10 Maj

Zesłanie Ducha Świętego Rok B

 

NAPEŁNIENI DUCHEM ŚWIĘTYM.

Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle spadł z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić. Przebywali wtedy w Jerozolimie pobożni Żydzi ze wszystkich narodów pod słońcem. Kiedy więc powstał ów szum, zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku. Pełni zdumienia i podziwu mówili: „Czyż ci wszyscy, którzy przemawiają, nie są Galilejczykami?  Jakżeż więc każdy z nas słyszy swój własny język ojczysty? – Partowie i Medowie, i Elamici, i mieszkańcy Mezopotamii, Judei oraz Kapadocji, Pontu i Azji, Frygii oraz Pamfilii, Egiptu i tych części Libii, które leżą blisko Cyreny, i przybysze z Rzymu, Żydzi oraz prozelici, Kreteńczycy i Arabowie – słyszymy ich głoszących w naszych językach wielkie dzieła Boże” (Dz 2,1–11).

W Księdze Rodzaju znajduje się folklorystyczna opowieść o budowniczych wieży Babel. Według etymologii ludowej słowo „babel” znaczy „pomieszać”. Ludzie zapomnieli o karzących wodach Potopu i coraz bardziej oddalali się od Boga. W swojej pysze postanowili zbudować wspaniałe miasto, a w nim wieżę sięgającą nieba. Z wielkim zapałem zabrali się do pracy. Gdy wydawało się, że są już blisko celu, wtedy nastąpiło tzw. pomieszanie języków. Każdy mówił innym językiem. Powstały nieporozumienia i waśnie. W efekcie nie tylko nie zbudowali miasta i wieży sięgającej nieba, ale ulegli rozproszeniu po całej ziemi. W wieloaspektowej wymowie tej opowieści jest i ten, że budowanie wspólnoty ludzkiej z pominięciem praw bożych może się zakończyć fiaskiem, i że bez Boga jest niemożliwe zdobycie nieba. Co do tego ostatniego, niektórzy z nas mają osobiste doświadczenia, pamiętając komunistyczne obietnice zbudowania, bez Boga, raju na ziemi.

Aby przybliżyć problem tzw. „pomieszania języków” posłużę się przykładem z życia społeczności polonijnej mieszkańców dużego miasta o wymyślonej nazwie New Envy na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Polacy od wielu pokoleń zamieszkiwali to miasto. Każdego roku przybywali z Polski nowi emigranci. Działały tu różne organizacje polonijne. Na jedną z nich chcę zwrócić uwagę, gdyż jej rozpad był wielką stratą dla społeczności polonijnej. Grupa powojennych emigrantów postanowiła założyć stowarzyszenie „Jedność”. Grupę inicjatywną stanowili młodzi, inteligentni i energiczni ludzie. Byli zgodni, co do celów i sposobów funkcjonowania „Jedności”. Zabrali się z wielkim zapałem do pracy. Na efekty, której nie trzeba było długo czekać. „Jedność” zaczęła owocować, przynosić zyski. Udało się także pozyskać pewne programy społeczne z kasy państwowej na rzecz grupy polonijnej. Na początku wszyscy mówili jednym językiem tzn. językiem zgody i porozumienia. Z czasem jednak zaczęli mówić „różnymi językami”, każdy swoim własnym. Wspólny cel rozmył się w partykularnych interesach. Zaczęło się to wraz z wyborem prezesa. Niektórzy sądzili, że to im należało się to stanowisko, wg. nich to oni są autorami sukcesu „Jedności” i mają najlepszy pomysł na sposób funkcjonowania organizacji. Prezes, widząc, co się dzieje, jak i też, mając na uwadze własne korzyści zaczął naginać przepisy konstytucji „Jedności” i obsadzać stanowiska swoimi ludźmi, którzy nie zawsze mieli odpowiednie kompetencje. Nastąpiło takie pomieszanie języków, że nikt nikogo nie rozumiał. Na zebraniach przewodzili ci, którzy najgłośniej wrzeszczeli. Jedynym językiem zrozumiałym dla nich była pałka policyjna. Ale czy może być to język, na którym można budować porozumienie? Członkowie „Jedności” tracili cenną energię na oczernianie się w prasie, procesy w sądach. Wraz z pogłębianiem się pomiesza języków przychodził upadek „Jedności”. Dziś pozostały po niej budynki wystawione na licytację, niedokończone sprawy w sądach i wyniszczająca nienawiść w sercach.

Nie bez powodu poruszyłem te problemy w uroczystość Zesłania Ducha Świętego, znanej w polskiej tradycji pod nazwą Zielonych Świąt. Wydarzenie, które wspominamy w czasie tej uroczystości jest opisane we fragmencie z Dziejów Apostolskich, który zacytowałem na wstępie tych rozważań. W dniu Pięćdziesiątnicy, pięćdziesiąt dni po świętach Paschy Żydzi obchodzili święta dziękczynienia za zebrane plony, jak i też wspominali nadanie Dekalogu na górze Synaj. W tym czasie w Jerozolimie przebywali pielgrzymi z całego świata, mówiący różnymi językami. Zaś Apostołowie zamknięci w Wieczerniku, trwając na modlitwie czekali na obiecanego im przez Jezusa Ducha Świętego. Tej niewidzialnej potędze zstępującego Ducha Świętego towarzyszył szum wiatru i płomień ognia. Ale najważniejsze było to, co się dokonało w sercach apostołów. Duch Święty zstąpił na apostołów i udzielił im swoich darów: miłości, mądrości, rozumu, rady, męstwa, umiejętności, pobożności, bojaźni Bożej, daru języków. Napełnieni Duchem Świętym apostołowie wychodzą na zewnątrz i z wielką mocą, odwagą i mądrością Bożą głoszą Chrystusa zmartwychwstałego. Kierują swoją naukę do ludzi mówiących różnymi językami. Mówią w jednym języku i wszyscy ich rozumieją. Zapewne Duch Święty dał im szczególny dar rozumienia języków. Rozumieją, także, dlatego, że apostołowie przemawiali uniwersalnym językiem zrozumiałym dla każdego; językiem mądrości bożej i miłości. Takie były początki Kościoła, którego celem istnienia jest chwała Boża i zbawienie człowieka. A te cele spełniają się w języku miłości, który jest językiem zrozumiałym dla każdego, który jednoczy i pozwala w pełni zrealizować się człowiekowi, zarówno w rzeczywistości ziemskiej jak i wiecznej (z książki Ku wolności).

 

DARY DUCHA ŚWIĘTEGO

Mojżesz wstąpił do Boga, a Pan zawołał na niego z góry i powiedział: „Tak powiesz domowi Jakuba i oznajmisz synom Izraela: Wyście widzieli, co uczyniłem Egiptowi, jak niosłem was na skrzydłach orlich i przywiodłem was do Mnie. Teraz jeśli pilnie słuchać będziecie głosu mego i strzec mojego przymierza, będziecie szczególną moją własnością pośród wszystkich narodów, gdyż do Mnie należy cała ziemia. Lecz wy będziecie Mi królestwem kapłanów i ludem świętym. Takie to słowa powiedz synom Izraela”. Mojżesz powrócił i zwołał starszych ludu, i przedstawił im wszystko, co mu Pan nakazał. Wtedy cały lud jednogłośnie powiedział: „Uczynimy wszystko, co Pan nakazał”. Trzeciego dnia rano rozległy się grzmoty z błyskawicami, a gęsty obłok rozpostarł się nad górą i rozległ się głos potężnej trąby, tak że cały lud przebywający w obozie drżał ze strachu. Mojżesz wyprowadził lud z obozu naprzeciw Boga i ustawił u stóp góry. Góra zaś Synaj była cała spowita dymem, gdyż Pan zstąpił na nią w ogniu, i uniósł się dym z niej jakby z pieca, i cała góra bardzo się trzęsła. Głos trąby się przeciągał i stawał się coraz donioślejszy. Mojżesz mówił, a Bóg odpowiadał mu wśród grzmotów. Pan zstąpił na górę Synaj, na jej szczyt. I wezwał Mojżesza na szczyt góry (Wj 19,3-8a.16-20b).

Uroczystość Zesłania Ducha Świętego, w tradycji polskiej znana jest także pod nazwą Zielonych Świątki. Zatrzymując się na zewnętrznej oprawie tego święta można odnieść wrażenie, że jest to święto żywej zieleni. Hołd oddawany naturze, która w tym czasie odznacza się oszałamiającą bujnością. Naokoło zieleń przytykana barwami kwiatów, a intensywność zapachów może przyprawić o zawrót głowy. Na ziemiach polskich w czasach przed chrześcijańskich, w tym czasie odbywały się misteria wiosenne tzw. „nowe lato”. Były to święta radości; wszystko przystrajano zielenią, a zabawy na łonie natury trwały do białego rana. Wraz z przyjściem chrześcijaństwa obrzędy te wtapiały się w nową rzeczywistość religijną. Zmieniały się, ponieważ chrześcijaństwo nadawało im inny sens i inny kształt. Przechodziły w zapomnienie obrzędy i zabawy, które nauka chrześcijańska uznała za nieobyczajne. Zygmunt Gloger pisze: „Wiele (….) starożytnych lechickich zwyczajów składających się niegdyś na uroczystości wiosenne rozpoczynające „nowe lato” przyłączył naród do święta kościelnego obchodzonego w tej samej porze roku . Wszystkie kościoły, domy i chaty i podwórza majono drzewkami brzozy, jesionu lub świerku ustawionemi i zatykanemi przy ołtarzach, gankach, wrotach, sieniach i wejściach. Podłogi i ziemię wysypują zielonym tatarakiem, świerczyną i kwiatami. Majowy zapach tej zieleni rozchodzi się wszędzie przepełniając kościoły, mieszkania i podwórka.”

Ten okres odznaczający się nadzwyczajną prężnością i intensywnością natury współgrała z wydarzeniem religijnym, jakim było Zesłanie Ducha Świętego. Duch Święty nadał niebywałej dynamiki i mocy Kościołowi. Można zaryzykować twierdzenie, że przyroda w swej fazie najbujniejszego rozkwitu została użyta, w warunkach polskich do zobrazowania i przybliżenia zjawiska natury religijnej.

Zesłanie Ducha Świętego miało miejsce w czasie Żydowskich Świąt Pięćdziesiątnicy, obchodzonych 50 dni po świętach Paschy. W obchody tego święta wpisany jest także element przyrody. Radowano się pierwszymi zbiorami pszenicy; były to pewnego rodzaju dożynki. Przyroda też pachniała tylko trochę inaczej; dojrzewającym zbożem. Był to jeden z trzech dni świątecznych, w którym każdy Żyd miał obowiązek stanąć przed Panem, czyli przybyć do Świątyni Jerozolimskiej. W tym świątecznym dniu składano na ołtarzu ofiarnym dwa bochny chleba z pierwszych zbiorów pszenicy. Pod koniec drugiego wieku przed Chrystusem święto to zostało połączone z wydarzeniem natury religijnej; zawarcie Przymierza Boga z Narodem Wybranym i nadanie prawa Dziesięciu Przykazań na górze Synaj.

Dla wyznawców Chrystusa mijające dni odmierzały odległość od innego wydarzenia. Był to pięćdziesiąty dzień od zmartwychwstania Chrystusa. Apostołowie wraz z Maryją przebywali w wieczerniku, gdzie Jezus spożywał Ostatnią Wieczerzę, ustanowił Mszę świętą, ukazał się swoim uczniom po swoim zmartwychwstaniu. W tym miejscu apostołowie wraz z Maryją, trwając na modlitwie zostali nagle napełnieni mocą Ducha Świętego.

Duch Święty jest siłą ożywczą Kościoła. Otrzymuje go każdy na miarę swego otwarcia na jego działanie. Duch Święty nadaje wspólnocie szczególną głębię i jest siłą aktywizującą życie nadprzyrodzone Kościoła. Metropolita Ignatios z Latakii pisał: „Bez Ducha Świętego Bóg jest daleki, Chrystus jest przeszłością, Ewangelia martwą literą, Kościół tylko organizacją, władza panowaniem, posłannictwo propagandą, kult przywoływaniem wspomnień, a postępowanie po chrześcijańsku moralnością niewolników”.

Duch sprawia, że Bóg żyje w nas, Chrystus jest przyjacielem, Ewangelia żywym słowem, Kościół żywą wspólnotą, władza pasterskim zatroskaniem Chrystusa, posłannictwo jest radosnym dzieleniem się tym, co jest szczególnie dla nas cenne, kult przyjacielskim kontaktem z Bogiem i braćmi, postępowanie po chrześcijańsku wypływa z uświadomionej potrzeby serca (z książki Ku wolności).

 

POKÓJ WAM

Wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, choć drzwi były zamknięte przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: „Pokój wam!” A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: „Pokój wam! Jak Ojciec mnie posłał, tak i ja was posyłam”. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: „Weźmiecie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20, 19-23).

Jedną z najważniejszych wartości w naszym życiu jest pokój. Nie zazna prawdziwego szczęścia ten, kto nie ma go w sobie i wokół siebie. Najważniejszy jest pokój wewnętrzny, bo on jest źródłem wszelkiego pokoju i pozwala nam zachować radość i wolność ducha nawet wtedy, gdy wokół nas są ludzie przepełnieni niepokojem i wewnętrznym bałaganem. Humorystyczną ilustracją takiego pokoju może być scena z życia greckiego filozofa Sokratesa (469-399 przed narodzeniem Chrystusa). Był on człowiekiem bardzo prawym, ale jako filozof nie bardzo sprawdzał się w małżeństwie. Zamiast pilnować domu, być przy żonie, troszczyć o zabezpieczenie materialne wolał przesiadywać na rynku miasta i dyskutować na tematy filozoficzne. Gdy wracał późno do domu, do głosu dochodziła jego żona Ksantypa. Wymyślała mu od najgorszych, a on nie odzywał się, tylko spokojnie słuchał. To milczenie doprowadzało Ksantypę do szału, chwytała wtedy wiadro z pomyjami i wylewała na głowę filozofa. A ten spokojnie odpowiadał: „To normalne, że w czasie burzy pada deszcz”. Sokrates zachowywał wewnętrzny pokój i rozwagę w licznych przeciwnościach życiowych, aż do ostatniego momentu swojego życia, gdy przez swoich przeciwników został skazany na śmierć przez otrucie cykutą. Swój pokój budował na fundamencie moralności. Uważał, że najwyższym dobrem człowieka jest cnota moralna, wiążąca ze sobą dobro i pożytek oraz udzielająca szczęścia. Do zdobycia cnoty moralnej potrzebna jest wiedza etyczna i głos wewnętrzny, będący pomocą bóstwa.

Pierwszymi słowami, jakie po swoim zmartwychwstaniu Chrystus skierował do swoich uczniów było życzenie pokoju, czy raczej danie pokoju. Sama obecność Jezusa zmartwychwstałego wśród uczniów stała się źródłem ogromnej radości i usuwała wszelkie niepokoje i lęki. Po śmierci swego Mistrza uczniowie zamknęli się w wieczerniku („drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami”) i czekali z niepokojem na dalszy ciąg zdarzeń. Przeżywali nie tylko klęskę swego Mistrza, ale także obawy, że i ich może spotkać podobny los. W blaskach tajemnicy zmartwychwstałego Chrystusa apostołowie dostrzegli, że to co uważali za klęskę stało się zwycięstwem. I byli pewni, że to zwycięstwo będzie także ich udziałem, gdy staną w obliczu najtrudniejszych życiowych wezwań, łącznie ze śmiercią. Znamienne jest użycie przez Chrystusa w jednym ciągu myślowym sprawy pokoju i odpuszczenia grzechów: „Weźmiecie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”. To co Sokrates przeczuwał i głosił, że prawdziwy pokój może być zbudowany na fundamencie cnoty moralnej, Chrystus wyraźnie to objawił i potwierdził swoim zmartwychwstaniem. Prawdziwy pokój mogą osiągnąć ludzie prawego i czystego serca. I to tylko oni są w stanie zbudować autentyczny pokój na świecie. Człowiek przepełniony żądzą posiadania, zazdrości, nienawiści, pychy, dumy nigdy nie zbuduje prawdziwego pokoju. A w swoich usiłowaniach zaprowadzania go na świecie jest podobny do strażaka, który benzyną gasi pożar. Z polecenia Chrystusa i w mocy Ducha Świętego możemy otrzymać odpuszczenie grzechów i w ten sposób stworzyć w sobie przestrzeń, gdzie może zakorzenić się pokój Chrystusowy.

W czasie pierwszych spotkań z apostołami, zmartwychwstały Chrystus udziela apostołom mocy Ducha Świętego i zapowiada Jego pełnię. Zapowiedź ta wypełnia się w dniu Pięćdziesiątnicy, pięćdziesiąt dni po świętach Paschy. W Dziejach Apostolskich czytamy: „Kiedy nadszedł wreszcie dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wichru i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też jakby języki z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Święty” (Dz. 2, 1- 4). Otwierają się wtedy szeroko drzwi wieczernika. Apostołowie napełniani darami Ducha Świętego odważnie i z mocą zaczynają głosić światu Chrystusa zmartwychwstałego. Pośród przeciwności zachowują wewnętrzny pokój. Tego pokoju, zbudowanego na mocnym fundamencie zmartwychwstania Chrystusa nic nie jest w stanie zmącić.

Autor biblijny mówiąc o zesłaniu Ducha Świętego posługuje się symbolem wiatru. Przychodzi on do nas w formie łagodnego powiewu lub huraganu, który wyrywa drzewa z korzeniami. Wiatr Ducha Świętego dotyka naszej duszy. Przychodzi jak łagodny powiew, ale czasami jak huragan zmienia krajobraz naszej duszy. Tak jak to było w przypadku św. Pawła. Gwałtowny podmuch Ducha Świętego powalił go na ziemie, a później podniósł, ale był to już inny Paweł. Z prześladowcy Chrystusa stał się Jego wyznawcą.

Inaczej ten wiatr Ducha Świętego dotknął Józefa, któremu zmieniono imię na Barnaba, co znaczy „syn pocieszenia”’. Urodził się na Cyprze w rodzinie bogatych Żydów z pokolenia Lewiego. Rodzice zadbali o jego solidne wykształcenie. Oddali go do szkoły słynnego Gamaliela, do której uczęszczał także Szaweł, późniejszy apostoł Paweł. Barnaba był jednym pierwszych uczniów Chrystusa. Po ukrzyżowaniu i zmartwychwstaniu Jezusa Barnaba pozostał w gronie Apostołów. Odziedziczył on po rodzicach znaczny majątek, który sprzedał i pieniądze przyniósł do apostołów, aby służyły całej wspólnocie wierzących. Tylko człowiek owiany mocą Ducha Świętego może podjąć taką decyzję. Również inne decyzje Barnaba podejmował w mądrości i mocy Ducha Świętego.

Kiedy Paweł przybył do Jerozolimy po swoim nawróceniu, wielu nowych chrześcijan unikało go, znając jego wcześniejsze życie, jako prześladowcy kościoła Chrystusowego. Barnaba dał szansę Pawłowi, nie odtrącił go. Zaprosił Pawła do współpracy. Razem z Pawłem i Markiem wyruszył w podróż misyjną. Po przybyciu do Perge, Marek pod wpływem piętrzących się trudności wrócił do domu. Zaś Barnaba z Pawłem kontynuowali dalej podróż misyjną. A gdy przygotowywali się do następnej podróży misyjnej Barnaba chciał ponownie zabrać ze sobą Marka, na co nie godził się Paweł, uważając, że Marek jest zawodnym współpracownikiem. Barnaba jednak chciał dać Markowi szansę tak jak kiedyś dał szansę Pawłowi. Ostatecznie Barnaba wziął ze sobą w podróż misyjną Marka zaś Paweł Sylasa. Marek, gorliwością apostolską odwdzięczył się za to zaufanie. Docenił to także Paweł, wspominając w swoich listach wspaniałą pracę Marka. Według tradycji Barnaba głosząc Ewangelię na Cyprze został ukamienowany przez swoich rodaków.

Otwarcie na działanie Ducha Świętego czyniło Barnabę wrażliwym na bliźniego. Mimo popełnionych błędów dawał człowiekowi szansę, robił wszystko, aby ten nie zmarnował swoich potencjalnych możliwości. Patrzył na błędy drugiego z wyrozumieniem i współczuciem. Nie szukał własnej chwały, ale dobra swoich braci i kościoła. Taką drogę budowania pokoju może obrać tylko ten, kto jest mocno zakotwiczony w Chrystusie i jest wyczulony na powiew Ducha Świętego (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

OGIEŃ JEDNOŚCI

W grudniu 2011 roku w Tropach Elbląskich spłonął dom. Podpalił go ogień nienawiści, jaki rozniecił w swoim sercu jeden z mieszkańców tej wioski. Pożar w Tropach był wynikiem rodzinnej waśni, która narastała latami. Sprawca pożaru, jak i pokrzywdzony zajmowali się sprzedażą mebli. Stali się dla siebie konkurencją. W pewnym momencie sprawa sprzedaży mebli zeszła na drugi plan, a relacje między krewniakami zdominowała nienawiść i emocje. Wcześniej jeden z mężczyzn posądził swojego kuzyna, że ten mu ukradł z posesji kilkadziesiąt drzewek, a ten w odwecie groził mu nożem. 18 grudnia, jeden z nich Karol, wracając z nocnej imprezy postanowił wyrównać rachunek nienawiści. Pod nieobecność krewniaka wszedł do jego domu i podpalił go. Ten ogień nienawiści ciągle płonie na świecie. Dzisiaj na ekranach telewizorów możemy go oglądać w Iraku, Afganistanie, może w niedługim czasie zobaczymy go w Iranie i wielu innych miejscach na świecie. Nawet gdybyśmy ten ogień nazywali ogniem pokoju, to i tak on pozostanie ogniem nienawiści, bo przez jego płomienie zobaczymy spalone domy, zamordowane niewinne dzieci. I to zapewne z tego powodu spotkałem tak wielu wrażliwych ludzi, którzy z wojny wietnamskiej czy irackiej wrócili przetraceni psychicznie. Ten ogień pochodzi od Diabła.

A teraz kilka zdań o innym ogniu, który rozpalała moja mam pod kuchnią. Wkładała do pieca drwa, smolne szczapy i podpalała. Płomienie buzowały w piecu, a w kominie huczało. W zimowy mroźny wieczór robiło się kuchni ciepło i przytulnie. Mama stawiała garnki na kuchni i gotowała posiłek. Wszędzie pachniało pysznymi potrawami. Następnie zasiadaliśmy do wspólnego posiłku. Zewsząd emanował pokój i radość, bo ten ogień rozpalała miłość, którą mama pielęgnowała w sobie. Pamiętam także inny ogień, który rozpalałem z przyjaciółmi. Gdy zapadała chłodna noc, rozpalaliśmy na leśnej polanie ognisko. Języki ognia strzelały ku niebu. Robiło się cieplej, przytulniej i jaśniej. W migotliwym świetle płomieni dostrzegaliśmy życzliwe, przyjazne twarze. Czuliśmy szczególną radość bycia ze sobą. Rozradowane serca łączyły się we wspólnym śpiewaniu.  Śpiewaliśmy pośród wielu piosenek i tę: „Płonie ognisko w lesie, / wiatr smętną piosnkę niesie, / Przy ogniu zaś drużyna, / Gawędę rozpoczyna”. Ogień tego leśnego ogniska rozpalały nie tyle zapałki, co poczucie jedności, wzajemnej życzliwości. Ten ogień rozpalała miłość, którą każdy z nas nosił w swoim sercu. Ten ogień pochodzi od Boga.

Ogień pod kuchnią i ten z leśnej polany może być w pewnym sensie obrazem języków ognia, które spoczęły na apostołach w dniu Pięćdziesiątnicy, dniu Zesłania Ducha Świętego. Dzieje Apostolskie zacytowane na wstępie tak to opisują: „Nagle spadł z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym”. Był to ogień Bożej miłości. Wydarzenie to miało miejsce pięćdziesiąt dni po świętach Paschy. Jerozolima w tych dniach pełna była ludzi. Świętowano, bowiem w tym dniu nadanie dziesięciu przykazań na Górze Synaj. Pośród dymu i ognia Bóg przekazał Mojżeszowi Tablice przykazań, które były znakiem Przymierza.  W przykazaniach kryła się miłość Boga. Kto przyjął przykazania i żył tymi nimi otwierał się na boży pokój i miłość.  Jednak to Przymierze domagało się dopełnienia. Uroczystość Zesłania Ducha Świętego mówi o tym dopełnieniu. Był to dzień proklamacji Nowego Przymierza zawartym z nowym Ludem Bożym, Kościołem. Stąd też Zasłanie Ducha Świętego uważa się za narodziny Kościoła. Nowy Lud Boży ogniskuje się wokół przykazania miłości: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem, żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście moimi uczniami, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali”. Przykazanie miłości obowiązywało także w Starym Przymierzu, jednak miłość miała tam swoje uwarunkowania, w nowym zaś jest to miłość bezwarunkowa, posunięta aż miłowania swoich nieprzyjaciół.

Można powiedzieć, że w czasie zesłania Ducha Świętego apostołowie zostali napełnieni ogniem bożej miłości. Zaczęli przemawiać językiem miłości, który jest zrozumiały dla wszystkich. Oprócz daru języków apostołowie otrzymali wiele innych. Św. Paweł w drugim czytaniu mówi: „Różne są dary łaski, lecz ten sam Duch; różne też są rodzaje posługiwania, ale jeden Pan; różne są wreszcie działania, lecz ten sam Bóg, sprawca wszystkiego we wszystkich. Wszystkim zaś objawia się Duch dla wspólnego dobra”. My także otrzymujemy dary Ducha Świętego dla wspólnego dobra. Troska o wspólne dobro jest wyrazem miłości i zawsze prowadzi do jedności.

Przed zesłaniem Ducha św. apostołowie siedzieli zamknięci w wieczerniku z obawy przed Żydami. Świetnie oddaje tę sytuację ks. Ezeogu w jednej ze swoich przypowieści. Otóż w niedzielę matka wchodzi do sypialni swego syna, siada na łóżku i mówi: „Jasiu wstawaj, ubieraj się i idź do kościoła”. Półśpiący Jasio mamrocze: „Ja nie chce iść do kościoła”. „Co to znaczy, ja nie chce iść do kościoła?”- pyta rozsierdzona matka. Na wpół obudzony Jasio odpowiada: „Mam co najmniej dwa powody, aby nie iść do kościoła. Po pierwsze: Oni mnie tam za bardzo nie lubią, a po drugie ja też za nimi za nie przepadam”. Na co matka odpowiedziała: „Przytoczę ci dwa argumenty za tym, że powinieneś iść do kościoła: Po pierwsze masz już czterdzieści lat, po drugie jesteś proboszczem tej parafii i masz obowiązek odprawić dla nich dzisiaj Mszę św.”.

Apostołowie zamknięci w wieczerniku nie za bardzo kwapili się z wyjściem na, zewnątrz, aby głosić zgromadzonym tłumom Ewangelię o Chrystusie. Wiedzieli, że wielu z tego tłumu jest wrogo nastawiona do Chrystusa i jego uczniom. Duch Święty potrząsnął nimi, uświadomił im do czego ich Chrystus powołał. Duch Święty uzdolnił ich także do wypełnienia tej misji. Obdarzył ich różnorakimi darami w tym darem języków, darem mądrości, darem męstwa. Napełnieni mocą Ducha Świętego wychodzą na zewnątrz i zaczynają głosić Chrystusa. I stał się cud.  Tłumy słuchają ich. I jak mówi Pismo św., po kazaniu św. Piotra nawróciło się ponad pięć tysięcy ludzi. Pięć tysięcy napełniało się nadzwyczajnym ogniem miłości Chrystusowej.

Ten Duch jest obecny w dzisiejszej wspólnocie Kościoła Chrystusowego. Tam możemy odnaleźć Jego ogień, przy którym możemy się ogrzać, przy którym możemy poczuć jedność z Bogiem i między sobą. W tym Kościele tak ważna jest Msza św., w czasie, której uobecnia się Chrystus, „gorejący ogień miłości”. Dlatego nawet, gdyby nam się nie chciało iść do kościoła, jak temu zaspanemu proboszczowi, trzeba się przezwyciężyć, a wtedy zobaczymy, że w autentycznej wspólnocie wiary i autentycznie przeżytej Mszy św. odnajdziemy ogień bożej miłości, która ma moc przemienić nas samych i cały świat (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

„NIE ZOSTAWIĘ WAS SIEROTAMI”

Historia, którą chcę przytoczyć mówi o doświadczeniu, które po części jest udziałem każdego z nas. A właściwie to początek jest podobny, zakończenie bywa różne, nie każdy odnajduje to samo. Kształt naszej historii u jej kresu zależy od tego kto nas prowadzi, za kim idziemy. W rozważaniu na Zielone Świątki dajmy się prowadzić mocy i mądrości Ducha Świętego, tak jak rodzina z poniższej historii, którą Duch Pocieszyciel prowadził w najtrudniejszym momencie życia. Marek odszedł tak nagle, nikt się tego nie spodziewał. Wyszedł rano do pracy, a po południu Magda, żona Marka otrzymała telefon, że mąż jest w szpitalu. Natychmiast wsiadła do samochodu i ruszyła w drogę. Było już za późno. Marek zmarł na zawał serca przed jej przyjazdem. Dla Magdy i dwójki małych dzieci jakby cały świat się zawalił. W tych dniach pełnych bólu i rozpaczy trudno było im odnaleźć chociażby mały promyk nadziei. Serce Magdy kurczyło się w bólu, gdy patrzyła, jak dzieci tęsknią za tatą, jak bardzo go im brakuje, jak bardzo cierpią. Przezwyciężając swój ból i smutek zaczęła mówić dzieciom, że tata żyje, że jest szczęśliwy w niebie, że ich kocha i z nieba opiekuje się nimi. Mówiła, że to możliwe, bo Chrystus zmartwychwstały zwyciężył śmierć.  Sieroty odczuwając brak fizyczny taty zaczęły coraz pełniej odnajdywały jego duchową obecność. Pewnego razu mała Karolinka z radością powiedziała: „Mamusiu dzisiaj w nocy tatuś przyszedł do mnie, przytulił mnie i powiedział, że mnie kocha i jest przy mnie”. Magda wiedziała, że nie był to tylko sen. Starając się przybliżyć swoim dzieciom tajemnicę świętych obcowania, inaczej duchowej obecności w naszym życiu tych, którzy żyją po drugiej stronie śmierci sama umocniła się w tej wierze tak, że nieraz prawie namacalnie odczuwała obecność męża. Nie jeden raz, gdy problemy przerastały ją, mówiła: „Marku pomóż, bo już nie daję sobie rady”. I jak wyznała, ta pomoc przychodziła w różnej formie duchowej, która odciskała także swoje piętno na rzeczywistości materialnej. Można powiedzieć, że w mocy i mądrości Ducha Pocieszyciela odnaleźli oni duchową obecność męża i taty. W pewnym sensie i pewnym wymiarze nie zostali sierotami. 

Takie odczucie można by potraktować jako oszukiwanie samego siebie, czy złudzenie, gdyby nie stała za nim realna moc spełniania, którą daje nam zmartwychwstały Chrystus w tajemnicy Ducha Świętego. Przed zbliżającą się śmiercią, powiedział On zalęknionym apostołom: „Ja prosić będę Ojca i da wam innego Pocieszyciela, aby był z wami na wieki Ducha prawdy, którego świat przyjąć nie może, bo go nie widzi i nie zna; wy go znacie, bo przebywa wśród was i w was będzie. Nie zostawię was sierotami, przyjdę do was.”  Jednak mimo tej zapowiedzi po śmierci Jezusa apostołowie poczuli się opuszczeni, zagubieni, doświadczyli pewnego rodzaju sieroctwa. Sytuacja diametralnie się zmieniła, gdy spotkali zmartwychwstałego Chrystusa. Cieszyli się fizyczną obecnością swego Mistrza. Po wniebowstąpieniu Jezusa, brak Jego fizycznej obecności położył się cieniem na wcześniejszej radości. Zalęknieni, niepewni jutra zamknęli się w Wieczerniku i trwając na modlitwie oczekiwali spełnienia obietnicy zesłania Ducha Świętego. Św. Łukasz w Dziejach Apostolskich pisze: „Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić”. Napełnieni radością Apostołowie z odwaga zaczynają głosić Ewangelię. W całej pełni odczuli w Duchu św. obecność Chrystusa. Duch Święty obdarzył ich różnorakimi darami, które w katechizmie Kościoła katolickiego zamknięto liczbą siedem: dar mądrości, dar rozumu, dar rady, dar męstwa, dar wiedzy (umiejętności), dar bojaźni Pańskiej, dar pobożności. Liczba siedem w rozumieniu biblijnym może znaczyć także nieskończoność.

Przyjęcie darów Ducha Świętego przez głęboką i autentyczna wiarę sprawia, że życie nabiera głębszego wymiaru, pogłębionego o wieczność, która staje się także miarą doczesności. I z tej perspektywy nawet największe nieszczęścia stają się tylko epizodem w nurcie rzeki naszego życia, zdążającej do bezkresnego oceanu wieczności. Jednak niektórym trudno uwierzyć, że Bóg obdarza nas tak wielką łaską, tak wielkim dobrem, tak wielką miłością. Jakże często powtarza się w sferze wiary historia Tomasza, któremu poszczęściło się w życiu. Miał wspaniałą rodzinę i w sprawach biznesowych wszystko szło nadzwyczaj pomyślnie, aż nieraz sam był zaskoczony tym, że tak łatwo przychodzą mu pieniądze. Pewnego razu, późnym wieczorem po udanej transakcji, która przyniosła mu duże pieniądze wracał do domu. Przejeżdżał przez niewielką miejscowość. Z daleka zauważył pięknie oświetloną wieżę kościoła. Ten widok skierował jego myśl ku Bogu. Po raz kolejny uświadomił sobie jak wiele od Niego otrzymał.  Dziękując Mu za to wszystko poczuł w sobie nieprzepartą chęć podzielenia się tymi dobrami z innymi. Niecałe dwa kilometry przed swoim domem, pod wpływem tego impulsu wysiadł z luksusowego samochodu i zastukał do drzwi najbliższego domu. Po długim czasie pojawił się mężczyzna i spojrzał podejrzliwie na Tomasza, pytając: „Czego pan chce o tej porze?”: „Chciałem panu podarować mój samochód” – powiedział wręczając gospodarzowi kluczyki do samochodu. Gospodarz spojrzał na samochód a później na Tomasza, mówiąc: „Coś nie tak jest z pana głową.”. Następnie odwrócił się i zatrząsnął drzwi. Biznesmen zastukał do następnego domu z tą samą propozycją. Kobieta, która otwarła drzwi zapytała z ciekawością: „Co pan chce za to?” „Nic, po prostu chce pani podarować mój samochód” – padła odpowiedź.  Kobieta cofnęła się i powiedziała: „Jeśli pan nie odejdzie natychmiast, to zaraz dzwonię po policję”. I zatrzasnęła mu drzwi przed nosem.  Niezrażony biznesmen zastukał do drzwi trzeciego domu. Drzwi otworzyła kobieta, która po usłyszeniu propozycji biznesmena i wzięciu kluczyków od samochodu zastygła w milczeniu.  Po czym zaczęła płakać. „Otrzymałam wspaniały prezent, ten samochód jest mój…” – powtarzała z radością. Tomasz z uśmiechem na twarzy odwrócił się i odszedł w mrok nocy.

Bóg ofiaruje nam wspaniały dar zbawienia, wiecznego szczęścia. Niektórzy jednak nie mogą uwierzyć, że Ktoś może nam ofiarować coś takiego, uważają, że to niemożliwe. I słysząc Dobrą Nowinę o tym darze zatrzaskują na cztery spusty drzwi swego serca, nie przyjmując tego daru. Większość jednak zachowuje się jak ta ostatnia kobieta z powyższego opowiadania. Zdumieni tak wspaniałym darem, przyjmują go z wielka radością i wdzięcznością. Duch Święty uzdalnia nas do godnego przejęcia tego daru. W pierwszym rzędzie daje moc oczyszczenia naszych serc by były gotowe na przyjęcie tej szczególnej łaski. Chrystus w mocy Ducha Świętego daje apostołom władzę odpuszczania grzechów: „Weźmiecie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”. Czyste serce gotowe jest na przyjęcie pozostałych darów Ducha Świętego, które niosą radość i szczęście, pokój i dobro. Nie jesteśmy marnym prochem rzuconym w bezkresne przepaście kosmosu. Nie jesteśmy sierotami. Jesteśmy w ręku kochającego Ojca.

W polskiej tradycji tę radość wyraża także zieleń i kwiaty, którymi stroimy nasze kościoły, domy, obejścia. W tym czasie bujna zieleń w kraju nad Wisłą tętni pełnią życia i na swój sposób wyśpiewuję Stwórcy piękny hymn radości i dziękczynienia. Ten hymn staje się obrazem naszej wewnętrznej radości, która przynagla wychwalania Boga słowami psalmu z dzisiejszej uroczystości: „Niech chwała Pana trwa na wieki, niech Pan się raduje z dzieł swoich. Niech miła Mu będzie pieśń moja, będę radował się w Panu” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

BŁOGOSŁAWIONY STANISŁAW STAROWIEYSKI

Zalęknionym apostołom Chrystus przynosi pokój. Przekazuje im także Ducha Świętego w mocy, którego mają władzę odpuszczania grzechów. Pokój i odpuszczenie grzechów są ze sobą ściśle związane. Człowiek zniewolony złem nie zazna prawdziwego pokoju tu na ziemi nie mówiąc już o pokoju wiecznym. Odpuszczenie grzechów to jeden z wielu darów Ducha Świętego koniecznych do naszego uświęcenia we wspólnocie kościoła. Prorok Izajasz, mówiąc o Duchu Świętym, który spocznie na Mesjaszu wymienia siedem darów: „Spocznie Duch Pana, duch mądrości i rozumu, duch rady i męstwa, duch wiedzy i pobożności, duch bojaźni Bożej”. Katechizm katolicki z wielu darów Ducha Świętego, za prorokiem Izajaszem wymienia ich także siedem. Przez dary Ducha dostępujemy wspólnoty z Bogiem, mamy udział w Jego życiu, potędze, mądrości i świętości, stajemy się dziećmi Bożymi. W życiu świętych wyraźnie dostrzegamy jak dary Ducha Świętego przemieniają człowieka na miarę dziecka bożego. Popatrzmy jak Duch Święty prowadził drogą świętości błogosławionego Stanisława Starowieyskiego.

Stanisław Kostka Starowieyski urodził się 1 maja 1895 roku w Ustrobnej nad Wisłokiem. Niebawem rodzina przeprowadziła się do Bratkówki, gdzie Stanisław spędził dzieciństwo i młodość. Ojciec Błogosławionego, także Stanisław był posłem do parlamentu austriackiego i redagował we Lwowie „Ruch Katolicki”. Matka Amelia, z hrabiów Łubieńskich, była założycielką pierwszej w Polsce Sodalicji Pań Wiejskich. Wydawała czasopisma: „Niewiasta Katolicka” i dla dzieci „Gwiazdka”. Atmosfera szczerej i otwartej religijności oraz zaangażowanie w życie społeczne miały duży wpływ na przyszłe życie Stanisława. Bo to właśnie dom rodzinny był jego pierwszą szkołą. Później Stanisław pobierał nauki w Kolegium Jezuitów w Chyrowie, gdzie wstąpił do Sodalicji Mariańskiej. Po maturze rozpoczął studia w Uniwersytecie Jagiellońskim, które musiał przerwać ze względu na wybuch I wojny światowej. Został wcielony do armii austriackiej i posłany na front wschodni. Brał udział w walkach o Lwów i Przemyśl. Uczestniczył też w formowaniu wojska polskiego w Krakowie. W czasie wojny polsko-ukraińskiej bronił cytadeli lwowskiej. Za zasługi na polu walki generał Władysław Sikorski odznaczył go Krzyżem Walecznych i orderem Virtuti Militari.

W roku 1921 ze względów zdrowotnych Stanisław musiał zrezygnować ze służby wojskowej. 24 sierpnia tego samego roku ożenił się z hrabianką Marią Szeptycką, córkę Aleksandra Szeptyckiego z Łabuń koło Zamościa. Maria i Stanisław Starowieyscy zamieszkali w należącym do Szeptyckich majątku Łaszczów, niedaleko Tomaszowa Lubelskiego. Majątek w wyniku działań wojennych popadł w ruinę. Młodzi małżonkowie zamieszkali w pomieszczeniach służby, odkładając na później remont pałacu. Wytrwała praca, zaradność i przedsiębiorczość Stanisława sprawiły, że wkrótce majątek stał się wzorcowym gospodarstwem dla całej okolicy. Stanisław był wymagającym pracodawcą, ale sprawiedliwym. Pracownikom zapewniał godziwe wynagrodzenie oraz opiekę lekarską dla całej rodziny. A ponad to, znaczną część dochodów z majątku przeznaczał dla ubogich i na działalność katolicko-społeczną. Źródłem takiej postawy życiowej była głęboka i szczera pobożność, otwartość na dary Ducha Świętego. Dzieci Marii i Stanisława Starowieyskich wspominają, że rodzice codziennie przyjmowali komunię św. w czasie Mszy. Często widziały jak ojciec długo klęczał zatopiony w modlitwie.

Stanisław prowadził bardzo aktywną działalność nie tylko gospodarczą, ale także społeczną i kulturalną. Dbał również o poziom religijny nie tylko swoich pracowników. W okresie Wielkiego Postu roku 1924 zorganizował pierwsze w tych stronach rekolekcje zamknięte dla nauczycielek. Wraz z teściem, hrabią Aleksandrem Szeptyckim, powołał do życia Sodalicję Mariańską Panów Ziemi Tomaszowsko-Zamojskiej. Wspierał żonę w organizowaniu darmowej kuchni dla biednych, założeniu ochronki dla dzieci pracowników, przygotowywaniu świątecznych paczek dla naj-uboższych. Stanisław, wspólnie z proboszczem łaszczowskim, ks. Dominikiem Majem, odwiedzał domy najuboższych parafian, niosąc im duchową i materialną pomoc. Potrzebujący wsparcia włościanie zgłaszali się po zboże, drewno na budowę a także po pieniądze. Wśród korzystających z tej pomocy byli też Rusini i Żydzi.

Stanisław zajmował się także działalnością publicystyczną. W swoich publikacjach przybliżał katolicką naukę społeczną, zachęcając, aby w jej duchu rozwiązywać kwestie sprawiedliwości społecznej. Wzywał także do czynnego angażowania się w działalność stowarzyszeń katolickich, a szczególnie w Akcję Katolicką. Zachęcał, aby w oparciu o naukę kościoła w kwestiach społecznych i poprzez działalność stowarzyszeń katolickich szukać mądrych i konkretnych rozwiązań problemów ekonomiczno-społecznych, takich jak poprawa warunków mieszkaniowych ludności, rozwój na szerszą skalę akcji oszczędnościowej, stworzenie warstwom najuboższym sprzyjających warunków do awansu społecznego. Wiele uwagi poświęcał polskiej wsi i rolnictwu, proponując rozwiązania, które podniosłyby poziom życia na wsi.

Idee propagowane w publikacjach wprowadzał w życie. Szczególnym polem tej działalności była Akcja Katolicka. Zrzeszeni w niej katolicy świeccy wraz z hierarchią kościoła podejmowali dzieło przemiany życia społecznego przez wprowadzanie w życie indywidualne i zbiorowe wartości ewangelicznych i zasad nauki społecznej Kościoła. Stanisław Starowieyski pisał: „Człowiek przystępujący do pracy w Akcji Katolickiej, musi przygotowanie rozpocząć od wewnątrz”. Z tą myślą organizował dla członków Akcji Katolickiej rekolekcje i dni skupienia w Łaszczowie i Łabuniach. Równocześnie zachęcał ich do podejmowania konkretnych działań apostolskich w swoim środowisku. W 1932 roku Stanisław został wiceprezesem, a w 1935 r. prezesem Diecezjalnego Instytutu Akcji Katolickiej w Lublinie.

Piękna działalność społeczna i religijna Stanisława Starowieyskiego została przerwana 19 czerwca 1940 roku. W tym dniu wraz z ks. Dominikiem Majem i Aleksandrem Szeptyckim został aresztowany przez gestapo i przewieziony do Rotundy Zamojskiej. Następnie przez Zamek Lubelski i obóz w Sachsenhausen trafił, we wrześniu 1940 roku do Dachau. W nieludzkich obozowych warunkach Stanisław zachował wewnętrzną pogodę ducha i głęboką wiarę i wolę służenia innym. Ks. Maj wspomina: „Wokół niego skupiało się wszystko, co mogło chronić od rozpaczy i podtrzymać siły. Był apostołem w obozie, iluż ludziom ułatwił spowiedź świętą, a wielu z nas zaświadczyć może, jak organizował pomoc materialną, wielkodusznie dzieląc się z bardziej potrzebującymi, nie bacząc, że go ktoś wykorzystał”. Podczas pobytu w obozowym szpitalu zaprzyjaźnił się rów¬nież z Adamem Sarbinowskim, nauczycielem z Chełma. Poprzez długie, cierpliwe rozmowy doprowadził go do nawrócenia i spowiedzi.

Stanisław osłabiony trudnymi warunkami obozowymi i chorobą, skatowany przez oprawców w Wielki Piątek 1941 roku wyspowiadał się u ks. Maja, przyjął Komunię św. Zmarł tego samego dnia lub w nocy z Wielkiej Soboty na Niedzielę Wielkanocną. Adam Sarbinowski tak opisuje ostatnie chwile życia Błogosławionego: „W nocy około godziny pierwszej Starowieyski położył się koło mnie, prosząc, abym mu pozwolił umrzeć koło siebie. ‘Już umieram, nie zobaczę swojej rodziny ani Ojczyzny na tym świecie, jeśli wyjdziesz z obozu, odwiedź moją rodzinę w Łaszczowie i powiedz, żem zmarł w tym dniu świętym, w którym zmarł Chrystus’. To były mniej więcej ostatnie jego słowa. Potem jeszcze przez kilkanaście minut głęboko i nieregularnie oddychał, wypowiadając jeszcze jakieś niewyraźne i niezrozumiałe wyrazy, wreszcie zasnął. Śmierć jego wywarła bardzo silne wrażenie na wszystkich, choć byliśmy do oglądania śmierci przyzwyczajeni. Przy wynoszeniu jego ciała do trupiarni wszyscy zdjęli czapki, co się nigdy nie zdarzało. Jestem szczęśliwy, że dane mi było znać człowieka świętego”.

Urnę z prochami Stanisława Starowieyskiego, przysłaną z obozu, złożono na rodowym cmentarzu w Łabuniach. Zaś 13 czerwca 1999 roku w Warszawie, Papież Jan Paweł II wyniósł go wraz 108 męczennikami z lat II wojny światowej do chwały błogosławionych (z książki Wypłynęli na głębię).

 

OTWÓRZ OKNO 

W roku 1959 film „Pamiętnik Anny Frank” zdobył trzy Oscary. Film został nakręcony według pamiętnika Annelies Marie Frank zapisanego w zeszycie podarowanym jej na trzynaste urodziny przez babcię, która zauważyła talent literacki wnuczki. Pierwsze słowa dzienniczka brzmiały: „Sądzę, że będę ci mogła wszystko powierzyć, tak jak jeszcze nigdy nikomu, i mam nadzieję, że będziesz dla mnie wielkim oparciem”. Annelies urodziła się w rodzinie żydowskiej we Frankfurcie nad Menem. Po dojściu do władzy Hitlera państwo Frank opuścili Niemcy i przenieśli się do Holandii. Jednak i tu nie mogli czuć się bezpiecznie. W Dzienniczku czytamy: „Po maju 1940 roku skończyły się dobre czasy: najpierw wojna, potem kapitulacja, wkroczenie Niemców i dla nas Żydów zaczęło się pasmo udręk”. Prowadzenie dziennika było dla dziewczynki ucieczką od życia w ciągłym strachu. W listach do wyimaginowanej przyjaciółki Kitty opowiadała o przerażeniu, plotkach, kłótniach i pierwszej miłości. Pierwszego sierpnia 1944 roku zapisała: „Bardziej, niż mogę to wyrazić, męczy mnie to, że nie wolno nam nigdy wychodzić na zewnątrz, i ogromnie się boję, że zostaniemy odkryci, a potem rozstrzelani”. Trzy dni później rodzina Frank została aresztowana przez gestapo i wywieziona do obozu Auschwitz-Birkenau, gdzie Annelies zmarła na tyfus. Pozostał po niej Dzienniczek, który jest zaliczany do najważniejszych książek dwudziestego wieku.

W Dzienniczku znajdziemy wiele mądrych życiowych uwag. Oto jedna z nich: „Co jest piękniejszego na świecie, niż siedzieć przy otwartym oknie i patrzeć na naturę, słuchać jak ptaki śpiewają, czuć słońce na ustach i mieć w ramionach kochanego chłopaka?” W innym miejscu zanotowała: „Nie myślę wtedy o nieszczęściu, ale o pięknie, które pozostaje. W tym przeważnie leży różnica między mamą i mną. Jej radą na przygnębienie jest: ‘Pomyśl o całym nieszczęściu, które jest na świecie i ciesz się, że cię ono nie spotkało’. Moją radą jest: ‘Wyjdź na zewnątrz, na pola, do natury i słońca. Wyjdź na zewnątrz i próbuj odnaleźć szczęście w samym sobie; myśl o całym pięknie, które rośnie w tobie i dookoła ciebie, i bądź szczęśliwy’”. Nieraz wystarczy, szczególnie wiosną otworzyć okno i patrzeć na piękno natury i wsłuchać się w śpiew ptaków, aby poczuć radość, która wdziera się do naszego serca. Wystarczy wyjść na spacer, chłonąc piękno natury i słońca blask, aby poczuć się szczęśliwym. Są jeszcze inne okna w naszym życiu, które trzeba otworzyć, aby zachłysnąć się pięknem, którego świat ogarnąć nie może. Są to okna naszej duszy i naszego serca. A to piękno ma charakter duchowy i nadprzyrodzony. Dzisiejsza Uroczystość Zesłania Ducha Świętego kieruje naszą uwagę na to piękno.

Pierwszą taką uroczystość uczniowie Jezusa przeżywali w Jerozolimie pięćdziesiąt dni po śmierci i zmartwychwstaniu ich Mistrza. Ta Uroczystość wpisywała się w żydowskie obchody Szawuot, czyli Święta Tygodni, inaczej Pięćdziesiątnica lub Święto Żniw. Święto to wiąże się ze starożytnymi obyczajami rolniczymi. Podczas święta synagogi i prywatne domy przystrajano zielenią. Spożywano w czasie tego święta tradycyjne dania z sera i mleka oraz specjalne bochenki z nowego zboża, jako że było to także święto dożynkowe. Niektórzy Żydzi całą świąteczną noc spędzali na studiowaniu Tory, aby być przygotowanym na jej ponowne przyjęcie. Ponieważ to święto, w głównej swojej wymowie było wspomnieniem przekazania Tory przez Boga Mojżeszowi na Górze Synaj. W czasie tego święta apostołowie wraz z Maryją byli w jerozolimskim Wieczerniku, ale ich głównym motywem czuwania nie było ponowne przyjęcie Tory, ale oczekiwanie na dar, który obiecał im Chrystus przed swoim wstąpieniem do nieba. Czekali na zesłanie Ducha Świętego. Apostołowie otrzymali nakaz misyjny Chrystusa głoszenia Ewangelii całemu światu. Ale w zasadzie nic się nie działo dnia zesłania Ducha Świętego. Co więcej, apostołowie zalęknieni zamknęli się w Wieczerniku. Św. Jan Apostoł napisał: „Wieczorem w dniu zmartwychwstania, tam gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami”.

Okna i drzwi Wieczernika były zapewne zamknięte także w dniu Pięćdziesiątnicy. Natomiast okna duszy i serca apostołów były szeroko otwarte na przyjęcie obietnicy Chrystusa, na przyjęcie Ducha Świętego. Dzieje Apostolskie tak opisują spełnienie tej obietnicy: „Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle spadł z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić”. Apostołowie napełnieni mocą Ducha Świętego otwierają szeroko okna i drzwi Wieczernika, aby z radością i mocą głosić światu Dobrą Nowinę. Do tych, przed którymi nie tak dawno zamykali się w Wieczerniku mówią o śmierci Jezusa i Jego zmartwychwstaniu. Zdumieni i pełni podziwu słuchacze mówią: „Czyż ci wszyscy, którzy przemawiają, nie są Galilejczykami? Jakżeż więc każdy z nas słyszy swój własny język ojczysty?” O tego momentu pełni radości i szczęścia uczniowie Jezusa wyruszą w świat, aby głosić radosną nowinę o zwycięstwie życia nad śmiercią, radości nad smutkiem, dobra nad złem, miłości nad nienawiścią.

Nie wystarczy otworzyć się i przyjąć Ducha Świętego. W Jego mocy mamy głosić Ewangelię całemu światu. W czasie święceń kapłańskich papież Franciszek powiedział do neoprezbiterów: „To brzydko, gdy ksiądz żyje po to, by podobać się samemu sobie i jest jak paw. Miejcie zawsze przed oczami Dobrego Pasterza, który nie przyszedł po to, by mu służono, ale by służyć, nie po to, by żyć w wygodzie, ale by wychodzić i zbawiać. Niech wasze kazania nie będą nudne, niech docierają do serc ludzi i niech wypływają z waszych serc. Wtedy wasze nauczanie będzie radością i wsparciem dla wiernych”. Z pewnością takim kapłanem był św. Antoni z Padwy, który przypomina, że każdy z nas jest wezwany do głoszenia Ewangelii w mocy Ducha Świętego, nie tyle słowem co czynem: „Kto napełniony jest Duchem Świętym, ten przemawia różnymi językami. Różne języki – to różne sposoby świadczenia o Chrystusie, a zatem: pokora, ubóstwo, cierpliwość, posłuszeństwo. Przemawiamy nimi wtedy, gdy inni widzą je w nas. Mowa zaś jest skuteczna wówczas, kiedy przemawiają czyny. A zatem proszę was, niechaj zamilkną słowa, a odezwą się czyny. U nas tymczasem pełno słów, ale czynów prawdziwe pustkowie. Dlatego Pan zapowiada nam karę, jak to zapowiedział drzewu figowemu, na którym zamiast owoców znalazł same tylko liście. Przemawiajmy zatem zgodnie z tym, co Duch Święty poleci nam mówić. Prośmy Go pokornie i usilnie o łaskę, abyśmy potrafili urzeczywistnić na nowo dzień Pięćdziesiątnicy przez uświęcenie pięciu zmysłów i wypełnianie dziesięciu przykazań. Prośmy o ducha prawdziwej skruchy, o żar świadectwa, abyśmy w ten sposób oświeceni i zapaleni zasłużyli na oglądanie wśród świętych Trójjedynego Boga” (Kurier Plus, 2018).

 

DZIAŁANIE DUCHA ŚWIĘTEGO

Różnego rodzaju symbole są wszechobecne w naszym życiu. Kierują one naszą uwagę na prawdę poza sferą zmysłową znaku, wprowadzając nas w świat wartości duchowych. Symbole odgrywają bardzo ważną rolę w sferze życia religijnego. Dzisiejsza uroczystość Zesłania Ducha Świętego ma także głęboką symbolikę. Najbardziej popularnym symbolem Ducha Świętego jest gołębica. Zapewne scena chrztu Jezusa zaważyła na tej symbolice. W Ewangelii Marka czytamy: „W owym czasie przyszedł Jezus z Nazaretu w Galilei i przyjął od Jana chrzest w Jordanie. W chwili, gdy wychodził z wody, ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na siebie”. I tak obraz gołębicy stał się w tradycyjnej ikonografii chrześcijańskiej symbolem Ducha Świętego. Czytania na dzisiejszą uroczystość ukazują znaki obecności Ducha Świętego. W Dziejach Apostolskich czytamy: „Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wichru i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też jakby języki ognia, które się rozdzielały, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym”. Duch Święty ukazuje się w dynamizmie działania.

Jednak najbardziej widoczna jest obecność i działanie Ducha Świętego w przemianie uczniów, którzy Go otrzymali. Gwałtowny wicher ucichł, znikły płomyki ognia, a pozostali przemienieni apostołowie. Św. Jan Paweł II mówił: „W Jerozolimie, w dzień Pięćdziesiątnicy prawie dwa tysiące lat temu, wobec tłumu zdumionego i drwiącego z niezrozumiałej przemiany w zachowaniu Apostołów, Piotr mówi z odwagą: „Jezusa Nazarejczyka, Męża, którego posłannictwo Bóg potwierdził wam niezwykłymi czynami (…) przybiliście rękami bezbożnych do krzyża i zabiliście. Lecz Bóg wskrzesił Go”. W słowach Piotra przejawia się samoświadomość Kościoła, zbudowana na pewności, że Jezus Chrystus żyje, działa w teraźniejszości i przemienia nasze życie. Duch Święty, który działał już podczas stworzenia świata i w czasie Starego Przymierza, objawia się przez Wcielenie i Paschę Syna Bożego, i nieledwie ‘eksploduje’ w dniu Pięćdziesiątnicy, aby przedłużyć w czasie i przestrzeni posłannictwo Chrystusa Pana. W ten sposób Duch Święty tworzy Kościół jako strumień nowego życia, płynący poprzez ludzką historię”.

Duch Święty obdarza nas wielorakimi darami, które uwidaczniają Jego obecność i działanie w naszym życiu. W bierzmowaniu otrzymujemy te dary w sakramentalnej formie. Dary te pozwalają odkryć, na czym polega Jego działanie. Bardzo często w życiu wielu wierzących tylko metryka bierzmowania mówi o otrzymaniu tych darów, bo w życiu ich nie widać. Dary Ducha Świętego, to nie są prezenty, które można zamknąć w szafie. One mają kształtować naszą codzienność. Przypomnijmy sobie kolejny raz te dary. Dar mądrości uzdalnia nas do praktycznego wprowadzania Bożych przykazań w codziennym życiu. Decyzje podejmowane w łączności z Duchem świętym są zawsze mądre. Dar rozumu uzdalnia nas do zgłębiania tajemnic Bożego objawienia, aby stały się one światłem naszego życia. Dar rady uzdalnia nas do podejmowania trafnych decyzji w trudnych sytuacjach. Dar męstwa to działanie Ducha Świętego w naszym sercu wtedy, gdy trzeba pokonać trudności, ale też wówczas, gdy trzeba zmierzyć się z przeciwnikiem mocniejszym od nas. Dar umiejętności współpracy z Duchem Świętym w pełnieniu woli Ojca Niebieskiego. W jej wyniku wszystko zamienia się w akt miłości Boga i człowieka. Dar pobożności to modlitwa z Duchem Świętym, który stoi po naszej stronie i zwraca się do Ojca, zwłaszcza wówczas, gdy chcemy, ale nie umiemy się modlić. Dar bojaźni Bożej to nieustanna troska Ducha Świętego, abyśmy uwolnieni z wszystkich lęków zabiegali o to, by nie utracić zaufania, jakim darzy nas Bóg.

Współpraca z tymi darami sprawia, że one owocują w naszym życiu i staja się widoczne dla świata. Stają się świadectwem obecności Ducha Świętego w świecie. Św. Paweł w Liście do Galatów pisze jakie są owoce przyjęcia i współpracy z tymi darami: „Owocem zaś Ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie”. Miłość, czyli pragnienie uszczęśliwiania innych. Radość to szczęście płynące z życia w harmonii z Bogiem i bliźnim. Pokój to pewność, że jestem w ręku dobrego Ojca, któremu całkowicie ufam. Cierpliwość, to proces dłuższego dorastania do miłości, szczęścia i pokoju. To oddanie wszystkiego w ręce Boga, On się tym zajmuje. Uprzejmość to znak wielkiej kultury ducha, który chroni nas przed brutalnością wobec bliźniego. Dobroć, to pragnienie pomagania potrzebującym, bezbronnym. Tworzy ona atmosferę dobroci w najbliższym środowisku. Gdzie brak dobroci, tam jest obecny zły duch. Wierność buduje zaufanie do Boga i naszego bliźniego. Gdy brakuje ufności w naszym życiu, to wtedy zły ma przystęp do nas. Łagodność jest ściśle związana z cierpliwością i stanowi ważny most w relacjach z innymi ludźmi. Jest ona językiem miłości. Opanowanie to piękny owoc Ducha Świętego, który zna wartość harmonii i pełnej odpowiedzialności za słowa, czyny, postawę. Opanowany jest przyjacielem Boga, bo nie da się go wyprowadzić z równowagi nawet w obliczu mocnych ciosów. On jest razem z Bogiem panem każdej sytuacji. Jeśli brakuje w nas takiego owocowania, to znaczy, że bardzie metryka bierzmowania niż nasze życie świadczy o otwarciu się na dary Ducha Świętego.

Można przytoczyć setki świadectw ludzi, którzy doświadczyli w sobie owocowania darów Ducha Świętego. Takie świadectwo daje Piotr Kowalczyk, znany jako raper Tau: „Bóg odmienił całe moje życie, wyciągnął mnie z uzależnień, depresji. Byłem uzależniony od nikotyny, marihuany, w pewien sposób również od alkoholu. Prowadziłem imprezowy tryb życia. Byłem uzależniony też od filozofii New Age, okultyzmu. Ogólnie Bóg naprawił moje życie, duszę. Uważam, że jestem chodzącym świadectwem na Jego istnienie, ponieważ kiedy próbowałem się zwrócić do ludzi – nikt nie był w stanie pomóc mi wyjść z problemów, udzielić odpowiedzi na moje pytania. Wszystkie odpowiedzi znalazłem w Piśmie Świętym. Doznałem bezpośrednio działania Ducha. Pan Bóg jest Tym, który mnie wybawił. Grzech jest powodem do płaczu u każdego człowieka. I nie ma to znaczenia, czy człowiek jest nawrócony czy nie. Gdybyśmy zrozumieli różne wymiary grzechu – każdy z nas płakałby codziennie. Teraz się uśmiecham, ponieważ żyję w bliskiej relacji z Panem Bogiem. To On daje mi pokój. Nie wiąże mnie żaden stosunek emocjonalny z moją przeszłością, ponieważ zostało mi to zabrane przez łaskę”.

O łaskę otwarcia się na Ducha Świętego módlmy się słowami św. Jana Pawła II:

„Duchu Święty, proszę Cię o dar mądrości do lepszego poznawania Ciebie i Twoich doskonałości Bożych, o dar rozumu do lepszego zrozumienia ducha tajemnic wiary świętej, o dar umiejętności, abym w życiu kierował się zasadami tejże wiary, o dar rady, abym we wszystkim u Ciebie szukał rady i u Ciebie ją zawsze znajdował, o dar męstwa, aby żadna bojaźń ani względy ziemskie nie mogły mnie od Ciebie oderwać, o dar pobożności, abym zawsze służył Twojemu Majestatowi z synowską miłością, o dar bojaźni Bożej, abym lękał się grzechu, który Ciebie, o Boże, obraża” (Kurier Plus, 2018).

 

OGIEŃ Z NIEBA

Biskup Michael Curry z kościoła episkopalnego w Chicago wygłosił piękne kazanie o miłości na ślubie księcia Harry’ego i Meghan. Powiedział między innymi: „Wyobraźcie sobie świat, gdzie byłaby tylko miłość. Rządy, narody rządzone przez miłość. Interesy i handel. Świat, gdzie miłość jest wszystkim. Wtedy zrozumiecie, że nie byłoby głodnych dzieci na świecie. Gdy miłość będzie wszystkim, ubóstwo będzie przeszłością. Wystarczy miejsca dla wszystkich dzieci bożych. Zaczniemy traktować się tak, jakbyśmy byli rodziną. Będziemy wiedzieć, że jesteśmy braćmi i siostrami. Martin Luther King powiedział kiedyś, że musimy odkryć odkupiającą potęgę miłości. A kiedy nam się to uda, uczynimy ze świata tego świat nowy, bo miłość jest jedyną drogą. W miłości leży siła. Nie wolno jej nie doceniać”. Bp. Curry przeszedł od potęgi miłości do potęgi ognia: „Poradzenie sobie z rozpaleniem ognia było jednym z największych wynalazków człowieka. Ogień umożliwił cywilizację: gotowanie żywności, ogrzewanie naszych schronisk, co umożliwiło migracje w najzimniejsze zakątki świata. Bez ognia nie byłoby całej technologii. Ktoś przyjechał tu dziś samochodem? Ci, którzy przyjechali samochodem – umożliwił wam to ogień. Ja przez Atlantyk nie przyszedłem tu na piechotę. Umożliwił mi to kontrolowany ogień w samolocie”.

W jego słowach o ogniu kryło się doświadczenie, o którym pisał w swoich wspomnieniach „Miłość jest drogą”. W latach 90-tych był rektorem kościoła św. Jakuba w Baltimore. W czerwcową noc 1993 roku piorun uderzył w kościół, wywołując pożar, który zniszczył piękny, zabytkowy budynek. Był to czas, kiedy zamykano wiele kościołów, a wspólnoty parafialne przenosiły się w inne bezpieczniejsze miejsca. Do pastora Curry’ego przyszedł dziennikarz miejscowej gazety i zapytał: „Z pewnością parafia dostanie z ubezpieczenia pieniądze. Czy zamierzasz opuścić miasto i gdzie indziej wybudować kościół?” Gdy reporter zadawał pytanie, pastor Curry zauważył, że ubogi chłopiec z sąsiedztwa imieniem Robbie patrzy na niego i nadsłuchuje odpowiedzi. A była ona taka: „W mieście gwałtownie wzrastała przestępczość. Narkotyki deprawują i zabijają nawet młodzież szkolną. Opuść miasto w tym momencie, to zostawić go ze swoimi problemami. Jeśli kościół opuści miasto, to zostawi Robbiego samego z jego problemami, co więcej zabierze mu nadzieję na lepszą przyszłość. Stojąc w świetle tego ognia wiedziałem, że nie ma wyboru. Kościół jest jedynym społeczeństwem, które istnieje przede wszystkim dla tych, którzy nie są jego członkami. Jesteśmy częścią czegoś znacznie większego niż my sami i nie możemy nikogo wykluczyć czy zostawić. Problemy tej społeczności są naszymi problemami i nie możemy od tego odwracać oczu”.

Odbudowa kościoła trwała dwa lata. Pastor wspomina, że były to najpiękniejsze lata jego pobytu w tej parafii. Wierni gromadzili się w ocalałej sali parafialnej. „Tylko cztery ściany, modlitewniki i my” – wspomina Curry. „W ostatnich latach cały mój wysiłek zmierzał do zbudowania wspólnoty ducha, którym charakteryzował się kościół pierwszych wieków. To jest istota Kościoła. W jakiś dziwny sposób, pożar dokończył tę pracę. Może to był akt Boży. Nie potrzebowaliśmy już jakiegoś nadzwyczajnego wystroju kościoła i światła. Nasz skromny pokój i wspólnota w niej zgromadzona była połączona z pierwotnym źródłem światła, z Bogiem, o którym Biblia mówi, że jest miłością. Każdy mógł to poczuć i wszyscy byli pod jej wrażeniem. Uderzenie pioruna było aktem natury. Powstająca wspólnota miłości była aktem Bożym. W planach bożych do takiej wspólnoty stworzył nas Bóg. Ma nim być wspólnota Kościoła zrodzonego w dzień Pięćdziesiątnicy”.

Ogień gromu w Baltimore przenosi nas do momentu narodzin Kościoła. W Dziejach Apostolskich czytamy: „Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wichru i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też jakby języki ognia, które się rozdzielały, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić”.

To nie cztery ściany i piękne dzieła sztuki czynią kościół kościołem, ale Duch Bożej miłości, który formuje ludzi z różnych narodów we wspólnotę wiary, która potrafi przekraczać własne interesy i stworzyć wspólnotę pokoju i współczucia, która obejmuje ludzi bezbronnych, pokrzywdzonych przez los jak mały Robbie. Duch Święty, któremu oddajemy dzisiaj szczególną chwałę „rozpalił” posługę św. Piotra i jego towarzyszy w Jerozolimie. Ten sam Duch umożliwił kościołowi w Baltimore odnalezienie drogi po niszczycielskim pożarze. Ten sam Duch nieustannie „wieje” we wspólnotach dzisiejszego Kościoła, aby ożywić i i kierować naszą misją, aby całą ludzkość zanurzyć w miłości Boga objawioną w zmartwychwstaniu Jezusa.

Cud narodzin Kościoła dokonał się w atmosferze miłości, modlitwy i dobrych czynów. Ta atmosfera kształtowała kościół pierwszych wieków. W Dziejach Apostolskich czytamy: „Trwali oni w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach. Bojaźń ogarniała każdego, gdyż Apostołowie czynili wiele znaków i cudów. Ci wszyscy, co uwierzyli, przebywali razem i wszystko mieli wspólne. Sprzedawali majątki i dobra i rozdzielali je każdemu według potrzeby. Codziennie trwali jednomyślnie w świątyni, a łamiąc chleb po domach, przyjmowali posiłek z radością i prostotą serca. Wielbili Boga, a cały lud odnosił się do nich życzliwie. Pan zaś przymnażał im codziennie tych, którzy dostępowali zbawienia”.

Maryja w sposób szczególny była obecna przy narodzinach Kościoła: „Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa i braćmi Jego”. Maryja znajduje się we wspólnocie uczniów, by przygotować nowe przyjście Ducha Świętego. Św. Jan Paweł II w Encyklice Redemptoris Mater  pisze: „Zgodnie z odwiecznym planem Opatrzności, macierzyństwo Boże Maryi ma udzielić się Kościołowi, jak na to wskazują wypowiedzi Tradycji, dla których macierzyństwo Maryi w odniesieniu do Kościoła jest odbiciem i przedłużeniem Jej macierzyństwa w odniesieniu do Syna Bożego. Już sam moment narodzin Kościoła, jego pełne objawienie się wobec świata pozwala — według Soboru — dostrzec to trwanie macierzyństwa Maryi: ‘A kiedy podobało się Bogu uroczyście objawić tajemnice zbawienia ludzkiego nie wcześniej, aż ześle obiecanego przez Chrystusa Ducha, widzimy Apostołów przed dniem Zielonych Świąt «trwających jednomyślnie na modlitwie wraz z niewiastami i z Maryją Matką Jezusa i z braćmi Jego», także Maryję błagającą w modlitwach o dar Ducha, który podczas zwiastowania już Ją był zacienił’. Tak więc w ekonomii łaski, sprawowanej pod działaniem Ducha Świętego, zachodzi szczególna odpowiedniość pomiędzy momentem Wcielenia Słowa a momentem narodzin Kościoła. Osobą, która łączy te dwa momenty, jest Maryja: Maryja w Nazarecie — i — Maryja w Wieczerniku Zielonych Świąt. W obu wypadkach Jej obecność w sposób dyskretny, a równocześnie wymowny — ukazuje drogę ‘narodzin z Ducha’”(Kurier Plus, 2021).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *