „A my jesteśmy świadkami wszystkiego, co zdziałał w ziemi żydowskiej i w Jerozolimie. Jego to zabili, zawiesiwszy na drzewie. Bóg wskrzesił Go trzeciego dnia i pozwolił Mu ukazać się nie całemu ludowi, ale nam, wybranym uprzednio przez Boga na świadka, którzyśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu”. Świadectwo o zmartwychwstaniu Jezusa apostołowie potwierdzali cudami i co ważniejsze, za tę prawdę oddali swoje życie. I jak tu nie wierzyć takiemu świadectwu? A zatem śpiewajmy radosne alleluja; Chrystus zmartwychwstał i my zmartwychwstaniemy (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚWIĘTA MARIA MAGDALENIA

Od niemal dwóch tysięcy lat wielkanocne dzwony obwieszczają światu nadzwyczajność tego poranka, a w milionach ludzkich serc potęguje się światło, które przebija mroczną zasłonę śmierci. O brzasku z kościołów wyruszają barwne procesje rezurekcyjne. Wtapiając się w bogatą liturgię wielkanocną myślą przenosimy się do pierwszego poranka wielkanocnego bez dzwonów i procesji, ale najważniejszego. Otóż stała się wtedy rzecz niebywała. Ewangelia mówi, że wczesnym rankiem, przed wschodem słońca Maria Magdalena przyszła do grobu swego ukochanego Mistrza Jezusa Chrystusa, który trzy dni wcześniej został ukrzyżowany i złożony w grobie. Ku swemu zdumieniu i przerażeniu odkryła, że grób jest pusty. Pobiegła, zatem do apostołów, aby im oznajmić, co się stało. Maria Magdalena była pierwszym świadkiem pustego grobu Jezusa, pierwszym świadkiem zmartwychwstania Chrystusa. Kim zatem ona była?

Wczesne przekazy chrześcijańskie utożsamiały wspomnianą Marię Magdalenę z jawnogrzesznicą, którą przyłapano na cudzołóstwie i przyprowadzono do Jezusa, aby ją potępił. A Jezus zamiast potępienia okazał jej miłosierdzie i darując jej grzechy przykazał, aby już więcej nie grzeszyła. Po tym wydarzeniu, jak mówi tradycja Maria Magdalena przyłączyła do kobiet, które towarzyszyły Jezusowi. Ale to nie ona była pierwszą osobą, która stwierdziła fakt pustego grobu Jezusa. Jeszcze inne przekazy utożsamiały Marię Magdalenę z osobą Marii z Betanii, siostrą Marty i Łazarza, która namaściła nogi Jezusa bardzo drogą maścią nardową i otarła je swoimi włosami. Według dzisiejszej wiedzy, to nie ona biegła w poranek wielkanocny do apostołów z wieścią pustego grobu.

W dzisiejszym czasie wiele zamętu wokół osoby Marii Magdaleny wprowadziła książka Dana Browna „Kod Leonarda da Vinci”, w której fikcja literacka została pomieszana z faktami historycznym w taki sposób, że wielu odbiera książkę jako wiarygodny dokument historyczny. Do fikcji należy wątek z Marią Magdaleną jako żoną Jezusa. Warto może przeanalizować, chociaż jeden fragment sposobu budowania tej fikcji, która zafałszowuje rzeczywistość. Wykorzystam tutaj fragment z książki dr Alfreda J. Palla pt. „Kod Leonarda da Vinci: fakty czy fikcja”. Dan Brown powołuje się w pierwszej kolejności na gnostycką Ewangelię wg Filipa z III wieku, która jest wątpliwym źródłem wiedzy. Według niej Maria Magdalena była kompanem, czy towarzyszem Zbawiciela. Bohater powieści Browna komentuje to słowami: „Każdy lingwista zajmujący się językiem aramejskim powie ci, że słowo towarzyszka w owych czasach oznaczało dosłownie małżonkę”. Błędem jest już samo odwołanie do aramejskiego, gdyż Ewangelia wg Filipa zachowała się w koptyjskim i jest tłumaczeniem z greki. Poza tym, jak napisał prof. Craig Blomberg, „żadne aramejskie ani hebrajskie słowo oznaczające ‘towarzysza’ normalnie nie oznacza małżonki czy małżonka”. Tekst koptyjski pozwala sądzić, że w greckiej wersji występowało słowo koinonos, które oznacza ‘towarzysza’ i dotyczy związków nie mających nic wspólnego z małżeństwem czy seksem.  Wszyscy, którzy wędrowali z Jezusem byli Jego towarzyszami, także Maria Magdalena, dlatego powyższy tekst z Ewangelii wg Filipa bynajmniej nie świadczy o intymnym związku. Na podobnych nieścisłościach i zafałszowaniach opiera się cała wspomniana książka. A zatem zapytajmy jeszcze raz: kim była kobieta, która pierwsza przybyła do pustego grobu Jezusa?

Maria pierwszy świadek pustego grobu Chrystusa pochodziła z Magdali, miejscowości handlowej leżącej w Galilei nad jeziorem Genezaret, niedaleko Tyberiady. Elżbieta Adamiak w książce pt. „Milcząca obecność” sugeruje, że nie podanie przy imieniu Marii imienia ojca lub męża, według ówczesnego zwyczaju, lecz tylko nazwy miejscowości, wskazuje na to, że była ona kobietą niezamężną, samodzielną. Marię Magdalenę wspomina św. Łukasz. „Następnie wędrował przez miasta i wsie, nauczając i głosząc Ewangelię o Królestwie Bożym. A było z Nim Dwunastu oraz kilka kobiet, które zostały uwolnione od złych duchów i od chorób: Maria zwana Magdaleną, którą opuściło siedem złych duchów, Joanna, żona Chuzy, rządcy Heroda, Zuzanna i wiele innych, które im usługiwały ze swego mienia” (Łk 8,1-3). Chrystus uwolnił Marię Magdalenę od siedmiu złych duchów. Liczba siedem może mieć znaczenie symboliczne. W tradycji żydowskiej siedem to pełnia. Może to oznaczać, że opętanie Marii Magdaleny przez złych duchów było powodem ogromnego cierpienia. Chrystus uwolnił ją od tych dolegliwości. Wdzięczna Maria Magdalena, po tym wydarzeniu znalazła się w gronie kobiet idących za Jezusem.

Wśród kobiet towarzyszących Jezusowi Maria Magdalena jest wymieniana prawie zawsze na pierwszym miejscu, co świadczy o szczególnej jej pozycji. Maria Magdalena była obecna przy ukrzyżowaniu Jezusa. Ewangelista Mateusz zanotował: „Było tam również wiele niewiast, które przypatrywały się z daleka. Szły one za Jezusem z Galilei i usługiwały Mu. Były wśród nich: Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba i Józefa oraz matka synów Zebedeusza” (Mt 27, 55-56). Wspomną to także ewangeliści Marek i Jan. Maria Magdalena pomagała także przy pogrzebie Jezusa. „Lecz Maria Magdalena i druga Maria pozostały tam, siedząc naprzeciw grobu” (Mt 27,61). Jednak najpiękniejszy moment w jej życiu miał miejsce w pierwszy poranek wielkanocny, opisany w sposób bardzo sugestywny przez św. Jana Apostoła i św. Marka.

Skoro świt Maria Magdalena wybrała się do grobu ukochanego Mistrza. Po przybyciu ujrzała odsunięty kamień i pusty grób. Zdumiona i przerażona biegnie z tą wieścią do Szymona Piotra i „do drugiego ucznia, którego miłował Jezus”. Obaj uczniowie, nie mniej zaskoczeni udają się jak najprędzej do grobu. Rzeczywiście grób jest pusty. „Wszedł i ów drugi uczeń, który pierwszy przybiegł do grobu, i ujrzał, i uwierzył”. Uwierzył, bo w tym momencie zrozumiał zapowiedzi Chrystusa o swoim zmartwychwstaniu. Uczniowie wrócili do domu, a Maria Magdalena pozostała przy grobie. I w pewnym momencie zobaczyła dwóch aniołów, którzy zapytali ją, dlaczego się smuci i płacze. Na co odpowiedziała: „Wzięli Pana mego, a nie wiem, gdzie go położyli”. Po czym ujrzała Jezusa, którego nie rozpoznała. Sądziła, że jest to ogrodnik, który miał pieczę nad tym miejscem, dlatego zapytała go: „Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie go położyłeś, a ja Go zabiorę”. A wtedy Jezus zwrócił się do niej po imieniu: „Mario!” I w tej chwili Maria Magdalena rozpoznała swego Mistrza. W jednym momencie smutek zmienił się w nieogarnioną radość, łzy smutku w łzy radości. Chrystus zmartwychwstał, Chrystus żyje. Zapewne pragnęła rzucić się do nóg swemu Mistrzowi, ale Chrystus powiedział do niej: „Nie dotykaj mnie, bo jeszcze nie wstąpiłem do Ojca; ale idź do braci moich i powiedz im: Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego, do Boga mego i Boga waszego” (J 20,17). Chrystus powiedział jej, że teraz najważniejszą jej misją jest powiadomienie uczniów, o tym, co się stało. Ma przekazywać dalej prawdę i dać świadectwo o zmartwychwstaniu. Maria Magdalena czyniła to z całym oddaniem przez całe życie. I to było powodem, że IX w. Rabanus Maurus przyznał jej tytuł „Apostołki Apostołów”.

Dalszą wiedzę o życiu Świętej czerpiemy z bardzo bogatej tradycji na ten temat jak i też legend. Według Ojców Wschodnich Maria Magdalena podobnie jak apostołowie podróżowała głosząc Dobrą Nowinę w krajach pomiędzy Italią i Azją Mniejszą. Gdy przybyła do Efezu, dołączyła do apostoła Jana i wraz z nim szerzyła wiarę chrześcijańską. Czyniła to do końca swego życia. Zmarła w Efezie, a jej relikwie w 899 r. zostały przeniesione przez cesarza bizantyjskiego Leona VI Mądrego do Konstantynopola (z książki Wypłynęli na głębię).

 

SZUKAJCIE TEGO CO W GÓRZE

Każdy kolejny poranek rezurekcyjny przybliża mi coraz pełniej misterium śmierci i zmartwychwstania. Może dlatego, że w tajemnicy tego poranka odnajduję życzliwy uśmiech bliskich mi ludzi, którzy przekroczyli próg śmierci. A ich, z roku na rok przybywa. Tak jak większość, powracam wspomnieniami do pierwszych, zapamiętanych poranków wielkanocnych. Na dworze zalegała jeszcze ciemność, a w rozświetlonym domu słychać było krzątaninę. Mama myła nasze zaspane buzie, ubierała w najnowsze ubrania, na nogi wkładała nie rozchodzone pantofle, kupione specjalnie na święta. Odświętność domu i niebiańska radość w sercu otwierała szeroko drzwi mojego rodzinnego domu. Ogarniało nas rześkie powietrze, na wschodzie pojawiały się poranne zorze, które witały nas pełną krasą wschodzącego słońca, gdy docieraliśmy do parafialnego kościoła. Pod nogami pierwsza wiosenna zieleń, połyskująca kropelkami rosy. A od czarnych zagonów, przytykanych delikatną zielenią wchodzących zbóż odrywał się skowronek i z wysokości nieba zaczynał rezurekcyjny śpiew. Ogarnięci nieprzeliczoną ciżbą wiernych wyruszaliśmy procesyjnie od grobu Pańskiego, aby na zewnątrz kościoła wyśpiewać radosne alleluja, ogłaszając światu, że Chrystus zmartwychwstał, i my zmartwychwstaniemy.

Nie byłoby radości rezurekcyjnej, gdyby nie poranek w Jerozolimie prawie dwa tysiące lat temu. Ewangelia mówi, że Maria Magdalena poszła do grobu Jezusa. Grób jednak był pusty. „Pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus miłował, i rzekła do nich: ‘Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono’”. Obraz męki Chrystusa, Jego śmierć na krzyżu, w pierwszej chwili przysłoniły Marii słowa Chrystusa o zmartwychwstaniu. Uczniowie pobiegli do grobu Pana. Pierwszy wszedł Piotr, który ujrzał „leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie”. Następnie św. Jan wszedł do grobu, który później napisał w Ewangelii: „Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On ma powstać z martwych”. W jednym momencie wszystko się odmieniło, gdy uwierzyli w zmartwychwstanie Chrystusa. Ich serca ogarnęła ogromna radość. Wielbiąc Boga wracali do swoich domów. Zapewne dostrzegli teraz piękno ogrodu z pustym grobem Jezusa. Zobaczyli kolorowe kwiaty, usłyszeli śpiew porannych ptaków. Razem z nimi radował się cały świat. Ta radość poprzez pokolenia dotarła do nas. I ona pozwala nam inaczej spojrzeć na śmierć.

Peter Kreeft, amerykański pisarz, publicysta, wykładowca uniwersytecki, profesor filozofii w Boston College i The King’s College w książce „Miłość silniejsza niż śmierć” pisze, że odpowiedź na pytanie, czym jest dla nas śmierć, decyduje o kształcie naszego życia i o tym, jak sobie radzimy z problemem przemijania. Pisze między innymi: „Życie albo ma znacznie, albo jest bez znaczenia, a to zależy od tego, czym jest śmierć”. Podkreśla, że zrozumienie misterium śmierci jest konieczne do mądrego życia. Odwołując się do ludzkich doświadczeń ukazuje kolejne, różne oblicza śmierci. Śmierć jako nieprzyjaciel człowieka rodzi poczucie nieuniknionej straty. Śmierć jako ktoś obcy, którego najlepiej zignorować i żyć jakby jej nie było. Śmierć jako przyjaciel rodzi pytanie, czy jest ona naszym przyjacielem, czy wrogiem? Jest raczej przyjacielem, który towarzyszy nam całe życie i jest jego podsumowaniem. Śmierć jako matka przemienia proces umierania w proces rodzenia do nowego życia. Śmierć jako ukochany prowadzi nas na spotkanie Światła, Miłości. Ta Miłość jest silniejsza aniżeli śmierć. Poranek wielkanocny przypomina nam i uobecnia tę Miłość. W blaskach tej Miłości, nawet śmierć jawi się jako przyjaciel. Św. Franciszek ujrzał oblicze śmierci jako przyjaciela, dlatego mógł powiedzieć: „Pochwalony bądź, Panie mój, przez siostrę naszą śmierć cielesną, której żaden człowiek żywy uniknąć nie może”. Do takiego spojrzenia na śmierć dochodzi się przez cierpienie, co trafnie ujmuje Wiktor Hugo w powieści Nędznicy: „Źrenica powiększa się w nocy i w końcu odnajduje w niej światło, podobnie jak dusza powiększa się w nieszczęściu i w końcu odnajduję Boga”.

Zapewne w takie oblicze śmierci spoglądał Wojciech Kilar, światowej sławy kompozytor, twórca muzyki symfonicznej, kameralnej i filmowej. Wybitny kompozytor zmarł 29 grudnia 2013. W wywiadzie dla Tygodnika Powszechnego, kilka lat przed swoją śmiercią powiedział: „Znam ludzi, którzy nie przyjmują do wiadomości, że kiedyś umrą. Mają nadzieję, że będą wyjątkiem. Każdy się boi cierpienia, samego faktu odejścia, tego, że życie potoczy się dalej już beze mnie… Nie chciałbym żony zostawić samej i ona nie chciałaby mnie zostawić samego. Ale to jest kwestia nie do rozwiązania.

Nie, nie obawiam się śmierci, tylko – po ludzku – cierpienia. Naprawdę. Najwspanialsze byłoby, gdybyśmy mogli razem z żoną, trzymając się za ręce, wejść razem do Królestwa Niebieskiego. Wiem, że brzmi to jak czysta grafomania. Nic na to nie poradzę. Tego chcę”. Zaś w wywiadzie dla tygodnika Niedziela czytamy: „Największym szczęściem jest to, że Pan Bóg dał mi kogoś, kogo kochałem. To nieważne czy ten ktoś mnie kochał. Akurat przypadkowo się złożyło, że ona mnie też kochała. Natomiast najważniejszy jest ten dar miłości. Tutaj wracamy do początku słowa Miłość. Za to jestem najbardziej wdzięczny Bogu, że uczynił mnie zdolnym do miłości”. To Chrystus, Miłość pisana przez duże M pomagała wybitnemu kompozytorowi tak a nie inaczej patrzeć na śmierć. W tym wzrastaniu w wierze pomagała mu jego żona Basia, która zmarła kilka lat wcześniej od niego. Powiedział o niej: „Bardzo jestem Bogu wdzięczny za ten szczególny moment, mający wpływ na całe moje późniejsze życie, które mogłoby potoczyć się w zupełnie innym kierunku, gdybym poznał osobę o innej wizji życia”.

Wojciech Kilar wraz z żoną spotkał się w Watykanie z papieżem. Tak wspomina:

„Ojciec Święty Jan Paweł II wysłuchał mojej ‘Missa pro Pace’, potem bardzo pięknie przemawiał i jeszcze napisał do mnie prywatny list z własnoręcznym podpisem, skreślonym drżącą już ręką. Gratulował mi raz jeszcze. W tym liście jest wiele takich słów, które dla mnie, katolika, są największą i najcenniejszą nagrodą. Po śmierci Papieża i mojej żony jeszcze mocniej jestem zobowiązany do bycia człowiekiem, do dania z siebie wszystkiego najlepszego, do nieustannej troski o to, by moje życie i muzyka były szlachetne i dobre”. Śmierć dla tego wielkiego artysty jawi się jako przyjaciel, którego po drugiej stronie życia można dojrzeć w obliczu Chrystusa, żony… . Prawda o świętym obcowaniu pozwala być razem nawet, gdy śmierć nas rozdziela. Wojciech Kilar powiedział: „W ubiegłym roku z okazji pierwszej rocznicy śmierci żony poświęciłem jej dwa nowe utwory: ‘Veni Creator’ i ‘Te Deum. Wiem, że pracy twórczej oczekuje ode mnie również teraz, często z nią rozmawiam, odwiedzam jej grób – po prostu wierzę w świętych obcowanie”.

W 1996 r. Kilarowie ufundowali trzy dzwony dla swojego parafialnego kościoła. Jeden z nich nosi imię Barbara. Inskrypcja na nim brzmi: „Głos mój budzi serca i sumienia wiernych, żeby z odwagą dawali świadectwo Ewangelii”. Ten dzwon, jak wszystkie dzwony w naszych kościołach zabrzmią w rezurekcyjny poranek, abyśmy z odwagą głosili Ewangelię o zmartwychwstaniu Chrystusa i częściej spoglądali w niebo, o czym przypomina nam św. Paweł w Liści do Kolosan: „Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi” (Kurier Plus, 2017).

 

SPEŁNIAJĄCE SIĘ SNY

W czasie tych świąt wesołe Alleluja, Chrystus zmartwychwstał, będzie się przedzierać dłużej niż zwykle przez cierpienie i krzyż pandemii, która głębokim cieniem kładzie się na naszym życiu. Zabraknie Triduum Paschalnego i naszego w nim udziału. Nie staniemy w Wielki Czwartek przy ołtarzu Wieczerzy Pańskiej w naszych parafialnych kościołach. Po skończonej Mszy nie uklękniemy przy ołtarzu Ciemnicy Pańskiej, która symbolizuje uwięzienie Chrystusa przed męką. Wrócą wspomnienia pięknych i wymownych dekoracji tego ołtarza i chwile ogromnej bliskości Boga w wyciszonej i przyciemnionej świątyni. Zabraknie nam przejmującej Liturgii Wielkiego Piątku i Ołtarza Grobu Pańskiego, przed którym spędzaliśmy długie godziny w modlitewnej zadumie. To tam, w tajemnicy cierpienia i śmierci Chrystusa rodziło się w nas radosne Alleluja. Drogą sentymentalnych wspomnień powrócą ołtarze Grobów Pańskich z całym bogactwem przepięknej i wymownej polskiej tradycji. Nie wyruszymy rześkim świtem do rodzinnego kościoła, aby w brzaskach wschodzącego słońca, śpiewu ptaków porannych wziąć udział w barwnej procesji i wpatrując się w złocistą monstrancję z Najświętszym Sakramentem śpiewać radosne Alleluja, Chrystus zmartwychwstał. Mimo tak ogromnych braków i niekończącej się pandemicznej drogi krzyżowej, wesołe Alleluja zabrzmi bezgłośnie jeszcze mocniej niż zwykle, jeszcze głębiej, z głębokości ludzkiego cierpienia, które uczepione krzyża Chrystusa dźwiga się ku życiu i zmartwychwstaniu. Chrystus żyje i my żyć będziemy.

Bolesnej pandemicznej rzeczywistości doświadczam osobiście od trzech tygodni, w prawie wszystkich jej symptomach. Łącznie z pokusą szpitalnego łóżka, niekoniecznie z respiratorem, ale za z to lekami, które pozwolą spokojnie przejść na drugi brzeg. Gdy piszę te rozważania czuję, że główną walkę mam za sobą. Wracam do zdrowia. Całe moje zmaganie wpisało się w liturgiczny obchód przygotowania do Świąt Wielkanocnych i mocno wpisywało się w tajemnice cierpienia, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Okres ten rozpocząłem niezapomnianymi rekolekcjami w Ziemi Świętej, a później kontynuowałem w Nowym Jorku. Tajemnice śmierci i zmartwychwstania przybierały prawie namacalny kształt, gdy myślałem o kapłanach z diecezji brooklyńskiej, którzy przegrali z wirusem, a wydawało się, że młodość jest atutem w tej walce. Te prawdy stawały się bliższe, gdy myślałem o znajomych, którzy przegrali tę walkę. Stawały się realnością, gdy znajome pielęgniarki mówiły, że respiratorów wystarcza dla młodszych pacjentów. Ja już do tej grupy bym się nie załapał. Te moje zmagania mocno były osadzone w wielkanocnej tajemnicy śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Byłem pewien, że ostateczne słowo będzie należeć do życia, niezależnie w jakim kształcie i jakiej rzeczywistości do mnie powróci. Z tej wielkanocnej tajemnicy rodziła się ogromna życzliwość znajomych i bliskich, która przybiera formę gorliwej modlitwy, życzliwego słowa i wielu innych form pomocy. Z tego także rodziła się nadzieja i życie. Z tego rodziła się świadomość, że niezależnie od ziemskiego wyniku zmagania, w naszym życiu zabrzmi radosne wielkanocne Alleluja, Chrystus zmartwychwstał i my zmartwychwstaniemy.

W tym czasie zmagania z wirusem przychodziły do mnie przez sny umacniającej prawdy wiary. Nie były to sny, których interpretacji trzeba szukać w sennikach. Szukanie wyjaśnień w tych księgach jest niedowierzaniem Bogu i niezgodne z nauką Kościoła. Mam na myśli sny, które rodzą się z bliskości osób po drugiej stronie życia. Tę bliskość wyznajemy w tajemnicy obcowania świętych. Wierzymy, że istnieje w Bogu bardzo ścisła więź żyjących na ziemi z żyjącymi w niebie. Ilekroć widzę w snach moich bliskich zmarłych, to odbieram to jako umocnienie wiary, że oni w tajemnicy zmartwychwstania Chrystusa żyją. Często pojawiają się w naszych snach z przeslaniem, które możemy najpełniej zrozumieć w ramach bezgranicznej miłości i głębokiej wiary w życie wieczne.

Może to wyglądać dziwne, że opowiadam sny, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że one mocno wpisane w tajemnice śmierci i zmartwychwstania Chrystusa przyszły jak umocnienie. Umacniały one wiarę, że jest cudowne miejsce, w którym teraz są moi bliscy, a ich miłość dosięga mnie z głębokości nieba. Pod koniec zmagania z wirusem ujrzałem we śnie piękny ogród pełen cudownych kwiatów a w nim mama, młoda, uśmiechnięta i wesoła. Ogród był pełen, miłości i życia. Poczułem się jak w rodzinnym domu. W tajemnicy świętych obcowania mamy pewność, że gdziekolwiek się spotkamy będą kwitły cudowne, rajskie ogrody. Następnego dnia ujrzałem we śnie rodzinny dom kryty strzechą, a w nim sceneria z lat mojego dzieciństwa. Na zewnątrz, czyli na dworze jak mówiono w moich stronach zabójcza pogoda. Staram się wpuszczać zwierzęta do dużej sieni domu, ale to mi nie wychodziło. Wtedy mama powiedziała: „Poproś tatę, on ci pomoże”. Tak zrobiłem i sprawa została rozwiązana. Następnego dnia w czasie rozmowy pani Maria z Polski powiedziała: „Niech się ksiądz nie obrazi, ale ksiądz często pisze o swojej mamie, a mniej o tacie, a on także na pewno kochał księdza”. To prawda, kochał. Tata zawsze jest w mojej modlitwie, jest w moim sercu i mojej myśli, ale tak jakoś przegapiłem. Rzeczywiście tata mi pomógł.

Takie pozytywne senne przeżycia świętych obcowania mają mocne osadzenie w pustym grobie Jezusa. Nie tak dawno przeżywałem z pielgrzymami rekolekcje wielkopostne w Ziemi Świętej. Najważniejszym miejscem pielgrzymkowym była Golgota i Grób Pański. Zazwyczaj w kolejce do Grobu Pańskiego stoi się kilka godzin. Tym razem w związku z rozszerzająca się pandemią wirusa Jerozolima powoli pustoszała. W Bazylice Grobu Pańskiego pustki. Kilka razy nawiedziliśmy Golgotę i Grób Pański. Dotkaliśmy płyty, na której spoczywało ciało naszego Pana. Ten dotyk przeorywał głęboko nasze serca i umysły. O znaczeniu dla nas tego dotyku świadczyły łzy, których pielgrzymi nie mogli powstrzymać, wychodząc z grobu. Wychodzili odmienieni, z niesamowitą radością, optymizmem, mówiąc, że tego nie da się wyrazić żadnym słowem. O nawiedzenia Grobu Pańskiego pisałem w książce – albumie „Śladami Boga”: „W modlitewnym rozgwarze Bazyliki Grobu Pańskiego myślą wracam do Wielkanocy przeżywanej w rodzinnym domu. W tym świętym miejscu wspomnienia wielkanocne nabierają szczególnej głębi i znaczenia. W domu mojego dzieciństwa wielkanocna radość zaczynała się już w Wielką Sobotę rano. Odświętność można było zauważyć na zewnątrz, promieniowała ona z każdego zakątka zagrody i domu. Porządek wysprzątanego obejścia cieszył oko. Wybielone ściany domu świeciły nieskazitelną czystością i pachniały świeżym wapnem. W przydomowym ogródku żółte żonkile były zwiastunami budzącego się życia i przychodzącej wiosny. Mieszały się zapachy, gdy mama przygotowywała w dużym koszyku święconkę. Był w nim chleb, szynka, kiełbasa, sól, pisanki, chrzan, masło, cukrowy baranek, lukrowana drożdżowa baba, słowem – całe paradne, świąteczne jadło. O wyznaczonej godzinie wszyscy z koszykami w rękach zdążali pod wiejską figurę, gdzie odbywało się poświęcenie wielkanocnych pokarmów.

W niedzielny świt pośród delikatnej wiosennej zieleni, przy akompaniamencie śpiewu skowronka, zdążaliśmy do parafialnego kościoła w Majdanie Sopockim na uroczystą Rezurekcję. Kościół był wypełniony nieprzebraną rzeszą ludzką. Przy grobie Pana Jezusa stali strażacy w mundurach z toporkami w ręku. Kapłan z orszakiem procesyjnym przychodził do Grobu Pańskiego, a chór śpiewał: „Chrystus prawdziwie zmartwychwstał. Alleluja”. „Jemu chwała i panowanie przez wszystkie wieki. Alleluja”. Kapłan okadzał Najświętszy Sakrament i śpiewał: „Niebo i ziemia się cieszą. Alleluja”. A wierni odpowiadali: „Ze zmartwychwstania Twojego, Chryste. Alleluja”. Wraz z pierwszymi promieniami słońca i słowami pieśni: „Chrystus zmartwychwstał. Alleluja” ruszała rozśpiewana procesja. Wschodzące słońce odbijało się w złotej monstrancji, a po okolicy niosło się radosne: „Alleluja, Chrystus zmartwychwstał”.

A zatem śpiewajmy razem z niebem, z chórami aniołów, z porannymi ptakami radosne, wielkanocne Alleluja, Chrystus zmartwychwstał i my zmartwychwstaniemy. Śpiewajmy, szczególnie w czasie, gdy na naszą codzienność pada krzyż cierpienia (Kurier Plus, 2020).

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *