4 Sty

7 niedziela wielkanocna Rok C

RADOŚĆ JEDNOŚCI

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie; w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy. Wy jesteście świadkami tego. Oto Ja ześlę na was obietnicę mojego Ojca. Wy zaś pozostańcie w mieście, aż będziecie uzbrojeni mocą z wysoka”. Potem wyprowadził ich ku Betanii i podniósłszy ręce pobłogosławił ich. A kiedy ich błogosławił, rozstał się z nimi i został uniesiony do nieba. Oni zaś oddali Mu pokłon i z wielką radością wrócili do Jerozolimy, gdzie stale przebywali w świątyni, wielbiąc i błogosławiąc Boga (Łk 24,46-53).

Z dala od zadymionych miast, gdzie światła nie rozpraszają ciemności nocy, można godzinami podziwiać piękno rozgwieżdżonego nieba. Precyzyjne i niezmienne ruchy ciał niebieskich układają się w jednobrzmiącą symfonię kosmiczną. Tak wygląda Kosmos, gdy oglądamy go nie uzbrojonym w teleskopy okiem i nie bierzemy pod uwagę czasu mierzonego miliardami lat. Inny obraz Kosmosu wyłania się, gdy sięgniemy po najnowsze przyrządy badania Wszechświata. Harmonia Kosmosu zdaje się być tylko chwilowym stanem. Na „porządku dziennym” są zderzenia nie tylko poszczególnych ciał niebieskich, ale także całych galaktyk, które liczą miliardy gwiazd. Także w kierunku naszej Galaktyki- Drogi Mlecznej zmierza, z prędkością pół miliona kilometrów na godzinę potężna galaktyka z gwiazdozbioru Andromedy. Ewentualne zderzenie może nastąpić za pięć miliardów lat. W takiej sytuacji wydaje się być od rzeczy pytanie, jaki będzie los człowieka na Ziemi, gdyż do tego czasu, warunki w tej części kosmosu zabiją każdą formę życia.

Mimo tak „beznadziejnej” sytuacji, sądzę, że od człowieka będzie zależeć jego przetrwanie, a właściwie od jego wyboru między jednością a rozbiciem. Gdyby ludzkość wspólnie przeznaczyła na badanie kosmosu środki materialne użyte na broń wzajemnego zniszczenia, to już dziś w laboratoriach marsjańskich człowiek hodowałby pomidory na własny użytek. Gdy zabraknie jedności i współpracy -nie trzeba czekać kataklizmu kosmicznego- sam człowiek doprowadzi do samozagłady.

Chrystus wzywa nas do budowania jedności na wzburzonych „falach kosmosu”. W jedności powstaje najpiękniejsza symfonia człowieka zdążającego do Boga. Bóg jest Panem całego Kosmosu, Stwórcą wszystkiego, co istnieje. On jest „kompozytorem” i „dyrygentem”, a my wykonawcami. Niezależnie od spadających gwiazd, możemy swym życiem wykonywać tę symfonię i radować się jej pięknem. Jest to symfonia ducha, którą człowiek wykuwa w świecie materialnym. Chrystus mówi, że do tego potrzebna jest jedność. Jedność z Bogiem i jedność między ludźmi. Dopiero wtedy brzmi ona zgodnie z zamysłem kompozytora i dyrygenta.

Może mieliśmy okazję znaleźć się po drugiej stronie sceny przed występem orkiestry symfonicznej. Artyści w ostatniej chwili stroją instrumenty i ćwiczą powierzone im partie utworów. Każdy zasłuchany jest tylko w swoje granie i śpiewanie. Czyni to zgiełk nie do wytrzymania, nic tam nie ma z piękna utworu, który muzycy za chwilę wykonają. Dopiero na scenie wszystkich jednoczy idea utworu i kierownictwo dyrygenta. Słyszymy wtedy prawdziwe piękno wykonywanego dzieła muzycznego.

Człowiek z natury jest istotą społeczną, stworzony przez Boga do życia we wspólnocie. A zatem żyjemy w różnych wspólnotach. Można je porównać do orkiestry symfonicznej. Jeżeli członkowie wspólnoty nie zwracają uwagi na całość, wykonują swoje role bez oglądania się na innych, wtedy powstaje bałagan, zgiełk nie do wytrzymania. Czasami mówimy o pewnych wspólnotach narodowych, że są tak zgrani aż miło popatrzeć. A inne z kolei są ze sobą tak skłócone, że stają się pośmiewiskiem dla innych nacji. W jedności można więcej osiągnąć i żyć radośniej. Budowanie jedności trzeba zacząć o d siebie. Nie tak, jak sądzą najgłupsi, że można to osiągnąć przez wytykanie wad własnej wspólnoty przed innymi nacjami.

Chrystusowe wezwanie do jedności ma, przede wszystkim charakter religijny. Autentyczna jedność z Bogiem przemienia człowieka i czyni go świętym. Przemieniony człowiek widzi w drugim człowieku bliźniego i tak powstaje wspólnota świętych. Chrystus jest Królem Wszechświata, a zatem ta niewielka przemiana ku jedności, która bierze początek w duszy człowieka ma wymiar kosmiczny. Chrystus przemienia Wszechświat i prowadzi go do swego Ojca.

Wiemy dobrze, że jedności zabrakło nawet między wyznawcami Chrystusa; setki różnych wyznań powołuje się na Chrystusa. Dzięki Bogu, do przeszłości należy okres wrogości między tymi wyznaniami. Dzisiaj zaczyna zwyciężać ruch na rzecz jedności wszystkich chrześcijan zwany ekumenizmem. Posłuchajmy, zatem co mówi papież Jan Paweł II o jedności chrześcijan. „Aby Kościół został odnowiony musi dążyć do jedności między tymi, którzy z dumą nazywają się chrześcijanami, ale są oddzieleni od innych, od wspólnot kościelnych, a także od Kościoła Rzymskiego…. Jedność musi być rezultatem autentycznego nawrócenia, wybaczenia, dialogu teologicznego, ojcowskiego odniesienia, modlitwy i całkowitej uległości działaniu Ducha Świętego, który jest duchem odnowicielem” (z książki Ku wolności).

 

LICZĘ NA LUDZI

Pierwszą książkę napisałem, Teofilu, o wszystkim, co Jezus czynił i nauczał od początku aż do dnia, w którym udzielił przez Ducha Świętego poleceń Apostołom, których sobie wybrał, a potem został wzięty do nieba. Im też po swojej męce dał wiele dowodów, że żyje: ukazywał się im przez czterdzieści dni i mówił o królestwie Bożym. A podczas wspólnego posiłku kazał im nie odchodzić z Jerozolimy, ale oczekiwać obietnicy Ojca. Mówił: „Słyszeliście o niej ode Mnie: Jan chrzcił wodą, ale wy wkrótce zostaniecie ochrzczeni Duchem Świętym”. Zapytywali Go zebrani: „Panie, czy w tym czasie przywrócisz królestwo Izraela?”. Odpowiedział im: „Nie wasza to rzecz znać czas i chwile, które Ojciec ustalił swoją władzą, ale gdy Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc i będziecie moimi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi”. Po tych słowach uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał Go im sprzed oczu. Kiedy uporczywie wpatrywali się w Niego, jak wstępował do nieba, przystąpili do nich dwaj mężowie w białych szatach. I rzekli: „Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba” (Dz 1,1-11).

Starożytna legenda na dzień Wniebowstąpienia Pańskiego mówi, że Jezus po wstąpieniu do nieba nadal zachował na swoim ciele rany, ślady męki i krzyżowania. Gdy święci i aniołowie w niebie ujrzeli rany Jezusa upadli przed Nim na kolana. Byli zdumieni, gdy zobaczyli jak wiele Jezus wycierpiał. Po czym archanioł Gabriel wstał i powiedział: „Panie, jak wiele wycierpiałeś na ziemi! Czy wszyscy ludzie wiedzą i są Ci wdzięczni za to, co z miłości do nich wycierpiałeś?” Jezus odpowiedział: „Och, nie. Tylko niewielka grupa w Palestynie wie o tym. Reszta w ogóle nie słyszała o Mnie. Oni nie wiedzą, kim jestem. Nie wiedzą jak bardzo cierpiałem i jak bardzo ich kocham”. Zaszokowany tymi słowami archanioł Gabriel zapytał: „Jak w takim razie pozostali ludzie na świecie dowiedzą się o Twoim zbawczym cierpieniu i o Twojej wielkiej miłości?” Jezus powiedział: „Przed moim odejściem powiedziałem Piotrowi, Jakubowi i Janowi oraz kilku ich przyjaciołom, aby opowiadali o Mnie reszcie świata. Na pewno przekażą wieść o Mnie, jak największej liczbie ludzi, a ci z kolei opowiedzą to jeszcze innym. I tą drogą cały świat dowie się o mojej miłości”. Te słowa wprowadziły jeszcze więcej zamętu w myślenie Archanioła Gabriela. Znał on niestałość ludzi, wiedział jak są niestali, jak łatwo zapominają dobro im wyświadczone, jak łatwo wątpią, dlatego pyta Jezusa dalej: ”Ale Panie co się stanie, gdy zmęczenie, frustracja ogarną Piotra, Jakuba i Jana? Gdy zapomną Ciebie? Gdy zaczną wątpić w Ciebie? Czy brałeś to wszystko pod uwagę? Czy masz jakiś zapasowy plan, gdyby tak się stało? Jezus odpowiedział: „Oczywiście biorę to wszystko pod uwagę, nie mam jednak jakiegoś zapasowego planu. To jest jedyny plan, jaki mam: Liczę na Piotra, Jakuba i Jana, jestem pewien, że mnie nie zawiodą. Liczę na ludzi, że oni nie zapomną o Mnie”.

Dzisiaj Chrystus nie ma jakiegoś zapasowego planu ewangelizacji, liczy na ludzi tak, jak liczył na swoich apostołów. Jakub pierwszy dał świadectwo o Chrystusie. Na rozkaz Heroda Agryppy został ścięty w Jerozolimie w roku 44. Piotr niesie Dobrą Nowinę o Chrystusie do stolicy Imperium Rzymskiego i tam umiera na krzyżu, przypieczętowując męczeńską śmiercią wiarę w Chrystusa. Bartłomiej dociera do Mezopotamii, gdzie odmawia złożenia ofiary bożkom pogańskim, za co, jak mówią niektóre przekazy został odarty ze skóry. Szymon Gorliwy ponosi śmierć męczeńską za Chrystusa w Persji, gdzie jak mówi jedna z tradycji został przepiłowany piłą. W tym samym kraju Juda Tadeusz został za wiarę zabity pałkami. Jan wiele czasu spędził na wygnaniu, cierpiał prześladowanie ze względu na swego Mistrza. A po nich, aż do czasów dzisiejszych nie brakuje tych, którzy głoszą wielką zbawczą miłość Chrystusa. Nie brakuje wśród wyznawców Chrystusa ludzi gotowych na cierpienie za wiarę, a nawet na śmierć. Nie brakuje tych, którzy głoszą Ewangelię słowem, czynem, przykładnym życiem. To dzięki takim ludziom mimo słabości ludzkiej Ewangelia jest głoszona we wszystkich zakątkach świata. Ci, co głoszą Chrystusa nie są sami, nie działają własną mocą. Chrystus przed swoim wniebowstąpieniem powiedział: „Wy zaś pozostaniecie w mieście, aż będziecie przyobleczeni w moc z wysoka”. Tą mocą z wysoka jest Duch Święty, który będzie obecny w Kościele aż do skończenia świata.

Ale zanim uczeń Chrystusa zacznie uczyć świat, wpierw powinien uczyć samego siebie. Chińskie przysłowie mówi: „Jeśli jest prawość w duszy, to będzie piękno w osobie. Jeśli jest piękno w osobie, wtedy będzie harmonia w domu. Jeśli jest harmonia w domu, wtedy będzie porządek w narodzie. Jeśli jest porządek w narodzie, wtedy będzie porządek między narodami. Jeśli jest porządek między narodami, wtedy jest pokój na świecie”. Taki jest również porządek szerzenia Ewangelii Chrystusowej. Najpierw trzeba wypełnić swoją duszę Chrystusem, a wtedy możemy nieść Go światu.

Życie według Ewangelii i głoszenie jej związane jest z pewnym wyrzeczeniem, poświeceniem. Ale w zamian za tę ofiarę otrzymujemy nieporównanie więcej. Dla ilustracji przytoczę przypowieść o żebraku. Przy drodze siedział żebrak, prosząc przechodniów o wsparcie. W torbie żebraczej miał tylko garść ziaren grochu. Ten ranek nie był dla niego łaskawy. Nie otrzymał żadnej jałmużny. Podskoczył jednak z radości, gdy w oddali zobaczył nadjeżdżający orszak królewski. Był pewien, że król wejrzy na jego nędzę. W geście błagalnym wyciągnął ręce w kierunku królewskiej karety. Król go zauważył. Kazał zatrzymać powóz. A wtedy żebrak zawołał: „Bądź pochwalony panie. Czy mógłbyś wesprzeć najbiedniejszego swego sługę?” W odpowiedzi król wyciągnął rękę i rzekł: „Przyjacielu, czy mógłbyś podzielić się odrobiną ziaren z twoim królem?” Żebrak zaskoczony takim obrotem sprawy wymamrotał: „Oczywiście wasza wysokość”. Następnie sięgnął do swojej torby i wybrał najmniejsze ziarno i dał królowi mówiąc: „Przykro mi, że tak mało mogę dać, ale w mojej torbie nie znalazłem więcej”. Król wziął ziarno, po czym ruszył w dalszą drogę, zostawiając za sobą zdumionego i niezadowolonego żebraka. Przez cały dzień żebrak nic nie otrzymał. Wieczorem smutny, głodny i zmęczony wrócił do domu. Sięgnął do torby po resztę ziaren grochu, aby przygotować sobie z nich posiłek. Gdy je wysypał ze zdumieniem zauważył, że jedno najmniejsze ziarno stało się szczerym złotem. Było to ziarno, które ofiarował królowi. Nie mógł sobie teraz wydarować swojego skąpstwa. Gdyby wiedział, jaki otrzyma w zamian dar, oddałby wszystkie ziarna i nie musiałby już nigdy żebrać.

Zapatrzeni w Chrystusa wstępującego do nieba, oczekujemy świata, który swą wspaniałością nieskończenie przewyższa świat, w którym mamy głosić Dobrą Nowinę o zbawieniu (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

ŚWIĘTA DOROTA

Bracia: Bóg Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały, dał wam ducha mądrości i objawienia w głębszym poznawaniu Jego samego, to znaczy światłe oczy dla waszego serca, tak byście wiedzieli, czym jest nadzieja waszego powołania, czym bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych i czym przemożny ogrom Jego mocy względem nas wierzących – na podstawie działania Jego potęgi i siły, z jaką dokonał dzieła w Chrystusie, gdy wskrzesił Go z martwych i posadził po swojej prawicy na wyżynach niebieskich, ponad wszelką zwierzchnością i władzą, i mocą, i panowaniem, i ponad wszelkim innym imieniem wzywanym nie tylko w tym wieku, ale i w przyszłym. I wszystko poddał pod Jego stopy, a Jego samego ustanowił nade wszystko Głową dla Kościoła, który jest Jego Ciałem, Pełnią Tego, który napełnia wszystko na wszelki sposób (Ef 1,17-23).

W jednym ze swoich przemówień Paweł VI powiedział: „Nasze czasy bardziej niż nauczycieli wiary potrzebują jej świadków”. Wymowa świadectwa jest większa niż siła słów. Chrystus mówi do Apostołów, że są Jego świadkami. Słyszeli naukę Chrystusa, widzieli Jego potężne działa. Mają być tego świadkami. Oczywiście w tym świadectwie ważne są słowa, lecz najważniejszy jest czyn potwierdzający głoszoną prawdę. Od samych początków Kościoła najbardziej wymownym świadectwem było oddanie życia za wiarę. Stąd też słowo „męczennik” w języku greckim znaczy tyle co świadek. Święta Dorota oddając swe życia za Chrystusa, stała się tak przekonywującym świadkiem, że przez swoje męczeństwo pociągnęła do wiary w Chrystusa pisarza Teofila, który także śmiercią męczeńską zaświadczył o Chrystusie. W „Martyrologium Rzymskim” mamy krótki opis męczeństwa św. Doroty: „Z wyroku Suprycjusza, namiestnika tej prowincji, najpierw dręczono na katowni, potem bito bardzo długo pięściami, a w końcu skazano na ścięcie. Na widok jej męczeństwa nawrócił się na wiarę Chrystusową młody pisarz imieniem Teofil. Zaraz to męczono go okrutnie na katowni, następnie ścięto mieczem”.

„Martyrologium Rzymskie”, to jeden z niewielu dokumentów mówiących o życiu świętej Doroty. W kulcie świętych udokumentowana wiedza o nich jest ważna, ale nie mniej ważna jest wiara ludu, która stawała się nośnikiem wiedzy o świętych. Jest ona ważna i z tego względu, że istota świętości wymyka się niejako suchym faktom historycznym i dociekaniom naukowym. Życiorysy świętych pisane wiarą ludu lub legendą zachowują ciągle aktualność i mogą być dla nas bardzo wymownym i przekonywującym świadectwem wiary. Kierują one bowiem naszą uwagę na sferę wiary, w której kryje się istota świętości. Osobiście, nie lekceważąc faktów historycznych wolę czytać żywoty świętych pisane wiarą ludu i legendą. Niewiele udokumentowanych faktów z życia świętej Doroty jest dla mnie okazją, aby pisząc o tej niezwykle popularnej kiedyś Świętej oprzeć się na wiedzy przekazanej przez wiarę ludu, tradycje i legendę.     

Święta Dorota żyła na przełomie III i IV wieku. Przyszła na świat w Cezarei Kapadockiej we wschodniej części Azji Mniejszej. Pochodziła z zamożnej rodziny rzymskiego senatora. Piękna młoda dziewczyna otrzymała bardzo staranne wykształcenie. Została także wprowadzona do grona wyznawców Chrystusa. A był to czas okrutnych prześladowań chrześcijan zainicjowanych przez cesarza Dioklecjana. Namiestnik cesarski, Suprycjusz bardzo gorliwie wprowadzał w życie dekrety prześladowcze w swojej prowincji. Wielu chrześcijan zostało uwięzionych lub skazanych na męczeńską śmierć. Dorota, będąc jeszcze na wolności pocieszała prześladowanych wyznawców Chrystusa i wzywała ich do wytrwałości w wierze. Dowiedział się o tym Suprycjusz. Kazał pojmać Dorotę i przyprowadzić do siebie. Namiestnik zażądał, aby Dorota przez złożenie ofiary bożkom pogańskim wyparła się Chrystusa. Na co Święta odpowiedziała: „Nie, chrześcijanką jestem i służę tylko jednanemu, prawdziwemu, żywemu Bogu”. Suprycjusz urzeczony urodą dziewczyny i zważając na jej młody wiek, jak i też pochodzenie z senatorskiego domu, starał się łagodnymi słowami przekonać ją do złożenia ofiary bożkom. Dorota pozostała nieugięta. Wtedy namiestnik, aby ją zastraszyć, kazał przyprowadzić na miejsce kaźni i przygotowywać w jej obecności narzędzia tortur. Ale i tego Dorota nie zlękła się. Wtedy namiestnik wydał ją na tortury. Biczowano ją rózgami, ciało szarpano hakami. Sędzia mówił do niej: „Porzuć lepiej twe próżne myśli a pokłoń się bogom, idź za mąż, z czem ci niezawodnie będzie lepiej”. Na co Dorota odpowiedziała: „Bałwanom niemym kłaniać się nie będę, bo jestem chrześcijanką, a męża nie pojmę, bo jestem oblubienicą Chrystusową”.

Suprycjusz widząc, że nie zdoła torturami odwieść Doroty od wiary w Chrystusa wpadł na inny pomysł. Kazał przyprowadzić dwie rodzone siostry, Krystynę i Kalikstę, które wcześniej były chrześcijankami, ale z lęku przed czekającymi torturami wyparły się Chrystusa i wróciły do pogaństwa. Namiestnik polecił im, aby przekonały Dorotę do złożenia ofiary bożkom pogańskim i wyparcia się Chrystusa. Stało się jednak odwrotnie. Dorota swoim świadectwem wiary i wymownym słowem sprawiła, że siostry gorzko żałowały zaparcia się Chrystusa. Po pewnym czasie namiestnik zapytał siostry, czy udało się im przekonać Dorotę, na co one odpowiedziały: „Nie tylko żeśmy tego nie uczyniły, lecz ona do szczerej pokuty nas pobudziła. Żałujemy przeto zaparcia się Chrystusa Pana, wyznając Go od nowa i jesteśmy na śmierć gotowe”. Rozwścieczony namiestnik kazał je związać i wrzuć do kotła a z rozpaloną siarką, a Dorotę poddał ponownym torturom. W czasie męczarni twarz Doroty była opromieniona dziwnym spokojem i radością. A na pytanie oprawców, co ją tak cieszy odpowiedziała: „Raduje się, gdyż dzień dzisiejszy jest najpiękniejszym z całego mego żywota. Dwie dusze wyrwałam z ręki szatana i zjednałam Chrystusowi, ach jak się z tego cieszę pospołu z aniołami i świętymi pańskimi! Pragnę i ja oglądać dzisiaj mego niebieskiego Oblubieńca”.

Namiestnik widząc, że nic nie wskóra ani groźbami, ani torturami skazał ostatecznie Dorotę na ścięcie. Gdy Dorota usłyszała wyrok, wychwalała Boga słowami: „Bądź błogosławion, o Panie, że mi pozwalasz już teraz pójść na wesele do Ciebie”. Dorotę prowadzono na miejsce kaźni w ponury dzień zimowej pory. Święta rozejrzała się wokoło i wzdychając powiedziała: „Ach, jak niemiło na ziemi! Co za szczęście, że odchodzę na inny świat, w którym słońce nigdy nie zachodzi, a w ogrodzie mego Oblubieńca kwitną pachnące róże i rosną wonne owoce; jakże się na ów Raj cieszę”. Słowa te usłyszał, wcześniej wspomniany pisarz namiestnika, Teofil i zakpił z Doroty, mówiąc: „Hej, piękna panienko, przyślijże mi też z Raju koszyczek róż i kilka jabłek”. Dorota spojrzała na niego i powiedziała: „Stanie się, otrzymasz je, lecz okaż się ich godnym”. Gdy przybyli na miejsce stracenia pojawił się mały chłopiec z koszyczkiem pachnących róż i soczystych jabłek. Dorota powiedziała do niego: „Zanieś je do pisarza Teofila”. Co też niebawem chłopiec uczynił. Zaskoczony Teofil spojrzał w kierunku miejsca straceń i zobaczył błysk miecza, który pozbawił życia Dorotę, wiernego świadka Chrystusowego. Było to 6 lutego 304 roku.

Zaskoczony i przerażony Teofil, wpatrując się w koszyczek z różami i jabłkami zawołał: „Przyjaciele, prawdziwie Chrystus jest Bogiem, gdyż kwiaty te i owoce są rzeczywiście z nieba. Wierzę mocno, że Chrystus jest Bogiem, błogosławiony, który weń wierzy”. Po takim wyznaniu wezwał go rozgniewany Suprycjusz, do którego Teofil powiedział: „Och, jak żałuję, że bluźniłem Chrystusowi! Uczyniłem to, będąc w błędzie. Ale teraz wyznaję z zupełnym przekonaniem, że Chrystus jest prawdziwym Bogiem, jedynym Odkupicielem i Zbawcą”. Namiestnik starał się odwieść go od wiary w Chrystusa słowem, groźbą tortur, ale gdy to nie odnosiło żadnego skutku poddał go wyszukanym torturom podczas których Teofil prosił: „Jezusie, Synu Boży, Ciebie wzywam, policz mnie między sługi Twoje”. Wreszcie namiestnik kazał go ściąć, co stało się kilka dni po śmierci Doroty, która przez swoje mężne świadectwo wiary otwarła przed Teofilem bramy nieba.

Pobożni chrześcijanie z wielką czcią pochowali ciało Teofila, a wcześniej ciało świętej Doroty. Obecnie relikwie świętej Doroty znajdują się w Rzymie w kościele pod jej wezwaniem (z książki Wypłynęli na głębię).

 

GDZIE JEST NASZA OJCZYZNA

Ilekroć wracam myślą w rodzinne strony odnajduję tam moją ojczyznę. Wąską ścieżką, pośród pachnących traw i kwiatów zdążam do rodzinnej zagrody. W gałęziach kwitnących lip uwijają się pracowite pszczoły, rozsiewając dokoła zapach miodu. Otwieram skrzypiącą furtkę i staję przed domem krytym słomianą strzechą. Otwierają się szeroko drzwi mojego rodzinnego domu i pojawia się w nich mama z otwartymi ramionami. W kuchni czuć zapach ulubionych potraw przygotowanych na mój przyjazd. Uścisk powitania i radość bycia ze sobą. Obchodzę całą zagrodę, wychodzę na pole. Pagórkowaty, rodzinny zagon mieni się cudownymi kolorami polskiej ziemi. Tata za pługiem przewraca skiby czarnej ziemi, a za nim rozkrzyczane wrony. Od niepamiętnych czasów trwa orka ojczystego zagonu. Moja pamięć sięga tylko kilku pokoleń wstecz. Siadam z tatą na drewnianym wozie i o wieczornej porze wracamy do domu. Wita nas klekot bocianów, śpiew wieczornych ptaków, rechot żab, śpiew litanii loretańskiej przy przydrożnej figurze i słowa mamy: „Chodźcie już do domu, kolacja gotowa”. A potem wieczór nasycony zapachem bzów, jaśminów, czeremchy. Radosne śpiewy rozbrzmiewają na wiejskiej drodze. To wszystko składa się na moją ojczyzną. Dziś, mama nie wychodzi na moje spotkanie, tata nie rozoruje czarnej ziemi. Tę część mojej ojczyzny odnajduję na miejscowym cmentarzu. Spaceruję cmentarnymi alejkami i odnajduję piękno ojczyzny, która rodziła się dla mnie na tej ziemi, w tym miejscu i przemienia się w ojczyznę, której nigdy nie utracę. O tej prawdzie mówią krzyże nagrobne i parafialny kościół, który strzelistą wieżą łączy moją ziemską ojczyznę z ojczyzną niebieską, do której coraz mi bliżej.

Wszyscy szukamy ojczyzny wiecznego wytchnienia, ojczyzny pełnego spełnienia, gdzie miłość zrodzona trawa wiecznie, przyjaźń nie jest zagrożona zdradą, piękno pozostaje zawsze pięknem, dobro nie ma alternatywy zła, życzliwy uśmiech zawsze trwa, a nad życiem nie ciąży widmo cierpienia i śmierci. W historii ludzkości usiłowano wiele razy stworzyć taką ojczyznę na ziemi, chociażby przysłowiowy komunistyczny raj na ziemi. Nic z tego nie wychodziło, zamiast raju ludzkość doświadczała piekła gułagów. A dzisiejsze społeczeństwa dostatku materialnego dziczeją, zabijając w majestacie prawa swoje nienarodzone dzieci i zniedołężniałych starców. Gdzie nie ma miłości ofiarnej tam jest piekło, nie odnajdziemy tam ojczyzny ludzkiego spełnienia. 

Szukając ojczyzny wiecznego wytchnienia, w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego spoglądamy wraz z apostołami w niebo. O tej ojczyźnie św. Paweł e liście Filipian pisze: „Nasza bowiem ojczyzna jest w niebie. Stamtąd też jako Zbawcy wyczekujemy Pana naszego Jezusa Chrystusa, który przekształci nasze ciało poniżone, na podobne do swego chwalebnego ciała, tą potęgą, jaką może On także wszystko, co jest, sobie podporządkować”.

Niektórzy sądzą, że zapatrzenie w ojczyznę niebieską odrywa wierzących od spraw ziemskich i zarzucają im, że zaniedbują ojczyznę ziemską, ponieważ „ich ojczyzna jest w niebie”. Taki pogląd prezentowali przedstawiciele Oświecenia, a jeden z nich, Jean Jacques Rousseau, napisał o chrześcijanach: „Odrywają się od ziemi wszystkimi siłami. Nie znam nic bardziej przeciwnego duchowi obywatelskiemu jak religia”. Dzisiaj nie brakuje ludzi, którzy uważają ewangeliczną drogę do ojczyzny niebieskiej za szkodliwą dla ojczyzny ziemskiej. To co teraz przytoczę, to nie jest fragment kabaretu, ale mozolnie wypracowany pomysł posłów z ruchu biłgorajskiego posła Palikota. Domagają się oni, aby minister edukacji zakazała nauczania o niektórych wydarzeniach ewangelicznych. Między innymi nie powinno się nauczać dzieci o cudownym rozmnożeniu chleba i ryb przez Jezusa, ponieważ wskazuje to młodzieży inny sposób zaspokojenia swoich potrzeb niż odpowiedzialna praca i uczciwy zarobek. A ponadto, tak pozyskane dobro jest nieopodatkowanym przychodem, a przyjęcie takiego cudownego daru nie stanowi właściwego wzorca w aspekcie obowiązków podatkowych obywateli. Zakazać także trzeba nauczania o cudzie chodzenia Jezusa po wodzie, ponieważ młodzież zechce Go naśladować, co w efekcie może zakończyć się utonięciem.  Powinno się zakazać nauczania o cudzie przemiany wody w wino, bo jest to propagowaniem nielegalnej produkcji alkoholu i zachętą do pijaństwa. 

Jak widzimy można nawet wyciągnąć tak absurdalne wnioski z nauki ewangelicznej. Prawdopodobnie nie wynika to z ignorancji, bo trudno uwierzyć, aby człowiek, który umie czytać i pisać wyciągał tak niedorzeczne wnioski. Raczej są to manipulacje na doraźne polityczne potrzeby. Św. Tomasz z Akwinu pisze, że relacje człowieka z Bogiem nie odrywają go od spraw ziemskich, przeciwnie człowiek napełniony Bogiem ma obowiązek  aktywnego włączenia się w sprawy ziemskie. Ma tak urządzać ojczyznę ziemską, aby ułatwiała ona osiągnięcie naczelnego celu życia, jakim jest życie wieczne, osiągnięcie ojczyzny niebieskiej. Chrystus w bardzo wymowny sposób mówi o naszym zaangażowaniu w sprawy ziemskie. Mamy być solą ziemi i światłem świata. Sól chroni przed zepsuciem. Grzech jest rzeczywistością, która „psuje” indywidualne i społeczne życie człowieka. Wierzący winien angażować się w sprawy tego świata, aby było w nim jak najmniej zła. Co więcej, winien urządzać ten świat według najważniejszego przykazania, jakim jest przykazanie miłości. Chrześcijanin, który jest solą ziemi, ma być światłem w ziemskiej ojczyźnie. To światło rozprasza mroki zła, ukazuje dobro i cel naszego ziemskiego pielgrzymowania. Chrystus przestrzega nas przed ukrywaniem tego światła: „Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”. A zatem dobro i miłość, którymi mamy przesączać rzeczywistość ojczyzny ziemskiej ma wskazywać na Boga, którego spotkamy twarzą w twarz w ojczyźnie niebieskiej.

Chrystus przed swoim wniebowstąpieniem powiedział do swoich uczniów: „Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie; w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy. Wy jesteście świadkami tego”. Świadczymy o Chrystusie, gdy jesteśmy sola ziemi i światłem świata. Do tego uzdalnia nas Duch Święty, którego Jezus obiecuje swoim uczniom: „Oto Ja ześlę na was obietnicę mojego Ojca. Wy zaś pozostańcie w mieście, aż będziecie uzbrojeni mocą z wysoka” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

GDZIE JEST TWOJE NIEBO

Jedna ze starych legend przedstawia interesujący dialog na temat nieba między łabędziem a żurawiem. Majestatyczny łabędź pływał na wodach uroczej zatoki. Wyglądało na to, że cieszy go otaczające piękno i że jest szczęśliwy. Zaś bliżej brzegu brodził w wodzie żuraw, szukając ślimaków. Nie znajdywał ich wiele, stąd też irytowało go zadowolenie łabędzia, którego uważał za trochę pomylonego. Bo jak można być szczęśliwym, gdy nie ma dosyć ślimaków. W końcu zapytał: „Skąd przybyłeś?” „Z nieba” – odpowiedział łabędź.  „A gdzie jest niebo?” – zapytał żuraw. „Niebo – powiedział łabędź – Nigdy nie słyszałeś o nim?” Po czym zaczął opowiadać o cudownym Wiecznym Mieście. Mówił o złotych ulicach, o bramach i murach wysadzanych szlachetnymi kamieniami, o rzece z krystaliczną wodą życia, o rosnących nad jej brzegami drzewach, których liście nigdy nie więdną i są lekarstwem na wszelkie choroby. Łabędź starał się jak najpiękniej opisać rzeczywistość nieba, aby przekonać do niego żurawia. Ten jednak zajęty szukaniem ślimaków nie słuchał zbyt uważnie opowieści łabędzia. Aż w końcu zapytał: „A są tam ślimaki?”. „Ślimaki – zaskoczony łabędź odpowiedział- oczywiście, że ich tam nie ma”. „W takim razie – powiedział żuraw, nie przerywając szukania ślimaków – możesz mieć swoje niebo, ale ja wolę moje ślimaki”.

Używając dalej języka przenośni możemy powiedzieć, że świat jest piękną zatoką, gdzie zamieszkuje wiele ptaków w ludzkiej postaci. Wśród nich są łabędzie i żurawie. Różni je perspektywa postrzegania nieba. Łabędzie niezależnie od tego ile uda się im schwytać ślimaków są radosne i szczęśliwe, bo mają w sobie odblask nieba, które istnieje rzeczywiście. W nim mają stałe zakotwiczenie. W płytkich wodach zatoki brodzą także żurawie. Rzadko bywają szczęśliwe, a to dlatego, że ich szczęście jest uwarunkowane ilością złowionych ślimaków. Nawet, gdy chwycą ich dosyć, aby zasycić głód, to żałują, że nie udało się złapać ich więcej. A nawet gdy złowią więcej niż potrzebują do zaspokojenia głodu, to są nadal niezadowolone, bo inny żuraw złapał więcej. Patrzą nieraz z politowaniem na radosne i szczęśliwe łabędzie i dziwią, skąd u nich radość życia. Przecież tak mało schwytały ślimaków. Opuszczając język przenośni możemy powiedzieć, że są ludzie, którzy swoje szczęście, swoje niebo chcą budować w rzeczywistości materialnej. Wielki piewca rewolucji bolszewickiej Włodzimierz Majakowski pisał, że niebo trzeba zostawić ptakom, a samemu zabrać się do tworzenia komunistycznego raju na ziemi. Jednak przekonał się, że komunistyczne budowanie nieba na ziemi to błąd. Gdy to zrozumiał, popełnił samobójstwo. Tak był zapaprany w swoim przybrzeżnym błotku, że nie zdobył się na wysiłek szukania nieba tam, gdzie jest ono naprawdę. A może nie wymodlił sobie łaski bożej, która drogą wiary prowadzi do Boga. Bo tam, gdzie jest Bóg, tam jest niebo.

Od najdawniejszych czasów człowiek szukał dróg prowadzących do nieba. A Bóg, jak dobry Ojciec, zsyłał potrzebne łaski, aby Jego dzieci trafiły bezbłędnie do Niego. Ta łaska rozlała się szerokim strumieniem w Jezusie Chrystusie. Zostało to wszystko spisane przez świadków Chrystusa, abyśmy mogli uwierzyć i poznać drogę prowadząca do nieba. W Dziejach Apostolskich czytamy: „Pierwszą Księgę napisałem, Teofilu, o wszystkim, co Jezus czynił i czego nauczał od początku aż do dnia, w którym udzielił przez Ducha Świętego poleceń Apostołom, których sobie wybrał, a potem został wzięty do nieba. Im też po swojej męce dał wiele dowodów, że żyje: ukazywał się im przez czterdzieści dni i mówił o królestwie Bożym”. To co opisuje autor Dziejów Apostolskich, wcześniej zapowiedział Chrystus: „Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie; w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy. Wy jesteście świadkami tego”. Świadectwo Apostołów ma ogromną moc przekonania, bo potwierdzone zostało męczeńską śmiercią. Pierwszy męczennik za wiarę, św. Szczepan, kamienowany przez swych rodaków patrzył w niebo i mówił: „Widzę niebo otwarte i Syna Człowieczego, stojącego po prawicy Boga”.

Człowiek wpatrując się bezkresne przestrzenie błękitu i nieogarnione przepaście kosmosu z milionami gwiazd na nocnym niebie chylił z pokorą głowę przed Stwórcą tych rzeczy. I często w tych nieogarnionych przestrzeniach lokował biblijne niebo. Takie wyobrażenie nieba „obalił” jeden z radzickich kosmonautów, stwierdzając, że był w kosmosie, ale nie widział tam ani Boga, ani nieba. Innego zdania byli amerykańscy astronauci, odbyli jeszcze dłuższą podróż, podróż na księżyc. Podziwiając piękno kosmosu z perspektywy księżyca, a szczególnie wschody niebieskiej Ziemi dostrzegali za tym wszystkim obecność Boga. Zgromadzeni przed telewizorami widzowie zobaczyli księżycowy horyzont i usłyszeli kolejno trzy głosy orbitujących wokół Srebrnego Globu astronautów, czytających pierwsze słowa Biblii. Po słowach: „niech stanie się światłość” nad widocznym na ekranach telewizorów horyzontem zabłysło Słońce. Dowódca misji Eugene Cernan, opuszczając Księżyc powiedział: „Jeżeli Bóg pozwoli, powrócimy, niosąc ludzkości pokój i nadzieję”. Nieba nie odnajdziemy w kosmicznych przestworzach, możemy najwyżej zanieść je tam. Bo niebo jest tam, gdzie człowiek spotyka się z Bogiem. Po śmierci to spotkanie przybierze najdoskonalszy kształt zjednoczenia w miłości.

Jeśli chcemy wiedzieć, jak dokładnie wygląda niebo, to sięgnijmy do licznych książek, które najczęściej nie mają tzw. kościelnego imprimatur, potwierdzenia zgodności z nauczaniem Kościoła. Są tam bardzo dokładne opisy nieba, tylko, że ma się nijak do stwierdzeń biblijnych, że rzeczywistości nieba trudno pojąć naszym umysłem, zrozumieć. Jest to tajemnica wiary. Św. Paweł w liście do Koryntian pisze o rzeczywistości nieba: „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują”. Ryszard Baxter zastanawiając się nad rzeczywistością nieba pisał: „Moja wiedza o tym życiu jest niewielka. Oczy wiary są jakby zamglone. Ale wystarczy to, że Chrystus wszystko wie. I że ja będę z Nim”. Można powiedzieć, że w naszym szukaniu nieba najważniejsze jest szukanie bliskości Chrystusa, bo on jest drogą do nieba.

W czasie modlitwy na Anioł Pański w roku 2001 papież Jan Paweł II powiedział: „Chrystus stworzył bowiem w samym sobie pomost między niebem i ziemią: On jest Pośrednikiem między Bogiem i człowiekiem, między Królestwem Niebieskim i historią świata. Zjednoczeni z Nim w Jego własnym Duchu, wierni tworzą nową wspólnotę, Kościół, który ze swej natury jest widzialny i duchowy, pielgrzymujący w świecie i uczestniczący w chwale niebieskiej (…). Wypływając na ocean nowego tysiąclecia, Kościół nie traci z oczu gwiazdy polarnej, która wyznacza kierunek jego żeglugi. Tą gwiazdą jest Chrystus, Pan Wieków. Obok Niego obecna jest Jego i nasza Matka, która towarzyszy nieustannie swoim dzieciom w ich ziemskiej pielgrzymce” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

ZAJRZEĆ DO NIEBA

W jednej ze swoich piosenek Garash śpiewa: „Mamo, mamo / Nie patrz jak płaczę / Moje serce, moją duszę, rozrywa żal / Byłaś snem najpiękniejszym ze snów / Jestem pewien, że zobaczę Cię kiedyś znów / Wiem, że Bóg / gdzieś, gdzieś istnieje / i dobrze jest Ci z Nim / Czasem chciałbym zajrzeć do nieba / Zobaczyć mamo, czy Ci czegoś nie trzeba / Mamo powiedz, że nie jest Ci źle / Mamo proszę, tak przytulić się chcę / Mamo pomódl się za mnie do Boga / Bo nie łatwa jest ta ziemska droga / Nie mam przecież żalu do Boga / Że zabrał Cię, że tak, tak mi szkoda / że nie możesz pogłaskać mnie po głowie / Że nie powiem, że kocham i ty nie powiesz”. Ileż jest wzruszającego piękna w tej piosence, piękna o jedynej i niepowtarzalnej miłości, która przydaje blasku naszym ziemskim drogom i prowadzi do nieogarnionego piękna w nieba.

Dzisiaj w Stanach Zjednoczonych obchodzimy Dzień Matki. Otwierają się drzwi domów i mieszkań naszych matek, a w nich pojawiają się dzieci z kwiatami i życzeniami oraz dziękczynieniem Bogu za cudowny dar najpiękniejszej miłości, którą po prostu wołamy: mamo. Niektórzy z nas stukają do bram nieba i tam szukają swoich mam. Tak bardzo, szczególnie w tym dniu chcielibyśmy zajrzeć do nieba, tak do nieba, bo nie mam żadnych wątpliwości, że ofiarna miłość matek otwiera dla nich niebo. Szturmujemy bramy nieba serdeczną pamięcią i modlitwą, wierząc, że one docierają do naszych matek i że my kiedyś zajrzymy do nieba, aby tam pozostać na zawsze.

Chcielibyśmy zajrzeć do nieba także z wielu innych powodów, ot chociażby i z tego, czy ono rzeczywiście istnieje, jak wygląda. Szukamy namacalnych dowodów jego istnienia, stąd też tak wielką popularnością ciszą się książki, w których są opisane przeżycia ludzi, którzy twierdzą, że doświadczyli rzeczywistości nieba. Jedną z nich jest książka Eban Alexander „Dowód”. Jest opowieść amerykańskiego neurochirurga, który w wyniku zapalenia opon mózgowych przez tydzień pozostawał w śpiączce, w czasie której, jak twierdzi „zajrzał do nieba”. Wcześniej uważał, że to niemożliwe: „Wszystkie te historie brzmiały niewątpliwie wspaniale. Uważałem jednak, że wszystkie były tylko i wyłącznie wytworem fantazji. Co wywoływało tego rodzaju nieziemskie doznania, o których opowiadali ci ludzie? Nie wiedziałem, ale byłem przekonany, że pochodziły z mózgu. Cała nasza świadomość ma tam swoje źródło. Innymi słowy, ktoś, kogo mózg nie działa, nie posiada świadomości. Dzieje się tak dlatego, że mózg to maszyna wytwarzająca świadomość. Gdy przestaje działać, świadomość znika”. Po tych doświadczeniach zmienił swoje zdanie: „To, czego doświadczyłem, można pod pewnymi względami opisać jako istną burzę przeżyć z pogranicza śmierci. Jako praktykujący neurochirurg ze sporym dorobkiem naukowym mogę trochę lepiej niż inni ocenić nie tylko realność, lecz także konsekwencje tego, co mi się przydarzyło. A konsekwencje te są niesamowite i nie bardzo dają się opisać. Dzięki temu, co przeżyłem, wiem, że śmierć ciała i mózgu nie oznacza końca świadomości, a doświadczenie człowieczeństwa wykracza poza grób. Co ważniejsze, doświadczenie to trwa pod okiem kochającego Boga, któremu zależy na każdym z nas, w miejscu, do którego zmierza cały wszechświat i wszystkie zamieszkujące go istoty”. A rzeczywistości nieba pisze: „Tego królestwa nie da się opisać przy wykorzystaniu naszego prostego ziemskiego języka. Ci, którzy tam byli, próbują wprawdzie tworzyć opisy, ale w pełni nie pozwala im na to znany nam obecnie zasób słów. Bóg to nieskończona wiedza i moc, bezwarunkowa miłość, wykraczająca poza jakąkolwiek możliwość zrozumienia z naszej strony. Nie trzeba znaleźć się na skraju życia i śmierci, by tego doświadczyć; doznać tego może każdy z nas poprzez głęboką medytację, skoncentrowaną modlitwę i chęć poznania”.

Takie i tym podobne świadectwa z życia mogą przybliżać nam rzeczywistość nieba, upewnić, że ono istnieje, ale my, idąc za Chrystusem swoją wiarę opieramy księgach, o których czytamy w Dziejach Apostolskich: „Pierwszą Księgę napisałem, Teofilu, o wszystkim, co Jezus czynił i czego nauczał od początku aż do dnia, w którym dał polecenia apostołom, których sobie wybrał przez Ducha Świętego, a potem został wzięty do nieba. Im też po swojej męce dał wiele dowodów, że żyje: ukazywał się im przez czterdzieści dni i mówił o królestwie Bożym”. Treść tych Ksiąg spływała w wizjach prorockich z nieba na ziemię, do ludzkich serc. Aż w końcu prawda tych ksiąg przeorała Golgotę i grób w jej pobliżu. Zmartwychwstały Chrystus prawdę o zmartwychwstaniu i nadprzyrodzonej rzeczywistości nieba zapisał namacalnymi znakami w rzeczywistości ziemskiej na różne sposoby. Najbardziej przekonywujące są chrystofanie. Jakże wymowna jest jedna z nich z udziałem św. Tomasza apostoła, który mimo świadectwa innych apostołów nie mógł uwierzyć w zmartwychwstanie. Jakby tylko dla niego Chrystus ukazał się i powiedział: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym!” (…). „Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. 

W uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego wspominamy wydarzenie, które autor Dziejów Apostolskich tak opisuje:  „Po tych słowach uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał Go im sprzed oczu. Kiedy jeszcze wpatrywali się w Niego, jak wstępował do nieba, przystąpili do nich dwaj mężowie w białych szatach. I rzekli: ‘Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba’”. Dla apostołów zakończył się najpiękniejszy okres ziemskiej wędrówki z Jezusem. To ziemskie przebywanie ze zmartwychwstałym Chrystusem było potrzebne apostołom i uczniom, aby nie mieli żadnych wątpliwości, że Chrystus zmartwychwstały otwiera dla nas bramy nieba. Dlatego jak mówi Ewangelia: „Oni zaś oddali Mu pokłon i z wielką radością wrócili do Jeruzalem, gdzie stale przebywali w świątyni, wielbiąc i błogosławiąc Boga”. Doświadczenie cudu zmartwychwstania i wniebowstąpienia Jezusa dyktowało autorowi Listu do Hebrajczyków te słowa: „Mamy więc, bracia, pewność, iż wejdziemy do Miejsca Świętego przez krew Jezusa”. Ta pewność wiary była w stanie zmierzyć się z najtrudniejszymi doświadczeniami życiowymi. Pierwszy męczennik za wiarę św. Szczepan kamienowany przez oprawców patrzył w niebo i mówił: „Widzę niebo otwarte i Syna człowieczego, stojącego po prawicy Boga”.

Ta pewność wiary uczniów Chrystusa i świadectwo ich męczeństwa są potrzebne także dla nas byśmy nie mieli wątpliwości i tak jak św. Szczepan, w chwilach cierpienia czy radości widzieli niebo otwarte i miejsce w nim przygotowane dla każdego z nas. Ten cud zbawienia dokonuje się przez wiarę. Chrystus powiedział do Tomasza: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. Błogosławieni to ci, którzy dostępują radości nieba. Zakończę te rozważania słowami św. Jana Pawła II, który dostąpił łaski nieba. On to na audiencji generalnej 20 maja 2000 roku mówił do Polaków: „Dzisiejsza katecheza związana jest z okresem liturgicznym. Czterdzieści dni po swoim zmartwychwstaniu Pan Jezus odszedł do Ojca. ‘Wyszedłem od Ojca, przyszedłem na świat, teraz opuszczam świat i wracam do Ojca’ (por. J 16, 28). Te czterdzieści dni Kościół zachowuje w swojej liturgii, między zmartwychwstaniem a wniebowstąpieniem. Jednocześnie Chrystus nie tylko odchodzi, ale przychodzi przez przyjście Ducha Świętego, ażeby zabrać z sobą swoich uczniów, również wprowadzić ich do domu Ojca” (Kurier Plus, 2014).

 

 SPOJRZENIE KU NIEBU

Myśląc o niebie, miejscu wiecznej szczęśliwości kierujemy bardzo często wzrok ku górze, ku słońcu i gwiazdom. Niejeden raz, gdy spoglądamy w rozgwieżdżone niebo odkrywamy Stwórcę tego niesamowitego piękna. Ks. Gabriele Gionti z Watykańskiego Obserwatorium Astronomicznego powiedział w Radiu Watykańskim: „My w obserwatorium watykańskim oglądamy niebo w ten sam sposób, co inni astronomowie.  Ale bardzo często niebo jest to też dla nas źródłem duchowej inspiracji, bo niebo opowiada nam chwałę Boga, by posłużyć się słowami Psalmu. W pięknie wszechświata odkrywamy pośrednio piękno Boga. Mówię pośrednio, ponieważ nie jest to oczywiście jakiś naukowy dowód na istnienie Boga. Wszyscy jednak, którzy obserwują niebo zdają sobie sprawę, jak niepokaźny jest człowiek wobec ogromu wszechświata. I stąd rodzi się pytanie, jak to możliwe, że człowiek tak mały niczym ziarnko piasku stawia sobie pytania, które zdają się być nieskończenie większe niż on sam. Człowiek odkrywa w sobie poczucie nieskończoności, które nie przystaje do jego ograniczoności. I znowu nie wprost odsyła nas to do Boga, który dla nas ludzi wierzących jest stwórcą tej harmonii, którą odkrywamy w kosmosie”.

Zapewne odruch spoglądania w niebo, gdy myślimy o miejscu Boga ma swoje korzenie w odległej historii, kiedy to inaczej wyobrażano sobie Kosmos. Dzisiaj w perspektywie całego Kosmosu pojęcie „góra, dół” są pojęciami relatywnymi. Mimo to obraz wznoszenia się do góry jest także dzisiaj bardzo wymownym symbolem Uroczystości Wniebowstąpienia Pańskiego. W perspektywie ziemi Jezus unosi się ku górze. Jest to znak przezwyciężenia praw rządzących materią w tym siły grawitacyjnej Ziemi. Przezwyciężenie praw materii otwiera przed nami perspektywę innej, nadprzyrodzonej rzeczywistości. Z kolei ta perspektywa staje się impulsem pełniejszego wykorzystania naszego ziemskiego życia. Dla ilustracji użyję porównania wysiłku człowieka zapatrzonego w księżyc z myślą, jak go zdobyć. Dokonano tego 50 lat temu. 20 lipca 1969 roku Amerykanie Neil Armstrong i Buzz Aldrin po raz pierwszy stanęli na powierzchni srebrnego globu.

Historyk Douglas Brinkley w książce „American Moonshot: John F. Kennedy and Great Space Race” pisze: „Kiedy Kennedy objął urząd prezydenta, Ameryka przygotowywała program zdobywania kosmosu. Te badania nabrały tępa, gdy Rosjanie w roku 1957 wysłali w kosmos Sputnika, pierwszego sztucznego satelitę Ziemi, rozpoczynając tym samym wyścig Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych w zdobywaniu Kosmosu. W przemówieniu do Kongresu nowy prezydent powiedział: ‘Nasz naród powinien podjąć wysiłek, aby w ciągu dziesięciu lat człowiek wylądował na Księżycu i bezpiecznie powrócił na Ziemię’. Aby zrealizować ten ambitny cel prezydent Kennedy zmobilizował wszelkie możliwości naukowe zarówno sektora cywilnego, jak i wojskowego, aby prześcignąć Związek Radziecki i przejąć inicjatywę w ‘wyścigu kosmicznym’. Prezydent przekonywał, że tu chodzi o coś więcej niż wygranie z przeciwnikami zimnej wojny”.

Prezydent Kennedy mówił o swojej wizji programu kosmicznego jako wspaniałej ilustracji pionierskiego ducha Amerykanów, który otwiera granice dla nowych technologii wykorzystanych w komunikacji, medycynie, transporcie. Rzeczywiście projekt Apollo przyczynił się niebywałego postępu w dziedzinie telefonów komórkowych, urządzeń i narzędzi komunikacji bezprzewodowej, technologii laserowej, która jest używana w chirurgii i wielu innych dziedzinach. Prezydent powiedział wtedy między innymi: ‘Zdecydowaliśmy się zdobyć księżyc w tej dekadzie, nie dlatego, że jest to łatwe, ale dlatego, że zjednoczy to nasze wysiłki i marzenia oraz sprawi, że jak najlepiej wykorzystamy naszą energię i umiejętności na celu, który na pewno osiągniemy”. W swojej krótkiej prezydencji John F. Kennedy przedstawił wizję wielkiej amerykańskiej przygody kosmicznej, która jak nigdy dotąd wykorzystała wyobraźnię i talenty całego narodu. Podobnie perspektywa zdobycia nieba wyzwala w nas wiele innych możliwości ubogacających nasze życie, zarówno osobiste, jak i społeczne.

Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego przynagla nas do spojrzenia w niebo, które jest miejsce samego Boga i celem naszego ziemskiego pielgrzymowania. Św. Grzegorz z Nyssy widział niebo jako niekończącą się drogę do doskonałości. Doskonałość polega na nieskończonym zbliżaniu się do ideału, kroczeniu nieustanną drogą wzwyż, ku Bogu pociągającemu człowieka. Człowiek ciągle zbliża się do Boga, nigdy Go jednak całkowicie nie osiąga. Perspektywa zdobycia nieba zmienia naszą codzienność. Na stronie internetowej „Aktywne chrześcijaństwo” młoda dziewczyna pisze: „Nie tak dawno temu otrzymałam osobiste objawienie dotyczące wiary. Mogę to ująć w ten sposób, że wiara stała się dla mnie czymś bardzo realnym. Nie jest czymś, co staram się zrozumieć moim rozumem, lecz czymś, co weszło do mojego serca. Obecnie to wiara pomaga mi wytrwać w ciągu dnia. Dodaje mi sił i kieruje moimi codziennymi decyzjami, bym mogła dokonywać właściwych wyborów. Wiara stała się dla mnie czymś praktycznym, osobistym, namacalnym, niewiarygodnym. Zmieniła moje spojrzenie na życie. Tak właściwie zmieniła wszystko – i to nie w taki ogólny, powierzchowny sposób. Wpłynęła na wszystko, począwszy od monotonnych codziennych obowiązków do wielkich wyzwań, od wiary, że będę mieć wystarczająco dużo sił, by wszystko dokończyć po długim dniu pracy, do wiary, że otrzymam dział w pełni boskiej natury”.

Chrystus wstępując do nieba powiedział do Apostołów: „Wy jesteście świadkami tego”. Zapatrzeni w niebo, mamy to przekazywać innym. A czynimy to na różne sposoby uczymy się od tych, którzy w swojej drodze do nieba odcisnęli ślady owocnego i pięknego życia na ziemi. Papież Franciszek powiedział: „Jutro przypada dziesiąta rocznica śmierci św. Jana Pawła II. Wspominamy go jako wielkiego świadka Chrystusa cierpiącego, umarłego i zmartwychwstałego, i prosimy go, aby wstawiał się za nami, za rodzinami i za Kościołem, by światło zmartwychwstania rozjaśniało wszelkie mroki naszego życia, i napełniało na radością i pokojem. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!”. Św. Jan Paweł II mówił: „Drodzy wierni świeccy, nie zniechęcajcie się w obliczu wyzwań naszych czasów! Niech wsparciem dla was będzie przykład i wstawiennictwo męczenników, których świadectwo jest ‘najwyższym wcieleniem Ewangelii nadziei’. Starajcie się, aby wasze rodziny były prawdziwymi kościołami domowymi, a wasze parafie autentycznymi szkołami modlitwy i życia chrześcijańskiego. Wy, którzy odzyskaliście wolność za cenę wielkich cierpień, nie dopuśćcie nigdy, aby umniejszyła jej wartość pogoń za złudnymi ideałami podsuwanymi przez utylitaryzm, indywidualistyczny hedonizm, niepohamowany konsumpcjonizm, cechujące znaczną część współczesnej kultury. Strzeżcie waszych bogatych tradycji chrześcijańskich, opierajcie się zdradliwej pokusie wykluczenia Boga z waszego życia bądź sprowadzenia wiary do sporadycznych i powierzchownych epizodów i gestów. Wy jesteście ludźmi ‘nowymi’. Niech zatem wasze spojrzenie na rzeczywistość będzie spojrzeniem oświeconym wiarą i nauczaniem Kościoła” (Kurier Plus, 2019).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *