30 Cze

Z nowojorskiego okna kwarantanny

Z nowojorskiego okna kwarantanny

To już czwarty tydzień, od kiedy to mój widok na Nowy Jork zawężony jest do wielkości mojego okna w nowojorskim mieszkaniu kwarantanny. W tym czasie zamiast budzika budzą mnie syreny karetek pogotowia. Większość pacjentów tych karetek w niedługim czasie będzie wyniesiona w workach plastikowych do samochodów chłodni, które czekają na zapleczu szpitala. Przechodząc zmaganie z koronawirusem, ze świadomością, że następnego dnia to ja mogę być w karetce rodzi wiele ubogacających refleksji, które inaczej każą spojrzeć na nasze życie, na świat.

Tak wiele słyszymy o zmaganiu się mieszkańców Nowego Jorku z koronawirusem. W to zmaganie wpisują się publiczne wypowiedzi polityków, rządzących. I to właśnie do ich wypowiedzi mam spory dystans. Dzisiaj lamentują nad rozlanym mlekiem i buńczucznie deklarują zwycięstwo nad zarazą. A gdzie byli, gdy uczeni zmagali się z poprzednimi epidemiami i mówili, że będą kolejne, groźniejsze i trzeba się do nich przygotować. Gdy sprawa była nagłaśniana w mediach, to były fundusze na badania, a gdy wszystko ucichło, zostały obcięte, bo na tym nie można zbić kapitału politycznego. I gdy teraz zaraza dotknęła Nowy Jork, to zabrakło w szpitalach, według relacji moich znajomych pielęgniarek i lekarzy, podstawowych rzeczy jak rękawiczki, maski, fartuchy, kombinezony ochronne, respiratory itd. Tych rzeczy brakuje nie tylko dla pacjentów, ale dla personelu medycznego, który ofiarnie i z narażeniem życia śpieszy z pomocą chorym.

Zapewne każdy zmagający się z zarazą mógłby opowiedzieć swoją historię. Do tych wielu historii opowiedzianych i nie opowiedzianych, bo śmierć była pierwsza, chciałem dołączyć także swoją. Będzie to historia opowiedziana w kontekście zmagania się Nowego Jorku z zarazą. 16 marca wróciłem do Nowego Jorku z pielgrzymki do Ziemi Świętej. Wbrew oczekiwaniom, na lotnisku JFK w Nowym Jorku nie było żadnych dodatkowych kontroli pod kątem koronawirusa. Czekaliśmy długo na bagaże, bo jak nas informowano, wielu pracowników lotniska z powodu zarażenia koronawirusem nie pracuje. Po powrocie na plebanię, dla bezpieczeństwa innych starałem się zachować taką osobistą kwarantannę. W drugim dniu zacząłem odczuwać symptomy wskazujące na zakażenie. Nie miałem jednak termometru do zmierzenia temperatury, a jego zdobycie w Nowym Jorku w tym czasie graniczyło z cudem. Cud się zdarzył dzięki Kasi, pracownicy szpitala, która znalazła w jednym ze sklepów ostatni termometr. Tempera potwierdzała moje podejrzenia. Zadzwoniłem do swojego lekarza, który bez badania, przez sekretarkę poinformował mnie, że powinienem pojechać do szpitala.

Znajoma pielęgniarka poradziła mi, abym udał się do szpitala na pogotowie. Na karetkę pogotowia nie mogłem liczyć, bo nie byłem umierający. Nie chciałem narażać znajomych, dlatego postanowiłem pojechać swoim samochodem. Wieczorem przygotowałem się do wyjazdu. Jednak symptomy wirusa tak się nasiliły, że nie byłem w stanie jechać. Pomyślałem, że następnego ranka może będzie lepiej. Nie wiem, czy było lepiej, ale byłem zmuszony jechać. W drodze przekonałem się, że nie był to dobry pomysł. Na stacji benzynowej uderzyłem w słupek zaporowy, a w dalszej drodze zjechałem na pobocze. Jednak szczęśliwe udało mi się dojechać do szpitala. Na parkingu dano mi rękawice, maskę, trzy przeciwbólowe tabletki talynolu i zaprowadzono na badania. Wysoka temperatura, potworny ból głowy i mięśni, osłabienie i zamęt w głowie wskazywały na infekcję, mimo to szpital zachęcał mnie, abym zrezygnował z testu na koronawirusa, bo jest to nieprzyjemne i bolesne. Uparłem się i powiedziałem, że muszę to mieć, bo pracuję z ludźmi i chcę wiedzieć, czy nie jestem dla nich zagrożeniem. Po wykonaniu testu, z zaleceniem kwarantanny wróciłem na plebanię. Trzy tabletki talynolu i jedna maseczka to cała pomoc szpitala. Zalecono także brać witaminy i leki na wzmocnienie sytemu odpornościowego. Jednak tych leków, tych witamin nie było w żadnej nowojorskiej aptece. Zamówiłem je na Amazon i do tej pory nie otrzymałem. Państwo amerykańskie jest w stanie zbić miliony ludzi w ciągu kilku minut, a nie jest w stanie zapewnić swoim obywatelom podstawowej pomocy medycznej, gdy stają oni w obliczu śmiertelnego zagrożenia.

Pięć dni czekałem na wyniki testu. W tym czasie doświadczałem chyba wszystkich symptomów tej choroby, w jej najgorszym kształcie. Realny świat odchodził w jakieś nierealne marzenia. Bezsennych nocy nie kojarzyłem z mijającymi godzinami na moim zegarze. Pojawiła się także pokusa łóżka szpitalnego, chociażby bez respiratora, ale za to z lekami, które pozwoliłyby spokojnie przejść na drugą stronę życia. W tej trudnej sytuacji przyjaciele, znajomi zadbali o to, abym miał maseczki, rękawice, witaminy, podstawowe leki. Bardzo często dzielili się swoimi zapasami. Zadbali także, aby nie zabrakło mi produktów spożywczych, potraw, które wzmacniają nasz organizm w chorobie.

Po pięciu dniach otrzymałem pozytywny wynik testu. Drzwi do mojego pokoju zostały zaklejone taśmą, odkażono całą plebanię, a mnie zostało okno, przez które wyciągałem na sznurku mi potrzebne mi rzeczy. Zostałem sam na plebanii. Nawet, gdy po pewnym czasie była możliwość otrzymywania zaopatrzenia przez drzwi, dla bezpieczeństwa korzystałem dalej z okna. Po upływie kwarantanny otrzymałem telefon ze szpitala, jak się czuję. Powiedziałem, że lepiej. Polecono mi zatem kontakt z moim osobistym lekarzem, który bez pytania o mój stan zdrowia poradził umówienie się na wizytę, gdy już ucichnie pandemia. Bożej Opatrzności i ludzkiej życzliwości zawdzięczam moje powolne zwycięstwo nad zarazą. Przez okno docierały do mnie posiłki domowej roboty, mikstury zdrowotne, a także antybiotyk stosowany przy zapaleniu płuc, który otrzymałem od zaprzyjaźnionej rodziny.  Wziąłem ten antybiotyk, gdy nasilał się kaszel i problemy z oddychaniem. Pomogło. Znajomi pracownicy szpitali mówili mi, że dobrze, że nie zostałem w szpitalu, bo jest to miejsce bardzo niebezpieczne, gdzie można zarazić się różnymi chorobami.

Całe moje zmaganie z zarazą wpisało się w liturgiczny obchód przygotowania do Świąt Wielkanocnych i mocno było zakotwiczone w tajemnicy cierpienia, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Okres ten rozpocząłem niezapomnianymi rekolekcjami w Ziemi Świętej, które kontynuowałem w Nowym Jorku. Tajemnice śmierci i zmartwychwstania przybierały prawie namacalny kształt, gdy myślałem o dwóch kapłanach z diecezji brooklyńskiej, którzy przegrali z wirusem, a wydawało się, że młodość jest atutem w tej walce. Te prawdy stawały się bliższe, gdy myślałem o znajomych, którzy przegrali tę walkę. A nie tak dawno siedziałem z nim przy jednym stole. Te prawdy stawały się przeraźliwie bliskie, gdy moi znajomi ze szpitala mówili, że respiratorów wystarcza dla młodych pacjentów. Ja już do tej grupy bym się nie załapał. Moje zmagania mocno były osadzone w wielkanocnej tajemnicy śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Byłem pewien, że ostateczne słowo będzie należeć do życia, niezależnie w jakim kształcie i jakiej rzeczywistości do mnie powróci. Z tej wielkanocnej tajemnicy rodziła się ogromna życzliwość znajomych i bliskich, która przybiera formę gorliwej modlitwy, życzliwego słowa i wielu innych form pomocy. Z tego także rodziła się nadzieja i życie. Z tego rodziła się świadomość, że niezależnie od ziemskiego wyniku zmagania, w naszym życiu zabrzmi radosne wielkanocne Alleluja, Chrystus zmartwychwstał i my zmartwychwstaniemy.

Wielki Piątek w Nowym Jorku i innych miejscach, to kolejny dzień szalejącej zarazy i dwudziesty któryś dzień mojej izolacji w nowojorskim mieszkaniu. Jak zwykle obudziły mnie syreny karetek pogotowia. Głos syren brzmiał nieraz jak wolanie umierającego Chrystusa na krzyżu: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” Był to głos ludzkiego bólu, który zawierzony Bogu przemieniał się w radosną pieśń zmartwychwstania, radosne Alleluja. W moim zmaganiu z wirusem nie było tego wołania, bo jeszcze przed jego zrodzeniem wpisywało się ono w wołanie Chrystusa z jego ostatecznym akordem, radosnym Alleluja. Zapewne to zasługa moich przyjaciół, znajomych…, którzy swoją troską duchową i inną wyręczali Chrystusa w jego ogromnym miłosierdziu, które docierało do mnie. To wielka łaska „wyręczać” Chrystusa w tym szlachetnym dziele, to jakby samemu stawać się Chrystusem. Jest to ogromna łaska i zasługa sięgająca wieczności. Jest to dzieło, które nas uszlachetnia i upodabnia do Chrystusa. W tych dniach stała się dla mnie bardzo bliska tajemnica wiary „świętych obcowanie”. W tych dniach doświadczałem szczególnej bliskości moich zmarłych rodziców. Po tych doświadczeniach „świętych obcowanie” jest dla mnie czymś więcej niż tajemnicą wiary. Jest podwójną rzeczywistością, która jest mi bardzo bliska.

Kto by się spodziewał, że tegoroczna Wielkanoc, chociaż piękna i słoneczna będzie spowita ciemnością lęku, cierpienia i śmierci. Podobnie jak uczniowie Jezusa nie spodziewali, że najważniejsze i najpiękniejsze święta Paschy spowije mrok cierpienia i śmierci. Jednak trzeciego dnia moc Chrystusowego zmartwychwstania rozproszyła wszelkie ciemności, a światło radości, nadziei, życia, miłości ogarnęły serca uczniów Chrystusa. Pomimo ogromnego potencjału nadziei, radości, miłości, pokoju i życia jakie zawiera w sobie tajemnica Zmartwychwstania Chrystusa myślałem, że ta Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego będzie uboższa w przeżycia od tych z poprzednich lat. Zamknięcie w pokoju kwarantanny będzie przeszkodą. Jednak tak się nie stało. W łączności Internetowej sprawowałem z najbliższymi Mszę św. w moim mieszkaniu. To było przeżycie bardziej intensywne i głębsze niż w latach poprzednich. Media społecznościowe pozwoliły na rodzinne i przyjacielskie spotkania i wspólną modlitwę.

Ważną rolę w tej radości wielkanocnej odegrało okno w moim pokoju, przez które otrzymywałem wszystko, co było mi potrzebne życia. Przez to okno święciłem także pokarmy wielkanocne. W tym radosnym dniu pojawili życzliwi mi ludzie z życzeniami, wielkanocną święconką, uśmiechem, życzliwością i piosenką. W niedzielę pod tym oknem pojawił się ojciec Karol, paulin i proboszcz parafii św. Stanisława BiM z Manhattanu. Przyjechał z Małgosią, koordynatorką Wspólnoty Dobrego Samarytanina i jej mężem Grzesiem. Była także Małgosia ze Zbyszkiem i Kasia z Agnieszką. Wcześniej stawali pod tym oknem Elżbieta, Lidia, Roman z Haliną, Stanisław z Halinką, Ania, Wandzia, Eryka, Jasia i wielu innych.

Dziś, w Poniedziałek Wielkanocny czuję, że wygrałem zmagania z koronawirusem. Chciałbym zrobić testy, które by potwierdziły, że jestem wolny od wirusa. Nie jest to takie łatwe, bo brakuje testów dla tych, którzy toczą walkę na śmierć i życie. Do najbliższego piątku, 17 kwietnia będę oglądał jeszcze Nowy Jork przez okno mojego mieszkania wdzięczny Bożej Opatrzności za ogrom Miłosierdzia, które docierało do mnie przez wspaniałych ludzi przez okno nowojorskiego mieszkania. I gdy wyjdę z swojego pokoju i zdrowie na to pozwoli, to włączę się do akcji charytatywnej Wspólnoty Dobrego Samarytanina z Nowego Jorku, która przygotowuje paczki dla najbardziej osamotnionych i potrzebujących. Mimo oficjalnej pomocy ze strony miasta jest wielu, do których ta pomoc nie dociera. Jedna z pań mówiła mówiła mi o samotnej kobiecie, który przez dwa dni jadła tylko lód z lodówki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *