4 Sty

Wielkanoc Rok C

 

ALLELUJA!

Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus miłował, i rzekła do nich: „Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono”. Wyszedł więc Piotr i ów drugi uczeń i szli do grobu. Biegli oni obydwaj razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy do grobu. A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka. Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On ma powstać z martwych (J 20,1-9).

Na stałe wpisują się w naszą pamięć świąteczne przyjazdy do rodzinnego domu. Nieraz z oddali, w świątecznych dniach, wracamy tylko pamięcią pod rodzinną strzechę. Czasem zarastają zielskiem ścieżki naszego dzieciństwa; nie ma, komu ich wydeptywać. Nikt już nie wychodzi przed wrota na nasze powitanie. Świąteczny stół, kto inny w tym miejscu zastawia. Upadające płoty czynią bezbronną rodzinną zagrodę. Zostaje ona jednak bezpieczna w naszej serdecznej pamięci. Można tam zawsze wrócić i znaleźć pokrzepienie duszy.

Wielkanoc jest zaproszeniem do przeżywania tajemnicy śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, jak i też zaproszeniem do rodzinnego stołu, przy którym, składając sobie życzenia, dzielimy się jajkiem- symbolem odradzającego się życia. Te święta kojarzą się z radością pierwszej delikatnej, wiosennej zieleni. Życia budzącego się z zimowego uśpienia. Żółte forsycje na wzniesieniach i kaczeńce na podmokłych łąkach. A także żonkile tego samego koloru wyrastające w przydomowym ogródku to nieodłączny obraz powracających wielkanocnych wspomnień.

Jednak, Wielki Tydzień odsuwał na drugi plan uroki świata przyrody. Wysprzątane i udekorowane kościoły emanowały powagą nabrzmiałą radością Wielkanocnej Niedzieli. Atmosfera kościelnej powagi nadawała także rytm świątecznym porządkom w domu. Wszystko trzeba wyczyść i wysprzątać, wyprać. Pracy wiele, ale nie mogło zabraknąć czasu na udział w kościelnych nabożeństwach. Wielki Czwartek, dzień ustanowienia Eucharystii. Msza św., podczas której kapłan, na podobieństwo Chrystusa w czasie Ostatniej wieczerzy, umywa nogi dwunastu wybranym parafianom. A potem milkną dzwony i organy. Tylko głuchy łoskot drewnianych kołatek, przejmującym głosem mówi o męce i śmierci Chrystusa. Cały Wielki Piątek wypełniony jest bolesną powagą. Przez post i modlitwę łączymy się z tym cierpieniem. Wieczorem tego dnia trwa modlitwa przy Grobie Pańskim, nie milknie nawet w nocy. Rzewne pieśni i straż przy Grobie Pana są dopełnieniem tych świętych dni.

W Wielką Sobotę powoli zwycięża radość zmartwychwstania. Od samego rana dzieci i dorośli z kolorowymi i pachnącymi koszyczkami gromadzą się w kościołach, domach, pod figurami i innych miejscach, aby poświęcić wielkanocne pokarmy. Wśród kiełbas, szynek, ciasta i pisanek można dostrzec cukrowego baranka z czerwoną chorągiewką- to znak zmartwychwstania. Radość emanuje z każdego miejsca. Usta jeszcze milczą, ale serca już śpiewają radosne Alleluja. Bogata liturgia Wielkiej Soboty przez poświęcenie ognia, paschału, wody i odśpiewanie Orędzia przybliża nam tajemnicę poranka wielkanocnego. Jednak pełnią mocy, wesołe Alleluja zabrzmi w niedzielny poranek na Mszy rezurekcyjnej. Wraz ze wschodem słońca wyruszy barwna i radosna procesja. A rozkołysane dzwony poniosą w świat radosną wieść: Alleluja, Chrystus zmartwychwstał.

Radość ze zmartwychwstania Chrystusa nie jest tylko radością historyczną. To także dzisiaj, przez fakt zmartwychwstania Chrystusa spełniają się odwieczne pragnienia człowieka. Jakie one są?

27 osób zawierzyło idei, że nauka odkryje pewnego dnia źródło wiecznej młodości. Ci ludzie, wszyscy nieuleczalnie chorzy, są „pacjentami” Alcour Life Extension w Arizonie, gdzie ich ciała albo same tylko głowy zostały zamrożone w płynnym azocie. Czekają oni dnia, kiedy nauka znajdzie sposób przywrócenia im życia. 10 pacjentów zapłaciło po 120 tys. dolarów za zamrożenie całego ciała, 17 po 50 tys. dol. za zamrożenie samej głowy. Ci ostatni sądzą, że nauka będzie kiedyś w stanie z samej głowy odtworzyć cały organizm. Jeden z członków Alcour, który podjął decyzję o zamrożeniu ciała na pytanie: dlaczego? Odpowiada: „Dla jednej dziwnej racji, ja lubię żyć. Ja nie chcę umrzeć. W porządku?” Czy jest to możliwe na tej drodze? Sam szef tego instytutu nie jest w stanie twierdząco odpowiedzieć.

Wydarzenie, które miało miejsce w Jerozolimie, rankiem w pierwszy dzień po szabacie mówi nam o możliwości zwycięstwa nad śmiercią. Maria Magdalena wybrała się do grobu Jezusa i ku swemu przerażeniu odkryła, że jest on pusty. Fakt ten potwierdzili apostołowie. Pusty grób mówił sam za siebie, rodził przeczucia, że stało się coś nadzwyczajnego. Przeczucia te stały się pewnością, gdy zmartwychwstały Chrystus ukazał się apostołom i wielu innym uczniom. Chrystus zmartwychwstał, zwyciężył śmierć i żyje. Co więcej powiedział, że kto w Niego wierzy również żyć będzie. A zatem dzwony rezurekcyjne głoszą światu zmartwychwstanie Chrystusa i nasze zwycięstwo nad śmiercią.

Mając taką wiarę inaczej patrzymy na śmierć. Jest ona jak gdyby zmianą miejsca zamieszkania. Tohmas Talmage, pastor małej parafii, swoją wiarę w tę prawdę wyrażał w ten sposób. Nigdy nie usuwał imion zmarłych parafian z ksiąg parafialnych. Zapisywał je na liście parafian, którzy zmienili miejsce zamieszkania. Pod koniec swej pracy duszpasterskiej pastor miał zapisanych 3000 parafian, w tym 2500 tych, którzy zmienili miejsce swego pobytu.

Przy wielkanocnym stole wspomnimy zapewne naszych bliskich, którzy „zmienili miejsce zamieszkania”. To nowe miejsce dzięki śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa jest miejscem życia a nie śmierci (z książki Ku wolności).

 

SZUKANIE CHRYSTUSA

Gdy Piotr przybył do domu setnika Korneliusza w Cezarei, przemówił w dłuższym wywodzie: «Wiecie, co się działo w całej Judei, począwszy od Galilei, po chrzcie, który głosił Jan. Znacie sprawę Jezusa z Nazaretu, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą. Dlatego że Bóg był z Nim, przeszedł On, dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła. A my jesteśmy świadkami wszystkiego, co zdziałał w ziemi żydowskiej i w Jeruzalem. Jego to zabili, zawiesiwszy na drzewie. Bóg wskrzesił Go trzeciego dnia i pozwolił Mu ukazać się nie całemu ludowi, ale nam, wybranym uprzednio przez Boga na świadków, którzy z Nim jedliśmy i piliśmy po Jego zmartwychwstaniu. On nam rozkazał ogłosić ludowi i dać świadectwo, że Bóg ustanowił Go sędzią żywych i umarłych. Wszyscy prorocy świadczą o tym, że każdy, kto w Niego wierzy, przez Jego imię otrzymuje odpuszczenie grzechów» (Dz 10, 34a. 37-43).

Przeżywając radość najważniejszych świąt chrześcijańskich nie sposób, choć w wyobraźni nie przejść cmentarnymi alejkami. Bo to właśnie w tym miejscu najpełniej można odczuć wielkość i wspaniałość zdarzenia, które przypomina i uobecnia Wielkanoc.

Kiedy tracimy kogoś bliskiego trudno nam się z tym pogodzić, że odszedł na zawsze. Chcemy zachować na wszelkie możliwe sposoby więzi, jakie łączą nas ze zmarłymi. Z tej racji często przekraczamy bramę cmentarną i zatrzymujemy się na grobami, w których spoczywają szczątki naszych najbliższych; modlimy się, zapalamy znicze, kładziemy kwiaty. Te odwiedziny przywołują, z jednej strony bolesną rzeczywistość śmierci, z drugiej zaś strony krzyż nagrobny staje się wezwaniem do odbycia podróży w czasie i przestrzeni. Podróży do Jerozolimy prawie sprzed dwóch tysięcy lat. Jest świt. Kobiety, jako pierwsze idą na cmentarz poza murami miasta. Zapewne ich wewnętrzny nastrój nie różnił się od naszego, gdy idziemy na świeży grób kogoś bardzo bliskiego. Idą do grobu swego ukochanego Mistrza. Trzy dni wcześniej został ukrzyżowany i pochowany nieopodal krzyża w grobie ofiarowanym przez Józefa z Arymatei. Przychodzą i zastają pusty grób. Nie zdarzyły się jeszcze z tego otrząsnąć, a tu aniołowie szokują ich nową wieścią: „Dlaczego szukacie,żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał”

Może ich przeżycia w tym momencie były podobne do przeżyć kobiety z Kansas. W czasie pracy w fabryce przybyło do niej dwóch oficerów armii amerykańskiej i oznajmiło, że jej syn Clayton poległ na polu bitewnym podczas wojny w Zatoce Perskiej. Zdruzgotana pogrążyła się w rozpaczy. Mijały długie dni brzemienne w ból i cierpienie. Aż tu pewnej nocy dzwoni telefon. Zrozpaczona słyszy w słuchawce znajomy głos: „Mamo, to ja, Clayton. Żyję”. Musiał to powtórzyć trzy razy, aby te słowa dotarły do świadomości osłupiałej matki. Syn wyjaśnił, że jest ranny, ale czuje się bardzo dobrze. Matka zaczęła płakać. Były to najradośniejsze łzy w jej życiu. Później, na pytanie reportera, jak będzie świętować powrót syna, odpowiedziała tylko tyle: ”Wyściskam go na śmierć”.

O wiele głębsza była radość kobiet, które dowiedziały się, że Chrystus zmartwychwstał, że żyje. Chrystus zmartwychwstał, aby więcej nie umierać. Tej radości nie mąci perspektywa śmierci. Ta radość jest radością nie tylko z tego, że Chrystus zmartwychwstał, ale także radością, że i my zmartwychwstaniemy i żyć będziemy. Czy mogło się zdarzyć coś wspanialszego w dziejach ludzkości niż to? Kobiety były pierwszymi świadkami tego najważniejszego cudu, ale nie ostatnie. Jezus ukaże się jeszcze wiele razy swoim uczniom, aby nie mieli żadnych wątpliwości, co do Jego zmartwychwstania. Szczęśliwy jest ten, kto nie ma takich wątpliwości. Wtedy otwiera się przed nim źródło najczystszej radości, może śpiewać sercem i duszą wielkanocne Alleluja.

W mojej pamięci poranek wielkanocny kojarzy się z wczesnym świtem, rześkim chłodem, wiosenną delikatną zielenią i pierwszym porannym śpiewem skowronka. To one wyznaczały moją drogę do parafialnego kościoła w Majdanie Sopockim na uroczystą Rezurekcję. Wraz z pierwszymi promieniami słońca i słowami pieśni: „Chrystus zmartwychwstał, Alleluja” ruszała procesja, a wtedy nieogarniona radość eksplodowała w naszych sercach. Głos rezurekcyjnych dzwonów niósł się po okolicy i oplatał krzyże na pobliskim cmentarzu. Ten głos można było jeszcze słyszeć, gdy po Rezurekcji odwiedzaliśmy cmentarz. Zamilkło jego fizyczne brzmienie, ale brzmiał on w sercach niesłyszalną melodią radości zmartwychwstania nie tylko Chrystusa, ale także tych, których świątecznie odwiedzaliśmy na cmentarzu. Tych niezgłębionych przeżyć doświadczają ci, którzy odnaleźli w swoim życiu Chrystusa.

Szukanie Chrystusa jest szukaniem wielkanocnej radości, którą odnajdujemy nieraz na drodze cierpienia. Ale kto ją odnalazł za nic ma wszelkie te udręki. Na drodze szukania zmartwychwstałego Chrystusa staje wiele świadków. Takim milczącym świadkiem jest tzw. Całun Turyński, płótno, w które było owinięte po śmierci Ciało Chrystusa. Na tym płótnie odbiła się podobizna Jezusa. Papież Jan Paweł II powiedział o Całunie. „Dla człowieka wierzącego istotne jest przede wszystkim to, że Całun to zwierciadło Ewangelii. (…) Każdy człowiek wrażliwy kontemplując go, doznaje wewnętrznego poruszenia i wstrząsu… Całun jest naprawdę znakiem niezwykłym, odsyłającym do Jezusa, prawdziwego Słowa Ojca, i wzywającym człowieka, by naśladował w życiu przykład Tego, który oddał za nas samego siebie…”

Prowadzone od blisko 100 lat przez naukowców najróżniejszych dziedzin wiedzy żmudne i wszechstronne badania Całunu Turyńskiego wskazują na jego autentyczność. Amerykańscy fizycy z U.S. Air Force Academy J. Jackson I E. Jumper odkryli, że odbicie na Całunie jest trójwymiarowe. Szczegółowe badania stwierdzają, że tego wizerunku nie jest w stanie odtworzyć współczesna nauka, tym bardziej nie mógł dokonać tego żaden fałszerz. Odbicie to nie zostało namalowane pędzlem lub inną techniką i nie jest dziełem ludzkim. Jak powstał ten wizerunek do dziś nauka nie może wyjaśnić. J. Jackson powiedział: „Na podstawie procesów fizyko-chemicznych do dziś poznanych, mamy podstawy, aby twierdzić, że wizerunek całunowy nie powinien zaistnieć, lecz jest on rzeczywisty, nawet, gdy nie jesteśmy w stanie wyjaśnić, jak powstał”. Naukowcom wydaje się, że prawdopodobniej utrwalenie negatywu Ukrzyżowanego na Całunie, dokonało się na skutek jakiegoś tajemniczego wybuchu energii od wewnątrz. Nastąpiło wtedy utrwalenie obrazu na skutek „przypalenia” powierzchni włókien przez promieniowanie podczerwone lub bombardowanie protonami o energii 1 megaelektronowolta. Podobnych argumentów można by mnożyć w tysiące. Napisano na ten temat setki książek. Mając to na uwadze Jan Paweł II powiedział: „Przyjmując argumenty wielu uczonych, Święty Całun Turyński jest szczególnym świadkiem Paschy: Męki, Śmierci i Zmartwychwstania. Świadek milczący, lecz jednocześnie zaskakująco wymowny”.

Jest to milczący świadek zmartwychwstałego i żyjącego wśród nas Chrystusa, który staje przed nami i mówi jak do niewiernego Tomasza, dotknij mnie i uwierz, i śpiewaj wraz z innymi radosne Alleluja, Chrystus prawdziwie zmartwychwstał (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecane).

 

ŚPIEWAJMY WESOŁE ALLELUJA

Bracia: Jeśliście razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus zasiadając po prawicy Boga. Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi. Umarliście bowiem i wasze życie ukryte jest z Chrystusem w Bogu. Gdy się ukaże Chrystus, nasze życie, wtedy i wy razem z Nim ukażecie się w chwale (Kol 3, 1-4).

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy stałem nad otwartym grobem, żegnając kogoś bliskiego. Zapewne było to dosyć wcześnie, bo w czasach mojego dzieciństwa od najmłodszych lat ukazywano dzieciom życie w pełnym jego wymiarze, a w ten wymiar wpisywała się także śmierć z całym jej tragizmem i bólem. Jednak z tym bolesnym wymiarem życia, którego znakiem była otwarta trumna i mogiła na cmentarzu, mógł zmierzyć się tylko grób Jezusa, który przygotowywano na święte Triduum Paschalne w moim rodzinnym kościele. I ten grób wpisywał się w moją pamięć od najwcześniejszych lat mojego życia. W miarę dorastania, wielkanocny ołtarz grobu Pańskiego docierał do mnie z coraz to nowymi treściami, ubogacał moją wiarę i pozwalał mi mądrzej i spokojniej patrzeć na życie, o którym mówi psalmista: „Wartko porywasz ich, są jak sen poranny, / Jak trawa, która znika: /Rano kwitnie i rośnie, / Pod wieczór więdnie i usycha”.

Pierwszy zapamiętany przez mnie Grób Pański w rodzinnym kościele, w Majdanie Sopockim powraca do mnie, jak wspomnienie radosnego i beztroskiego dzieciństwa, jak arkadia utraconego raju. Pamiętam nabożną ciszę Wielkiego Piątku w rodzinnym domu. Wszystko było nabrzmiałe tajemnicą Męki Pańskiej, którą wyczuwało się nie tylko w wiejskiej zagrodzie, ale także na wiejskim gościńcu. A szczególnie wtedy, gdy szliśmy do kościoła na nabożeństwo Wielkiego Piątku. Wędrowałem przez pola, lasy i łąki prawie cztery kilometry. Najczęściej była to wczesna wiosna, wszystko budziło się do życia. W drodze towarzyszyła nam delikatna wiosenna zieleń, pierwsze kwiaty, śpiew ptaków, klekotanie bocianów. Radość budzącego się życia ogarniała cały świat. Dziecięce serce śpiewało z radości nawet w drodze na nabożeństwo Męki Pańskiej, nawet przy grobie Jezusa. Przez cierpienie Jezusa, Jego grób czuliśmy już radość wielkanocnego poranka. Po nabożeństwie wielkopiątkowym odsłaniano figurę martwego Jezusa, a przy grobie stawali umundurowani strażacy z toporkami w ręku. Mieli pilnować Jezusa, aby ktoś nie wykradł Jego ciała. Smutno nam było, gdy Jezusa krzyżowano, gdy składano do grobu, stawiano straż. Byliśmy jednak pewni, że w poranek wielkanocny strażacy z hukiem padną na ziemię, a Jezus wyjdzie z grobu. I jak tu się smucić, mając taką pewność. Pewność zmartwychwstania była powodem beztroskiej radości, nawet przy grobie.

Wiele lat później wybrałem się do Jerozolimy i odwiedziłem Bazylikę Grobu Pańskiego. W modlitewnym skupieniu czekałem na dotknięcie skały, na której było złożone ciało Jezusa. Samego dotknięcia nie da się opisać. Zaś wychodząc z Grobu Pańskiego czuje się, jakby materialne i czasowe związanie liturgii Paschalnej rodzinnego kościele z tym co się wydarzyło w tym miejscu prawie dwa tysiące lat temu. Ewangelia z dzisiejszej uroczystości opisuje to tymi słowami: „Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus miłował, i rzekła do nich: ‘Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono’”. Apostołowie pobiegli do grobu. Jan, który był tym drugim uczniem napisał: „Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On ma powstać z martwych”. Gdy uwierzyli, że Chrystus naprawdę zmartwychwstał ogromna radość wypełniła ich serce.

Dodatkową głębię grobu Jezusa odkryłem, gdy przyszło mi towarzyszyć moim rodzicom w ich ostatniej drodze. Nocą przyjechałem z Nowego Jorku do rodzinnego domu, gdzie umierał mój tata. Następnego dnia, przed południem, na chwilę zostałem z nim sam na sam. Wiedziałem, że odchodzi do Pana. Położyłem rękę na jego czole i mówiłem, jak bardzo go kochamy. I pewnym momencie poczułem jak śmierć swym chłodem liże moją rękę. Wyszedłem z domu. Ogarnęła mnie łagodna cisza polskiej złotej jesieni, a we wnętrzu czułem powagę, spokój i nadzieję Wielkiego Piątku, gdzie na dnie cierpienia i śmierci ukryta jest radość wielkanocnego poranka. Śmierć taty umocniła we mnie nadzieję, jaką niesie pusty grób Jezusa.

Jeszcze głębiej dotknąłem tajemnicy grobu Jezusa, gdy przyjechałem na pogrzeb mamy. Ten przyjazd tak wspominałem w książce „Aby mądrzej żyć”. Ze ściśniętym sercem wszedłem do kaplicy szpitalnej. Śmiertelna cisza. Położyłem swoją dłoń na jej splecionych rękach. A krople łez jak paciorki różańca, którym oplecione były jej ręce spadały na ziemię. Czas się zatrzymał. Przez następne dwa dni często wpatrywałem się w te ręce, a tuż przed zamknięciem wieka trumny ucałowałem je najserdeczniej jak tylko mogłem. Były to ręce mojej mamy. Na tych rękach widać było ślady ciężkiej pracy. I to czyniło je najpiękniejszymi w świecie. Z każdego zniekształcenia emanowała miłość. Patrząc na nie widziałem jej poświecenie, zapracowanie, aby niczego nam nie brakowało. Te opadające ze zmęczenia ręce miały jeszcze siłę, aby nas przygarnąć, przytulić, kreślić znak krzyża na naszych czołach. Te ręce mówiły o najcudowniejszych wartościach, jakie zawierają się w słowie „matka”. Takie ręce nigdy nie umierają, miłość, jaką niosą dosięga najdoskonalszej Miłości- Chrystusa, w którym jest życie i zmartwychwstanie”.

Dzisiaj pusty grób Jezusa jest dla mnie miejscem, gdzie ukryta jest największa miłość Jezusa i moich bliskich, miłość która każde cierpienie i śmierć przekuwa w zmartwychwstanie. A dokonuje się to w mocy wiary, do której ciągle powinniśmy dorastać. Dla ilustracji przytoczę przykład z sztuki teatralnej Gore Vidal, amerykańskiego pisarza, dramaturga, scenarzysty i polityka pod tytułem „The Best Man”. Otóż w czasie brutalnej kampanii przedwyborczej na prezydenta, były prezydent zapytał: „Bill, czy ty wierzysz w Boga?” „Przyjąłem chrzest w Kościele episkopalnym i do niego należę”- odpowiedział zdecydowanie kandydat na prezydenta. „Nie o to pytałem – powiedział były prezydent- Jestem metodystą i pytam cię jeszcze raz, jeśli wierzysz w Boga, to czy masz pewność, że staniesz kiedyś na sądzie ostatecznym i że będziesz żył wiecznie?” Następnie były prezydent wyznał, że umiera na raka: „Mówię ci, mój synu…. Boję się bardzo śmierci… Nie chciałbym, aby po mnie pozostała odrobina prochu”.             Odpowiedzą na ten lęk są słowa Jezusa: „Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie”. O prawdziwości tych słów mówi pusty grób w jerozolimskim ogrodzie i słowa Jezusa zmartwychwstałego: „To ja jestem”. A zatem jeśli uwierzysz całym swoim sercem, całą swoją duszą, to będziesz mógł z przekonaniem śpiewać radosne Alleluja, Chrystus zmartwychwstał i ja zmartwychwstanę.

Tej wiary nie możemy zatrzymać tylko dla siebie, mamy ją przekazywać innym. W Dziejach Apostolskich czytamy: „On nam rozkazał ogłosić ludowi i dać świadectwo, że Bóg ustanowił Go sędzią żywych i umarłych. Wszyscy prorocy świadczą o tym, że każdy, kto w Niego wierzy, w Jego imię otrzymuje odpuszczenie grzechów” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

ŚWIATŁO WŚRÓD NOCY

„Pół roku temu stałam wraz z Tatą i młodszym rodzeństwem przy trumnie naszej Mamy. Odeszła od nas po krótkiej chorobie. Wszystko stało się tak szybko, że nadal nie potrafię się pozbierać po tym bolesnym dla nas wydarzeniu. Jak zawsze w takiej sytuacji rodzi się pytanie: dlaczego?

Ja jednak pełna wewnętrznego buntu powtarzałam sobie: Ona musi żyć! Nie tyle w sensie fizycznym, z nami, ile raczej. Przecież Mama nam przekazała życie, tak bardzo pragnęła żyć, tak bardzo nas kochała… To byłby absurd, gdyby wszystko miało się skończyć z chwilą jej śmierci. Z takim nastawieniem serca przeżywam chwilę, gdy wypowiadam słowa: ‘Wierzę w ciała zmartwychwstanie i żywot wieczny Amen’. To końcowe ‘amen’, jako potwierdzenie mojej wiary, bardzo wiele mnie kosztuje”. Tak pisała maturzystka Izabela na łamach „Gościa niedzielnego”(17/2000). Podobne pytanie: dlaczego? powtarzał mały chłopiec na pogrzebie swojej mamy. Patrząc jak pierwsze grudki ziemi spadały na jej trumnę w bezsilnej rozpaczy pytał: dlaczego oni ją zasypują?

Podobne pytania rodzą się w naszym sercu, gdy spoglądamy w mroczną przepaść grobu, szczególnie wtedy, gdy skrywa ona kogoś bliskiego. Ta ciemność, jakby wypełza z czeluści ziemi i ogarnia naszą duszę. W tym mroku, na różnych drogach szukamy światła i nadziei. Czasami u kresu naszej ziemskiej drogi okazuje się, że światło, za którym szliśmy było złudnym światłem, które nie wytrzymuje konfrontacji z ciemnością śmierci. Doświadczenie i historia uczą nas, że wszelkie próby przezwyciężenia tej ciemności o własnej, ludzkiej mocy są skazane na niepowodzenie. Właściwy trop szukania wyznacza modlitwa kierowana do Boga w czasie chrześcijańskiej liturgii pogrzebowej: „A światłość wiekuista niechaj im świeci na wieki”. Owa światłość jest dostępna dla ludzi otwartych, którzy nie ograniczają swojej egzystencji tylko do świata materii i rozumowego pojmowania. Jest ona dostępna ludziom, którzy w pełni akceptują możliwości poznawcze rozumu, zdając sobie jednak sprawę z jego ograniczoności, otwierają się na poznanie jakie niesie światło wiary. Wiara nie ignoruje rozumu, dowodem tego są wierzący uczeni i myśliciele. Rozum podprowadza do granicy poznania Boga. Aby przekroczyć tę granicę trzeba postawić jeszcze jeden krok, krok wiary. I dopiero wtedy możemy doświadczyć światła, które przenika mroki śmierci.

Święta Wielkanocne są jasnym promieniem, który rozdziera wspomnianą ciemność. Polska nazwa tych najważniejszych chrześcijańskich świąt zawiera w sobie słowo „noc”. Wielkanoc, to nie tylko wielka, ale i niepowtarzalna noc w dziejach ludzkości. Ciemność tej nocy rozdarła nad Jerozolimą niezwykła światłość eksplodująca z grobu Jezusa Chrystusa. Zapowiedzią tego wydarzenia była noc wyprowadzenia Izraelitów z niewoli egipskiej. Uratowani krwią baranka, uchodząc przed pościgiem wojsk faraona przeszli po suchym dnie Morza Czerwonego. W Biblii czytamy: „Tej nocy czuwał Jahwe nad wyjściem synów Izraela, dlatego ta noc będzie nocą czuwania po wszystkie czasy”. Dopełnieniem i wypełnieniem tej nocy była światłość przy grobie Chrystusa. Według relacji ewangelistów świadkami jej byli tylko strażnicy, którzy na polecenie starszyzny Izraela pilnowali grobu Jezusa, aby nie wykradziono Jego ciała i nie powiedziano, że zmartwychwstał, tak jak wcześniej przepowiedział. Przekupieni strażnicy głosili, wbrew swemu doświadczeniu, na polecenie starszyzny, że zasnęli, a wtedy uczniowie wykradli ciało Jezusa. Widzimy jak ludzkie wyrachowanie, przewrotność może przesłonić nawet tak ogromne światło. Jednak wbrew fałszywemu świadectwu owe światło ogarnęło cały świat i ogarnia nas świętujących zmartwychwstanie Chrystusa. W liturgii paschalnej, jak rezurekcyjny dzwon brzmią słowa aniołów: „Dlaczego szukacie, żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał”.

W przeżywanie tych prawd wprowadza nas sobotnia liturgia Wigilii Paschalnej. Rozpoczyna się poza kościołem. W ciemności płonie ognisko, od którego, po poświęceniu kapłan zapala paschał, symbol Chrystusa zmartwychwstałego. Następnie wnosi go do kościoła pogrążonego w ciemności. Ciemność świątyni rozprasza tylko płomyk paschału. Kapłan podnosi świecę i śpiewa: „Światło Chrystusa”. Po czym od paschału wierni zapalają swoje świece. Morze płomyków wypełnia świątynię. Robi się jasno. O znaczeniu tego światła mówi radosne Orędzie Paschalne, zaczynające się słowami: „Weselcie się już, zastępy Aniołów w niebie! Weselcie się słudzy Boga. Niechaj zabrzmią dzwony głoszące zbawienie, gdy Król tak wielki odnosi zwycięstwo”. Jest to światło, którego doświadczyła Maria Magdalena w poranek wielkanocny przy grobie Jezusa. Przy pustym grobie zapłonęło w niej światło wiary. Tak jak w liturgii Wielkiej Soboty odpalamy świece od paschału, tak Maria Magdalena ze światłem wiary pobiegła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia. Następnie to światło ogarnęło pozostałych. I tak jest do dziś. Płomień wiary w zmartwychwstanie rozlewa się po całym świecie. W pewnym momencie i my znaleźliśmy się pośród tych, w których sercach zapłonęła wiara w zmartwychwstałego Chrystusa.

To światło zwycięża ciemność nawet świadomie propagowanego ateizmu. George Bush, jako wiceprezydent reprezentował Stany Zjednoczone na pogrzebie przywódcy Związku Sowieckiego Leonida Breżniewa. Bush wspomina, że był bardzo wzruszony postawą wdowy po Breżniewie, która nie mogąc wyrazić swojej wiary w Boga, jak skamieniała stała przy otwartej trumnie męża. Gdy żołnierze wzięli wieko trumny, wtedy wdowa zdobyła się na wielki akt odwagi i nadziei, który szokował zgromadzonych przy trumnie ideowych ateistów i komunistów. Pochyliła się nad zwłokami męża i uczyniła wielki znak krzyża na jego piersi. W twierdzy laicyzmu i wszechpotężnego ateizmu, któremu przewodził Breżniew pokazała wszystkim, że jej mąż błądził. Wyznała wiarę, że jest inne życie w Chrystusie, który dla naszego zbawienia umarł i zmartwychwstał. Zawierzyła swego męża miłosierdziu Bożemu. (Gary Thomas, Christian Times, October 3, 1994).

Mając to światło w sobie zachowamy nadzieję i radość nawet gdy ogarnia nas ziemska ciemność. W grudniu roku 1875 na Morzu Północnym u wybrzeży Anglii zatonął niemiecki statek „Deutschland”. Wśród 175 pasażerów, którzy utonęli było pięć sióstr Franciszkanek, które udawały się na nową placówkę misyjną w stanie Missouri. Poświeciły swoje życie, aby ratować innych. Według relacji jednego ze świadków, siostry pozostały na dolnym pokładzie. Gdy woda podnosiła się wokół nich, chwyciły się ręce i modliły się słowami: „O Chryste, o Chryste, przybądź szybko”.

Wracając do pytania: dlaczego? zadanego na początku tych rozważań możemy powiedzieć, że odpowiedź na nie możemy odnaleźć w promieniach światła, które zabłysło w Jerozolimie w pustym grobie Chrystusa (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚWIĘTY BRAT ALBERT

W czasie agonii Brat Albert utracił przytomność, wtedy lekarz, aby ulżyć choremu polecił przenieść go na miękkie łóżko. Jednak po odzyskaniu świadomości chory stanowczo zażądał, aby położono go z powrotem na twardym drewnianym tapczanie, przy wnoszeniu którego obłamano dwie nogi, dlatego bracia podłożyli starą skrzynką od węgla. Brat Albert na widok tego ubóstwa, uśmiechając się, powiedział: „O, teraz mi dobrze”. Wieczorem 23 grudnia 1916 r. nastąpiło pogorszenie. Chory kilkakrotnie tracił z bólu przytomność. Pokonując ogromne cierpienie Brat Albert z wysiłkiem udzielił jeszcze ostatnich rad Siostrze Bernardynie. W niedzielę 24 grudnia Brat Albert przyjął Wiatyk i ucałował krzyż podany przez spowiednika. Potem usiadł na posłaniu i spoglądając z wielką miłością na zebranych pobłogosławił ich, kreśląc nad nimi wielki znak krzyża św. Pobłogosławił również nieobecnych braci i siostry i tych, którzy w przyszłości będą w zgromadzeniach albertyńskich, a także ubogich i sieroty znajdujące się w przytuliskach. Wszyscy byli świadomi, że jest to ostatnie pożegnanie, że opuszcza ich święty, który był dla nich ojcem i przewodnikiem. Trudno było powstrzymać się od łez. Brat Albert widząc to z całą mocą swojego głosu powiedział: „Co tu płakać!? Z wolą Bożą macie się zgadzać i za wszystko Bogu dziękować! Tak jest! Trzeba Bogu dziękować za chorobę i za śmierć, jak ją zsyła. Zmówić trzeba Magnificat! Co Bóg ześle trzeba Mu za wszystko dziękować. Bo co Bóg działa, święte jest i dobre”. W burzliwych kolejach losu Brat Albert coraz pełniej odkrywał swego Zbawcę i naśladował Go w praktykowaniu heroicznej miłości. Wszystko oddał dla najbardziej potrzebujących. Dlatego z tak wielką pogodą ducha, nadzieją i radością przyjmował śmierć, która w blaskach pustego grobu Jezusa stawała się dla niego bramą prowadzącą do szczęśliwej wieczności.

Adam Chmielowski przyszedł na świat 20 sierpnia 1845 roku w Igołomi, w szlacheckiej rodzinie. Chłopiec został ochrzczony z „wody” i dopiero dwa lata później dopełniono ceremonii chrzcielnej w kościele Najświętszej Maryi Panny w Warszawie. Wojciech, ojciec Adama był urzędnikiem państwowym. W roku 1852 Chmielowscy nabyli dworek w Czernicach z trzema przyległymi wioskami. W rok później Wojciech umarł, zostawiając czworo nieletnich dzieci, oraz młodą żonę Józefę. Józefa nie była przygotowania do prowadzenia majątku, dlatego sprzedała go i przeniosła się z dziećmi do Warszawy. Trudne warunki materialne zmusiły matkę do wysłania 12-letniego Adama do Szkoły Kadetów w Petersburgu. Adam jako syn urzędnika celnego miał prawo do bezpłatnej nauki. Chłopiec był bardzo zdolnym uczniem, zwrócił na siebie uwagę cara Aleksandra II, który w czasie wizytacji rozmawiał z nim dłużej i nadał mu odznaczenie wojskowe. Po tym wydarzeniu, matka obawiając się rusyfikacji syna przeniosła go do gimnazjum w Warszawie. Wkrótce potem zmarła, a sierotami zajęła się siostra ojca Petronela Chmielowska.

Był rok 1861, w Warszawie wyczuwało się nastroje powstańcze. Rodzina obawiając się, że Adam przyłączy się powstania postanowiła przenieść go do Instytutu w Puławach, ale i tutaj trwała gorączka powstańcza. 17-letni chłopiec z całym zapałem włączył się do tego ruchu. Wziął udział w walkach powstańczych, wykazując się odwagą i brawurą. Walczył w oddziale Frankowskiego. Po rozbiciu tego oddziału przedostał do oddziału Langiewicza, gdzie służył w kawalerii jako podoficer. Lecz i ten oddział został rozbity, a młody powstaniec wpadł w ręce żołnierzy austriackich i dostał się do więzienia w Ołomuńcu, z którego dzięki pomocy czeskiego księdza udało mu się zbiec. Natychmiast zgłosił się pod rozkazy Zygmunta Chmieleńskiego, pod którymi zostawał aż do tragicznej bitwy pod Mełchowem 30 września 1863 r., w której stracił nogę i dostał się do rosyjskiej niewoli.

W wieku 18 lat Adam został kaleką, a ponad to groziła mu zsyłka na Sybir. Starania rodziny o zwolnienie okazały się bezskuteczne. Poszukano innego sposobu. Nocą Adam został wyniesiony ze szpitala w trumnie i przewieziony do pobliskiego dworu a następnie wysłany do Paryża. Na obczyźnie, boleśnie przeżywał z kolegami klęskę powstania, ale nie utracił nadziei. Po rocznym pobycie w Paryżu powrócił do Warszawy, gdzie zapisał się na studia w Szkole Sztuk Pięknych. Po zamknięciu tej uczelni przez władze carskie kontynuował studia w Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. Był utalentowanym malarzem. Jednak sztuka mu nie wystarczała. Zadawał sobie pytanie: „Czy sztuce służąc, Bogu też służyć można?” Po głębokim rozważeniu zapisał: „Chrystus mówi, że dwom panom służyć nie można. Ja myślę, że służyć sztuce, to zawsze wyjdzie na bałwochwalstwo, chyba by jak Fra Angelico sztukę i talent i myśli Bogu ku chwale poświęcić i święte rzeczy malować, ale trzeba na to, jak tamten, siebie oczyścić i uświęcić i do klasztoru wstąpić, bo na świecie to bardzo trudno o natchnienie do takich szczytnych tematów”.

Po ukończeniu studiów powrócił do Warszawy, gdzie prowadził aktywne życie towarzyskie. Uczestniczył m. in. we wtorkowych spotkaniach w salonie Heleny Modrzejewskiej, na których można spotkać wielu wybitnych ludzi, jak Henryk Sienkiewicz. Modrzejewska napisała o Adamie: „Był on i jest jeszcze, kiedy piszę te słowa, chodzącym wzorem wszystkich chrześcijańskich cnót i głębokiego patriotyzmu, prawie bezcielesny, oddychający poezją, sztuką i miłością bliźniego, natura czysta i nie znająca egoizmu, której dewizą powinno być: szczęście dla wszystkich, Bogu chwała i sztuce! Brał udział w powstaniu i w potyczce stracił nogę. W sztuce malarskiej był bardzo subtelnym kolorystą”.

W tym czasie Adam bardzo dużo malował, był mistrzem światła i barw. Wiele jednak obrazów zniszczył, stawiając sobie zbyt wysokie wymagania. Koledzy mówili, że „malował przepuszczając kolory przez swoją duszę”. Dwa jego obrazy: „Ogród miłości” i „Pogrzeb samobójcy” zostały wyróżnione na wystawie w Zachęcie. Idąc za głosem powołania, 24 września 1880 roku wstąpił do nowicjatu OO. Jezuitów w Starej Wsi. Pisał stamtąd do swoich przyjaciół: „Czuję się bardzo szczęśliwy. Maluję i zapewne będę malował dużo i lepiej niż dotychczas”. Do Józefa Brandta napisał: „W myślach o Bogu i przyszłych rzeczach, znalazłem szczęście i spokój, którego daremnie szukałem w życiu. Życzę Ci tych samych darów Pana Boga”. Ten podniosły stan ducha zniweczył bardzo głęboki kryzys duchowy, który trwał piętnaście miesięcy. Jak się okazało był to kryzys wzrostu. Doświadczył wtedy tajemnicy Bożego Miłosierdzia. Oczarowany duchem św. Franciszka z Asyżu, zrozumiał jakie jest jego miejsce w życiu. Po powrocie do Krakowa, przedzielił kotarą swoją pracownię malarską na dwie części. W jednej z nich przygotował przytułek dla nędzarzy, a w drugiej malował.  Bywał jeszcze w salonach arystokratycznych domów, jak Potoccy, Tarnowscy, Dębiccy, interesował się sztuką, ale coraz bardziej należał do ubogich. Stopniowo rozdawał ubogim wszystko co posiadał. Nadal malował i sprzedawał swoje obrazy, a otrzymane za nie pieniądze rozdawał nędzarzom.

W sierpniu 1887 r. za zgodą biskupa krakowskiego Albina Dunajewskiego w kaplicy Loretańskiej ojców kapucynów Albert przywdział habit tercjarski, który był znakiem ostatecznego zerwania ze światem. Odtąd będzie występował oficjalnie jako Brat Albert, takie bowiem przyjął imię. Niektórzy z jego przyjaciół zarzucali mu, że zdradził sztukę. Młoda malarka Pia Górska, uczennica Chełmońskiego zadała mu pytanie: „Jak Brat mógł porzucić sztukę? Czy Brat miał to prawo zrobić?”. Usłyszała wtedy odpowiedź: „Widzi Pani, gdybym miał dwie dusze, to bym jedną z nich malował- ale że mam jedną jedyną, więc musiałem wybrać to, co najważniejsze”.

Brat Albert bez reszty poświęcił się biednym. Pewnego dnia w towarzystwie czterech przedstawicieli Konferencji św. Wincentego odwiedził jedną z ogrzewalni dla bezdomnych. To co zobaczyli wywołało u nich szok. Ogrzewalnia wyglądała jak przedsionek piekła. Niesamowity zaduch. Odrapane, brudne ściany, kilka ław zbitych z gołych desek, bez garści słomy, rura od żelaznego piecyka biegnąca wzdłuż całej sali, pod którą leżały dzieci pogrążone w głębokim śnie. Ich twarze pogryzione przez robactwo spadające z odzieży rozwieszonej na rurze, wyglądały jak po ospie. W półmroku ponure postacie w łachmanach, grające w karty, popijające wódkę, o twarzach na których nędza i występek wyryły swoje piętno. Tu i ówdzie przekleństwa mieszały się z jękiem kalek i chorych starców gnijących w brudzie pod ławami.  Gdy po chwili znaleźli się na krakowskich plantach Brat Albert odezwał się: „Tam trzeba wśród nich zamieszkać. Ja ich tak nie zostawię”. Ku zdumieniu wszystkich dotrzymał słowa. W notatkach znalezionych po śmierci Brata Alberta znajduje się wyznanie: „Czy Panu Jezusowi cierpiącemu Mękę i za mnie ukrzyżowanemu mogę czegoś odmówić? Czy mogę odmówić męki dla Niego i krzyża – gdybym je z łaski i Woli Najświętszej miał cierpieć i mógł?”

Brat Albert i jego współbracia dosłownie dzielili życie nędzarzy. Jedli jak oni, razem z nimi siedzieli na ziemi, nabierali ze wspólnego kotła. Swoją miłość do nędzarzy wyrażali czynem; sprzątali, prali, opatrywali rany i przygotowywali posiłki. Brat Albert mówił: „My nie mamy nad nimi żadnej władzy i nie chcemy jej mieć, nie jesteśmy ich przełożonymi, ale towarzyszami. Nie mówimy kazań, nie narzucamy się z naszymi poglądami, jedynie żyjemy z nimi. Chodzi nam o to, by się nie wyróżniać, jedynie czynem i przykładem. A i ten przykład powinien być tak zbliżony do otaczających warunków, tak pokorny, tak nędzny, aby nie mówił swym 'stylem', nie właził w oczy, nie upokarzał”. Brat Albert rozumiał, że aby pomóc ubogiemu nie wystarczy jałmużna, trzeba przede wszystkim przez pracę przywrócić mu godność osobistą. Dlatego organizował w ogrzewalniach warsztaty wyplatania krzeseł, stolarnie i warsztaty szewskie. Bracia zachęcali swoich podopiecznych przykładem własnej pracy.

W południe Bożego Narodzenia roku 1916 dobiegło kresu życie świętego, opiekuna nędzarzy. Przez dwa dni tłumy ludzi przychodziły żegnać tego, który oddał wszystko z miłości do najbiedniejszych, najnieszczęśliwszych, dostrzegając w nich znieważone Oblicze samego Chrystusa. 28 grudnia w pochodzie za trumną Brata Alberta szedł cały Kraków: dostojnicy kościelni, prezydent miasta, profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego, artyści, duchowieństwo, bezdomni, katolicy i żydzi. Uważano go za świętego. Nazwany został „najpiękniejszym człowiekiem pokolenia” (z książki Wypłynęli na głębię).

 

ŚWIATŁO ZWYCIĘŻA MROK

W życiu społecznym, jak też osobistym przychodzą dni, kiedy czujemy duchowym mrok ogarniający nasze myśli i serce. Przebiera on formę beznadziei, smutku, lęku, niepokoju, cierpienia, śmierci. Nie jest nam z tym dobrze, szukamy światła, które rozjaśniłby ten mrok. Szukamy wokół siebie i spoglądamy także w niebo. W tym szukaniu mylimy nieraz prawdziwe światło z fałszywymi świetlikami, które można dostrzec nad bagnami. Kto zaufa tym złudnym światełkom, może już nigdy nie wyjść z tego bagna. O takim złudnym świetliku pisała poetka, laureatka nagrody Nobla Wiesława Szymborska. W marcu 1953 roku zmarł Stalin. Prawie cały Związek Sowiecki lamentował, że zagasło tak wielkie światło narodów. Temu żalowi ulegli także niektórzy polscy poeci i pisarze, a wśród nich była Szymborska. Napisała z tej okazji wiersz pt. „Ten dzień”, opublikowany w „Życiu Literackim” z 15 marca 1953 r. Czytamy w nim między innymi: „Póki nikt z was nie wypowie pierwszych słów, / brak pewności jest nadzieją, towarzysze… / Milczę. Wiedzą, że to czego nie chcę słyszeć / – muszę czytać z pochylonych głów. / Jaki rozkaz przekazuje nam / na sztandarach rewolucji profil czwarty? / – Pod sztandarem rewolucji wzmacniać warty! / Wzmocnić warty u wszystkich bram! / Oto Partia – ludzkości wzrok. / Oto Partia: siła ludów i sumienie. / Nic nie pójdzie z jego życia w zapomnienie. / Jego Partia rozgarnia mrok”. Dziś nikt nie ma wątpliwości, że światło, które niosła partia i jej „ukochany” wódz, to była największa ciemność i największe zło w dziejach świata. Zapewne musiało być bardzo głupio wspomnianej poetce, gdy stanęła przed prawdziwą Światłością, która w sposób szczególny ogarnia nas w dniu wielkanocnym. Głupio, że pomyliła kopcącą głownię z prawdziwym Światłem.

Tę Światłość wychwala hymn brewiarzowy: „Minęły cienie i mroki nocy, / Światło jaśnieje nowego życia, / Bo Dobry Pasterz, zabity dla nas, / Wyszedł promienny ze swego grobu. / Przecierpiał mękę na drzewie krzyża, / Obmył grzeszników we krwi i wodzie, / Co wypłynęła jak zdrój ożywczy / Z serca przez włócznię ugodzonego. / Niech zmartwychwstanie Bożego Syna / Będzie nadzieją dla wszystkich ludzi, / Nastało bowiem królestwo łaski, / W którym Zbawiciel obdarza szczęściem”. Tym blaskiem byli napełnieni bohaterscy mieszkańcy niewielkiej miejscowości w Anglii. Poświęcili swoje życie dla innych, wierząc, że wielkanocne Światło ogarnie ich bohaterski czyn i zamieni mroczne dni cierpienia i śmierci w wieczne światło radości.

W połowie  XVII wieku wielka zaraza, prawdopodobnie dżuma zabiła jedną piątą mieszkańców Londynu. Z tamtych czasów jest znana historia epidemii w małej wiosce Eyam w Anglii. Zarazę do tej miejscowości przynieśli handlarze z Londynu. Po wybuchu epidemii proboszcz wraz z parafianami podjął bohaterską decyzję. Wokół wioski utworzono kordon sanitarny, a jej mieszkańcy poddali się dobrowolnie kwarantannie. Nikt nie mógł opuścić tego miejsca, aby uniknąć zarażenia mieszkańców innych miejscowości i pewnej śmierci. Wioskę otoczono kamieniami, coś w rodzaju granicy, której nikt z mieszkańców Eyam nie mógł przekroczyć. Kamienna granica była także ostrzeżeniem dla ludzi, którzy przypadkiem znaleźli się w pobliżu tej miejscowości. Czyniono to w nadziei, że to powstrzyma rozprzestrzenianie się choroby w okolicznych gminach. Przez cały czas  trwania epidemii mieszkańcy z sąsiednich miejscowości przynosili jedzenie, lekarstwa i zostawiali przy studni, która była na granicy wyznaczonej kamieniami. Uwięzieni mogli jedynie czekać i obserwować, jak umierają jeden po drugim, na początku rzadko, aż do kilkunastu osób dziennie w szczytowym okresie zarazy. Straszliwa epidemia trwała 15 miesięcy i pod jej koniec Eyam przypominało wioskę duchów. Jednakże ich poświęcenie nie poszło na marne – zaraza nie rozprzestrzeniła się na inne gminy. Ceną tego poświęcenie było życie około 75% mieszkańców Eyam.

Mimo mroków cierpienia i śmierci ta mała miejscowość stała się znakiem wartości, które wnoszą w życie wiele światła. Studnia stała się symbolem wszystkiego co dobre: symbolem życia, uzdrowienia i oczyszczenia. Historia Eyam jest opowieścią o tym, jak duch ludzki może w mrokach cierpienia i śmierci odnaleźć światło życia. A dokonuje się to, gdy w duchu miłości i poświęcenia zanurzymy swoje cierpienia a nawet śmierć w blaskach Chrystusowego zmartwychwstania. Wtedy całe nasze życia, z jego radościami i cierpieniami przesączone jest światłem dotykającym wieczności. Po zraz pierwszy doświadczyli tego świadkowie zmartwychwstania Jezusa. Mrok Golgoty ogarnął ich serca i skuwał je do poranka wielkanocnego. Wobec okrutnej wymowy śmierci na krzyżu, nawet zapowiedzi Jezusa o zmartwychwstaniu gubiły się w mroku cierpienia. Zapłakana i smutna Maria Magdalena udała się wczesnym rankiem do grobu Jezusa. Kamień od grobu zastała odsunięty, a grób był pusty. Nie przyszło jej do głowy, że Chrystus mógł zmartwychwstać. Pobiegła do uczniów i powiedziała:  „Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono”. Zaskoczeni Szymon Piotr i Jan pobiegli do grobu Jezusa. Swoje pierwsze wyraźnie Jan zapisał słowami: „Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On ma powstać z martwych”.

I wtedy ich życia wypełniało światło, które rozjaśniało mroki życia nawet wtedy, gdy trzeba było cierpieć i umierać.  Św. Piotr ogarnięty tym światłem nie lęka się prześladowania, cierpienia, ale odważnie świadczy o Chrystusie: „Jego to zabili, zawiesiwszy na drzewie. Bóg wskrzesił Go trzeciego dnia i pozwolił Mu ukazać się nie całemu ludowi, ale nam, wybranym uprzednio przez Boga na świadków, którzyśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu”. Zaś św. Paweł ukazuje owoc naszego umierania z Chrystusem, czyli umierania dla grzechu i napełniania się światłem Chrystusowym: „Umarliście bowiem i wasze życie ukryte jest z Chrystusem w Bogu. Gdy się ukaże Chrystus, nasze życie, wtedy i wy razem z Nim ukażecie się w chwale”. Mieszkańcy wspomnianej wcześniej miejscowości Eyam umierali z Chrystusem, wierząc że w Nim wejdą do chwały.

Ta myśl towarzyszy nam, gdy po raz kolejny idziemy w procesji rezurekcyjnej i śpiewamy: „Otrzyjcie już łzy płaczący, żale z serca wyzujcie / Wszyscy w Chrystusa wierzący, / weselcie się, radujcie. / Bo zmartwychwstał samowładnie, / jak przepowiedział dokładnie. / Alleluja, alleluja, / Niechaj zabrzmi – Alleluja.” Aby jednak rzeczywiście ogarnęło nas światło zmartwychwstania Chrystusa winniśmy się usłuchać wezwania św. Pawła: „Jeśliście razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus zasiadając po prawicy Boga”.  Nie jest to wezwanie do zaniedbywania tego co ziemskie, ale wezwaniem byśmy spojrzeli w niebo i napełnili się światłem nieba, światłem zmartwychwstania Chrystusa i tym światłem przenikali nasza codzienną rzeczywistość, a wtedy nie zabraknie nam tego światła nawet wtedy, gdy jak Chrystus doświadczać będziemy cierpienia i śmierci.

Na zakończenie, kierując się nie tylko świątecznym sentymentem, przytoczę słowa orędzia wielkanocnego z roku 2005 św. Jana Pawła II. Papież ukazał się w oknie, ale już nie mógł mówić. Przemówił do nas bez słów, a po naszych policzkach popłynęły łzy wzruszenia. Jednak niewypowiedziane słowa zostały: „Potrzebujemy Ciebie, zmartwychwstały Panie, także i my, ludzie trzeciego tysiąclecia! Zostań z nami teraz i po wszystkie czasy. Spraw, by materialny postęp ludów nigdy nie usunął w cień wartości duchowych, które są duszą ich cywilizacji. Prosimy Cię, wspieraj nas w drodze. W Ciebie wierzymy, w Tobie pokładamy nadzieję, bo Ty jeden masz słowa życia wiecznego. Mane nobiscum, Domine! Alleluja! (Kurier Plus, 2019).

 

PISANKA Z NIEBA

Wielkanocna radość w moim rodzinnym domu, domu dzieciństwa rozbrzmiewała najcudowniejszymi rytmami wielkanocnego Alleluja już od samego rana Wielkiej Soboty. Pośród klekotu bocianów i śpiewów skowronka robiliśmy wokół domu i w zagrodzie porządki. Grabiami zgarnialiśmy ostatnie, przegniłe pozostałości zimy, odkrywając delikatną wiosenną zieleń i pierwsze kwiaty, wśród których wybijały się żółte żonkile, które nazwaliśmy narcyzami. A tak dla jasności trzeba powiedzieć, że każdy żonkil jest narcyzem, ale nie każdy narcyz jest żonkilem. Czasami przy później Wielkanocy towarzyszył nam rechot żab ukrytych na podmokłych łąkach wśród żółtych kaczenicy. Dużo można by mówić o radosnym pięknie budzącej się wiosny, ale wejdźmy do chaty krytej strzechą, bo tam miało miejsce najważniejsze przygotowania do obchodów tego święta. Wcześniej wybielony dom pachniał wapnem i zdrowiem, wapno zabijało wszelkie niebezpieczne dla zdrowia bakterie. Zostało jeszcze tylko wyszorowanie szczotką ryżową drewnianej podłogi. Z myciem podłogi zwlekaliśmy, ponieważ w moim domu gromadzili się wierni ze święconką, czekając na przybycie kapłana. Nie było wtedy chodników, tylko błotniste ścieżki, stąd też podłoga w moim rodzinnym domu, po obrzędzie poświęcenia pokarmów wymagała wyjątkowego szorowania.

Jednak najbardziej kuszący zapach Wielkanocy wypełniał kuchnię. Mama przygotowywała koszyk ze święconką. Czuło się kuszący zapach kiełbas, szynek, baleronów i innych mięsnych wyrobów. Pikanterii dodawał zapach chrzanu, ćwikły, sera, jaj, barwinku itd. Wyposzczeni, łapczywie patrzyliśmy na smakołyki. Ale na tym się kończyło, mogliśmy liczyć tylko na poświęcone jajko, kiełbasa czekała do rezurekcji. Ten zapach potęgował się w miarę przybywania wiernych ze święconką do naszego domu. Wystrojone koszyczki ze święconka zachwycały kolorami oko. W tym pięknie wyróżniały się pisanki, które w czasach mojego dzieciństwa malowano naturalnymi barwnikami roślinnymi, a we wzornictwie, wykorzystywano lany wosk pszczeli. Dla pewnej jasności opowiem słowami legend z Lubelszczyzny, moich rodzinnych stron, skąd one się wzięły.

Według mieszkańców Krasnegostawu Maria Magdalena zamieszkiwała w tej okolicy. To jej jako pierwszej ukazał się zmartwychwstały Chrystus. Stało się to wtedy, gdy szła ona do Izbicy, by rozdać ubogim jałmużnę w postaci jajek. Ucieszyła się ze spotkania, ale też zdumiała. Powiedziała wtedy: „Nie mogę uwierzyć, iż jesteś z nami, potwierdź swą obecność jakimkolwiek znakiem”. Pan zaś uśmiechnął się dobrotliwie i odrzekł: „Spójrz w swój kosz, a nie będziesz mieć wątpliwości”. Zajrzała i ogarnęło ją zdumienie. Białe jajka w jej koszu stały się czerwone, zielone, niebieskie i żółte. Zawstydzona chciała przeprosić Jezusa, ale już go nie było. Jezus zniknął. Mieszkańcy Bicza, Osuch i Kosobud wiążą pisanki z życiem św. Szczepana. Pewnego dnia, w pobliżu karczmy głosił on Ewangelię o Zmartwychwstaniu Chrystusa. Początkowo słuchało go z uwagą, a później z niechęcią, aż w końcu ktoś krzyknął, aby mówcę obrzucić kamieniami. Kiedy w kierunku świętego poleciały kamienie, ten nawet nie zasłaniał się rękami. Kamienie przy zetknięciu z ciałem opadały na ziemię jako kolorowe pisanki. Inaczej było we wsi Kierz w gminie Bełżyce. Otóż pewien handlarz szedł na targ, aby sprzedać jaja. W drodze zobaczył Pana Jezusa, dźwigającego krzyż. Koszyk z jajami postawił przy drodze, a sam pomógł nieść krzyż Jezusowi. Po przyjściu do miasta, gdy ów kupiec chciał jaja sprzedawać, zobaczył, że wszystkie są wzorzyście pokolorowane. Sprzedał je za duże pieniądze i wzbogacił się. Od tej pory i na tę pamiątkę pisze się pisanki.

Gdy już „wiemy” skąd się wzięły pisanki, to przejdźmy do wielkanocnej symboliki jajka, uwzględniająca procesy w nim zachodzące pod wpływem ciepła kwoki, która po wykluciu się pisklęcia pretenduje do roli matki. Pod wpływem matczynego ciepła zaczyna się budzić się w jajku życie. Małe pisklę, chronione przez pancerz skorupy, ogrzewane ciepłem matki i karmione pokarmem zmagazynowanym wcześniej przez matkę w jajku powoli dorasta, aż przychodzi moment, że jest w stanie wyrwać z ograniczonego skorupą świata i zachłysnąć się cudownym pięknem nowej rzeczywistości. Aby jednak kurczątko mogło doświadczyć tej niezwykłej rzeczywistości, aby narodziło się nowe życie jajko musi się rozpaść. Nowe życie wymaga rozpadu starego. Prawdziwe jajko wielkanocne jest rozbite, w kawałkach, z którego zrodziło się nowe życie. Wielkanocną symbolikę jajka piękne dopełniają kolory i obrazy pisanek. Krzyż, grób Chrystusa, gałązki, drzewka, kwiaty, gwiazdy symbolizują powrót życia po zimowej fazie śmierci, symbolicznie dopełniając zwycięstwo życia nad śmiercią w jerozolimskim grobie Chrystusa. Kolor czerwony to kolor ognia i słońca, mocy oczyszczających i dających życie, które zajaśniało pełnią w pustym grobie Jezusa. Kolor niebieski jest kolorem wody, symbolizującym rodzenie się życia, który kieruje naszą uwagę na Maryję, która nigdy nie zwątpiła w zwycięstwo życia nad śmiercią w jej Synu. Żółty, czy właściwie złoty kolor, jest kolorem zaświatowym, nadprzyrodzonym. Symbolem tego, co się zrodziło w stworzonym świecie, aby jaśnieć pełnią w świecie nadprzyrodzonym. I tak można by się dopatrywać wielu symbolicznych odniesień do najważniejszych świąt Zmartwychwstania Pańskiego.

Jak to pisklę zamknięte w skorupie wyrywamy się ze świata różnych ograniczeń do świata, który po zwycięskiej walce otwiera przed nami inną cudowną rzeczywistość. Tą skorupa może być nienawiść – po jej rozbiciu dostrzegamy cudowny świat miłości. Tą skorupa może być egoizm – po jej rozbiciu doświadczamy radości dzielenia się. Tą skorupą może być zazdrość – po jej rozbiciu ogarnie nas świat radości i pokoju. Tą skorupą może być każdy inny grzech – po jej rozbiciu doświadczymy radości czystego sumienia. Tą skorupą może być poczucie bezsensu życia – po jej rozbiciu dostrzeżemy radosną perspektywę życia w Bogu. Tą skorupą może być lęk przed śmiercią, która waruje u naszych drzwi i straszy beznadziejną pustką grobu – po jej rozbiciu dostrzeżemy inny grób, z którego emanuje jasność zmartwychwstania i życia wiecznego. Chrystus zmartwychwstały jest naszą mocą w rozbijaniu tych skorup.

Trzeba jednak stanąć przy pustym grobie Jezusa i cały sercem uwierzyć słowom, które tam zostały wypowiedziane. To do nas odnoszą się słowa skierowane do zapłakanych kobiet, które przyszły, aby namaścić ciało swojego Mistrza: „Dlaczego szukacie, żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał”. Te słowa i to co się wydarzyło w poranek wielkanocny uwiarygodniają wcześniej wypowiedziane słowa Tego, który pokonał śmierć i wyszedł z grobu: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie na wieki”.

Wierzymy w Chrystusa, a zatem radujmy się i śpiewajmy, miłością i życzliwością wypełniajmy każdą minutę naszego życia, a wtedy nasze radosne Alleluja przebije niebo i dotrze do samego Boga (Kurier Plus, 2019).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *